38,90 zł
Przed laty morze go jej odebrało. Czy jest jeszcze szansa, żeby wrócił?
Szkocja, zima 1900 roku. Podczas sztormu na brzeg w niewielkiej rybackiej wiosce zostaje wyrzucony ledwie żywy chłopiec. Jest uderzająco podobny do syna miejscowej nauczycielki Dorothy, który wiele lat wcześniej zginął w morzu, będąc w tym samym wieku co chłopiec, a którego ciała nigdy nie odnaleziono.
Gdy śnieg odcina wioskę od świata, Dorothy zgadza się zaopiekować chłopcem do czasu, aż uda się ustalić, skąd pochodzi. Jego pojawienie się budzi wspomnienia, o których mieszkańcy od dawna starali się zapomnieć. Dawne sekrety powoli wychodzą na jaw, a Dorothy jest zmuszona ponownie stanąć twarzą w twarz z Josephem – samotnym rybakiem, z którym przed laty łączyło ją namiętne uczucie.
Poruszająca opowieść o stracie, nadziei i o tym, że przeszłość potrafi niespodziewanie do nas powrócić.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Tytuł oryginału: THE FISHERMAN’S GIFT
Wydawca: Adrian Tomczyk Redaktor prowadząca: Beata Kołodziejska Redakcja: Joanna Popiołek Korekta: Ewa Grabowska
Copyright © Julia Kelly 2025 Copyright © for the Polish translation by Alina Siewior-Kuś, 2026
Producent Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: sekretariat@dressler.com.pl tel. + 48 22 733 50 00 www.dressler.com.pl
Dane do kontaktu Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2 e-mail: biuro@swiatksiazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydawnictwoswiatksiazki.pl
Warszawa 2026
Księgarnie internetowe: swiatksiazki.pl, ksiazki.pl, czytam.pl
Dystrybucja Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki ul. Poznańska 91 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dressler.com.pl
ISBN 978-83-68872-35-4
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Dla Olivera, Caluma i Emily
Ludzkie dziecię, pójdź tą dróżką!
Ku jezioru pójdź za wróżką,
W leśne gąszcze, ludzkie dziecię,
Bo nie umiesz nawet zliczyć, ile jest łez na świecie.
William Butler Yeats1
Prolog
Joseph wie, że nadchodzi sztorm. Widzi żółtą aureolę wokół księżyca i lodowy blask zimowego nieba, kiedy wraca z plaży, zatrzymując się co pewien czas, by dać odpocząć trzeszczącym i skrzypiącym kolanom.
Później wiatr zmienia kierunek z zachodniego na wschodni i Joseph, budząc się w nocy, czuje bestię przyczajoną daleko w morzu, jej arktyczny oddech, zmieniony solny zapach. Mógłby ostrzec wieśniaków, którzy zapomnieli, jak odczytywać znaki: niski lot mew, wieczorne niebo, wiatr, ale dlaczego miałby to robić? Niech sztorm zabierze im kominy, przerazi psy, pośle koszule i prześcieradła niczym stado skrzydlatych zjaw ponad dachami. W końcu co wszyscy zrobili wiele lat temu, kiedy sztorm tyle mu odebrał?
Szkwał wzniósł się nad Wierchem, gdzie bydło gromadzi się w oborze, a owce zbijają się w stado na pastwisku. Pędzi pomiędzy domami i sklepami na Copse Cross Street, mija otwarte okno nad Spożywczym, z którego pani Brown, jeszcze na nogach, wygląda na wąską ulicę i rozciągającą się dalej czarną taflę rozświetlonego gwiazdami morza. Wyczuwa zmianę w zapachu wiatru, zamyka okiennice, wraca do pieca, bierze na kolana psa Raba i czeka.
Dalej w dole zbocza, w chacie stojącej nieopodal Stopni prowadzących na Piaski Dorothy zapala lampę i stawia ją na parapecie okna na piętrze – światło w ciemności wskazujące drogę do domu tym, którzy zagubili się na miotanym gwałtownymi falami morzu.
Kiedy sztorm dociera do małej rybackiej wioski przytulonej do klifów, zabiera z niej różne rzeczy. Kradnie dachówki i owce, przewraca drzewa i rozbija dwie łodzie o skały. Ale też coś przynosi, coś, co Joseph odnajdzie, kiedy nazajutrz w rozwodnionym świetle poranka pójdzie sprawdzić swoją łódź.
Dar.
Prolog
Śpiesząc się do czekających w domu palenisk i garnków, kobiety niecierpliwie krążą po sklepie pani Brown, przez szparę pod drzwiami do środka wsącza się brudna breja z wiatrem wciąż dokuczliwym po sztormie. Dorothy jak zwykle ignoruje głosy podnoszące się i cichnące przy ladzie. Ona zwraca uwagę wyłącznie na ciszę. Koszyk niemal pusty, kilka ziemniaków, jakieś cebule – widzi, jak klientki gromadzą się przy oknie, i ogarnia ją przedziwne wrażenie. Skóra na jej ramionach się napina, zimny dreszcz wędruje tam i z powrotem po karku, więc odstawia koszyk i także podchodzi do okna. Ściera mgiełkę z szyby i wygląda. Pomiędzy kocimi łbami osiada mokry śnieg, niebo jest ołowiane. Patrzy w górę zbocza i widzi skulonych mieszkańców wioski ze spuszczonymi głowami, z zaciśniętymi powiekami, z trudem wspinających się po wąskiej uliczce, potem spogląda w dół na Piaski i wtedy właśnie go dostrzega.
Joseph.
Idzie środkiem drogi. Kiedy do niej dociera, co Joseph niesie, z jej piersi wyrywa się krzyk, ostry zwierzęcy lament. Jego twarz jest tak zszokowana jak pewnie jej własna: biała, z szeroko otwartymi oczami. Włosy dziecka, które niesie na rękach, przybrały barwę ciemnego srebra od morskiej wody, połyskują na nich krople, ciało jest bezwładne, skóra sina, ubranie przemoczone. I wtedy słyszy westchnienia kobiet, czuje, że wszystkie na nią patrzą. Pani Brown kładzie czerwoną, spracowaną dłoń na jej ramieniu i Dorothy się odwraca, rozumie, że sklepikarka wypowiada jej imię, chociaż w uszach jej dzwoni, bo już to widziała…
Jedna drobna stopa w brązowym trzewiku się kołysze, druga zwisa sina, zmarznięta i goła.
Jak we śnie wychodzi ze sklepu. Wszystkie kobiety podążają za nią, jedne obserwują ją, inne mężczyznę z dzieckiem. Dorothy jest jak prująca się robótka, bo z pewnością zobaczyła ducha. Rusza ku nim i wyciąga rękę, ale Joseph się nie zatrzymuje, idzie w górę brukowanej ulicy, a kobiety ze sklepu kroczą za nim niczym orszak pogrzebowy. Na rogu odwraca się ku nim i kręci głową, by je powstrzymać, i wtedy wszystkie to widzą – naga stopa się kurczy, bezwładna ręka sztywnieje i nagle dziecko wydaje z siebie zdławiony kaszel, a Joseph zrywa się do biegu tak szybko, jak potrafi w marznącym deszczu, i znika im z oczu, skręcając za róg do domu pastora.
Dorothy się nie poruszyła. Usiłuje oddzielić wtedy od teraz, ale to zbyt trudne. Niemal idzie z nimi, niemal wierzy, że to on, zamiast tego jednak wlecze się do domu, z trudem pokonuje schody, nie zamknąwszy nawet frontowych drzwi, jej ciało jest zbyt ciężkie lub zbyt lekkie, nie jest pewna jakie. Ledwo rozpoznaje swoją sypialnię, przechodząc obok szafy, której nigdy nie otwiera, i niepewnie zbliża się do komody.
Śnieg z deszczem, nawiewany z ukosa od morza, dudni i grzechocze oknami, wiatr z jękiem wpada przez drzwi, pędzi w górę po schodach i znajduje ją klęczącą na podłodze, otwierającą dolną szufladę. Dorothy wsuwa dłonie między wełniane kamizelki i bieliznę, aż opuszki jej palców to odnajdują. Przez moment szokuje ją, że ta rzecz nie jest mokra. Dotyka znajomych załamań skóry, potem wyjmuje przedmiot i kładzie w kołysce swojego fartucha, oburącz delikatnie go obejmując. Zamyka oczy, opiera czoło o komodę, wdycha zapach małego brązowego trzewika, w którym nadal, po tylu latach, obecna jest nuta słonej wody.
W sklepie pani Brown bierze koszyk Dorothy, z powrotem wkłada do niego cebule i ziemniaki, a potem pomimo wczesnej godziny odwraca w stronę ulicy tabliczkę informującą o zamknięciu.
Tej nocy po raz pierwszy od lat śni o Mosesie. Chłopiec bawi się w płytkich falach przy brzegu. Dorothy oparta o skałę czuje jej ciepło przez cienką bawełnę sukni, pozwala mu się wsączyć w skórę na łopatkach. Obserwuje chłopca, srebrne włosy oświetlone słońcem, mieniącym się światłem z morza, wszystkimi odcieniami, które podsuwa pamięć. We śnie Dorothy zasypia, a kiedy się budzi, jest zima, ciemne niebo wisi nisko, szaleje sztorm. Fale są ogromne i Dorothy biegnie brzegiem, wołając go, ale wiatr porywa jej głos i rzuca nim pod niebo. I kiedy już myśli, że go straciła, odnajduje go, przeciągniętego przez nurt wzdłuż plaży, stojącego jak przedtem, a nad nim raz po raz rozbijają się fale. Odwraca się i spokojnie uśmiecha, oczy ma zielone i zmienne jak morze.
– Mama?
Kiedy Dorothy się budzi, naprawdę się budzi, na dworze lamentuje wiatr, a poduszka zaciśnięta w jej lodowatej pięści jest mokra.
Nazajutrz cała wieś chce o tym rozmawiać, chociaż wszyscy udają, że z czystej przyzwoitości tego nie robią. Kobiety starają się przyśpieszyć kroku na oblodzonych kocich łbach, idąc do sklepu pani Brown po kilka rzeczy, których nie potrzebują, zanim drogi prowadzące do wioski zamarzną i odetną je jak każdej zimy.
Kładą to i owo do koszyków, potem ustawiają się w kolejce, by zapłacić, i czekają, aż pani Brown, jak to ma w zwyczaju, przejmie inicjatywę, jedną rękę kładąc na ladzie, drugą spinając ołówkiem luźne kosmyki siwych włosów za uchem. Jednak dzisiaj jest dziwnie cicha i gdy podlicza sumy, z jej oczu nic się nie da wyczytać.
– Och, na litość boską, nikt tego nie powie? – To Norah, w swej chudości i ostrości rysów stanowiąca przeciwieństwo pani Brown. Pozostałe kobiety odprężają się i odstawiają koszyki, zadowolone, że ktoś ośmielił się powiedzieć na głos to, o czym wszystkie myślą. – Niech Bóg ma nas w opiece, myślałam, że zobaczyłam ducha! – Zamyka oczy, po czym pośpiesznie je otwiera, by się upewnić, że na nią patrzą. – Ten chłopiec wyglądał wypisz wymaluj jak… to znaczy, myślałam, że to… ale sobie uświadomiłam, że przecież jest w takim samym wieku. Ile to lat minęło? Piętnaście? Dwadzieścia?
– Gdzie go znalazł?
– Morze w czasie sztormu wyrzuciło go na plażę, tak powiedział pastor…
– Ale żywego, to się w głowie nie mieści!
– Słyszałam, że im powiedział…
– Och, ucisz się, byłam tam dzisiaj rano. Nie powiedział ani słowa!
– Więc go widziałaś?
– No nie, ale Martha mówiła…
Kobiety wymieniają spojrzenia, z których jasno wynika, co sądzą o tej informacji.
– To coś znaczy, jestem tego pewna – mówi Norah cicho, tajemniczo. – Nawet ten trzewik…
Po tych słowach zapada milczenie, cała ta sytuacja jest zbyt niesamowita, zbyt podobna. Nawet pani Brown przerywa rachunki z cebulą w jednej dłoni, ołówkiem w drugiej, przytłoczona dziwnością tego wszystkiego.
Norah nadal bada grunt.
– Cóż, zawsze mówiłam, że to dziecko…
W końcu pani Brown przerywa milczenie.
– Dość tego paplania. Nie macie litości? Nie wiem jak wy, ale ja nie mogę cały dzień gadać. Będzie padał śnieg i chcę wrócić do domu przed zachodem słońca, dziękuję bardzo.
Monety niechętnie brzęczą na ladzie, gdy kobiety płacą, biorą koszyki i wychodzą, obrażone i właściwie zaskoczone. Bo jeśli w wiosce jest ktoś, kto przez te lata nie okazywał Dorothy Gray zbyt wielkiej litości, to z całą pewnością była to pani Brown.
– Jak się miewa chłopak? – Joseph stoi w progu, mnąc czapkę w dłoniach.
Jenny, żona pastora, cofa się przed lodowatym powiewem, który gość ze sobą przyniósł, jej wzrok skacze po jego twarzy i przenosi się na ulicę. Wzdycha.
– Lepiej wejdź, zamknij drzwi, bo zimno.
Joseph przekracza próg domu pastora po raz drugi w tym tygodniu. Za pierwszym razem szok wywołany znalezieniem dziecka odebrał mu zmysł obserwacji, teraz zauważa, jak blisko rozwiązania musi być Jenny, jej brzuch się obniżył i jest wydęty, widzi w holu przygotowany już wózek dziecięcy i to, że prowadząc go do środka, Jenny okazuje jedynie ślad niechęci. Służąca Martha podnosi wzrok znad wyrabianego ciasta i kiwa głową.
– Poczekaj tutaj, Josephie, pójdę po męża – mówi Jenny.
Żar pieca sprawia, że dłonie boleśnie go kłują, ale przysuwa się bliżej, wdzięczny za ciepło. W chwili gdy Jenny zamyka drzwi i jej kroki cichną, Martha wyciera pokryte mąką ręce w fartuch.
– Pewnie chcesz czegoś gorącego do picia, Josephie? Wyglądasz, jakbyś do połowy zamarzł. – Teraz uśmiecha się bardziej naturalnie.
– Nie, zaraz wracam do własnego pieca. – Joseph patrzy na zamknięte drzwi, nasłuchuje ciszy na korytarzu. – A ten chłopak, jak on się czuje?
Martha zerka nerwowo na drzwi i pośpiesznie odpowiada:
– Nie powiedział ani słowa. Głównie śpi. Ugotowałam mu bulion wołowy, karmię go i pilnuję, żeby ogień nie zgasł.
– Więc żyje? Nie umrze z zimna ani… – Joseph z trudem przełyka ślinę.
Na korytarzu rozlegają się kroki, Martha wraca do wyrabiania ciasta. Joseph wyciąga ręce nad piecem i Jenny sprawia wrażenie zadowolonej, że znajduje oboje w tych samych pozycjach, Joseph nadal ma płaszcz na sobie, nie siedzi, nie zaczyna się czuć tutaj jak u siebie.
– Pastor teraz pracuje – mówi Jenny szorstko i patrzy znacząco na roztapiający się lód, który kapie na podłogę jej kuchni. – Chłopiec będzie żył, Josephie, postąpiłeś słusznie, przynosząc go do nas. Jak tylko jego stan się poprawi, a pogoda na to pozwoli, zabiorą go do szpitala w głębi lądu, potem zaś, jak Bóg da, wróci do domu. – Odwraca się ku drzwiom. – Jak widzisz, jesteśmy zajęci, więc…
Joseph dziękuje skinieniem głowy i wychodzi na śnieg. Jest pewien, że wcześniej o nim rozmawiano, jakby to, co stało się tamtej nocy dawno temu, w jakiś sposób miało z nim coś wspólnego. Teraz znowu będą gadać. Można by pomyśleć, że się uodpornił, ale to nieprawda, i wychodząc, kopie w kamienny stopień domu pastora.
W dole na Piaskach rzuca się w wir pracy, którą musi wykonać przy swojej łodzi, wyrywa zgniłe deski z pokładu, szczękę ma zaciśniętą, dłonie ledwo ciepłe dzięki niewielkiemu płomieniowi w misie z żarem.
A potem widzi Dorothy, która stoi na dole Stopni i patrzy na morze. Jeszcze go nie zauważyła, więc Joseph wykorzystuje okazję, żeby się jej przyjrzeć.
Dorothy nie jest już tą chłodną młodą kobietą, która dawno temu przyjechała do wsi, której spojrzenie było ostre jak nóż, a każda mina rzucała wyzwanie. Joseph pamięta szybsze bicie serca i oddech więznący w gardle, kiedy po raz pierwszy zobaczył ją stojącą w tym samym miejscu co teraz, z dłonią uniesioną do włosów. Zawsze tak bardzo różniła się od dziewcząt ze Skerry, od ich skłonności do flirtowania z nim, chichotów i płochego usposobienia.
Kiedy zaczęła wyglądać tak staro?
Przez lata obserwował ją w kościele, zawsze była pierwsza, zawsze zostawała, gdy wszyscy wyszli, wypełniała swoje obowiązki, zanosiła paczki żywnościowe do przytułków dla ubogich, do Jeanie w jej chatce na klifie. Joseph wie, że nadal uczy w szkole i dzierga dla rybaków, chociaż on nie zna nikogo, kto nosiłby jej swetry. Jak wiele razy wcześniej zadaje sobie pytanie, dlaczego pozostała w Skerry, skoro jej mąż nie wrócił i straciła Mosesa.
Wraca myślami do teraźniejszości.
Coś jeszcze wydaje się w niej inne. Joseph znowu kuca i mruży oczy. Dorothy nie ma na sobie porządnych butów, a jej płaszcz – mężczyzna przymyka powieki i dla pewności przygląda się ponownie – jest krzywo zapięty, jedna poła zwisa niżej niż druga. Dorothy nie idzie tak typowym dla siebie energicznym krokiem. Prawdę mówiąc, chyba nie ma pojęcia, dokąd zmierza, co chwila przystaje i patrzy w morze. Jest blada, ma ściągnięte usta, plecy już nie są proste, wąska talia, którą dawniej w wyobraźni obejmował dłońmi, pogrubiała, rude włosy zmatowiały i są poprzetykane siwizną.
Joseph odwraca się i wyrywa z pokładu kolejne zbutwiałe deski. To przez nią uciekła mu miłość. Podane rano śniadanie, ogień witający po powrocie do domu, kolacja na stole, ciepłe ciało obejmowane we śnie – cała ta domowa przytulność, której może oczekiwać mężczyzna, wszystko to go ominęło.
Dorothy nie patrzy w jego kierunku, nigdy tego nie robiła od odejścia Mosesa, i to Josephowi odpowiadało, ale nadchodzi pora, gdy zostanie zmuszona, by raz jeszcze spojrzeć mu w oczy.
Ponieważ nie zapomniał tamtej kłótni i zła, jakie mu wyrządzono. Wie, że ona także o tym nie zapomniała.
Nie potrafi nic na to poradzić, musi zobaczyć. W głębi duszy wie, że to nie on. Wielkie nieba, jest nauczycielką. W życiu kieruje się logiką. A dziecko nie może – jej serce odwraca się od okrutnego słowa potrzebnego w tej chwili – nie może być zaginione i po tak długim czasie wrócić, mając tyle samo lat co wtedy. Wie o tym. Tak, wie, myśli, z ulgą oddychając i kładąc dłoń na drewnianym stole, jego solidność nadaje ciężar myślom. Ale przed oczami staje jej buzia dziecka, kiedy Joseph niósł je Copse Cross Street, i przez moment Dorothy nie potrafi złapać powietrza.
Zanim zdąży zmienić zdanie, łapie płaszcz, wkłada buty i otwiera frontowe drzwi. Domy stojące przy ulicy i sama ulica niemal zniknęły pod ciężkim woalem śniegu, niebo nadal jest od niego posępne, ale Dorothy biegnie w górę ulicy. Nie zagląda do wnętrza sklepu pani Brown, nie chce zobaczyć ich wszystkich przy ladzie i tej kobiety gapiącej się na nią, chociaż przez sekundę czuje znowu jej dłoń na ramieniu, a razem z tym coś na kształt gniewnej dezorientacji. Trochę za późno na dobroć – myśli i w wyobraźni strząsa dłoń z ramienia.
Kiedy dociera do domu pastora, puka do drzwi, dygocząc na całym ciele. W kuchni Martha nuci coś niemelodyjnie. Dorothy nie słyszy słów, ale przy akompaniamencie szczękających garnków piosenka tworzy atmosferę prostego domowego życia. Puka ponownie, tym razem głośniej, jakby kazali jej czekać.
Otwiera zakłopotana Martha.
– Pani Gray, no nie, jest pani dzisiaj drugim gościem. Przed chwilą był tu Joseph.
Serce Dorothy się ściska.
Kiedy do kuchni wchodzi Jenny i widzi Dorothy, jej dłonie instynktownie wędrują do zaokrąglonego brzucha, jakby chciała ochronić dziecko w swoim łonie przed długim cieniem straty poniesionej przez tamtą, przed rzeczą niewyobrażalną.
– Pani Gray. Czego pani sobie życzy?
– Byłabym wdzięczna, gdybym… Czy zgodziłaby się pani, żebym zobaczyła dziecko?
Nie potrafi się zmusić do błagania i stoi sztywno w tej kuchni, gdzie brzemienna kobieta obejmuje swoje nienarodzone dziecko, służąca miesza w garnku na piecu, a ciepły aromat gulaszu unosi się w powietrzu.
Otwierają się drzwi i wchodzi pastor. Na widok Dorothy staje jak wryty.
– Chce zobaczyć chłopca – mówi jego żona, patrząc na niego znacząco.
Pastor przez moment sprawia wrażenie, jakby nie wiedział, co zrobić, ale zaraz przelotny błysk zrozumienia przemyka mu po twarzy. Kiwa głową.
– W takim razie chodź ze mną, Dorothy.
Na dźwięk swojego imienia kobieta czuje pieczenie pod powiekami i pośpiesznie mruga, podąża za pastorem wyłożonym kamieniem korytarzem i wchodzi po schodach. W końcu stają przed drzwiami, za którymi, jak dobrze wie, jest chłopiec. Przez chwilę jest tak, jakby drzwi miały się otworzyć na jej pokoik z małym drewnianym łóżkiem pod oknem, a ona, przekraczając próg, wróciłaby w przeszłość.
Ale to oczywiście niemożliwe. W tym pokoju płomień olejowej lampy migocze na nocnym stoliku i w kominku trzaska ogień. Zasłony są zaciągnięte, dzięki czemu jest tu ciepło i przytulnie, na ścianach igra żółte światło.
Oczy Dorothy dostosowują się dopiero po chwili i wtedy widzi, że chłopiec śpi. Znowu odczuwa szok na widok jego srebrnych włosów na poduszce. Bierze w dłonie jego policzki, refleksy światła lśnią na miękkim dziecięcym puszku. Chłopiec otwiera oczy. Są zielone. Brakuje jej tchu.
Uśmiecha się nieznacznie i spokojnie, oczy są zielone i zmienne jak morze. Mama?
Chłopiec wpatruje się w nią pustym wzrokiem, oddech mu przyśpiesza.
– To nie on, Dorothy. Przecież widzisz. – Dłoń pastora spoczywa delikatnie na jej ramieniu i nagle ogarnia ją wstyd. Ona, dorosła kobieta, myśli o takich bzdurach, ale czuje pustkę w brzuchu, kiwając głową.
– Oczywiście, wiedziałam.
Pastor ściska jej ramię.
– To było straszne, Dorothy. – Kobieta czuje na sobie jego wzrok, sama jednak patrzy przed siebie. – Nigdy się nie dowiedzieć, nie być w stanie…
– Tak, no cóż, dziękuję, pastorze. Naprawdę. Chłopak wygląda na otoczonego troskliwą opieką. Sama nie wiem, dlaczego tu przyszłam. – Śmieje się ostro i odwraca. Śpiesząc na dół po schodach do holu i wyjścia, odwraca się, by się pożegnać, i widzi wyraz twarzy pastora, jest skonfundowany i lekko wstrząśnięty. A za nim koło wózka na podłodze porzucony brązowy trzewik. Wypada na dwór, gdzie śnieg teraz zamarza i w jej oddechu połyskuje lód.
Zimne powietrze jest szokiem, Dorothy myśli, że zachoruje.
Zbliżając się do domu, zaczyna biec, a kiedy jest w środku, z trzaskiem zamyka drzwi i opiera się o nie plecami z dłonią na walącym sercu, z trudem łapiąc powietrze.
W progu wyczuwa przeszłość usiłującą wedrzeć się do środka i kurczowo zaciska powieki, by jej nie wpuścić.
Kiedy tamtej nocy się obudziła, od razu wiedziała – tak jak pukając do drzwi, już wiesz, że nikogo nie ma w domu – Mosesa nie było. Sztorm szalał, dom był jak statek zerwany z cumy, wiatr napierał na każde okno, każde drzwi. Nie miała pojęcia, skąd brała się ta pewność, ale gorączkowy rzut oka do jego pokoju ją potwierdził.
Nie dzisiaj w nocy, nie dzisiaj. Nie w tym sztormie.
Z oczami szeroko otwartymi z przerażenia przebiegła przez dwa pokoje na parterze.
Dalej nie potrafi się posunąć, nigdy nie potrafiła. Oddycha głęboko, powoli i czeka, aż jej serce wróci do regularnego rytmu. Mija jakiś czas i wreszcie wie, że znowu jest sobą, więc dokłada drewna do pieca i stawia na nim zupę do podgrzania. Nie, przeszłość może i jest u drzwi, ale minęło zbyt wiele czasu, by ją wpuścić. Pewnie nie będzie w stanie ignorować strasznych podobieństw, ale nie ma potrzeby, najmniejszej potrzeby, by znowu to wszystko wywlekać.
Joseph mógłby napić się w domu, ale dzisiaj wieczorem ciągnie go do tawerny w wiosce, do przypływów i odpływów ludzkich głosów. Śnieg zmienił się w śnieg z deszczem. Jest gęsty i mokry, Joseph mocniej otula się płaszczem. Spadnie więcej śniegu – myśli.
Drzwi skrzypią przy otwieraniu, wiatr zatrzaskuje je za nim. Płomienie w kominku migoczą na twarzach rybaków, którzy się odwracają, by na niego spojrzeć. Joseph wkracza w zaduch stęchłego piwa, dymu papierosowego i ciepła.
Po zaskoczeniu trwającym odrobinę za długo ktoś woła:
– Hej, Joseph, chłopie, szmat czasu!
Agnes przerywa wycieranie kontuaru, nieruchomieje i patrzy na niego, potem wraca do rzeczywistości.
– Czego się napijesz?
Joseph podchodzi do stołu, przy którym pośród innych mężczyzn siedzi kilku z jego załogi. Jest miejsce, ale Scott, mąż Agnes, rozpiera się i wypełnia przestrzeń.
– Trochę tu ciasno – mówi.
Spojrzenia innych zamykają mu usta, ktoś przynosi stołek. Joseph siada, mężczyźni się przesuwają. Przez chwilę wpatrują się w swoje kufle i popatrują z ukosa jeden na drugiego. Ktoś odchrząka.
– Jak się miewasz?
– Dobrze – odpowiada Joseph. – Zimno. Napada więcej śniegu.
– Okropny sztorm – dodaje jeden z mężczyzn, pozostali mruczą na zgodę i pochylają się nad stołem, skoro teraz już o tym wspomniano.
– Więc po prostu tam był, na Piaskach?
Joseph spija pianę i kiwa głową.
– Ale gdzie?
– Przy Skałach?
Dzikość tamtego sztormu sprzed lat powraca z rykiem i Joseph przelotnie zamyka oczy.
– Dziwne, że to ty…
– Zaraz, zaraz, to mógł być każdy z nas.
– Owszem, ale nie był…
– Słyszałem, że dobrze sobie radzi. Widziałeś go, Josephie?
Joseph przekazuje im tylko część tego, co chcą usłyszeć.
– Poszedłem do pastorówki. Spał. Jenny mówi, że będzie żył.
– Uważaj, bracie – mówi ktoś cicho i Joseph mocniej chwyta kufel, podczas gdy Scott odpycha stołek i wpada na Josepha w drodze do kontuaru. To jeden z powodów, dla których Joseph unika tawerny.
Pije, udając tak niezainteresowanego jak to możliwe, i rozmowa schodzi na inne tematy, poczynione szkody, dachy, które trzeba naprawić, niezwykły sposób, w jaki sztorm wywiewa piasek z plaży, odsłaniając leżący pod nim pradawny krajobraz z bryłami skamieniałego lasu przedzierającego się na powierzchnię, zakłócającego kształt brzegu.
Kiedy drzwi znowu skrzypią i Joseph wychodzi, także do niego przeszłość podkradła się bliżej.
– To była dziwna sprawa, nie? – Pytanie jest na tyle niejednoznaczne, że mężczyzna może mówić o chłopcu wtedy lub chłopcu teraz.
– Nigdy potem już nie był taki sam.
– Joseph to dobry człowiek, cichy i nie ma w tym nic złego. To rybak, na którym można polegać.
– Wiadomo że to powiesz, pracujesz z nim.
– Tak, i jestem z tego dumny. – Mężczyzna kiwa głową, jakby to kończyło sprawę.
Ale oczywiście nie kończy. Nigdy nie kończy, jeśli obecny jest Scott.
Nie zamierza porzucić tematu.
– Powiedz mi w takim razie, skąd wiedział, gdzie to było? To znaczy but chłopaka?
Agnes wzdycha i opiera się przedramionami na kontuarze.
– Naprawdę? Nie możemy porozmawiać dzisiaj o czymś innym?
Zapada niemiła cisza. Kilka prób nawiązania pogawędki pada w próżnię. Scott idzie do kontuaru, stawia kufel z większą siłą niż trzeba i wyciera pianę z ust.
– Rzecz w tym, że my wciąż nie wiemy, co się stało, no nie? To jest prawdą teraz i było prawdą wtedy. Wszyscy wiemy, co Joseph myślał o Dorothy, a zazdrość skłania mężczyznę do desperackich czynów. Może i jest dobrym rybakiem, ale niektórzy z nas chcą wiedzieć.
Rozlegają się pomruki, jedne na zgodę, inne – i tych jest więcej – wyrażają rozdrażnienie. Agnes sięga po dzwonek.
– Zamykamy – mówi, chociaż to jeszcze nie jest pora zamknięcia, i mężczyźni wkładają płaszcze, naciągają czapki na głowy, bo oczywiście deszcz ze śniegiem zmienił się w śnieg, płatki jaśnieją na tle czarnego nieba, i wszyscy wychodzą w wirującą noc.
Wreszcie sama, Agnes bezwładnie opiera się o kontuar. Nie znowu, nie po tych wszystkich latach. Może i niektórzy chcą się dowiedzieć, co wtedy się stało, ale czy ona nie dość wycierpiała?
To właśnie wiedza była powodem udręki.
Wtedy
Pastor spotyka się z Dorothy na stacji i niesie jej walizkę; gdy pokonują ostatnią milę do Skerry, droga łagodnie opada, w oddali morze błyszczy od słońca. Zapach kolcolistów unosi się w powietrzu, a kiedy droga skręca w prawo i w dół, w zasięgu wzroku pojawia się wioska. Więc wreszcie jest tutaj, w swym pierwszym miejscu z dala od domu. Przed oczami staje jej samotny pogrzeb matki w Edynburgu, żałobnicy, którzy przyszli z obowiązku, zimny kościół, ale to życie pozostawiła już za sobą.
Dorothy nabiera powietrza w płuca. Mijają pastorówkę i rząd przytułków, potem sam kościół, zbudowany w pewnej odległości od drogi, wreszcie sąsiadującą z nim szkołę, w której pastor jest zarówno dyrektorem, jak i nauczycielem. Najpierw pastor chce jej pokazać domek przypisany posadzie i wszystko wygląda tak, jak miała nadzieję: domek jest czysty i schludny, świeżo pomalowany, w kuchni są nawet podstawowe sprzęty. Dorothy jest podekscytowana, ale też zmęczona po długiej podróży, z wyczerpania bolą ją kości. Po wielu uprzejmych pożegnaniach i naleganiach, by wieczorem zjadła kolację z pastorem i jego nowo poślubioną żoną Jenny, mężczyzna wychodzi, a Dorothy siada na krześle przy małym stole w kuchni i głęboko wzdycha.
I jest tak, że kiedy kładzie się do łóżka w nieznajomym pokoju, chłód i spokój nocy otulają dom, a ona słyszy szum morza, którego jeszcze nie widziała. Wyobraża je sobie – jest czarne pod nocnym niebem, w falach odbijają się gwiazdy, aż wreszcie Dorothy zapada w głęboki sen.
W pierwszy sobotni poranek zaczyna urządzać salę lekcyjną tak, jak chce ją mieć w poniedziałek, pamiętając dewizę wpojoną jej w college’u – „porządek i dyscyplina, przestrzegane przez nauczyciela i uczniów, panujące w klasie” – te same idee matka wbijała jej do głowy przez całe dzieciństwo. Ustawia książki według wysokości, czyści tabliczki, wyrównuje ławki, wygładza suknię, podniecenie i zdenerwowanie sprawiają, że co rusz przerywa, spogląda na wzór tworzony przez ławki, na wioskę widoczną za czystym oknem i wdycha zapach niedawno umytych ścian. Kręci globusem i sprawdza, czy dzwonek lśni, gotowy wezwać uczniów pierwszego dnia, wciąga w płuca świeże, czyste powietrze nowego życia, chociaż głos matki zawsze jest przy niej: „Skerry, gdzie leży Skerry? Nie dziwota, że nigdy tej nazwy nie słyszałam – taka mała wioska! To na pewno będzie raczej pilnowanie dzieci niż ich uczenie, chociaż może to dla ciebie najlepsze wyjście”, aż w desperacji Dorothy pragnie natychmiast opuścić klasę.
Kiedy wychodzi na lunch, ma czas na zrobienie tego, o czym myśli od przyjazdu. Czuła zapach, widziała je w oddali, nawet słyszała w swoim domku – swoim domku! – na szczycie wzgórza, jednak dotąd nie postawiła stopy na plaży. Piaski Skerry.
Ruszając w dół zbocza, jest świadoma wzroku ludzi skupionego na niej, niektórzy mężczyźni dotykają czapek, kobiety patrzą, potem nachylają się, by powiedzieć coś przyjaciółkom lub mężom. Wszyscy z pewnością wiedzą, kim jest, i oczywiście są ciekawi, dlatego Dorothy układa rysy w wyraz zdystansowanej uprzejmości, stosownej dla jej profesji, i idzie, czując ich oczy na plecach. Po prawej stronie widzi Sklep Spożywczy i Cukierniczy pani Brown, witryny są czyste i zastawione znajomymi produktami – herbatą Liptona, musztardą Colmana, płatkami Quaker – więc bez namysłu wchodzi do środka, by sprawdzić, co jeszcze mają. Może kupi coś na lunch. Wyobraża sobie, jak siedzi na plaży, je ciasto, obserwuje łodzie, ale zaraz odsuwa tę myśl od siebie. Jeść na dworze? Sama? Co za pomysł, mówi sobie, otwierając drzwi. Brzęczy dzwonek, a ona czeka, aż wzrok jej przywyknie do półmroku.
Przy ladzie po prawej stronie stoi kilka młodych kobiet, smuga słonecznych promieni pada na ich zwrócone ku niej twarze. Dorothy uśmiecha się i kiwa głową, czuje ich wzrok na swojej nowej sukni, szerokim koronkowym kołnierzu, wyglansowanych butach, i widzi, jak wymieniają spojrzenia.
– Więc jest pani nową nauczycielką, tak? – Kobieta składa się z samych płaszczyzn i kątów, Dorothy nie potrafi w jej głosie wyczytać śladu życzliwości.
– Tak, jestem panna Aitken, Dorothy Aitken. – Robi krok do przodu z wyciągniętą ręką.
Ktoś prycha, potem kaszle i znowu ta wymiana spojrzeń. Więc to tak – myśli Dorothy – dokładnie jak mówiła matka: trzymaj się z dala od plotek, musisz myśleć o swojej pozycji – uśmiech sztywnieje jej na wargach, brwi unoszą się akurat tyle, ile trzeba.
Kobieta za ladą wymienia nazwiska obecnych:
– Panna Bell, Ailsa Bell, panna Barclay, Norah Barclay.
Do Dorothy po chwili dociera, że łagodnie z niej kpi. Cóż, tylko tego może się spodziewać, więc każdą z kobiet po kolei pozdrawia, po czym wolno wędruje po sklepie, podnosząc opakowania i czytając, co na nich napisano, by pokazać, że nie wytrąciły jej z równowagi. W końcu wybiera coś, czego nie potrzebuje, kakao Cadbury, i przystaje, aż wreszcie kobiety przepuszczają ją do lady, na której kładzie monety, a sztywny uśmiech ani na sekundę nie znika z jej twarzy. Czuje ulgę, że wygrała tę drobną potyczkę, taktykę poznała już na placu zabaw, sztuka polega na tym, by pośród chytrych odzywek i spojrzeń utrzymać uśmiech i lekko uniesione brwi, przez co oceniający wzrok spływa po tobie, jakby nic cię to nie obchodziło. Kiedy jednak wychodzi i zamyka za sobą drzwi, podążają za nią słowa: „A niech to, ale szczęściary z nas, że odwiedziła nas Wielmożna Pani Nadęta” i wybuch śmiechu. Wychodzi na słońce i po sekundzie rusza energicznym krokiem.
U stóp wzgórza droga zakręca wzdłuż klifu i nagle Dorothy stoi na szczycie stromych kamiennych schodów prowadzących na plażę, a przed nią rozciąga się połyskliwe, cętkowane od słońca morze, świeży wiatr niesie zapach soli i ryb, w oddali widać łodzie, słychać krzyki kołujących i nurkujących mew.
Ma zupełnie nieodpowiednie buty i liczy, że nikt nie zobaczy, jak ostrożnie schodzi po kamiennych stopniach z koszykiem w ręce, aż wreszcie staje na piasku. Wpatruje się w tę ogromną ruchliwą rzecz, we wzbierające i opadające fale, i nie wie, co zrobić z dziwnym dreszczem, który ją przechodzi. Na jednej z łodzi podnosi się mężczyzna i osłania oczy przed słońcem, by lepiej widzieć. Dorothy łapie się na tym, że odwzajemnia spojrzenie i stoją tak, przyglądając się sobie. Mężczyzna unosi dłoń i nagle Dorothy się reflektuje. Co powiedziałaby matka? Spuszczając oczy, dostrzega zdartą skórę trzewików i oblepiony piaskiem wilgotny rąbek sukni. Nie oglądając się za siebie, odwraca się i śpiesznie wchodzi po schodach.
Dorothy wyczekuje następnego dnia, kiedy pójdzie do kościoła. Pod wezwaniem Świętego Piotra, patrona rybaków, może to jedyne miejsce, gdzie Dorothy bez cienia wątpliwości wie, kim jest i gdzie przynależy. Zauważa z aprobatą, że dziedziniec jest schludny, rezultat pracy wielu rąk, a sama świątynia z wieżą zwieńczoną krenelażem prosta, bez dekoracji czy ornamentów innych niż śliczne łukowe okna wpuszczające do wnętrza słońce. Gromadzą się ludzie i Dorothy usiłuje wypatrzeć dzieci, które będzie uczyła, w wyobraźni widząc, jak wita je w progu klasy, gdzie wszystkie ustawią się w równy szereg, a potem każde znajdzie swoje miejsce z elementarzem, tabliczką i kredą.
W drzwiach pastor wita wiernych. Na widok Dorothy podnosi rękę.
– Panna Aitken, doskonale! Proszę wejść i poznać mieszkańców.
Serce jej wali, ale Dorothy przygładza suknię w talii, w ten sposób zwykle zbiera się w sobie, po czym dołącza do niego, układając usta w uprzejmy uśmiech. Kiedy staje obok pastora, ten wymienia imiona ludzi wchodzących do kościoła oraz podaje informacje o nich.
– To Norah i Ailsa – a na boku dodaje: – Norah należy do naszych najlepszych dziewiarek, a wypieki Ailsy… cóż, sama się pani przekona. – Dorothy rozpoznaje obie kobiety z wczorajszego spotkania w sklepie i żołądek trochę się jej ściska. – A to pani Brown. – Dorothy zauważa oficjalną formę użytą przez pastora oraz chłodne, oceniające spojrzenie kobiety, gdy ta koło nich przechodzi. Jej dziwny strój zaskakuje nauczycielkę. Luźna suknia ze sznurkiem zamiast paska i… przecież to chyba nie są męskie buty? A pastor mówi dalej: – Pani Brown wie wszystko i zna wszystkich, więc jeśli czegoś będzie pani potrzebowała, do niej należy się zwrócić. Szybko się tego nauczyłem. Ach, a to Jane i William. Smutna historia, opowiem ją pani kiedy indziej.
Kobieta jest starsza od mężczyzny, który pomimo wysokiego wzrostu ma w sobie coś z chłopca. Zatrzymują się i wymieniają z nią uściski dłoni. Kobieta, Jane, stoi blisko swego towarzysza i Dorothy nie potrafi stwierdzić, czy są rodzeństwem, czy małżeństwem. William uśmiecha się i mruży oczy przed słońcem.
– Dzień dobry, panno Aitken. Miło widzieć nową twarz w wiosce – mówi, ale Jane go odciąga, szczypiąc w policzek i dodając:
– Tak, istotnie.
Więc żona.
Dorothy poznaje cieśli, sieciarzy, farmerów i właścicieli małych gospodarstw, bednarzy i rybaków. Kobiety przędą, tkają, oprawiają i wędzą ryby, jedna jest krawcową – Dorothy notuje to myślach – i jest tak wiele dzieci, czepiających się spódnic matek lub trzymających je za ręce. Wkrótce Dorothy gubi się w gąszczu imion, tyle ich jest, i pragnie uciec przed badawczymi spojrzeniami, przed niekończącymi się komentarzami pastora w chłodnym mroku kościoła.
Wszyscy już siedzą, kiedy Dorothy wchodzi i zajmuje miejsce w ławce z tyłu koło jakiegoś starca, wdzięczna za ciszę zapadającą w świątyni, gdy pastor odczytuje ogłoszenia: wieczory robótek ręcznych, grafik prac na rzecz kościoła, datki na biednych. Jego twarz traci kontury, kiedy Dorothy rozgląda się po zebranych, po wiercących się, szturchających dzieciach, po rodzinach i parach, wszystkich tych ludziach, z którymi będzie musiała nauczyć się żyć, mówiąc sobie przy tym, że nie szuka konkretnej osoby, rybaka osłaniającego jedną dłonią oczy, drugą podnoszącą się w pozdrowieniu, przez chwilę na Piaskach byli tylko oni i nikt więcej.
Nie ma go tutaj.
Problem z Josephem – myśli Agnes, nastawiając wodę do zagrzania i już teraz odwijając mydło z papierka – polega na tym, że jest inny. Inny niż jej ojciec, inny niż pozostali chłopcy. Och, z tamtymi może się pośmiać, przyjemnie z nimi flirtować, słuchać sprośnych żartów, szelmowskich aluzji, ale Agnes wie, o co w tym chodzi i do czego prowadzi. Dzisiaj rano siniak rozkwitał na policzku mamy, twarz puchła, zamykając oko do połowy.
Pośpieszne małżeństwo z niewłaściwym mężczyzną.
Joseph przyjdzie później, w piątki zawsze jest u nich na kolacji, czasami przynosi wybornego kraba albo koszyk raków złapanych w sadzyki. Woda jest prawie dobra, a ponieważ maluchy są w szkole, starsi pracują, a Jeanie nie wróciła jeszcze z targu rybnego, Agnes rozbiera się i kładzie na podorędziu flanelę i ręcznik. Sęk w tym, co powinna zrobić, żeby zobaczył, że Agnes dorasta, przestaje być jak młodsza siostrzyczka? Może i jest pięć lat od niego młodsza, ale są dziewczęta, które w wieku osiemnastu lat wyszły za mąż i już urodziły dzieci. Wzdycha. Przyjaciółka powiedziała jej, że dobrze jest wykąpać się w lawendzie, więc Agnes kruszy główki do miski i zalewa wodą. W pokoju unosi się ziemisty zapach. Agnes szoruje twarz, myje piersi i pachy, wygrzebuje brud zza paznokci i dokładnie je szczotkuje. Myje się między nogami, wreszcie stawia miskę na podłodze i szoruje stopy. Energicznie się wyciera, wkłada pończochy i suknię, ta na dni robocze czeka z ubraniami reszty rodziny na poranne pranie. Szczotkuje włosy, odliczając – ta sama przyjaciółka poradziła, żeby szczotkować je sto razy, wtedy będą lśniły. Agnes dochodzi do dwudziestu trzech, kiedy ze wzgórza dobiega słaby odgłos dzwonka kończącego lekcje.
Biegnie z miską do ogrodu i wylewa mętną zawartość w kącie koło chlewu, potem pośpiesznie wraca do domu pokroić cebulę na kolację, jakby wcale specjalnie się nie przygotowała na wizytę Josepha.
Popołudniowe światło rzuca refleksy z jej paznokci na nóż, a ona rozkoszuje się doznaniami wywoływanymi przez młode ciało, czyste i świeże w nowo zacerowanej sukni. Pewnego dnia brzemienna będzie gotowała kolację dla męża, może też z kilkulatkiem przy spódnicy, krzepkim chłopczykiem, i stworzy dobrą rodzinę, w której nikt nie będzie się bał ani nie śpiewał kołysanek, żeby zagłuszyć odgłosy z kuchni, gdzie ojciec tłucze matkę.
A może, myśli Agnes, gdy cebula zaczyna skwierczeć i dorzuca do niej skrawki mięsa od rzeźnika, może właśnie dzisiaj wieczorem Joseph w końcu ją zauważy.
Nie słyszała pukania, ale widzi list wsunięty pod drzwi i fragment swojego nazwiska na kopercie. Panna Aitken.
Serce jej mocniej bije, gdy podnosi kopertę i przez jedną szaloną sekundę myśli, że to znowu ten rybak.
Panno Aitken,
zapraszamy Panią na spotkania dziewiarskie pań w Sklepie Spożywczym i Cukierniczym w czwartkowe wieczory.
Pani Brown
Dorothy wzdycha.
Panna Aitken, nie Dorothy.
Pani Brown.
Z trudem przełyka ślinę. To uszczypliwe echo jej oficjalnego tonu i ironicznej reakcji kobiet w sklepie sprawia, że policzki jej płoną.
Siada w kuchni i ponownie czyta list. Może się pomyliła.
Panie.
Wielmożna Pani Nadęta.
Przypomina sobie grupki dziewcząt na placu zabaw, swoją sztywną oddzielność. Tak jak matka stojąca z dala od rodzin przy szkolnej bramie na koniec dnia. Dorothy szła, mierzona jej zimnym spojrzeniem, podczas gdy inne dzieci biegły. Mama nie lubiła biegania. Ani zabawy. Ani podniesionych głosów. Uszczypnięcie w delikatne miejsce na ramieniu okazywało się skutecznym nauczycielem, kiedy Dorothy się zapominała.
W dzieciństwie zawsze się wstydziła łatwo płynących łez, tej potrzeby, by okazywano jej miłość, by samej ku niej biec. Minęło wiele czasu, nim zdała sobie sprawę z satysfakcji matki, kiedy tak się zachowywała, z tego, jak łatwo manipulowała uczuciami córki, z władzy, którą dzięki temu zyskiwała.
Wzór zawsze był taki sam. Wzbierająca cisza powoli wypełniała dom, Dorothy trudniej było oddychać lub wykonać jakiś ruch, zamartwiała się o to, co zrobiła, że zasłużyła na tę zamkniętą twarz, nastrój rozczarowania, usta ściągnięte kurczowo jak sakiewka.
Próby udobruchania matki drobnymi gestami – podawała jej herbatę, którą ona piła z poczuciem zdystansowanego przekonania o własnej słuszności – sprawiały, że Dorothy słabła, niemal mdlała od rosnącego zdenerwowania.
Kiedy matka wreszcie decydowała się wybaczyć, rozpościerała ręce na znak, że kara dobiegła końca. Dla Dorothy był to także znak, by płakać z wdzięczności i żalu za grzech, o którego istnieniu nie miała nawet pojęcia, dopóki go nie popełniła. W rewanżu matka ją przytulała. Dorothy nienawidziła siebie za uległość, za obdarzenie matki tą władzą.
Dzień, w którym się nie rozpłakała, zmienił wszystko.
To był dzień, gdy ukradła cukrową laskę. Jej wzrok zawsze przyciągały słodycze w sklepie na rogu ich ulicy w Edynburgu. W drodze do szkoły przystawała przed witryną i wbijała spojrzenie w połyskujące w słojach cukierki, miętówki w lśniące biało-czarne pasy, jaskrawe landrynki i lizaki, cukrowe laski – już same te nazwy smakowały przepysznie w jej ustach. W czasie przerwy dziewczęta zaglądały jedna drugiej do szeleszczących papierowych torebek, które ze sobą przynosiły, potem z policzkiem wypchanym cukierkiem, z ustami ściągniętymi podczas ssania jak u ryby wymieniały się słodyczami, a ona pragnęła mieć coś, czym mogłaby się podzielić, albo coś, co mogłaby wymienić, i nie chodziło jej wcale o cukier ani o smak, tylko tak bardzo chciałaby z nimi być, brać udział w rozmowie, rywalizować w grze, jak włożyć trzy cukierki do ust, po jednym pod każdy policzek, a gdzie trzeci? Zamiast tego stała osobno i bawiła się w kocią kołyskę, udając, że ją to pochłania, rzucając spojrzenia z ukosa.
A potem nadszedł dzień, kiedy poszła do sklepu po herbatę i na ladzie leżała nowa dostawa cukrowych lasek. Nie włożono ich jeszcze do słoja, który także tam stał z dnem pokrytym cukrowym pyłem, i nie było nikogo, w każdym razie przy kontuarze, ani klienta, ani sklepikarza. Nigdy w życiu niczego takiego nie zrobiła, ta Dorothy, która znała wersety z Biblii, wypełniała kościelne obowiązki i zawsze uczęszczała do szkółki niedzielnej, ale teraz wzięła laskę, schowała ją do kieszeni płaszcza, wybiegła ze sklepu i popędziła do domu, gdzie ukryła zdobycz, kiedy matka nie patrzyła. Przez całą noc nie zmrużyła oka, martwiąc się popełnionym grzechem i zastanawiając nad karą, chociaż te myśli mieszały się także z wyobrażaniem sobie przerwy w szkole, kiedy będzie mogła wyjąć słodki przysmak.
Podczas porannych lekcji jej dłoń raz po raz wędrowała do kieszeni fartuszka, palce przesuwały się po lasce, do której teraz przykleiły się kłaczki. Pierwsza przerwa minęła, ale Dorothy stała na dziedzińcu, a laska w kieszeni wydawała się ogromna.
Na następnej przerwie stała w tym samym miejscu, ręce trzymając poza kieszeniami, by nie zwracać na nie uwagi.
– Dobrze się czujesz, Dorothy? – Nauczycielka patrzyła na nią ze zmarszczonym czołem i Dorothy przerażona kiwnęła głową.
Po lekcjach niektóre dziewczęta jak zwykle pobiegły do domu w uroczej, śmiejącej się, gawędzącej gromadce, na inne czekały uśmiechnięte matki. Jej matka stała osobno i Dorothy od razu dostrzegła, że wie. Oddech uwiązł jej w gardle. Sklepikarz musiał jej powiedzieć i teraz było już za późno, nie miała nawet czasu na pozbycie się laski. Droga do matki się zwęziła, Dorothy doświadczyła niezwykle dziwnego wrażenia, że sama z każdym krokiem się kurczy, tak że w chwili, gdy stanęła przed surowym obliczem matki, była maleńka.
Uszczypnięcie bardzo bolało. Ostre paznokcie matki pozostawiły półksiężyce przeciętej skóry.
Do domu szły w milczeniu, cukrowa laska obijała się ciężko o udo Dorothy osłabłej ze strachu. Kiedy drzwi się za nimi zamknęły, myślała, że chyba zemdleje, ale matka bez słowa ją zostawiła.
I wzór znowu się powtórzył: wzbierające milczenie, aura rozczarowania. A dla Dorothy poszukiwanie na twarzy matki oznak łagodnienia, zaparzenie herbaty, pytanie, jak matce minął dzień, zduszone pragnienie, by się przyznać, i rozpaczliwa potrzeba ostatecznego wybaczenia, która niemal ją dławiła, ponieważ tym razem naprawdę zrobiła coś złego.
W końcu matka przyszła do jej pokoju. Stanęła w progu, przekrzywiając głowę, z półuśmiechem anielskiej cierpliwości na twarzy.
– Teraz będziemy już pamiętać, by następnym razem pościelić łóżko, prawda, Dorothy? Nie jesteś zbyt wielmożną panią do takich zajęć, co?
W uszach Dorothy dudniła krew, stała jak skamieniała. Jej łóżko. Dłoń powędrowała do rany na ramieniu. Obrazy innych dziewcząt ze szkoły biegnących po lekcjach do uśmiechniętych matek, obojętność jej matki.
Dlatego zburzyła wzór.
– Dorothy?
Matka weszła do pokoju z rozpostartymi rękami, chociaż jej brwi ściągnęły się w wyrazie zdumienia.
Minęła chwila, nim Dorothy była w stanie przemówić, ale wytrzymała spojrzenie matki i siłą woli nakazała sobie nie płakać, mieć suche oczy.
– Tak, mamo? – odparła, szczypiąc się w zranione miejsce, by powstrzymać się od łez. Uniosła brwi, jakby zadawała sobie pytanie, dlaczego matka wypowiada jej imię, po czym z ustami wygiętymi w zimny uśmieszek złapała miotłę i wróciła do zamiatania, już na nią nie patrząc.
Tym razem to matka się kurczyła, gdy niepewnie stała na środku pokoju. Potem wyszła i zostawiła córkę samą.
Dorothy, trzęsąc się na całym ciele, padła na łóżko.
Nazajutrz w drodze do szkoły rozgniotła obcasem cukrową laskę i na każdej przerwie stała sama ze sznurkiem między palcami, nigdy nie zerkając w kierunku dziewcząt i ich paplaniny, szeleszczących torebek, słodyczy, od których robiło się jej niedobrze.
Wielmożna Pani Nadęta.
Siedząc w kuchni tyle lat później, pośpiesznie mruga. Jaką głupotą było myśleć, że tutaj sprawy ułożą się inaczej. Nie czytając listu ponownie, gniecie go i rzuca na zimne palenisko.
W tamten piątek Joseph przynosi kwiaty, wrzośce, bodziszki i żarnowce, które Agnes wkłada do słoja i stawia na stole. Matka próbuje ukryć siniak pod odrobiną pudru, a Agnes niespokojnie nasłuchuje kroków ojca na ścieżce i liczy, że nie będzie awantury.
Stawia garnek ze szkockim krupnikiem na stole, pochylając się nad Josephem w nadziei, że ten wyczuje lawendę, w której się wykąpała.
– Co to za smród? – Jej brat marszczy nos, gdy Agnes nalewa zupę do jego talerza. Chłopiec udaje, że wymiotuje, i pozostali się śmieją. Serce Agnes na moment przestaje bić. Dodała za dużo lawendy do wody? Siada na stołku i z pochyloną głową zaczyna jeść.
– Jak połowy w tym tygodniu, Joe? – Jeanie jako jedyna zdrabnia imię Josepha, roszcząc sobie prawo do bliskości, bo jego matka, zanim umarła na raka, była jej najlepszą przyjaciółką.
– Dobre, Jeanie. – Joseph uśmiecha się w ten swój swobodny sposób. – Smaczna zupa, Agnes. – Unosi łyżkę do toastu. – Pewnego dnia dasz szczęście mężowi.
Później ledwo drzwi się za nim zamykają, Agnes odwraca się do matki.
– Słyszałaś, co powiedział?
Jej siostra szeroko otwiera oczy.
– Co? Co takiego powiedział? – I zaraz dodaje: – Nic nie słyszałam!
Agnes wygania rodzeństwo z kuchni.
– Umyjcie buzie i ręce, potem do łóżka.
Wie, że pobiegną prosto do ogrodu bawić się i skorzystać z wygódki, odkładając pójście spać do ostatniej chwili, może więc będzie miała kilka minut sam na sam z mamą.
– Słyszałaś go, prawda? Co powiedział? – Agnes rozpaczliwie wpatruje się w matkę.
– Słyszałam. Mówiłam ci, Agnes, Joe już należy do tej rodziny. Jest dla mnie jak syn. Tylko krok dzieli go, by został nim także w oczach Boga. – Jeanie się uśmiecha, choć ze znużeniem, i krzywi się, podając Agnes talerz do wytarcia.
W ciszy sprzątają, przygotowują pranie na rano, zalewają płatki, wykonują wszystkie obowiązki, z których składa się ich długi, wypełniony zajęciami dzień.
– Lepiej zaprowadź dzieci na piętro, ojciec wraca.
Agnes przerywa pracę, dostrzega rozszerzone oczy matki, jej wstrzymany oddech, gdy obie nasłuchują ciężkich kroków ojca. Dzień blaknie w sińcach stłumionego błękitu i żółci. Dzieci się nie umyły, ale teraz jest na to za późno.
– Szybko, do łóżka. Tata wrócił. – Agnes moczy fartuch w beczce z wodą i wyciera im buzie i dłonie, gdy maluchy mijają ją, biegnąc na piętro. – Zaraz do was przyjdę, bądźcie cicho.
Agnes wchodzi do kuchni przywitać się z ojcem, a matka o ułamek sekundy za późno posyła jej ostrzegawczy grymas. Ojciec spycha córkę z drogi i siada, kołysząc się w milczeniu na stołku, podczas gdy Jeanie zdejmuje mu buty. Agnes bierze słój z kwiatami. Postawi go w pokoju, który dzieli z siostrami i bratem, a w drodze na piętro zanurza twarz w delikatnym aromacie dzikich kwiatów i ma nadzieję, że Joseph zerwał je dla niej.
Dorothy jest wyczerpana na koniec pierwszego tygodnia, w którym tak wiele dzieci przyszło do szkoły o różnych porach, że ciągle od nowa musiała zaczynać lekcje, w którym po rzuconej w jej stronę tabliczce miała siniaka na ramieniu, musiała upominać klasę zanoszącą się śmiechem na widok przekazywanego z rąk do rąk obraźliwego rysunku i zniosła wiele poniżających porażek. To wszystko tak bardzo się różni od szkół, gdzie odbywała praktyki, schludnych edynburskich szkół, innych niż ta zbieranina dzieci; jedne są nieumyte, inne nieuczesane, wiele zupełnie nieprzygotowanych, wszystkie siedzą nie tam, gdzie powinny, gadają i śmieją się, a pastor wsuwa głowę przez drzwi, by zobaczyć, skąd ten hałas, jego uprzejmy uśmiech jest w gruncie rzeczy gorszy od upokorzenia doznawanego ze strony dzieci wiedzących, że Dorothy się ich boi. Chciałaby pójść do domu i płakać, zamiast tego jednak kieruje się na Piaski, gdzie wiatr smaga ją w policzki i kłuje w oczy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. W.B. Yeats, Uprowadzone dziecko, w: W.B. Yeats, Miłość to wybór losu, przeł. Adam Pomorski, Warszawa 2023. [wróć]
