Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 17.11.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Piękno miłości jest jak drzewo, na które patrzymy wiosną z zachwytem, gdy obsypuje się delikatnymi kwiatami. To samo drzewo rzuca cień, który przez krótki czas jest ochłodą, lecz długotrwały, odbiera światło, pozbawia nadziei, i okalecza tę zacienioną miłość. Pomiędzy tym pięknem a cieniem poruszają się bohaterowie powieści „Ciemna strona miłości”. Dokąd doprowadzi Małgorzatę jedno wykroczenie przeciw miłości? Jaką pustynię będzie musiała przejść, by odzyskać najcenniejszy dar macierzyństwa i przebaczyć samej sobie? Czy Agnieszka odnajdzie sens istnienia, wybaczy, zdoła zrozumieć to, czego nie da się zrozumieć bez miłości? „Ciemna strona miłości” to powieść pełna zapachów i barw – jesiennej szarlotki, letniego słońca, sielskiego Nałęczowa i wzburzonego Bałtyku. To historia, w której spotykają się mądrość dojrzałego życia i niepokój młodości. Opowieść o miłości we wszystkich jej odcieniach: tej kruchej, niespełnionej i tej, która potrafi przetrwać każdy cień.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 360
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Monika A. Oleksa, 2016
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I Filia, Poznań 2026
Projekt okładki: Mariusz Banachowicz
Redakcja: Marta Akuszewska
Korekta: Olga Smolec-Kmoch, DARKHART
Skład i łamanie: DARKHART
PR & marketing: Sławomir Wierzbicki
ISBN: 978-83-8441-694-5
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
Wszystkim mądrym kobietom, które codziennie biorą swoje życie na barki i niosą je pomimo przeciwności, a w szczególności Kasi, Agnieszce, Magdzie i Dorocie. Dziękuję za Waszą nieustanną obecność w moim życiu i za Przyjaźń, którą mnie obdarowałyście.
Stukot szpilek niósł się głośnym echem po schodach przedwojennej klatki schodowej. Schody te były marmurowe, a klatka pamiętała jeszcze czasy sanacyjnej świetności. W czasach PRL-u blask marmuru ustąpił wprawdzie pospolitej szarzyźnie, ale nawet pomimo upływu lat stare mury wciąż prezentowały się nienagannie.
Małgorzata poprawiła torbę na ramieniu i odgarnęła z twarzy jasne, niesforne włosy. Nigdy nie dawały się ułożyć, ale teraz były nieznośne. Zauważyła, że im jest starsza, tym więcej rzeczy zaczyna ją irytować.
Gdzieś na górze zaszczekał pies. Kobieta się uśmiechnęła. Głos Saby poznałaby wszędzie. Była pewna, że bokserka stoi już przy drzwiach i merda swoim krótkim ogonkiem. Suczka nie tylko wyczuwała jej zapach na odległość, ale potrafiła rozpoznać swoją panią już w chwili, gdy parkowała samochód. Małgorzata całe życie wychowywała się z psami, ale do dziś nie potrafiła zrozumieć fenomenu psiego węchu.
Gdy wchodziła do mieszkania, powitał ją zimny nos Saby i donośny okrzyk córki:
– Mamooo! Gdzie jest moja sukienka w groszki?!
Małgorzata zatrzasnęła za sobą drzwi, postawiła torebkę na szafce pod lustrem, a siatkę z ulgą rzuciła na podłogę. I to ma być ten wymarzony urlop i spokój?
– No, nareszcie jesteś. – Usłyszała głos męża wyłaniającego się z kuchni. – Już myśleliśmy, że zamieszkasz w tym biurze. Nie wiesz może, gdzie jest mój granatowy podkoszulek? Nigdzie nie mogę go znaleźć.
– Dzień dobry. Nie mogłam wyrwać się wcześniej, wiesz dobrze, jak bardzo wymagający jest Gordon, zwłaszcza przed urlopem. – Podeszła do męża i pocałowała go w szorstki policzek. – Mógłbyś się ogolić. Drapiesz! – Uśmiechnęła się do niego figlarnie, a potem popatrzyła w lustro i zaczęła poprawiać rozczochrane wiatrem włosy.
– Wiem, jak wymagający jest pan Thorn, i jestem pełen zdziwienia, że w ogóle puścił cię na urlop. Przecież oni się tam zapłaczą bez ciebie. Te cholerne Jankesy widzą cię częściej niż ja czy Sylwia.
– No właśnie. Cześć, mamo. – Poczuła na policzku mokry pocałunek córki i mocny zapach swojej ulubionej wody toaletowej. – Nie wiesz, gdzie jest moja sukienka w groszki? Wszędzie jej szukam, ale zapadła się pod ziemię.
– Nie wiesz, kto używał mojego Davidoffa? I tak zostały już tam same resztki – odpowiedziała.
– Tata kupi ci nowy flakonik. Wspomniał coś o tym przy obiedzie.
– Zaraz, zaraz, czy ja mam w tym domu coś do powiedzenia?
– Obawiam się, że nie, kochanie.
Małgorzata posłała mężowi rozbrajający uśmiech i sięgnęła po siatkę z zakupami pozostawioną gdzieś na podłodze w przedpokoju.
– Saba, zabieraj ten nos z siatki! Już!
Pies zamerdał wesoło ogonem i szczeknął radośnie.
– Sylwia, twoja sukienka w groszki jest w pawlaczu. W przedpokoju. O ile sobie przypominam, rok temu cisnęłaś ją w kąt ze słowami, że nigdy w życiu nie założysz już czegoś podobnego. Czy mogę wiedzieć, czemu zawdzięczam tę nagłą zmianę poglądów?
– Oj, mamo, tylko krowa nie zmienia poglądów. Ja się po prostu za nią stęskniłam. To wszystko.
Małgorzata pokiwała z niedowierzaniem głową. Trudno było jej się z tym pogodzić, ale jej maleńka dziewczynka powoli stawała się małą kobietką. Rozpieszczona jedynaczka była już nastolatką, równie kapryśną jak w wieku dziecięcym.
Patrzyła z miłością na córkę, która z mozołem gramoliła się na krzesło, aby dobrać się do zapomnianego pawlacza. Sylwia tak bardzo przypominała ją samą z młodości. Miała takie same jasne, proste i cienkie włosy i wielkie, błękitne oczy. Kiedy się uśmiechała, w jej policzkach pojawiały się rozkoszne dołeczki. Zachwycały każdego. Te dołeczki pokochał Marek, kiedy ujrzał Małgosię po raz pierwszy, i w tych dołeczkach zakochali się już oboje po narodzinach upragnionej dziewczynki. Jedna tylko część Sylwii nie należała do niej. Był to mały, zadarty nosek, który odziedziczyła po Marku. Nos Małgorzaty był duży i garbaty. Nie lubiła go i tym bardziej cieszyła się, że natura zaoszczędziła tego Sylwii. Zawsze chciała mieć córkę podobną do siebie. Taką ją sobie wymarzyła i taką miała.
– Małgosiu, błagam. Gdzie jest mój granatowy podkoszulek?
Marek miał tak nieszczęśliwą minę, że nie mogła powstrzymać się od śmiechu.
– Czy możecie mi powiedzieć, jak to jest? Podobno przebywam w tym domu najrzadziej, a znam lokalizację każdej najdrobniejszej rzeczy.
– Jesteś w tym najlepsza. – Tym razem oboje patrzyli na nią, uśmiechając się szeroko.
– Twój granatowy podkoszulek był w pokoju Sylwii. Wydaje mi się, że w tej chwili znajduje się w jej plecaku.
– Mamo! Jak mogłaś? – Sylwia wyciągnęła sukienkę z pawlacza, zrzucając przy tym stos niepotrzebnych i zapomnianych rzeczy.
– Czy mogę wiedzieć, co mój ulubiony podkoszulek robi w twoim plecaku?
Marek pomógł córce zeskoczyć z krzesła i teraz wpatrywał się w nią pytająco.
– Podobno w granacie mi do twarzy.
– Mnie też.
– Tato, proszę cię, zapomnij o nim. Wyobraź sobie, że nigdy go nie było.
– Jeśli go włożysz, to będzie nieco trudne.
– Mamo, ratuj!
– Uprasuję ci biały, kochanie. – Małgorzata pogładziła męża po policzku.
Uśmiechnął się i rozłożył ręce w geście bezradności.
– Sylwia, kończ się pakować. Jeśli chcecie zajechać przed nocą, musicie się pospieszyć. Zrobię wam kanapki na drogę.
Kopnęła na bok zrzucone z pawlacza rzeczy i skierowała się do kuchni.
Było to jedyne pomieszczenie w domu, w którym czuła się najlepiej. Tutaj unosił się zapach domowego ciepła i wspólnych rodzinnych posiłków. Kuchnia była obszerna, lecz ciemna. Jedyne okno wychodziło na podwórze, na prawdziwą przedwojenną studnię.
Najważniejszą rolę pełnił w kuchni stół. Był duży, drewniany i gromadził całą rodzinę Dobrowolskich przy wspólnych posiłkach. Małgorzata uwielbiała te chwile spędzane z Markiem i Sylwią. Szczególny urok miały niedzielne obiady. Nikt nigdzie się nie spieszył i mogli tak siedzieć, żartować i toczyć zażarte dyskusje.
Powoli zaczęła wyjmować z siatki zrobione po drodze zakupy. Półtora bochenka chleba, duże opakowanie Ramy, wędlina, ogórki. Nie zauważyła, kiedy do kuchni wszedł Marek.
Podszedł do niej powoli i objął jej wciąż jeszcze szczupłą talię.
– Małgosiu – wyszeptał i zamruczał jej do ucha. – Postaram się wrócić jak najszybciej. Czy możesz sobie wyobrazić to, że dzisiejszą noc będziemy mieli tylko dla siebie?
Odchyliła głowę i pozwoliła, żeby całował jej kark.
– Prawie nie mogę w to uwierzyć. Proszę cię tylko, abyś się nie spieszył. Czasami jeździsz jak wariat.
– Bądź spokojna, będę jechał powoli. Aha, przyszedł list do ciebie. Leży na twoim biurku.
– List? – Odwróciła się i spojrzała na niego pytająco.
– Z Zakopanego.
Poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy, a podłoga wiruje pod nogami.
List z Zakopanego. Od Teresy. Co tam się mogło, na Boga, stać? Tak dawno nie miała od niej żadnej wiadomości, aż tu nagle list.
– Małgosiu, dobrze się czujesz? – Marek był tuż obok. Spróbowała się uśmiechnąć.
– Nic mi nie jest. To ta pogoda. Ten upał jest nie do zniesienia.
– Może zostać z tobą?
– Nie, nic mi nie jest. Jedźcie już. Kozłowscy pewnie od dawna czekają na was.
Pokiwał głową, ale Małgorzata wiedziała, że nie do końca jej uwierzył. Niepokoił się o nią. Ostatnio trochę chorowała i te kłopoty z sercem…
– Nic mi nie będzie, kochanie. Położę się za chwilę. Odwieź Sylwię i wracaj do mnie. Może… zjedlibyśmy kolację przy świecach? – Jej oczy zalśniły, lecz trwało to tylko ułamek sekundy.
– Pomyślimy. – Pocałował ją w policzek. – Zrób kanapki, a ja pogonię Sylwię.
Już wychodził z kuchni, kiedy nagle coś go zatrzymało. Odwrócił się i spytał konspiracyjnym szeptem:
– Powiedz mi, po co jej ten podkoszulek?
Uśmiechnęła się łagodnie i odpowiedziała równie cicho:
– W granatowym naprawdę jej do twarzy.
– I to ma być powód, aby zabierać ojcu ulubioną koszulkę?
Mężczyźni! Nigdy nic nie rozumieją.
– Kochanie, Marta Kozłowska zaprosiła nad Zegrze siostrzeńca. Ten młodzieniec ma dziewiętnaście lat. Myślę, że to jest powód zawłaszczenia podkoszulka i odkopania zeszłorocznej sukienki.
– Sylwia i chłopcy? – Marek pokręcił z niedowierzaniem głową. – Przecież ona …
– Ona ma już prawie piętnaście lat. A my musimy się z tym pogodzić, skarbie.
– Jakoś nie mogę sobie tego wyobrazić. – Podrapał się po zarośniętym policzku, popatrzył przez chwilę na żonę, a potem wyszedł z kuchni.
Małgorzata westchnęła i zabrała się do robienia kanapek.
W całym domu panowała cisza. Aż trudno było w to uwierzyć. Żadnych krzyków, żadnej dzikiej muzyki, jedynie ciche pochrapywanie Saby. Chwile takie jak ta były w tym domu rzadkością.
Małgorzata nastawiła cichutko wieżę stereo i usiadła przy biurku. Długo obracała w dłoniach białą kopertę, zwlekając z jej otwarciem. W końcu jednak i tak musiała to zrobić.
Z koperty wypadła pojedyncza kartka. Była zapisana dużymi, nierównymi literami. Wpatrywała się w nie tak, jakby chciała wyuczyć się ich na pamięć. I nie mogła uwierzyć w to, co pisała Teresa.
Małgosiu!
Ja umieram. Kilka miesięcy temu wykryto u mnie raka piersi. Ignorowałam tę chorobę wiele lat. Nie chciałam dopuścić do jej istnienia. Ale ona sama wybrała. Ja stałam się ofiarą. Teraz boję się już nie o siebie, tylko o Agnieszkę. Ja miałam czas, żeby się z tym pogodzić. Ona zostanie zupełnie sama.
Nie wiem, czy zdążę podziękować ci osobiście za wszystko, co dla nas zrobiłaś.
Masz wspaniałą córkę. Agnieszka wniosła w nasze życie tyle radości… wszystko dzięki tobie.
Zaopiekuj się nią, Małgosiu. To wszystko, o co proszę. Ona nie ma już nikogo. Zostałaś tylko ty.
Teresa
Świat zawirował przed oczami i tak trudno było go zatrzymać. Po głowie Małgorzaty tłukła się tylko jedna myśl: „Teresa umiera”. Nie mogła w to uwierzyć. Nie mogła uwierzyć, że życie może być tak do końca okrutne. Biedna Teresa.
Nie mogę jej tak zostawić. Muszę tam jechać. Muszę… zobaczyć moją córkę.
Gdy Marek wrócił do domu, zastał żonę siedzącą w ciemnym pokoju. Pomimo nocy za oknem w mieszkaniu nie paliło się żadne światło. Jedynie z odtwarzacza dobiegały ciche dźwięki saksofonu Kenny G.
– Małgosiu, coś się stało?
Zapalił światło. Patrzyła na niego nieprzytomnie. Był pewien, że go nie widzi.
– Muszę wyjechać.
– Dokąd?! – Podszedł do niej. Chciał ją pogłaskać po włosach, ale odsunęła jego rękę.
– Do Zakopanego. Moja przyjaciółka… Teresa… umiera. Muszę się z nią zobaczyć.
– Zawiozę cię. – Nie pytał o nic. Pomimo tego, że nie przypominał sobie, aby Małgorzata kiedykolwiek wspominała to imię, nie zadał ani jednego pytania. Widział, jak jest przygnębiona, i domyślił się, że musi to być dla niej bardzo ważne.
– Nie – zaprzeczyła gwałtownie i dopiero teraz spojrzała na niego przytomniej. – Pojadę sama. Nie wiem, ile to potrwa. Chcę być przy niej, kiedy…
Spuściła głowę. Te słowa nie chciały nawet przejść przez jej gardło.
– A co z naszym wyjazdem? Kozłowscy czekają na nas, poza tym Sylwia …
– Przyjadę do was. Będziemy zresztą w kontakcie. Marek… czy mogę wziąć twój samochód?
– Tylko jedź ostrożnie.
– Boisz się o mnie czy o samochód? – Próbowała się uśmiechnąć.
– Ty wariatko.
Podszedł do niej, podniósł jak dziecko i mocno do siebie przytulił. Czuł jej serce, które trzepotało jak schwytany w dłonie ptak. Byli razem tyle lat, a on wciąż widział w niej tę samą Małgosię, którą ujrzał pierwszy raz na uczelni. Pomimo kilku kilogramów, które jej przybyły, jej buzia zachowała młodzieńczą świeżość, a usta były nadal namiętne. Przez te wszystkie lata kochał ją z każdym rokiem coraz bardziej.
– Uważaj na siebie. I przyjeżdżaj do nas jak najszybciej.
– Będę tęskniła za wami. – Zarzuciła mu ręce na szyję i wcisnęła zimny nos w znajome ciepło jego ciała.
– Jakoś wytłumaczę cię przed Sylwią. – Pogłaskał jej delikatne włosy, a potem nachylił się i wyszeptał prosto do ucha: – Kocham cię.
Wyjechała wczesnym świtem, aby uniknąć pewnych o tej porze roku korków. Zakopane od lat było popularnym kurortem i niesłusznie słynęło wciąż jako „zimowa stolica Polski”, tętniło bowiem życiem i turystami przez cały rok.
Droga była prawie pusta, a wschodzący dopiero dzień zapowiadał kolejne upalne godziny. Lato stulecia. Jeszcze jeden znak zapowiadający niechybny koniec świata.
Małgorzata zmrużyła oczy przed porażającym blaskiem pierwszych promieni słonecznych i sięgnęła po zakopane gdzieś w schowku okulary słoneczne.
Koniec świata nastąpił wczoraj w jej życiu. Wszystko to sprawił jeden list od zapomnianej kobiety.
Skłamała Markowi, mówiąc, iż Teresa jest bliską przyjaciółką. W zasadzie to… była zupełnie obcą kobietą, poznaną przypadkowo.
Spotkała ją w warszawskiej klinice, na oddziale ginekologii. Obie szukały tam ratunku. Tylko że każda z nich miała o nim odmienne pojęcie.
Małgorzata miała dziewiętnaście lat, dopiero co rozpoczęła studia i pragnęła zrobić karierę prawniczą. Wielkie ambicje roztrzaskały się na kawałeczki, gdy któregoś miesiąca zabrakło w jej kalendarzu „trudnych dni”. Od obłędu i rozpaczy uratowały ją słowa najbliższej koleżanki z roku:
– Znam bardzo dobrego specjalistę. Przyjmuje w Warszawie. Jest naprawdę wybitnym ginekologiem. On ci pomoże.
Chwyciła się tych słów jak tonący brzytwy. Zapożyczyła się, zebrała pieniądze i pojechała do Warszawy na spotkanie z przeznaczeniem. Nie myślała o tym jak o zbrodni. Względy etyczne i moralne zostały zagłuszone jedną obsesyjną myślą: „Nie mogę tego zrobić rodzicom! Nie ja!”.
Nie ona. Wypieszczona jedynaczka, która dorastała pod kloszem. Oczko w głowie ojca, który widział w niej godnego zastępcę w palestrze adwokatów. Córeczka mamusi, stawiana za wzór dalszej rodzinie i znajomym z pracy lekarzom. Nie ona, nie Małgosia, która zawsze była najlepsza, posłuszna i dobrze wychowana. Nie dziewczynka, która wiedziała, kiedy należy używać słów „proszę”, „dziękuję”, „przepraszam”.
Przepraszam, mamo.
Przepraszam, tato.
Teraz słowo nie wystarczało. Stało się zbyt ubogie. Nie mogło zmazać grzechu, który popełniła.
Został więc tylko profesor. Wybitny specjalista. Cudotwórca. Potrafił sprawić, że martwe łono nagle zakwitało życiem. Potrafił również to życie zgasić.
Małgorzata jechała do niego przepełniona nadzieją. Wychodziła z jego gabinetu zgaszona i wciąż obarczona swoim brzemieniem, a także słowami:
– Nie, dziecko. Ja tego zrobić nie mogę. Jest za późno. Jestem lekarzem, nie mordercą.
Cały świat zawirował, a potem zwalił się z wielkim hukiem na głowę Małgorzaty.
W szpitalnej toalecie ukryła swoją tajemnicę. Najpierw była jedna łza, a później cała rzeka. I głośny szloch. Dlaczego to właśnie ona?! Teraz! U progu dorosłego życia.
Ciemna, wyasfaltowana ulica przyciągała. Falowała tam, w dole, kusząc zapomnieniem. Wyciągała przyjaźnie ramiona i zdawała się nawoływać: „No, chodź! To nie będzie bolało. Już NIC nie będzie bolało”. Małgorzata wpatrywała się w nią jak zaczarowana, a myśli w jej głowie goniły jedna drugą. I wtedy usłyszała ten głos. Cichy, kobiecy głos.
– Nie warto.
Odwróciła się i spojrzała na nieznajomą. Niewysoka, drobna kobieta o twarzy z widocznymi zmarszczkami i smutnym uśmiechu. Kobieta z rudymi włosami, ściągniętymi do tyłu gumką recepturką. Zielone oczy nieznajomej patrzyły na Małgorzatę tak, jakby znały jej myśli.
– Co pani wie…
– Od wieków to samo. Niechciana ciąża, zmarnowana młodość i samotność. Ty i twoja tragedia. Wiele bym dała, aby być na twoim miejscu.
– Nie rozumiem …
Kobieta uśmiechnęła się, ale był to smutny uśmiech. Zagubiona łza spłynęła po jej policzku, przedzierając się przez wyżłobione czasem koleiny.
– Obie przyjechałyśmy do profesora Ślusarczyka z nadzieją. I obie odchodzimy ze swoim garbem. Nawet cudotwórca nie potrafi wskrzesić życia ani go zgasić, gdy jest za późno. Który to tydzień?
– Osiemnasty. Początek piątego miesiąca.
– Osiemnasty tydzień. Nosisz w sobie dziecko. Nie komórkę, nie zapłodnione jajeczko. To jest już mały człowiek. Czy wiesz, że ono już cię słyszy? Rozpoznaje twój głos i bicie twojego serca. Jest takie bezpieczne w swoim małym mieszkanku. Ufne. Dlaczego chcesz go skrzywdzić?
– Nie mogę go urodzić! – Małgorzata nie mogła dłużej powstrzymywać łez. Wybuchnęła głośnym płaczem, dając upust nagromadzonym żalom, zawiedzionej miłości i tej przeraźliwej samotności, która ciążyła od chwili, gdy dowiedziała się o dziecku. Szlochała roztrzęsiona, pozwalając, by nieznajoma kobieta tuliła ją do siebie i głaskała jej potargane włosy.
– Nie mo… mogę… Nie zro… zrobię tego ro… rodzicom. Nie mo… mogę. Nie mogę.
– Ciii, ciii. Już dobrze, wszystko będzie dobrze, znajdziemy jakieś wyjście, ciii, maleńka. Jestem przy tobie. Nie jesteś sama.
Zaufała tej kobiecie, w której oczach ukrył się smutek. Uwierzyła w jej słowa, chwyciła się ich zachłannie i się nie zawiodła. Teresa znalazła wyjście. Najlepsze.
– Ty pomożesz mi „urodzić” dziecko, a ja pomogę ci pozbyć się kłopotu. To tylko pięć miesięcy. Znikniesz na ten czas. Wymyślimy jakieś wiarygodne wytłumaczenie. Zabiorę cię do siebie, do Pucka. Tam urodzisz to dziecko i zrzekniesz się praw rodzicielskich. Ty uszczęśliwisz mnie, a ja… pomogę ci odzyskać dawne życie. Wciąż będziesz mogła spojrzeć sobie w oczy…
Słuchała tego z otwartymi ustami. To niesamowite. Czuła się trochę tak, jakby grała w kiepskim melodramacie. Ale to było jedyne wyjście. Ona daruje życie dziecku, a ono… jej.
Małgorzata zwolniła i zaczęła się rozglądać w poszukiwaniu jakiegoś przyzwoitego zajazdu. Potrzebowała potężnej dawki kofeiny. Nieprzespana noc i pobudka o świcie dawały o sobie znać. Rozglądała się wokół, uciekając od wspomnień. Ale one same wciskały się w jej życie. Były wokół niej, nie pozwalając zapomnieć. Były, tak jak i wyrzut sumienia.
Sprzedałam cię, Agnieszko. Za wolność i młodość. Za kilka lat beztroski i za święty spokój.
Dochodziło południe, a Zakopianka aż kipiała od nadmiaru aut i amatorów górskich wspinaczek.
Zadepczą nam te góry. Aż dziw, że Giewont jeszcze stoi na swoim miejscu. Małgorzata wrzuciła trzeci bieg i posuwała się żółwim tempem za sznurem sedanów, SUV-ów, hatchbacków i minivanów.
Strach pomyśleć, ale z taką prędkością zajadę do Zakopanego na wieczór. Włączyła radio, aby zabić czymś nudę i bezczynność. Po krótkim biegu po kanałach zdecydowała się na RMF. Głos spikera wirował w uszach, bynajmniej nie zachęcając do optymizmu.
„Potężny korek zaczyna się tuż za Myślenicami i ciągnie się przez Zakopiankę aż do samej stolicy Tatr”.
Małgorzata westchnęła. Pięknie! Spędzi cały urlop, stojąc w gigantycznym korku. Telefon odezwał się nieoczekiwanie. Rozedrgany sygnał wyrwał ją z letargu i przerwał rozmyślanie.
– Halo?
– Cześć, kochanie. Dzwonię, aby spytać, czy wszystko w porządku? – Znajomy głos Marka przynosił spokój i tęsknotę.
– Cześć, kochanie. Wszystko jest okej. Tkwię właśnie w potężnym korku na Zakopiance, przy którym to Aleje Jerozolimskie w godzinie szczytu wysiadają! Niezły ubaw, mówię ci.
– Wyobrażam sobie. A znając twój temperament i brak cierpliwości, musisz już ciskać straszliwymi słowami w stronę współtowarzyszy ogonka.
Uśmiechnęła się. Tak bardzo brakowało jej jego optymizmu i ciepła.
– Jak tam wam upływa czas? Sylwia jest pewnie wściekła?
– Nie powtórzę tego, co usłyszałem na twój temat. Dowiedziałem się tylko, że zawsze wszystko jest dla ciebie ważne, tylko nie my.
– Spróbuj mnie jakoś wytłumaczyć.
– Nie ma sprawy. W końcu to mój zawód. Trzymaj się, maleńka, i uważaj na górskich zakrętach.
– Tęsknię za wami. Odezwę się, jak będę na miejscu. Pa, kochanie.
Odłożyła telefon i głęboko odetchnęła. Marek. Jego ciepło i poczucie bezpieczeństwa. Stabilizacja i pewność każdego dnia. Przy nim nie mogło wydarzyć się nic złego. Zawsze był, gdy go potrzebowała. Zawsze trwał obok. Bała się tego związku, sparzona doświadczeniem młodzieńczej fascynacji. Jednakże cierpliwość i wiara Marka przekonały ją, że warto zaufać jeszcze jeden raz. Zaufała i teraz dziękowała Bogu za to przeznaczenie.
Myśli o mężczyźnie jej życia przywróciły pamięć o przeszłości. Pojawiło się imię, które dawno temu wymazała ze swojego życia. Imię, które dało początek koszmarowi młodości. Imię, które dało początek życiu.
David. Zobaczyła go pierwszy raz na wykładzie. Prawo amerykańskie przyciągnęło wielu zaciekawionych innym światem studentów. Małgorzata znalazła się wśród nich. Poszła z ciekawości, została na zajęciach dla Davida. Był młody, egzotyczny, zbuntowany. Idealista, gotów naprawiać błędy kapitalizmu. Porywał młodych słuchaczy swoimi opowieściami i uczył sprawiedliwego prawa, które w rzeczywistości było tylko utopią.
Dla garstki wybitnych studentów Savisky organizował seminaria, na których niekończące się dyskusje zjednywały mu nowych zwolenników lub przysparzały wrogów. W latach „czerwonego” PRL-u David Savisky był niewątpliwie postacią barwną i ciekawą.
Dla Małgorzaty te wykłady i seminaria były odskocznią od szarej rzeczywistości. Nie opuściła żadnych zajęć i wszystkiemu przysłuchiwała się z zapartym tchem. Jej mądre wypowiedzi zwróciły uwagę Saviskiego i wkrótce relacja uczeń–nauczyciel została zastąpiona układem przyjaciel–przyjaciel.
– Dlaczego wybrałeś Polskę? Przecież jest tak wiele innych krajów, gdzie też panuje komunizm. Dlaczego właśnie ten kraj zafascynował cię najbardziej?
– Zajrzałem za żelazną kurtynę i wybrałem się tam, gdzie są najpiękniejsze dziewczyny.
Siedzieli razem w uniwersyteckiej kawiarence, popijając lurowatą kawę. Małgorzata czuła na sobie zawistne spojrzenia akademickiej płci pięknej, ale nic sobie z tego nie robiła. David wybrał ją spośród setek studentek przychodzących na jego wykłady. To z nią lubił rozmawiać najbardziej i to ją zaprosił na kawę i pączka.
– A tak poważnie? – Patrzyła na niego błękitnymi oczami, a on już wiedział, że nie zapomni tego spojrzenia do końca swoich dni.
– Moja matka była Polką. Stąd tak dobrze znam wasz język. Zawsze chciałem zobaczyć jej ojczyznę, chociaż wydaje się inna od tej, którą mi opisywała.
– Dawna Polska już przebrzmiała. Nic już nie będzie takie samo.
– Nie mów „hop”. Jeszcze wiele przed wami. Wierzę w siłę młodości i w mądrość Polaków. Jeszcze wypłyniecie.
– A ty chcesz to przyspieszyć?
– Daj spokój, Daisy, nie jestem rewolucjonistą. Chcę wam pomóc otworzyć oczy, to wszystko. Wierzę w ideały i sprawiedliwość. Ale wszystko w swoim czasie.
– A czy wierzysz w miłość?
– Miłość to utopia.
– Miłość to uczucie. Nawbijali wam w tej Ameryce samych wzniosłych rzeczy, ale zapomnieli o uczuciach. Człowiek je posiada. Nawet wojownik.
Uśmiechnął się.
– Chcesz ze mną walczyć?
– Nie. Chcę cię nauczyć kochać – odpowiedziała.
I uczyła go tak, jak potrafiła. Spacerowali po zachlapanych jesienną słotą uliczkach Lublina, godzinami wysiadywali w studenckich kawiarenkach, trzymając się za ręce i patrząc sobie w oczy.
– Jeśli kiedykolwiek przyjdzie mi wyjechać, zabiorę ten błękit ze sobą. I w każdy pochmurny dzień będę spoglądał w niego z nową nadzieją.
Uwielbiała jego słowa. Wsłuchiwała się w nie i spijała je łapczywie z jego ust. Wyławiała z nich to, co najpiękniejsze, i kolekcjonowała w swoim sercu jak małe obrazki szczęścia. Czuła się szczęśliwa. Była pijana młodością, beztroską i miłością do tego mężczyzny. On miał dwadzieścia pięć lat, ona kończyła dopiero dziewiętnaście. Dojrzały mężczyzna zaczął budzić w niej kobietę. Słowami, spojrzeniem, dotykiem. Aż przyszedł dzień, w którym miłości nie można już było ubrać w słowa czy gesty. Były zbyt ubogie i nie mogły wyrazić ogromu uczucia, które wzbierało w Małgorzacie z dnia na dzień. W dniu jej dziewiętnastych urodzin David uczynił z dziewczynki kobietę. Za oknem padał pierwszy śnieg, dobroduszny pan w czerwonej czapce z pomponem hojnie rozdawał prezenty, a oni kochali się w akademickim pokoju przesyconym zapachem tanich perfum, drogich papierosów i miłości.
– Daisy, po raz pierwszy jestem szczęśliwy – szeptał, a ona płakała, przygnieciona ciężarem jego ciała.
Pierwsza sesja była sprawdzianem dorosłości. Małgorzata wiedziała, że musi go zdać. Chciała udowodnić tę dorosłość sobie, Davidowi i rodzicom. Krzywdziła ich, kłamiąc, że uczy się u przyjaciółki. W rzeczywistości przesiadywała w maleńkim pokoiku Davida, paląc papierosy i wchłaniając zawiłości prawoznawstwa i logiki.
David wracał wieczorami, przynosząc bułki i butelkę wina. Odpytywał ją, a potem zabierał do łóżka. Przy nim przeszła całe wtajemniczenie sztuki miłości. Poznała swoje ciało i nauczyła się wsłuchiwać w jego pragnienia. Wkrótce wiedziała, co jej sprawia największą przyjemność, a czego nie lubi. Nie wstydziła się mówić o tym Davidowi. To on nauczył ją otwartości i szczerości. Nigdy potem, nawet z Markiem, nie potrafiła rozmawiać tak swobodnie o swoich potrzebach i przyjemnościach. David był wyjątkowy.
Zniknął równie nagle, jak się pojawił. W ciągu jednego dnia jego gabinet opustoszał, a w pokoju akademickim zamieszkał Sowieta, który przyjechał do Polski z serią wykładów na temat doktryny Marksa i Engelsa. Wraz z Davidem ulotnił się delikatny powiew demokracji i wolności, który studenci Saviskiego poczuli nawet za żelazną kurtyną. Zniknął, zabierając ze sobą niespełnioną nadzieję, rozczarowanie i swoje ideały. I czysty piękny błękit ukryty w oczach studentki, która ożywiła jego martwe serce. Teraz miało ono umierać na nowo. Właśnie wtedy Małgorzata odkryła, że jest w ciąży.
Zakopane błyszczało w słońcu jak klejnot południa ułożony w kolebce strzeżonej przez wyniosłe i dumne góry. Stolica Tatr nie była już górską wioską, jaką pamiętała Małgorzata sprzed kilkunastu lat. Zakopane dwudziestego pierwszego wieku skąpane było w świetle reklam i zachodnich pieniędzy, które napływały do góralskich wiosek wraz z turystami. Drewniane wille ze spadzistymi dachami nie ustępowały w przepychu rezydencjom, a do każdej z nich wdzięcznie przytulała się tabliczka: „Wolne pokoje”.
Ulica Kasprowicza skupiła przy sobie kilkupiętrowe bloki, które łagodziły nieco surowy górski krajobraz i przenosiły do tego zaklętego miejsca trochę normalnego życia.
Małgorzata próbowała przypomnieć sobie blok, w którego okno wpatrywała się kiedyś aż do bólu. Była wtedy w ciąży. Maleńkie nóżki Sylwii boksowały ją od środka, zapowiadając, że ich właścicielka nie będzie miała najłatwiejszego charakterku. Małgorzata gładziła ręką pękaty brzuch i patrzyła z nadzieją w dwa małe okienka na pierwszym piętrze. Tylko raz dostrzegła w nich roześmianą twarzyczkę i nosek przyciśnięty do białej szyby. Tamtego lata Agnieszka miała sześć lat.
To wspomnienie wróciło, gdy ujrzała znajomy blok i znajome okna. Te same okna, w których widziała jej uśmiech. Ufny uśmiech małej dziewczynki. Tęskniła za nim przez następne lata i dzień po dniu wyobrażała sobie, jak wygląda jej córka.
Teraz stała w tym samym miejscu co niegdyś i bała się wejść dalej. Przygotowywała się do tej roli całe życie, ale wciąż jeszcze nie była gotowa. Co powiedzieć? Jak się zachować? Życie nie dało jej gotowego scenariusza. Musiała nad nim pracować sama.
Schody na pierwsze piętro wprowadziły ją w nowy etap życia. Życia z Agnieszką.
Młoda kobieta stojąca w drzwiach miała oczy Davida. Wielkie, ciemne i z mroczną głębią pośrodku. Miała też jego lśniące czernią włosy, które opadały na ramiona dziewczyny ciężkimi splotami. Była bardzo ładna.
Małgorzata poczuła wielkie ukłucie w sercu. Zachłannie wpatrywała się w twarz dziewczyny, próbując w niej znaleźć jakieś podobieństwo do siebie samej. Ten nos, duży i garbaty – oto, co podarowała córce od siebie.
– Pani…? – Pytanie w jej głosie przywróciło Małgorzatę realnemu światu.
– Dzień dobry, moje nazwisko Dobrowolska. Małgorzata Dobrowolska. Przyjechałam do Teresy.
– Ach tak, proszę. – Gestem ręki zaprosiła gościa do środka. Maleńki przedpokoik zapełnił się, gdy stanęły w nim dwie kobiety. Był podłużny jak wagon w pociągu i rozchodził się w dwóch przeciwległych kierunkach – na zachód i na wschód. Zachodnie drzwi były zamknięte. Dziewczyna wskazała Małgorzacie drogę na wschód.
– Proszę tutaj, mama w tej chwili śpi, ale prosiła, abym się panią zajęła. Zaraz przygotuję coś do zjedzenia, pewnie pani głodna.
– Nie, nie. Jeśli mogę prosić, to tylko o filiżankę mocnej kawy.
Rozglądała się po małym pokoiku, w którym znać było obecność kobiety. Ciepłe, beżowe zasłony doskonale komponowały się z jasnymi sosnowymi półkami i komodą, na której obok kilku podstawowych kosmetyków stały bukiety suszonych kwiatów i porcelanowy słoń z trąbą uniesioną wysoko w górę. Na wersalce, grzbietem do góry leżał Alchemik Paula Coelho, odwieczne poszukiwanie własnej drogi i dążenie do spełniania marzeń, tych najgorętszych, najskrytszych, ukrytych na dnie duszy i zakopanych przed światem. Marzeń, o których wielokrotnie boimy się nawet głośno mówić, bo nie zawsze wierzymy w nie do końca.
– Wspaniała książka. Czytałam ją dwukrotnie.
Agnieszka, która pojawiła się w drzwiach z parującą kawą i tacą z kanapkami, uśmiechnęła się leciutko.
– Tak. Czytam ją już chyba dwudziesty drugi raz. Niedługo nauczę się jej na pamięć. I wciąż szukam… Proszę, pomyślałam sobie, że jednak skusi się pani chociaż na kanapkę.
– Dziękuję. To bardzo miło z pani strony.
– Proszę mi mówić po imieniu. Jestem Agnieszka. A mama miałaby mi za złe, gdybym się panią należycie nie zajęła. Dużo o pani mówiła.
– Jak ona się czuje? – Wiedziała, że to pytanie nie było właściwe, nie w tym stanie, w jakim była Teresa. Zadała je jednak, bo jak miała je sformułować?
Jak długo to potrwa?
Czy to wszystko jest prawdą?
Może jest jeszcze jakaś nadzieja? Może jej cień?
I dlaczego to spotkało właśnie Teresę?
– Większość dnia przesypia. Gdy nie śpi, cierpi. Wiem to, chociaż się nie skarży. Nauczyłam się czytać w jej twarzy i oczach.
– Jak długo to trwa?
– W takim stanie jak teraz jest od kilku tygodni. Wcześniej nawet nie skarżyła się na żadne dolegliwości. Pracowała do samego końca, do dnia, kiedy zemdlała w pracy. Wtedy się dowiedziałam. I wciąż nie mogę sobie darować, że byłam tak ślepa…
– Ta choroba skrada się podstępem. Czasami trudno ją zauważyć. Nawet u siebie.
Nie odpowiedziała. Otarła tylko łzę, która niekontrolowana wymknęła się z jej oka. Była silna w swoim cierpieniu. Małgorzata wiedziała, że nie chce współczucia. A tak bardzo chciała podejść do niej i przytulić ją do siebie tak mocno, jak potrafiła. Tak bardzo pragnęła wykrzyczeć: Wybacz mi! Nie chciałam cię, a teraz siedzę tu i cierpię tak samo jak ty. Nawet nie wiesz, kim jestem, a moje serce pęcznieje miłością do ciebie z sekundy na sekundę. Z każdą chwilą, gdy patrzę na ciebie. Z każdym brzmieniem twojego głosu. To cena, jaką płacę za tę jedną decyzję podjętą dwadzieścia trzy lata temu.
– Agusiu… – Cichy głos dobiegł z pokoju zachodniego. Agnieszka wstała szybko i spojrzeniem przeprosiła Małgorzatę.
– Mama się zbudziła. Myślę, że za chwilę będzie ją pani mogła zobaczyć.
Widziała już niejednokrotnie chorobę, ale widok Teresy ją przeraził. Pamiętała zdrową, zahartowaną życiem kobietę. Zobaczyła wyniszczone walką ciało i oczy pełne bólu i cierpienia. Ale na tej mizernej i bladej jak biała poduszka twarzy zajaśniał prawdziwy uśmiech. I ten uśmiech na krótką chwilę przywrócił temu ciału życie.
– Małgosia. Wcale się nie zmieniłaś. Ta sama dziewczynka mieszkała z nami nad morzem. Ile to już lat minęło?
– Dobrze wiesz ile. I nie praw mi komplementów, bo mam w domu lustra. Teresa… – Objęła wysuszone ręce kobiety i przycisnęła do nich usta.
– Już za późno na współczucie. Sama sobie jestem winna. Podejrzewałam tę chorobę dawno temu, ale wyszłam z założenia, że tak długo, jak nie będę o niej wiedziała, ona nie zaatakuje. Pomyliłam się. Przegrałam. Teraz to już nie jest ważne. Pogodziłam się ze śmiercią. Próbuję tylko oswoić z nią Agnieszkę. Dobrze, że tu jesteś. Czekałam na ciebie… ale dziś nie mam siły na rozmowę. Mam dziś kiepski dzień. Poproszę Agnieszkę, żeby się tobą zajęła. Ja muszę zebrać siły. Tak wiele mam ci do powiedzenia i tak mało czasu mi już zostało. Bądź cierpliwa, Małgosiu, to już nie potrwa długo.
– Zostanę z tobą tak długo, jak będziesz chciała. Nigdzie się nie spieszę i w tej chwili nie ma dla mnie ważniejszych spraw. Zbieraj siły i odpoczywaj. Ja będę tuż obok.
Już wychodziła, gdy dobiegł ją cichy głos kobiety.
– Jest piękna, prawda?
Małgorzata odwróciła się i skinęła głową. Bez słów. Po jej twarzy toczyły się drobne, gorące łzy.
W pokoju panował półmrok rozświetlony jedynie małym punktowym światełkiem wsadzonym do kontaktu. Miękki mrok zacierał kontury i ulepszał niedoskonałości ludzkiego ciała. Światło latarni ulicznej zaglądało niepewnie przez uchylone okno, przez które wraz z podmuchami nocnego wiatru wpadały dźwięki układającej się do snu Zakopianki.
Teresa przetrwała kolejny dzień krótkiego już życia. Niewiele ich zostało do końca. Czuła to. Czuła zapach śmierci. Nie bała się go. Przeżyła swoje życie godnie, doświadczyła najdoskonalszego uczucia miłości macierzyńskiej, kochała i była kochana. Bóg podarował jej tak wiele, nie mogła prosić o więcej. Czuła się spełniona i szczęśliwa. Spokojna, odkąd zjawiła się Małgosia.
Małgosia. Jej ciepły, dziewczęcy uśmiech dodawał otuchy, łagodził cierpienie i przywracał wiarę. Teresa wiedziała, że już może być spokojna o Agnieszkę.
– Przykryć cię?
– Nie. – Potrząsnęła głową. Z nastaniem nocy ból odpłynął. Wiedziała, że tylko na chwilę, dopóki morfina będzie działać. Miała niewiele czasu, a tak wiele chciała powiedzieć Małgorzacie.
– Ciemno tu, ale wiesz, światło mnie męczy. Nawet w dzień. Agnieszka przysłania mi okna.
– Zachowuję się identycznie, gdy mam migrenę. Zasłaniam wszystkie okna, biorę pigułkę i kładę się z ciemną opaską na oczach. I pomaga.
– Mnie już żadna pigułka nie pomoże. Nie, nie użalam się nad sobą, Małgosiu, miałam czas przyzwyczaić się do myśli, że jestem już blisko kresu swojej ziemskiej drogi. Wierzę w to lepsze życie tam, w niebie. I nie rozpaczam. Ale żałuję, że zlekceważyłam chorobę. Może gdybym zajęła się tym wcześniej, kilka lat lub nawet kilka miesięcy wcześniej, może mogłabym podarować Agnieszce więcej.
– Dałaś jej ogromnie dużo, Teresa. Dałaś jej miłość, której… wstyd mi to przyznać, ale… nie dostałaby ode mnie. Teraz, po latach, wiem, że tamte problemy były niczym, a ja okazałam się cholerną egoistką, ale wtedy… dla mnie to dziecko było rozczarowaniem, ciemną stroną miłości. Dla ciebie – wiarą i nadzieją. To nie ja dałam jej życie, tylko ty, Teresa.
– Co ty mówisz, Małgosiu! Widziałam, jak patrzysz na nią przy każdym karmieniu, przewijaniu i kąpieli. Widziałam, jak tuliłaś ją do siebie, gdy wydawało ci się, że nikt z nas nie patrzy. Widziałam to i bałam się, że się rozmyślisz, zabierzesz ją ze sobą…
– Chciałam… – Małgorzata zamknęła oczy. Czuła piekące łzy i zapach dziecka. Było takie malutkie i ufne, wyciągało swoje zwinięte piąstki i patrzyło na nią jeszcze niewidzącymi oczami.
Pamiętała długie godziny porodu. Bolało i rozrywało ją w środku, a ona była sama, w szpitalu w Pucku. Nie było przy niej matki, ale była Teresa. Trzymała ją za rękę, masowała obolały krzyż, uczyła ją oddychać i wierzyć, że to się wkrótce skończy. Była młoda i jej organizm poradził sobie z tym doskonale. Urodziła Agnieszkę razem z Teresą. Obie płakały, gdy krzyczące niemowlę położono na brzuchu Małgorzaty.
– Ma pani córkę. Duża, zdrowa dziewczynka, 3750 gramów, świetne punkty w skali Apgar, 10.
Sylwia miała już mniej szczęścia. Małgorzata znosiła tę ciążę potwornie, rodziła Sylwię dwie doby i mała zjawiła się na świecie wymęczona i opętlona pępowiną, z trudnościami w samodzielnym oddychaniu. Dopiero po ośmiu dniach Małgorzata dostała małą do karmienia. Cały pierwszy tydzień życia Sylwia spędziła w inkubatorze.
Agnieszka była silna od samego początku. Już jako niemowlę sztywno trzymała główkę i kopała nogami jak zawodowy piłkarz. I krzyczała tak głośno, że Małgorzata zawsze wiedziała, że to jej córka jest głodna lub niezadowolona. Jej córka? Nie jej. Teresy.
– Zachowałaś się bardzo dojrzale, Małgosiu. – Ciepła, wysuszona ręka Teresy zacisnęła się na jej spoconej dłoni. – Podziwiałam cię za to. Dotrzymałaś słowa. Podarowałaś mnie i Romanowi największe szczęście.
– Tęskniłam za nią przez te wszystkie lata… Zastanawiałam się, jaka jest, jak wygląda… Dzięki Tobie i twoim listom wiedziałam. Ale wciąż było mi tego mało.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
ROZDZIAŁ PIERWSZY. List
ROZDZIAŁ DRUGI. Teresa
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Dedykacja
