Wydawca: HarperCollins Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 350 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Cud na Piątej Alei - Sarah Morgan

Eva, nieuleczalna romantyczka, patrzy na życie przez różowe okulary i wierzy w szczęśliwe zakończenia. Jednak czasem nawet jej jest smutno. Po śmierci babki nie ma już żadnej rodziny i ciągle nie może znaleźć prawdziwej miłości, choć jej przyjaciółki dawno odszukały swoje połówki. Do tego nadchodzi Boże Narodzenie, a to trudny czas dla samotnych. W liście do Świętego Mikołaja prosi więc o romans. Zbieg okoliczności sprawia, że śnieżyca nad Nowym Jorkiem więzi ją w jednym mieszkaniu z cynicznym i przepełnionym pesymizmem autorem kryminałów, których Eva nie cierpi. Wydaje się, że nie mogła trafić gorzej…

Opinie o ebooku Cud na Piątej Alei - Sarah Morgan

Fragment ebooka Cud na Piątej Alei - Sarah Morgan

Sarah Morgan

Cud na Piątej Alei

Tłumaczenie:

Droga Czytelniczko!

Jeśli znasz moje książki, chyba już wiesz, że lubię szczęśliwe zakończenia. Jestem optymistką. Moja szklanka z zasady jest do połowy pełna (najlepiej, jeśli jest w niej gorąca kawa). Namiętnie czytam książki różnych gatunków, jednak rzadko sięgam po kryminały i horrory. Nie przepadam za przerażającym suspensem, seryjnymi mordercami i podejrzanymi hałasami w ciemności. Pod tym względem jestem podobna do bohaterki mojej książki.

Eva jest romantyczką, patrzy na świat przez różowe okulary, a kiedy okoliczności zmuszą ją do spędzenia kilku dni z Lucasem, autorem kryminałów, który interesuje się najciemniejszymi stronami natury ludzkiej, stara się, jak może, uprzyjemnić im ten czas, choć od początku dostrzega, że różnią się jak noc i dzień. I mimo że tęskni za miłością, Lucas zdecydowanie nie jest w jej typie. A może jednak?

Lucas nie tylko pisze o mrocznych tajemnicach innych ludzi, ale sam kryje własne, jednak Eva nie ustaje w staraniach, aby wnieść światło w najciemniejsze zakamarki jego duszy.

Jest to książka o drugiej szansie na szczęście, a także o nadziei i niezwykłej sile miłości. Mam nadzieję, że Cud na Piątej Alei ci się spodoba! A jeśli nie znasz jeszcze historii Paige i Frankie, sięgnij po Bezsenność na Manhattanie i Zachód słońca w Central Parku. Zajrzyj też do mnie na Facebooka, www.Facebook.com/authorsarahmorgan.

Całusy

Sarah

Xx

Dla Sue.

Piszę o fikcyjnych przyjaźniach, ale nasza przyjaźń jest najprawdziwsza.

Szczęściara ze mnie.

Daj dziewczynie odpowiednie buty, a podbije świat.

Marilyn Monroe

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Mnóstwo jest ryb w oceanie, ale to powiedzenie nie sprawdza się w Nowym Jorku.

EVA

– Nie możemy mu dostarczyć parki turkawek! Wiem, zamierza się oświadczyć w święta i uważa, że będzie romantycznie, ale nie ma nic romantycznego w pomieszczeniu zapaskudzonym przez ptasie łajno. My znajdziemy się na czarnej liście restauratora, a narzeczona da mu kosza i tyle z tego będzie. Szlag trafi szczęśliwe zakończenie. – Eva przycisnęła telefon do ucha i szczelniej otuliła się płaszczem.

Za oknem taksówki obficie padał śnieg, niwecząc starania ludzi usiłujących sprzątać go z ulic. Wydawało się, że im bardziej odśnieżali, tym więcej sypało się z nieba. W walce z żywiołem człowiek z góry skazany był na przegraną. Śnieżyca zasnuła widok na Piątą Aleję, lśniące wystawy sklepowe były ledwo widoczne za zasłoną płatków śniegu.

– Przekonam go, że romantyczna sceneria nie wymaga żadnych gołębi, kur, gęsi i temu podobnych. A skoro już o tym mowa, jeden złoty pierścionek najzupełniej wystarczy. Komu potrzeba pięciu? Przecież zależy mu, żeby było wyjątkowo, a nie wyjątkowo drogo. To nie to samo.

– Laura od dziecka marzyła o romantycznych oświadczynach – odezwała się jak zwykle praktyczna Paige. – Facet jest pod wielką presją, żeby sprostać jej oczekiwaniom.

– Z pewnością nie marzyła o całej tej menażerii. Wymyślę scenariusz i mogę ci obiecać, że będzie niepowtarzalny. Sama wiem najlepiej, co jest prawdziwie romantyczne.

– Jakoś nie wtedy, gdy sprawa dotyczy ciebie.

– Dzięki za przypomnienie, że moje życie uczuciowe praktycznie nie istnieje.

– Chętnie służę. A skoro już przy tym jesteśmy, zamierzasz coś z tym zrobić?

– Absolutnie nic. Nie będę nawet dyskutować na ten temat. – Eva sięgnęła do torebki. – Możemy wrócić do tematu? Do świąt Bożego Narodzenia został miesiąc.

– Za mało czasu na wyrafinowane plany.

– Nie potrzebujemy niczego skomplikowanego. Ważne są emocje. Ona musi się wzruszyć jego słowami i ich znaczeniem. Czekaj… – Eva postukała długopisem w notesik. – Poznali się w Central Parku, prawda? Oboje spacerowali z psami?

– Zgadza się, ale park jest zakopany pod półmetrową warstwą śniegu, a wciąż pada. Oświadczyny w tym miejscu mogłyby się skończyć na pogotowiu. Byłyby niezapomniane, ale niekoniecznie przyjemne.

– Coś wymyślę. Będę miała mnóstwo czasu, bo przez najbliższe dwa dni pilnuję komuś mieszkania i jedyne, co mam na głowie, to świąteczne dekoracje i zakupy, żeby po powrocie do domu nie znalazł pustej lodówki.

Zanotowała coś i schowała zeszyt do torebki.

– Za dużo pracujesz, Ev.

– I kto to mówi.

– Od czasu do czasu robię sobie przerwy na odpoczynek.

– Nie zauważyłam. A zresztą firma szybko się rozwija.

– Nie przestałaby, gdybyś od czasu do czasu poszła wieczorem na randkę.

– Pyszna rada. Problem w tym, że nie bardzo mam z kim.

– Dlaczego nie spróbujesz serwisów randkowych?

– Nie znoszę ich. Wolę inaczej poznawać nowych ludzi.

– Ale ty nikogo nie poznajesz! Żyjesz pracą. A wieczorem kładziesz się do łóżka z pluszowym misiem.

– To kangur, nie miś. Dostałam go od babuni, gdy miałam cztery lata.

– Nic dziwnego, że jest mocno sfatygowany. Czas zamienić kangura na faceta z krwi i kości.

– Kocham mojego kangurka. Nigdy mnie nie zawiódł.

– Evo, musisz częściej wychodzić. A co powiesz o tamtym bankowcu? Podobał ci się.

– Nie zadzwonił, choć obiecał. Życie jest wystarczająco stresujące. Szkoda czasu na czekanie na telefon od faceta, który nieszczególnie ci przypadł do gustu, i deliberowanie, czy zaprosi cię na randkę, na którą wcale ci się nie chce iść.

– Mogłabyś sama zadzwonić.

– Zadzwoniłam. Nie odebrał. – Eva wpatrzyła się w wirujące płatki śniegu. – Potrafię być uparta, gdy chodzi o rozwijanie naszej firmy albo naszą przyszłość, ale nie będę się uganiała za facetem. Zresztą każdy wie, że nie znajduje się wielkiej miłości, kiedy się jej szuka. Trzeba cierpliwie czekać, a sama cię znajdzie.

– Jak ma cię znaleźć, skoro nie wychodzisz z mieszkania?

– Właśnie że wyszłam! Przecież jestem tutaj, na Piątej Alei.

– Sama. I wylądujesz w innym mieszkaniu. Znów sama. Pomyśl tylko o świetnym seksie, którego się pozbawiasz. Znajdziesz swojego księcia z bajki, gdy będziesz bezzębną staruszką ze sztucznym stawem biodrowym.

– Wiele osiemdziesięciolatek prowadzi całkiem udane życie erotyczne. Wystarczy odrobina kreatywności. – Ignorując uczucie nieprzyjemnej pustki, Eva pochyliła się do kierowcy. – Czy może się pan zatrzymać pod sklepem Dean & DeLuca? Jeśli faktycznie czeka nas śnieżyca, powinnam dokupić kilka rzeczy.

– W ciągu ostatnich dwóch tygodni prawie cię nie widywałam – mówiła dalej Paige. – Istne szaleństwo. Wiem, że dla ciebie to trudna pora. Tęsknisz za babcią. – Jej głos złagodniał. – Chciałabyś, żebym wpadła po pracy i dotrzymała ci towarzystwa?

Evę kusiło, żeby się zgodzić.

Otworzyłyby butelkę wina, przycupnęłyby w piżamach na kanapie i gadały. Mogłaby się przyznać przyjaciółce, że często jest przygnębiona, i wtedy…

Właśnie, co wtedy?

Wbiła wzrok w kolana. Przecież nie chce być marudą, która wiecznie użala się nad sobą i trzeba ją pocieszać. Nie zamierza być ciężarem dla innych. A zresztą, co to zmieni?

Babuni by się to nie podobało.

– Masz umówione spotkania z klientami, a potem kolację z narzeczonym.

– Żaden problem. Mogłabym…

– Niczego nie będziesz odwoływać – przerwała jej pospiesznie Eva, żeby nie dać sobie czasu na zmianę decyzji. – Poradzę sobie.

– Gdyby nie ta paskudna pogoda, mogłabyś wrócić do domu, tu przenocować i pojechać jutro rano, ale skoro zapowiadają rekordową śnieżycę… Przykro mi, że będziesz sama, ale lepiej nie planować na jutro pałętania się po mieście.

Eva przygryzła wargi. Tu czy tam, nic się nie zmieni. Sama nie wiedziała, czy to normalne. Nigdy wcześniej nie straciła bliskiej osoby, a babcia była dla niej najważniejsza na świecie. Minął ponad rok od jej śmierci, tymczasem rana wciąż była świeża i bolesna, jakby wszystko stało się wczoraj.

Dzięki babci Eva miała szczęśliwe i bezpieczne dzieciństwo. Zawdzięczała jej wszystko. Miłość babci była bezcenna. A chociaż nikt tego Evie nie nakazywał ani o to nie prosił, każdego ranka wstawała z determinacją, żeby przeżyć ten dzień jak najlepiej, zgodnie z oczekiwaniami babci. Aby mogła być dumna z wnuczki.

Gdyby ją teraz widziała, chyba nie miałaby powodu do dumy.

Z pewnością by jej powiedziała, że zbyt często siedzi wieczorami w mieszkaniu, mając za towarzystwo Netflix i filiżankę gorącej czekolady.

Babcia uwielbiała słuchać opowieści Evy o jej romantycznych zauroczeniach. Chciałaby, żeby dziewczyna spotykała się z ludźmi, nawet jeśli jest jej trochę smutno. Początkowo Eva próbowała, ale ostatnio jej życie towarzyskie sprowadzało się do kontaktów z przyjaciółkami i wspólniczkami w interesach: Paige i Frankie. Tak było wygodniej i łatwiej, choć obie dziewczyny były zakochane po uszy.

Co za ironia losu, że tylko ona, największa romantyczka z nich trzech, prowadzi najbardziej prozaiczne, pozbawione romansu życie.

Za oknem białe płatki wirowały na tle nieba szarego od chmur. Poczuła się zagubiona. Oderwana od rzeczywistości. Jaka szkoda, że wszystko przeżywa tak intensywnie.

Dobrze, że chociaż jest ustawicznie zajęta. Był to pierwszy sezon świąteczny od założenia agencji eventowej Urban Genie i miały mnóstwo zleceń.

Babcia byłaby dumna, że tyle udało jej się osiągnąć.

„Ciesz się każdą chwilą, Evo. Raduj się drobiazgami”.

Eva zamrugała gwałtownie, bo oczy zaszły jej łzami.

Zdaje się, że zapomniała o tej radzie. Żyła w wiecznym pędzie, zajęta robieniem planów i koordynowaniem różnych projektów. Rzadko się zatrzymywała, żeby wziąć oddech czy docenić urodę chwili. Śpieszyła się tak przez okrągły rok, od mroźnej zimy poprzez łagodną wiosnę po upalne lato, a teraz cykl się zamknął i nadeszła kolejna zima. Z wysiłkiem, krok za krokiem, pokonała kolejne pory roku. Nie żyła chwilą, bo żadna z nich nie przyniosła jej spontanicznej radości.

Starała się być silna i zachować pogodę ducha, ale był to najgorszy rok w jej życiu.

Niech to, pomyślała, jestem beznadziejna.

– Ev? – rozległ się głos Paige w telefonie. – Jesteś tam? Martwię się o ciebie.

Eva zacisnęła powieki i wzięła się w garść. Nie chciała niepokoić przyjaciół. Nie tak ją uczyła babcia.

„Bądź jak promienie słońca, Evo, a nie jak chmura deszczowa”.

Nie chciała być czarną chmurą na niczyim firmamencie.

– O mnie się nie martw. – Otworzyła oczy i uśmiechnęła się. – Pada śnieg. Kiedy przestanie, pobiegnę do parku i zrobię bałwana. Skoro nie mogę znaleźć sobie żywego chłopaka, ulepię go ze śniegu.

– Zrobisz śnieżnego adonisa?

– Żebyś wiedziała. Z szerokimi ramionami i rzeźbioną klatą.

– I z wielką marchewką…

– Myślałam raczej o ogórku. – Eva uśmiechnęła się filuternie.

– Ale wymagania – zachichotała Paige. – Nic dziwnego, że jesteś singielką. A poza tym masz poczucie humoru pięciolatki.

– Dlatego przyjaźnimy się od wieków.

– Cieszę się, że się śmiejesz. Boże Narodzenie zawsze było twoją ulubioną porą roku.

To prawda. Zawsze kochała święta. Każdego jowialnego mikołaja, każdą nutkę z melodii wygrywanych w sklepach, każdy płatek śniegu. Zwłaszcza śnieżynki były ulubione. Kojarzyły jej się z jazdą na saneczkach i lepieniem bałwana.

Śnieg wydawał jej się magiczny.

Dosyć, pomyślała, dosyć.

– To nadal moja ulubiona pora roku.

Nie trzeba czekać do Nowego Roku na postanowienie noworoczne.

Od dzisiaj postara się każdego dnia żyć tak, żeby babcia mogła być z niej dumna.

Boże Narodzenie. Nienawidził świąt. Każdego szczerzącego się mikołaja, każdej fałszywej nuty z melodii wygrywanych w sklepach i każdego lodowatego płatka śniegu. Szczególnie nie znosił tych głupich śnieżynek. Wirowały w zwodniczej niewinności, przykrywając białą pierzyną drzewa i samochody, lądując w dłoniach zachwyconych dzieciaków, które na widok sypiącego puchu natychmiast myślały o saneczkach i bałwanach.

Lucas miał zupełnie inne skojarzenia.

Siedział w ponurym mroku w swoim mieszkaniu przy Piątej Alei i gapił się na zimowe połacie Central Parku. Od wielu dni prószył śnieg, a teraz według prognoz nadchodziła najgorsza burza śnieżna, jaka w ostatnich latach nawiedziła Nowy Jork. To dlatego na ulicach nie było ruchu. Przechodnie, którzy nie zdążyli się schronić w domach, nie rozglądali się, tylko wracali do siebie czym prędzej, dopóki jeszcze działał transport publiczny. Nikt nie zadzierał głowy. Nikt nie wie, że Lucas jest tutaj, w swoim mieszkaniu. Nawet jego wścibska, choć pełna najlepszych intencji rodzina. Myślą, że siedzi w wiejskiej samotni w Vermoncie i pisze.

Gdyby się dowiedzieli, że został w domu, zaczęliby zawracać mu głowę, zamęczać swoją troską i planami świątecznych uroczystości.

Najwyższy czas, mówili. To za długo trwa.

A jak długo byłoby w sam raz? Nie umiał odpowiedzieć. Wiedział tylko, że jeszcze nie doszedł do tego etapu.

Nie miał zamiaru świętować Bożego Narodzenia. Liczył tylko, że jakoś przetrzyma ten okres, podobnie jak w minionych latach. Nie ma sensu psuć zabawy innym. Cierpiał. Cierpiał psychicznie i fizycznie. Los go przeżuł i wypluł. Wyczołgał się z ruin i wegetuje, ale niewiele więcej.

Mógł wyjechać do Vermontu, zaszyć się w leśnej głuszy, jak zapowiedział rodzinie. Mógł też pojechać do jakiegoś ciepłego miejsca, nietkniętego przez ani jeden płatek śniegu, ale wszystko to nie miało znaczenia, bo cierpiałby wszędzie tak samo. Ból tkwił we wnętrzu. Rozprzestrzenił się w jego organizmie jak nieuleczalny wirus.

Został więc w domu, a tymczasem na dworze temperatura spad­ła, wszystko wokół pokryła biel, a jego dom zamienił się w lodową fortecę.

I to mu odpowiadało.

Przeszkadzał mu tylko natarczywy dzwonek telefonu. W ciągu paru ostatnich dni odzywał się czternaście razy. Nie odebrał ani jednego połączenia. Niektóre były od babci, inne od brata, jeszcze inne od agenta.

W końcu Lucas przypomniał sobie, że jego życie wyglądałoby jeszcze gorzej, gdyby nie kariera literacka. Rozsądek zwyciężył i pisarz zadzwonił do swojego agenta.

– Lucas! – Głos Jasona był jowialny i energiczny. Gdzieś w tle słychać było śmiech i kolędy. – A już myślałem, że cię zasypało. Jak ci się żyje w środku dziewiczych lasów Vermontu?

Lucas spojrzał na wieżowce Manhattanu, ostre linie złagodzone przez śnieżną kurtynę.

– Vermont jest piękny. – Co było szczerą prawdą. Zapewne nic się tam nie zmieniło od jego ostatniej wizyty przed rokiem.

– Magazyn „Time” okrzyknął cię najbardziej ekscytującym autorem kryminałów ostatniej dekady. Widziałeś już ten kawałek?

Lucas spojrzał na piętrzącą się górę nieotwartej poczty.

– Jeszcze nie.

– Właśnie dlatego jesteś najlepszy. Nic cię nie rozprasza. Liczy się tylko nowa książka. Twoi czytelnicy nie mogą się doczekać.

Książka.

Ogarnęło go przerażenie. Czarne myśli i podchodząca do gard­ła panika. Nie napisał ani słowa. Miał pustkę w głowie, a jeszcze się do tego nie przyznał agentowi ani wydawcy. Wciąż czekał na cud. Miał nadzieję, że błyśnie gdzieś iskierka natchnienia, że uda mu się wyrwać z trujących macek świątecznego sezonu i zanurzyć się w świecie wyobraźni. Co za ironia, że pokręcone, chore umysły jego psychopatycznych bohaterów stanowiły pożądaną odmianę wobec ponurej rzeczywistości, w której tkwił.

Spojrzał na nóż leżący na stole tuż przy nim. Ostrze pobłyskiwało jakby prowokująco.

Spoglądał tak wielokrotnie w czasie ostatniego tygodnia, choć przecież wiedział, że to żadna odpowiedź. Do tego się nie posunie.

– Dzwonisz, żeby zapytać o książkę?

– Wiem, nie lubisz być nagabywany, kiedy piszesz, ale wydawnictwo na mnie naciska. Sprzedaż twojej ostatniej książki przeszła najśmielsze oczekiwania – oznajmił radośnie Jason. – Wydawca zamierza potroić nakład kolejnego kryminału. Dasz mi jakieś wskazówki, o czym będzie?

– Nie mogę.

Gdyby wiedział, o czym będzie książka, już by ją pisał. Tymczasem miał w głowie pustkę. Brakowało mu pomysłu na zbrodnię. Gorzej, nawet nie miał pojęcia, kim będzie morderca.

Każda książka Lucasa zaczynała się od bohatera. Jako pisarz znany był z nieoczekiwanych zwrotów akcji, zaskakiwał nawet najbardziej uważnych i dociekliwych czytelników.

Tym razem wena go opuściła.

Było jeszcze gorzej niż przed rokiem. Wtedy proces twórczy był długi i bolesny, ale w końcu udało mu się wyszarpać z siebie słowo po słowie do listopada i uniknął twórczego paraliżu wywołanego wspomnieniami. Czuł się jak zdobywca Everestu, który narzuca sobie mordercze tempo, żeby zdążyć przed załamaniem pogody. Sukces zależy od precyzyjnego wyczucia czasu. Tym razem mu się nie udało i zaczął już myśleć, że zwlekał zbyt długo. Będzie musiał prosić o przesunięcie terminu oddania książki, co wcześniej mu się nigdy nie zdarzyło. Samo to było przygnębiające, ale bardziej obawiał się oczywistych następstw: irytujących pytań, współczujących spojrzeń i litościwego kiwania głową.

– Chciałbym przeczytać choćby kilka stron. Podeślesz mi pierwszy rozdział?

– Dam ci znać – odparł Lucas i szybko wygłosił okolicznościowe życzenia, po czym zakończył rozmowę.

Potarł kark. Nie miał pierwszego rozdziału. Jak na razie martwe było tylko jego natchnienie. Brakowało w nim kropli życia. Czy uda się je wskrzesić? Tego właśnie nie był pewny.

Tkwił przy otwartym laptopie całymi godzinami, ale nie przyszło mu do głowy ani jedno słowo. W głowie miał tylko Sallyanne. W głowie, w myślach i w sercu. Nieszczęsnym, zmaltretowanym sercu.

Tego właśnie dnia przed trzema laty zadzwonił telefon, który zrujnował jego pozornie szczęśliwe życie. Wszystko przypominało scenę z jednej z jego książek, ale tym razem było prawdą, nie fikcją. To on, a nie bohater jego powieści, miał zidentyfikować zwłoki w kostnicy. Nie musiał się już domyślać, jak mogą się czuć ludzie w podobnej sytuacji, bo sam przez to przeszedł.

Od tej pory każdy dzień był męką. Lucas zmuszał się do codziennych czynności, udając na użytek otoczenia, że jakoś sobie radzi. Przekonał się, że ludziom zależy na takich pozorach. Nie chcieli być świadkami jego cierpienia. Woleli wierzyć, że uporał się z żałobą i wrócił do świata żywych. Na ogół udawało mu się z powodzeniem odgrywać swoją rolę, wyjątkiem był koniec listopada, gdy zbliżała się rocznica jej śmierci.

W jakimś momencie będzie musiał się przyznać agentowi i wydawcy, że nie napisał jeszcze ani słowa z tej nowej książki, na którą tak niecierpliwie czekali jego czytelnicy.

Książka nie przyniesie fortuny wydawcy. Nie istnieje.

Nie miał pojęcia, jak przywołać magię, która katapultowała go na pierwsze miejsca na listach bestsellerów co najmniej pięćdziesięciu krajów.

Mógł w kółko powtarzać to, co robił od miesiąca. Cierpliwie siadywał przed pustym ekranem i czekał, kiedy w jego udręczonym umyśle błyśnie światełko pomysłu.

Wciąż czekał na cud.

W końcu Boże Narodzenie to pora cudów, prawda?

– Jesteśmy na miejscu? – Eva wyjrzała przez okno taksówki. – Niesamowite. Mieszkanie ma pewnie widok na Central Park. Ile bym dała, żeby mieszkać tak blisko Tiffany’ego!

– Potrzebuje pani pomocy z tymi wszystkimi pakunkami? – Szofer spojrzał na nią w lusterku.

– Poradzę sobie, dziękuję.

Zapłaciła za kurs.

Zrobiło się rozpaczliwie zimno, a śnieg padał dużymi, mokrymi płatami, które ograniczały widoczność i osiadały na płaszczu. Kilka śnieżynek wylądowało na odkrytej szyi, wśliznęło się pod kołnierz jak lodowate palce. Wystarczyła chwila, a jej torby i płaszcz okrył śniegowy puch. Chodnik był jeszcze gorszy. Pośliznęła się na grubej warstwie zlodowaciałego śniegu i straciła równowagę.

– Aaaa… – Młóciła rękami w powietrzu i poleciałaby jak długa, gdyby nie portier, który zdołał przytrzymać Evę w ostatniej chwili.

– Uwaga. Jest diabelnie ślisko.

– Właśnie zauważyłam. – Wczepiła się w podane ramię. – Dziękuję. Nie chciałabym spędzać świąt w szpitalu. Podobno kiepsko karmią.

– Pomogę pani z bagażami.

Uniósł rękę i jak spod ziemi pojawiła się para pomagierów w liberiach, którzy załadowali jej torby i pakunki na wózek.

– Dziękuję. Zabieram wszystko do apartamentu na samej górze. Uprzedzono pana, że przyjadę. Zostanę tam przez kilka dni, żeby przyozdobić świątecznie mieszkanie klienta, który przebywa poza miastem. Lucas Blade.

Autor znanych na całym świecie kryminałów, z których przynajmniej tuzin utrzymywał się na listach bestsellerów.

Eva nie przeczytała ani jednego z nich.

Nienawidziła zbrodni – prawdziwej i fikcyjnej. Preferowała jasną stronę życia i ludzkie zalety. Nie chciała budzić się w nocy z krzykiem.

W budynku ogarnęła ją fala ciepła, odgoniła przeszywający mroźny powiew z Piątej Alei. Policzki ją szczypały, a palce mimo rękawiczek były zlodowaciałe. Nawet czapka naciągnięta na uszy nie chroniła wystarczająco dobrze przed srogą nowojorską zimą.

– Będę potrzebował jakiegoś dowodu tożsamości. – Portier był teraz zasadniczy i oficjalny. – Mieliśmy w okolicy serię włamań. Jak się nazywa firma?

– Urban Genie. – Wciąż czuła dumę, gdy wymieniała tę nazwę. Jej własna firma. Założyła ją z przyjaciółkami. Podała prawo jazdy. – Działamy na rynku od niedawna, ale idziemy jak burza. – Strzepnęła śnieg z rękawiczek i uśmiechnęła się. – Może nie jak burza, zważywszy na to, co się dzieje na dworze, ale jak przyjemny letni wiatr. Mamy wielkie nadzieje na świetlaną przyszłość. Oto klucze do apartamentu pana Blade’a. – Pomachała nimi, a spojrzenie portiera złagodniało.

Potem sprawdził podany dowód tożsamości.

– Jest pani na mojej liście. Proszę się podpisać.

– Mogę prosić o przysługę? – Eva podpisała się zamaszyście. – Kiedy wróci pan Lucas Blade, proszę mu nie mówić, że byłam. Dekoracja ma być niespodzianką. Otworzy drzwi do mieszkania i znajdzie wszystko gotowe do świąt. Zupełnie jak niezapowiedziane przyjęcie urodzinowe.

Wiedziała, że nie wszyscy lubią niespodziankowe przyjęcia, ale czyż rodzina nie powinna orientować się najlepiej? Babcia Lucasa była jedną z jej pierwszych klientek, a teraz stała się dobrą przyjaciółką. Dostała od niej wyraźne polecenie. Należy świątecznie przystroić mieszkanie. Wszystko ma być gotowe na Boże Narodzenie. Właściciel przebywał tymczasem w Vermoncie, pochłonięty pracą nad książką, i świat dla niego nie istniał. Przez weekend miała jeszcze przygotować świąteczne potrawy i wypełnić nimi lodówkę. Lucas wróci nie wcześniej niż w przyszłym tygodniu.

– Oczywiście, jestem do pani usług. – Portier uśmiechnął się.

– Dziękuję… – Zerknęła na plakietkę. – Albercie. Uratował mi pan życie. W niektórych egzotycznych kulturach to by oznaczało, że jestem pańską niewolnicą. Na szczęście dla pana żyjemy w Nowym Jorku. Nawet pan nie wie, jaki kłopot pana ominął.

– Babka pana Blade’a dzwoniła wcześniej i zapowiadała, że przyśle mu prezent. – Roześmiał się. – Nie spodziewałem się, że to będzie kobieta.

– To nie ja jestem prezentem, lecz moje umiejętności. Nie jestem przecież opakowana w srebrny papier i przewiązana czerwoną wstążką.

– Spędzi pani w apartamencie kilka nocy? Sama?

– Zgadza się. – Nic w tym dziwnego. Paige od czasu do czasu wpadała na nocowanie, ale poza nią Eva nie przyjmowała gości zostających do rana. Już nie pamiętała, kiedy ostatnio spędził u niej noc mężczyzna. To się musi zmienić. Zmiana była na samym szczycie listy jej gwiazdkowych życzeń. – Lucas wróci w przyszłym tygodniu, a przy tej pogodzie nie ma sensu, żebym się miotała po mieście tam i z powrotem. – Spojrzała przez przydymioną szybę na sypiący coraz gęściej śnieg. – Dzisiejsza pogoda nie zachęca do podróży.

– Wyjątkowa śnieżyca. Prognozują, że w ciągu nocy napada dodatkowych czterdzieści sześć centymetrów śniegu. Będzie wiało z prędkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. Czas zaopatrzyć się w jedzenie i baterie do latarek i wyciągnąć ze schowków łopaty do odśnieżania. – Albert spojrzał na jej pakunki, z których wysypywały się choinkowe ornamenty. – Wygląda na to, że nie będzie się pani martwiła pogodą. Ręce pełne roboty przy świątecznej dekoracji. Pewnie kocha pani Boże Narodzenie.

– To prawda. – A przynajmniej tak było, dopóki żyła babcia. Eva zamierzała znów stać się dawną sobą. Na samo wspomnienie poczuła ból w sercu. – A jak to jest z panem, Albercie?

– Będę w pracy. Straciłem żonę. Byliśmy razem przez czterdzieści lat. Nie mieliśmy dzieci, więc święta spędzaliśmy we dwoje. Zostałem sam jak palec. Lepiej mi na dyżurze niż w pustym mieszkaniu przy odgrzewanym obiedzie z supermarketu. Lubię być wśród ludzi.

Eva poczuła przypływ współczucia. Rozumiała potrzebę przebywania wśród ludzi. Była taka sama. Nie to, że źle znosiła samotność. Radziła sobie z nią. Jednak mając wybór, zawsze wolałaby czyjeś towarzystwo. Sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła wizytówkę.

– Niech pan to weźmie – powiedziała impulsywnie.

– Sycylijska restauracja Romano’s, Brooklyn?

– Najlepsza pizza w Nowym Jorku. Właścicielką jest mama jednego z moich przyjaciół. W Boże Narodzenie zaprasza do stołu wszystkich, którzy się tego dnia u niej pokażą. Pomagam jej w kuchni. Potrafię gotować, choć ostatnio organizujemy duże imprezy dla naszych klientów, więc zatrudniam zewnętrznych dostawców i restauratorów. – Za dużo gadam, pomyślała i wskazała na wizytówkę. – Jeśli będzie pan wolny w Boże Narodzenie, proszę do nas dołączyć, Albercie.

– Spotkała mnie pani przed pięcioma minutami. – Spojrzał na nią zaskoczony. – Dlaczego mnie pani zaprasza?

– Ocalił mnie pan, gdy o mało nie wywinęłam orła na chodniku. A poza tym chodzi o święta. Nikt nie powinien być sam w Boże Narodzenie. – Sam. To słowo wraca do niej jak bumerang. – Nie zamierzam zaszyć się w domu. Gdy tylko przestanie padać i da się coś zobaczyć na metr przed sobą, wyskoczę do Central Parku i zrobię gigantycznego bałwana wielkości Empire State Building. Nazwę go Bałwanem Empire State. A skoro już mowa o gigantach, zamówiłam dostawę choinki. Mam nadzieję, że dotrze jeszcze przed zamiecią. Pomyśli pan, że buchnęłam ją sprzed Rockefeller Center, ale przysięgam, nic z tych rzeczy.

– Taka wielka?

– Mój klient mieszka w luksusowym apartamencie. Takie mieszkanie wymaga odpowiedniego drzewka. Mam nadzieję, że uda mi się wtargać je na górę.

– Proszę się nie martwić. Zajmę się tym. – Zmarszczył brwi. – Czy rodzina nie będzie się niepokoiła? Może jednak powinna pani wrócić do domu, dopóki się da?

Niechcący trafił w jej czuły punkt.

– Będzie mi znakomicie. Ciepło i bezpiecznie. Dziękuję, Albercie. Jest pan na medal.

Poszła do windy, starając się nie myśleć o wszystkich mieszkańcach Nowego Jorku wracających teraz do swoich domów. Śmiech, radosne powitania, uściski.

Wszyscy to mają, tylko nie ona.

Jest sama jak palec.

Nie ma żadnego żyjącego krewnego. To prawda, ma przyjaciół, wspaniałych, ale z jakiegoś powodu to nie zmniejsza bólu.

Jest sama.

Dlaczego w czasie świąt Bożego Narodzenia samotność wydaje się jeszcze bardziej dotkliwa?

Winda wznosiła się gładko i w ciszy. Wreszcie drzwi się otworzyły.

Mieszkanie Lucasa Blade’a znajdowało się zaraz na wprost. Podziękowała dwóm pomagierom, którzy wnieśli za nią torby i paczki, i starannie zamknęła drzwi.

Kiedy się rozejrzała, oczarował ją spektakularny widok z okna, które zajmowało całą ścianę salonu.

Nie włączyła światła. Zdjęła tylko buty, żeby nie wnosić śniegu, i w skarpetkach podeszła do szklanej ściany.

Jedno trzeba przyznać, Lucas Blade ma dobry gust i klasę.

Miał też ogrzewanie podłogowe, więc rozkoszne ciepło przeniknęło przez grube wełniane skarpety i pomału rozmroziło jej stopy.

Patrzyła na dominujące na horyzoncie wieżowce, a uczucie chłodu wreszcie ustąpiło i stopniały ostatnie płatki śniegu.

Przed sobą w dole widziała światełka na Piątej Alei, gdzie kilku odważnych taksówkarzy przebijało się przez Manhattan. Wkrótce wszystko zasypie śnieg. Drogi zostaną zamknięte. Jazda samochodem stanie się niemożliwa, a przynajmniej nierozsądna. Nowy Jork, miasto, które nigdy nie zasypia, zapadnie w wymuszony bezruch.

Duże płatki opadały i wirowały, niesione przez wiatr, wreszcie osiadały na rosnącej grubej warstwie bieli otulającej miasto.

Eva objęła się ramionami. Spojrzała na srebrzystobiałe połacie Central Parku.

Oto Nowy Jork w swojej najpiękniejszej zimowej szacie. Dlaczego Lucas Blade uważał, że musi wyjechać, aby pisać w spokoju? Nie miała pojęcia. Gdyby to mieszkanie należało do niej, chyba by z niego nie wychodziła.

On jednak miał swoje powody.

Wciąż był w żałobie. Trzy lata temu przed świętami Bożego Narodzenia stracił ukochaną żonę. Jego babka opowiedziała Evie, jak bardzo się zmienił pod wpływem osobistej tragedii. Nic dziwnego. Stracił miłość swojego życia, pokrewną duszę.

Ewa oparła się czołem o szybę. Głęboko mu współczuła.

Przyjaciele mawiali, że jest zbyt wrażliwa, jednak ona przyzwyczaiła się, że wszystko tak bardzo przeżywa. Potrafiła wyobrazić sobie cierpienie Lucasa, choć nigdy go nie spotkała.

Spotkać miłość swojego życia tylko po to, by ją stracić – to okrucieństwo losu.

Jak się pozbierać po czymś takim?

Sama nie wiedziała, jak długo stała przy oknie, ale nagle poczuła, że nie jest sama. Zaczęło się od mrowienia na karku, które szybko przerodziło się w lodowaty dreszcz strachu, gdy usłyszała jakieś skrzypnięcie.

Chyba jej się przesłyszało. Przecież była sama. Luksusowy budynek miał jeden z najlepszych systemów zabezpieczeń w mieście, a sama zamknęła drzwi.

Nikt za nią nie szedł, więc mieszkanie powinno być puste, chyba że…

Przełknęła głośno ślinę, bo nagle przyszło jej do głowy inne rozwiązanie.

…ktoś tu się zakradł wcześniej.

Powoli odwróciła głowę, żałując, że nie zapaliła światła. Niebo pociemniało i całe mieszkanie wydawało jej się pełne podejrzanych cieni i tajemniczych zakamarków. Wyobraźnia zaczęła pracować gorączkowo, nie dopuszczając do głosu rozumu. Tamten odgłos mógł być wywołany czymś niewinnym. Mógł pochodzić zza ściany.

Wstrzymała oddech, a wtedy usłyszała kolejny dźwięk, tym razem zdecydowanie wewnątrz mieszkania. Brzmiało to jak odgłos ostrożnych kroków. Ktoś się skradał i robił to bardzo cicho.

Jakiś cień poruszył się za nią.

Przeszył ją paraliżujący strach.

Zaskoczyła włamywacza. Przestało być ważne, jak i kiedy wszedł. Liczyło się, jak się stąd wydostać.

Od drzwi dzielił ją ogromny dystans.

Uda się?

Serce jej waliło, dłonie były wilgotne od potu.

Pożałowała, że zdjęła buty.

Zaczęła się skradać do drzwi, a jednocześnie wyciągnęła komórkę. Ręce jej się trzęsły tak bardzo, że omal jej nie wypuściła.

Wcisnęła przycisk alarmowy. Odezwał się kobiecy głos.

– Telefon alarmowy 911.

– Pomocy, ktoś jest w mieszkaniu – wyszeptała do słuchawki Eva.

– Proszę mówić głośniej.

– Ktoś jest w mieszkaniu.

Drzwi były o krok. Jeśli uda jej się zjechać do Alberta…

Jakaś ręka zatkała jej usta. Zanim Eva zdążyła wrzasnąć, wylądowała na podłodze, przygnieciona przez silne męskie ciało.

Napastnik ją unieruchomił. Jedną ręką zatkał jej usta, a drugą brutalnie przyciskał jej dłonie.

Do jasnej anielki!

Gdyby mogła, z pewnością wzywałaby pomocy, ale nie była w stanie otworzyć ust.

Nie mogła się ruszyć. Nie potrafiła głębiej odetchnąć, choć o dziwo jej zmysły były na tyle wyczulone, że przyszło jej do głowy, iż rabuś naprawdę dobrze pachnie.

Co za ironia losu, że gdy po dwóch latach marzeń i nadziei wylądowała wreszcie z facetem w pozycji horyzontalnej, ten usiłuje ją zabić.

Co za szkoda i jaka perfidna ironia losu.

„Tu leży Eva, której gwiazdkowym życzeniem było znaleźć się w ramionach mężczyzny, ale nie określiła dokładnie okoliczności”.

To ma być jej ostatnia myśl? Jak widać mózg płata figle, gdy zaczyna mu brakować tlenu. Skoro już ułożyła dla siebie epitafium, umrze teraz w ciemnym mieszkaniu, kilka tygodni przed świętami, zmiażdżona przez przyjemnie pachnącego osiłka o mięśniach z żelaza. Jeśli Lucas Blade nie wróci w planowanym terminie, jej ciało znajdą po wielu tygodniach. Trwa przecież burza śniegowa, eufemistycznie określana jako „zimowe załamanie pogody”.

Wściekłość dodała jej sił.

Nie! Nie chce umrzeć bez pożegnania się z przyjaciółkami. Kupiła już prezenty gwiazdkowe dla Paige i Frankie, a nikt nie wie, gdzie je ukryła. W jej mieszkaniu panuje koszmarny bałagan. Wciąż powtarzała sobie, że trzeba posprzątać, ale jakoś nie znalazła na to czasu. A jeśli policja będzie tam poszukiwała wskazówek? Wszystko jest porozrzucane na podłodze. Co za wstyd. Ale silniejsze było pragnienie, żeby jeszcze raz nacieszyć się Bożym Narodzeniem w Nowym Jorku i nie umierać, dopóki przynajmniej raz w życiu nie zazna obłędnego, cudownego seksu, od którego ziemia się porusza.

To nie może być ostatni kontakt fizyczny z mężczyzną.

Chce żyć, za wszelką cenę.

Z rozpaczliwym wysiłkiem spróbowała wymierzyć agresorowi cios głową, ale z łatwością go uniknął. Usłyszała tylko przyspieszony oddech, dostrzegła czarne włosy i iskrzące się gniewem oczy. W tym momencie rozległo się łomotanie do drzwi i krzyki policjantów.

Osłabła z wrażenia.

A jednak zlokalizowali jej zgłoszenie.

W myślach podziękowała opatrzności. Napastnik zaklął pod nosem. Policja wpadła do środka, a tuż za nimi stanął Albert.

W tym momencie kochała starego portiera najbardziej na świecie.

– Policja, stać!

Pokój zalało światło elektryczne, a przygniatający Evę mężczyzna wreszcie ją puścił.

Gwałtownie zaczerpnęła powietrza. Przymrużyła oczy i poczuła, że mężczyzna ściąga jej czapkę z głowy. Włosy opadły jej na ramiona.

Na moment ich spojrzenia się spotkały, a wtedy dostrzegła zaskoczenie i niedowierzanie napastnika.

– Kobieta?

Miał niski, seksowny głos. Seksowny głos, seksowne ciało. Szkoda, że bandyta.

– Jasne, że kobieta. A przynajmniej nią byłam. Teraz nawet nie wiem, czy jeszcze żyję.

Eva ostrożnie sprawdzała, czy wszystko jest na swoim miejscu i czy jest w stanie poruszać nogami i rękami. Mężczyzna wstał sprężystym kocim ruchem, a ona zauważyła zszokowane miny policjantów.

– Lucas? Nie wiedzieliśmy, że jesteś w domu. Przyjęliśmy zgłoszenie od niezidentyfikowanej kobiety, że było włamanie.

Lucas? Napastnikiem był Lucas Blade? Przecież to nie kryminalista, tylko właściciel mieszkania!

Przyjrzała mu się uważnie i dotarło do niej, że wygląda znajomo. Widziała jego twarz na okładkach książek. Trudno było się pomylić. Ostre rysy twarzy, wyrazisty nos, czarne oczy i włosy. Aparycja równie pociągająca co zapach, a ciało… Nie potrzebowała taksować wzrokiem szerokich barków i napiętych mięśni, żeby wiedzieć, jaki jest silny. Przed chwilą leżała przygnieciona jego ciężarem, świetnie zdawała sobie z tego sprawę. Poczuła dziwne łaskotanie w brzuchu.

Co się z nią dzieje?

Facet o mało jej nie zabił, a ona ma na jego temat erotyczne myśli.

Kolejny dowód, że długotrwałe życie w celibacie jej nie służy. Zdecydowanie trzeba jakoś temu zaradzić.

Odwróciła głowę i myślała gorączkowo.

Co Lucas robi w swoim mieszkaniu? Przecież miał być w Vermoncie?

– Ta kobieta się do mnie włamała – stwierdził ponuro Lucas i wszyscy jak na komendę spojrzeli na Evę.

Wszyscy poza Albertem, który najwyraźniej był skonfundowany.

– Nie jestem włamywaczką. Powiedziano mi, że mieszkanie będzie puste – oburzyła się Eva. – Miało pana nie być.

– Skąd pani wie? Sprawdza pani, które apartamenty będą puste w czasie świąt?

Może jest seksowny, ale zdaje się, że zbyt rzadko się uśmiecha. Eva nie rozumiała, dlaczego nagle to ona musi się tłumaczyć.

– Oczywiście, że nie. Zostałam o to poproszona.

– Ma pani wspólnika?

– Gdybym się włamała, czy dzwoniłabym na policję?

– Czemu nie? Zorientowała się pani, że ktoś jest w domu, więc spróbowała udawać Bogu ducha winną.

– Ale ja jestem niewinna. – Eva spojrzała na gospodarza z niedowierzaniem. – Ma pan dziwaczny, chory umysł.

Szukała wzrokiem wsparcia u policjantów, ale nie okazali zrozumienia.

– Proszę wstać.

Głos policjanta był szorstki i nieprzyjazny, więc Eva uniosła swoje poobijane ciało i usiadła.

– Łatwo powiedzieć. Mam przynajmniej czterysta połamanych kości.

Lucas szarpnął ją za rękę i zmusił do wstania.

– W ludzkim ciele nie ma czterystu kości.

– Właśnie że tak, skoro większość została połamana. – Evy nawet nie zdziwiło, że Lucas uniósł ją bez wysiłku. Zdążyła poczuć na sobie to mocne, dobrze umięśnione ciało. – Dlaczego wszyscy się na mnie gapią? Zamiast przesłuchiwać mnie na temat rzekomego włamania, proszę go aresztować za napaść na kobietę. Co pan tu robi, do licha? Miał pan być w Vermoncie, a nie czaić się w ciemności.

– To mój dom. Nikt nie „czai się” we własnym mieszkaniu. – Zmarszczył brwi. – Skąd pani wiedziała, że jestem w Vermoncie?

– Powiedziała mi pańska babcia. – Eva rozcierała bolącą kostkę. – I podtrzymuję: skradał się pan w ciemnościach.

– To pani się czaiła w mroku.

– Podziwiałam śnieg. Jestem romantyczką. To chyba nie zbrodnia?

– My o tym zadecydujemy – przerwał jej policjant. – Zabierzemy podejrzaną na posterunek.

– Czekajcie. – Lucas podniósł dłoń, a to wystarczyło, żeby funkcjonariusz się zatrzymał. – Mówi pani, że moja babcia powiedziała o wyjeździe do Vermontu?

– Wszystko się zgadza, panie Blade – oznajmił Albert. – To jest Eva. Przysyła ją pańska babka. Sam sprawdziłem. Nikt nie wiedział, że jest pan w swoim apartamencie – zauważył z nutą nagany.

Lucas puścił to mimo uszu.

– Zna pani moją babcię? – zapytał Evę.

– Oczywiście. To ona mnie zatrudniła.

– Do czego konkretnie?

Oczy mu pociemniały. Przypominały niebo niemal czarne przed groźną burzą.

Babcia Lucasa w kółko opowiadała o swoim wnuku. Wspomniała, że był znakomitym narciarzem, że kiedyś spędził okrągły rok w arktycznej chacie, że biegle posługiwał się francuskim, włoskim i rosyjskim, że trenował przynajmniej cztery rodzaje sztuk walki i nigdy nie pokazywał nikomu swoich książek, dopóki ich nie skończył.

Nie wspomniała tylko, że potrafi budzić grozę.

– Miałam przygotować pańskie mieszkanie na nadchodzące święta Bożego Narodzenia.

– I?

– I co? To wszystko. Jaki niby miałabym inny powód? – Dostrzegła złośliwy wyraz jego oczu. – Sugeruje pan, że włamałam się, bo chciałam pana poznać?

– To nie byłby pierwszy taki przypadek.

– Kobiety robią takie rzeczy? – Oburzenie zmieszało się z zaciekawieniem. Nawet jej nie przyszedłby do głowy taki pomysł w pogoni za facetem. – Jak to wygląda? Rzucają się na pana, zamiast powiedzieć dzień dobry?

– Niech pani sama sobie odpowie. – Założył ręce na piersi i spojrzał wyczekująco. – Co tam pani upichciła dla mnie na spółkę z babcią?

Zachichotała, ale uświadomiła sobie, że Lucas pyta poważnie.

– Świetnie gotuję, ale nawet ja nie potrafiłabym „upichcić” romansu. Jaki miałby być przepis? Filiżanka nadziei zmieszana ze szczyptą złudzeń? – Przekrzywiła głowę. – Nie należę do kobiet, które czekają, aż mężczyzna zrobi pierwszy krok, ale nigdy w życiu nie włamałabym się do mieszkania nieznajomego faceta, żeby zwrócić na siebie uwagę. Wyglądam na taką desperatkę, panie Blade?

Rzeczywiście, była nieco zdesperowana, ale Lucas nie mógł o tym wiedzieć, chyba że przeszukałby jej torebkę i znalazł nieszczęsny samotny kondom. Miała nadzieję, że przyniesie jej szczęście i z fajerwerkami zakończy okres posuchy, ale chyba się na to nie zanosiło.

– Desperacja ma różne oblicza.

– Myśli pan, że miałabym na sobie śniegowce i gruby sweter, gdybym zamierzała włamać się do mężczyzny, żeby go uwieść? Zaczynam rozumieć, dlaczego potrzebuje pan takiego ogromnego mieszkania, choć mieszka pan sam. Ma pan gigantyczne ego, które zajmuje sporo miejsca i potrzebuje własnej łazienki. Wybaczę panu arogancję, bo jest pan bogaty i przystojny, więc prawdopodobnie mówi pan prawdę o swoich wcześniejszych doświadczeniach. Widzę jeden słaby punkt w pańskim rozumowaniu. Miał pan być w Vermoncie.

– Ale nie jestem – odparł z wyzwaniem.

– Teraz już wiem. Mam nawet siniaki na dowód.

– Wierzysz w jej historyjkę, Lucasie? – zapytał policjant bez uśmiechu.

– Niestety tak. To intryga bardzo w stylu mojej babki.

Zaklął pod nosem, a kwiecista wiązanka spotkała się z pełnym uznania spojrzeniem twardego nowojorskiego gliniarza.

– Potrzebujesz naszej pomocy?

– Już nie. Jestem wdzięczny za błyskawiczną reakcję, ale teraz już sobie poradzę. Proszę zapomnieć o tej interwencji. I o tym, że mnie widzieliście. Będę bardzo zobowiązany. – Mówił ze spokojną pewnością siebie człowieka, który nawykł do stawiania na swoim.

Eva patrzyła zafascynowana, jak policjanci opuszczają mieszkanie.

Został tylko Albert, który nieugięcie tkwił w drzwiach wejściowych.

– Dziękuję za troskę, ale to już wszystko – odprawił go Lucas.

– Nie troszczę się o pana, lecz o pannę Evę – oświadczył Albert i nie ruszył się z miejsca. – Może lepiej będzie, jeśli pójdzie pani ze mną.

– Nic mi się nie stanie, Albercie. – Wzruszyła się. – Może i jestem nikczemnego wzrostu, ale zapędzona w kozi róg potrafię być zabójczo niebezpieczna. Nie martw się o mnie.

– Jeśli zmieni pani zdanie, kończę dopiero o północy. – Spojrzał na Lucasa spode łba, jakby chciał powiedzieć, że ma go na oku. – Przed wyjściem sprawdzę, czy u pani wszystko w porządku.

– Bardzo pan miły.

Drzwi zamknęły się za nim.

– Zabójczo niebezpieczna? – mruknął Lucas z wyraźną ironią. – Proszę darować, ale jakoś trudno mi w to uwierzyć.

– Nie docenia mnie pan, panie Blade. Gdybym chciała zaatakować, nawet by się pan nie spostrzegł. Będzie pan zajęty swoimi sprawami i nagle łubu-du, leży pan na plecach kompletnie bezradny.

– Zupełnie jak kilka minut temu?

– To nieporównywalna sytuacja. – Zignorowała oczywisty sarkazm. – Nie spodziewałam się, że w mieszkaniu jest ktoś jeszcze. Nie byłam przygotowana. Następnym razem nie dam się zaskoczyć.

– Następnym razem?

– Gdy przyjdzie panu do głowy skoczyć na mnie i przygwoździć mnie do podłogi. Miałam wrażenie, że chce pan odcisnąć na niej mój ślad. Zupełnie jak w hollywoodzkiej Alei Gwiazd, tylko tam wystarcza odcisk dłoni. Będzie pan miał na podłodze ślad mojego ciała, jakby to było miejsce zbrodni.

– Zdaje mi się, że jest pani blisko zaprzyjaźniona z portierem. – Lucas przyglądał jej się uważnie. – Długo go pani zna?

– Jakieś dziesięć minut.

– Dziesięć minut i facet jest gotów walczyć w pani obronie do ostatniej kropli krwi? Zawsze ma pani taki wpływ na mężczyzn?

– Nigdy na właściwych. Nigdy na młodych, wolnych i atrakcyjnych. – Szybko zmieniła temat. – Dlaczego policja tak łatwo odpuściła?

– Sama pani twierdzi, że nie popełniła pani przestępstwa.

– Nie mówię o sobie, tylko o panu. Powinni udzielić panu pouczenia. Poturbował mnie pan i wystraszył na śmierć.

Pamiętała ciężar jego ciała na swoim. Twarde uda, ciepło oddechu na policzku.

Spotkali się wzrokiem. Łatwo było zgadnąć, że Lucas myśli o tym samym.

– Zakradła się pani do mojego mieszkania. A gdybym chciał panią zabić, już by pani była martwa.

– To ma być pocieszenie? – Potarła posiniaczone żebra, uprzytamniając sobie, że niezależnie od tego, co jej podsuwa nadpobud­liwa imaginacja, w kotłowaninie na podłodze nie było niczego erotycznego. Lucas Blade nadal jej się przyglądał. Było w nim coś takiego, że nie czuła się bezpiecznie w jego obecności. – Napada pan na każdego, kto przekracza próg pańskiego mieszkania?

– Tylko na intruzów.

– Zostałam tu zaproszona! Gdyby pan po prostu zapytał, wszystkiego by się pan dowiedział. Wydaje mi się, że osoba, która ma takie doświadczenie w zbrodni, powinna umieć rozróżnić niewinną kobietę od kryminalistki.

– Nie zawsze na pierwszy rzut oka można rozpoznać kryminalistę – wyjaśnił, patrząc na nią z zastanowieniem. – Zbrodniarze nie mają podkręconych wąsików i piętna na czole. Myśli pani, że można rozpoznać przestępcę na podstawie wyglądu?

– Nie mam problemu z tym, żeby zidentyfikować dupka. Zdecydowanie łatwo mi wskazać palcem przystojniaka. Jestem pewna, że i złego człowieka rozpoznam bez pomyłki.

– Naprawdę? – Zbliżył się o krok. – To ciekawe, bo „źli ludzie” żyją wśród nas i nikt ich nie zauważa. Często są to ludzie, których nikt by nie podejrzewał o zbrodnicze uczynki. Taksówkarz, prawnik… – zawiesił głos – a może portier.

Czy Lucas próbuje ją wystraszyć?

– Pański portier Albert jest jednym z najmilszych ludzi, jakich poznałam, więc nie wmówi mi pan, że ma kryminalną przeszłość. Z moich doświadczeń wynika, że większość ludzi jest przyzwoita.

– Nie ogląda pani wiadomości?

– Telewizja prezentuje tylko najgorszą stronę natury ludzkiej, i to na globalną skalę. Nie pokazuje milionów codziennych drobnych aktów ludzkiej życzliwości i solidarności. Ludzie przeprowadzają starsze panie przez ulicę, przynoszą gorący posiłek chorym sąsiadom. Nie słyszy pan o tym, choć właśnie codzienna przyzwoitość skleja społeczeństwo w stabilny i dobrze funkcjonujący organizm. Złe wieści są widowiskowe i dobrze się sprzedają. Media na nich zarabiają.

– Naprawdę pani w to wierzy?

– Tak. I nie zamierzam przepraszać za koncentrowanie się na pozytywnych aspektach rzeczywistości. Jestem osobą, która widzi szklankę zawsze do połowy pełną. To nie zbrodnia. Pan widzi w ludziach zło, ja dobro. I wierzę, że w każdym człowieku jest coś dobrego.

– Widzimy tylko to, co inni chcą nam pokazać. Nigdy nie wiadomo, co kryje się pod ujmującą fasadą. – Miał przyjemny niski głos i hipnotyzujący wzrok. – Może ten miły człowiek, który przeprowadził staruszkę przez jezdnię, wraca do domu i szuka stron z dziecięcą pornografią na laptopie, który chowa pod łóżkiem. A inna miła osoba, odwiedzająca chorych sąsiadów, może być podpalaczem lub niebezpiecznym psychopatą, i przy okazji sprawdza, jak mieszkają ludzie w okolicy, jakie mają zabezpieczenia i jakie są ich słabe punkty. Nie można zgadnąć, patrząc na człowieka, co przed nami ukrywa.

Eva patrzyła na niego z otwartymi ustami, wystraszona wizją świata, który przed nią narysował. Czuła się tak, jakby ktoś zapaskudził jej jasną i czystą wizję świata.

– Ma pan miłą dla oka powierzchowność, panie Blade – powiedziała – ale w środku potrzebuje pan całkowitego przemeblowania. Ma pan ponury, cyniczny i psychopatyczny umysł.

– Dziękuję. – Uśmiechnął się lekko. – „New York Times” napisał o mnie to samo w recenzji mojej ostatniej książki.

– To nie był komplement, ale może właśnie dlatego odniósł pan sukces. Bada pan najczarniejsze strony ludzkiej natury i to zapewne zniekształciło pański sposób myślenia. Większość ludzi jest taka, jak nam się wydaje – powiedziała twardo. – Weźmy na przykład mnie. Proszę mi się uważnie przyjrzeć. I teraz proszę powiedzieć: czy ja wyglądam na morderczynię?

Tytuł oryginału: Miracle on the 5th Avenue

Pierwsze wydanie: Harlequin Books, 2016

Opracowanie graficzne okładki: Madgrafik

Redaktor prowadzący: Małgorzata Pogoda

Opracowanie redakcyjne: Bianka Dziadkiewicz

Korekta: Anita Rejch

© 2016 by Sarah Morgan

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2018

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

HarperCollins jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-3223-4

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.