Chłopiec z morza - Julia R. Kelly - ebook

Chłopiec z morza ebook

Julia R. Kelly

0,0
38,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Przed laty morze go jej odebrało. Czy jest jeszcze szansa, żeby wrócił?

Szkocja, zima 1900 roku. Podczas sztormu na brzeg w niewielkiej rybackiej wiosce zostaje wyrzucony ledwie żywy chłopiec. Jest uderzająco podobny do syna miejscowej nauczycielki Dorothy, który wiele lat wcześniej zginął w morzu, będąc w tym samym wieku co chłopiec, a którego ciała nigdy nie odnaleziono.

Gdy śnieg odcina wioskę od świata, Dorothy zgadza się zaopiekować chłopcem do czasu, aż uda się ustalić, skąd pochodzi. Jego pojawienie się budzi wspomnienia, o których mieszkańcy od dawna starali się zapomnieć. Dawne sekrety powoli wychodzą na jaw, a Dorothy jest zmuszona ponownie stanąć twarzą w twarz z Josephem – samotnym rybakiem, z którym przed laty łączyło ją namiętne uczucie.

Poruszająca opowieść o stracie, nadziei i o tym, że przeszłość potrafi niespodziewanie do nas powrócić.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: THE FISHER­MAN’S GIFT

Wydawca: Adrian Tom­czyk Redak­tor pro­wa­dząca: Beata Koło­dziej­ska Redak­cja: Joanna Popio­łek Korekta: Ewa Gra­bow­ska

Copy­ri­ght © Julia Kelly 2025 Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Alina Sie­wior-Kuś, 2026

Pro­du­cent Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: sekre­ta­riat@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 00 www.dres­sler.com.pl

Dane do kon­taktu Wydaw­nic­two Świat Książki 02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2 e-mail: biuro@swiatk­siazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydaw­nic­two­swiatk­siazki.pl

War­szawa 2026

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, ksiazki.pl, czy­tam.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki ul. Poznań­ska 91 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-68872-35-4

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Dedykacja

Dla Oli­vera, Caluma i Emily

Cytat

Ludz­kie dzie­cię, pójdź tą dróżką!

Ku jezioru pójdź za wróżką,

W leśne gąsz­cze, ludz­kie dzie­cię,

Bo nie umiesz nawet zli­czyć, ile jest łez na świe­cie.

Wil­liam Butler Yeats1

Pro­log

Szkocja, 1900 rok

Joseph wie, że nad­cho­dzi sztorm. Widzi żółtą aure­olę wokół księ­życa i lodowy blask zimo­wego nieba, kiedy wraca z plaży, zatrzy­mu­jąc się co pewien czas, by dać odpo­cząć trzesz­czą­cym i skrzy­pią­cym kola­nom.

Póź­niej wiatr zmie­nia kie­ru­nek z zachod­niego na wschodni i Joseph, budząc się w nocy, czuje bestię przy­cza­joną daleko w morzu, jej ark­tyczny oddech, zmie­niony solny zapach. Mógłby ostrzec wie­śnia­ków, któ­rzy zapo­mnieli, jak odczy­ty­wać znaki: niski lot mew, wie­czorne niebo, wiatr, ale dla­czego miałby to robić? Niech sztorm zabie­rze im kominy, prze­razi psy, pośle koszule i prze­ście­ra­dła niczym stado skrzy­dla­tych zjaw ponad dachami. W końcu co wszy­scy zro­bili wiele lat temu, kiedy sztorm tyle mu ode­brał?

Szkwał wzniósł się nad Wier­chem, gdzie bydło gro­ma­dzi się w obo­rze, a owce zbi­jają się w stado na pastwi­sku. Pędzi pomię­dzy domami i skle­pami na Copse Cross Street, mija otwarte okno nad Spo­żyw­czym, z któ­rego pani Brown, jesz­cze na nogach, wygląda na wąską ulicę i roz­cią­ga­jącą się dalej czarną taflę roz­świe­tlo­nego gwiaz­dami morza. Wyczuwa zmianę w zapa­chu wia­tru, zamyka okien­nice, wraca do pieca, bie­rze na kolana psa Raba i czeka.

Dalej w dole zbo­cza, w cha­cie sto­ją­cej nie­opo­dal Stopni pro­wa­dzą­cych na Pia­ski Doro­thy zapala lampę i sta­wia ją na para­pe­cie okna na pię­trze – świa­tło w ciem­no­ści wska­zu­jące drogę do domu tym, któ­rzy zagu­bili się na mio­ta­nym gwał­tow­nymi falami morzu.

Kiedy sztorm dociera do małej rybac­kiej wio­ski przy­tu­lo­nej do kli­fów, zabiera z niej różne rze­czy. Krad­nie dachówki i owce, prze­wraca drzewa i roz­bija dwie łodzie o skały. Ale też coś przy­nosi, coś, co Joseph odnaj­dzie, kiedy naza­jutrz w roz­wod­nio­nym świe­tle poranka pój­dzie spraw­dzić swoją łódź.

Dar.

Pro­log

Dorothy

Śpie­sząc się do cze­ka­ją­cych w domu pale­nisk i garn­ków, kobiety nie­cier­pli­wie krążą po skle­pie pani Brown, przez szparę pod drzwiami do środka wsą­cza się brudna breja z wia­trem wciąż dokucz­li­wym po sztor­mie. Doro­thy jak zwy­kle igno­ruje głosy pod­no­szące się i cich­nące przy ladzie. Ona zwraca uwagę wyłącz­nie na ciszę. Koszyk nie­mal pusty, kilka ziem­nia­ków, jakieś cebule – widzi, jak klientki gro­ma­dzą się przy oknie, i ogar­nia ją prze­dziwne wra­że­nie. Skóra na jej ramio­nach się napina, zimny dreszcz wędruje tam i z powro­tem po karku, więc odsta­wia koszyk i także pod­cho­dzi do okna. Ściera mgiełkę z szyby i wygląda. Pomię­dzy kocimi łbami osiada mokry śnieg, niebo jest oło­wiane. Patrzy w górę zbo­cza i widzi sku­lo­nych miesz­kań­ców wio­ski ze spusz­czo­nymi gło­wami, z zaci­śnię­tymi powie­kami, z tru­dem wspi­na­ją­cych się po wąskiej uliczce, potem spo­gląda w dół na Pia­ski i wtedy wła­śnie go dostrzega.

Joseph.

Idzie środ­kiem drogi. Kiedy do niej dociera, co Joseph nie­sie, z jej piersi wyrywa się krzyk, ostry zwie­rzęcy lament. Jego twarz jest tak zszo­ko­wana jak pew­nie jej wła­sna: biała, z sze­roko otwar­tymi oczami. Włosy dziecka, które nie­sie na rękach, przy­brały barwę ciem­nego sre­bra od mor­skiej wody, poły­skują na nich kro­ple, ciało jest bez­władne, skóra sina, ubra­nie prze­mo­czone. I wtedy sły­szy wes­tchnie­nia kobiet, czuje, że wszyst­kie na nią patrzą. Pani Brown kła­dzie czer­woną, spra­co­waną dłoń na jej ramie­niu i Doro­thy się odwraca, rozu­mie, że skle­pi­karka wypo­wiada jej imię, cho­ciaż w uszach jej dzwoni, bo już to widziała…

Jedna drobna stopa w brą­zo­wym trze­wiku się koły­sze, druga zwisa sina, zmar­z­nięta i goła.

* * *

Jak we śnie wycho­dzi ze sklepu. Wszyst­kie kobiety podą­żają za nią, jedne obser­wują ją, inne męż­czy­znę z dziec­kiem. Doro­thy jest jak pru­jąca się robótka, bo z pew­no­ścią zoba­czyła ducha. Rusza ku nim i wyciąga rękę, ale Joseph się nie zatrzy­muje, idzie w górę bru­ko­wa­nej ulicy, a kobiety ze sklepu kro­czą za nim niczym orszak pogrze­bowy. Na rogu odwraca się ku nim i kręci głową, by je powstrzy­mać, i wtedy wszyst­kie to widzą – naga stopa się kur­czy, bez­władna ręka sztyw­nieje i nagle dziecko wydaje z sie­bie zdła­wiony kaszel, a Joseph zrywa się do biegu tak szybko, jak potrafi w mar­z­ną­cym desz­czu, i znika im z oczu, skrę­ca­jąc za róg do domu pastora.

Doro­thy się nie poru­szyła. Usi­łuje oddzie­lić wtedy od teraz, ale to zbyt trudne. Nie­mal idzie z nimi, nie­mal wie­rzy, że to on, zamiast tego jed­nak wle­cze się do domu, z tru­dem poko­nuje schody, nie zamknąw­szy nawet fron­to­wych drzwi, jej ciało jest zbyt cięż­kie lub zbyt lek­kie, nie jest pewna jakie. Ledwo roz­po­znaje swoją sypial­nię, prze­cho­dząc obok szafy, któ­rej ni­gdy nie otwiera, i nie­pew­nie zbliża się do komody.

Śnieg z desz­czem, nawie­wany z ukosa od morza, dudni i grze­cho­cze oknami, wiatr z jękiem wpada przez drzwi, pędzi w górę po scho­dach i znaj­duje ją klę­czącą na pod­ło­dze, otwie­ra­jącą dolną szu­fladę. Doro­thy wsuwa dło­nie mię­dzy weł­niane kami­zelki i bie­li­znę, aż opuszki jej pal­ców to odnaj­dują. Przez moment szo­kuje ją, że ta rzecz nie jest mokra. Dotyka zna­jo­mych zała­mań skóry, potem wyj­muje przed­miot i kła­dzie w koły­sce swo­jego far­tu­cha, obu­rącz deli­kat­nie go obej­mu­jąc. Zamyka oczy, opiera czoło o komodę, wdy­cha zapach małego brą­zo­wego trze­wika, w któ­rym na­dal, po tylu latach, obecna jest nuta sło­nej wody.

W skle­pie pani Brown bie­rze koszyk Doro­thy, z powro­tem wkłada do niego cebule i ziem­niaki, a potem pomimo wcze­snej godziny odwraca w stronę ulicy tabliczkę infor­mu­jącą o zamknię­ciu.

* * *

Tej nocy po raz pierw­szy od lat śni o Mose­sie. Chło­piec bawi się w płyt­kich falach przy brzegu. Doro­thy oparta o skałę czuje jej cie­pło przez cienką bawełnę sukni, pozwala mu się wsą­czyć w skórę na łopat­kach. Obser­wuje chłopca, srebrne włosy oświe­tlone słoń­cem, mie­nią­cym się świa­tłem z morza, wszyst­kimi odcie­niami, które pod­suwa pamięć. We śnie Doro­thy zasy­pia, a kiedy się budzi, jest zima, ciemne niebo wisi nisko, sza­leje sztorm. Fale są ogromne i Doro­thy bie­gnie brze­giem, woła­jąc go, ale wiatr porywa jej głos i rzuca nim pod niebo. I kiedy już myśli, że go stra­ciła, odnaj­duje go, prze­cią­gnię­tego przez nurt wzdłuż plaży, sto­ją­cego jak przed­tem, a nad nim raz po raz roz­bi­jają się fale. Odwraca się i spo­koj­nie uśmie­cha, oczy ma zie­lone i zmienne jak morze.

– Mama?

Kiedy Doro­thy się budzi, naprawdę się budzi, na dwo­rze lamen­tuje wiatr, a poduszka zaci­śnięta w jej lodo­wa­tej pię­ści jest mokra.

Pora otwarcia

Naza­jutrz cała wieś chce o tym roz­ma­wiać, cho­ciaż wszy­scy udają, że z czy­stej przy­zwo­ito­ści tego nie robią. Kobiety sta­rają się przy­śpie­szyć kroku na oblo­dzo­nych kocich łbach, idąc do sklepu pani Brown po kilka rze­czy, któ­rych nie potrze­bują, zanim drogi pro­wa­dzące do wio­ski zamar­zną i ode­tną je jak każ­dej zimy.

Kładą to i owo do koszy­ków, potem usta­wiają się w kolejce, by zapła­cić, i cze­kają, aż pani Brown, jak to ma w zwy­czaju, przej­mie ini­cja­tywę, jedną rękę kła­dąc na ladzie, drugą spi­na­jąc ołów­kiem luźne kosmyki siwych wło­sów za uchem. Jed­nak dzi­siaj jest dziw­nie cicha i gdy pod­li­cza sumy, z jej oczu nic się nie da wyczy­tać.

– Och, na litość boską, nikt tego nie powie? – To Norah, w swej chu­do­ści i ostro­ści rysów sta­no­wiąca prze­ci­wień­stwo pani Brown. Pozo­stałe kobiety odprę­żają się i odsta­wiają koszyki, zado­wo­lone, że ktoś ośmie­lił się powie­dzieć na głos to, o czym wszyst­kie myślą. – Niech Bóg ma nas w opiece, myśla­łam, że zoba­czy­łam ducha! – Zamyka oczy, po czym pośpiesz­nie je otwiera, by się upew­nić, że na nią patrzą. – Ten chło­piec wyglą­dał wypisz wyma­luj jak… to zna­czy, myśla­łam, że to… ale sobie uświa­do­mi­łam, że prze­cież jest w takim samym wieku. Ile to lat minęło? Pięt­na­ście? Dwa­dzie­ścia?

– Gdzie go zna­lazł?

– Morze w cza­sie sztormu wyrzu­ciło go na plażę, tak powie­dział pastor…

– Ale żywego, to się w gło­wie nie mie­ści!

– Sły­sza­łam, że im powie­dział…

– Och, ucisz się, byłam tam dzi­siaj rano. Nie powie­dział ani słowa!

– Więc go widzia­łaś?

– No nie, ale Mar­tha mówiła…

Kobiety wymie­niają spoj­rze­nia, z któ­rych jasno wynika, co sądzą o tej infor­ma­cji.

– To coś zna­czy, jestem tego pewna – mówi Norah cicho, tajem­ni­czo. – Nawet ten trze­wik…

Po tych sło­wach zapada mil­cze­nie, cała ta sytu­acja jest zbyt nie­sa­mo­wita, zbyt podobna. Nawet pani Brown prze­rywa rachunki z cebulą w jed­nej dłoni, ołów­kiem w dru­giej, przy­tło­czona dziw­no­ścią tego wszyst­kiego.

Norah na­dal bada grunt.

– Cóż, zawsze mówi­łam, że to dziecko…

W końcu pani Brown prze­rywa mil­cze­nie.

– Dość tego papla­nia. Nie macie lito­ści? Nie wiem jak wy, ale ja nie mogę cały dzień gadać. Będzie padał śnieg i chcę wró­cić do domu przed zacho­dem słońca, dzię­kuję bar­dzo.

Monety nie­chęt­nie brzę­czą na ladzie, gdy kobiety płacą, biorą koszyki i wycho­dzą, obra­żone i wła­ści­wie zasko­czone. Bo jeśli w wio­sce jest ktoś, kto przez te lata nie oka­zy­wał Doro­thy Gray zbyt wiel­kiej lito­ści, to z całą pew­no­ścią była to pani Brown.

Joseph

– Jak się miewa chło­pak? – Joseph stoi w progu, mnąc czapkę w dło­niach.

Jenny, żona pastora, cofa się przed lodo­wa­tym powie­wem, który gość ze sobą przy­niósł, jej wzrok ska­cze po jego twa­rzy i prze­nosi się na ulicę. Wzdy­cha.

– Lepiej wejdź, zamknij drzwi, bo zimno.

Joseph prze­kra­cza próg domu pastora po raz drugi w tym tygo­dniu. Za pierw­szym razem szok wywo­łany zna­le­zie­niem dziecka ode­brał mu zmysł obser­wa­cji, teraz zauważa, jak bli­sko roz­wią­za­nia musi być Jenny, jej brzuch się obni­żył i jest wydęty, widzi w holu przy­go­to­wany już wózek dzie­cięcy i to, że pro­wa­dząc go do środka, Jenny oka­zuje jedy­nie ślad nie­chęci. Słu­żąca Mar­tha pod­nosi wzrok znad wyra­bia­nego cia­sta i kiwa głową.

– Pocze­kaj tutaj, Jose­phie, pójdę po męża – mówi Jenny.

Żar pieca spra­wia, że dło­nie bole­śnie go kłują, ale przy­suwa się bli­żej, wdzięczny za cie­pło. W chwili gdy Jenny zamyka drzwi i jej kroki cichną, Mar­tha wyciera pokryte mąką ręce w far­tuch.

– Pew­nie chcesz cze­goś gorą­cego do picia, Jose­phie? Wyglą­dasz, jak­byś do połowy zamarzł. – Teraz uśmie­cha się bar­dziej natu­ral­nie.

– Nie, zaraz wra­cam do wła­snego pieca. – Joseph patrzy na zamknięte drzwi, nasłu­chuje ciszy na kory­ta­rzu. – A ten chło­pak, jak on się czuje?

Mar­tha zerka ner­wowo na drzwi i pośpiesz­nie odpo­wiada:

– Nie powie­dział ani słowa. Głów­nie śpi. Ugo­to­wa­łam mu bulion wołowy, kar­mię go i pil­nuję, żeby ogień nie zgasł.

– Więc żyje? Nie umrze z zimna ani… – Joseph z tru­dem prze­łyka ślinę.

Na kory­ta­rzu roz­le­gają się kroki, Mar­tha wraca do wyra­bia­nia cia­sta. Joseph wyciąga ręce nad pie­cem i Jenny spra­wia wra­że­nie zado­wo­lo­nej, że znaj­duje oboje w tych samych pozy­cjach, Joseph na­dal ma płaszcz na sobie, nie sie­dzi, nie zaczyna się czuć tutaj jak u sie­bie.

– Pastor teraz pra­cuje – mówi Jenny szorstko i patrzy zna­cząco na roz­ta­pia­jący się lód, który kapie na pod­łogę jej kuchni. – Chło­piec będzie żył, Jose­phie, postą­pi­łeś słusz­nie, przy­no­sząc go do nas. Jak tylko jego stan się poprawi, a pogoda na to pozwoli, zabiorą go do szpi­tala w głębi lądu, potem zaś, jak Bóg da, wróci do domu. – Odwraca się ku drzwiom. – Jak widzisz, jeste­śmy zajęci, więc…

Joseph dzię­kuje ski­nie­niem głowy i wycho­dzi na śnieg. Jest pewien, że wcze­śniej o nim roz­ma­wiano, jakby to, co stało się tam­tej nocy dawno temu, w jakiś spo­sób miało z nim coś wspól­nego. Teraz znowu będą gadać. Można by pomy­śleć, że się uod­por­nił, ale to nie­prawda, i wycho­dząc, kopie w kamienny sto­pień domu pastora.

W dole na Pia­skach rzuca się w wir pracy, którą musi wyko­nać przy swo­jej łodzi, wyrywa zgniłe deski z pokładu, szczękę ma zaci­śniętą, dło­nie ledwo cie­płe dzięki nie­wiel­kiemu pło­mie­niowi w misie z żarem.

A potem widzi Doro­thy, która stoi na dole Stopni i patrzy na morze. Jesz­cze go nie zauwa­żyła, więc Joseph wyko­rzy­stuje oka­zję, żeby się jej przyj­rzeć.

Doro­thy nie jest już tą chłodną młodą kobietą, która dawno temu przy­je­chała do wsi, któ­rej spoj­rze­nie było ostre jak nóż, a każda mina rzu­cała wyzwa­nie. Joseph pamięta szyb­sze bicie serca i oddech wię­znący w gar­dle, kiedy po raz pierw­szy zoba­czył ją sto­jącą w tym samym miej­scu co teraz, z dło­nią unie­sioną do wło­sów. Zawsze tak bar­dzo róż­niła się od dziew­cząt ze Skerry, od ich skłon­no­ści do flir­to­wa­nia z nim, chi­cho­tów i pło­chego uspo­so­bie­nia.

Kiedy zaczęła wyglą­dać tak staro?

Przez lata obser­wo­wał ją w kościele, zawsze była pierw­sza, zawsze zosta­wała, gdy wszy­scy wyszli, wypeł­niała swoje obo­wiązki, zano­siła paczki żyw­no­ściowe do przy­tuł­ków dla ubo­gich, do Jeanie w jej chatce na kli­fie. Joseph wie, że na­dal uczy w szkole i dzierga dla ryba­ków, cho­ciaż on nie zna nikogo, kto nosiłby jej swe­try. Jak wiele razy wcze­śniej zadaje sobie pyta­nie, dla­czego pozo­stała w Skerry, skoro jej mąż nie wró­cił i stra­ciła Mosesa.

Wraca myślami do teraź­niej­szo­ści.

Coś jesz­cze wydaje się w niej inne. Joseph znowu kuca i mruży oczy. Doro­thy nie ma na sobie porząd­nych butów, a jej płaszcz – męż­czy­zna przy­myka powieki i dla pew­no­ści przy­gląda się ponow­nie – jest krzywo zapięty, jedna poła zwisa niżej niż druga. Doro­thy nie idzie tak typo­wym dla sie­bie ener­gicz­nym kro­kiem. Prawdę mówiąc, chyba nie ma poję­cia, dokąd zmie­rza, co chwila przy­staje i patrzy w morze. Jest blada, ma ścią­gnięte usta, plecy już nie są pro­ste, wąska talia, którą daw­niej w wyobraźni obej­mo­wał dłońmi, pogru­biała, rude włosy zma­to­wiały i są poprze­ty­kane siwi­zną.

Joseph odwraca się i wyrywa z pokładu kolejne zbu­twiałe deski. To przez nią ucie­kła mu miłość. Podane rano śnia­da­nie, ogień wita­jący po powro­cie do domu, kola­cja na stole, cie­płe ciało obej­mo­wane we śnie – cała ta domowa przy­tul­ność, któ­rej może ocze­ki­wać męż­czy­zna, wszystko to go omi­nęło.

Doro­thy nie patrzy w jego kie­runku, ni­gdy tego nie robiła od odej­ścia Mosesa, i to Jose­phowi odpo­wia­dało, ale nad­cho­dzi pora, gdy zosta­nie zmu­szona, by raz jesz­cze spoj­rzeć mu w oczy.

Ponie­waż nie zapo­mniał tam­tej kłótni i zła, jakie mu wyrzą­dzono. Wie, że ona także o tym nie zapo­mniała.

Dorothy

Nie potrafi nic na to pora­dzić, musi zoba­czyć. W głębi duszy wie, że to nie on. Wiel­kie nieba, jest nauczy­cielką. W życiu kie­ruje się logiką. A dziecko nie może – jej serce odwraca się od okrut­nego słowa potrzeb­nego w tej chwili – nie może być zagi­nione i po tak dłu­gim cza­sie wró­cić, mając tyle samo lat co wtedy. Wie o tym. Tak, wie, myśli, z ulgą oddy­cha­jąc i kła­dąc dłoń na drew­nia­nym stole, jego solid­ność nadaje cię­żar myślom. Ale przed oczami staje jej buzia dziecka, kiedy Joseph niósł je Copse Cross Street, i przez moment Doro­thy nie potrafi zła­pać powie­trza.

Zanim zdąży zmie­nić zda­nie, łapie płaszcz, wkłada buty i otwiera fron­towe drzwi. Domy sto­jące przy ulicy i sama ulica nie­mal znik­nęły pod cięż­kim woalem śniegu, niebo na­dal jest od niego posępne, ale Doro­thy bie­gnie w górę ulicy. Nie zagląda do wnę­trza sklepu pani Brown, nie chce zoba­czyć ich wszyst­kich przy ladzie i tej kobiety gapią­cej się na nią, cho­ciaż przez sekundę czuje znowu jej dłoń na ramie­niu, a razem z tym coś na kształt gniew­nej dez­orien­ta­cji. Tro­chę za późno na dobroć – myśli i w wyobraźni strząsa dłoń z ramie­nia.

Kiedy dociera do domu pastora, puka do drzwi, dygo­cząc na całym ciele. W kuchni Mar­tha nuci coś nie­me­lo­dyj­nie. Doro­thy nie sły­szy słów, ale przy akom­pa­nia­men­cie szczę­ka­ją­cych garn­ków pio­senka two­rzy atmos­ferę pro­stego domo­wego życia. Puka ponow­nie, tym razem gło­śniej, jakby kazali jej cze­kać.

Otwiera zakło­po­tana Mar­tha.

– Pani Gray, no nie, jest pani dzi­siaj dru­gim gościem. Przed chwilą był tu Joseph.

Serce Doro­thy się ści­ska.

Kiedy do kuchni wcho­dzi Jenny i widzi Doro­thy, jej dło­nie instynk­tow­nie wędrują do zaokrą­glo­nego brzu­cha, jakby chciała ochro­nić dziecko w swoim łonie przed dłu­gim cie­niem straty ponie­sio­nej przez tamtą, przed rze­czą nie­wy­obra­żalną.

– Pani Gray. Czego pani sobie życzy?

– Była­bym wdzięczna, gdy­bym… Czy zgo­dzi­łaby się pani, żebym zoba­czyła dziecko?

Nie potrafi się zmu­sić do bła­ga­nia i stoi sztywno w tej kuchni, gdzie brze­mienna kobieta obej­muje swoje nie­na­ro­dzone dziecko, słu­żąca mie­sza w garnku na piecu, a cie­pły aro­mat gula­szu unosi się w powie­trzu.

Otwie­rają się drzwi i wcho­dzi pastor. Na widok Doro­thy staje jak wryty.

– Chce zoba­czyć chłopca – mówi jego żona, patrząc na niego zna­cząco.

Pastor przez moment spra­wia wra­że­nie, jakby nie wie­dział, co zro­bić, ale zaraz prze­lotny błysk zro­zu­mie­nia prze­myka mu po twa­rzy. Kiwa głową.

– W takim razie chodź ze mną, Doro­thy.

Na dźwięk swo­jego imie­nia kobieta czuje pie­cze­nie pod powie­kami i pośpiesz­nie mruga, podąża za pasto­rem wyło­żo­nym kamie­niem kory­ta­rzem i wcho­dzi po scho­dach. W końcu stają przed drzwiami, za któ­rymi, jak dobrze wie, jest chło­piec. Przez chwilę jest tak, jakby drzwi miały się otwo­rzyć na jej pokoik z małym drew­nia­nym łóż­kiem pod oknem, a ona, prze­kra­cza­jąc próg, wró­ci­łaby w prze­szłość.

Ale to oczy­wi­ście nie­moż­liwe. W tym pokoju pło­mień ole­jo­wej lampy migo­cze na noc­nym sto­liku i w kominku trza­ska ogień. Zasłony są zacią­gnięte, dzięki czemu jest tu cie­pło i przy­tul­nie, na ścia­nach igra żółte świa­tło.

Oczy Doro­thy dosto­so­wują się dopiero po chwili i wtedy widzi, że chło­piec śpi. Znowu odczuwa szok na widok jego srebr­nych wło­sów na poduszce. Bie­rze w dło­nie jego policzki, refleksy świa­tła lśnią na mięk­kim dzie­cię­cym puszku. Chło­piec otwiera oczy. Są zie­lone. Bra­kuje jej tchu.

Uśmie­cha się nie­znacz­nie i spo­koj­nie, oczy są zie­lone i zmienne jak morze. Mama?

Chło­piec wpa­truje się w nią pustym wzro­kiem, oddech mu przy­śpie­sza.

– To nie on, Doro­thy. Prze­cież widzisz. – Dłoń pastora spo­czywa deli­kat­nie na jej ramie­niu i nagle ogar­nia ją wstyd. Ona, doro­sła kobieta, myśli o takich bzdu­rach, ale czuje pustkę w brzu­chu, kiwa­jąc głową.

– Oczy­wi­ście, wie­dzia­łam.

Pastor ści­ska jej ramię.

– To było straszne, Doro­thy. – Kobieta czuje na sobie jego wzrok, sama jed­nak patrzy przed sie­bie. – Ni­gdy się nie dowie­dzieć, nie być w sta­nie…

– Tak, no cóż, dzię­kuję, pasto­rze. Naprawdę. Chło­pak wygląda na oto­czo­nego tro­skliwą opieką. Sama nie wiem, dla­czego tu przy­szłam. – Śmieje się ostro i odwraca. Śpie­sząc na dół po scho­dach do holu i wyj­ścia, odwraca się, by się poże­gnać, i widzi wyraz twa­rzy pastora, jest skon­fun­do­wany i lekko wstrzą­śnięty. A za nim koło wózka na pod­ło­dze porzu­cony brą­zowy trze­wik. Wypada na dwór, gdzie śnieg teraz zama­rza i w jej odde­chu poły­skuje lód.

Zimne powie­trze jest szo­kiem, Doro­thy myśli, że zacho­ruje.

* * *

Zbli­ża­jąc się do domu, zaczyna biec, a kiedy jest w środku, z trza­skiem zamyka drzwi i opiera się o nie ple­cami z dło­nią na walą­cym sercu, z tru­dem łapiąc powie­trze.

W progu wyczuwa prze­szłość usi­łu­jącą wedrzeć się do środka i kur­czowo zaci­ska powieki, by jej nie wpu­ścić.

Kiedy tam­tej nocy się obu­dziła, od razu wie­działa – tak jak puka­jąc do drzwi, już wiesz, że nikogo nie ma w domu – Mosesa nie było. Sztorm sza­lał, dom był jak sta­tek zerwany z cumy, wiatr napie­rał na każde okno, każde drzwi. Nie miała poję­cia, skąd brała się ta pew­ność, ale gorącz­kowy rzut oka do jego pokoju ją potwier­dził.

Nie dzi­siaj w nocy, nie dzi­siaj. Nie w tym sztor­mie.

Z oczami sze­roko otwar­tymi z prze­ra­że­nia prze­bie­gła przez dwa pokoje na par­te­rze.

Dalej nie potrafi się posu­nąć, ni­gdy nie potra­fiła. Oddy­cha głę­boko, powoli i czeka, aż jej serce wróci do regu­lar­nego rytmu. Mija jakiś czas i wresz­cie wie, że znowu jest sobą, więc dokłada drewna do pieca i sta­wia na nim zupę do pod­grza­nia. Nie, prze­szłość może i jest u drzwi, ale minęło zbyt wiele czasu, by ją wpu­ścić. Pew­nie nie będzie w sta­nie igno­ro­wać strasz­nych podo­bieństw, ale nie ma potrzeby, naj­mniej­szej potrzeby, by znowu to wszystko wywle­kać.

Joseph

Joseph mógłby napić się w domu, ale dzi­siaj wie­czo­rem cią­gnie go do tawerny w wio­sce, do przy­pły­wów i odpły­wów ludz­kich gło­sów. Śnieg zmie­nił się w śnieg z desz­czem. Jest gęsty i mokry, Joseph moc­niej otula się płasz­czem. Spad­nie wię­cej śniegu – myśli.

Drzwi skrzy­pią przy otwie­ra­niu, wiatr zatrza­skuje je za nim. Pło­mie­nie w kominku migo­czą na twa­rzach ryba­ków, któ­rzy się odwra­cają, by na niego spoj­rzeć. Joseph wkra­cza w zaduch stę­chłego piwa, dymu papie­ro­so­wego i cie­pła.

Po zasko­cze­niu trwa­ją­cym odro­binę za długo ktoś woła:

– Hej, Joseph, chło­pie, szmat czasu!

Agnes prze­rywa wycie­ra­nie kon­tu­aru, nie­ru­cho­mieje i patrzy na niego, potem wraca do rze­czy­wi­sto­ści.

– Czego się napi­jesz?

Joseph pod­cho­dzi do stołu, przy któ­rym pośród innych męż­czyzn sie­dzi kilku z jego załogi. Jest miej­sce, ale Scott, mąż Agnes, roz­piera się i wypeł­nia prze­strzeń.

– Tro­chę tu cia­sno – mówi.

Spoj­rze­nia innych zamy­kają mu usta, ktoś przy­nosi sto­łek. Joseph siada, męż­czyźni się prze­su­wają. Przez chwilę wpa­trują się w swoje kufle i popa­trują z ukosa jeden na dru­giego. Ktoś odchrząka.

– Jak się mie­wasz?

– Dobrze – odpo­wiada Joseph. – Zimno. Napada wię­cej śniegu.

– Okropny sztorm – dodaje jeden z męż­czyzn, pozo­stali mru­czą na zgodę i pochy­lają się nad sto­łem, skoro teraz już o tym wspo­mniano.

– Więc po pro­stu tam był, na Pia­skach?

Joseph spija pianę i kiwa głową.

– Ale gdzie?

– Przy Ska­łach?

Dzi­kość tam­tego sztormu sprzed lat powraca z rykiem i Joseph prze­lot­nie zamyka oczy.

– Dziwne, że to ty…

– Zaraz, zaraz, to mógł być każdy z nas.

– Ow­szem, ale nie był…

– Sły­sza­łem, że dobrze sobie radzi. Widzia­łeś go, Jose­phie?

Joseph prze­ka­zuje im tylko część tego, co chcą usły­szeć.

– Posze­dłem do pasto­rówki. Spał. Jenny mówi, że będzie żył.

– Uwa­żaj, bra­cie – mówi ktoś cicho i Joseph moc­niej chwyta kufel, pod­czas gdy Scott odpy­cha sto­łek i wpada na Jose­pha w dro­dze do kon­tu­aru. To jeden z powo­dów, dla któ­rych Joseph unika tawerny.

Pije, uda­jąc tak nie­za­in­te­re­so­wa­nego jak to moż­liwe, i roz­mowa scho­dzi na inne tematy, poczy­nione szkody, dachy, które trzeba napra­wić, nie­zwy­kły spo­sób, w jaki sztorm wywiewa pia­sek z plaży, odsła­nia­jąc leżący pod nim pra­dawny kra­jo­braz z bry­łami ska­mie­nia­łego lasu prze­dzie­ra­ją­cego się na powierzch­nię, zakłó­ca­ją­cego kształt brzegu.

Kiedy drzwi znowu skrzy­pią i Joseph wycho­dzi, także do niego prze­szłość pod­kra­dła się bli­żej.

* * *

– To była dziwna sprawa, nie? – Pyta­nie jest na tyle nie­jed­no­znaczne, że męż­czy­zna może mówić o chłopcu wtedy lub chłopcu teraz.

– Ni­gdy potem już nie był taki sam.

– Joseph to dobry czło­wiek, cichy i nie ma w tym nic złego. To rybak, na któ­rym można pole­gać.

– Wia­domo że to powiesz, pra­cu­jesz z nim.

– Tak, i jestem z tego dumny. – Męż­czy­zna kiwa głową, jakby to koń­czyło sprawę.

Ale oczy­wi­ście nie koń­czy. Ni­gdy nie koń­czy, jeśli obecny jest Scott.

Nie zamie­rza porzu­cić tematu.

– Powiedz mi w takim razie, skąd wie­dział, gdzie to było? To zna­czy but chło­paka?

Agnes wzdy­cha i opiera się przed­ra­mio­nami na kon­tu­arze.

– Naprawdę? Nie możemy poroz­ma­wiać dzi­siaj o czymś innym?

Zapada nie­miła cisza. Kilka prób nawią­za­nia poga­wędki pada w próż­nię. Scott idzie do kon­tu­aru, sta­wia kufel z więk­szą siłą niż trzeba i wyciera pianę z ust.

– Rzecz w tym, że my wciąż nie wiemy, co się stało, no nie? To jest prawdą teraz i było prawdą wtedy. Wszy­scy wiemy, co Joseph myślał o Doro­thy, a zazdrość skła­nia męż­czy­znę do despe­rac­kich czy­nów. Może i jest dobrym ryba­kiem, ale nie­któ­rzy z nas chcą wie­dzieć.

Roz­le­gają się pomruki, jedne na zgodę, inne – i tych jest wię­cej – wyra­żają roz­draż­nie­nie. Agnes sięga po dzwo­nek.

– Zamy­kamy – mówi, cho­ciaż to jesz­cze nie jest pora zamknię­cia, i męż­czyźni wkła­dają płasz­cze, nacią­gają czapki na głowy, bo oczy­wi­ście deszcz ze śnie­giem zmie­nił się w śnieg, płatki jaśnieją na tle czar­nego nieba, i wszy­scy wycho­dzą w wiru­jącą noc.

Wresz­cie sama, Agnes bez­wład­nie opiera się o kon­tuar. Nie znowu, nie po tych wszyst­kich latach. Może i nie­któ­rzy chcą się dowie­dzieć, co wtedy się stało, ale czy ona nie dość wycier­piała?

To wła­śnie wie­dza była powo­dem udręki.

Wtedy

Dorothy

Pastor spo­tyka się z Doro­thy na sta­cji i nie­sie jej walizkę; gdy poko­nują ostat­nią milę do Skerry, droga łagod­nie opada, w oddali morze błysz­czy od słońca. Zapach kol­co­li­stów unosi się w powie­trzu, a kiedy droga skręca w prawo i w dół, w zasięgu wzroku poja­wia się wio­ska. Więc wresz­cie jest tutaj, w swym pierw­szym miej­scu z dala od domu. Przed oczami staje jej samotny pogrzeb matki w Edyn­burgu, żałob­nicy, któ­rzy przy­szli z obo­wiązku, zimny kościół, ale to życie pozo­sta­wiła już za sobą.

Doro­thy nabiera powie­trza w płuca. Mijają pasto­rówkę i rząd przy­tuł­ków, potem sam kościół, zbu­do­wany w pew­nej odle­gło­ści od drogi, wresz­cie sąsia­du­jącą z nim szkołę, w któ­rej pastor jest zarówno dyrek­to­rem, jak i nauczy­cie­lem. Naj­pierw pastor chce jej poka­zać domek przy­pi­sany posa­dzie i wszystko wygląda tak, jak miała nadzieję: domek jest czy­sty i schludny, świeżo poma­lo­wany, w kuchni są nawet pod­sta­wowe sprzęty. Doro­thy jest pod­eks­cy­to­wana, ale też zmę­czona po dłu­giej podróży, z wyczer­pa­nia bolą ją kości. Po wielu uprzej­mych poże­gna­niach i nale­ga­niach, by wie­czo­rem zja­dła kola­cję z pasto­rem i jego nowo poślu­bioną żoną Jenny, męż­czy­zna wycho­dzi, a Doro­thy siada na krze­śle przy małym stole w kuchni i głę­boko wzdy­cha.

I jest tak, że kiedy kła­dzie się do łóżka w nie­zna­jo­mym pokoju, chłód i spo­kój nocy otu­lają dom, a ona sły­szy szum morza, któ­rego jesz­cze nie widziała. Wyobraża je sobie – jest czarne pod noc­nym nie­bem, w falach odbi­jają się gwiazdy, aż wresz­cie Doro­thy zapada w głę­boki sen.

* * *

W pierw­szy sobotni pora­nek zaczyna urzą­dzać salę lek­cyjną tak, jak chce ją mieć w ponie­dzia­łek, pamię­ta­jąc dewizę wpo­joną jej w col­lege’u – „porzą­dek i dys­cy­plina, prze­strze­gane przez nauczy­ciela i uczniów, panu­jące w kla­sie” – te same idee matka wbi­jała jej do głowy przez całe dzie­ciń­stwo. Usta­wia książki według wyso­ko­ści, czy­ści tabliczki, wyrów­nuje ławki, wygła­dza suk­nię, pod­nie­ce­nie i zde­ner­wo­wa­nie spra­wiają, że co rusz prze­rywa, spo­gląda na wzór two­rzony przez ławki, na wio­skę widoczną za czy­stym oknem i wdy­cha zapach nie­dawno umy­tych ścian. Kręci glo­bu­sem i spraw­dza, czy dzwo­nek lśni, gotowy wezwać uczniów pierw­szego dnia, wciąga w płuca świeże, czy­ste powie­trze nowego życia, cho­ciaż głos matki zawsze jest przy niej: „Skerry, gdzie leży Skerry? Nie dzi­wota, że ni­gdy tej nazwy nie sły­sza­łam – taka mała wio­ska! To na pewno będzie raczej pil­no­wa­nie dzieci niż ich ucze­nie, cho­ciaż może to dla cie­bie naj­lep­sze wyj­ście”, aż w despe­ra­cji Doro­thy pra­gnie natych­miast opu­ścić klasę.

Kiedy wycho­dzi na lunch, ma czas na zro­bie­nie tego, o czym myśli od przy­jazdu. Czuła zapach, widziała je w oddali, nawet sły­szała w swoim domku – swoim domku! – na szczy­cie wzgó­rza, jed­nak dotąd nie posta­wiła stopy na plaży. Pia­ski Skerry.

Rusza­jąc w dół zbo­cza, jest świa­doma wzroku ludzi sku­pio­nego na niej, nie­któ­rzy męż­czyźni doty­kają cza­pek, kobiety patrzą, potem nachy­lają się, by powie­dzieć coś przy­ja­ciół­kom lub mężom. Wszy­scy z pew­no­ścią wie­dzą, kim jest, i oczy­wi­ście są cie­kawi, dla­tego Doro­thy układa rysy w wyraz zdy­stan­so­wa­nej uprzej­mo­ści, sto­sow­nej dla jej pro­fe­sji, i idzie, czu­jąc ich oczy na ple­cach. Po pra­wej stro­nie widzi Sklep Spo­żyw­czy i Cukier­ni­czy pani Brown, witryny są czy­ste i zasta­wione zna­jo­mymi pro­duk­tami – her­batą Lip­tona, musz­tardą Col­mana, płat­kami Quaker – więc bez namy­słu wcho­dzi do środka, by spraw­dzić, co jesz­cze mają. Może kupi coś na lunch. Wyobraża sobie, jak sie­dzi na plaży, je cia­sto, obser­wuje łodzie, ale zaraz odsuwa tę myśl od sie­bie. Jeść na dwo­rze? Sama? Co za pomysł, mówi sobie, otwie­ra­jąc drzwi. Brzę­czy dzwo­nek, a ona czeka, aż wzrok jej przy­wyk­nie do pół­mroku.

Przy ladzie po pra­wej stro­nie stoi kilka mło­dych kobiet, smuga sło­necz­nych pro­mieni pada na ich zwró­cone ku niej twa­rze. Doro­thy uśmie­cha się i kiwa głową, czuje ich wzrok na swo­jej nowej sukni, sze­ro­kim koron­ko­wym koł­nie­rzu, wyglan­so­wa­nych butach, i widzi, jak wymie­niają spoj­rze­nia.

– Więc jest pani nową nauczy­cielką, tak? – Kobieta składa się z samych płasz­czyzn i kątów, Doro­thy nie potrafi w jej gło­sie wyczy­tać śladu życz­li­wo­ści.

– Tak, jestem panna Ait­ken, Doro­thy Ait­ken. – Robi krok do przodu z wycią­gniętą ręką.

Ktoś pry­cha, potem kaszle i znowu ta wymiana spoj­rzeń. Więc to tak – myśli Doro­thy – dokład­nie jak mówiła matka: trzy­maj się z dala od plo­tek, musisz myśleć o swo­jej pozy­cji – uśmiech sztyw­nieje jej na war­gach, brwi uno­szą się aku­rat tyle, ile trzeba.

Kobieta za ladą wymie­nia nazwi­ska obec­nych:

– Panna Bell, Ailsa Bell, panna Barc­lay, Norah Barc­lay.

Do Doro­thy po chwili dociera, że łagod­nie z niej kpi. Cóż, tylko tego może się spo­dzie­wać, więc każdą z kobiet po kolei pozdra­wia, po czym wolno wędruje po skle­pie, pod­no­sząc opa­ko­wa­nia i czy­ta­jąc, co na nich napi­sano, by poka­zać, że nie wytrą­ciły jej z rów­no­wagi. W końcu wybiera coś, czego nie potrze­buje, kakao Cad­bury, i przy­staje, aż wresz­cie kobiety prze­pusz­czają ją do lady, na któ­rej kła­dzie monety, a sztywny uśmiech ani na sekundę nie znika z jej twa­rzy. Czuje ulgę, że wygrała tę drobną potyczkę, tak­tykę poznała już na placu zabaw, sztuka polega na tym, by pośród chy­trych odzy­wek i spoj­rzeń utrzy­mać uśmiech i lekko unie­sione brwi, przez co oce­nia­jący wzrok spływa po tobie, jakby nic cię to nie obcho­dziło. Kiedy jed­nak wycho­dzi i zamyka za sobą drzwi, podą­żają za nią słowa: „A niech to, ale szczę­ściary z nas, że odwie­dziła nas Wiel­można Pani Nadęta” i wybuch śmie­chu. Wycho­dzi na słońce i po sekun­dzie rusza ener­gicz­nym kro­kiem.

U stóp wzgó­rza droga zakręca wzdłuż klifu i nagle Doro­thy stoi na szczy­cie stro­mych kamien­nych scho­dów pro­wa­dzą­cych na plażę, a przed nią roz­ciąga się poły­skliwe, cęt­ko­wane od słońca morze, świeży wiatr nie­sie zapach soli i ryb, w oddali widać łodzie, sły­chać krzyki kołu­ją­cych i nur­ku­ją­cych mew.

Ma zupeł­nie nie­od­po­wied­nie buty i liczy, że nikt nie zoba­czy, jak ostroż­nie scho­dzi po kamien­nych stop­niach z koszy­kiem w ręce, aż wresz­cie staje na pia­sku. Wpa­truje się w tę ogromną ruchliwą rzecz, we wzbie­ra­jące i opa­da­jące fale, i nie wie, co zro­bić z dziw­nym dresz­czem, który ją prze­cho­dzi. Na jed­nej z łodzi pod­nosi się męż­czy­zna i osła­nia oczy przed słoń­cem, by lepiej widzieć. Doro­thy łapie się na tym, że odwza­jem­nia spoj­rze­nie i stoją tak, przy­glą­da­jąc się sobie. Męż­czy­zna unosi dłoń i nagle Doro­thy się reflek­tuje. Co powie­dzia­łaby matka? Spusz­cza­jąc oczy, dostrzega zdartą skórę trze­wi­ków i oble­piony pia­skiem wil­gotny rąbek sukni. Nie oglą­da­jąc się za sie­bie, odwraca się i śpiesz­nie wcho­dzi po scho­dach.

Kościół

Doro­thy wycze­kuje następ­nego dnia, kiedy pój­dzie do kościoła. Pod wezwa­niem Świę­tego Pio­tra, patrona ryba­ków, może to jedyne miej­sce, gdzie Doro­thy bez cie­nia wąt­pli­wo­ści wie, kim jest i gdzie przy­na­leży. Zauważa z apro­batą, że dzie­dzi­niec jest schludny, rezul­tat pracy wielu rąk, a sama świą­ty­nia z wieżą zwień­czoną kre­ne­la­żem pro­sta, bez deko­ra­cji czy orna­men­tów innych niż śliczne łukowe okna wpusz­cza­jące do wnę­trza słońce. Gro­ma­dzą się ludzie i Doro­thy usi­łuje wypa­trzeć dzieci, które będzie uczyła, w wyobraźni widząc, jak wita je w progu klasy, gdzie wszyst­kie usta­wią się w równy sze­reg, a potem każde znaj­dzie swoje miej­sce z ele­men­ta­rzem, tabliczką i kredą.

W drzwiach pastor wita wier­nych. Na widok Doro­thy pod­nosi rękę.

– Panna Ait­ken, dosko­nale! Pro­szę wejść i poznać miesz­kań­ców.

Serce jej wali, ale Doro­thy przy­gła­dza suk­nię w talii, w ten spo­sób zwy­kle zbiera się w sobie, po czym dołą­cza do niego, ukła­da­jąc usta w uprzejmy uśmiech. Kiedy staje obok pastora, ten wymie­nia imiona ludzi wcho­dzą­cych do kościoła oraz podaje infor­ma­cje o nich.

– To Norah i Ailsa – a na boku dodaje: – Norah należy do naszych naj­lep­szych dzie­wia­rek, a wypieki Ailsy… cóż, sama się pani prze­kona. – Doro­thy roz­po­znaje obie kobiety z wczo­raj­szego spo­tka­nia w skle­pie i żołą­dek tro­chę się jej ści­ska. – A to pani Brown. – Doro­thy zauważa ofi­cjalną formę użytą przez pastora oraz chłodne, oce­nia­jące spoj­rze­nie kobiety, gdy ta koło nich prze­cho­dzi. Jej dziwny strój zaska­kuje nauczy­cielkę. Luźna suk­nia ze sznur­kiem zamiast paska i… prze­cież to chyba nie są męskie buty? A pastor mówi dalej: – Pani Brown wie wszystko i zna wszyst­kich, więc jeśli cze­goś będzie pani potrze­bo­wała, do niej należy się zwró­cić. Szybko się tego nauczy­łem. Ach, a to Jane i Wil­liam. Smutna histo­ria, opo­wiem ją pani kiedy indziej.

Kobieta jest star­sza od męż­czy­zny, który pomimo wyso­kiego wzro­stu ma w sobie coś z chłopca. Zatrzy­mują się i wymie­niają z nią uści­ski dłoni. Kobieta, Jane, stoi bli­sko swego towa­rzy­sza i Doro­thy nie potrafi stwier­dzić, czy są rodzeń­stwem, czy mał­żeń­stwem. Wil­liam uśmie­cha się i mruży oczy przed słoń­cem.

– Dzień dobry, panno Ait­ken. Miło widzieć nową twarz w wio­sce – mówi, ale Jane go odciąga, szczy­piąc w poli­czek i doda­jąc:

– Tak, istot­nie.

Więc żona.

Doro­thy poznaje cie­śli, sie­cia­rzy, far­me­rów i wła­ści­cieli małych gospo­darstw, bed­na­rzy i ryba­ków. Kobiety przędą, tkają, opra­wiają i wędzą ryby, jedna jest kraw­cową – Doro­thy notuje to myślach – i jest tak wiele dzieci, cze­pia­ją­cych się spód­nic matek lub trzy­ma­ją­cych je za ręce. Wkrótce Doro­thy gubi się w gąsz­czu imion, tyle ich jest, i pra­gnie uciec przed badaw­czymi spoj­rze­niami, przed nie­koń­czą­cymi się komen­ta­rzami pastora w chłod­nym mroku kościoła.

Wszy­scy już sie­dzą, kiedy Doro­thy wcho­dzi i zaj­muje miej­sce w ławce z tyłu koło jakie­goś starca, wdzięczna za ciszę zapa­da­jącą w świą­tyni, gdy pastor odczy­tuje ogło­sze­nia: wie­czory robó­tek ręcz­nych, gra­fik prac na rzecz kościoła, datki na bied­nych. Jego twarz traci kon­tury, kiedy Doro­thy roz­gląda się po zebra­nych, po wier­cą­cych się, sztur­cha­ją­cych dzie­ciach, po rodzi­nach i parach, wszyst­kich tych ludziach, z któ­rymi będzie musiała nauczyć się żyć, mówiąc sobie przy tym, że nie szuka kon­kret­nej osoby, rybaka osła­nia­ją­cego jedną dło­nią oczy, drugą pod­no­szącą się w pozdro­wie­niu, przez chwilę na Pia­skach byli tylko oni i nikt wię­cej.

Nie ma go tutaj.

Agnes

Pro­blem z Jose­phem – myśli Agnes, nasta­wia­jąc wodę do zagrza­nia i już teraz odwi­ja­jąc mydło z papierka – polega na tym, że jest inny. Inny niż jej ojciec, inny niż pozo­stali chłopcy. Och, z tam­tymi może się pośmiać, przy­jem­nie z nimi flir­to­wać, słu­chać spro­śnych żar­tów, szel­mow­skich alu­zji, ale Agnes wie, o co w tym cho­dzi i do czego pro­wa­dzi. Dzi­siaj rano siniak roz­kwi­tał na policzku mamy, twarz puchła, zamy­ka­jąc oko do połowy.

Pośpieszne mał­żeń­stwo z nie­wła­ści­wym męż­czy­zną.

Joseph przyj­dzie póź­niej, w piątki zawsze jest u nich na kola­cji, cza­sami przy­nosi wybor­nego kraba albo koszyk raków zła­pa­nych w sadzyki. Woda jest pra­wie dobra, a ponie­waż malu­chy są w szkole, starsi pra­cują, a Jeanie nie wró­ciła jesz­cze z targu ryb­nego, Agnes roz­biera się i kła­dzie na podo­rę­dziu fla­nelę i ręcz­nik. Sęk w tym, co powinna zro­bić, żeby zoba­czył, że Agnes dora­sta, prze­staje być jak młod­sza sio­strzyczka? Może i jest pięć lat od niego młod­sza, ale są dziew­częta, które w wieku osiem­na­stu lat wyszły za mąż i już uro­dziły dzieci. Wzdy­cha. Przy­ja­ciółka powie­działa jej, że dobrze jest wyką­pać się w lawen­dzie, więc Agnes kru­szy główki do miski i zalewa wodą. W pokoju unosi się zie­mi­sty zapach. Agnes szo­ruje twarz, myje piersi i pachy, wygrze­buje brud zza paznokci i dokład­nie je szczot­kuje. Myje się mię­dzy nogami, wresz­cie sta­wia miskę na pod­ło­dze i szo­ruje stopy. Ener­gicz­nie się wyciera, wkłada poń­czo­chy i suk­nię, ta na dni robo­cze czeka z ubra­niami reszty rodziny na poranne pra­nie. Szczot­kuje włosy, odli­cza­jąc – ta sama przy­ja­ciółka pora­dziła, żeby szczot­ko­wać je sto razy, wtedy będą lśniły. Agnes docho­dzi do dwu­dzie­stu trzech, kiedy ze wzgó­rza dobiega słaby odgłos dzwonka koń­czą­cego lek­cje.

Bie­gnie z miską do ogrodu i wylewa mętną zawar­tość w kącie koło chlewu, potem pośpiesz­nie wraca do domu pokroić cebulę na kola­cję, jakby wcale spe­cjal­nie się nie przy­go­to­wała na wizytę Jose­pha.

Popo­łu­dniowe świa­tło rzuca refleksy z jej paznokci na nóż, a ona roz­ko­szuje się dozna­niami wywo­ły­wa­nymi przez młode ciało, czy­ste i świeże w nowo zace­ro­wa­nej sukni. Pew­nego dnia brze­mienna będzie goto­wała kola­cję dla męża, może też z kil­ku­lat­kiem przy spód­nicy, krzep­kim chłop­czy­kiem, i stwo­rzy dobrą rodzinę, w któ­rej nikt nie będzie się bał ani nie śpie­wał koły­sa­nek, żeby zagłu­szyć odgłosy z kuchni, gdzie ojciec tłu­cze matkę.

A może, myśli Agnes, gdy cebula zaczyna skwier­czeć i dorzuca do niej skrawki mięsa od rzeź­nika, może wła­śnie dzi­siaj wie­czo­rem Joseph w końcu ją zauważy.

Dorothy

Nie sły­szała puka­nia, ale widzi list wsu­nięty pod drzwi i frag­ment swo­jego nazwi­ska na koper­cie. Panna Ait­ken.

Serce jej moc­niej bije, gdy pod­nosi kopertę i przez jedną sza­loną sekundę myśli, że to znowu ten rybak.

Panno Ait­ken,

zapra­szamy Panią na spo­tka­nia dzie­wiar­skie pań w Skle­pie Spo­żyw­czym i Cukier­ni­czym w czwart­kowe wie­czory.

Pani Brown

Doro­thy wzdy­cha.

Panna Ait­ken, nie Doro­thy.

Pani Brown.

Z tru­dem prze­łyka ślinę. To uszczy­pliwe echo jej ofi­cjal­nego tonu i iro­nicz­nej reak­cji kobiet w skle­pie spra­wia, że policzki jej płoną.

Siada w kuchni i ponow­nie czyta list. Może się pomy­liła.

Panie.

Wiel­można Pani Nadęta.

Przy­po­mina sobie grupki dziew­cząt na placu zabaw, swoją sztywną oddziel­ność. Tak jak matka sto­jąca z dala od rodzin przy szkol­nej bra­mie na koniec dnia. Doro­thy szła, mie­rzona jej zim­nym spoj­rze­niem, pod­czas gdy inne dzieci bie­gły. Mama nie lubiła bie­ga­nia. Ani zabawy. Ani pod­nie­sio­nych gło­sów. Uszczyp­nię­cie w deli­katne miej­sce na ramie­niu oka­zy­wało się sku­tecz­nym nauczy­cie­lem, kiedy Doro­thy się zapo­mi­nała.

W dzie­ciń­stwie zawsze się wsty­dziła łatwo pły­ną­cych łez, tej potrzeby, by oka­zy­wano jej miłość, by samej ku niej biec. Minęło wiele czasu, nim zdała sobie sprawę z satys­fak­cji matki, kiedy tak się zacho­wy­wała, z tego, jak łatwo mani­pu­lo­wała uczu­ciami córki, z wła­dzy, którą dzięki temu zyski­wała.

Wzór zawsze był taki sam. Wzbie­ra­jąca cisza powoli wypeł­niała dom, Doro­thy trud­niej było oddy­chać lub wyko­nać jakiś ruch, zamar­twiała się o to, co zro­biła, że zasłu­żyła na tę zamkniętą twarz, nastrój roz­cza­ro­wa­nia, usta ścią­gnięte kur­czowo jak sakiewka.

Próby udo­bru­cha­nia matki drob­nymi gestami – poda­wała jej her­batę, którą ona piła z poczu­ciem zdy­stan­so­wa­nego prze­ko­na­nia o wła­snej słusz­no­ści – spra­wiały, że Doro­thy sła­bła, nie­mal mdlała od rosną­cego zde­ner­wo­wa­nia.

Kiedy matka wresz­cie decy­do­wała się wyba­czyć, roz­po­ście­rała ręce na znak, że kara dobie­gła końca. Dla Doro­thy był to także znak, by pła­kać z wdzięcz­no­ści i żalu za grzech, o któ­rego ist­nie­niu nie miała nawet poję­cia, dopóki go nie popeł­niła. W rewanżu matka ją przy­tu­lała. Doro­thy nie­na­wi­dziła sie­bie za ule­głość, za obda­rze­nie matki tą wła­dzą.

Dzień, w któ­rym się nie roz­pła­kała, zmie­nił wszystko.

To był dzień, gdy ukra­dła cukrową laskę. Jej wzrok zawsze przy­cią­gały sło­dy­cze w skle­pie na rogu ich ulicy w Edyn­burgu. W dro­dze do szkoły przy­sta­wała przed witryną i wbi­jała spoj­rze­nie w poły­sku­jące w sło­jach cukierki, mię­tówki w lśniące biało-czarne pasy, jaskrawe lan­drynki i lizaki, cukrowe laski – już same te nazwy sma­ko­wały prze­pysz­nie w jej ustach. W cza­sie prze­rwy dziew­częta zaglą­dały jedna dru­giej do sze­lesz­czą­cych papie­ro­wych tore­bek, które ze sobą przy­no­siły, potem z policz­kiem wypcha­nym cukier­kiem, z ustami ścią­gnię­tymi pod­czas ssa­nia jak u ryby wymie­niały się sło­dy­czami, a ona pra­gnęła mieć coś, czym mogłaby się podzie­lić, albo coś, co mogłaby wymie­nić, i nie cho­dziło jej wcale o cukier ani o smak, tylko tak bar­dzo chcia­łaby z nimi być, brać udział w roz­mo­wie, rywa­li­zo­wać w grze, jak wło­żyć trzy cukierki do ust, po jed­nym pod każdy poli­czek, a gdzie trzeci? Zamiast tego stała osobno i bawiła się w kocią koły­skę, uda­jąc, że ją to pochła­nia, rzu­ca­jąc spoj­rze­nia z ukosa.

A potem nad­szedł dzień, kiedy poszła do sklepu po her­batę i na ladzie leżała nowa dostawa cukro­wych lasek. Nie wło­żono ich jesz­cze do słoja, który także tam stał z dnem pokry­tym cukro­wym pyłem, i nie było nikogo, w każ­dym razie przy kon­tu­arze, ani klienta, ani skle­pi­ka­rza. Ni­gdy w życiu niczego takiego nie zro­biła, ta Doro­thy, która znała wer­sety z Biblii, wypeł­niała kościelne obo­wiązki i zawsze uczęsz­czała do szkółki nie­dziel­nej, ale teraz wzięła laskę, scho­wała ją do kie­szeni płasz­cza, wybie­gła ze sklepu i popę­dziła do domu, gdzie ukryła zdo­bycz, kiedy matka nie patrzyła. Przez całą noc nie zmru­żyła oka, mar­twiąc się popeł­nio­nym grze­chem i zasta­na­wia­jąc nad karą, cho­ciaż te myśli mie­szały się także z wyobra­ża­niem sobie prze­rwy w szkole, kiedy będzie mogła wyjąć słodki przy­smak.

Pod­czas poran­nych lek­cji jej dłoń raz po raz wędro­wała do kie­szeni far­tuszka, palce prze­su­wały się po lasce, do któ­rej teraz przy­kle­iły się kłaczki. Pierw­sza prze­rwa minęła, ale Doro­thy stała na dzie­dzińcu, a laska w kie­szeni wyda­wała się ogromna.

Na następ­nej prze­rwie stała w tym samym miej­scu, ręce trzy­ma­jąc poza kie­sze­niami, by nie zwra­cać na nie uwagi.

– Dobrze się czu­jesz, Doro­thy? – Nauczy­cielka patrzyła na nią ze zmarsz­czo­nym czo­łem i Doro­thy prze­ra­żona kiw­nęła głową.

Po lek­cjach nie­które dziew­częta jak zwy­kle pobie­gły do domu w uro­czej, śmie­ją­cej się, gawę­dzą­cej gro­madce, na inne cze­kały uśmiech­nięte matki. Jej matka stała osobno i Doro­thy od razu dostrze­gła, że wie. Oddech uwiązł jej w gar­dle. Skle­pi­karz musiał jej powie­dzieć i teraz było już za późno, nie miała nawet czasu na pozby­cie się laski. Droga do matki się zwę­ziła, Doro­thy doświad­czyła niezwy­kle dziw­nego wra­że­nia, że sama z każ­dym kro­kiem się kur­czy, tak że w chwili, gdy sta­nęła przed suro­wym obli­czem matki, była maleńka.

Uszczyp­nię­cie bar­dzo bolało. Ostre paznok­cie matki pozo­sta­wiły pół­księ­życe prze­cię­tej skóry.

Do domu szły w mil­cze­niu, cukrowa laska obi­jała się ciężko o udo Doro­thy osła­błej ze stra­chu. Kiedy drzwi się za nimi zamknęły, myślała, że chyba zemdleje, ale matka bez słowa ją zosta­wiła.

I wzór znowu się powtó­rzył: wzbie­ra­jące mil­cze­nie, aura roz­cza­ro­wa­nia. A dla Doro­thy poszu­ki­wa­nie na twa­rzy matki oznak łagod­nie­nia, zapa­rze­nie her­baty, pyta­nie, jak matce minął dzień, zdu­szone pra­gnie­nie, by się przy­znać, i roz­pacz­liwa potrzeba osta­tecz­nego wyba­cze­nia, która nie­mal ją dła­wiła, ponie­waż tym razem naprawdę zro­biła coś złego.

W końcu matka przy­szła do jej pokoju. Sta­nęła w progu, prze­krzy­wia­jąc głowę, z pół­u­śmie­chem aniel­skiej cier­pli­wo­ści na twa­rzy.

– Teraz będziemy już pamię­tać, by następ­nym razem poście­lić łóżko, prawda, Doro­thy? Nie jesteś zbyt wiel­możną panią do takich zajęć, co?

W uszach Doro­thy dud­niła krew, stała jak ska­mie­niała. Jej łóżko. Dłoń powę­dro­wała do rany na ramie­niu. Obrazy innych dziew­cząt ze szkoły bie­gną­cych po lek­cjach do uśmiech­nię­tych matek, obo­jęt­ność jej matki.

Dla­tego zbu­rzyła wzór.

– Doro­thy?

Matka weszła do pokoju z roz­po­star­tymi rękami, cho­ciaż jej brwi ścią­gnęły się w wyra­zie zdu­mie­nia.

Minęła chwila, nim Doro­thy była w sta­nie prze­mó­wić, ale wytrzy­mała spoj­rze­nie matki i siłą woli naka­zała sobie nie pła­kać, mieć suche oczy.

– Tak, mamo? – odparła, szczy­piąc się w zra­nione miej­sce, by powstrzy­mać się od łez. Unio­sła brwi, jakby zada­wała sobie pyta­nie, dla­czego matka wypo­wiada jej imię, po czym z ustami wygię­tymi w zimny uśmie­szek zła­pała mio­tłę i wró­ciła do zamia­ta­nia, już na nią nie patrząc.

Tym razem to matka się kur­czyła, gdy nie­pew­nie stała na środku pokoju. Potem wyszła i zosta­wiła córkę samą.

Doro­thy, trzę­sąc się na całym ciele, padła na łóżko.

Naza­jutrz w dro­dze do szkoły roz­gnio­tła obca­sem cukrową laskę i na każ­dej prze­rwie stała sama ze sznur­kiem mię­dzy pal­cami, ni­gdy nie zer­ka­jąc w kie­runku dziew­cząt i ich papla­niny, sze­lesz­czą­cych tore­bek, sło­dy­czy, od któ­rych robiło się jej nie­do­brze.

Wiel­można Pani Nadęta.

Sie­dząc w kuchni tyle lat póź­niej, pośpiesz­nie mruga. Jaką głu­potą było myśleć, że tutaj sprawy ułożą się ina­czej. Nie czy­ta­jąc listu ponow­nie, gnie­cie go i rzuca na zimne pale­ni­sko.

Agnes

W tam­ten pią­tek Joseph przy­nosi kwiaty, wrzo­śce, bodziszki i żar­nowce, które Agnes wkłada do słoja i sta­wia na stole. Matka pró­buje ukryć siniak pod odro­biną pudru, a Agnes nie­spo­koj­nie nasłu­chuje kro­ków ojca na ścieżce i liczy, że nie będzie awan­tury.

Sta­wia gar­nek ze szkoc­kim krup­ni­kiem na stole, pochy­la­jąc się nad Jose­phem w nadziei, że ten wyczuje lawendę, w któ­rej się wyką­pała.

– Co to za smród? – Jej brat marsz­czy nos, gdy Agnes nalewa zupę do jego tale­rza. Chło­piec udaje, że wymio­tuje, i pozo­stali się śmieją. Serce Agnes na moment prze­staje bić. Dodała za dużo lawendy do wody? Siada na stołku i z pochy­loną głową zaczyna jeść.

– Jak połowy w tym tygo­dniu, Joe? – Jeanie jako jedyna zdrab­nia imię Jose­pha, rosz­cząc sobie prawo do bli­sko­ści, bo jego matka, zanim umarła na raka, była jej naj­lep­szą przy­ja­ciółką.

– Dobre, Jeanie. – Joseph uśmie­cha się w ten swój swo­bodny spo­sób. – Smaczna zupa, Agnes. – Unosi łyżkę do toa­stu. – Pew­nego dnia dasz szczę­ście mężowi.

Póź­niej ledwo drzwi się za nim zamy­kają, Agnes odwraca się do matki.

– Sły­sza­łaś, co powie­dział?

Jej sio­stra sze­roko otwiera oczy.

– Co? Co takiego powie­dział? – I zaraz dodaje: – Nic nie sły­sza­łam!

Agnes wyga­nia rodzeń­stwo z kuchni.

– Umyj­cie buzie i ręce, potem do łóżka.

Wie, że pobie­gną pro­sto do ogrodu bawić się i sko­rzy­stać z wygódki, odkła­da­jąc pój­ście spać do ostat­niej chwili, może więc będzie miała kilka minut sam na sam z mamą.

– Sły­sza­łaś go, prawda? Co powie­dział? – Agnes roz­pacz­li­wie wpa­truje się w matkę.

– Sły­sza­łam. Mówi­łam ci, Agnes, Joe już należy do tej rodziny. Jest dla mnie jak syn. Tylko krok dzieli go, by został nim także w oczach Boga. – Jeanie się uśmie­cha, choć ze znu­że­niem, i krzywi się, poda­jąc Agnes talerz do wytar­cia.

W ciszy sprzą­tają, przy­go­to­wują pra­nie na rano, zale­wają płatki, wyko­nują wszyst­kie obo­wiązki, z któ­rych składa się ich długi, wypeł­niony zaję­ciami dzień.

– Lepiej zapro­wadź dzieci na pię­tro, ojciec wraca.

Agnes prze­rywa pracę, dostrzega roz­sze­rzone oczy matki, jej wstrzy­many oddech, gdy obie nasłu­chują cięż­kich kro­ków ojca. Dzień blak­nie w siń­cach stłu­mio­nego błę­kitu i żółci. Dzieci się nie umyły, ale teraz jest na to za późno.

– Szybko, do łóżka. Tata wró­cił. – Agnes moczy far­tuch w beczce z wodą i wyciera im buzie i dło­nie, gdy malu­chy mijają ją, bie­gnąc na pię­tro. – Zaraz do was przyjdę, bądź­cie cicho.

Agnes wcho­dzi do kuchni przy­wi­tać się z ojcem, a matka o uła­mek sekundy za późno posyła jej ostrze­gaw­czy gry­mas. Ojciec spy­cha córkę z drogi i siada, koły­sząc się w mil­cze­niu na stołku, pod­czas gdy Jeanie zdej­muje mu buty. Agnes bie­rze słój z kwia­tami. Postawi go w pokoju, który dzieli z sio­strami i bra­tem, a w dro­dze na pię­tro zanu­rza twarz w deli­kat­nym aro­ma­cie dzi­kich kwia­tów i ma nadzieję, że Joseph zerwał je dla niej.

Rybak

Doro­thy jest wyczer­pana na koniec pierw­szego tygo­dnia, w któ­rym tak wiele dzieci przy­szło do szkoły o róż­nych porach, że cią­gle od nowa musiała zaczy­nać lek­cje, w któ­rym po rzu­co­nej w jej stronę tabliczce miała siniaka na ramie­niu, musiała upo­mi­nać klasę zano­szącą się śmie­chem na widok prze­ka­zy­wa­nego z rąk do rąk obraź­li­wego rysunku i znio­sła wiele poni­ża­ją­cych pora­żek. To wszystko tak bar­dzo się różni od szkół, gdzie odby­wała prak­tyki, schlud­nych edyn­bur­skich szkół, innych niż ta zbie­ra­nina dzieci; jedne są nie­umyte, inne nie­ucze­sane, wiele zupeł­nie nie­przy­go­to­wa­nych, wszyst­kie sie­dzą nie tam, gdzie powinny, gadają i śmieją się, a pastor wsuwa głowę przez drzwi, by zoba­czyć, skąd ten hałas, jego uprzejmy uśmiech jest w grun­cie rze­czy gor­szy od upo­ko­rze­nia dozna­wa­nego ze strony dzieci wie­dzą­cych, że Doro­thy się ich boi. Chcia­łaby pójść do domu i pła­kać, zamiast tego jed­nak kie­ruje się na Pia­ski, gdzie wiatr smaga ją w policzki i kłuje w oczy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. W.B. Yeats, Upro­wa­dzone dziecko, w: W.B. Yeats, Miłość to wybór losu, przeł. Adam Pomor­ski, War­szawa 2023. [wróć]