Co robić, kiedy twój świat się wali. Odkryj, że możesz być jednocześnie zraniony i silny - Laura Williams - ebook

Co robić, kiedy twój świat się wali. Odkryj, że możesz być jednocześnie zraniony i silny ebook

Laura Williams

0,0
47,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Odkryj, że możesz być jednocześnie zraniony i silny.

Traumatyczne doświadczenie nie jest końcem twojej historii. To początek jej nowego rozdziału, w którym rozwijasz odporność psychiczną i wzrastasz z większą siłą niż kiedykolwiek. Ta książka ułatwi ci wejście na tę życiową ścieżkę.

Psycholożka kliniczna Laura Williams stanęła przed koniecznością zrewidowania swoich założeń, gdy sama przeżyła traumę. Jej książka, stanowiąca sumę doświadczeń zawodowych i osobistych, w pełen zrozumienia, uważny i praktyczny sposób pomaga czytelnikom w znalezieniu wewnętrznej siły i powrocie do siebie. Dzięki niej:

• zrozumiesz, w jaki sposób trauma może wskazywać kierunek rozwoju,

• nauczysz się dostrajać do swojego doświadczenia emocjonalnego – tu i teraz oraz w myśleniu o przeszłości,

• odkryjesz wpływ osobistych przeżyć na relacje,

• poznasz znaczenie czynników biologicznych i socjologicznych w kontekście twojego dobrostanu,

• przyjrzysz się własnej traumie międzypokoleniowej,

• wypróbujesz technikę konceptualizacji, która pozwoli ci zrozumieć i przepracować twoje problemy,

• uwolnisz się od toksycznego wstydu i perfekcjonizmu,

• poznasz praktyki mindfulness, które pomogą ci lepiej zrozumieć innych i samego siebie.

Czas zamienić ból w mądrość i wreszcie zacząć żyć, zamiast skupiać się na przetrwaniu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 232

Data ważności licencji: 4/30/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wprowadzenie

Gdy zabie­ra­łam się do napi­sa­nia tej książki, nie­ocze­ki­wa­nie tra­fi­łam na zapo­wiedź warsz­ta­tów online, które pro­wa­dzi­łam kilka lat wcze­śniej. Nosiły tytuł: „Nie jesteś [kom­plet­nie] roz­bity” („You’re not bro­ken”) i były naj­po­pu­lar­niej­szym inter­ne­to­wym wyda­rze­niem, jakie zor­ga­ni­zo­wa­łam. Ich treść stała się począt­kiem tej książki, ale wtedy tego nie wie­dzia­łam. Myślę, że były tak popu­larne, ponie­waż mówiły o sekret­nym lęku, który żywi każdy z nas: że wszystko, przez co prze­szli­śmy, i każdy popeł­niony przez nas na tej dro­dze błąd świad­czą tak naprawdę o tym, że jeste­śmy potłu­czeni, zła­mani – być może nie­od­wra­cal­nie.

Ale choć możesz tak się czuć, to nie wie­rzę, że w rze­czy­wi­sto­ści jesteś roz­bity. Popę­kany? Być może. W końcu wiele czę­ści cie­bie zostało potur­bo­wa­nych przez twoją prze­szłość. I choć wszyst­kie one wciąż trzy­mają się razem, to na powierzchni na­dal widoczne są rysy – płyty tek­to­niczne naszego życia pod­no­szą się jak pod­czas trzę­sie­nia ziemi, spra­wia­jąc, że nie­gdyś solidny grunt drży i że prze­są­cza się przez niego lawa. A my na­dal, mimo destruk­cji, doma­gamy się rów­no­wagi i sensu w naszym kra­jo­bra­zie, który prze­cież uległ zmia­nie.

Tak wła­śnie wyglą­dało to u mnie, gdy nagle zmarł mój mąż. Przez dwa pierw­sze lata po jego śmierci, która wywró­ciła moje życie do góry nogami, po pro­stu pró­bo­wa­łam odzy­skać grunt pod nogami. Ule­cze­nie się z żałoby i ze straty, jakiej doświad­czy­łam, nie było łatwym zada­niem – wciąż żyję z nimi każ­dego dnia. Nie­mniej z upły­wem czasu i ucze­niem się tego, co znaj­dziesz na kar­tach tej książki, powoli i łagod­nie pozbie­ra­łam kawałki sie­bie i zło­ży­łam je w całość. Dopóki mój świat nie implo­do­wał, nie zda­wa­łam sobie sprawy z ist­nie­nia nie­któ­rych z nich. Na szczę­ście obec­nie wrząca lawa trau­ma­tycz­nej straty przez więk­szość dni jest spo­kojna, a śmierć mojego męża stała się ele­men­tem życia, któ­rym żyję. Inte­gra­cja to klu­czowy cel pracy psy­cho­lo­gicz­nej – wiąże się ze wzmoc­nie­niem two­jego umy­słu, by umoż­li­wić ci zarzą­dza­nie emo­cjami, rozu­mie­nie swo­ich myśli i zaak­cep­to­wa­nie rze­czy­wi­sto­ści przy jed­no­cze­snym pozo­sta­wa­niu w rela­cji ze sobą i z innymi. Powie­dzia­ła­bym, że jestem co naj­mniej na dro­dze do osią­gnię­cia tego stanu.

Przez lata wielu moich pacjen­tów i klien­tów rela­cjo­no­wało mi różne wer­sje tego samego stanu: choć wie­dzieli i rozu­mieli coś obiek­tyw­nie, to ich subiek­tywne odczu­cia czę­sto się z tym kłó­ciły. Na przy­kład zgod­nie z logiką wiem, że nie powin­nam mieć poczu­cia winy, że jestem przy­ja­ciółką, która zapo­mina o uro­dzi­nach, rocz­ni­cach czy odpo­wia­da­niu na czas na wia­do­mo­ści tek­stowe – ale wciąż czuję się z tego powodu winna. Wiem też, że nie pono­szę odpo­wie­dzial­no­ści za emo­cje innych, ale i tak nie jestem w sta­nie zawsze uciec od tego uczu­cia. To odzwier­cie­dla moją oso­bo­wość.

Ist­nieje, jak się wydaje, pewien roz­dź­więk mię­dzy tym, co uzna­jemy za logiczne, a tym, co czu­jemy. Nato­miast tym, jak się czu­jemy, w pierw­szej kolej­no­ści kie­rują nasze myśli. Wayne Dyre, autor i psy­cho­log kli­niczny, któ­rego darzę ogrom­nym podzi­wem, napi­sał książkę na ten temat po tytu­łem: Change Your Tho­ughts, Change Your Life1. Podob­nym torem chcę popro­wa­dzić cie­bie, czy­tel­niku. To głę­boko ludz­kie, że twoje myśli odzwier­cie­dlają nega­tywne lub trudne zda­rze­nia, które zaszły w twoim życiu. Ale jeśli pozwo­lisz, by te myśli cię defi­nio­wały i prze­jęły nad tobą kon­trolę, być może nie będziesz żyć takim życiem, jakie świa­do­mie byś wybrał. Życzę ci, byś był w sta­nie każ­dego dnia wybie­rać dla sie­bie świa­do­mie pozy­tywne życie. A jak możesz tego doko­nać? Dzięki pozna­niu na wylot sie­bie i swo­jej psy­chiki oraz byciu zdol­nym do efek­tyw­nej inter­wen­cji, gdy sprawy nie idą w takim kie­runku, w jakim byś chciał. W kolej­nych roz­dzia­łach pomogę ci to osią­gnąć.

Praca nad tym, by wyzdro­wieć

Jako psy­cho­lożka kli­niczna zosta­łam wyszko­lona w ramach bry­tyj­skiego sys­temu opieki zdro­wot­nej, by dia­gno­zo­wać, defi­nio­wać i leczyć roz­ma­itego rodzaju pro­blemy zdro­wotne i zabu­rze­nia psy­chiczne. Prak­ty­ku­jąc w opar­ciu o dowody medyczne, pomo­głam wielu oso­bom, z któ­rymi pra­co­wa­łam. Wyko­ny­wana przeze mnie praca – psy­cho­edu­ka­cja moich klien­tów, budo­wa­nie z nimi rela­cji opar­tej na zaufa­niu, wspie­ra­nie ich w roz­wi­ja­niu nowego rozu­mie­nia sie­bie i swo­ich oko­licz­no­ści życio­wych oraz dostar­cza­nie im mode­lów zacho­wań i stra­te­gii, któ­rych potrze­bują, by się roz­wi­jać – zwięk­sza ich zdol­ność do zmiany i lecze­nia.

Czę­sto bra­kuje nam potrzeb­nej wie­dzy i rozu­mie­nia naszego stanu psy­chicz­nego, by doko­nać pozy­tyw­nych zmian. Wielu z nas ma także ogra­ni­czony krąg zaufa­nych osób, które mogłyby nas zachę­cać do podróży ku zdro­wie­niu i auten­tycz­nie ją wspie­rać. A jeśli potrzebny nam pro­ces w jakiś spo­sób wiąże się z naszą dyna­miką rodzinną i rela­cyjną, staje się on jesz­cze trud­niej­szy. Wszyst­kie te czyn­niki i sze­roka styg­ma­ty­za­cja pro­ble­mów ze zdro­wiem psy­chicz­nym spra­wiają, że możemy być pozo­sta­wieni samym sobie, cier­piąc w ciszy albo, co gor­sza, być aktyw­nie znie­chę­cani do dba­ło­ści o nasze zdro­wie psy­chiczne. To z kolei ozna­cza, że będzie się nam odma­wiać moż­li­wo­ści roz­wi­nię­cia nowych spo­so­bów rozu­mie­nia i odmien­nych per­spek­tyw. Wielu z nas nie zostało nauczo­nych umie­jęt­no­ści potrzeb­nych do wzmoc­nie­nia i usta­bi­li­zo­wa­nia wła­snego dobro­stanu. Naszym zada­niem tera­peu­tycz­nym jest więc wzię­cie odpo­wie­dzial­no­ści za zdo­by­cie tej wie­dzy i przy­swo­je­nie jej.

Chcę, byś przed roz­po­czę­ciem dal­szej lek­tury wie­dział, że to nie ja wyko­nuję trudną pracę w mojej prak­tyce kli­nicz­nej, lecz moi pacjenci. Jestem jedy­nie koor­dy­na­torką zmiany. Chcia­ła­bym też, byś postrze­gał tę książkę i to, czego mam nadzieję cię nauczyć, wła­śnie w taki spo­sób. Jako koor­dy­na­to­rów zmiany, do któ­rej dążysz. I choć mogę ci tę zmianę uła­twić, to nie mogę prze­czy­tać za cie­bie tej książki – ani wyko­nać nie­zbęd­nej pracy. To już zależy od cie­bie i od two­ich decy­zji. A z tego wyboru pły­nie moc: świa­do­mość, że mamy wpływ na swoją postawę wobec doty­ka­ją­cych nas trud­no­ści.

Gdy umarł mój mąż, mogłam albo zostać w łóżku i nacią­gnąć koł­drę na głowę, albo posta­wić obie stopy na pod­ło­dze i dalej iść naprzód. Czuję się szczę­śliwa, że mia­łam potrzebną wie­dzę, wspar­cie i sieć osób, które mnie moty­wo­wały, tak że zdo­ła­łam dostrzec nowe per­spek­tywy i zbu­do­wać umie­jęt­no­ści nie­zbędne, by przez to przejść. Ale wciąż każ­dego dnia muszę podej­mo­wać tę pracę od nowa. Bez względu na to, jak się czuję i czego doświad­czy­łam.

Trauma jako prze­wod­nik

Pod wie­loma wzglę­dami ta książka doty­czy przede wszyst­kim traumy. Jest o tym, jak my wszy­scy, na swój indy­wi­du­alny spo­sób, żyjemy z ura­zem psy­chicz­nym jako towa­rzy­szem. Nor­ma­li­zuje ideę, że nie zawsze sta­nowi on sku­tek wiel­kich wyda­rzeń, ale obej­muje codzienne sytu­acje, które kształ­tują naszą oso­bo­wość i sto­su­nek do innych. Na tych kar­tach znaj­dziesz histo­rie doświad­czeń – zarówno moich wła­snych, jak i moich klien­tów – ilu­stru­jące kon­cepty i idee psy­cho­lo­giczne.

Jed­nym z nich jest prze­ko­na­nie, że trauma zmie­nia to, kim jeste­śmy i jak reagu­jemy. Nie jest ona samym wyda­rze­niem, ale przede wszyst­kim spo­so­bem, w jaki nasze wewnętrzne pro­cesy – myśli, uczu­cia i zacho­wa­nia – na zawsze zmie­niają się w odpo­wie­dzi na to, co się stało. Wie­rzę, że to wła­śnie te wewnętrzne zmiany mogą spo­wo­do­wać w nas poczu­cie roz­bi­cia. A ostrość, z jaką odczu­wamy tę frag­men­ta­cję, może zale­żeć od natury trau­ma­tycz­nego wyda­rze­nia i tego, na ile było nie­ocze­ki­wane. Co naj­istot­niej­sze, myślę, że więk­szość z nas chce ukryć, pogrze­bać głę­boko to roz­bi­cie i uda­wać, że ono nie ist­nieje. Ale prawda jest taka, że wszy­scy na swój spo­sób ukry­wamy różne czę­ści sie­bie, które są w naszym odczu­ciu nie­kom­pletne lub wywo­łują wstyd. Carl Jung nazwał je cie­niem. Teraz musimy pomóc ci rzu­cić na nie świa­tło, byś mógł na nowo poczuć się cało­ścią.

Wie­rzę, że trauma, wbrew temu, co sądzi spo­łe­czeń­stwo, nie jest wyro­kiem. Wła­ści­wie może nas wiele nauczyć. Moje poglądy nie są może nie­zwy­kle kon­tro­wer­syjne, choć cza­sem się tego oba­wia­łam, ale wiem, że nie każdy się ze mną zgo­dzi. I nie ma w tym nic złego. Po pro­stu biorę udział w dia­logu na temat zdro­wia psy­chicz­nego w spo­sób – mam nadzieję – pomocny dla tych, któ­rzy zgo­dzą się z moim spoj­rze­niem. Liczę też, że mój głos może być gło­sem zara­zem pro­fe­sjo­na­listki, jak i kogoś bli­skiego tobie w two­jej wła­snej podróży.

Kilka lat temu usły­sza­łam w inter­ne­cie nastę­pu­jące słowa: „Make your mess your mes­sage”2. Nie pamię­tam nie­stety, kto je wypo­wie­dział, ale zapa­dły mi w pamięć i od tej pory dąży­łam do osią­gnię­cia tego celu. Podob­nie jak ty, jestem zagma­twa­nym, skom­pli­ko­wa­nym czło­wie­kiem. Ale mam to szczę­ście, że w swoim bała­ga­nie zna­la­złam swój prze­kaz. Dzielę się nim teraz, by pomóc ci zro­zu­mieć twoje życie – nie­upo­rząd­ko­wane, skom­pli­ko­wane i pełne niu­an­sów, bo nie­wąt­pli­wie takie wła­śnie jest.

Jak czy­tać tę książkę

Książka składa się z trzech czę­ści, a każda z nich uzu­peł­niona jest o ćwi­cze­nia, które będziesz wyko­ny­wać w miarę czy­ta­nia. To celowy zabieg, gdyż pra­gnę, by ta lek­tura pozwo­liła ci na aktywne odkry­wa­nie sie­bie. Zachę­cam cię także do zało­że­nia wła­snego dzien­nika, w któ­rym możesz zapi­sy­wać swoje reflek­sje na temat ćwi­czeń.

W czę­ści Poznaj swój wła­sny umysł zapo­znam cię z wagą two­jej uni­kal­nej histo­rii, roz­wi­ja­jąc twoją psy­cho­lo­giczną samo­świa­do­mość i zdol­ność myśle­nia w opar­ciu o wie­dzę tera­peu­tyczną. W roz­dziale pierw­szym opo­wiem ci o okre­sie mojego życia nazna­czo­nym naj­więk­szym zra­nie­niem i o tym, jak dopro­wa­dził mnie on do psy­cho­lo­gicz­nego prze­bu­dze­nia i do spo­strze­żeń, do któ­rych zapewne docho­dzi wiele osób pod wpły­wem jakie­goś waż­nego życio­wego momentu czy wyda­rze­nia. Zapo­znam cię z wagą moty­wa­cji, któ­rej obo­wiąz­kowo muszą się przyj­rzeć tera­peuci i każdy, kto wyko­nuje pracę psy­cho­lo­giczną – po to, by poznać przy­czynę two­jego stanu. W roz­dziale dru­gim opo­wiem o tym, jak reflek­syj­ność psy­cho­lo­giczna i prak­ty­ko­wa­nie mind­ful­ness mogą nam pomóc lepiej zro­zu­mieć samych sie­bie. Pokażę ci też, jak istotne jest, by pozwo­lić sobie na zwol­nie­nie tempa i dostro­je­nie się do swo­jego doświad­cze­nia emo­cjo­nal­nego – zarówno tu i teraz, jak i w pro­ce­sie myśle­nia o swo­jej prze­szło­ści. W roz­dziale trze­cim zba­damy, w jakim sen­sie trauma może mieć na nas pozy­tywny wpływ, o czym czę­sto się zapo­mina – i w jaki spo­sób ofe­ruje nam szansę na odcię­cie się od tego, kim byli­śmy w prze­szło­ści i kim jeste­śmy teraz, pozwa­la­jąc pójść naprzód.

Część druga książki, zaty­tu­ło­wana Prawda o trau­mie, zagłę­bia się w psy­cho­lo­giczne źró­dła traumy. W roz­dziale czwar­tym prze­pro­wa­dzę cię przez klu­czowe kon­cepty, w tym teo­rię przy­wią­za­nia i teo­rię spo­łecz­nego ucze­nia się, oraz wta­jem­ni­czę w to, jak możemy je prze­ło­żyć na swoje doświad­cze­nia. Przed­sta­wię ci też szer­szą defi­ni­cję traumy i pokażę, jak ta obja­wia się w naszych rela­cjach, gdy dora­stamy. W roz­dziale pią­tym przej­dziemy do roz­mowy o mono­polu podej­ścia poznaw­czego w tera­piach. Wyja­śnię też, dla­czego uwa­żam, że tera­pia poznaw­czo-beha­wio­ralna nie zawsze jest naj­bar­dziej pomoc­nym roz­wią­za­niem (w sytu­acjach gdy u pod­łoża danego pro­blemu leżą zło­żone trud­no­ści rela­cyjne). Omó­wiona zosta­nie także tema­tyka wza­jem­no­ści i jej zna­cze­nie dla dobrej jako­ści rela­cji.

W roz­dziale szó­stym zagłę­bimy się w mię­dzy­po­ko­le­niową naturę traumy i to, jak na nasz dobro­stan psy­chiczny wpły­wają czyn­niki bio­lo­giczne, psy­cho­lo­giczne i socjo­lo­giczne. Zaczniemy też badać, jak wzorce odno­sze­nia się do innych, znane jako sche­maty, odzwier­cie­dlają różne aspekty naszej oso­bo­wo­ści i jak mogą wpły­wać na naszą rela­cję z samym sobą. W tym roz­dziale skró­towo pokażę ci także wzorce traumy, które zostały prze­ka­zane w mojej rodzi­nie – przez bab­cię mamie, a potem przez mamę mnie – by zilu­stro­wać, jak może się obja­wiać trauma mię­dzy­po­ko­le­niowa. Wresz­cie zachęcę cię do roz­wi­nię­cia wła­snego zestawu narzę­dzi radze­nia sobie z traumą, tak byś upo­rał się z emo­cjami, które mogą powstać pod­czas czy­ta­nia tej książki i wyko­ny­wa­nia ćwi­czeń.

W ostat­niej czę­ści, Narzę­dzia potrzebne do wyzdro­wie­nia, zazna­jo­mię cię z tym, czego wymaga każda praca psy­cho­lo­giczna. W roz­dziale siód­mym wspo­mi­nam, jak ważna jest kon­cep­tu­ali­za­cja psy­cho­lo­giczna dla zro­zu­mie­nia oko­licz­no­ści pro­ble­mów i wspo­ma­ga­nia lecze­nia. Uprasz­cza­jąc: opo­wiada ona histo­rię tego, jak i dla­czego możesz mieć trud­no­ści z danym pro­ble­mem, na przy­kład z depre­sją, w okre­ślo­nym punk­cie w cza­sie. Sta­nowi ramę pozwa­la­jącą roz­wa­żyć czyn­niki, które wpły­wają na ten pro­blem – poprzez jego łago­dze­nie (czyn­niki ochronne) lub pogłę­bia­nie (czyn­niki pod­trzy­mu­jące). Kon­cep­tu­ali­za­cja wska­zuje także na powią­za­nia tego pro­blemu z prze­szłymi doświad­cze­niami. Wpro­wa­dzę cię też w mój wła­sny czte­ro­eta­powy model HEAL (Zdro­wiej), który z grub­sza odpo­wiada klu­czo­wym ele­men­tom wła­ści­wej pracy psy­cho­lo­gicz­nej.

W roz­dziale ósmym zapro­po­nuję ci przyj­rze­nie się jed­nej z naj­więk­szych barier w psy­cho­lo­gicz­nym dobro­sta­nie: wsty­dowi. Opo­wiem ci o spo­so­bach pie­lę­gno­wa­nia współ­czu­cia jako o anti­do­tum na wstyd. W ostat­nim roz­dziale zasu­ge­ruję, czego możesz fak­tycz­nie potrze­bo­wać, by pora­dzić sobie ze swo­imi przej­ściami. Zba­damy w nim kon­cept potęgi nie­do­sko­na­łego życia, nawią­zu­jąc do pro­blemu per­fek­cjo­ni­zmu (który ogól­nie sta­nowi ważny wątek w tej książce) i do modelu dobrego życia jako podej­ścia pozwa­la­ją­cego zyskać jesz­cze głęb­sze rozu­mie­nie tego, jak według cie­bie powinno wyglą­dać twoje życie.

Samo­po­moc jako ścieżka do zmiany

Oczy­wi­ście prze­czy­ta­nie książki i wyko­na­nie zasu­ge­ro­wa­nej w niej pracy to nie to samo co odby­cie tera­pii. Ale napi­sa­łam ten porad­nik mię­dzy innymi dla­tego, że aż nazbyt dobrze wiem, iż dostęp do dobrej jako­ściowo, opar­tej na dowo­dach tera­pii i infor­ma­cji psy­cho­lo­gicz­nej jest obec­nie trudny. Więc choć niniej­sza lek­tura nie sta­nowi tera­pii per se, to pró­buje wska­zać pyta­nia, jakie mogłyby się na tera­pii poja­wić, i daje ci moż­li­wość samo­dziel­nego wyko­na­nia czę­ści pracy.

Nie jest ona jed­nak roz­wią­za­niem, jeśli znaj­du­jesz się w kry­zy­sie. Jeżeli sądzisz, że tak jest, lub potrze­bu­jesz odpo­wie­dzi, któ­rych ta książka nie może ci dostar­czyć, pro­szę, poszu­kaj pomocy u wykwa­li­fi­ko­wa­nego spe­cja­li­sty zdro­wia psy­chicz­nego tak szybko, jak to moż­liwe.

Nie­mniej wiedz, że auto­te­ra­pia może być potęż­nym pre­kur­so­rem zmiany. Przez lata wie­lo­krot­nie obser­wo­wa­łam, jak różne osoby pró­bo­wałby mozol­nie posu­nąć się naprzód choćby o włos, nawet po mie­sią­cach czy latach tera­pii psy­cho­lo­gicz­nej. Potem, jakby znie­nacka, doko­ny­wały tego, co mogłoby się wyda­wać spon­ta­nicz­nym wyzdro­wie­niem. Sły­sza­łam, jak mówiły: „Pew­nego dnia coś po pro­stu zasko­czyło” czy „Wszystko nabrało sensu”. Oczy­wi­ście ich wyzdro­wie­nie tak naprawdę nie było spon­ta­niczne. Czę­sto poprze­dzały je całe mie­siące pracy, rosnące zro­zu­mie­nie i dodat­kowa samo­po­moc wspie­ra­jąca tera­pię.

Do wyzdro­wie­nia potrzeba cze­goś wię­cej niż jed­nej sesji tygo­dniowo. Jest z nim tak jak z suk­ce­sem – dzieje się on wtedy, gdy nikt nie patrzy, nie odnosi się go z dnia na dzień. Praca, która pro­wa­dzi do ule­cze­nia, wymaga dokład­nie tego samego: odda­nia i wysiłku. Cza­sem można mieć wra­że­nie, że „nie chce zasko­czyć” – aż któ­re­goś dnia w końcu to się dzieje. Mocno wie­rzę, że „lecze­nie”, któ­rego potrze­bu­jesz, nie­ko­niecz­nie musi zawsze mieć postać indy­wi­du­al­nej tera­pii. Być może ta książka sta­nie się począt­kiem two­jej podróży, a może uży­jesz jej jako dodat­ko­wego ele­mentu tera­pii, któ­rej się pod­da­jesz lub pod­da­łeś. Gdzie­kol­wiek jesteś i cokol­wiek zro­bi­łeś, by dojść do punktu, w któ­rym obec­nie się znaj­du­jesz, wyko­na­nie opi­sa­nej tu pracy tego dopełni.

Oto ostat­nia myśl, którą powi­nie­neś zabrać w tę podróż: jesteś ukształ­to­wany przez to wszystko, co zaszło wcze­śniej – zarówno to, co dobre, jak i to, co złe. Jed­nak prze­trwa­łeś, a to, co ci się przy­da­rzyło, nie jest tobą. Wraz z prze­ciw­no­ściami przy­cho­dzi rezy­lien­cja, mądrość i hart ducha. Mam nadzieję, że możesz pozbie­rać „roz­bite” czę­ści sie­bie i zło­żyć je razem, by żyć życiem rów­nie potęż­nym i nie­do­sko­na­łym jak ty sam.

Będę cię mieć w swo­ich myślach

Część I. Poznaj swój własny umysł

CZĘŚĆ I

Poznaj swój wła­sny umysł

Rozdział 1. Przebudzenie

Roz­dział 1

Prze­bu­dze­nie

Budzi się z gwał­tow­nym wzdry­gnię­ciem, zrywa z łóżka i pyta nabrzmia­łym paniką gło­sem, czy sły­sza­łam strzał. Mija chwila, nim orien­tuję się, gdzie jestem i co się dzieje. „Nikt nie strze­lał” – uspo­ka­jam go, ale moje słowa naj­wy­raź­niej do niego nie docie­rają, gdyż wci­ska się w róg pokoju z sze­roko otwar­tymi oczyma.

Po zapa­le­niu świa­tła i przyj­rze­niu się jego prze­ra­żo­nej twa­rzy dostrze­gam, że jest nie­obecny i że potrze­buje mojej natych­mia­sto­wej pomocy. Nie­stety nie jest to dla nas coś nie­zwy­kłego. U Matty’ego, za któ­rego wyszłam sie­dem lat wcze­śniej, w wieku dwu­dzie­stu czte­rech lat zdia­gno­zo­wano cukrzycę typu 1. Do tej nocy co naj­mniej trzy razy doszło u niego do gwał­tow­nych ata­ków hipo­gli­ke­mii, w związku z któ­rymi musia­łam wzy­wać karetkę. W takich sytu­acjach mój mąż czę­sto nie jest w sta­nie racjo­nal­nie myśleć i cza­sem zacho­wuje się jak ktoś zupeł­nie inny, a nie jak zwy­kle wylu­zo­wany Matty. Raz miał nawet drgawki. Teraz koła­cze mi się po gło­wie jedna pocie­sza­jąca myśl: znam tę sytu­ację i wiem, co powin­nam zro­bić.

Tak spo­koj­nie, jak tylko mogę, scho­dzę na dół do kuchni, by przy­nieść tro­chę Luco­zade’u. Mijam sypial­nie trojga moich dzieci – wszyst­kie śpią twardo. Luco­zade to słodki napój, który powi­nien szybko pod­nieść obec­nie za niski poziom cukru w krwi Matty’ego, jeśli tylko zdo­łam nakło­nić męża, by go wypił, co nie zawsze jest łatwe. Gdy wra­cam do sypialni, zastaję Matty’ego leżą­cego po jego stro­nie łóżka. Stara się podźwi­gnąć, napi­na­jąc mię­śnie swo­jego smu­kłego, wyso­kiego ciała. Pró­buję go prze­ko­nać, by się napił. Nie chce mi pozwo­lić sobie pomóc, ale wiem, że muszę pró­bo­wać dalej.

Jasno­po­ma­rań­czowy napój wylewa się i pry­ska dookoła. Potem odkryję, że plamy wsią­kły głę­boko w jasno­nie­bie­skie ściany naszej sypialni. Gdy w butelce nic już nie ma, odby­wam kolejny pospieszny kurs do kuchni. Oba­wiam się zosta­wić Matty’ego znów samego i mam świa­do­mość, że coraz szyb­ciej wyczer­puję moż­li­wo­ści pora­dze­nia sobie z tą sytu­acją o wła­snych siłach.

Gdy wra­cam do sypialni led­wie kilka sekund póź­niej, w szoku odkry­wam, że mój mąż leży pła­sko w poprzek łóżka z twa­rzą w dół. Zacho­wuje się ina­czej niż zwy­kle. Jego palce despe­racko pró­bują zła­pać się boków dębo­wej ramy łóżka, gdy napad padacz­kowy bie­rze nad nim górę. Sama nie wiem jak, ale znaj­duję w sobie dość siły, by ścią­gnąć go na pod­łogę i uło­żyć w pozy­cji, która choć tro­chę przy­po­mina boczną usta­loną.

Klę­kam obok jego roze­dr­ga­nego ciała i dzwo­nię naj­pierw po karetkę, a potem do naszych rodzin. W kilka minut zarówno jego, jak i moi bli­scy są u nas. Miesz­kają nie­da­leko i w razie koniecz­no­ści mogą szybko się zja­wić w naszym domu. Teraz są mi potrzebni głów­nie po to, by zająć się dziećmi, gdy ja robię dla Matty’ego, co mogę przed przy­jaz­dem pomocy medycz­nej.

Czas mija, trzy­mam w ramio­nach wspartą na poduszce głowę mojego męża i patrzę, jak jego wargi robią się sine. Przy­gryza język i krwawa ślina ścieka mu z ust na poduszkę. Uświa­da­miam sobie ogrom swo­jego stra­chu. Cze­kam w ciszy, ale mimo nara­sta­ją­cej grozy wie­rzę, że gdy już przy­bę­dzie pomoc, wszystko będzie okay. Tak jak wiele razy wcze­śniej.

Gdy zespół medyczny przej­muje kon­trolę, scho­dzę na dół spraw­dzić, co z moją pię­cio­let­nią córeczką. Obu­dziła się i sie­dzi z bab­cią w salo­nie. Pró­buję ją uspo­koić, ale zara­zem nie chcę zatrzy­my­wać się zbyt długo. Gdy bie­gnę z powro­tem na górę, w poło­wie scho­dów spo­ty­kam tatę. Dostrze­gam jego wzrok, wydaje się spa­ni­ko­wany i dociera do mnie, że dzieje się coś bar­dzo, bar­dzo złego.

– Co jest? – pytam.

Nie wie, co powie­dzieć, wybiera więc mil­cze­nie.

– Co jest?! – tym razem krzy­czę.

Na twa­rzy taty widzę udrękę, z tru­dem powstrzy­muje emo­cje i w końcu wykrztu­sza:

– Nie oddy­cha.

Natych­miast go wymi­jam, poko­nuję bie­giem pozo­stałe schody i wpa­dam do sypialni. W tym momen­cie są w niej już dwa zespoły medy­ków. Gdy omia­tam wzro­kiem pokój, wszy­scy wydają mi się zbyt spo­kojni, nie­mal nic nie robią. Naj­pierw nie mogę zro­zu­mieć dla­czego.

Mój mąż leży na pod­ło­dze mię­dzy naszym łóż­kiem a drzwiami do łazienki. Jego piżamę pośpiesz­nie roz­cięto, a po dywa­nie wala się sprzęt medyczny. Nikt nie patrzy mi w oczy.

– Czy ktoś mi powie, co się dzieje?! – krzy­czę.

Jeden ze sto­ją­cych z boku medy­ków pod­nosi głowę i mówi opa­no­wa­nym gło­sem:

– Matty nie jest w sta­nie samo­dziel­nie oddy­chać, musimy go wen­ty­lo­wać. A potem poje­dziemy z nim do szpi­tala.

– Ale to był tylko atak hipo­gli­ke­mii? – gorącz­kowo dopy­tuję o jego poziom cukru, pewna, że jest za niski.

Męż­czy­zna odpo­wiada, że to hiper­gli­ke­mia i że poziom cukru we krwi Mat­ty­ego jest za wysoki. To w tym momen­cie uświa­da­miam sobie, że nie rozu­miem, co się dzieje. Gdy wcze­śniej działo się coś takiego, miał zawsze za niski cukier. Mój roz­sza­lały mózg pró­buje zna­leźć w tym sens – i ponosi porażkę.

Roz­glą­dam się po pokoju i wresz­cie sku­piam się na twa­rzach medy­ków. I wtedy dociera do mnie, że Matty nie prze­żyje. W ich zacho­wa­niu widoczna jest spo­kojna rezy­gna­cja, którą jestem w sta­nie dosłow­nie poczuć. Nikt mi tego nie mówi, ale ja po pro­stu wiem. Czuję, jak brak nadziei wysysa tę nie­wielką ilość powie­trza, jaka została jesz­cze w pokoju. Gdy wen­ty­lują mojego męża, osu­wam się na zie­mię, opie­ram na rękach i kola­nach. Lekko potrzą­sam sto­pami i łyd­kami Matty’ego, pra­gnąc przy­wró­cić jego ciału życie, cicho bła­ga­jąc go przez łzy, by nas nie opusz­czał. Ale wiem, że medycy po pro­stu kupują czas.

Po wielu minu­tach scho­dzę znów na dół, mijam sypial­nię, gdzie jesz­cze nie­dawno spali twardo nasi dwu­letni bliź­niacy. Mój ojciec bawi się tam z nimi, osła­nia­jąc ich przed grozą tego, co się dzieje. W salo­nie mama wciąż zaj­muje się moją córką. Znów idę spraw­dzić, co z nią. Mała mówi:

– Wszystko będzie dobrze, mamu­siu.

Ona też jest prze­ko­nana, że dzieje się coś, co zda­rzało się już wcze­śniej, i w tej prze­wi­dy­wal­no­ści znaj­duje spo­kój: tata cza­sem miewa się źle, przy­jeż­dża do niego karetka, a potem ma się lepiej. Pro­ste.

Nie mogę spoj­rzeć jej w oczy, przy­cią­ga­jąc ją do sie­bie. W salo­nie hałas maszyny wspo­ma­ga­ją­cej życie, która w sypialni tuż nad naszymi gło­wami mocno pom­puje tlen do płuc Matty’ego, jest ogłu­sza­jący. Mam poczu­cie, że wstrząsa posa­dami naszego domu. Posa­dami naszego świata.

Wresz­cie medycy są gotowi do trans­portu. Nie wolno mi wsiąść do karetki. Nie pro­te­stuję, ubie­ram się, by poje­chać za nimi. Gdy cze­kam w kory­ta­rzu, aż zniosą mojego męża na dół i wyniosą przez fron­towe drzwi, star­sza medyczka scho­dzi po scho­dach. Spo­gląda na moją zalaną łzami twarz i pyta po pro­stu:

– Co tu się stało?

Nie zwraca się do nikogo w szcze­gól­no­ści, jed­nak w jakiś spo­sób jej słowa napeł­niają mnie poczu­ciem winy. Jak­bym była za to odpo­wie­dzialna. Nikt nie odpo­wiada. Gdy wycho­dzę, mama stara się powie­dzieć coś pokrze­pia­ją­cego. Spo­glą­dam na nią i mówię:

– Mamo, on umiera.

Widzę, że nie chce w uwie­rzyć w moje słowa, ale ja jestem tego pewna.

W sali resu­scy­ta­cyj­nej w naszym lokal­nym szpi­talu ści­skam mocno dłoń Matty’ego i od czasu do czasu kładę czoło na jego piersi, pozwa­la­jąc łzom pły­nąć nie­po­wstrzy­ma­nie na jego bladą skórę. Szep­czę cicho do jego ucha, że zawsze będę go kochać. Że dopil­nuję, by nasze dzieci o nim pamię­tały i że zawsze będzie obecny w naszym życiu. Wraz z upły­wem minut jego oddech się zmie­nia. Staje się płyt­szy. Bar­dziej wysi­lony. Nie chcę, by nas zosta­wiał. A potem, zbyt szybko, nad­cho­dzi i odcho­dzi jego ostat­nie tchnie­nie. Zapada cisza. O 3:42 lekarz ogła­sza zgon.

Gdy moja głowa znów opada na nagą pierś Matty’ego, ude­rza mnie potęga mojego cier­pie­nia. Czuję moje serce – ciąży mi w pier­siach. Pytam samą sie­bie: „Jak to moż­liwe, że ono wciąż bije, gdy serce mojego męża zatrzy­mało się na zawsze?”. Już tęsk­nię za tym jego dobrym ser­cem.

Wresz­cie pusz­czam dłoń Matty’ego i sia­dam na krze­śle obok łóżka. Mam wra­że­nie, że stoi za daleko. Przy­su­wam je bli­żej. Patrzę, jak bli­scy mojego męża żegnają się z nim z nie­zmie­rzo­nym bólem wypi­sa­nym na twa­rzach. Wszy­scy jeste­śmy wstrzą­śnięci. Patrzę na jego twarz, wciąż popla­mioną krwawą śliną, i czuję nie­od­partą potrzebę umy­cia go. Pytam pie­lę­gniarkę, czy mogę to zro­bić. Mówi, że się tym zajmą i wtedy będziemy mogli posie­dzieć z nim w innej sali; a póki co musimy stąd wyjść. Nie wiem, czy coś takiego jest rze­czy­wi­ście nie­do­zwo­lone, jed­nak kiwam głową i sia­dam z powro­tem. Tak strasz­nie chcę to zro­bić – doko­nać tego ostat­niego aktu czu­ło­ści i intym­no­ści jako jego żona – ale w tam­tym momen­cie nie mam siły, by o to wal­czyć. Nie­speł­nie­nie tego pra­gnie­nia sta­nie się źró­dłem cier­pie­nia, które pozosta­nie we mnie na zawsze.

Pro­szą nas do innego pomiesz­cze­nia i choć jesz­cze tego nie wiem, to będzie ostatni raz, gdy dotknę Matty’ego. Wydaje się, że spę­dzi­li­śmy z nim zde­cy­do­wa­nie za mało czasu, ktoś jed­nak zasu­ge­ro­wał, że powin­ni­śmy już iść. Po raz ostatni pusz­czam dłoń męża i odwra­cam się, by wyjść z pomiesz­cze­nia. Nie pamię­tam, jak daleko doszłam, nim nogi i głowa kazały mi się zatrzy­mać. Roz­sy­puję się i czuję, jak rośnie we mnie potrzeba, by wró­cić i posie­dzieć z nim dłu­żej. Mama Matty’ego obej­muje ręką moje ramiona i pro­wa­dzi mnie dalej. Idę więc. Na zewnątrz jest cicho, a świat wciąż jest na swoim miej­scu, gdy wsu­wamy się do samo­chodu i w mil­cze­niu jedziemy z powro­tem do domu.

Lekcje życia

Nic tak bar­dzo nie wstrząsa ilu­zją dosko­na­łego czy uda­nego życia niż doświad­cze­nie nagłej i przed­wcze­snej śmierci osoby, którą kochasz. Cios przy­cho­dzi zni­kąd, wydaje się wywra­cać rze­czy­wi­stość do góry nogami. Led­wie mie­siąc przed śmier­cią mojego męża sie­dzie­li­śmy w pocze­kalni schlud­nej kli­niki w Edyn­burgu, by wyko­nać bada­nia sta­no­wiące ostatni krok do uzy­ska­nia wiz, które pozwolą nam zamiesz­kać i pra­co­wać w Austra­lii. To było nasze wspólne marze­nie, które dzie­li­li­śmy, odkąd się pozna­li­śmy, mając nie­wiele ponad dwa­dzie­ścia lat. Roz­ma­wia­li­śmy o tym przez całe lata, a nawet poje­cha­li­śmy na mie­siąc mio­dowy do Austra­lii, by spraw­dzić, czy paso­wałby nam tam­tej­szy styl życia. Mie­li­śmy nadzieję, że to będzie przy­goda, która da nam obojgu szanse na roz­wój zawo­dowy i życie pasu­jące naszej rodzi­nie. Jak na iro­nię, tam­tego dnia oby­dwoje otrzy­ma­li­śmy poświad­cze­nie dobrego stanu zdro­wia i wizy zostały pod­stem­plo­wane. Cztery tygo­dnie póź­niej Matty nie żył, a nasze marze­nia i plany na przy­szłość zostały zruj­no­wane.

A teraz pozwól mi coś wyja­śnić. Nie cho­dzi o to, że nasze życie było abso­lut­nie ide­alne, ale wie­dzia­łam i czu­łam, że jeste­śmy szczę­ścia­rzami. Mie­li­śmy wspa­niałą rodzinę i troje zdro­wych dzieci, ota­czali nas przy­ja­ciele, a wyko­ny­wana przez nas praca współ­grała z naszym sty­lem życia. Stać nas było na wyjazdy waka­cyjne i byli­śmy szczę­śliwi. To było dla nas „ide­alne”. Ale stop­niowo kieł­ko­wała we mnie myśl, że może nie możemy być tak szczę­śliwi. Że któ­re­goś dnia coś się musi wyda­rzyć.

Myśląc logicz­nie, pew­nie jest to prawda, która spraw­dzi się w przy­padku więk­szo­ści z nas.

W któ­rymś momen­cie wszy­scy doświad­czymy straty kocha­nej osoby i zmie­rzymy się z pro­ble­mem zdro­wot­nym czy z innym życio­wym kry­zy­sem.

Ale ni­gdy nie wyobra­ża­łam sobie, że zostanę zdana na życie bez part­nera, któ­rego wybra­łam led­wie kilka lat wcze­śniej. W książce Z wielką odwagą3 ame­ry­kań­ska autorka Brené Brown okre­śliła ten typ myśle­nia jako „wyrze­ka­nie się rado­ści”: uczu­cie zado­wo­le­nia lub szczę­ścia, które natych­miast zostaje wyparte przez mar­twie­nie się o to, co złego może się zda­rzyć (Brown, 2012).

Co zro­bi­łam, gdy takie życie, jakie dotych­czas zna­łam, zostało mi ode­brane? Cóż, zro­bi­łam to, co umia­łam robić. Zaczę­łam dawać sobie radę. Byłam bar­dzo dobra w robie­niu tego, co należy. Zaci­snę­łam zęby i przy­stą­pi­łam do radze­nia sobie z koniecz­no­ścią życia jako owdo­wiała matka trojga małych dzieci. Codzien­nie roz­pra­wia­łam się z biu­ro­kra­cją śmierci. To nie było jakieś tam radze­nie sobie. Byłam w tym świetna. Byłam osobą nasta­wioną na osią­ga­nie celów i gdy natknę­łam się na kolejną rzecz, z którą musia­łam się zmie­rzyć, wie­dzia­łam, że mi się to uda – krok po kroku, aż dotrę do celu.

Nie rozu­mia­łam wtedy, że tu nie będzie punktu koń­co­wego. Celu do osią­gnię­cia. Ta śmierć sta­nie się na zawsze sta­łym ele­men­tem mojego życia. Ale w tam­tym cza­sie byłam po pro­stu w try­bie prze­trwa­nia i odwo­ły­wa­łam się do dobrze zna­nych sche­ma­tów, dzięki któ­rym radzi­łam sobie przez trzy­dzie­ści pięć lat życia – aż do tego momentu. Wyra­żało się to na wiele spo­so­bów. Pierw­szej nocy po śmierci Matty’ego moja mama deli­kat­nie suge­ro­wała, że może ze mną zostać na noc w moim domu. Sta­now­czo odmó­wi­łam. Mia­łam silne poczu­cie, że muszę zacząć funk­cjo­no­wać w try­bie, w któ­rym będę funk­cjo­no­wała już zawsze. Dotych­czas byłam dum­nie nie­za­leżna. Teraz byłam zdana na sie­bie i tak już miało zostać. Jasne i pro­ste.

Wów­czas nie widzia­łam w tym podej­ściu tego, czym było ono naprawdę.

Odpy­cha­łam ludzi od mojego bólu.

Nie czu­łam się kom­for­towo z myślą, że kto­kol­wiek mógłby być świad­kiem mojej żałoby. Dopiero póź­niej zro­zu­mia­łam, że inne osoby będące świad­kami mojej straty osta­tecz­nie będą dla mnie otu­chą. Ale począt­kowo nie mogłam sobie pozwo­lić na przy­ję­cie peł­nego wspar­cia. Wie­rzy­łam, że jeśli po pro­stu zdo­łam zacho­wać kon­trolę, to wszystko będzie w porządku… Kla­syczne zacho­wa­nie per­fek­cjo­ni­sty sta­ra­ją­cego się kon­tro­lo­wać cał­ko­wi­cie nie­kon­tro­lo­walną sytu­ację.

Dostosowywanie się do każdej chwili

Jakieś trzy dni po śmierci Matty’ego dzieci popro­siły mnie, by posta­wić w ogro­dzie dmu­chany base­nik. Był lipiec. Zaczęły się waka­cje, a pogoda była nie­ty­powo gorąca jak na Szko­cję. I tak oto zna­la­złam się w kostiu­mie kąpie­lo­wym, na tyłach domu, dmu­cha­jąc basen i despe­racko sta­ra­jąc się spra­wić, by życie moich dzieci wyda­wało się im nor­malne. Pamię­tam, jak słabo się czu­łam, pom­pu­jąc ten base­nik – wdech po wde­chu, aż do końca. I choć bra­łam wde­chy i wyde­chy, to serce, które tło­czyło w moje ciało tlen, było zła­mane.

Uświa­do­mie­nie sobie, że moje dzieci ni­gdy w pełni nie będą znały swo­jego taty, było przy­tła­cza­jące. Myśl, że Matty ni­gdy nie popro­wa­dzi naszej córki Elli do ołta­rza w dzień jej ślubu, do dziś wyrywa ze mnie szloch. Czę­sto się zasta­na­wiam, czy gdy nadej­dzie ten dzień, Ella poprosi mnie, bym z braku ojca to ja „oddała ją mężowi”. Czy w ogóle wyj­dzie za mąż?

Od chwili gdy Matty wydał ostat­nie tchnie­nie, instynk­tow­nie przy­ję­łam za prawdę prze­ko­na­nie, że moim zada­niem jest spra­wić, by dla moich dzieci wszystko było „w porządku”. Że muszę jakoś zmniej­szyć ich ból i cier­pie­nie. Wszystko to zale­żało ode mnie. To było coś, co musia­łam zro­bić. Obec­nie wiem, że nie jestem odpo­wie­dzialna za uwal­nia­nie moich dzieci od ich bólu. Że sta­nowi on wyraz miło­ści, jaką czują do swo­jego taty. Nie­mniej jestem odpo­wie­dzialna za bycie przy nich, gdy go doświad­czają, i za ucze­nie ich, że nie zawsze będzie on tak inten­sywny jak w tam­tych naj­trud­niej­szych chwi­lach.

Oczy­wi­ście ta pre­sja, jaką począt­kowo się obcią­ży­łam, spra­wiała, że chwi­lami się roz­kle­ja­łam. Czę­sto doświad­cza­łam zała­ma­nia w samot­no­ści, o zmroku, po zasu­nię­ciu zasłon, gdy dzieci bez­piecz­nie leżały w łóż­kach. Cza­sem uży­wa­łam czer­wo­nego wina, by uśmie­rzyć moje uczu­cia. Cza­sem zaś wino pozwa­lało mi zyskać do nich dostęp. Powód nie miał zna­cze­nia, bo na tym eta­pie nie doświad­cza­łam w pełni żałoby i z pew­no­ścią nie prze­twa­rza­łam moich emo­cji w żaden zna­czący spo­sób.

Mimo to, patrząc wstecz, dość szybko zaczę­łam sto­so­wać wobec sie­bie te same stra­te­gie, które mogła­bym zasu­ge­ro­wać klien­towi prze­ży­wa­ją­cemu stratę podobną do mojej. Dołą­czy­łam do grupy wspar­cia dla osób, które wcze­śnie owdo­wiały, i cho­dzi­łam na spo­tka­nia z nimi oraz zabie­ra­łam dzieci na prze­zna­czone dla nich wyda­rze­nia. Dołą­czy­łam do klubu tria­tlo­no­wego, by moje ciało doświad­czało ruchu. Odby­łam także kilka spo­tkań z moim pry­wat­nym psy­cho­lo­giem i z moim daw­nym men­to­rem z cza­sów tre­ningu kli­nicz­nego, który sam wcze­śnie stra­cił żonę. Pozor­nie wszystko to wyglą­dało jak zdrowe stra­te­gie adap­ta­cyjne. Jed­nak, gdy mam być teraz ze sobą szczera, w moim umy­śle te dzia­ła­nia sta­no­wiły coś w rodzaju listy do odha­cze­nia. Per­fek­cjo­nizm, na któ­rym od lat pole­ga­łam, wysu­nął się na pierw­szy plan. Utknę­łam w try­bie dzia­ła­nia i dąże­nia, zamiast pozwo­lić sobie na odsło­nię­cie mojej prze­strzeni emo­cjo­nal­nej – po to, by się uzdro­wiła. To przy­szło dużo póź­niej.

Przelanie tego na papier

W któ­rymś momen­cie zaczę­łam pisać. Na początku miało mi to pomóc zapa­mię­tać rze­czy zasło­nięte mgłą umy­słową mojej żałoby. Chcia­łam mieć godne zaufa­nia świa­dec­two, któ­rego mogła­bym użyć pew­nego dnia dla wspar­cia pamięci, by poroz­ma­wiać z moimi dziećmi o tym, co się stało.

Jed­nak, zapi­su­jąc moje doświad­cze­nia, odna­la­złam zarówno swój głos, jak i wie­lość emo­cji tłu­mio­nych przez moje per­fek­cjo­ni­styczne dzia­ła­nia i dąże­nia. Prze­le­wa­łam moje uczu­cia razem ze łzami na zapi­sy­wane stro­nice.

Dzięki pisa­niu mogłam dotknąć swo­jej żałoby, a to roz­darło mnie od środka.

Nie­śmiało zaczę­łam dzie­lić się moim pisa­niem w for­mie bloga i postów w mediach spo­łecz­no­ścio­wych. Tra­fia­łam z tym do wielu osób i osta­tecz­nie moje wpisy stały się dzien­ni­kiem i wpraw­kami pisa­nia, a potem wydaną samo­dziel­nie książką Grief Wri­ter: A Jour­nal (Dzien­nik żałoby). To pomo­gło mi zarówno zbu­do­wać wła­sną drogę do ule­cze­nia, jak i stwo­rzyć dzie­dzic­two życia Matty’ego, które mogło pomóc innym w ich podróży poprzez prze­twa­rza­nie emo­cji towa­rzy­szą­cych stra­cie.

Po pierw­sze i naj­waż­niej­sze, pisa­nie stało się bez­pieczną prze­strze­nią, do któ­rej mogłam uciec. A w tam­tym cza­sie chcia­łam uciec przed wszyst­kim. Przed real­no­ścią śmierci Matty’ego. Nie­koń­czą­cymi się, choć pły­ną­cymi z naj­lep­szych inten­cji wia­do­mo­ściami, które poja­wiały się na ekra­nie mojego tele­fonu o wszel­kich porach dnia i nocy. Zapa­chem mojego domu, wypeł­nio­nego tak wie­loma liliami, że cuch­nął śmier­cią.

Chcia­łam też uciec przed ludźmi. Zbyt wie­loma ludźmi. Poli­cjan­tami, z któ­rymi musia­łam roz­ma­wiać z powodu nagłego cha­rak­teru śmierci mojego męża. Gośćmi, któ­rzy wpa­dali spraw­dzić, jak się mam. Rodzi­cami kole­gów i kole­ża­nek moich dzieci, któ­rzy, gdy moja córka poszła do szkoły, zaska­ki­wali mnie na podwórku pyta­niami w rodzaju: „Jak się masz?”, „Jak dzieci?” albo, co jesz­cze gor­sze, „To co się wła­ści­wie stało?”. Jak w ogóle masz choć spró­bo­wać odpo­wie­dzieć na takie pyta­nie, zwłasz­cza gdy zadają je nie­mal obcy ludzie?

Raz nawet przed­sta­wiono mnie pew­nej kobie­cie jako kogoś, kto kilka tygo­dni wcze­śniej stra­cił męża. Ta kobieta spoj­rzała na mnie z lito­ścią i powie­działa ze swoim wyraź­nym akcen­tem z West Lothina: „Kocha­niutka, wiem, jak się czu­jesz. Gdy kilka lat temu stra­ciłam męża, byłam zała­mana”. Ta kobieta była koło sie­dem­dzie­siątki. Uśmiech­nę­łam się tylko i ski­nę­łam głową, ale wewnątrz krzy­cza­łam, że mam trzy­dzie­ści pięć lat, troje dzieci, a mój mąż nie dożył swo­ich trzy­dzie­stych ósmych uro­dzin. Nie miała poję­cia, jak się czuję.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

W Pol­sce uka­zała się pod tytu­łem Odmień swój umysł. Odmień swoje życie (tłum. A. Wol­nicka, Wyd. Czarna Owca, War­szawa 2010). Wszyst­kie przy­pisy dolne pocho­dzą od tłu­maczki. [wróć]

Hasło zawie­ra­jące grę słów. Dosłow­nie: uczyń ze swo­jego bała­ganu (tu: bała­ganu życio­wego, trud­nej sytu­acji, pogma­twa­nia) wia­do­mość (prze­kaz, prze­sła­nie). [wróć]

B. Brown, Z wielką odwagą. Jak odwaga bycia wraż­li­wym zmie­nia to, jak żyjemy i kochamy, jakimi rodzi­cami i lide­rami jeste­śmy, tłum. A. Owsiak, MT Biz­nes, War­szawa 2021. [wróć]