Brazylia, moja miłość - Jane Porter, Sarah Morgan, Anne Mather - ebook
Opis

Piękne Rio de Janeiro, tajemnicze głosy dżungli, upojne rytmy samby… Trzy kobiety nie mogą oprzeć się urokom Brazylii.

Brazylijskie szmaragdy

Sophie i Alonso przyjaźnili się już w szkole. Z czasem przyjaźń przekształciła się w głębsze uczucie. Jednak Sophie wyszła za mąż za Clive’a Wilkinsa, który wkrótce zginął w Brazylii w nieznanych okolicznościach. Wówczas Alonso znowu pojawia się w jej życiu. Jest teraz właścicielem kopalni szmaragdów i sporo wie o podejrzanych interesach Wilkinsa w Ameryce Południowej...

Wyprawa do Brazylii

Grace jest początkującą bizneswoman, której grozi bankructwo. Postanawia jednak walczyć o swoją firmę. Chce się spotkać z Rafaelem Cordeiro, ekscentrycznym multimilionerem, i prosić go o pomoc. Niestety Rafael przebywa w środku brazylijskiej dżungli. Dla Grace nie jest to żadna przeszkoda…

Podróż do Rio

 

Isobel poznała Alejandra podczas imprezy w Londynie i straciła dla niego głowę. Jednak przystojny Brazylijczyk wkrótce wyjechał i choć obiecał wrócić, ślad po nim zaginął. Rozczarowana Isobel nie próbowała go odszukać. Gdy trzy lata później przyjeżdża do Rio, by przeprowadzić wywiad ze znaną pisarką, nieoczekiwanie spotyka Alejandra – zaskakująco odmienionego…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 405

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


BRAZYLIA, MOJA MIŁOŚĆ

Jane Porter

Brazylijskie szmaragdy

Tłumaczenie:

PROLOG

Ostre słońce raziło oczy, jednostajny szum fal usypiał. Sophie Johnson wtuliła się w ręcznik, rozłożony na ciepłym piasku. Minione dziesięć dni było lepsze niż… niż wszystko, co ją dotąd spotkało w życiu.

Wtem piasek się poruszył, na plecy Sophie padł cień. Poczuła coś jakby podniecenie i strach jednocześnie. Osłoniła dłonią oczy i popatrzyła w górę, choć przecież wiedziała, że to Alonso Huntsman. Uwielbiała go, chociaż ją przerażał. Dziwne.

Alonso stał nad nią, ociekając wodą.

– Pięknie pachniesz, Sophie – powiedział. – Mam ochotę cię zjeść.

– Nie ja, tylko olejek do opalania. – Roześmiała się, mimo że serce podskoczyło jej do gardła.

Clive Wilkins, syn znanego bankiera, hrabiego Wilkinsa, poruszył się niespokojnie na ręczniku, z którym rozłożył się obok Sophie.

– Czy moglibyście się zamknąć, z łaski swojej? – warknął.

– A co? – Alonso podniósł swój ręcznik, starł słoną wodę z twarzy. – Przeszkadzamy ci spać?

– Jakbyś zgadł – burknął Clive.

– Tylko jeden malutki gryzek – szepnął Lon do ucha Sophie.

– Masz. – Rzuciła mu butelkę olejku do opalania. – Spróbuj.

– Na litość boską – jęknął Clive. – Przerwaliście mi piękny sen.

Usiadł na ręczniku, przechylił się do Sophie i przesunął językiem po jej ramieniu.

– Obrzydliwe. – Skrzywił się komicznie. – Smakuje plastikiem. Lubisz zajadać plastik, Lon?

– Kłamiesz – prychnął Lon, sadowiąc się pomiędzy Clive'em i Sophie. – Nie chcesz, żebym jej spróbował i tyle. Czyżbyś był zazdrosny, staruszku?

– A czegóż wam zazdrościć, żałośni śmiertelnicy? – zapytał z powagą Clive, używając przy tym eleganckiej wymowy angielskiej arystokracji. Oczywiście nie zaszczycił ich nawet spojrzeniem. Jednak za chwilę się uśmiechnął i już w normalnej angielszczyźnie zwyczajnych młodych ludzi dodał: – Oczywiście, że jestem zazdrosny, ty wielki szkocki matole. Oboje z księżniczką jesteście najlepszymi przyjaciółmi, jakich człowiek może sobie wymarzyć.

Matoł i księżniczka! Sophie wybuchnęła śmiechem, a Lon i Clive natychmiast poszli w jej ślady.

Buenaventura, najwspanialsze wakacje w życiu Sophie. Nie, w ogóle najlepsze, co jej się w życiu zdarzyło. Clive i Lon byli niemożliwi, niepoprawni i w ogóle okropni, a ona nigdy nikogo nie kochała tak bardzo jak tych dwóch cymbałów.

Jak by było cudownie, gdyby można zatrzymać czas, pomyślała. Żebyśmy wszyscy troje mogli tu zostać na zawsze. Młodzi, szczęśliwi, tacy sami jak teraz…

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Więc ile? – spytała lady Sophie Wilkins. Podniosła dłoń do góry, podziwiała blask szlachetnych kamieni: kunsztownie oszlifowanego szmaragdu i otaczających go brylancików.

– Dziesięć tysięcy funtów – odparł jubiler.

Drzwi sklepu się otworzyły, lecz lady Wilkins nie chciała odrywać wzroku od lśniących na jej palcu kamieni.

Dziesięć tysięcy funtów, powtarzała w myśli. Dziesięć tysięcy. Już nigdy w życiu nie będę miała nic równie pięknego.

Niestety, nie mogła zatrzymać pierścionka. Miała mnóstwo długów i – na domiar złego – koniecznie musiała jechać do Brazylii. Bardzo potrzebowała pieniędzy.

Jej milczenie zaniepokoiło jubilera.

– Ostatecznie mógłbym dać dziesięć tysięcy pięćset – powiedział z miną cierpiętnika – ale ani pensa więcej.

– Chociaż wiesz doskonale, że jutro dostaniesz za niego dwa razy tyle? – zapytał kpiąco głęboki męski głos.

Sophie się wzdrygnęła. Na końcu świata poznałaby ten głos.

– Lon! – wykrzyknęła. Wpatrywała się w niego, jakby zobaczyła ducha.

– Tak, Sophie, to ja.

Nie mogła oderwać od niego wzroku, jak przedtem od pierścionka.

– Co ty tutaj robisz?

– Interesy.

– Interesy? – powtórzyła, jakby ją to dziwiło. A przecież wiedziała, że jej dawny szkolny kolega, Alonso Huntsman, jest jednym z największych eksporterów szmaragdów na całym świecie.

– Spodziewałem się pana dopiero jutro, panie Huntsman. – Jubiler zdjął monokl, odłożył go na kontuar. – Kamień nie jest jeszcze przygotowany.

– To ty kupujesz kamienie? – zdziwiła się Sophie.

– Tylko jeden szmaragd – odparł Lon.

Przejechał pół świata, żeby kupić jeden szmaragd?

– Musi być bardzo cenny.

– Pochodzi z mojej kopalni. Ma dla mnie wartość sentymentalną.

Sophie jakby ocknęła się z omdlenia. Ściągnęła pierścionek z palca, podała go jubilerowi.

– Przyjmuję pańską cenę – powiedziała.

Jubiler wziął pierścionek, który dostała od Clive'a ponad sześć lat temu, schował go do kieszeni.

– Czy przyjmie pani czek, lady Wilkins?

– Tak – odrzekła przez ściśnięte gardło. – Dziękuję.

Zapięła płaszcz, bo nagle zrobiło jej się zimno.

– Sprzedajesz ślubny pierścionek? – zapytał Lon z miną, z której nic się nie dało wyczytać. – Zabrakło ci pieniędzy?

– Niczego mi nie brakuje. – Nie miała zamiaru mówić Lonowi prawdy. Nie chciała, żeby się nad nią litował. Wybrała Clive'a, a nie Lona. To była jej własna suwerenna decyzja. – Nie miałam pojęcia, że jesteś w Anglii.

– Mam dom na Knightsbridge[1].

– Mieszkasz na stałe w Londynie? – zdziwiła się Sophie. Clive kiedyś jej powiedział, że Lon posiada domy i biura w Bogocie i Buenos Aires, ale nic nie wspominał o Londynie.

– Przez kilka miesięcy w roku.

– Nie wiedziałam.

Lon się jej przyglądał, jakby szukał w jej rysach potwierdzenia tego, o czym od dawna wiedział. Małżeństwo Sophie i Clive'a nie układało się najlepiej, ale Sophie nigdy się nie skarżyła. Mimo osobistej tragedii, wciąż była piękna, może nawet piękniejsza niż kiedyś. Cierpienie naznaczyło jej twarz, zmiękczyło usta, pogłębiło dołki na policzkach…

Jubiler podał Sophie czek. Schowała go do torebki, pożegnała się i poszła do wyjścia. Lon podążył za nią.

– Nie możesz ze mną iść – zaprotestowała Sophie. – Masz coś do załatwienia.

– Kamień nie jest jeszcze gotowy. Sama słyszałaś. – Lon wziął ją pod rękę. Mocno, jakby się bał, że Sophie mu ucieknie.

Zapadał zmrok. Pod koniec grudnia po zachodzie słońca robiło się bardzo zimno. Sophie odetchnęła głęboko, starając się uspokoić myśli. Wciąż nie mogła uwierzyć, że po tylu latach przypadkiem natknęła się na Lona u jubilera. Nigdy przedtem nie spotkała Lona w Londynie.

– Wkrótce Boże Narodzenie – odezwał się, przerywając krępujące milczenie.

A więc to już dwa lata bez Clive'a. Sophie przygryzła wargę, walcząc z napływającymi do oczu łzami.

Bardzo brakowało jej Lona. Od dziecka się przyjaźnili, a potem on nagle całkiem zniknął z jej życia. Próbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatnio go widziała, ale nie była w stanie policzyć minionych lat.

– Wcale się nie zmieniłeś – powiedziała cicho. – Nadal wyglądasz jak dzikus.

– Ty nie lubisz dzikusów.

– Ciebie zawsze lubiłam.

– Czas przeszły?

Sophie zbierało się na płacz, lodowaty wiatr targał płaszczem.

Jak bardzo trzeba oszukać samą siebie, żeby usprawiedliwić tamtą decyzję sprzed lat, pomyślała.

– Muszę wracać do domu – powiedziała zgrubiałym nagle głosem. – Hrabina na mnie czeka.

– Podrzucę cię – zaproponował Lon.

– To bardzo daleko – wzbraniała się Sophie. – Co najmniej półtorej godziny…

– Odwiozę cię – powtórzył tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Sophie pozwoliła się zaprowadzić do samochodu. Miała uczucie, jakby zabrała ją ze sobą potężna fala, której nijak nie można się oprzeć.

Lon zawsze taki był. Ogromny, potężny, dominujący. Był przy niej zaledwie od dwudziestu minut, a już zdołał zmienić otaczający ją świat.

Dziwne emocje nie opuściły jej przez całą drogę do domu. Dużo by dała, żeby cofnąć czas i znaleźć się na plaży w Buenaventura, za górami, za lasami, gdzie dawno, dawno temu Sophie, Clive i Alonso spędzili baśniowe wakacje.

– Tęskniłem za tobą, Sophie – powiedział cicho Lon.

Serce jej się ścisnęło. Pomyślała, że to z samotności, ale serce ścisnęło się znowu. Bolesny skurcz, bardzo przypominający tamte, które odczuwała kiedyś. Wtedy wiedziała, że Lon jej pragnie, ale nie miała pojęcia, co o tym myśleć ani jak się zachować.

Łzy napłynęły jej do oczu. Zamrugała powiekami. Była bardzo zakłopotana. Od lat nie przeżywała tak silnych emocji. Od śmierci Clive'a bardzo dobrze nad sobą panowała, za to teraz omal nie wyskoczyła ze skóry.

Chciałaby móc zwalić odpowiedzialność za ten swój stan na zmęczenie, stres czy przedświąteczną gorączkę, ale dobrze wiedziała, że wszystkiemu jest winien Lon. Zawsze tak na nią działał. Sprawiał, że stawała się napięta jak struna, że ogarniały ją uczucia, których nawet nazwać nie umiała.

Nadal ją fascynował, przykuwał uwagę. Jego czarne włosy w połączeniu z błękitnymi oczami dawały niezwykły efekt.

I właśnie taki był: niebezpieczny.

– Na co patrzysz? – zapytał Lon.

– Na ciebie – mruknęła zawstydzona, że dała się przyłapać.

Pomyślała, że nie należało wsiadać z nim do auta, gdzie trzeba być blisko siebie. Za blisko. Nie byli nastolatkami, a Lon nigdy niczego nie robił byle zbyć. Nie zadowalał się odrobiną na krótką chwilę; musiał mieć wszystko na zawsze.

Sophie już nie chciała na zawsze. W każdym razie nie z Lonem. Mimo upływu lat wciąż był nieprzewidywalny i nadal ją przerażał.

Jej spojrzenie wędrowało po szerokim czole Lona, mocnej szczęce, wydatnym nosie, aż zatrzymało się na cienkiej bliźnie przecinającej skraj prawego policzka. Kiedyś jej tu nie było.

– Skąd masz tę bliznę? – spytała, także po to, by przerwać kłopotliwą ciszę.

– Zaciąłem się przy goleniu.

Ale to nie była blizna od golenia. Była głęboka, paskudna.

– To musiała być wielka brzytwa.

– Ogromna. – Lon się uśmiechnął.

Sophie nie mogła oderwać oczu od tej blizny. Nie tylko go nie szpeciła, ale dodawała twarzy Lona charakteru. Zmarszczki wokół oczu i blizna na policzku nadawały mu wygląd człowieka, który z niejednego pieca jadł chleb.

– Bolało?

– Bardziej mnie bolała utrata ciebie.

Sophie syknęła, spojrzała na swoją lewą dłoń, która zdawała jej się naga bez wielkiego pierścienia.

– Ożeniłeś się? – zapytała swobodnie, chociaż ten lekki ton kosztował ją dużo wysiłku.

– Nie.

– Więc pewnie jesteś zaręczony? – drążyła.

– Nie jestem.

– A więc masz jakąś stałą partnerkę…

– Jesteś strasznie wścibska, munieca[2]. Chciałabyś się ubiegać o to stanowisko?

Alonso się uśmiechnął, a Sophie serce podskoczyło do gardła. Za późno zrozumiała, że pytania o życie osobiste Lona to nie jest bezpieczny temat. No, ale przecież się nie spodziewała, że on nadal jest sam, do wzięcia, że ciągle jej zagraża.

– Nie jestem zainteresowana – prychnęła. – Życie w związku nieformalnym nie jest wcale takie ekscytujące, jak głoszą bajki.

– Pozbawiona iluzji księżniczka?

– Jaka tam ze mnie księżniczka. – Sophie się skrzywiła.

– No tak, zapomniałem. – Lon pokiwał głową. – Nie księżniczka, tylko uboga wdowa zmuszona sprzedać dom, samochód, a w końcu także pierścionek zaręczynowy.

Sophie zacisnęła powieki. Lon potrafił zranić jak nikt na świecie. Zawsze celnie trafiał w najczulszy punkt.

– To tylko przedmioty – szepnęła.

– Słusznie. Po co rzeczy, kiedy ma się ciepło, czułość i miłość?

Nienawidziła go w tej chwili. Był cyniczny, złośliwy. Musiał wiedzieć, że Sophie nie ma nikogo na świecie, że mieszka u matki Clive'a, kobiety dumnej, zimnej, niezdolnej do współczucia. I pewnie wiedział także, że Sophie jest w Melrose Court bardziej więźniem, aniżeli synową, że nie ma tam ani własnego kąta, ani odrobiny swobody.

Ale nie robiła mu wyrzutów. W ogóle się nie odezwała. Jeśli chciał być okrutny, niech sobie będzie. I tak wkrótce znowu zniknie. Odwiezie ją do Melrose Court, może nawet odprowadzi do drzwi, a potem znów odejdzie i Sophie już nigdy więcej go nie zobaczy. Na pewno prędko odzyska utracony tak nagle spokój.

– Czemu nie przyszłaś do mnie z tym pierścionkiem? – odezwał się. – Dałbym ci za niego dwa razy tyle co jubiler.

– Nie potrzebuję jałmużny.

– To nie żadna jałmużna, tylko dobry interes. Sam szmaragd jest wart ze dwa tysiące funtów. Reszta to kolejnych dziesięć albo i piętnaście tysięcy.

Sophie wzruszyła ramionami. Nie wiedziała o tym. A nawet gdyby wiedziała i tak nie zdołałaby uzyskać więcej.

– Jestem zadowolona z ceny.

– Skoro jesteś zadowolona… – odparł, pocierając dłonią czoło.

Miał długie włosy, dłuższe niż przed laty, sięgały prawie do ramion. Był zbyt potężny na czarne porsche, wypełniał sobą całe auto. Dłonie trzymające kierownicę były olbrzymie, ogorzałe od słońca. Alonso był silny i potężny. Pracował fizycznie w kopalni na wiele lat przed tym, nim kupił w niej udziały. Nie bał się ładunków wybuchowych, ciasnych korytarzy, zagrożonych zawaleniem tuneli. Nigdy niczego się nie bał.

Nie byłaby z nas dobrana para, pomyślała Sophie. On jest nieustraszony, a ja boję się własnego cienia.

– Jak długo trwał miesiąc miodowy?

Sophie aż podskoczyła. Nie spodziewała się tego pytania, choć po nim można się było spodziewać wszystkiego.

– Nic ci do tego – burknęła.

– Ja tylko chciałbym wiedzieć, kiedy się zorientowałaś, że popełniłaś błąd.

– Cofnij to pytanie – zażądała, z trudem wydobywając słowa ze ściśniętego gardła. – Nie masz prawa…

– Ja ciebie kochałem! – wybuchnął. – Clive nie. On tylko nie chciał, żebym to ja cię miał.

– Nieprawda!

– Prawda! A ty, głupiutka, tak bardzo się mnie bałaś, że rzuciłaś się prosto w jego ramiona.

Słowa Lona niemal przyprawiły ją o mdłości. Położyła dłoń na klamce, jakby chciała uciec, choć właśnie zrozumiała, że już nigdy nie ucieknie od Lona. Odnalazł ją i nadal jej pragnął. W głębi duszy wiedziała, że tym razem już jej nie puści, że jej nikomu nie odda.

– Czy ty wiesz, jak się czułem, kiedy do mnie dotarło, że cię straciłem? – spytał, patrząc prosto przed siebie w ciemność zimowej nocy.

– To było bardzo dawno – szepnęła, nie patrząc na niego. – Właściwie w innym życiu.

– Trafiłaś w sedno, munieca. – Jego niski głos ją hipnotyzował, musiała na niego popatrzeć, spojrzeć mu w oczy, które powinny być czarne, ale były niebieskie jak letnie niebo. Kiedyś lubiła Lona, może nawet kochała, ale on chciał więcej niż tylko miłości. Chciał mieć ją całą. Wciągał jak groźny wir. – Czas zacząć nowe życie. Ze mną.

ROZDZIAŁ DRUGI

Dojechali do Melrose Court. Sophie kręciło się w głowie. Kiedy wysiadła z auta, nogi się pod nią ugięły i łzy popłynęły jej z oczu. Pomimo jej protestów, Lon wziął ją na ręce i wniósł po schodach na górę.

– Jest bliska omdlenia – poinformował zdumioną hrabinę Wilkins. Postawił Sophie na podłodze, ale nadal obejmował ją wpół. – Czy mogłabyś jej przynieść szklankę wody?

– Jesteś bardzo blada – powiedział do Sophie, gdy hrabina poszła po wodę. – Czy moja propozycja tak cię oszołomiła?

– Nie jestem jeszcze gotowa na nowe romanse – szepnęła Sophie.

– A więc to tylko plotki, co mówią o tobie i tym, jak mu tam? No wiesz, bogaty, przystojny, ciemne włosy, jak moje, ciemne oczy…

– Federico – wpadła mu w słowo.

– Federico – powtórzył Lon, celowo przeciągając głoski. – Jakiś obcokrajowiec?

– Jak my wszyscy.

W innym wypadku Alonso by się uśmiechnął. To była prawda. Lon i Sophie poznali się w Ameryce Południowej i wszyscy ich znajomi przemieszkiwali w rozmaitych zakątkach świata. Dyplomaci, inżynierowie, górnicy, bankierzy, zagraniczni inwestorzy… Ale się nie uśmiechnął. Mówili przecież o Federicu Alvare!

Federico Alvare był prawą ręką Miguela Valdeza, jednego z potentatów narkotykowych Ameryki Południowej. Lon znał go osobiście. Federico, były agent wywiadu, zaciągnąłby Sophie do piekła, gdyby tylko mógł.

– Nie ma nic złego w tym, że masz nowego narzeczonego – ciągnął obojętnym tonem, tłumiąc ogarniający go gniew. Sophie z innym mężczyzną? No cóż, niewykluczone. Ale Sophie i Federico Alvare? Nigdy! To właśnie z powodu tych plotek Alonso przyjechał do Anglii. Jego kontakt doniósł, że lady Wilkins ma kłopoty i że zadaje się z jednym z najniebezpieczniejszych przestępców świata. Lon nie chciał w to uwierzyć. Aż do tej chwili w to nie wierzył. – Nie ma powodu, żebyś żyła jak mniszka. W końcu minęły dwa lata…

– Nie mam ochoty na żadne romanse – ucięła. – Federico nie jest moim narzeczonym, tylko… przyjacielem. On i Clive pracowali razem.

Albo była naiwna jak dziecko, albo piekielnie sprytna. Lon nie umiał w tej chwili ocenić, które z tych określeń jest bliższe prawdy.

– Nie wiedziałem – skłamał.

– Nic dziwnego – powiedziała cichutko. – Po naszym ślubie nie chciałeś mieć nic wspólnego ani ze mną, ani z Clive'em.

Patrzył zafascynowany na kosmyk włosów, który wysunął się z upiętych włosów i przykleił do szyi Sophie.

Szczęściarz z tego kosmyka, pomyślał Lon. Szczęściara z tej szyi. Muszę chronić tę piękną szyję, zanim spotka ją coś strasznego.

– Wy też nie tęskniliście za mną – przypomniał jej Lon.

– Nieprawda – zaprotestowała. – Clive próbował się kontaktować i to nieraz.

Miała na sobie kremową sukienkę z dzianiny. Dwa górne guziczki się rozpięły, ukazując oczom Lona kremowe ramiączko stanika.

– Niezbyt natarczywie – powiedział, zapatrzony w biały dekolt Sophie.

– Nie odpowiadałeś na telefony. Nie masz pojęcia, jak go to bolało, jaką przykrość sprawiłeś tym nam obojgu.

Lon chciał, żeby Sophie mówiła. Mógł bez przeszkód patrzeć na jej długą szyję, na słodkie usta… Jej wargi, nawet bez szminki były pełne, cudownie różowe. Miał ochotę przytulić ją do siebie i nigdy więcej nie puścić.

W tej chwili wróciła hrabina ze szklanką wody w dłoni.

– Nie masz pojęcia, jak się cieszę, że mnie odwiedziłeś – powiedziała Louisa Wilkins, przywitawszy się z Alonsem. – Bardzo dawno cię nie widziałam. Co najmniej dwa lata. Zdaje się, że od pogrzebu Clive'a.

Lon poczuł, że Sophie zadrżała.

– Chyba masz rację – przyznał, chcąc jak najszybciej zmienić temat na nieco mniej drażliwy. – Ale ty, Louiso, wyglądasz wspaniale. Ani trochę się nie postarzałaś.

– Dziękuję, Alonso. – Hrabina promieniała. Jej także brakowało męskiego towarzystwa. – Jesteś bardzo miły. Oczywiście zostaniesz na obiedzie, prawda?

– On jest bardzo zajęty, Louiso – pospieszyła z wymówką Sophie.

– Nie aż tak bardzo – poprawił ją Lon. – Chętnie u was zostanę.

– Powiem kucharce, żeby postawiła na stole jeszcze jedno nakrycie – powiedziała zadowolona hrabina. – A ty, Sophie – zwróciła się do synowej – pokaż Alonsowi, gdzie trzymamy whisky. O ile dobrze pamiętam, lubi sobie wypić szklaneczkę przed obiadem.

Sophie zaprowadziła Lona do biblioteki, a potem przyglądała się, jak nalewa sobie alkohol.

– Zdaje się, że hrabina ma do ciebie słabość – powiedziała.

– Zbliżają się święta – odparł, popijając z kryształowej szklaneczki. – Boże Narodzenie to rodzinne święta. Pewnie czuje się bardziej osamotniona niż zwykle.

Sophie nie odpowiedziała. Usiadła na sofie, podwinęła nogi pod siebie.

– Tobie też pewnie nie jest łatwo żyć tutaj z hrabiną – ciągnął Lon.

Wszystko się w nim gotowało, a Lon nie lubił tracić panowania nad sobą. Koledzy z niego żartowali, że ma nadludzką siłę, kiedy wpadnie w gniew. Rzeczywiście tak było. Mógł podnieść dwa razy tyle, ile sam ważył. Bez trudu. Kiedyś na obozie szkoleniowym podniósł trzysta kilo, a inni tylko się na niego gapili. Powiedział im, że to u niego rodzinne, bo jego ojciec był szkockim górnikiem, lecz to wcale nie była prawda.

Jego ojczym był Szkotem i górnikiem, a ojciec biologiczny – argentyńskim arystokratą, który zabił się, wpadając autem na drzewo z prędkością sto pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. To właśnie ta argentyńska krew sprawiała, że Lon ciągle pakował się w kłopoty.

– Louisa jest dla mnie bardzo dobra – mruknęła Sophie.

Kpiła w żywe oczy. Hrabina od początku traktowała ją jak człowieka drugiej kategorii. No, ale może się mylił, może to się zmieniło.

– Dobrze wygląda – stwierdził. – A jak ona naprawdę się miewa?

– Ma końskie zdrowie, a o tej porze roku, jak zwykle, myśli tylko o balu.

– Doroczna świąteczna gala Wilkinsów. – Lon uśmiechnął się krzywo. – Tydzień temu dostałem zaproszenie.

– Dostałeś zaproszenie? – Sophie nie umiała ukryć zdziwienia. Oboje wiedzieli, że hrabina nigdy za nim nie przepadała.

– Co roku dostaję – odparł z satysfakcją. – Po prostu nigdy przedtem nie byłem w Anglii o tej porze roku.

– A więc tym razem przyjdziesz?

Głos jej drżał. Nie chciała, żeby przyszedł.

– A powinienem?

– Nie – odparła bez namysłu, a potem się zaczerwieniła. – To nie jest impreza w twoim stylu – starała się zatuszować niezręczność. – Setki ludzi, mało jedzenia. Pewnie nawet nikogo nie znasz.

– To bez znaczenia. – Lekceważąco machnął ręką. – Ważne, że będę mógł popatrzeć na ciebie.

Sophie wstała, jakby chciała wyjść, ale zaraz usiadła z powrotem. Z całej siły wcisnęła dłonie w poduszki sofy.

– Nic między nami nie będzie, Lon – powiedziała, nie patrząc na niego. – Nie zapomniałam Clive'a. Mówiłam ci, że nie jestem jeszcze gotowa na nowy związek.

– Ja wcale nie jestem nowy.

Prawda, pomyślała Sophie. Od piętnastu lat jest częścią mojego świata. Ale nawet piętnaście lat temu nie był dla mnie odpowiedni. Dziesięć lat temu też nie. Nawet dzisiaj nie jest tym, kogo mi trzeba.

– Proszę cię – westchnęła – nie zmuszaj mnie, żebym była nieuprzejma.

– Ty? Nieuprzejma? – Lon się roześmiał. – Nawet gdybyś bardzo chciała, nie umiałabyś się zachować niegrzecznie. Zrobiłaś z dyplomacji prawdziwą sztukę, a takt zamieniłaś w cnotę. Możesz…

– Za to ty lubisz być umyślnie nieuprzejmy – przerwała mu.

Biedna Sophie, pomyślał z czułością. Taka drobna i krucha na tej wielkiej sofie. A przy tym piękna, niemal jak zjawisko z innego świata.

Tak, umyślnie był dla niej niemiły, bardzo chciał sprawić jej przykrość. W głębi serca wciąż chciał, by cierpiała za to, że wybrała Clive'a, a nie jego.

W dniu, w którym Lon poprowadził ją do ołtarza i dosłownie oddał Clive'owi, stracił własne serce.

Nigdy głośno tego nie powiedział, ale nienawidził jej za to, że poprosiła go, by to właśnie on poprowadził ją do ołtarza w zastępstwie chorego ojca. Lon nie chciał nikogo zastępować. Nie chciał być jej ojcem ani bratem. Chciał być jej kochankiem, jej mężem, chciał mieć Sophie całą wyłącznie dla siebie.

– Nie – powiedział. – Nie lubię być rozmyślnie nieuprzejmy, tylko mam paskudny charakter. Zwykle doskonale nad sobą panuję. Nerwy mi puszczają tylko wtedy, gdy mam do czynienia z tobą, lady Wilkins.

– I ty się dziwisz, że Clive czuł się przy tobie nieswojo po naszym ślubie? – żachnęła się Sophie.

Lon wcale się nie dziwił. Wiedział, czemu Clive czuł się nieswojo w jego towarzystwie. Niestety, nie mógł tego powiedzieć Sophie. Nie mógł jej powiedzieć niczego o tajemnej przeszłości jej męża. Clive nigdy jej nie mówił, kim był, a raczej kim się stał. Lon przysiągł, że nie powie o tym Sophie, że będzie ją chronił przed straszną prawdą. Ta prawda złamała Lona, a ją mogłaby zabić.

– Byłeś dla Clive'a wszystkim – Sophie mówiła coraz głośniej. – Uwielbiał cię. Byłeś jego najlepszym przyjacielem. Nie rozumiem, dlaczego się od ciebie odwrócił. Co się stało?

– Dorośliśmy.

– To nie może być aż takie proste, Lon. Przyjaźniliście się przez wiele lat. Wszystko robiliście razem. Chodziliście do tej samej szkoły z internatem, potem na ten sam uniwersytet i mieliście wspólnych przyjaciół. Clive nawet wstąpił do lotnictwa, kiedy ty się zaciągnąłeś.

– Może za dużo było tej naszej wspólnoty. Może Clive'owi lepiej się powodziło z nowymi przyjaciółmi. Pewnie przestałem być dla niego odpowiednim towarzystwem.

Sophie czuła, że Lon jest zły na Clive'a, lecz nie miała pojęcia o co. Koniecznie chciała to zrozumieć.

– Dlaczego? – spytała rozgorączkowana. – Co się z wami stało?

Lon się wahał. Najwyraźniej nie chciał mówić o tym, co tak bardzo interesowało Sophie.

– Zmieniliśmy się – powiedział w końcu. – Oddaliliśmy się od siebie.

– Clive się nie zmienił – zaprotestowała. – To ty musiałeś się zmienić.

– On też się zmienił. – Lon westchnął. – Był skomplikowanym człowiekiem.

Clive skomplikowany? Sophie ani przez chwilę w to nie wierzyła. Clive był prosty jak konstrukcja gwoździa. Absolutnie żadnych komplikacji. Alonso znów coś przed nią ukrywał.

– Czemu nie chcesz mi powiedzieć prawdy, Lon? – Sophie postanowiła przyprzeć go do muru. – Kluczysz, wykręcasz się; nie powiedziałeś mi niczego, czego bym już nie wiedziała.

– Co ci przyjdzie z tego, że się dowiesz, czemu nasze drogi się rozeszły? Czy to ci w czymś pomoże? – zapytał łagodnie, niemal czule.

Podszedł do Sophie i poprawił odwinięty kołnierzyk jej sukienki. Jego palce musnęły jej szyję. Poczuła przyjemny dreszcz. Zacisnęła pięści, jakby w ten sposób dało się powstrzymać i pożądanie, i przyjemność.

Życie to nie przyjemność ani pożądanie, pomyślała. W życiu trzeba się kierować zdrowym rozsądkiem. Wiem, że Lon nie nadaje się na męża. Nigdy się nie nadawał. Dobrze zrobiłam, że wybrałam Clive'a. Lon nigdzie nie zagrzeje miejsca. Jest zdeklarowanym kawalerem. Nie ma żadnych więzi, żadnych korzeni, nie ma nawet rodzinnego domu.

Kiedy chodzili do szkoły, Lon był jednym z nielicznych uczniów, którzy nigdy nie wyjeżdżali do domu. Ani na weekendy, ani nawet na święta. Sophie myślała, że to matka Lona nie chciała go widywać. Dopiero kiedy dorośli, dowiedziała się, że to Lon nie chciał mieszkać z matką i ojczymem.

– Widujesz się czasami ze swoją mamą? – spytała Sophie. Uznała, że lepiej zmienić temat, bo Lon i tak nic więcej jej nie powie.

– Kiedy tylko mogę – odparł, patrząc jej w oczy. W jego błękitnych oczach zawsze drzemał cień, jakby tajemnica, którą z nikim nie chciał się podzielić. Ten cień był tam już wtedy, kiedy razem chodzili do szkoły, a potem zniknął. Teraz znów powrócił. – Mama i Boyd wrócili do Szkocji. Mieszkają pod Edynburgiem. Obiecałem, że spędzę z nimi święta. Wrócę do Londynu dopiero w drugi dzień świąt.

W drugi dzień świąt będę już w Brazylii, pomyślała Sophie.

– Jak im się wiedzie?

– Doskonale. Żyją sobie spokojnie, jak dwa gołąbki. Oboje posiwieli… A ty? Jak ty się miewasz? Czy jesteś tu szczęśliwa?

Jego niski głos przeszył ją. Zadrżała. Drżała z tęsknoty, której nie umiała opanować. Lon nadal ją obezwładniał, odurzał. Nie potrafiła go kochać tak, jak on tego chciał, ale nienawidzić go też nie umiała. Zawsze przy nim czuła za dużo i stanowczo zbyt intensywnie. Przerażała ją siła tych uczuć.

– Jak mogę być szczęśliwa? – Sophie wzruszyła ramionami. – Mój mąż nie żyje. Straciłam dom. Jestem całkowicie zależna od teściowej…

– A więc mnie potrzebujesz – wpadł jej w słowo Lon.

– Ależ ty jesteś pewny siebie – prychnęła.

Drzwi biblioteki się otworzyły, w progu stanęła hrabina.

– Podano obiad – powiedziała.

Podczas obiadu była w szampańskim humorze, usta jej się nie zamykały. Louisa Wilkins była najgorszym gawędziarzem na świecie, lecz Lon słuchał uważnie jej opowieści o planach na nowy sezon Stowarzyszenia Ogrodniczego Pań z Towarzystwa. Sophie nie miała pojęcia, jak on to wytrzymuje. Jeszcze kilka lat temu za żadne skarby świata nie słuchałby nudnych opowieści Louisy. No tak, ale przed laty Louisa nie zniżyłaby się do rozmowy z Lonem.

Przez tych ostatnich dziesięć lat wszyscy się zmieniliśmy, pomyślała Sophie.

Lon spojrzał na nią, ich oczy się spotkały. Dech jej w piersiach zaparło. Zastanawiała się, czy on jeszcze kiedyś ją pocałuje, czy zdoła sprawić, że poczuje się tak jak kiedyś, gdy miała osiemnaście lat i jeszcze była ciekawa życia.

– Chcesz dokładkę deseru, mój drogi? – spytała hrabina.

– Nie, Louiso, dziękuję.

– Wobec tego pójdziemy do biblioteki – zarządziła hrabina, wstając od stołu.

Sophie także wstała, zaczęła zbierać talerze.

– Może lepiej pomogę Sophie sprzątać ze stołu.

– Sama sobie poradzi. – Louisa wzięła Lona pod rękę z taką determinacją, jakby był jedynym mężczyzną na świecie. – Prawda, Sophie?

– Oczywiście – przytaknęła Sophie.

Owszem. Przydałaby się jej pomoc w kuchni, ale nade wszystko potrzebowała chwili spokoju.

Spotkanie z Lonem całkowicie wytrąciło ją z równowagi. Zamiast myśleć o podróży do Brazylii, myślała o Lonie i o tym, co kiedyś ich łączyło. Zawsze w jego obecności była oszołomiona, zdenerwowana i bezsensownie podniecona.

– Poradzę sobie – powiedziała, tym razem bardziej do siebie niż do Lona czy do hrabiny. Nie była już nastolatką, tylko dojrzałą kobietą. Wdową. Skoro tyle przetrwała, to wieczór w towarzystwie Alonsa Huntsmana nie powinien zrujnować jej życia. – Przyjdę do was, jak skończę zmywanie.

Stała zamyślona przy zlewie pełnym naczyń, kiedy ręka w kaszmirowym swetrze sięgnęła przed nią po ścierkę do wycierania naczyń.

– Co ty wyprawiasz? – Sophie aż podskoczyła.

Lon starannie wytarł ściereczką talerz.

– Pomagam ci – odparł.

– Hrabina nie będzie zadowolona.

– Hrabina się nie dowie. Myśli, że jestem w toalecie. – Uśmiechnął się łobuzersko. Był teraz taki podobny do Lona sprzed lat, że Sophie serce się ścisnęło z żalu i nadmiaru wspomnień.

– Ani trochę się nie zmieniłeś – stwierdziła.

– Nie. Zresztą ty byś tego nie chciała. Podaj mi talerz. – Sophie zrobiło się przyjemnie, gdy wyciągnięta ręka znowu musnęła jej biust.

– Jak długo mieszkasz z hrabiną? – zapytał.

– Ponad rok. Odkąd zamknięto Humphrey House. – Czyli dom, w którym po ślubie zamieszkała z Clive'em. – Nie stać mnie było na utrzymanie.

– Jak ci się z nią mieszka?

– Ciekawie.

– Jesteście w dobrych stosunkach, skoro udało wam się wytrzymać razem rok.

– Nie miałam wielkiego wyboru. – Sophie wzruszyła ramionami. – Ale nie jest źle. Miałam szczęście, że zgodziła się mnie przyjąć.

– Ale?

– Nie ma żadnego „ale”. Anglia to nie Ameryka Południowa. Nigdy nie będzie podobna.

– A więc myślisz czasami o Kolumbii? – zapytał Lon, sięgając po kolejny talerz.

– Bez przerwy – uśmiechnęła się, a potem zapatrzyła w pianę w zlewie. – To były najlepsze lata mojego życia.

To wiele o niej mówiło. W Elmshurst właściwie nie miała koleżanek. W tej elitarnej szkole z internatem prócz niej były jeszcze dwie dziewczyny z Ameryki, ale obie z bogatych i ustosunkowanych rodzin. Sophie nie była ani bogata, ani ustosunkowana.

– Co ci się najbardziej kojarzy z Kolumbią? – spytał.

– Buenaventura.

A więc ona też nie zapomniała wakacji w willi Wilkinsów nad brzegiem oceanu. Clive zdołał jakoś przekonać ojca, żeby zaprosił na lato i Lona, i Sophie.

– To były wspaniałe wakacje – westchnęła Sophie, wyjmując korek ze zlewozmywaka.

Powiedziała to z takim smutkiem, że Lonowi ścisnęło się serce. Musiała być bardzo samotna, ale czy w ogóle zdawała sobie z tego sprawę?

– Pojedź ze mną na święta do mojej mamy – zaproponował.

Był pewien, że przy nim będzie bardziej bezpieczna i na pewno szczęśliwsza. Chciał, żeby trzymała się z dala od Federica, chciał, żeby przynajmniej w te święta nie popełniła głupstwa.

– Nie mogę zostawić Louisy samej. – Sophie pokręciła głową.

– Ona też może z nami jechać.

– Nie pojedzie.

– No, to już jej decyzja. Nie może wymagać od ciebie, żebyś podporządkowała się jej planom.

Sophie poczuła się ociężała i bardzo zmęczona. Przeraziła się, że nie poradzi sobie z podróżą i przygotowaniami do balu, że to dla niej stanowczo za dużo. Nie da się przecież przeskoczyć samej siebie.

Chciała, żeby już było po balu, żeby jakimś cudem Lon nie spotkał się z Federikiem, żeby już mogła siedzieć w samolocie…

Jeszcze tylko kilka dni, pomyślała. Zanim się obejrzę, już będę w São Paulo.

– Wracaj do Louisy – powiedziała do Lona. – Ja zaraz do was dołączę.

– O, jest nareszcie – zauważyła Louisa, gdy Sophie weszła do biblioteki. – Zastanawialiśmy się właśnie, czy nie utopiłaś się w zlewie.

– Nie, aż tak ciekawie nie było – odparła Sophie. Spojrzała na Lona, ale on na nią nie patrzył.

– Muszę wracać do Londynu – powiedział, całując Louisę w policzek. – Dzięki za miły wieczór.

– Cała przyjemność po mojej stronie – odparła hrabina. – Mam nadzieję, że zobaczymy cię na sobotnim balu.

– Niestety, nie. Najbliższe tygodnie mam szczelnie wypełnione.

– Wielka szkoda. Sophie zaprosiła swoich przyjaciół. Na pewno byś ich polubił.

– Na pewno – zgodził się Lon z uśmiechem, który obejmował wyłącznie usta. – Wesołych świąt, Louiso.

Sophie odprowadziła go do wyjścia.

– Szykuje się wielki bal – stwierdził Lon, gdy przechodzili przez wielką, nieoświetloną w tej chwili salę balową.

– Jak zwykle – mruknęła Sophie. Doskonale wiedziała, że samo ubieranie czterometrowej choinki zajmie cały dzień jej i dwojgu służącym.

– Znam któregoś z twoich przyjaciół? – zapytał Lon.

– Raczej nie. – Sophie się zarumieniła.

– Boję się o ciebie.

– Ty się boisz? – wybuchnęła nieszczerym śmiechem. – Ty? Superman? Ty się boisz tylko kryptonitu.

Nie panowała nad swoim uczuciem do Lona, nie umiała zapomnieć o przeszłości. Jej życie stało się nie do zniesienia. Od śmierci Clive'a wciąż była zdezorientowana, pogubiona, nie mogła dojść ze sobą do ładu.

– Tęsknię za nim, Lon – powiedziała. – Brakuje mi optymizmu Clive'a, brakuje mi jego śmiechu. Nie mogę uwierzyć, że to dopiero dwa lata od jego śmierci. Mnie się zdaje, że minęło co najmniej dziesięć.

– Na pewno nie chciał cię zostawić. Nie chciał, żebyś została bez środków do życia.

– Nie krytykuj go – poprosiła.

Była przekonana, że ona także jest winna śmierci Clive'a. Nie była lojalną kochającą żoną, za jaką ją uważano. Wystąpiła o rozwód zaledwie na dzień przed nadejściem telegramu, zawiadamiającego o śmierci Clive'a. Czy to nie było przeznaczenie? Czy można było szybciej wymierzyć karę?

Tylko jeden dzień! Jakby bogowie powiedzieli: chcesz być wolna? Proszę, jesteś wolna. Życzenie się spełniło.

– Wiem, że ci go brakuje – odezwał się Lon – ale musisz zacząć znowu żyć, a nie ciągle oglądać się za siebie.

– To niemożliwe. – Sophie pokręciła głową. – Musiałabym się dowiedzieć, czemu zabili Clive'a.

– Znalazł się w niewłaściwym miejscu o nieodpowiedniej porze – wyjaśnił sucho Lon.

– Ale dlaczego? – Clive został zastrzelony z bliskiej odległości. Tyle wiedziała. Miał zaledwie dwadzieścia dziewięć lat. Był za młody, żeby umierać. – Czemu się tam znalazł? Dlaczego był akurat w tym miejscu w samym środku nocy?

– Tego się chyba nigdy nie dowiemy – powiedział Lon. Otworzył sobie drzwi i wyszedł na dwór.

Padał śnieg. Duże białe płatki powoli wirowały w powietrzu, opadały na ziemię, pokrywając ją białym dywanem.

– Dawno nie widziałem śniegu. – Alonso się uśmiechnął.

Sophie wyszła za nim przed dom. Wyciągnęła dłoń, złapała delikatną śnieżynkę. Było cichutko i tak spokojnie, że aż bolało serce. Za Sophie, za Clive'a, za Lona i za ich niegdysiejszą przyjaźń.

– Co się z nami porobiło, Lon? – szepnęła, wpatrzona w wirujące płatki.

– Dorośliśmy.

– Mieliśmy na zawsze pozostać przyjaciółmi, pamiętasz? Jak trzej muszkieterowie.

– Tres amigos… – Lon się uśmiechnął.

Trójka kumpli, troje przyjaciół: Clive, Lon i Sophie.

– Żeby można było cofnąć czas – westchnęła. – Żeby znów było tak jak dawniej.

– Trzeba myśleć o przyszłości, Munieca. – Lon popatrzył na nią z czułością. – Trzeba nadać życiu prawdziwy sens.

– Ale to znaczy, że trzeba zapomnieć o Clivie.

Lon nie odpowiedział, a Sophie łzy napłynęły do oczu. Tak bardzo pragnęła przytulić się do Lona, poczuć jego ciepło i siłę.

– Nie chcę się z tobą kłócić – powiedziała cichutko. – Chcę, żebyśmy znów byli przyjaciółmi.

– To żaden problem, kochanie. – Lon starł z policzka Sophie płatek śniegu. – Musisz tylko zdecydować się na szczęście.

– Kiedy to mówisz, to zdaje się takie proste – westchnęła.

– Bo jest proste. – Lon wyjął z kieszeni kluczyki od auta. – W co się ubierzesz na przyjęcie? – spytał, chcąc zmienić temat na bardziej obojętny.

– W czarną suknię. – Sophie lekko się skrzywiła. – Jak zwykle.

– Clive nie lubił cię w czerni – przypomniał Lon.

Clive nie cierpiał czarnego koloru. Wszystko, co jej kupował, było kolorowe, radosne. Żółte, czerwone, niebieskie, zielone… Nigdy czarne!

– Czarny kolor jest bardzo praktyczny.

Lon patrzył na nią uważnie, jakby chciał przejrzeć Sophie na wylot.

– Raz cię straciłem – powiedział cicho – ale więcej nikomu cię nie oddam. Święta to dobry moment, żebyś się zaczęła do tego przyzwyczajać.

ROZDZIAŁ TRZECI

Sophie włożyła czarną suknię, tę samą, którą miała na sobie rok i dwa lata temu. Spojrzała w lustro.

Czarna jak wrona, pomyślała z goryczą.

Nie chciała tej czerni. Owszem, popełniła błąd, ale czy to oznacza, że straciła prawo do szczęścia? Czy to grzech, jeśli jeszcze raz w życiu będzie wyglądać ładnie? Jest Boże Narodzenie!

– Wybacz mi, Clive – szepnęła, zdejmując czarną suknię.

Pośród sukien, jakich jeszcze się nie pozbyła, była jedna, której Sophie nigdy nie miała na sobie. Kupiła ją przed ślubem na wieczorowe okazje podczas miodowego miesiąca, jednak miejscowość, do której pojechali z Clive'em była małym spokojnym miasteczkiem i Sophie nie miała okazji do zaprezentowania wieczorowej sukni.

Rozległo się pukanie, zza drzwi dobiegł głos hrabiny.

– Jest wpół do szóstej, Sophie. Goście zaraz zaczną się schodzić.

– Jestem prawie gotowa, Louiso – powiedziała, zdejmując z wieszaka czerwoną suknię.

Hrabina weszła do pokoju. Miała na sobie długą suknię z szarej satyny, naszyjnik z diamentów i pereł, broszkę z diamentów i pereł, kolczyki z diamentów i pereł, a na siwych włosach diadem, także z diamentów i pereł.

– Nie jesteś nawet ubrana! – oburzyła się Louisa Wilkins.

– Muszę tylko zapiąć suknię – powiedziała Sophie, wsuwając się w suknię z czerwonego jedwabiu.

– Chcesz wystąpić w tym? – Louisa przyglądała się podejrzliwie czerwonej sukni. – Czemu nie włożysz czarnej?

– Miałam ją na sobie już dwukrotnie.

– I dobrze, bo świetnie w niej wyglądasz.

– Clive kupił mi tę suknię – broniła się Sophie. Jednak to nie Clive zaprzątał jej myśli, tylko Lon, choć zapowiedział, że nie zjawi się na balu. – Za chwilę zejdę na dół.

Sala balowa lśniła. Blask sześciu wspaniałych żyrandoli z pięciu tysięcy kryształów odbijał się w wyfroterowanej posadzce, ogromna choinka błyskała kolorowymi lampkami, orkiestra grała walca…

Jak w bajce, pomyślała Sophie.

Niestety, pierwszą godzinę balu spędziła jak Kopciuszek. Witała gości przy drzwiach, odbierała od nich okrycia, przyjmowała świąteczne prezenty i robiła wszystko, by goście czuli się jak u siebie w domu. Była tak zaprzątnięta witaniem kolejnej pary, że nie zauważyła, jak wyrósł przed nią Lon z ogromnym bukietem białych lilii.

– Skąd się tu wziąłeś? – spytała zaskoczona Sophie i wyciągnęła ręce po jego wełniany płaszcz.

– Czy hrabina nie mogła tu postawić któregoś ze służących? – odpowiedział jej pytaniem i delikatnie pocałował w policzek.

– Daj spokój – poprosiła, czując, jak ogarnia ją żar.

To był zwykły powitalny pocałunek. Jak coś tak niezobowiązującego może człowieka do tego stopnia poruszyć, wzbudzić tak wielkie pożądanie? No cóż, Alonso zawsze tak na nią działał.

– Musiałem zmienić plany – wyjaśnił. – Szczęśliwy zbieg okoliczności, prawda?

Nie dla mnie, pomyślała Sophie. To, co czuła do Lona, to zwykłe szaleństwo. Nie mogła sobie pozwolić na szaleństwa.

– Oddam kwiaty Louisie – powiedziała, zadowolona, że może odejść. Ktoś musiał ją uchronić przed Alonsem. Kiedyś to zadanie należało do Clive'a, ale Clive'a nie było…

– Kwiaty są dla ciebie – powiedział Lon. – Louisie przyniósłbym żółte chryzantemy.

Z upodobaniem patrzył na szczupłą postać Sophie, odzianą w czerwony jedwab, pozbawioną jakiejkolwiek biżuterii.

– Cieszę się, że cię widzę – uśmiechnął się sztucznie. – Chciałbym poznać tych twoich wspaniałych przyjaciół.

To nie byli przyjaciele, tylko przyjaciel. Jeden. Federico Alvare. Sophie przypuszczała, że Lon już o tym wie.

– Czy to ci sami ludzie, z którymi wybierasz się do Brazylii? – zapytał.

Skąd wie, że jadę do Brazylii? – pomyślała wystraszona Sophie. Nikomu nie mówiła. Wiedział o tym tylko Federico.

– Trzeba wstawić kwiaty do wody – przypomniał Lon, nie spuszczając z niej oka.

– Nie mogę. Goście…

– Owszem, możesz. Goście mają się świetnie, za to boję się o ciebie, kochanie.

– Nie trzeba się o mnie martwić – mruknęła.

Nie lubiła tej miny u Lona. Bała się jego przenikliwego spojrzenia.

– Kiedy zamierzałaś mi opowiedzieć o swoich świątecznych planach? – dopytywał się. – A może miałaś nadzieję, że uda ci się cichaczem wyjechać z Federikiem Alvare?

Jeszcze przed chwilą było jej tak gorąco, że najchętniej zdjęłaby z siebie suknię, a teraz poczuła przejmujący chłód.

Skąd Lon wie o podróży? – myślała. Kto mu o tym powiedział?

Lon zauważył, że jest przestraszona. Pomyślał, że to dobrze, bo powinna się bać. Jeśli Sophie wyląduje w São Paulo w towarzystwie Federica, Miguel Valdez żywcem obedrze ją ze skóry.

– Chodźmy do biblioteki – wyszeptała.

Nieniepokojeni przez nikogo przeszli przez salę balową. Sophie oddała kwiaty kelnerowi i poprosiła, by wstawił je do wazonu.

Lon otworzył ciężkie drzwi biblioteki, przepuścił przed sobą Sophie.

– Chcę się dowiedzieć wszystkiego – powiedział stanowczo, starannie zamykając za sobą drzwi.

– Nie mam ci nic ważnego do powiedzenia.

– Pozwól, że ja to ocenię, kochanie.

Patrzyli sobie prosto w oczy. Lon wiedział, że Sophie nie byłaby taka pewna siebie, gdyby wiedziała, z kim ma do czynienia i w co się pakuje.

– Uprzedziłaś hrabinę o swoim wyjeździe? – spytał.

– Nie – burknęła niechętnie. – A skąd ty o tym wiesz?

– Ach, więc tylko to cię martwi?

– A o co jeszcze miałabym się martwić?

– Choćby o to, że wyczyściłaś swoje konto do zera. Dałaś obcemu człowiekowi ponad dziesięć tysięcy funtów.

Sophie milczała. Patrzyła na Lona i zaciskała pięści.

– Wystąpiłaś o brazylijską wizę – ciągnął Lon – i kazałaś Alvare kupić bilety lotnicze.

Mieli rezerwację na drugi dzień świąt. To Federico zaplanował podróż, ona zarezerwowała bilety.

– Nie wolno mi nawet pojechać na wakacje? – Sophie się nadąsała. – Od śmierci Clive'a nigdzie się stąd nie ruszałam.

– Clive zginął właśnie w Brazylii – przypomniał jej Alonso.

– I dlatego nie wolno mi tam jechać?

– Na pewno nie wolno ci się zapuszczać w te okolice São Paulo, gdzie zginął twój mąż.

– Czyżbyś wiedział coś, o czym powinnam i ja wiedzieć? – zainteresowała się. – Czy coś przede mną ukrywasz? To ty zorganizowałeś przewiezienie ciała Clive'a do Anglii, więc…

– Ja tylko pomogłem załatwić formalności związane z pogrzebem – wpadł jej w słowo. – Za to twój przyjaciel Federico pracował razem z Clive'em w Brazylii. Pytałaś go może, w jakich okolicznościach zabito Clive'a? Senior Alvare powinien coś o tym wiedzieć.

– Zna w São Paulo kilku ludzi, którzy mogliby mi pomóc. Wynajął prywatnego detektywa.

– Federico wynajął detektywa? Dla ciebie?

– Co w tym dziwnego?

– Nic, prócz tego, że jemu nie można wierzyć. To niebezpieczny…

– A ty nie? – wybuchnęła Sophie.

Alonso przerażał ją co najmniej tak samo jak Federico, a nawet bardziej.

– Ty nawet nie wiesz, co znaczy to słowo, Munieca – prychnął Lon. – Jeśli Alvare wziął od ciebie dziesięć tysięcy funtów na podróż do Brazylii, to jest zwyczajnym naciągaczem.

– Połowa tej sumy to koszta podróży, a druga ma pokryć koszt honorarium detektywa.

– Bilet do Brazylii nie kosztuje pięciu tysięcy funtów, a jeśli chciałaś przewodnika…

– To moja podróż – przerwała mu – moje kontakty i moje plany. Mieszkałam kilka lat w Ameryce Południowej, znam trochę tamtejsze warunki. A dziesięć tysięcy funtów to drobiazg, jeśli można za nie odzyskać spokój. Zresztą w twoim świecie taka suma starcza zaledwie na drobne wydatki.

– W moim świecie… – Lon roześmiał się nieprzyjemnie. Podszedł do barku i nalał sobie whisky. – Rzeczywiście, sytuacja nieco się zmieniła. Nie do wiary, ile może się zdarzyć przez dziesięć lat.

Przez zamknięte drzwi biblioteki przesączały się dźwięki muzyki. Zaczęły się tańce. Zgodnie z planem, punktualnie co do minuty. Na przyjęciach hrabiny Wilkins wszystko musiało działać jak w zegarku.

– Po prostu miałeś szczęście – mruknęła, obejmując się ramionami, jakby chciała się odgrodzić od Lona.

– Nie żadne szczęście tylko ciężka praca. – Wpatrywał się w szklaneczkę, w której lśnił bursztynowy płyn. Dopiero po chwili popatrzył na Sophie. – Bardzo ciężka.

Nieważne, czy szczęście czy ciężka praca przyniosły mu miliony w szlachetnych kamieniach. Alonso Huntsman był właścicielem jednej z największych kopalni szmaragdów w Ameryce Południowej. Miał tak wielki majątek, że stać by go było na kupno niedużego państwa. Za gotówkę.

– Powiedz mi – zaczął Lon, świdrując ją spojrzeniem – czy gdybym pięć lat temu był bogaty, to też wyszłabyś za mąż za Clive'a? A może wybrałabyś mnie?

– Nie wyszłam za niego dla pieniędzy – obruszyła się.

– Bo on już wtedy nic nie miał, mam rację?

– Jak możesz mówić w ten sposób o Clivie? – wybuchnęła. – Byłeś jego najlepszym przyjacielem, uwielbiał cię…!

– Daruj sobie, kochanie. Ty byłaś jego żoną, ale to ja znałem Clive'a jak własne pięć palców. Uwierz mi, nie był harcerzem.

Cóż to za straszny człowiek, pomyślała Sophie. Jak ja go nienawidzę!

– Wyjdź. – Podeszła do drzwi biblioteki, otworzyła je na oścież. – Przeproszę hrabinę w twoim imieniu. Będzie jej przykro, że musiałeś tak prędko nas opuścić, ale na pewno zrozumie obowiązki człowieka interesu.

– Nie mam w tej chwili żadnych spraw do załatwienia – oznajmił Lon, nie ruszając się z miejsca.

– Chcę, żebyś sobie poszedł! – wykrzyknęła, na chwilę tracąc panowanie nad sobą.

– Zamknij drzwi, Sophie – poprosił obojętnie Lon. – Robisz przeciąg.

– Nie pozwolę ci obrażać mojego męża w jego własnym domu!

– To nie jest jego dom. Ten dom należy do matki Clive'a, tak jak Humphrey House należał do jego ojca. Clive nigdy nie miał nawet własnego mieszkania.

Krew napłynęła jej do twarzy, coraz trudniej było zachować spokój. A przecież musiała się opanować.

To tylko Alonso, tłumaczyła sobie w duchu. Barbarzyńca, odmieniec, zagubiona dusza, która nigdy nie zaznała dobrodziejstw właściwego wychowania… Bez ojca, bez matki, od czwartego roku życia skazany na szkoły z internatem…

A jednak dziesięć lat temu byli przyjaciółmi, potrafili otwarcie rozmawiać o życiu, o miłości, nawet o seksie. I o przyszłości. Niestety, przyszłość okazała się zupełnie inna, niż się spodziewali.

Sophie wzięła głęboki oddech, powoli zamknęła drzwi.

– Zostanę – powiedziała – ale jak nie przestaniesz obrażać Clive'a, to ja przestanę cię szanować.

– Czy to znaczy, że już nigdy nie zwrócisz się do mnie o pomoc? – zakpił.

– Nigdy nie prosiłam cię o nic dla siebie – powiedziała cichutko Sophie. – Zawsze robiłam to dla Clive'a.

Dwa lata po ślubie Clive był właśnie w jakimś małym państewku Trzeciego Świata, kiedy wybuchła tam wojna. Rząd zamknął lotnisko i Clive nie mógł się stamtąd wydostać. Zdołał do niej zadzwonić z tego lotniska. Niewiele słyszała, co do niej mówi, bo w słuchawce terkotał karabin maszynowy. Clive dzwonił, żeby się pożegnać, lecz Sophie nie chciała przyjąć do wiadomości porażki, nie chciała, żeby jej małżeństwo skończyło się w taki sposób. Jakoś udało jej się znaleźć Lona. Błagała go o pomoc i Alonso pomógł. Jak zwykle. Uratował nie tylko Clive'a, ale jeszcze ponad czterdziestu obywateli Europy i Australii.

Sophie nigdy nie pytała, jak to zrobił. Wiedziała tylko, że kontakty w różnych stronach świata oraz nadzwyczajna odwaga pozwalają mu dokonywać czynów, na jakie nikt inny by się nie poważył.

– Czy kiedykolwiek ci odmówiłem, Sophie? – zapytał.

Gdy zginął Clive, Lon znów musiał interweniować. Tym razem w Brazylii. Nie tylko sprowadził ciało jej męża do Anglii, ale także uciszył niemiłe plotki o tym, że lord Clive Wilkins miał być jakoby zamieszany w jakieś ciemne interesy w Ameryce Południowej.

Nie odpowiedziała. Z sali balowej dobiegł czyjś głośny śmiech. Sophie przechyliła głowę, nasłuchiwała odgłosów balu. Powinna stąd wyjść, iść do gości. Nie mogła. Jakby Alonso trzymał ją na niewidzialnej smyczy. Nie chciała tej uwięzi, bała się jej. Gdyby mu tylko pozwoliła, kontrolowałby każdy jej krok, na zawsze przykułby ją do siebie. Właśnie dlatego od niego uciekła, schowała się pod skrzydłami Clive'a i jego rodziny.

– Muszę wracać do gości – powiedziała. – Mam nadzieję, że będziesz się dobrze bawił.

ROZDZIAŁ CZWARTY

– Poproszę dżin z tonikiem – powiedział Lon, podchodząc do baru.

W ślad za Lonem do baru podeszła szczupła długonoga blondynka. Amanda, córka lorda Lindleya.

– Dla mnie to samo – powiedziała do barmana i puściła oko do Lona.

– Witaj, Manda.

– Czemu do mnie nie dzwonisz? – spytała, spoglądając na niego z wyrzutem.

– Ponieważ jestem dla ciebie za stary – odparł, wręczając jej szklankę z koktajlem.

– Nic podobnego. Zresztą, nawet gdybyś był, to i tak jesteś rewelacyjny. Wiesz, że chcę, żebyś zadzwonił.

– Nie znam numeru telefonu.

– Ale ja znam twój, więc chyba sama do ciebie się odezwę.

Lon się roześmiał. Czasy się zmieniły, pomyślał. I kobiety są inne. Wiedzą, czego chcą, i sięgają po to bez oporów.

– Twój tata nie będzie zadowolony.

– Mylisz się. Wie, że jesteś człowiekiem interesu i że bardzo mi się podobasz.

– Rozumiem. – Lon się roześmiał. – Twój tata uważa, że mnie na ciebie stać.

– Bo to prawda.

Podniósł do ust szklankę, choć właśnie odechciało mu się pić. Manda też wyleciała mu z głowy. W sali balowej pojawiła się Sophie w jaskrawoczerwonej sukni. Nie była sama. Federico Alvare przybył na bal, tak jak obiecał.

Alonso przyglądał się, jak Federico i Sophie tańczą, jak ręka Alvare obejmuje jej talię, jak on pochyla głowę, jakby z zainteresowaniem wsłuchiwał się w to, co Sophie ma mu do powiedzenia.

Lon zacisnął zęby w bezsilnej złości. Zabiję go, jak nie przestanie jej dotykać, pomyślał.

– Nie słuchasz, co do ciebie mówię – poskarżyła się Amanda, dotykając ramienia Lona.

– Przepraszam – powiedział – ale muszę zostawić cię samą. Mam sprawę do załatwienia.

Sophie cierpła skóra od dotknięć Federica. Wciąż jej dotykał, odkąd przekroczył próg Melrose Court. Chciała go z siebie strząsnąć, kazać mu zabrać łapy, ale bała się go zrazić. Federico był jej przepustką do Brazylii; wiedział coś ważnego o śmierci Clive'a, znał prawdę, którą Sophie koniecznie musiała poznać.

Spokojnie, powtarzała sobie w myślach. Wytrzymaj. Już niedługo będziesz w Brazylii.

– Wspaniałe przyjęcie, Sophie – usłyszała za plecami głos Lona. Pocałował ją w policzek, po czym zwrócił się do Federica: – Cóż za niespodziewane spotkanie, senior Alvare. Nie przypuszczałem, że lubi pan takie imprezy.

– Nie przypominam sobie, żebyśmy zostali sobie przedstawieni – odezwał się Federico, obejrzawszy sobie Lona od stóp do głów.

– Owszem, spotkaliśmy się – powiedział Lon. – Wielokrotnie ze sobą… rozmawialiśmy.

Oczywiście, jeśli strzelaninę można nazwać rozmową, pomyślał.

– Niemożliwe. – Federico pokręcił głową. – Musiał mnie pan z kimś pomylić. Dla was, Europejczyków, wszyscy południowcy są jednakowi.

– Ja też pochodzę z Ameryki Południowej. Rodzina mojego ojca mieszka w Buenos Aires.

– Ale ma pan angielski akcent.

– Uczyłem się w angielskich szkołach. – Lon zmusił się do uśmiechu. Miał wielką ochotę chwycić tego drania za gardło, a potem powoli rozrywać go na strzępy. – Co cię sprowadza do Anglii?

– Przyjechałem zrobić świąteczne zakupy – odparł z uśmiechem Federico. – Poza tym będę miał przyjemność towarzyszyć lady Wilkins w jej noworocznej podróży do São Paulo.

– Chciałabym odwiedzić miejsca, w których pracował Clive – odezwała się Sophie. – Senior Alvare był tak uprzejmy, że zagwarantował mi opiekę renomowanego prywatnego detektywa.

– Cóż za niezwykła uprzejmość – syknął Lon, biorąc Sophie pod rękę. – Mogę zamienić z tobą parę słów, munieca?

Nie czekając na odpowiedź, pociągnął ją za sobą. Wyszli z sali balowej przez zakryte kotarą z brokatu drzwi, którymi wchodzili kelnerzy, przeszli przez pomieszczenie dla służby, aż znaleźli się w kuchni.

– Po co mnie tu przyprowadziłeś? – irytowała się Sophie.

– Żebyśmy mogli sobie spokojnie porozmawiać – burknął.

Lon posadził Sophie za wielkim stołem ustawionym w kącie, tuż obok kominka.

– Siadaj – polecił. – Bardzo cię proszę – dodał po krótkiej chwili.

W ogromnej kuchni było pełno ludzi, zarówno stałych służących, jak i dochodzących. Alonso poprosił kelnera o dwie kawy: jedną czarną, a drugą z mlekiem i cukrem. Potem zdjął marynarkę, okrył nią nagie ramiona Sophie.

– Szaleństwem byłaby wyprawa po zakupy w towarzystwie tego typa, a o podróży do Brazylii lepiej w ogóle nie wspominać – zaczął, siadając obok niej przy wielkim stole. – To zły człowiek, Sophie.

– A co to? – spytała, wskazując marynarkę Lona. – Zbroja, która ma mnie przed nim ochronić?

– Założyłbym ci nawet pas cnoty, gdybym miał pewność, że to coś pomoże.

– Średniowieczne metody – mruknęła, ale nie zdjęła marynarki Lona.

– Bardzo cywilizowane w porównaniu z tym, co bym chciał z tobą zrobić.

– Nie jestem twoją własnością.

– Nie chcę cię mieć na własność – zapewnił ją Alonso – tylko dbam o twoje bezpieczeństwo.

A więc uważał, że Federico stanowi zagrożenie, że nie będzie przy nim bezpieczna. Ale czy w towarzystwie Alonsa czułaby się lepiej?

– Czy mam ci opowiedzieć o twoim przyjacielu? – dręczył ją Lon.

– Nie.

– Jest po uszy ubabrany w narkotykowym interesie – oznajmił mimo sprzeciwu Sophie. – Jeśli koniecznie chcesz jechać do Brazylii, to pojedź tam ze mną. Znam ten kraj, wiem, gdzie można się zatrzymać, żeby było bezpiecznie. I mam przyjaciół, którzy się naprawdę o ciebie zatroszczą.

– Doceniam twoją troskę, Alonso – Sophie pokręciła głową – ale tę sprawę muszę załatwić po swojemu.

– Dlaczego?

– Mam powody – odparła. Chciała wstać, ale Lon ją przytrzymał.

– Co to za powody, Sophie? – zapytał. – Powiedz mi. Chcę wiedzieć, co cię dręczy i co zamierzasz zrobić.

– Zrobiłam coś okropnego, Lon – przyznała, nie patrząc na niego. – Nawet tobie nie mogę o tym opowiedzieć.

– Na pewno da się to naprawić, Sophie – przekonywał.

Nie wierzył, żeby mogła zrobić coś naprawdę złego, a gdyby nawet, to i tak nie zamierzał jej puścić do Brazylii w towarzystwie Alvare. Nie mógł pozwolić, by miała coś wspólnego z Valdezem, żeby poszła w ślady swojego męża.

– Tego naprawić się nie da. – Sophie wstała od stołu, zdjęła marynarkę, oddała ja Lonowi. – Przepraszam, teraz już naprawdę muszę wracać do gości.

– Do Federica – skrzywił się Alonso.

– Musisz mi zaufać, Lon. – Sophie nie dała się sprowokować, choć z coraz większym trudem zachowywała spokój.

– Nie, Sophie, to ty musisz zaufać mnie. Wiem o sprawach, o których ty nie masz pojęcia, bywałem w takich miejscach, jakich nie umiesz sobie nawet wyobrazić…

– Tu jesteś, Sophie! – zawołała hrabina, wpadając do kuchni. – Wszędzie cię szukałam. Lady Halverson nie może znaleźć etoli z szynszyli. Taka jasnoszara…

– Tak, pamiętam – przerwała jej Sophie.

– Wiedziałam – Louisa odetchnęła z ulgą. – Chodź szybko i pomóż znaleźć tę etolę, zanim lady Halverson doprowadzi do szału wszystkich gości. Wiesz, jaka z niej histeryczka.

– Tak, wiem. – Sophie spojrzała Lonowi prosto w oczy. – Obowiązki wzywają.

– Obiecaj mi, że nie popełnisz głupstwa – poprosił. – Nie wsiadaj do samolotu z Alvare. Jeżeli musisz jechać do Brazylii…

– Dziękuję – szepnęła i bez ostrzeżenia pocałowała go w policzek. – Za to, że wciąż się o mnie troszczysz i że dobrze mi życzysz. Jestem ci za to bardzo wdzięczna. Bardziej niż możesz sobie wyobrazić.

Wyszła. Lon został w kuchni sam. Już się bał o Sophie. Musiał się bardzo postarać, żeby za nią nie pobiec.

Jest taka niewinna, myślał. Ona nie ma pojęcia, że istnieje okropny świat, który potrafi wciągnąć nawet najlepszego człowieka. Nie ma pojęcia, jaki straszny stał się świat, w którym żył jej mąż. Jak ja mam ją ochronić? Jak sprawić, żeby nie poznała prawdy o Clivie? I jak ją obronić przed Valdezem, przed Alvare i… przede mną?

„Ty jesteś supermanem”, przypomniał sobie słowa Sophie.

No tak, pomyślał. Jestem supermanem. Na pewno jakoś sobie poradzę.

Federico odczekał, aż Sophie pożegna lorda i lady Halverson, a gdy tylko drzwi zamknęły się za gośćmi, wziął ją pod rękę.

– Co on ci powiedział? – zapytał cicho.

– Nie chce, żebym z tobą jechała – odparła Sophie.

– Dlaczego? – Federico przyglądał się jej uważnie.

– Uważa, że… lepiej zrobię, jeśli pojadę z nim. Podobno ma w Brazylii przyjaciół…

– Na pewno, ale co to za przyjaciele? – Federico położył dłonie na nagich ramionach Sophie. Był o głowę niższy od Lona, więc nie musiał się mocno schylać, żeby spojrzeć jej prosto w oczy. – Zaręczam, że jego przyjaciele nie wiedzą tego, co wie mój człowiek w São Paulo.

Skinęła głową. W tej chwili najbardziej ze wszystkiego chciała wrócić do swojej sypialni, zdjąć z siebie tę czerwoną suknię, a potem ubrać się w coś wygodnego i bardzo ciepłego.

– Jeśli się boisz, że będzie cię dalej dręczył, to możemy polecieć jutro o świcie – Federico ściszył głos do szeptu. – O szóstej rano jest pierwszy lot do São Paulo. Nie musimy czekać, aż miną święta.

– Ale… – popatrzyła na niego niezdecydowana. – Nie jestem spakowana.

– Cóż to za problem się spakować? – kusił Federico. – Przyjadę po ciebie około czwartej rano. O szóstej będziemy w powietrzu.

– Myślisz, że to się uda?

– Na pewno się uda. Mamy bilety pierwszej klasy i ważne wizy, więc nie będzie problemu z przyspieszeniem odlotu o kilka dni.

W drzwiach stanął Alonso. Sophie wyobrażała sobie, co zobaczył: ona i Federico sam na sam, Federico trzyma dłonie na jej ramionach…

Wiedziała, że Lon nie zrezygnuje, że nie wypuści jej z Anglii samej. W najlepszym razie poleci za nią. Najpewniej tym samym samolotem. Błyskawicznie podjęła decyzję.

– Dobrze – powiedziała. – Lecimy jutro z samego rana.

Lon wrócił do domu poirytowany. Nie powinien był zostawiać Sophie samej w Melrose Court. Należało ją obserwować dwadzieścia cztery godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu. Gdyby tylko mógł, zabrałby ją ze sobą. Przy nim byłaby bezpieczna i na pewno nie zrobiłaby nic głupiego.

Sophie nie mogła sama znaleźć Federica, pomyślał. To on musiał się do niej zgłosić. Dlaczego?

Wjechał do garażu i przez chwilę stał z włączonymi światłami. Zastanawiał się. Miał wrażenie, że przegapił coś bardzo ważnego. Miał to tuż przed nosem, ale nie potrafił dostrzec, co to takiego, bez przerwy mu umykało.

Lon wyłączył światła, potem silnik. Zabębnił palcami o kierownicę.

Alvare nie krył się ze swoją znajomością z Sophie. Czemu człowiek poszukiwany przez tajną policję kilkunastu państw publicznie spotyka się z Sophie, bywa z nią w restauracjach?

Federico Alvare chce, żeby zwrócono na niego uwagę! Chce, by służby specjalne się o tym dowiedziały, żebym ja się o tym dowiedział!

Bardzo chciał zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi, co takiego przeoczył. Musiał się tego dowiedzieć, nim Sophie wsiądzie do samolotu, bo kiedy znajdzie się w Brazylii…

To będzie katastrofa! Nie tylko dla niej, ale także dla mnie.

Przed dwoma laty w SaĄo Paulo zginęło sześciu ludzi: Clive, dwóch brytyjskich agentów i trzech ludzi Valdeza, w tym jego młodszy brat. Tylko Lonowi udało się przeżyć. Przewieziono go helikopterem do najbliższego punktu sanitarnego. Był jeszcze w szpitalu, w bardzo kiepskim stanie, kiedy Sophie zadzwoniła do niego, prosząc o pomoc. Wypisał się ze szpitala na własne żądanie, żeby stawić się w Anglii na pogrzebie Clive'a.

Sophie nigdy się nie dowiedziała, że Lon był ranny. Nie powiedział jej, że wieczorem, zaraz po pogrzebie, znów trafił do szpitala z ostrym krwotokiem wewnętrznym. Zażądał, żeby zachowano to wszystko w tajemnicy. Sophie miała już dość zmartwień. Nie chciał, żeby jeszcze i o niego się martwiła.

Zasnął. Śniła mu się tamta noc w São Paulo. Ale to nie koszmar go obudził, tylko pikanie komputera w sąsiednim pokoju.

Alonso usiadł, popatrzył na budzik. Była szósta rano. Pikanie komputera oznaczało, że Sophie przed chwilą opuściła Anglię. Tamtego dnia, gdy został na obiedzie w Melrose Court, Lon ukrył w telefonie Sophie czujnik GPS. To ten czujnik nadał sygnał do komputera Lona.

O piątej dwadzieścia Sophie i Federico weszli na pokład samolotu, lecącego do São Paulo. Punktualnie o szóstej Boeing 777 uniósł się w powietrze.

Po dziesięciu godzinach lotu wylądowali w São Paulo i taksówką pojechali do hotelu.

Powitał ich kierownik, cały w uśmiechach. Zapewnił, że zarezerwował dla nich najpiękniejszy apartament i osobiście zaprowadził do niego znamienitych gości.

Pokój Sophie był cały biały. Jedynym kolorowym akcentem była leżąca na podłodze skóra zebry i czerwony wazon z czerwonymi różami.

Nie zdążyła się nawet rozpakować, gdy przyszedł Federico, pytając, czy jest już gotowa do wyjścia na miasto.

– Na miasto? Teraz? – zdziwiła się. – Jestem bardzo zmęczona. Chciałabym się przespać.

– Nie możesz spać. – Federico podszedł do okna, rozsunął białe zasłony. – W Brazylii jest teraz dzień. Trzeba się przyzwyczaić do zmiany czasu. Zresztą za kwadrans mamy spotkanie z seniorem Chebe, twoim prywatnym detektywem.

Zrezygnowana Sophie pozwoliła się wyprowadzić z pokoju, zjechała z Federikiem do hotelowego holu. Senior Chebe, niski grubasek, uśmiechnął się szeroko na powitanie.

– Pani zna portugalski? – zapytał.

– Niezbyt dobrze – odparła Sophie, słaniając się ze zmęczenia. Być może Federico nie potrzebował snu, ale ona z trudem trzymała się na nogach. – Trochę lepiej mówię po hiszpańsku, ale też niezbyt płynnie.

– Wobec tego pozostaniemy przy angielskim. Nie mówię najlepiej, ale będę się starał.

Wyszli z hotelu na zalany słońcem plac. Mimo wczesnej pory było bardzo gorąco.

Na podjeździe czekał czarny samochód. Senior Chebe usiadł za kierownicą, a Sophie i Federico – z tyłu. Sophie bardzo żałowała, że nie zajął miejsca obok kierowcy.

– Czy znał pan mojego męża? – spytała, pochylając się do detektywa.

– Nie znałem, ale bardzo dużo o nim słyszałem. Pracował w tutejszym oddziale Bank of England. Zajmował się rachunkami instytucji rządowych.

– Ci ludzie, z którymi mam się spotkać… – kontynuowała Sophie – czy ktoś z nich pracował z moim mężem w banku?

– Nic mi na ten temat nie wiadomo – odparł Chebe.

– Nie sądzi pan, że powinniśmy zacząć od spotkania z ludźmi, którzy tam pracowali?

– Ci ludzie raczej nie dostarczą informacji, jakich pani potrzebuje – Chebe uśmiechnął się pod wąsem.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Przykucnięta w kąciku drewnianej chaty, Sophie kurczowo ściskała w dłoni telefon komórkowy.

Odbierz, Alonso, odbierz, błagała w duchu. Musisz odebrać.

Lon nie odbierał. Wprawdzie w słuchawce odzywał się jego głos, ale było to tylko nagranie.

Sophie się rozłączyła. Patrzyła na telefon, zastanawiając się, do kogo jeszcze może zadzwonić, kto prócz Lona wie, co zrobić w takiej sytuacji. Tylko jego mogła być pewna. Jeśli ktokolwiek mógł ją znaleźć w tej głuszy, to tylko on.