47,99 zł
Odkryj, że możesz być jednocześnie zraniony i silny.
Traumatyczne doświadczenie nie jest końcem twojej historii. To początek jej nowego rozdziału, w którym rozwijasz odporność psychiczną i wzrastasz z większą siłą niż kiedykolwiek. Ta książka ułatwi ci wejście na tę życiową ścieżkę.
Psycholożka kliniczna Laura Williams stanęła przed koniecznością zrewidowania swoich założeń, gdy sama przeżyła traumę. Jej książka, stanowiąca sumę doświadczeń zawodowych i osobistych, w pełen zrozumienia, uważny i praktyczny sposób pomaga czytelnikom w znalezieniu wewnętrznej siły i powrocie do siebie. Dzięki niej:
• zrozumiesz, w jaki sposób trauma może wskazywać kierunek rozwoju,
• nauczysz się dostrajać do swojego doświadczenia emocjonalnego – tu i teraz oraz w myśleniu o przeszłości,
• odkryjesz wpływ osobistych przeżyć na relacje,
• poznasz znaczenie czynników biologicznych i socjologicznych w kontekście twojego dobrostanu,
• przyjrzysz się własnej traumie międzypokoleniowej,
• wypróbujesz technikę konceptualizacji, która pozwoli ci zrozumieć i przepracować twoje problemy,
• uwolnisz się od toksycznego wstydu i perfekcjonizmu,
• poznasz praktyki mindfulness, które pomogą ci lepiej zrozumieć innych i samego siebie.
Czas zamienić ból w mądrość i wreszcie zacząć żyć, zamiast skupiać się na przetrwaniu.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 232
Data ważności licencji: 4/30/2030
Gdy zabierałam się do napisania tej książki, nieoczekiwanie trafiłam na zapowiedź warsztatów online, które prowadziłam kilka lat wcześniej. Nosiły tytuł: „Nie jesteś [kompletnie] rozbity” („You’re not broken”) i były najpopularniejszym internetowym wydarzeniem, jakie zorganizowałam. Ich treść stała się początkiem tej książki, ale wtedy tego nie wiedziałam. Myślę, że były tak popularne, ponieważ mówiły o sekretnym lęku, który żywi każdy z nas: że wszystko, przez co przeszliśmy, i każdy popełniony przez nas na tej drodze błąd świadczą tak naprawdę o tym, że jesteśmy potłuczeni, złamani – być może nieodwracalnie.
Ale choć możesz tak się czuć, to nie wierzę, że w rzeczywistości jesteś rozbity. Popękany? Być może. W końcu wiele części ciebie zostało poturbowanych przez twoją przeszłość. I choć wszystkie one wciąż trzymają się razem, to na powierzchni nadal widoczne są rysy – płyty tektoniczne naszego życia podnoszą się jak podczas trzęsienia ziemi, sprawiając, że niegdyś solidny grunt drży i że przesącza się przez niego lawa. A my nadal, mimo destrukcji, domagamy się równowagi i sensu w naszym krajobrazie, który przecież uległ zmianie.
Tak właśnie wyglądało to u mnie, gdy nagle zmarł mój mąż. Przez dwa pierwsze lata po jego śmierci, która wywróciła moje życie do góry nogami, po prostu próbowałam odzyskać grunt pod nogami. Uleczenie się z żałoby i ze straty, jakiej doświadczyłam, nie było łatwym zadaniem – wciąż żyję z nimi każdego dnia. Niemniej z upływem czasu i uczeniem się tego, co znajdziesz na kartach tej książki, powoli i łagodnie pozbierałam kawałki siebie i złożyłam je w całość. Dopóki mój świat nie implodował, nie zdawałam sobie sprawy z istnienia niektórych z nich. Na szczęście obecnie wrząca lawa traumatycznej straty przez większość dni jest spokojna, a śmierć mojego męża stała się elementem życia, którym żyję. Integracja to kluczowy cel pracy psychologicznej – wiąże się ze wzmocnieniem twojego umysłu, by umożliwić ci zarządzanie emocjami, rozumienie swoich myśli i zaakceptowanie rzeczywistości przy jednoczesnym pozostawaniu w relacji ze sobą i z innymi. Powiedziałabym, że jestem co najmniej na drodze do osiągnięcia tego stanu.
Przez lata wielu moich pacjentów i klientów relacjonowało mi różne wersje tego samego stanu: choć wiedzieli i rozumieli coś obiektywnie, to ich subiektywne odczucia często się z tym kłóciły. Na przykład zgodnie z logiką wiem, że nie powinnam mieć poczucia winy, że jestem przyjaciółką, która zapomina o urodzinach, rocznicach czy odpowiadaniu na czas na wiadomości tekstowe – ale wciąż czuję się z tego powodu winna. Wiem też, że nie ponoszę odpowiedzialności za emocje innych, ale i tak nie jestem w stanie zawsze uciec od tego uczucia. To odzwierciedla moją osobowość.
Istnieje, jak się wydaje, pewien rozdźwięk między tym, co uznajemy za logiczne, a tym, co czujemy. Natomiast tym, jak się czujemy, w pierwszej kolejności kierują nasze myśli. Wayne Dyre, autor i psycholog kliniczny, którego darzę ogromnym podziwem, napisał książkę na ten temat po tytułem: Change Your Thoughts, Change Your Life1. Podobnym torem chcę poprowadzić ciebie, czytelniku. To głęboko ludzkie, że twoje myśli odzwierciedlają negatywne lub trudne zdarzenia, które zaszły w twoim życiu. Ale jeśli pozwolisz, by te myśli cię definiowały i przejęły nad tobą kontrolę, być może nie będziesz żyć takim życiem, jakie świadomie byś wybrał. Życzę ci, byś był w stanie każdego dnia wybierać dla siebie świadomie pozytywne życie. A jak możesz tego dokonać? Dzięki poznaniu na wylot siebie i swojej psychiki oraz byciu zdolnym do efektywnej interwencji, gdy sprawy nie idą w takim kierunku, w jakim byś chciał. W kolejnych rozdziałach pomogę ci to osiągnąć.
Praca nad tym, by wyzdrowieć
Jako psycholożka kliniczna zostałam wyszkolona w ramach brytyjskiego systemu opieki zdrowotnej, by diagnozować, definiować i leczyć rozmaitego rodzaju problemy zdrowotne i zaburzenia psychiczne. Praktykując w oparciu o dowody medyczne, pomogłam wielu osobom, z którymi pracowałam. Wykonywana przeze mnie praca – psychoedukacja moich klientów, budowanie z nimi relacji opartej na zaufaniu, wspieranie ich w rozwijaniu nowego rozumienia siebie i swoich okoliczności życiowych oraz dostarczanie im modelów zachowań i strategii, których potrzebują, by się rozwijać – zwiększa ich zdolność do zmiany i leczenia.
Często brakuje nam potrzebnej wiedzy i rozumienia naszego stanu psychicznego, by dokonać pozytywnych zmian. Wielu z nas ma także ograniczony krąg zaufanych osób, które mogłyby nas zachęcać do podróży ku zdrowieniu i autentycznie ją wspierać. A jeśli potrzebny nam proces w jakiś sposób wiąże się z naszą dynamiką rodzinną i relacyjną, staje się on jeszcze trudniejszy. Wszystkie te czynniki i szeroka stygmatyzacja problemów ze zdrowiem psychicznym sprawiają, że możemy być pozostawieni samym sobie, cierpiąc w ciszy albo, co gorsza, być aktywnie zniechęcani do dbałości o nasze zdrowie psychiczne. To z kolei oznacza, że będzie się nam odmawiać możliwości rozwinięcia nowych sposobów rozumienia i odmiennych perspektyw. Wielu z nas nie zostało nauczonych umiejętności potrzebnych do wzmocnienia i ustabilizowania własnego dobrostanu. Naszym zadaniem terapeutycznym jest więc wzięcie odpowiedzialności za zdobycie tej wiedzy i przyswojenie jej.
Chcę, byś przed rozpoczęciem dalszej lektury wiedział, że to nie ja wykonuję trudną pracę w mojej praktyce klinicznej, lecz moi pacjenci. Jestem jedynie koordynatorką zmiany. Chciałabym też, byś postrzegał tę książkę i to, czego mam nadzieję cię nauczyć, właśnie w taki sposób. Jako koordynatorów zmiany, do której dążysz. I choć mogę ci tę zmianę ułatwić, to nie mogę przeczytać za ciebie tej książki – ani wykonać niezbędnej pracy. To już zależy od ciebie i od twoich decyzji. A z tego wyboru płynie moc: świadomość, że mamy wpływ na swoją postawę wobec dotykających nas trudności.
Gdy umarł mój mąż, mogłam albo zostać w łóżku i naciągnąć kołdrę na głowę, albo postawić obie stopy na podłodze i dalej iść naprzód. Czuję się szczęśliwa, że miałam potrzebną wiedzę, wsparcie i sieć osób, które mnie motywowały, tak że zdołałam dostrzec nowe perspektywy i zbudować umiejętności niezbędne, by przez to przejść. Ale wciąż każdego dnia muszę podejmować tę pracę od nowa. Bez względu na to, jak się czuję i czego doświadczyłam.
Trauma jako przewodnik
Pod wieloma względami ta książka dotyczy przede wszystkim traumy. Jest o tym, jak my wszyscy, na swój indywidualny sposób, żyjemy z urazem psychicznym jako towarzyszem. Normalizuje ideę, że nie zawsze stanowi on skutek wielkich wydarzeń, ale obejmuje codzienne sytuacje, które kształtują naszą osobowość i stosunek do innych. Na tych kartach znajdziesz historie doświadczeń – zarówno moich własnych, jak i moich klientów – ilustrujące koncepty i idee psychologiczne.
Jednym z nich jest przekonanie, że trauma zmienia to, kim jesteśmy i jak reagujemy. Nie jest ona samym wydarzeniem, ale przede wszystkim sposobem, w jaki nasze wewnętrzne procesy – myśli, uczucia i zachowania – na zawsze zmieniają się w odpowiedzi na to, co się stało. Wierzę, że to właśnie te wewnętrzne zmiany mogą spowodować w nas poczucie rozbicia. A ostrość, z jaką odczuwamy tę fragmentację, może zależeć od natury traumatycznego wydarzenia i tego, na ile było nieoczekiwane. Co najistotniejsze, myślę, że większość z nas chce ukryć, pogrzebać głęboko to rozbicie i udawać, że ono nie istnieje. Ale prawda jest taka, że wszyscy na swój sposób ukrywamy różne części siebie, które są w naszym odczuciu niekompletne lub wywołują wstyd. Carl Jung nazwał je cieniem. Teraz musimy pomóc ci rzucić na nie światło, byś mógł na nowo poczuć się całością.
Wierzę, że trauma, wbrew temu, co sądzi społeczeństwo, nie jest wyrokiem. Właściwie może nas wiele nauczyć. Moje poglądy nie są może niezwykle kontrowersyjne, choć czasem się tego obawiałam, ale wiem, że nie każdy się ze mną zgodzi. I nie ma w tym nic złego. Po prostu biorę udział w dialogu na temat zdrowia psychicznego w sposób – mam nadzieję – pomocny dla tych, którzy zgodzą się z moim spojrzeniem. Liczę też, że mój głos może być głosem zarazem profesjonalistki, jak i kogoś bliskiego tobie w twojej własnej podróży.
Kilka lat temu usłyszałam w internecie następujące słowa: „Make your mess your message”2. Nie pamiętam niestety, kto je wypowiedział, ale zapadły mi w pamięć i od tej pory dążyłam do osiągnięcia tego celu. Podobnie jak ty, jestem zagmatwanym, skomplikowanym człowiekiem. Ale mam to szczęście, że w swoim bałaganie znalazłam swój przekaz. Dzielę się nim teraz, by pomóc ci zrozumieć twoje życie – nieuporządkowane, skomplikowane i pełne niuansów, bo niewątpliwie takie właśnie jest.
Jak czytać tę książkę
Książka składa się z trzech części, a każda z nich uzupełniona jest o ćwiczenia, które będziesz wykonywać w miarę czytania. To celowy zabieg, gdyż pragnę, by ta lektura pozwoliła ci na aktywne odkrywanie siebie. Zachęcam cię także do założenia własnego dziennika, w którym możesz zapisywać swoje refleksje na temat ćwiczeń.
W części Poznaj swój własny umysł zapoznam cię z wagą twojej unikalnej historii, rozwijając twoją psychologiczną samoświadomość i zdolność myślenia w oparciu o wiedzę terapeutyczną. W rozdziale pierwszym opowiem ci o okresie mojego życia naznaczonym największym zranieniem i o tym, jak doprowadził mnie on do psychologicznego przebudzenia i do spostrzeżeń, do których zapewne dochodzi wiele osób pod wpływem jakiegoś ważnego życiowego momentu czy wydarzenia. Zapoznam cię z wagą motywacji, której obowiązkowo muszą się przyjrzeć terapeuci i każdy, kto wykonuje pracę psychologiczną – po to, by poznać przyczynę twojego stanu. W rozdziale drugim opowiem o tym, jak refleksyjność psychologiczna i praktykowanie mindfulness mogą nam pomóc lepiej zrozumieć samych siebie. Pokażę ci też, jak istotne jest, by pozwolić sobie na zwolnienie tempa i dostrojenie się do swojego doświadczenia emocjonalnego – zarówno tu i teraz, jak i w procesie myślenia o swojej przeszłości. W rozdziale trzecim zbadamy, w jakim sensie trauma może mieć na nas pozytywny wpływ, o czym często się zapomina – i w jaki sposób oferuje nam szansę na odcięcie się od tego, kim byliśmy w przeszłości i kim jesteśmy teraz, pozwalając pójść naprzód.
Część druga książki, zatytułowana Prawda o traumie, zagłębia się w psychologiczne źródła traumy. W rozdziale czwartym przeprowadzę cię przez kluczowe koncepty, w tym teorię przywiązania i teorię społecznego uczenia się, oraz wtajemniczę w to, jak możemy je przełożyć na swoje doświadczenia. Przedstawię ci też szerszą definicję traumy i pokażę, jak ta objawia się w naszych relacjach, gdy dorastamy. W rozdziale piątym przejdziemy do rozmowy o monopolu podejścia poznawczego w terapiach. Wyjaśnię też, dlaczego uważam, że terapia poznawczo-behawioralna nie zawsze jest najbardziej pomocnym rozwiązaniem (w sytuacjach gdy u podłoża danego problemu leżą złożone trudności relacyjne). Omówiona zostanie także tematyka wzajemności i jej znaczenie dla dobrej jakości relacji.
W rozdziale szóstym zagłębimy się w międzypokoleniową naturę traumy i to, jak na nasz dobrostan psychiczny wpływają czynniki biologiczne, psychologiczne i socjologiczne. Zaczniemy też badać, jak wzorce odnoszenia się do innych, znane jako schematy, odzwierciedlają różne aspekty naszej osobowości i jak mogą wpływać na naszą relację z samym sobą. W tym rozdziale skrótowo pokażę ci także wzorce traumy, które zostały przekazane w mojej rodzinie – przez babcię mamie, a potem przez mamę mnie – by zilustrować, jak może się objawiać trauma międzypokoleniowa. Wreszcie zachęcę cię do rozwinięcia własnego zestawu narzędzi radzenia sobie z traumą, tak byś uporał się z emocjami, które mogą powstać podczas czytania tej książki i wykonywania ćwiczeń.
W ostatniej części, Narzędzia potrzebne do wyzdrowienia, zaznajomię cię z tym, czego wymaga każda praca psychologiczna. W rozdziale siódmym wspominam, jak ważna jest konceptualizacja psychologiczna dla zrozumienia okoliczności problemów i wspomagania leczenia. Upraszczając: opowiada ona historię tego, jak i dlaczego możesz mieć trudności z danym problemem, na przykład z depresją, w określonym punkcie w czasie. Stanowi ramę pozwalającą rozważyć czynniki, które wpływają na ten problem – poprzez jego łagodzenie (czynniki ochronne) lub pogłębianie (czynniki podtrzymujące). Konceptualizacja wskazuje także na powiązania tego problemu z przeszłymi doświadczeniami. Wprowadzę cię też w mój własny czteroetapowy model HEAL (Zdrowiej), który z grubsza odpowiada kluczowym elementom właściwej pracy psychologicznej.
W rozdziale ósmym zaproponuję ci przyjrzenie się jednej z największych barier w psychologicznym dobrostanie: wstydowi. Opowiem ci o sposobach pielęgnowania współczucia jako o antidotum na wstyd. W ostatnim rozdziale zasugeruję, czego możesz faktycznie potrzebować, by poradzić sobie ze swoimi przejściami. Zbadamy w nim koncept potęgi niedoskonałego życia, nawiązując do problemu perfekcjonizmu (który ogólnie stanowi ważny wątek w tej książce) i do modelu dobrego życia jako podejścia pozwalającego zyskać jeszcze głębsze rozumienie tego, jak według ciebie powinno wyglądać twoje życie.
Samopomoc jako ścieżka do zmiany
Oczywiście przeczytanie książki i wykonanie zasugerowanej w niej pracy to nie to samo co odbycie terapii. Ale napisałam ten poradnik między innymi dlatego, że aż nazbyt dobrze wiem, iż dostęp do dobrej jakościowo, opartej na dowodach terapii i informacji psychologicznej jest obecnie trudny. Więc choć niniejsza lektura nie stanowi terapii per se, to próbuje wskazać pytania, jakie mogłyby się na terapii pojawić, i daje ci możliwość samodzielnego wykonania części pracy.
Nie jest ona jednak rozwiązaniem, jeśli znajdujesz się w kryzysie. Jeżeli sądzisz, że tak jest, lub potrzebujesz odpowiedzi, których ta książka nie może ci dostarczyć, proszę, poszukaj pomocy u wykwalifikowanego specjalisty zdrowia psychicznego tak szybko, jak to możliwe.
Niemniej wiedz, że autoterapia może być potężnym prekursorem zmiany. Przez lata wielokrotnie obserwowałam, jak różne osoby próbowałby mozolnie posunąć się naprzód choćby o włos, nawet po miesiącach czy latach terapii psychologicznej. Potem, jakby znienacka, dokonywały tego, co mogłoby się wydawać spontanicznym wyzdrowieniem. Słyszałam, jak mówiły: „Pewnego dnia coś po prostu zaskoczyło” czy „Wszystko nabrało sensu”. Oczywiście ich wyzdrowienie tak naprawdę nie było spontaniczne. Często poprzedzały je całe miesiące pracy, rosnące zrozumienie i dodatkowa samopomoc wspierająca terapię.
Do wyzdrowienia potrzeba czegoś więcej niż jednej sesji tygodniowo. Jest z nim tak jak z sukcesem – dzieje się on wtedy, gdy nikt nie patrzy, nie odnosi się go z dnia na dzień. Praca, która prowadzi do uleczenia, wymaga dokładnie tego samego: oddania i wysiłku. Czasem można mieć wrażenie, że „nie chce zaskoczyć” – aż któregoś dnia w końcu to się dzieje. Mocno wierzę, że „leczenie”, którego potrzebujesz, niekoniecznie musi zawsze mieć postać indywidualnej terapii. Być może ta książka stanie się początkiem twojej podróży, a może użyjesz jej jako dodatkowego elementu terapii, której się poddajesz lub poddałeś. Gdziekolwiek jesteś i cokolwiek zrobiłeś, by dojść do punktu, w którym obecnie się znajdujesz, wykonanie opisanej tu pracy tego dopełni.
Oto ostatnia myśl, którą powinieneś zabrać w tę podróż: jesteś ukształtowany przez to wszystko, co zaszło wcześniej – zarówno to, co dobre, jak i to, co złe. Jednak przetrwałeś, a to, co ci się przydarzyło, nie jest tobą. Wraz z przeciwnościami przychodzi rezyliencja, mądrość i hart ducha. Mam nadzieję, że możesz pozbierać „rozbite” części siebie i złożyć je razem, by żyć życiem równie potężnym i niedoskonałym jak ty sam.
Będę cię mieć w swoich myślach
CZĘŚĆ I
Poznaj swój własny umysł
Rozdział 1
Przebudzenie
Budzi się z gwałtownym wzdrygnięciem, zrywa z łóżka i pyta nabrzmiałym paniką głosem, czy słyszałam strzał. Mija chwila, nim orientuję się, gdzie jestem i co się dzieje. „Nikt nie strzelał” – uspokajam go, ale moje słowa najwyraźniej do niego nie docierają, gdyż wciska się w róg pokoju z szeroko otwartymi oczyma.
Po zapaleniu światła i przyjrzeniu się jego przerażonej twarzy dostrzegam, że jest nieobecny i że potrzebuje mojej natychmiastowej pomocy. Niestety nie jest to dla nas coś niezwykłego. U Matty’ego, za którego wyszłam siedem lat wcześniej, w wieku dwudziestu czterech lat zdiagnozowano cukrzycę typu 1. Do tej nocy co najmniej trzy razy doszło u niego do gwałtownych ataków hipoglikemii, w związku z którymi musiałam wzywać karetkę. W takich sytuacjach mój mąż często nie jest w stanie racjonalnie myśleć i czasem zachowuje się jak ktoś zupełnie inny, a nie jak zwykle wyluzowany Matty. Raz miał nawet drgawki. Teraz kołacze mi się po głowie jedna pocieszająca myśl: znam tę sytuację i wiem, co powinnam zrobić.
Tak spokojnie, jak tylko mogę, schodzę na dół do kuchni, by przynieść trochę Lucozade’u. Mijam sypialnie trojga moich dzieci – wszystkie śpią twardo. Lucozade to słodki napój, który powinien szybko podnieść obecnie za niski poziom cukru w krwi Matty’ego, jeśli tylko zdołam nakłonić męża, by go wypił, co nie zawsze jest łatwe. Gdy wracam do sypialni, zastaję Matty’ego leżącego po jego stronie łóżka. Stara się podźwignąć, napinając mięśnie swojego smukłego, wysokiego ciała. Próbuję go przekonać, by się napił. Nie chce mi pozwolić sobie pomóc, ale wiem, że muszę próbować dalej.
Jasnopomarańczowy napój wylewa się i pryska dookoła. Potem odkryję, że plamy wsiąkły głęboko w jasnoniebieskie ściany naszej sypialni. Gdy w butelce nic już nie ma, odbywam kolejny pospieszny kurs do kuchni. Obawiam się zostawić Matty’ego znów samego i mam świadomość, że coraz szybciej wyczerpuję możliwości poradzenia sobie z tą sytuacją o własnych siłach.
Gdy wracam do sypialni ledwie kilka sekund później, w szoku odkrywam, że mój mąż leży płasko w poprzek łóżka z twarzą w dół. Zachowuje się inaczej niż zwykle. Jego palce desperacko próbują złapać się boków dębowej ramy łóżka, gdy napad padaczkowy bierze nad nim górę. Sama nie wiem jak, ale znajduję w sobie dość siły, by ściągnąć go na podłogę i ułożyć w pozycji, która choć trochę przypomina boczną ustaloną.
Klękam obok jego rozedrganego ciała i dzwonię najpierw po karetkę, a potem do naszych rodzin. W kilka minut zarówno jego, jak i moi bliscy są u nas. Mieszkają niedaleko i w razie konieczności mogą szybko się zjawić w naszym domu. Teraz są mi potrzebni głównie po to, by zająć się dziećmi, gdy ja robię dla Matty’ego, co mogę przed przyjazdem pomocy medycznej.
Czas mija, trzymam w ramionach wspartą na poduszce głowę mojego męża i patrzę, jak jego wargi robią się sine. Przygryza język i krwawa ślina ścieka mu z ust na poduszkę. Uświadamiam sobie ogrom swojego strachu. Czekam w ciszy, ale mimo narastającej grozy wierzę, że gdy już przybędzie pomoc, wszystko będzie okay. Tak jak wiele razy wcześniej.
Gdy zespół medyczny przejmuje kontrolę, schodzę na dół sprawdzić, co z moją pięcioletnią córeczką. Obudziła się i siedzi z babcią w salonie. Próbuję ją uspokoić, ale zarazem nie chcę zatrzymywać się zbyt długo. Gdy biegnę z powrotem na górę, w połowie schodów spotykam tatę. Dostrzegam jego wzrok, wydaje się spanikowany i dociera do mnie, że dzieje się coś bardzo, bardzo złego.
– Co jest? – pytam.
Nie wie, co powiedzieć, wybiera więc milczenie.
– Co jest?! – tym razem krzyczę.
Na twarzy taty widzę udrękę, z trudem powstrzymuje emocje i w końcu wykrztusza:
– Nie oddycha.
Natychmiast go wymijam, pokonuję biegiem pozostałe schody i wpadam do sypialni. W tym momencie są w niej już dwa zespoły medyków. Gdy omiatam wzrokiem pokój, wszyscy wydają mi się zbyt spokojni, niemal nic nie robią. Najpierw nie mogę zrozumieć dlaczego.
Mój mąż leży na podłodze między naszym łóżkiem a drzwiami do łazienki. Jego piżamę pośpiesznie rozcięto, a po dywanie wala się sprzęt medyczny. Nikt nie patrzy mi w oczy.
– Czy ktoś mi powie, co się dzieje?! – krzyczę.
Jeden ze stojących z boku medyków podnosi głowę i mówi opanowanym głosem:
– Matty nie jest w stanie samodzielnie oddychać, musimy go wentylować. A potem pojedziemy z nim do szpitala.
– Ale to był tylko atak hipoglikemii? – gorączkowo dopytuję o jego poziom cukru, pewna, że jest za niski.
Mężczyzna odpowiada, że to hiperglikemia i że poziom cukru we krwi Mattyego jest za wysoki. To w tym momencie uświadamiam sobie, że nie rozumiem, co się dzieje. Gdy wcześniej działo się coś takiego, miał zawsze za niski cukier. Mój rozszalały mózg próbuje znaleźć w tym sens – i ponosi porażkę.
Rozglądam się po pokoju i wreszcie skupiam się na twarzach medyków. I wtedy dociera do mnie, że Matty nie przeżyje. W ich zachowaniu widoczna jest spokojna rezygnacja, którą jestem w stanie dosłownie poczuć. Nikt mi tego nie mówi, ale ja po prostu wiem. Czuję, jak brak nadziei wysysa tę niewielką ilość powietrza, jaka została jeszcze w pokoju. Gdy wentylują mojego męża, osuwam się na ziemię, opieram na rękach i kolanach. Lekko potrząsam stopami i łydkami Matty’ego, pragnąc przywrócić jego ciału życie, cicho błagając go przez łzy, by nas nie opuszczał. Ale wiem, że medycy po prostu kupują czas.
Po wielu minutach schodzę znów na dół, mijam sypialnię, gdzie jeszcze niedawno spali twardo nasi dwuletni bliźniacy. Mój ojciec bawi się tam z nimi, osłaniając ich przed grozą tego, co się dzieje. W salonie mama wciąż zajmuje się moją córką. Znów idę sprawdzić, co z nią. Mała mówi:
– Wszystko będzie dobrze, mamusiu.
Ona też jest przekonana, że dzieje się coś, co zdarzało się już wcześniej, i w tej przewidywalności znajduje spokój: tata czasem miewa się źle, przyjeżdża do niego karetka, a potem ma się lepiej. Proste.
Nie mogę spojrzeć jej w oczy, przyciągając ją do siebie. W salonie hałas maszyny wspomagającej życie, która w sypialni tuż nad naszymi głowami mocno pompuje tlen do płuc Matty’ego, jest ogłuszający. Mam poczucie, że wstrząsa posadami naszego domu. Posadami naszego świata.
Wreszcie medycy są gotowi do transportu. Nie wolno mi wsiąść do karetki. Nie protestuję, ubieram się, by pojechać za nimi. Gdy czekam w korytarzu, aż zniosą mojego męża na dół i wyniosą przez frontowe drzwi, starsza medyczka schodzi po schodach. Spogląda na moją zalaną łzami twarz i pyta po prostu:
– Co tu się stało?
Nie zwraca się do nikogo w szczególności, jednak w jakiś sposób jej słowa napełniają mnie poczuciem winy. Jakbym była za to odpowiedzialna. Nikt nie odpowiada. Gdy wychodzę, mama stara się powiedzieć coś pokrzepiającego. Spoglądam na nią i mówię:
– Mamo, on umiera.
Widzę, że nie chce w uwierzyć w moje słowa, ale ja jestem tego pewna.
W sali resuscytacyjnej w naszym lokalnym szpitalu ściskam mocno dłoń Matty’ego i od czasu do czasu kładę czoło na jego piersi, pozwalając łzom płynąć niepowstrzymanie na jego bladą skórę. Szepczę cicho do jego ucha, że zawsze będę go kochać. Że dopilnuję, by nasze dzieci o nim pamiętały i że zawsze będzie obecny w naszym życiu. Wraz z upływem minut jego oddech się zmienia. Staje się płytszy. Bardziej wysilony. Nie chcę, by nas zostawiał. A potem, zbyt szybko, nadchodzi i odchodzi jego ostatnie tchnienie. Zapada cisza. O 3:42 lekarz ogłasza zgon.
Gdy moja głowa znów opada na nagą pierś Matty’ego, uderza mnie potęga mojego cierpienia. Czuję moje serce – ciąży mi w piersiach. Pytam samą siebie: „Jak to możliwe, że ono wciąż bije, gdy serce mojego męża zatrzymało się na zawsze?”. Już tęsknię za tym jego dobrym sercem.
Wreszcie puszczam dłoń Matty’ego i siadam na krześle obok łóżka. Mam wrażenie, że stoi za daleko. Przysuwam je bliżej. Patrzę, jak bliscy mojego męża żegnają się z nim z niezmierzonym bólem wypisanym na twarzach. Wszyscy jesteśmy wstrząśnięci. Patrzę na jego twarz, wciąż poplamioną krwawą śliną, i czuję nieodpartą potrzebę umycia go. Pytam pielęgniarkę, czy mogę to zrobić. Mówi, że się tym zajmą i wtedy będziemy mogli posiedzieć z nim w innej sali; a póki co musimy stąd wyjść. Nie wiem, czy coś takiego jest rzeczywiście niedozwolone, jednak kiwam głową i siadam z powrotem. Tak strasznie chcę to zrobić – dokonać tego ostatniego aktu czułości i intymności jako jego żona – ale w tamtym momencie nie mam siły, by o to walczyć. Niespełnienie tego pragnienia stanie się źródłem cierpienia, które pozostanie we mnie na zawsze.
Proszą nas do innego pomieszczenia i choć jeszcze tego nie wiem, to będzie ostatni raz, gdy dotknę Matty’ego. Wydaje się, że spędziliśmy z nim zdecydowanie za mało czasu, ktoś jednak zasugerował, że powinniśmy już iść. Po raz ostatni puszczam dłoń męża i odwracam się, by wyjść z pomieszczenia. Nie pamiętam, jak daleko doszłam, nim nogi i głowa kazały mi się zatrzymać. Rozsypuję się i czuję, jak rośnie we mnie potrzeba, by wrócić i posiedzieć z nim dłużej. Mama Matty’ego obejmuje ręką moje ramiona i prowadzi mnie dalej. Idę więc. Na zewnątrz jest cicho, a świat wciąż jest na swoim miejscu, gdy wsuwamy się do samochodu i w milczeniu jedziemy z powrotem do domu.
Nic tak bardzo nie wstrząsa iluzją doskonałego czy udanego życia niż doświadczenie nagłej i przedwczesnej śmierci osoby, którą kochasz. Cios przychodzi znikąd, wydaje się wywracać rzeczywistość do góry nogami. Ledwie miesiąc przed śmiercią mojego męża siedzieliśmy w poczekalni schludnej kliniki w Edynburgu, by wykonać badania stanowiące ostatni krok do uzyskania wiz, które pozwolą nam zamieszkać i pracować w Australii. To było nasze wspólne marzenie, które dzieliliśmy, odkąd się poznaliśmy, mając niewiele ponad dwadzieścia lat. Rozmawialiśmy o tym przez całe lata, a nawet pojechaliśmy na miesiąc miodowy do Australii, by sprawdzić, czy pasowałby nam tamtejszy styl życia. Mieliśmy nadzieję, że to będzie przygoda, która da nam obojgu szanse na rozwój zawodowy i życie pasujące naszej rodzinie. Jak na ironię, tamtego dnia obydwoje otrzymaliśmy poświadczenie dobrego stanu zdrowia i wizy zostały podstemplowane. Cztery tygodnie później Matty nie żył, a nasze marzenia i plany na przyszłość zostały zrujnowane.
A teraz pozwól mi coś wyjaśnić. Nie chodzi o to, że nasze życie było absolutnie idealne, ale wiedziałam i czułam, że jesteśmy szczęściarzami. Mieliśmy wspaniałą rodzinę i troje zdrowych dzieci, otaczali nas przyjaciele, a wykonywana przez nas praca współgrała z naszym stylem życia. Stać nas było na wyjazdy wakacyjne i byliśmy szczęśliwi. To było dla nas „idealne”. Ale stopniowo kiełkowała we mnie myśl, że może nie możemy być tak szczęśliwi. Że któregoś dnia coś się musi wydarzyć.
Myśląc logicznie, pewnie jest to prawda, która sprawdzi się w przypadku większości z nas.
W którymś momencie wszyscy doświadczymy straty kochanej osoby i zmierzymy się z problemem zdrowotnym czy z innym życiowym kryzysem.
Ale nigdy nie wyobrażałam sobie, że zostanę zdana na życie bez partnera, którego wybrałam ledwie kilka lat wcześniej. W książce Z wielką odwagą3 amerykańska autorka Brené Brown określiła ten typ myślenia jako „wyrzekanie się radości”: uczucie zadowolenia lub szczęścia, które natychmiast zostaje wyparte przez martwienie się o to, co złego może się zdarzyć (Brown, 2012).
Co zrobiłam, gdy takie życie, jakie dotychczas znałam, zostało mi odebrane? Cóż, zrobiłam to, co umiałam robić. Zaczęłam dawać sobie radę. Byłam bardzo dobra w robieniu tego, co należy. Zacisnęłam zęby i przystąpiłam do radzenia sobie z koniecznością życia jako owdowiała matka trojga małych dzieci. Codziennie rozprawiałam się z biurokracją śmierci. To nie było jakieś tam radzenie sobie. Byłam w tym świetna. Byłam osobą nastawioną na osiąganie celów i gdy natknęłam się na kolejną rzecz, z którą musiałam się zmierzyć, wiedziałam, że mi się to uda – krok po kroku, aż dotrę do celu.
Nie rozumiałam wtedy, że tu nie będzie punktu końcowego. Celu do osiągnięcia. Ta śmierć stanie się na zawsze stałym elementem mojego życia. Ale w tamtym czasie byłam po prostu w trybie przetrwania i odwoływałam się do dobrze znanych schematów, dzięki którym radziłam sobie przez trzydzieści pięć lat życia – aż do tego momentu. Wyrażało się to na wiele sposobów. Pierwszej nocy po śmierci Matty’ego moja mama delikatnie sugerowała, że może ze mną zostać na noc w moim domu. Stanowczo odmówiłam. Miałam silne poczucie, że muszę zacząć funkcjonować w trybie, w którym będę funkcjonowała już zawsze. Dotychczas byłam dumnie niezależna. Teraz byłam zdana na siebie i tak już miało zostać. Jasne i proste.
Wówczas nie widziałam w tym podejściu tego, czym było ono naprawdę.
Odpychałam ludzi od mojego bólu.
Nie czułam się komfortowo z myślą, że ktokolwiek mógłby być świadkiem mojej żałoby. Dopiero później zrozumiałam, że inne osoby będące świadkami mojej straty ostatecznie będą dla mnie otuchą. Ale początkowo nie mogłam sobie pozwolić na przyjęcie pełnego wsparcia. Wierzyłam, że jeśli po prostu zdołam zachować kontrolę, to wszystko będzie w porządku… Klasyczne zachowanie perfekcjonisty starającego się kontrolować całkowicie niekontrolowalną sytuację.
Jakieś trzy dni po śmierci Matty’ego dzieci poprosiły mnie, by postawić w ogrodzie dmuchany basenik. Był lipiec. Zaczęły się wakacje, a pogoda była nietypowo gorąca jak na Szkocję. I tak oto znalazłam się w kostiumie kąpielowym, na tyłach domu, dmuchając basen i desperacko starając się sprawić, by życie moich dzieci wydawało się im normalne. Pamiętam, jak słabo się czułam, pompując ten basenik – wdech po wdechu, aż do końca. I choć brałam wdechy i wydechy, to serce, które tłoczyło w moje ciało tlen, było złamane.
Uświadomienie sobie, że moje dzieci nigdy w pełni nie będą znały swojego taty, było przytłaczające. Myśl, że Matty nigdy nie poprowadzi naszej córki Elli do ołtarza w dzień jej ślubu, do dziś wyrywa ze mnie szloch. Często się zastanawiam, czy gdy nadejdzie ten dzień, Ella poprosi mnie, bym z braku ojca to ja „oddała ją mężowi”. Czy w ogóle wyjdzie za mąż?
Od chwili gdy Matty wydał ostatnie tchnienie, instynktownie przyjęłam za prawdę przekonanie, że moim zadaniem jest sprawić, by dla moich dzieci wszystko było „w porządku”. Że muszę jakoś zmniejszyć ich ból i cierpienie. Wszystko to zależało ode mnie. To było coś, co musiałam zrobić. Obecnie wiem, że nie jestem odpowiedzialna za uwalnianie moich dzieci od ich bólu. Że stanowi on wyraz miłości, jaką czują do swojego taty. Niemniej jestem odpowiedzialna za bycie przy nich, gdy go doświadczają, i za uczenie ich, że nie zawsze będzie on tak intensywny jak w tamtych najtrudniejszych chwilach.
Oczywiście ta presja, jaką początkowo się obciążyłam, sprawiała, że chwilami się rozklejałam. Często doświadczałam załamania w samotności, o zmroku, po zasunięciu zasłon, gdy dzieci bezpiecznie leżały w łóżkach. Czasem używałam czerwonego wina, by uśmierzyć moje uczucia. Czasem zaś wino pozwalało mi zyskać do nich dostęp. Powód nie miał znaczenia, bo na tym etapie nie doświadczałam w pełni żałoby i z pewnością nie przetwarzałam moich emocji w żaden znaczący sposób.
Mimo to, patrząc wstecz, dość szybko zaczęłam stosować wobec siebie te same strategie, które mogłabym zasugerować klientowi przeżywającemu stratę podobną do mojej. Dołączyłam do grupy wsparcia dla osób, które wcześnie owdowiały, i chodziłam na spotkania z nimi oraz zabierałam dzieci na przeznaczone dla nich wydarzenia. Dołączyłam do klubu triatlonowego, by moje ciało doświadczało ruchu. Odbyłam także kilka spotkań z moim prywatnym psychologiem i z moim dawnym mentorem z czasów treningu klinicznego, który sam wcześnie stracił żonę. Pozornie wszystko to wyglądało jak zdrowe strategie adaptacyjne. Jednak, gdy mam być teraz ze sobą szczera, w moim umyśle te działania stanowiły coś w rodzaju listy do odhaczenia. Perfekcjonizm, na którym od lat polegałam, wysunął się na pierwszy plan. Utknęłam w trybie działania i dążenia, zamiast pozwolić sobie na odsłonięcie mojej przestrzeni emocjonalnej – po to, by się uzdrowiła. To przyszło dużo później.
W którymś momencie zaczęłam pisać. Na początku miało mi to pomóc zapamiętać rzeczy zasłonięte mgłą umysłową mojej żałoby. Chciałam mieć godne zaufania świadectwo, którego mogłabym użyć pewnego dnia dla wsparcia pamięci, by porozmawiać z moimi dziećmi o tym, co się stało.
Jednak, zapisując moje doświadczenia, odnalazłam zarówno swój głos, jak i wielość emocji tłumionych przez moje perfekcjonistyczne działania i dążenia. Przelewałam moje uczucia razem ze łzami na zapisywane stronice.
Dzięki pisaniu mogłam dotknąć swojej żałoby, a to rozdarło mnie od środka.
Nieśmiało zaczęłam dzielić się moim pisaniem w formie bloga i postów w mediach społecznościowych. Trafiałam z tym do wielu osób i ostatecznie moje wpisy stały się dziennikiem i wprawkami pisania, a potem wydaną samodzielnie książką Grief Writer: A Journal (Dziennik żałoby). To pomogło mi zarówno zbudować własną drogę do uleczenia, jak i stworzyć dziedzictwo życia Matty’ego, które mogło pomóc innym w ich podróży poprzez przetwarzanie emocji towarzyszących stracie.
Po pierwsze i najważniejsze, pisanie stało się bezpieczną przestrzenią, do której mogłam uciec. A w tamtym czasie chciałam uciec przed wszystkim. Przed realnością śmierci Matty’ego. Niekończącymi się, choć płynącymi z najlepszych intencji wiadomościami, które pojawiały się na ekranie mojego telefonu o wszelkich porach dnia i nocy. Zapachem mojego domu, wypełnionego tak wieloma liliami, że cuchnął śmiercią.
Chciałam też uciec przed ludźmi. Zbyt wieloma ludźmi. Policjantami, z którymi musiałam rozmawiać z powodu nagłego charakteru śmierci mojego męża. Gośćmi, którzy wpadali sprawdzić, jak się mam. Rodzicami kolegów i koleżanek moich dzieci, którzy, gdy moja córka poszła do szkoły, zaskakiwali mnie na podwórku pytaniami w rodzaju: „Jak się masz?”, „Jak dzieci?” albo, co jeszcze gorsze, „To co się właściwie stało?”. Jak w ogóle masz choć spróbować odpowiedzieć na takie pytanie, zwłaszcza gdy zadają je niemal obcy ludzie?
Raz nawet przedstawiono mnie pewnej kobiecie jako kogoś, kto kilka tygodni wcześniej stracił męża. Ta kobieta spojrzała na mnie z litością i powiedziała ze swoim wyraźnym akcentem z West Lothina: „Kochaniutka, wiem, jak się czujesz. Gdy kilka lat temu straciłam męża, byłam załamana”. Ta kobieta była koło siedemdziesiątki. Uśmiechnęłam się tylko i skinęłam głową, ale wewnątrz krzyczałam, że mam trzydzieści pięć lat, troje dzieci, a mój mąż nie dożył swoich trzydziestych ósmych urodzin. Nie miała pojęcia, jak się czuję.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
W Polsce ukazała się pod tytułem Odmień swój umysł. Odmień swoje życie (tłum. A. Wolnicka, Wyd. Czarna Owca, Warszawa 2010). Wszystkie przypisy dolne pochodzą od tłumaczki. [wróć]
Hasło zawierające grę słów. Dosłownie: uczyń ze swojego bałaganu (tu: bałaganu życiowego, trudnej sytuacji, pogmatwania) wiadomość (przekaz, przesłanie). [wróć]
B. Brown, Z wielką odwagą. Jak odwaga bycia wrażliwym zmienia to, jak żyjemy i kochamy, jakimi rodzicami i liderami jesteśmy, tłum. A. Owsiak, MT Biznes, Warszawa 2021. [wróć]
