44,99 zł
To, co dziś wydaje się utracone, jutro może rozkwitnąć na nowo
Pierwszego dnia lata Amande traci wszystko. Pakuje całe swoje życie do jednej walizki i wyjeżdża do małego domku na wsi. Tak jak planowali z Benjaminem…
Kobieta chowa się przed światem, żeby przeżyć swój smutek. Dni płyną cicho, jeden podobny do drugiego. Amande nie zauważa nawet, że lato ustępuje miejsca jesieni.
Podczas porządków trafia na stare kalendarze dawnej właścicielki. Drobne ślady czyjegoś życia sprawiają, że zastanawia się, co przyniesie jej jutro. Z czasem zaczyna zapisywać własne słowa – drogowskazy, małe próby powrotu do siebie.
„Wpuść. Dziel się. Świętuj. Pozwól odejść”.
Czy Amande odważy się otworzyć na ludzi, którzy na nią czekają? I ile czasu minie, zanim ostatecznie pożegna się z tym, co już nie wróci?
„Co przyniesie jutro” to poruszająca historia o tym, że każde „jutro” niesie w sobie nadzieję i obietnicę.
MÉLISSA DA COSTA JEST AUTORKĄ BESTSELLEROWEJ POWIEŚCI „CAŁY TEN BŁĘKIT”
JEJ KSIĄŻKI PRZETŁUMACZONO NA 30 JĘZYKÓW
O AUTORCE:
Mélissa Da Costa to jedna z najpopularniejszych francuskich autorek. Napisała 8 książek, które zostały przetłumaczone na 30 języków i sprzedały się w 4,5 miliona egzemplarzy tylko w samej Francji. W Polsce w 2025 roku ukazała się powieść „Cały ten błękit”, która natychmiast uzyskała status bestsellera.
Mélissa Da Costa w swoich książkach porusza uniwersalne tematy, takie jak miłość, samotność, godzenie się ze stratą i poszukiwanie siebie. Jej powieści niosą oczyszczenie i nadzieję na lepsze jutro. Czytelniczki cenią ją za ogromną empatię, niezwykłą umiejętność opisywania trudnych emocji i wrażliwość na piękno otaczającego nas świata.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 326
Data ważności licencji: 7/1/2027
Tytuł oryginału
Les Lendemains
Copyright © Editions Albin Michel – Paris 2020
Copyright © for the translation by Adriana Celińska
Projekt okładki
Eliza Luty
Ilustracja na okładce
© P. C. Skovgaard / rawpixel
Fotografia autorki na skrzydełku
© Pascal Ito
Grafika przy numerze rozdziału
© nadiinko/ AdobeStock
Redaktorka nabywająca
Ewa Bolińska‑Gostkowska
Redaktorka prowadząca
Magda Jankowska
Adiustacja
Magdalena Wołoszyn-Cępa
Korekta
Beata Stefaniak-Maślanka, Joanna Wiśniewska
Łamanie
Maria Król
Koordynator produkcji
Jakub Kornacki
Przygotowanie do druku
Maria Gromek
Opieka promocyjna
Bogna Piechocka, Małgorzata Augustyniak, Magdalena Wymazała
ISBN 978-83-8427-253-4
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e‑mail: [email protected]
Wydanie I, Kraków 2026
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk
Florence, Mehdiemu i ich świętemu drzewku oliwnemu, które połączyło ich na zawsze
Zardzewiały zamek się zacina. Mężczyzna siłuje się z kluczem, wyciąga go i próbuje jeszcze raz. Tutaj również jest potwornie gorąco. Może nie tak jak w mieście czy na otwartej przestrzeni, lecz mimo wszystko. Musi być ze trzydzieści stopni. Mężczyzna wzdycha, przez chwilę się zastanawia, po czym lekko napiera ramieniem na drewno, przekręcając klucz. Ciężkie, pokryte łuszczącą się farbą drzwi ustępują ze zgrzytem i otwierają się do wewnątrz, na półmrok i chłód.
Dom stał zamknięty przez długie miesiące. Lekka woń stęchlizny drażni nozdrza, lecz nieprzyjemny zapach rekompensuje panująca w środku niska temperatura. Podejrzewam, że jest nie więcej niż dwadzieścia dwa stopnie. Idealnie. Słyszę, jak mężczyzna się krząta, odstawia na podłogę teczkę z ekologicznej skóry. Klucze dzwonią, kiedy wsuwa je do kieszeni spodni.
– Szukam włącznika – wyjaśnia.
Stoję w ciemnej sieni i cierpliwie czekam. Nie mam nic lepszego do roboty. Od wieczoru dwudziestego pierwszego czerwca czekanie stało się moją drugą naturą. Moim jedynym zajęciem. Mężczyzna głośno wzdycha. Męczy go upał? Irytuje się szukaniem po omacku? Nie pomagam mu. Wyłączam się. Czekam.
Czas płynie spokojnie między grubymi ścianami starego domu. Nie wiem, ile to trwa, ale zauważam brak sąsiadów i ciszę. To też jest dobre.
– Już. Przepraszam.
Nagle sień wypełnia się światłem. Agent nieruchomości ociera czoło i uśmiecha się do mnie nieco zakłopotany, bo jest pewien, że zaraz odwrócę się na pięcie i sobie pójdę. Wątły blask żarówki, woń stęchlizny, drzwi, które otwiera się z niemałym trudem, bo prawdopodobnie drewno spęczniało. Mimo to nigdzie się nie wybieram. Rozglądam się po korytarzu, który przypomina ciemny tunel bez okien: miedzianobrązowe płytki, białe ściany, ciemne drewniane listwy, obraz przedstawiający kamienny kościół.
Szelest wyciąganych kartek. Mężczyzna sprawdza notatki, nie przygotował się wcześniej. Ponownie ociera pot z czoła. Stoję nieruchomo. O nic nie pytam. Sam zacznie. Albo i nie. Nieważne.
– Dom jest z tysiąc dziewięćset czterdziestego, ale elewacja została odnowiona dziesięć lat temu, a dach ocieplono zeszłej zimy.
Dostrzegam chyba błysk satysfakcji w jego oczach, bo to bez wątpienia duży plus. Zatrzymuję wzrok na obrazie przedstawiającym kościół, choć tak naprawdę na niego nie patrzę.
– Sześćdziesiąt metrów kwadratowych powierzchni. Drzwi po prawej prowadzą do sypialni, a po lewej do łazienki.
Wyciąga rękę i przeszywa mnie badawczym spojrzeniem. Potrzeba mi kilku sekund, by zrozumieć, że tym gestem zachęca, żebym zrobiła parę kroków i obejrzała jedno z pomieszczeń. Mój mózg działa jednak z opóźnieniem, więc w końcu agent pierwszy wchodzi do sypialni, wciąż z przepraszającym uśmiechem na ustach.
Tym razem drzwi ustępują bez trudu, rozlega się tylko ciche skrzypnięcie. Odgłos kroków mężczyzny cichnie, jest jakby stłumiony. Pewnie na podłodze leży dywan.
– Otworzę okiennice.
Czekam. Dobiega mnie odgłos przekręcania klamki i chrapliwy zgrzyt, po czym pojawia się pojedyncza wiązka światła. Słyszę, jak mężczyzna napiera z większą siłą, a wtedy zawiasy głośno chroboczą i w następnej sekundzie pomieszczenie zalewa słoneczny blask. Wyraźnie widać unoszące się swobodnie drobinki kurzu, a na podłodze – miałam rację – leży miedzianobrązowy dywan, dopasowany pod kolor do płytek na korytarzu. Przy ścianie stoi łóżko, i to całkiem duże, z solidnym, ciężkim, ciemnym drewnianym zagłówkiem. Jest tam jeszcze staromodna, wysoka szafa z surowego drewna. Podstawowe sprzęty, nic poza tym. Prostota, która mi odpowiada. Niczego więcej nie potrzebuję, poza ciszą, chłodem i zasłonięciem okien.
– Okno wychodzi na wschód. Jeśli należy pani do rannych ptaszków, będzie okazja do podziwiania, jak słońce wyłania się zza lasu.
Nie wie, że nie mam zamiaru otwierać okiennic. Wolę półmrok.
– Czy ma pani jakieś pytania?
– Nie.
Zaskakuję go tym? A może wcale. Nie skupiam uwagi na jego twarzy. Po prostu czekam, aż spotkanie dobiegnie końca, dostanę klucze i będę mogła się zamknąć.
Wracamy na korytarz. Tym razem otwieramy drzwi po lewej. Sytuacja się powtarza. Okiennice skrzypią. Światło gwałtownie wdziera się do środka. Staromodna wanna w okropnym łososiowym kolorze. Jest też bidet. Kto ich jeszcze używa? Umywalka i kilka półek.
– Trzeba będzie poczekać, zanim woda zrobi się przejrzysta… Przez długi czas była odcięta, więc podejrzewam, że z początku może lecieć żółtawa.
Żółtawa, przejrzysta, jakie to ma znaczenie. Jest woda, wystarczy.
Żyrandol migocze, gdy wracamy na korytarz. Trzeba będzie wymienić żarówkę. Agent pcha ostatnie drzwi i kaszle. Pomieszczenie musi być zakurzone. Blade światło zapala się po kilku sekundach od naciśnięcia włącznika. Kuchnia jest urządzona w tym samym stylu co reszta domu: brązowe płytki, szafki z ciemnego drewna, tapeta w kolorze łososiowym z motywem białych pędów bambusa. Mężczyzna najpierw otwiera okno, potem okiennice, dzięki czemu do środka wpada świeże powietrze. Oślepiający blask zmusza mnie do zmrużenia oczu. Mam dość słońca. Błękitne niebo jest dla mnie zniewagą. Agent coś mówi, ale staję plecami do okna. Zwracam twarz w stronę chłodu, ciemności.
– Jak pani widzi, poprzednia właścicielka prowadziła ogród. W tym momencie jest oczywiście zaniedbany, ale jeśli tylko będzie pani miała ochotę, wystarczy przekopać ziemię i będzie gotowy do użytku.
Milknie. Chyba na mnie patrzy.
– Nie chce pani zobaczyć? Wszystko w porządku? Przeszkadza pani światło?
– Mam migrenę.
– Przepraszam, już zamykam.
Jestem mu za to wdzięczna. Znów zaczyna mówić, przekonany, że to konieczne, żeby skłonić mnie do podpisania umowy najmu jeszcze dziś:
– Poprzednia właścicielka była starsza. Zmarła trzy lata temu i od tamtej pory dom stał pusty. Nie żeby niszczał, wręcz przeciwnie, córka właścicielki, która mieszka na drugim końcu Francji, dba o jego stan, ale przyjeżdża tu zaledwie raz do roku, by przeprowadzić konieczne większe i mniejsze remonty. Ostatnio na przykład, jak wspomniałem wcześniej, ociepliła dach…
Wcale go nie słucham, ale nawet tego nie zauważa.
– Nie, problemem jest to, że ludzie uciekają z terenów wiejskich. Wszędzie jest podobnie, a Owernia nie znajduje się bynajmniej na szczycie listy wymarzonych miejsc.
– Meble zostają?
Kiwa głową, zupełnie nieprzejęty tym, że mu przerwałam.
– Oczywiście. Wszystko zostaje. Córka pani Hugues, poprzedniej właścicielki, postanowiła zachować wystrój i pamiątki po matce. Być może pewnego dnia się tu przeprowadzi. Na emeryturze na przykład. Rzeczy osobiste złożyła na poddaszu, starannie poukładane w kartonach, ale jeśli to pani przeszkadza, mogę się z nią skontaktować…
– Nie, nie mam nic przeciwko.
Pociera dłonie z zadowoleniem.
– Czy nie chciałaby pani jeszcze raz, na spokojnie, przejść się po domu?
– Nie, nie ma takiej potrzeby.
– A ogród…
– Spieszę się.
– Aha…
– Możemy podpisać papiery?
Jest zaskoczony, nie da się ukryć. Nie spodziewał się, że pójdzie tak łatwo. Dom, który mają w ofercie od trzech lat, a tu wystarczyło jedno spotkanie i spisujemy umowę.
– Jest pani pewna?
Sam się sobie dziwi, że mnie o to pyta. Zdradza to wyraz jego twarzy.
– Tak.
– No cóż… Oczywiście, mam formularz umowy w samochodzie, ale… Będziemy potrzebować jeszcze paru dokumentów…
Nawet nie czekam, aż skończy mówić, tylko od razu sięgam do torebki. Jestem przygotowana. Wsunęłam każdy z wymaganych papierów do foliowej koszulki: kopia zeznania podatkowego, zaświadczenie o dochodach, pismo notariusza dotyczące testamentu i należnej mi części spadku, dowód osobisty.
– Och… Ma pani wszystko. Świetnie.
Siadamy przy kuchennym stole, by zająć się formalnościami i uzupełnić dane w umowie.
– Jestem zaintrygowany.
Mija kilka sekund, zanim zdaję sobie sprawę, że zwraca się do mnie. Zauważam, że skończył sprawdzać dokumenty, które mu wręczyłam, i teraz, z rękami położonymi płasko na stole, świdruje mnie wzrokiem.
– Słucham?
– Pochodzi pani z okolicy?
– Nie. Z Lyonu.
– Ma pani rodzinę w sąsiedztwie?
Potrząsam głową. Cmoka, żeby podkreślić, że tym bardziej nie rozumie.
– Dziwi mnie po prostu, że samotna młoda kobieta chce zamieszkać na takim odludziu.
Nie otrzymuje ode mnie żadnych wyjaśnień, co kończy naszą rozmowę. Oddaję mu umowę w dwóch egzemplarzach podpisaną niebieskim jednorazowym długopisem marki Bic.
– Dobrze, w takim razie przejdźmy do sporządzenia protokołu zdawczo-odbiorczego.
Zostawiam drzwi otwarte i czekam, aż samochód agenta zniknie na końcu drogi, w gęstym lesie porastającym okoliczne wzgórza. Dopiero wtedy zamykam się w domu. Ciemność, cisza, chłód. Przez długie sekundy stoję oparta o drewniane drzwi, by się upewnić, że mężczyzna nie wróci, że wreszcie jestem sama.
Nie zabrałam ze sobą dużego bagażu, tylko jedną walizkę, która została w bagażniku samochodu i może tam jeszcze poczekać. Resztę zostawiłam. Nie chciałam, aby coś, szczególnie zdjęcia, przypominało mi poprzednie życie. Życie sprzed wieczoru dwudziestego pierwszego czerwca.
Jak inni to robią? Patrzą, jak ich świat roztrzaskuje się w drobny mak, a potem wracają do dokładnie takiej samej codzienności, w jakiej żyli przedtem. Po kilku dniach idą, jak gdyby nigdy nic, do pracy, wciąż mieszkają w tym samym domu, w tej samej dzielnicy… To ponad moje siły. Oboje nagle mnie opuścili, tej samej nocy, i odtąd tamta rzeczywistość, w której się rozwijałam, oddychałam i budziłam co rano przez dwadzieścia dziewięć lat, przestała istnieć.
Klucze od mieszkania zostawiłam u Anne. Zrobi to, co uzna za słuszne. Nie pozbyłam się mebli ani sprzętów. Nie znalazłam na to ani czasu, ani odwagi. Chciałam jak najszybciej wyjechać. Zostawiłam wszystko. Nawet nie posprzątałam. Kubek z herbatką ziołową, którą piłam, kiedy zadzwonił domofon, pewnie wciąż stoi na blacie, a obok bez wątpienia leży otwarty katalog, który wtedy przeglądałam. Kapcie Benjamina czekają w korytarzu.
Jedyne, czego pragnęłam po wyjściu ze szpitala, to uciec od żaru słońca, jego palących promieni i radosnych tłumów na plażach wzdłuż brzegów Rodanu. Lepiej by było, gdyby zginęli zimą, ciemnym wieczorem, podczas ulewnego deszczu, pod szaroczarnym niebem. Nie przy radosnych dźwiękach orkiestry, fajerwerków i śmiechu. Nie w pierwszy dzień lata.
Gdy się upewniam, że słońce na dobre zaszło – wyglądam przez szczeliny w zamkniętych okiennicach – otwieram drzwi. Dzień robi nadgodziny, dlatego jest już późno, musi być dwudziesta druga. Ostatnie czerwone smugi, ślady, jakie na niebie zostawiło zachodzące słońce, bledną i rozpływają się w błękitnoszarym zmierzchu zapadającej nocy. Wypakowuję rzeczy z bagażnika. Walizka na kółkach głucho stuka, gdy prowadzę ją po żwirze. Rytm, który wybija, rezonuje z moimi krokami, podkreśla je, wzmacnia. Poza tym otacza mnie nieprzenikniona, gęsta cisza, której nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Jakbym w całości została wchłonięta przez las.
Stawiam walizkę przed drzwiami sypialni i wracam do samochodu po dużą plastikową torbę. Waży niemało. Torba pierwszej potrzeby. Z prowiantem. Taszczę około pięćdziesięciu konserw, ryż, makaron i wszelkiego rodzaju płatki śniadaniowe. Przez kolejne dni nie zamierzam się stąd ruszać.
Chciałabym się położyć i zasnąć. Chyba dopada mnie zmęczenie, choć może to coś innego, trudno stwierdzić, bo bezsenność kompletnie zaburzyła mój rytm dobowy. Jest mi trochę zimno, przechodzi mnie dreszcz. Zarzucam koc na ramiona i wyciągam telefon z torebki. Dwa esemesy od mamy. Mejl od notariusza w sprawie formalności związanych z testamentem. Nieodebrane połączenie od Anne. Sprawdzam zasięg i nie ma dramatu, więc postanawiam oddzwonić. Tylko jej głos wciąż potrafię znieść. Ponieważ jest jego matką. Ponieważ lepiej niż ktokolwiek inny rozumie mój ból.
Boję się, że nie odbierze, przecież zrobiło się późno, ale odzywa się po dwóch sygnałach.
– Amande? Czekałam na twój telefon.
– Urządzałam się na miejscu.
Kłamię. Domyśla się, ale nie ma mi za złe.
– Kiedy dojechałaś? Po południu?
– Tak.
– I jak dom? Podoba ci się?
– Zostaję. Podpisałam umowę.
I tym razem nie komentuje szalonej decyzji, którą podjęłam w ciągu zaledwie kilku dni, choć moja rodzona matka nie powstrzymałaby się od paru kąśliwych uwag.
– Dobrze ci tam? – pyta po prostu.
Nie, nie jest mi dobrze. Ani tu, ani nigdzie indziej. Choć może nie jest tu najgorzej, więc przytakuję.
– Byłaś w mieszkaniu? – pytam.
– Jeszcze nie.
Domyślam się, że podobnie jak ja nie ma na to ochoty, i ją rozumiem. To jest wciąż zbyt świeże.
– Pojedziemy z Richardem.
– Tak będzie najlepiej.
Zapada cisza. Nie wiem, co jeszcze mogłabym dodać, ona najwyraźniej też. W końcu pierwsza przerywa milczenie:
– Mogę tam posprzątać, jeśli chcesz. Będzie czysto na twój powrót.
– Nie ma sensu.
– Dlaczego?
– Nie zamierzam wracać.
Słyszę, jak przełyka ślinę.
– Zamierzasz je wynająć… w międzyczasie? – Jest przekonana, że prędzej czy później wrócę, choć wiem, że nie potrafiłabym już tam mieszkać. – Dzięki temu miałabyś pieniądze… Przecież będziesz teraz płacić czynsz za dom w Owernii…
– Masz rację… To dobre rozwiązanie.
Ufam Anne. Potrafi zachować zimną krew i trzeźwość myśli pomimo bólu i się zobowiązuje:
– Zajmę się tym jeszcze w tym tygodniu.
– Dobrze.
– Richard wybiera się do notariusza w środę. Nie będziesz musiała przyjeżdżać.
– Dziękuję.
Tłumię w sobie falę, która we mnie wzbiera i grozi wewnętrzną powodzią. Są dla mnie tacy dobrzy. Nie chcę się rozpłakać.
– Gdyby czas ci się dłużył… a samotność okazała się zbyt…
– Wiem, Anne, wiem.
– Po prostu zadzwoń, okej?
– Tak, dobrze.
– Nie pozwól, żeby to cię przytłoczyło.
Nie wiem, co odpowiedzieć. W jej słowach czai się niepokój, ale i ostrzeżenie. Przełykam ślinę i z trudem wyduszam z siebie:
– Spróbuję się teraz przespać.
– Tak, odpocznij. Zdzwonimy się wkrótce, dobrze?
– Okej.
Nie śpię długo. Zasypiam przed północą, ale już około drugiej wchodzę w tryb hiperczujności. Mózg nie zamierza ustąpić i wyłączyć się na dłużej, żeby dać mi tak potrzebny odpoczynek. Ten stan utrzymuje się od osiemnastu dni.
Krzątam się po domu, wkładam konserwy do szafek. Zajęcie rąk powstrzymuje natłok myśli. Zauważam stary kalendarz na ścianie w salonie. Wisi tam pewnie od śmierci poprzedniej właścicielki, zapomniany przez wszystkich. Zauważam, że pani Hugues notowała na marginesach. Zdejmuję go, bo nie potrzebuję niczego, co przypominałoby mi o upływie czasu. Już nie. Przysuwam też krzesło do ściany naprzeciwko, gdzie wisi stary zegar, który wskazuje drugą trzydzieści. Cyferblat przyozdobiono zdjęciem bukietu różowych kwiatów. Pani domu odeszła, ale baterie wciąż działają. Wskazówki poruszają się w swoim tempie, niemal mnie prowokując, podkreślając, że czas płynie dalej, że życie się nie skończyło. Nieprawda. Życie się skończyło. Zrywam zegar z haczyka i rzucam na podłogę, choć przecież wcale nie chciałam go rozbić. Sama jestem zaskoczona tym gwałtownym gestem. Tarcza pęka, a wskazówki odpadają. Jedna ląduje pod szafką kuchenną, nikt jej stamtąd nie wyciągnie. Koniec z godzinami. Koniec z datami. Od teraz będą tylko wkrótce i później. Nie ma dni ani nocy. Tylko ja w tym cichym domu. Ja i mój smutek.
Mijają trzy słońca, odkąd zamknęłam się w domu z walizką i torbą wyładowaną jedzeniem. Śledzę je przez zamknięte okiennice, jak oświetlają życie na zewnątrz. Między drewnianymi listwami utworzyła się cienka szpara, w sam raz na podglądanie lata. Brak mi odwagi, by wyjść na zewnątrz, nawet nocą, poza tym wcale nie czuję takiej potrzeby. Zasypiam raz czy dwa, tak mi się wydaje. Na kilka godzin. Nie mam koszmarów, to dobrze. Mózg jest prawdopodobnie zbyt wyczerpany, by odtwarzać z pamięci potworne obrazy okaleczonego ciała Benjamina.
Kiedy podczas czwartego słońca rozlega się pukanie, początkowo ogarnia mnie strach, choć to głupie. Przecież się zabarykadowałam, jestem bezpieczna. Mimo to się boję. Tylko czego? Otwarcia drzwi? Narażenia się na oślepiający blask? Stanięcia twarzą w twarz z drugim człowiekiem? Nie wiem. Pukanie się powtarza, więc ruszam powoli tym pozornie niekończącym się korytarzem.
– Tak?
Nie otwieram. Przywieram do drewna i czekam na odpowiedź.
– Dzień dobry! Jestem z Fibrenetu. Dostaliśmy informację, że dom został wynajęty. Czy mogę wejść?
Nie wiem. Nagle czuję w gardle gulę, pęczniejącą kulę niepokoju.
– Proszę pani? – nalega.
Otwieram, choć nie wiem dlaczego. To jest jak najazd, inwazja, aż zamykam oczy na kilka sekund. Wzrok odzwyczaił się od światła.
– Przepraszam, że przeszkadzam. Fibrenet. Miło mi. Chciałem przedstawić ofertę podłączenia do lokalnej sieci o prędkości dziesięciu megabitów. Agent nieruchomości z sąsiedniej wsi powiedział, że niedawno się tu pani wprowadziła.
Oślepiające błyski słabną i teraz widzę sylwetkę mężczyzny. Mój pierwszy gość, odkąd się odgrodziłam od świata. Niski, krępy młodzieniec.
– Czy mogę zabrać pani chwilę i przedstawić szczegóły oferty?
Obce auto stoi na podwórku. Biała furgonetka z nazwą firmy wpisaną czerwonymi literami. Chłopak podąża wzrokiem za moim spojrzeniem i dodaje z półuśmiechem na ustach:
– Nie jestem oszustem, proszę pani, to mój samochód służbowy. Zainstalowałem internet u pani sąsiadów, niecały kilometr stąd. Na pewno to potwierdzą. Jestem wręcz pewien, że są zadowoleni, bo działa całkiem nieźle… To znaczy jak na tę lokalizację.
Mówiąc, pokonuje schodki. Myśli, że nie zauważę. Opiera rękę o framugę, gotowy wejść do środka, ale kręcę głową.
– Dziękuję, nie jestem zainteresowana.
Marszczy brwi i przygląda mi się skonsternowany. Nie mam pojęcia, co widzi. Pewnie młodą, bardzo bladą kobietę, na której wiszą ubrania. Jej włosy są brudne i przetłuszczone. Nie wiedziałam, że to możliwe, by tak stracić na wadze w ciągu zaledwie dwudziestu dwóch dni.
– Zakładam, że ma pani internet w komórce – zmienia taktykę. – Mamy w ofercie także internet w abonamencie z modemem.
– Nie jestem zainteresowana.
Podnosi wzrok na dach.
– Nie ma pani anteny telewizyjnej? – Wydaje się zaskoczony.
– Nie.
– Bez internetu nie będzie pani mogła oglądać telewizji.
Zaczynam się irytować. Przez niego i światło słoneczne, które wpuszcza do domu.
– Nie szkodzi, to bez znaczenia.
Cofa stopę, która opada na żwir na podwórku. Zrozumiał, że nic nie ugra.
– Przecież dobrze wiedzieć, co się dzieje na świecie!
Nie odrywam od niego wzroku, nie mrugam.
– Jakim świecie?
Tym razem zupełnie się poddaje. Kiwa głową na pożegnanie, wraca do samochodu i odjeżdża bez słowa.
Później, gdy czwarte słońce zachodzi, a chłód powoli wdziera się do domu, rozlega się nowy dźwięk, który zakłóca ciszę. Tym razem jest odległy, stłumiony. Huk petardy, po którym błyskawicznie, w odstępach kilku sekund, następują kolejne wyraźne eksplozje. Mrozi mnie ze strachu. Zamieram nad miską z zupką instant. Mogłabym oczywiście podejść do okna, zmrużyć oczy i wyjrzeć przez szparę w okiennicy, żeby się naocznie przekonać, czy mam rację. Ciało jednak pozostaje na miejscu, jakby sparaliżowane. Wolę policzyć w głowie. Cztery słońca. Dwadzieścia dwa dni od dwudziestego pierwszego czerwca. Jest trzynasty lipca. We wsi obok, a może gdzieś dalej, rozpoczęły się obchody Święta Narodowego. Ludzie całymi rodzinami wyszli do ogrodów, zebrali się na poboczach dróg, stanęli na placach przed merostwem i wpatrują się w niebo, podziwiając wielobarwne iskry. Jest trzynasty lipca, moje urodziny. Dziś kończę trzydzieści lat. A przecież tak niedawno, całkiem niedawno miałam dwadzieścia dziewięć. Od czterech lat mieszkałam z Benjaminem. Zamierzaliśmy się przenieść z dwupokojowego mieszkania w Lyonie i osiąść w większym domu poza miastem, a co najważniejsze, byłam w ósmym miesiącu ciąży. Wkrótce miałam zostać matką. Wybraliśmy nawet imię dla naszej córki. Manon.
W kilka dni podjęłam decyzję o wyjeździe z Lyonu. Postanowiłam osiąść na odludziu, bo musiałam uciec od upału, od lata, potrzebowałam ciszy i spokoju, żeby w pełni oddać się myślom, wspomnieniom. O nich. A tam to było niemożliwe. W szpitalu nawet na chwilę nie zostawiali mnie samej. Nikt oczywiście niczego nie mówił głośno, ale się domyśliłam. Bali się, że podetnę sobie żyły. Przychodził psycholog, który próbował coś ze mnie wyciągnąć, skłonić mnie do zwierzeń, niestety bez większego skutku. Byłam w szoku, nie przyjmowałam do siebie faktu, że cały mój świat legł w gruzach. Kiedy zostałam wypisana, Anne zabrała mnie do siebie. Zajęłam pokój gościnny, który dawniej należał do Benjamina, w czasach, kiedy jeszcze mieszkał z rodzicami. Nie protestowałam, brakowało mi na to sił. Jego brat Yann regularnie zostawał na noc, czasami z Cassandrą, czasami sam. Anne nalegała, żebyśmy razem siadali do posiłków, nawet jeśli żadne z nas nie miało ochoty na rozmowę. Podkreślała, że musimy się nawzajem wspierać. Czwórka dorosłych w przestrzeni, która nagle wydała mi się zbyt ciasna… Zresztą w ich domu było za jasno. Z ogrodu sąsiadów dochodziły radosne okrzyki dzieci, które urządzały sobie wodne bitwy. Czasami dym znad grilla wnikał do jadalni, a potem rozbrzmiewały śmiechy, brzęk sztućców i stukanie kieliszków. Anne udawała, że nic nie słyszy, nic nie czuje. Nie potrafiłam dłużej tego znosić.
A potem przyjechała moja matka ze swojej wyspy. Z Reunionu, gdzie osiadła, kiedy uznała, że jestem wystarczająco dorosła, by radzić sobie sama i żyć na własną rękę. Podobno od zawsze o tym marzyła. Po przylocie udała się prosto do domu Anne i Richarda. Od pogrzebu minęło dziesięć dni.
– Przepraszam, ale nie udało mi się kupić biletu na wcześniejszy lot.
Nie rozumiałam, dlaczego Anne zaprosiła ją do siebie. Prawdopodobnie sądziła, że potrzebuję wsparcia najbliższej osoby w tym trudnym czasie. Myliła się. Nigdy nie wybaczyłam matce, która nie przepuściła żadnej okazji do skrytykowania Benjamina.
– Co ty widzisz w tym hipisie? To zwykły obibok.
Nigdy jej nie wybaczyłam, że przez całą moją ciążę trzymała się na dystans. Miałam do niej żal o mnóstwo rzeczy, a jej nieobecność na pogrzebie przepełniła czarę goryczy.
– Pomogę ci stanąć na nogi, kochanie.
Nie wiem, jak przetrwałam pierwsze dwa dni. Prawdopodobnie byłam zbyt rozkojarzona. Trzeciego, kiedy mi poradziła, żebym jak najszybciej wróciła do pracy, bo dzięki temu „wezmę się w garść i nie odpłynę”, stwierdziłam, że najlepiej zrobi, kupując bilet na Reunion. Oczywiście zareagowała oburzeniem, ale Anne się wtrąciła i załagodziła kolejny kryzys w moim życiu. Nie wiem, czy kiedykolwiek się jej za to odwdzięczę i jak to zrobię. Następnego dnia matka wyjechała, a ja zaczęłam przeglądać ogłoszenia w internecie. Wklepałam w wyszukiwarkę: „dom wynajem wieś”. Na pierwszym miejscu wśród wyników wyświetlił się ten dom w Owernii. Długo się nie zastanawiałam, chciałam natychmiast wyjechać, zanim ktokolwiek inny zdąży wpaść z wizytą. Wrzuciłam więc do walizki najpotrzebniejsze rzeczy i już mnie nie było.
Benjamin w niczym nie przypominał hipisa ani obiboka, którego widziała w nim moja matka. Co prawda w jego brązowych włosach pozostały resztki dredów z okresu dorastania, ale tylko dodawały mu uroku. Uwielbiałam je. Kiedy się poznaliśmy, pracował w centrum Lyonu, w Młodzieżowym Domu Kultury. Nosił szerokie dżinsy, miał kolczyk w uchu i z każdym się dogadywał. Nigdy, w żadnym towarzystwie nie czuł się skrępowany, niezależnie od tego, z kim przyszło mu rozmawiać. Nie był ani pretensjonalny, ani zbyt wylewny, co by mnie z pewnością odstraszyło. Miał w sobie pewną naturalność i swobodę. Dobrze się czuł we własnej skórze i troszczył się o innych. W MDK-u uczył muzyki, a podopieczni zwracali się do niego po imieniu, Benji. Był i na zawsze pozostanie moim kompletnym przeciwieństwem – ciemnowłosy i wysoki, a co najważniejsze, przyjazny i otwarty. A ja? Drobna blondynka, raczej zdystansowana i z natury nieufna. Pracowałam w merostwie ósmej dzielnicy. We współpracy z różnymi stowarzyszeniami: grupą mieszkańców, klubem emerytów i młodzieżą z MDK-u, planowaliśmy utworzenie dużej jadłodajni dla ubogich. Umówiłam się na spotkanie w MDK-u, żeby przedstawić projekt, a dyrekcja oddelegowała Benjamina do rozmowy ze mną. Nigdy wcześniej tam nie byłam, a on przechodził sam siebie, żeby mnie odpowiednio podjąć. Z uśmiechem od ucha do ucha trzykrotnie zaproponował mi kawę i trzykrotnie odmówiłam. Zaprosił mnie nawet na próbny występ zespołu swoich podopiecznych, który odbywał się w sąsiedniej sali. Nie podrywał mnie, w żadnym razie, po prostu zobaczył spiętą blondynkę w eleganckim kostiumie i chciał, żebym odrobinę wyluzowała. Trzymałam się jednak na dystans, uparcie mówiłam tylko o projekcie, a na jego starania reagowałam zakłopotanym uśmiechem. Nie znałam takich facetów jak Benjamin, więc byłam podejrzliwa. Pochodził z innego świata.
Projekt wymagał częstych spotkań, które ciągnęły się przez cały miesiąc – dopiero po tym czasie przełamałam lody i nawiązaliśmy koleżeńską więź. Wieczorem na otwarciu garkuchni, w oparach gotowanych jarzyn, gdy w tle z głośników grzmiał rock z lat sześćdziesiątych, Benjaminowi jakimś cudem udało się mnie zaciągnąć za główny namiot. Wypiliśmy wcześniej kilka piw. Panowała luźna, pozytywna atmosfera. Nie opierałam się, kiedy mnie pocałował. Poczułam, że odnalazłam swoją drugą połówkę.
Kilka lat temu, w poprzednim życiu, trafiłam na artykuł, którego autor twierdził, że zwyczaj noszenia żałoby powoli zanika, czego konsekwencje są tragiczne dla jednostek. W przeszłości tradycja narzucała kilka tygodni, a nawet miesięcy wycofania. Ubierano się na czarno, by wyrazić smutek, a kobiety dodatkowo zakrywały twarze woalkami z krepy, nie nosiły też biżuterii, z wyjątkiem ozdób z poczerniałego drewna. Mężczyźni przewiązywali kapelusze czarną wstążką lub nosili czarną opaskę na ramieniu. Odrywano się od codziennych zadań, zjeżdżała się rodzina. W jej gronie tworzyła się przestrzeń na ukojenie bólu, na wspomnienia, na godne pożegnanie. Dziś niemal natychmiast po pogrzebie życie wraca do normy: praca, rachunki do opłacenia… Współczesność nie pozwala na żałobę.
Przytłoczyło mnie to, udałam się na dobrowolne wygnanie do Owernii, bo potrzebuję tego wykluczenia z normalności.
Matka próbowała się ze mną skontaktować jeszcze kilka razy. Nie odbierałam, włączała się poczta głosowa, a ja miałam pełną świadomość, że nie odsłucham zostawionych przez nią wiadomości. Pewnie chciała wiedzieć, czy wróciłam do pracy, bo z jakiego innego powodu miałaby do mnie dzwonić. W merostwie zaproponowano mi bezpłatny urlop, zanim zdążyłam się nad tym zastanowić. Prawdopodobnie z obawy, że i tak nie wrócę, a zasypię ich zwolnieniami lekarskimi. Podobno tak się często dzieje w budżetówce. Zgodziłam się. Na razie nie potrzebuję pieniędzy.
Z niewyspania ledwo trzymam się na nogach, większość dni spędzam na leżąco, w sypialni, owinięta w koce. Wpatruję się w sufit, choć oczy mnie pieką. Powinnam się zdrzemnąć, ale boję się koszmarów, które wciąż powracają. Dostrzegam wilgotną plamę na suficie; prawdopodobnie kapie z poddasza. Pozwalam jej rosnąć. Powoli wypełnia całe pole widzenia, a kontury przedmiotów się rozmazują. Bezwiednie zapadam w sen.
Po przebudzeniu ogarnia mnie błogość, jakbym spała twardo ponad trzy godziny, może nawet cztery. Nie mam pojęcia, ile dokładnie, przecież rozwaliłam zegar, a telefon zagrzebałam na dnie torebki. Zostawiam koc na łóżku, wychodzę na korytarz i idę do jadalni. Schylam się i wyglądam przez wąską przestrzeń między dwiema drewnianymi listwami. Jest ciemno, noc. Co więcej, pada deszcz, niebo zasnuły ciężkie chmury. Nie widać ani jednej gwiazdy. Zastygam przed zamkniętymi okiennicami i się waham. Przychodzi mi do głowy szalony pomysł… Mija minuta albo dwie. Nie więcej. Wychodzę na deszcz w piżamie, której nie zdejmowałam od kilku słońc, chyba siedmiu. Straciłam rachubę.
Mży. Drobne krople ledwo wilżą włosy, są zbyt lekkie, by wsiąknąć w bawełnę piżamy. Powietrze pachnie ziemią, jak zawsze w czasie deszczu. Woń żyznej próchnicy jest intensywna, niemal odurzająca. Nieśmiało stawiam stopy na śliskiej trawie. Nie mogę się powstrzymać i myślę o Benjaminie tam na dole, w jasnej drewnianej trumnie. Czy nie zmoknie? Anne ją wybrała, bo byłam przecież w szpitalu. W następstwie wydarzeń z wieczoru dwudziestego pierwszego czerwca w pośpiechu rozcięto mi brzuch, na którym została szpetna blizna. Lekarze mieli obawy, że rozwinie się sepsa. Wypuszczono mnie tylko na krótko, na pogrzeb, ale nie pozwolono mi stać. Trumna była ładna. Anne wybrała eleganckie, kremowe, lakierowane drewno.
W jej przypadku nie pozostawiono mi żadnego wyboru. Najwyraźniej nie była jeszcze w pełni rozwinięta, choć według mnie wyglądała jak normalne dziecko. Żywe dziecko, które mogło płakać i ssać. Ale nie oddychała. Serce stanęło na zbyt długo. Wyjaśnili mi, że w przypadku obumarcia płodu zawsze przeprowadza się kremację. Jeszcze tego samego dnia została spalona, ale prochy złożono w ogrodzie pamięci dopiero trzy dni później, wtedy, kiedy ciało Benjamina spoczęło w ziemi. W jej przypadku przynajmniej nie muszę się martwić, że zmoknie.
Nie wiem, dokąd idę, nogi same mnie niosą. Jest pochmurna, bezgwiezdna i bezksiężycowa noc. W mroku, który panuje wokół, rozmywają się zarysy domu. Jest ciemno, choć oko wykol, i bardziej domyślam się obecności sosen, które otaczają działkę, niż je dostrzegam. Kieruję się zapachami: ziemi, deszczu, żywicy, igliwia. Mój nos nie jest przyzwyczajony do tych woni – różniło mnie to od Benjamina, który dorastał w Jurze. Jego rodzice przeprowadzili się do Lyonu, kiedy miał osiemnaście lat. Nigdy nie stracił pasji do przyrody, upodobania do otwartych przestrzeni. Kiedy się dowiedział, że jestem w ciąży, nawet nie było mowy, byśmy zostali w mieście. Planował, że najpóźniej rok po moim porodzie rzuci pracę i przeniesiemy się we trójkę na wieś. Gdzie? Jeszcze nie zdecydowaliśmy. Przeglądał ogłoszenia, pokazał mi kilka zdjęć. Nie podzielałam jego entuzjazmu i trudno mi było się z tym kryć, ale to go nie zniechęcało.
– Przekonasz się. Sama zobaczysz, jak już się tam przeniesiemy.
Doszłam do wniosku, że może ma rację. Dla mnie był to kompletnie nieznany ląd, dorastałam przecież w centrum Lyonu i uważałam Parc de la Tête-d’Or za niemal rezerwat przyrody.
Moja matka była wierna miastu – przynajmniej do pięćdziesiątki – ponieważ mieszkanie tam umożliwiało jej prowadzenie bogatego życia towarzyskiego. Po pracy ciągle wychodziła, ciągle poznawała nowych znajomych, wieczorami umawiała się na drinki, bo nie miała męża ani prawdziwej rodziny. Potem dostałam się na studia i większość czasu spędzałam na kampusie. Doskonale sobie radziłam, więc matka postanowiła spełnić największe życiowe marzenie i wyjechała. Zamieszkała na egzotycznej wyspie. Oczywiście, że byłam samodzielna i zaradna, choć może niekoniecznie miałam ochotę zostać sama. Na pewno nie tak szybko.
Z matką czy bez niej, od zawsze kochałam rodzinne miasto, jego nieustanny gwar, tłumy na ulicach, ciągły pęd, poczucie, że wśród ludzi nigdy nie będę samotna.
A jednak dziś wieczorem spaceruję w deszczu po jakiejś zapadłej owernijskiej wsi, w sercu sosnowego lasu. Benjamin pewnie nie wybrałby dla nas tego właśnie domu, ale jestem przekonana, że pokochałby okolicę. Otulona wonią żywicy i świeżej ziemi odnoszę wrażenie, że w pewnym sensie realizuję jego plan.
Biorę się za porządki. Dom nie jest szczególnie zapuszczony, ale potrzebuję zajęcia. Mało śpię, więc godziny ciągną się w nieskończoność. Muszę czymś wypełnić czas, bo myśli nieustannie wracają do wieczoru dwudziestego pierwszego czerwca, do martwego ciała Benjamina, do płodu umazanego krwią. Tak bardzo się boję tych obrazów, że haruję dniem i nocą, a potem otępiała ze zmęczenia wyłączam mózg. Poleruję blat, aż zdzieram gąbkę, sortuję puszki alfabetycznie. Brokuły. Chili con carne. Cukinia w sosie śmietanowym. Paella. Ratatouille. Seler. Szparagi. Szpinak. Wołowina w sosie pomidorowym. Mijają kolejne dni i zapasy z wolna się kurczą, lecz nie czuję się jeszcze gotowa, by stawić czoła światu zewnętrznemu.
Ścieram warstwy kurzu z lamp z ciemnymi kloszami, dokonuję szczegółowej inspekcji każdej szafki. Tu stara lokalna gazeta. Tam pożółkła książka telefoniczna i magnes na lodówkę z numerami alarmowymi. W szafie w salonie dwie książki Émile’a Zoli i samochodowa mapa Francji. Córka pani Hugues zapomniała o kilku drobiazgach podczas porządkowania rzeczy po zmarłej. Pakuję wszystko, co do mnie nie należy, do dużego worka na śmieci, z postanowieniem, że wyniosę go na strych któregoś dnia, kiedy wrócą siły.
Dopiero w ostatniej chwili przypominam sobie o kalendarzu sprzed trzech lat, który zdjęłam ze ściany parę dni wcześniej. Od tamtej pory leży na stole. Już mam go wrzucić do dużego plastikowego worka, by dołączył do reszty pamiątek po pani Hugues, gdy mój wzrok zatrzymuje się na odręcznych notatkach pozostawionych przez staruszkę. „Podlać fasolę”. „Przykryć cukinie”. „Zamieść podest”. „Umyć okna”. Większość uwag dotyczy dość banalnych czynności, choć niektóre są bardziej intrygujące: „Pić więcej”, albo ta w formie pytania: „Wałki do włosów?”.
Kalendarz ostatecznie nie ląduje w czarnym worku. Zostaje ze mną w kuchni. Nie ma ku temu żadnego powodu poza tym, że czytanie starannego zaokrąglonego pisma sprawia mi przyjemność.
Zanim pożegnałam się z Richardem i Anne, obiecałam, że nie zrobię niczego głupiego i będę regularnie dzwonić. W drugiej kwestii nie dotrzymałam słowa. Nawet nie zauważyłam, że telefon milczy od kilku dni. Bateria się rozładowała.
– Anne, to ja.
Dziwne, jak czasami cisza aż wibruje od emocji. Po drugiej stronie słuchawki Anne oddycha z ulgą. Ogromną ulgą.
– Amande, martwiłam się.
– Telefon się rozładował.
Znów cisza. Anne chyba szuka odpowiednich słów. Nie wie, od czego zacząć.
– Załatwiliśmy ostatnie formalności u notariusza. Dostaniesz dokumenty pocztą. Podałam twój adres. Nie… nie wiedziałam, czy mogę…
– Oczywiście. Jasne. Tak będzie najprościej.
– Miej, proszę, oko na skrzynkę pocztową.
– Dobrze.
Upływa kilka sekund. Mam wrażenie, że Anne czeka, aż coś powiem, ale nawet nie myślę, żeby poruszyć temat wynajmu. Ona robi to pierwsza:
– Richard z Yannem poszli opróżnić mieszkanie.
– Aha.
– W ubiegły weekend. Chciałam z nimi pojechać, ale…
Przełykam ślinę. Nie musi kończyć, rozumiem ją bez słów.
– Znalazł chętnych do wynajęcia – dodaje bardzo szybko. – Od września. Odpowiada ci to?
– Oczywiście.
– Wszystko jest u nas w piwnicy, zabezpieczone folią. Na moją prośbę zresztą, bo nie chciałam, żeby cokolwiek zniszczyło się od wilgoci. Później możesz to rozdysponować.
Nie odpowiadam, bo nie wiem co.
– Amande, chciałam się z tobą skonsultować w sprawie rzeczy z żółtego pokoju…
Tym razem wstrzymuję oddech. Ledwo słyszę głos Anne, która cierpliwie wyjaśnia:
– Richard uważa, że pewnie będziesz chciała się ich pozbyć, sprzedać je, ale wolałam najpierw porozmawiać z tobą. Mamy… dość miejsca w piwnicy… Możemy je zachować. To żaden problem.
Nie jestem w stanie podjąć tej decyzji i tylko stoję w kuchni w starej piżamie, która zaczyna cuchnąć stęchlizną. Otwieram usta, zamykam je. Nie wiem.
– Amande?
– Tak.
– Chcesz to w spokoju przemyśleć?
– Tak.
Kieruję niewidzący wzrok na jedno z okien. Czekam, aż serce, którego nagle przyspieszone bicie przyprawia mnie o ból głowy, zwolni.
– Amande?
– Tak – szepcę.
Przytakuję bezmyślnie, jakby podświadomie, w automatycznym odruchu, bo przecież tak naprawdę nie słucham.
– Minęły już trzy tygodnie…
– Trzy tygodnie?
– Odkąd się wyprowadziłaś. Jesteś pewna, że…
Waha się. Nie chce mnie urazić. Nie ma pojęcia, w jakim obecnie jestem stanie ani jak sobie radzę z rzeczywistością.
– Nie chciałabyś wrócić na chwilę?
Ton mojej odpowiedzi nie pozostawia wątpliwości:
– Jeszcze nie teraz.
– Jasne. Kiedy tylko będziesz gotowa…
– Wiem, Anne. Dziękuję…
Cieszę się, że nie zapytała, czy śpię, czy jem. Bo musiałabym skłamać.
Żółty pokój był moim pomysłem, w ten sposób zamierzałam uniknąć tradycyjnego podziału na róż i błękit. Nie byliśmy szczególnie oryginalni. Benjamin marzył o dziewczynce, ja o chłopcu. Kiedy poznaliśmy płeć dziecka, cieszyłam się jednak tak samo jak on. Bo tak naprawdę nie miało to większego znaczenia. On najbardziej chciał wyjechać z miasta, żeby nasza córka dorastała w sielankowej scenerii. Mnie natomiast zależało przede wszystkim na tym, żebyśmy się pobrali. Pragnęłam nosić to samo nazwisko co oni. Bylibyśmy wtedy prawdziwą rodziną. Wzięliśmy więc szybki ślub w merostwie, w kameralnym gronie, zaprosiliśmy tylko Yanna i Cassandrę jako świadków. Mój brzuch już się zaokrąglił.
Pomalowałam sypialnię na żółto, a Benjamin zmontował łóżeczko i przewijak. Meble były z ładnego białego drewna. Nad łóżkiem nakleiłam obrazek z pisklęciem wykluwającym się z jajka. Kupiliśmy pościel, kolorowe komplety, śpioszki i inne ubranka.
Wybraliśmy imię. Manon. Manon Luzin. Wyobrażaliśmy sobie, że odziedziczy jasne włosy po mnie, a piwne oczy po Benjaminie. Miała się urodzić dwudziestego sierpnia, ale umarła dwudziestego drugiego czerwca o piątej pięćdziesiąt osiem rano.
Nie brakuje ludzi, którzy będą pamiętać Benjamina, jego złote serce, altruizm, pasję do pracy z młodzieżą, przywiązanie do MDK-u. Uwielbiał swoich podopiecznych i kochał bliskich. Jego uśmiech, podobnie jak wiecznie potargane kasztanowe włosy i kolczyk w uchu, z którego wszyscy się śmiali, nie zostaną zapomniane.
Z nią jest inaczej. Nigdy przecież nie istniała dla innych. Nikt inny jej nie widział, nigdy jej nie poczuł, nie dotykał. Miała żyć, ale umarła, zanim się urodziła. Tyle. Tylko ja wiem, że to nieprawda. Tylko ja wiem, że istniała, naprawdę istniała, poza tymi kilkoma sekundami, kiedy jej martwe ciało zostało wyciągnięte z mojego brzucha w sali szpitalnej. Benjamin też by o tym wiedział. Żyła przecież w naszych głowach, w naszych sercach, na długo przed tym, zanim fizycznie pojawiła się na świecie. Ale jego też już tu nie ma i teraz tylko ja ją pamiętam.
Chyba nie chcę pozbywać się rzeczy z żółtego pokoju. Nie od razu.
Jestem zmuszona wyjść ze swojej pustelni. Konserwy się skończyły, a ostatni woreczek ryżu ledwie wystarczy na pół dnia. Jem mało, ale jem, inaczej nie dawałabym rady podnosić się z łóżka. Bezsenność mnie wykańcza. Miałam nadzieję, że z wyczerpania w końcu zasnę. Myliłam się. Jakby w mózgu pojawiła się przeszkoda, która uniemożliwia zaśnięcie na dłużej. Czy to nadpobudliwość, czy może wewnętrzny nakaz, by cały czas zachowywać czujność?
Dziś rano zbieram jednak resztki sił, myję się, ubieram i wsiadam do samochodu.
Zaplanowałam każdy szczegół. Sprawdziłam, że najbliższy supermarket znajduje się dwanaście kilometrów stąd. Zrobiłam listę zakupów, żeby spędzić jak najmniej czasu w ostrym świetle alejek, w otoczeniu obcych ludzi. Godzina, o której wychodzę, też nie jest przypadkowa, zazwyczaj w tym czasie w sklepach jest prawie pusto, a na ulicach panuje najmniejszy ruch. Chcę jak najszybciej wrócić do swojej ciemni.
Godzina i dwie minuty – tyle zajmuje mi wykonanie zadania. Nic szczególnego się nie wydarza podczas pierwszej wyprawy od wielu słońc. Tylko jakiś motocykl śmignął po drodze, ale byłam zbyt daleko, żeby się tym przejąć. W kuchni, odcięta od reszty świata, układam zakupy według daty przydatności do spożycia. Jest to bardziej praktyczne niż kolejność alfabetyczna, a przede wszystkim posortowanie ich w ten sposób wymaga więcej czasu i skupienia. Dzięki temu powstrzymuję niekontrolowany bieg myśli.
Odłożywszy ostatnią paczkę pieczywa tostowego, padam na łóżko. Czuję, że w końcu zasnę. Zamykam oczy, układam ręce płasko po obu stronach ciała i nawet kiedy szyja mi drętwieje, ani drgnę. Jestem spokojna. Wierzę, że tym razem odpłynę w sen, choć nagle powraca obraz motocykla, który zobaczyłam wcześniej. Sportowy model podobny do tego, który miał Benjamin. Z tą różnicą, że ten był czarno-zielony, podczas gdy jego – cały czarny.
W przeciwieństwie do partnerek kumpli Benjamina, które bały się o nich – również zagorzałych motocyklistów – ja nigdy się o niego nie martwiłam. Nie dlatego, że z natury tryskam ufnością i optymizmem, po prostu należał do uważnych kierowców. Uwielbiał prędkość, oczywiście, lubił czuć wibracje silnika pod ciałem i pokonywać zakręty, ale zdawał sobie sprawę, że niebezpieczeństwo czyha wszędzie, co uznawałam za bardzo rozsądne założenie. Mimo że byłam raczej strachliwa, nigdy nie bałam się jechać razem z nim jako pasażerka.
Nigdy nie panikowałam, gdy wracał później do domu. Nigdy też nie wyobrażałam sobie, że umrze w wypadku na drodze.
Śpię kilka godzin. O zmroku idę sprawdzić skrzynkę na listy. Wydaje mi się, że dostrzegam cień wślizgujący się w krzaki po drugiej stronie ulicy. Jestem prawie pewna, że to bezpański kot.
Siadam przy kuchennym stole i niespiesznie otwieram list od notariusza. Protokół ze spotkania. Zgodnie z przepisami jako żona Benjamina dziedziczę po nim pieniądze z ubezpieczenia na życie i szereg aktywów. Nie byliśmy zamożni, ale każde z nas zgromadziło trochę oszczędności. Spadek, którego kwota została zapisana czarno na białym przez prawnika, pozwoli mi przez jakiś czas żyć w odosobnieniu. Odsuwam papiery, które nie mówią mi nic więcej poza tym, co było do przewidzenia, i sięgam po stary kalendarz pani Hugues, którego wciąż nie wyrzuciłam.
Zaczynam od kwietnia. Zdjęcie przedstawia bukiet żółtych róż na rustykalnym drewnianym stoliku ogrodowym. Niektóre kratki są zapisane. Drugi kwietnia: „Przesadzić sałatę”. Szósty kwietnia: „Rozsadzić cebulki szczypiorku”. Dziesiąty kwietnia: „Ogród warzywny”. Trzynasty kwietnia: „Zasiać pietruszkę”. Osiemnasty kwietnia: „Grzanka z dżemem truskawkowym”? Dwudziesty kwietnia: „Posadzić dalie”. Dwudziesty drugi kwietnia: „Rozstawić meble ogrodowe pod drzewem Paula”. Trzydziesty kwietnia: „Przesadzić oleandry”.
Wracam do notatki z dwudziestego drugiego: „Rozstawić meble ogrodowe pod drzewem Paula”. Zastanawiam się, kim jest Paul i które drzewo należy do niego. Jak dotąd otoczenie domu widziałam tylko nocą i nie dostrzegłam żadnych drzew w ogrodzie.
Moja ciekawość szybko jednak gaśnie, płomień jest zbyt wątły, by go podtrzymać. Zmęczenie bierze górę.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Dedykacja
Meritum publikacji
