Wydawca: Zwierciadło Kategoria: Poradniki Język: polski Rok wydania: 2015

Chcę być kochana tak jak chcę ebook

Katarzyna Miller   Ewa Konarowska  

4.28571428571429 (14)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 321 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Chcę być kochana tak jak chcę - Katarzyna Miller, Ewa Konarowska

Bestseller Chcę być kochana tak jak chcę, to książka-poradnik, książka-terapia, książka-przygoda, w której Katarzyna Miller i Ewa Konarowska zastanawiają się, w jaki sposób można otrzymać miłość dokładnie taką, jakiej się chce i jakiej się potrzebuje.

Te relacje ze spotkań psychoterapeutki z dziennikarką to połączenie terapii i przyjacielskich zwierzeń. Są uzdrawiającymi rozmowami doświadczonych kobiet. Po ich przeczytaniu może będziesz wściekła na siebie albo na mężczyzn. Po ich przemyśleniu pokochasz mądrzej, przynajmniej siebie.

Manuela Gretkowska

To wspaniała książka dla prawdziwych kobiet.
Wobec tego okazuje się, że jestem prawdziwą kobietą.

Cezary Harasimowicz

 

Katarzyna Miller – znana, lubiana i chętnie czytana psycholożka, poetka i psychoterapeutka z ponadtrzydziestoletnią praktyką terapeutyczną w zakresie terapii indywidualnej, małżeńskiej i grupowej. Autorka i współautorka wielu książek – m.in. Nie bój się życia, Królowe życia i król, Blaski życia, Nie bój się zdrady, Jak pies z kotem (Wydawnictwo Zwierciadło). Związana z miesięcznikami „Zwierciadło” i „Sens”.

Ewa Konarowska – dziennikarka, dawno temu reporterka, później redaktorka, przez wiele lat związana z prasą kobiecą. Współautorka książki Po co mi ten facet? Nieudana matka dwójki udanych dorosłych już dzieci, Staszka i Adeli, babcia uroczych Lusi i Mai. Pasjonuje ją psychologia, ale jeszcze bardziej pociąga buddyzm. Partnerka mężczyzny, który dla niej gotuje i gra na gitarze, długo niedocenianego przez nią Pana Czesia.


Opinie o ebooku Chcę być kochana tak jak chcę - Katarzyna Miller, Ewa Konarowska

Cytaty z ebooka Chcę być kochana tak jak chcę - Katarzyna Miller, Ewa Konarowska

„Kochanie, ja ci nie po to mówię, żebyś ty nie chciał (śmiejemy się), bo jak nasze ciała cudownie się przyciągają, to znaczy, że nam może być dobrze. I warto, żeby było nam dobrze nie tylko w sprawie ciał. Ja będę słuchała, jak ty mi powiesz, co chcesz i czego nie chcesz, a ty słuchaj, jak ja ci mówię. A potem zrobimy negocjacje”.
chcemy go przerobić na wiecznego chłopca, a romantyka próbujemy za to zrobić „na Cześka”. Realistę odrealnić, a utopistę postawić na ziemi. Przecież to znaczy, że same nie umiemy ich pokochać. No właśnie, Kasiu, co to właściwie znaczy kochać? Kasia: O tutaj, pani, ruszyłaś niezłą kolubrynę. Ewa: Czy można kochać kogoś, kto jest taki poniszczony w środku, bardzo trudny, sam nie umie za bardzo kochać, czy to jest tak, że można kochać kogoś takiego i można z nim być? Kasia: Kochać kogoś takiego można, jeśli jest to twój przyjaciel, brat, mąż, a może twój tatuś, natomiast nie wolno zbyt wiele oczekiwać. To jest jedna z odpowiedzi, co to znaczy kochać. Kochać to nie oczekiwać zbyt dużo. A to się ludziom dokładnie miesza, prawda? My chcemy czegoś dla siebie od osoby, którą „kochamy”. Natomiast kochać znaczy traktować kogoś w taki sposób,
znaczy traktować kogoś w taki sposób, żeby mu życzyć wszystkiego najlepszego i nie oczekiwać niczego. Jak się coś dostanie, to cudnie, a jak nie, to nie. Ewa: I to jest bardzo trudne. Kasia: Bardzo. Toteż łatwo można przestać, w tym sensie, kochać. Bo przecież zwykle tak się robi. A to by znaczyło, że jednak się czegoś oczekiwało. I jeśli się tego długo nie dostawało, to się przestaje „kochać”, czytaj: przestaje się oczekiwać, bo już się wie, że się nie dostanie. Ewa: A tak się przyjemnie rozmawiało na początku...
Ta dziewczyneczka przez cały czas czeka, że tatuś pod postacią jej mężczyzny wreszcie przyjdzie. I to będzie ten „prawdziwy mężczyzna”, który w końcu wyczyta jej potrzeby, szybciej je zrozumie niż ona. Bo ona sama dawno już je zapuściła i zapomniała, oduczyła się je mieć. Tak ją wytresowano. Ale ten wyśniony przywróci im istotną wagę i wartość. Będzie je uwzględniał, będzie o nie dbał. Stworzy dla niej bezpieczne, a jednocześnie ekscytujące i komfortowe warunki, w których ona rozwinie się i rozkwitnie. Oczywiście dla niego. Znów nie dla siebie, tylko dla niego. Bo przecież dziecko chciało być dla tatusia i dla mamusi takie, żeby je wreszcie pokochali tak naprawdę – do głębi jego istoty. A nie tylko wtedy, gdy ono spełnia ich oczekiwania. I chociaż zrobiło wszystko, co mogło, i tak go nie pokochali aż tak, jak tego potrzebowało.
Czy ten facet może mieć w ogóle jakieś własne potrzeby? Kasia : Za cholerę nie może. Przecież ma być cały dla niej. Ewa: I czy on może istnieć dla siebie? Kasia : Ona sobie nie życzy, żeby istniał dla siebie, bo wtedy ją zdradza, porzuca,
człowiek bierze to jako dobry towar i używa z korzyścią dla siebie, to coraz bardziej wypełnia go coś dobrego, czyli coraz mniej mu potrzeba kolejnych dowodów, że można go kochać, że jest coś wart dla siebie i dla innych. Można od innych brać bez poczucia winy, bez wstydu albo z małym wstydem; troszkę zawstydzona, ale biorę. Mała dziewczynka jest często zawstydzona.
Może powiedzieć sobie i tobie (ale najpierw sobie, bo to ważniejsze): „Spotkałem ją jako dużą i silną, taką, która wiele potrafi (bo nie zapominajmy, że ona jest nie tylko mała, ale też duża). Bardzo mi to zaimponowało i pociągnęło, bo pomyślałem, że i mnie uda się coś z tego uszczknąć, a tu się okazało, że ona też bywa mała. Więc gdy okazała się też mała, mogę sobie po pierwsze zdać sprawę z tych uczuć i powiedzieć tak: Wiesz, kochanie, kiedy jesteś mała pod tytułem: » Nic nie wiem, za nic nie odpowiadam i wszystko ty zrób i wszystkim zarządzaj « , to ja tego nie chcę. To dla mnie za dużo. Nakładasz na mnie zbyt wielki ciężar i to mnie złości. Ale kiedy jesteś mała w ten sposób, że się do mnie przytulasz i mówisz mi: » Potrzebuję twojego ciepłego ramienia – na chwilę, na jakiś czas « , to mnie to wzrusza i chętnie ci to dam. Mnie to też wtedy buduje, bo na trochę jestem wielki, ale nie muszę być taki bez przerwy. Wtedy dajemy sobie takie chwile, w których naprawdę ty jesteś mała, a ja duży, i oboje się z tym dobrze czujemy”.
A do odnalezienia bliskości jest, twoim zdaniem, potrzebne ujawnianie słabości? Kasia: Absolutnie niezbędne. Dopiero człowiek, przy którym przestajemy się bać i wstydzić swojej zwyczajności, niedoskonałości, bycia nie w formie, że nie stać mnie na coś, boję się, nie znoszę; dopiero możliwość pokazania takich rzeczy przy kimś, przy kim nie boimy się, że nas za to zostawi – buduje prawdziwą więź.
A do odnalezienia bliskości jest, twoim zdaniem, potrzebne ujawnianie słabości? Kasia: Absolutnie niezbędne. Dopiero człowiek, przy którym przestajemy się bać i wstydzić swojej zwyczajności, niedoskonałości, bycia nie w formie, że nie stać mnie na coś, boję się, nie znoszę; dopiero możliwość pokazania takich rzeczy przy kimś, przy kim nie boimy się, że nas za to zostawi – buduje prawdziwą więź.
wspierającym związku. Kasia : O, nie, nie, nie! To jest obraz bardzo dobrego rodzicielstwa, którego większość z nas nie zaznała. Należałoby dostać to wszystko od rodziców, ale, cóż, nie dostałyśmy. Zresztą oni też nie dostali, więc skąd mieli brać dla nas? Ale mimo to przeżyłyśmy. Jest nam nie najgorzej. Różnych rzeczy nauczyłyśmy się. Jednak mądrości rodzicielskiej było za mało, więc jedna część naszej osoby rosła, rosła i wyrosła na kobietę, która sobie radzi zawodowo, umie zrobić to czy tamto w życiu społecznym, ma znajomych, czasem męża i dzieci albo już miała męża...
Ta dziewczyneczka przez cały czas czeka, że tatuś pod postacią jej mężczyzny wreszcie przyjdzie. I to będzie ten „prawdziwy mężczyzna”, który w końcu wyczyta jej potrzeby, szybciej je zrozumie niż ona. Bo ona sama dawno już je zapuściła i zapomniała, oduczyła się je mieć.
Podaruj sobie czas bez mężczyzny. Wykorzystaj go na budowanie własnej samodzielności, satysfakcji z niej, poznawanie siebie, radość w samotności i z bycia z przyjaciółmi, a także przeżywanie bólu i smutku, czasem w samotności, czasem z przyjaciółmi. Nie chodzi o to, żebyś na zawsze została sama, ale o to, żebyś potem umiała zbudować dobry, trwały związek.
Dopiero człowiek, przy którym przestajemy się bać i wstydzić swojej zwyczajności, niedoskonałości, bycia nie w formie, że nie stać mnie na coś, boję się, nie znoszę; dopiero możliwość pokazania takich rzeczy przy kimś, przy kim nie boimy się, że nas za to zostawi – buduje prawdziwą więź.
przyjaciółkami. Natomiast ta potrzeba siebie zakłada, że myślę o mojej przyjaciółce, mam ochotę dzwonić i pytać, co u niej, pamiętam. Kiedy jest chora, to się troszczę, kiedy jest mi źle, nie wstydzę się zadzwonić i popłakać albo poprosić ją o pomoc i powiedzieć, że jej potrzebuję. Możemy razem nic nie robić, ale umiemy też wziąć się do jakiejś roboty, tak że jedna drugą stymuluje. Liczenie na
Bo ktoś może być interesujący, ale niekoniecznie będzie zaraz moją przyjaciółką. Można się od czasu do czasu spotkać, spędzić miło czas czy sobie pogadać, ale nie myśli się o tej osobie wtedy, kiedy się chce porozmawiać o czymś bardzo ważnym. Ewa: Czyli
Kiedy ze mną ktoś rozmawia o czymś ważnym dla siebie, to ja go słucham, pytam, odpowiadam, coś mówię od siebie, ale do niej, do jej tematu. I sprawdzam, czy tam coś jeszcze jest. Potem ewentualnie mogę powiedzieć, że mnie spotkało coś podobnego albo że ja to przeżyłam inaczej. Natomiast jeśli zaczynam mówić coś ważnego dla siebie, a ktoś na to: „Bo ja też” albo „Bo ja nigdy”, to we mnie się wszystko cofa.
Bywa, że kiedy czujemy się porzucone, wydaje się nam, iż to nie my porzucamy, a właśnie tak jest. Czyli np. przestajemy do niej dzwonić, nie troszczymy się już o nią, omijamy ją. Nie wyjaśniamy sprawy, nie pytamy, co się stało. Obrażamy się, bo się boimy, że ktoś nas już nie chce, więc na wszelki wypadek odpowiadamy szybko tym samym. To jest charakterystyczne dla tych, którzy mieli za mało matki, czyli nie czuli się przez nią wystarczająco kochani. Ewa: Ja dopiero się uczę
Jest tak pochłonięty chaosem własnych uczuć, że nie dociera do niego fakt, że inni też czują. Jest to jedna z głównych cech neurozy. Neurotyk przeżywa rozpacz osamotnienia, nie wiedząc, że przez brak empatii sam wtrącił się do tej celi i wyrzucił klucz. Dużo takich chodzi po świecie, cierpi, szuka zrozumienia, miłości, a znajduje głównie winnych tego, że jest im tak źle.
marzeniami jest tak, że im jest nam gorzej, tym bardziej marzenia odstają od rzeczywistości. To jest coś, czego się też w szkołach nie mówi, a warto by było. Dziecko nieszczęśliwe sięga po świat nierealny, w którym jest dalece, dalece kimś innym niż w rzeczywistości. Im mu tu smutniej, tym bardziej jest tam królewiczem, królewną, księżniczką, rycerzem, wróżką, boginią, gwiazdą, supermanem, słowem: kimś wyjątkowym...

Fragment ebooka Chcę być kochana tak jak chcę - Katarzyna Miller, Ewa Konarowska

CHCĘ BYĆ KOCHANA TAK JAK CHCĘ

Katarzyna Miller

Ewa Konarowska

Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o.

ul. Karowa 31a, 00-324 Warszawa

tel. 22 312 37 12

Dział handlowy

handlowy@grupazwierciadlo.pl

© Copyright by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa ٢٠١٥

Text © copyright by Katarzyna Miller, Ewa Konarowska, 2006

Wydanie II

RedakcjaAnna Kotynia-Kosmynka, Dariusz Rossowski

KorektaMelanż

Okładka i projekt typograficznyPaweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Ilustracja na okładceMirosława Szawińska

Zdjęcia Autorek

Ewy Konarowskiej – z archiwum domowego

Katarzyny Miller – Zosia Promińska (stylizacja:Dominika Zasłona-Dukielska, Marcin Brylski;makijaż i fryzura:Aneta Kacprzak)

Łamanie i składPlupart

Redaktor prowadzącyMagdalena Chorębała

Dyrektor produkcjiRobert Jeżewski

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

ISBN: 978-83-64776-87-8

Mojej Mamie i Niani

– z pamięcią

Kasia

Moim Rodzicom, bez których by mnie TU nie było.

I moim Dzieciom: Stasiowi i Adelce

z miłością

Ewa

Chcę od niego wszystkiego

Ewa:Wygląda mi na to, Kasiu, że posiadłam umiejętność wchodzenia w związki, w których to facet decyduje o wszystkim.

Kasia:Wydawałoby się, że będzie z tego długo zadowolony, że jest taki ważny. Ale po jakimś czasie przestaje mu się to podobać.

Ewa:I nagle mówi mi: „To ty, mała, już sobie idź”.

Kasia:Gdy on powiada: „Idź”, nie wiadomo, co to tak naprawdę znaczy. Czy jest zmęczony, czy ma pracę, czy może ma ciebie dosyć?

Ewa:Dla mnie to znaczy: „Zaspokoiłaś już moje potrzeby i na razie mam cię dość”.

Kasia:Ciekawe, co ty wtedy robisz?

Ewa:A co mam robić? Idę.

Kasia:I nic nie mówisz? Nie pytasz: „Dlaczego chcesz, żebym już poszła?”.

Ewa:Nie, oczywiście tego nie robię.

Kasia:No, skoro nie robisz, to on następnym razem może ci znów spokojnie powiedzieć: „Idź już, mała”.

Ewa:Tak. Robi to.

Kasia:Na początku w ogóle nie powinien mówić: „Idź, mała”, bo powinno mu być ciebie ciągle mało, mała. W każdym razie tak byśmy chciały. A jak się czujesz z tym, co on robi?

Ewa:Nie ukrywam, że czuję się głęboko dotknięta obiema tymi rzeczami: i tym, że on mnie nie pragnie aż tak bardzo, i tym, że mi mówi: „A teraz, mała, to już idź”.

Kasia:Kiedy słyszysz to „mała”, to co?

Ewa:Pfffuuu.

Kasia:Niezależnie od tego, że on jest wysoki, a ty niska, jest jednak jeszcze coś innego w tym „mała”.

Ewa:Ja myślę tak: gdy wchodzę w związek, to pokazuję najpierw moją bardzo silną, a potem bardzo słabą stronę. I zaraz bym chciała, żeby ten facet pokierował mną i moim życiem, wziął odpowiedzialność za wszystko, co ja czuję, robię i myślę. Wtedy pokazuję siebie małą, więc mówienie w tym momencie do mnie „mała” jest adekwatne do sytuacji. Choć oczywiście ja nie jestem tylko mała. I po jakimś czasie mnie to doprowadza do furii.

Kasia:Czy byłaś „niemała” wtedy, gdy jeszcze nie pozostawałaś z nim w związku, gdy byłaś jego przyjaciółką i współpracowaliście? Wtedy cię nie lekceważył?

Ewa:Wtedy mnie szanował.

Kasia:Wtedy pokazywałaś swoją inteligencję i różne umiejętności, wobec czego on liczył się z twoim zdaniem. Coraz bardziej pociągało go, że jesteś taka interesująca i niezależna.

Ewa:Więc jak do tego doszło, że teraz już jestem „mała”?

Kasia:Pewnie trochę tak: dopóki byłaś jego przyjaciółką i współpracownicą, korzystałaś ze swoich dorosłych cech, wiedziałaś, że one są potrzebne. Ale kiedy zaczęło się między wami nawiązywać coś romansowego, coraz bardziej zaczęła dochodzić do głosu mała dziewczynka, stęskniona wielkiej miłości. Teraz ta dziewczynka chce, żeby on włożył ją w kieszeń i nosił zawsze przy sobie, a on mówi: „To już sobie idź”.

Ewa:I nie rozumiem, czy wszystkie kobiety tak mają, czy to tylko ja trafiłam na kolejnego sukinsyna. Czy każdy facet, nawet święty, będzie się zachowywał według tego scenariusza, który ja sama napisałam i podałam mu pod stołem, a teraz udaję, że wcale nie ja to zrobiłam?

Kasia:Oczywiście, nie wszystkie kobiety tak mają. Niektóre całe są dorosłe. A niektóre z tych jeszcze niedorosłych próbują załatwić swój problem, mówiąc: „Kolejny sukinsyn...”.

Ewa:...odwracając się i idąc do następnego „kolejnego sukinsyna”.

Kasia:A jednocześnie odwracając się od swojego pytania: Czy to nie ja robię coś takiego, że każdy facet po jakimś czasie zacznie mnie tak traktować, bo nie będzie miał innego wyjścia; bo pcham mu się w ręce w postaci „małej”?

Ewa:Która w dodatku się buntuje.

Kasia:Czasem się buntuje i trzeba to ukrócić. Bo jak jest taka mała, to jakim prawem się buntuje? A jak się buntuje, to dlaczego, do licha, jest taka mała?

Ewa:Po prostu to jest wpuszczanie przeciwnika w maliny.

Kasia:Przede wszystkim to jest ogłupianie samej siebie. Mam do ciebie kolejne ważne pytanie: Jak się czujesz, gdy sama sobie, tak uczciwie, powiesz: „Chcę od niego wszystkiego – żeby się mną opiekował, żeby był wielki, żeby był dobry, żeby cały był dla mnie, żebym ja już nic nie musiała”? Jak ty się czujesz, gdy to mówisz sobie samej albo mnie?

Ewa:Hm, czuję się mała.

Kasia:A czy wypowiadasz swoje prawdziwe pragnienie?

Ewa:Tak. Z jednej strony wypowiadam je i jestem jak dziecko, ale z drugiej coś we mnie wie, że powinnam czmychać czym prędzej od stanu, gdy ktoś za mnie decyduje, bo to mnie ubezwłasnowolnia i osłabia, nie mam kompletnie miejsca dla siebie. I nie mogę wtedy powiedzieć: „Zaraz, zaraz, nie chcę, żebyśmy szli na spacer do lasu, chcę do kawiarni”. Bo skoro ktoś ma za mnie brać odpowiedzialność w całości, to ja muszę być może zawsze chcieć do lasu?

Kasia:Wtedy, gdy jemu się zachce.

Ewa:I to jest dla mnie sprzeczność: z jednej strony wielka tęsknota, żeby ktoś wziął za mnie odpowiedzialność, zwłaszcza że ja już bardzo długo ją za siebie biorę, z drugiej strony lęk, że jak już mu ją oddam...

Kasia:…to się znajdziesz w lesie.

Ewa:Dokładnie. Bo wtedy dzieją się takie rzeczy, że ten ktoś mnie umniejsza, nie traktuje mnie poważnie, jak partnera, tylko jak dziecko, które wlecze za rękę przez ulicę, bo jest zielone światło i on wie, że należy już przejść, a ja nie mam wiele do powiedzenia.

Kasia:Wiesz, czego ty faktycznie chcesz? Żeby twoje wewnętrzne dziecko, które nie dostało kiedyś tego, o czym marzyło, czego potrzebowało, czyli prawdziwej opieki, zostało przez niego potraktowane jak przez dobrego ojca. Czyli z jednej strony, żeby wiedział, że jesteś dzieckiem, a z drugiej strony, żeby rozumiał, że masz rosnąć, i pomagał ci w tym. Czyli żeby cię wychował. Rozumiał, wyczuwał i nie umniejszał, tylko pozwalał ci przy sobie dorastać. To znaczy, stał się dla ciebie tatusiem, który jest w dodatku tak dobry i mądry, żeby cię naprawdę podholować do twojej prawdziwej dorosłości. I żeby jeszcze potem wcale nie stracić tego, że jest to twój superman, a ty jesteś dla niego atrakcyjną kobietą. Czyli żeby on był dwa w jednym albo nawet wszystko w jednym.

Ewa:Czy to jest możliwe?

Kasia:Absolutnie niemożliwe!

Ewa:Gdy to mówisz, nasuwa mi się pytanie: Jak ty rozumiesz wspierający związek? Bo ten obraz, który przede mną rozsnułaś, ten piękny widok, który roztoczyłaś, to jest dla mnie właśnie obraz mojego marzenia o wspierającym związku.

Kasia:O, nie, nie, nie! To jest obraz bardzo dobrego rodzicielstwa, którego większość z nas nie zaznała. Należałoby dostać to wszystko od rodziców, ale, cóż, nie dostałyśmy. Zresztą oni też nie dostali, więc skąd mieli brać dla nas? Ale mimo to przeżyłyśmy. Jest nam nie najgorzej. Różnych rzeczy nauczyłyśmy się. Jednak mądrości rodzicielskiej było za mało, więc jedna część naszej osoby rosła, rosła i wyrosła na kobietę, która sobie radzi zawodowo, umie zrobić to czy tamto w życiu społecznym, ma znajomych, czasem męża i dzieci albo już miała męża...

Ewa:...albo licznych mężów...

Kasia:...albo licznych narzeczonych. Już mieszkała z tym i z tamtym, ale wewnątrz niej nadal tkwi mała dziewczynka (która będzie się przewijała przez całą książkę). Ta dziewczyneczka przez cały czas czeka, że tatuś pod postacią jej mężczyzny wreszcie przyjdzie. I to będzie ten „prawdziwy mężczyzna”, który w końcu wyczyta jej potrzeby, szybciej je zrozumie niż ona. Bo ona sama dawno już je zapuściła i zapomniała, oduczyła się je mieć. Tak ją wytresowano. Ale ten wyśniony przywróci im istotną wagę i wartość. Będzie je uwzględniał, będzie o nie dbał. Stworzy dla niej bezpieczne, a jednocześnie ekscytujące i komfortowe warunki, w których ona rozwinie się i rozkwitnie. Oczywiście dla niego. Znów nie dla siebie, tylko dla niego. Bo przecież dziecko chciało być dla tatusia i dla mamusi takie, żeby je wreszcie pokochali tak naprawdę – do głębi jego istoty. A nie tylko wtedy, gdy ono spełnia ich oczekiwania. I chociaż zrobiło wszystko, co mogło, i tak go nie pokochali aż tak, jak tego potrzebowało.

Ewa:Od razu nasuwa się pytanie: Czy ten facet może mieć w ogóle jakieś własne potrzeby?

Kasia:Za cholerę nie może. Przecież ma być cały dla niej.

Ewa:I czy on może istnieć dla siebie?

Kasia:Ona sobie nie życzy, żeby istniał dla siebie, bo wtedy ją zdradza, porzuca, zostawia. Tak samo jak tatuś, który był przeważnie nieobecny. A przecież dziewczynka tak chciała, żeby rano wstał z nią, zjadł śniadanko, a potem odprowadził do szkoły i na nią poczekał, żeby po południu wspólnie odrobili lekcje i żeby pochwalił ją za to, czego się nauczyła, powiedział jej, że jest słodka, ładna, miła, że jest dumny z takiej córeczki. I że takiej dziewczynki ślicznej to nigdy na świecie nie było. Ale on tego nie robił.

A jeżeli robił, to tylko troszkę i czasami, więc ona tylko czasem zachłystywała się szczęściem, że ją dostrzegł, a wciąż czekała: „Gdzie ta reszta? Gdzie ta reszta?”. I myślała: „Czy on mnie kocha, ten mój tatuś? To dlaczego zapomniał mi o tym powiedzieć?”. A potem przychodziło zwątpienie: „A może jednak mnie nie kocha, skoro o tym nie mówi? Jeśli tak, to ja muszę być supergrzeczna, taka, jak on sobie życzy. Co mam robić? Tatuś nie lubi, żebym płakała, to nie będę płakać. Ale przy moim ukochanym będę płakać i wypłaczę się za wszystkie czasy, i on mnie przygarnie, i powie: Płacz, kochanie moje”.

Ewa:Ależ to piękne, co mówisz! Tak mnie to wciągnęło...

Kasia:Nie było to moją intencją. Jesteś niepoprawną recydywistką...

Ewa:Ja chcę, żeby było tak jak w twojej opowieści, a ty zaraz mi zaproponujesz coś strasznie trudnego...

Kasia:Ależ skąd! Wcale nie zaproponuję ci niczego strasznie trudnego, bo ty możesz zrobić tylko to, co możesz.

Ewa:Może mogę zrobić coś strasznie trudnego.

Kasia:Ach, jaka ambitna mała dziewczynka!

Ewa:Wiesz, Kasiu, ja byłam przez ostatnie kilka lat w strasznie trudnym związku. Kiedy przeczytałam książkę Mai StorchTęsknota silnej kobiety za silnym mężczyzną, znalazłam w niej rozdział o stosowaniu strategii ofiary, ucieczki i walki jednocześnie i wtedy coś ważnego zrozumiałam. Myśmy się, mniej więcej, co trzy miesiące rozstawali. Dokładnie według scenariusza z książki. Ja, oczywiście, uważałam, że to przede wszystkim jego wina i w związku z tym miałam rosnące wrażenie, że ten facet w ogóle mnie nie kocha, że to jakaś pomyłka. Co ja tu robię? Zupełnie nie rozumiem, po co on ze mną jest (no bo ja, wiadomo, uważałam, że go kocham). Dopiero po lekturze dotarło do mnie, jak jemu nieludzko trudno było ze mną i jak on, na swój sposób, strasznie mnie kochał, skoro tyle ze mną wytrzymał.

Kasia:W tym momencie rysujemy kwiatek dla panów i dziękujemy serdecznie, że z nami wytrzymujecie.

Ewa:Wielki kwiatek dla panów, a ode mnie zwłaszcza dla tego pana. Fakt faktem, że wybrałam trudnego mężczyznę. Zupełnie tego nie rozumiem. Jeśli wziąć pod uwagę moje dziewczęce potrzeby, tęsknoty i marzenia, powinnam szukać jakiegoś łatwiejszego partnera.

Kasia:Otóż właśnie takie trudne związki wybiera sobie mała dziewczynka, nienauczona dokonywania dobrych wyborów. Ona nie zatrzyma się przy facecie, który jest zdrowy, normalny. Normalnego mała dziewczynka puści bokiem, nawet gdyby się jej oświadczył, bo nie wie, co z takim począć.

Ewa:Wydaje się jej, że jest śmiertelnie nudny.

Kasia:Przede wszystkim dlatego, że on nie miota się, nie przeżywa. Po pierwsze, nie daje się wciągać w jej grę, tylko robi swoje. W odniesieniu do niej robi też różne miłe rzeczy, ale nieprzesadnie. Nie otacza jej przepychem uczuć, nie rozciąga nad nią namiotu pożądania, szaleństwa, uwodzenia albo też obrażania się i odchodzenia.

Ewa:No to, Kaśka, powiedz sama, czy on nie jest nudny?

Kasia:(nadzwyczaj serio) O, nie! Ja już nie jestem małą dziewczynką! Kiedyś był dla mnie śmiertelnie nudny, ale teraz już nie. Ja już chcę normalnego.

Ewa:To ja się zastanowię.

Kasia:Tak, ty się zastanów. Masz czas. Ty jeszcze rośniesz. Ja już jestem duża. Ale słuchaj dalej, co z tą małą dziewczynką i z tym facetem, który musi być koniecznie taki wspaniały. Po pierwsze, oni się wyczuwają z dużej odległości, zdecydowanie większej niż kilometr, choć odległość nie została jeszcze naukowo dowiedziona.

Ewa:Wyobraź sobie małą dziewczynkę na balkonie, a poniżej trzystu facetów ukrytych pod czarnymi parasolami. Ona bez pudła wybierze spośród nich tego właściwego, wskazując na czarny parasol trzeci od lewej w piętnastym rzędzie, i powie: ON! I to będzie ten „słuszny”, najgorszy z możliwych wybór.

Kasia:Prosimy tego pana na balkon, ale ma wejść po sznurowej drabince, żeby się troszkę pokiwał, bo schodami byłoby zbyt banalnie.

Ewa:Już go buja.

Kasia:A co drugi szczebelek leciutko nadłamany...

Ewa:Gdyby miała podobne szczęście w grach liczbowych, byłaby bogata. Pod warunkiem (chórem) że w piłeczce byłby ukryty ten facet.

Kasia:Niestety, ten rodzaj intuicji nie jest jej tak łatwo dany. Jej specyficzna intuicja jest nastawiona tylko na to, by szukać tego jedynego: rycerzaveltatusia,velPana Boga,veldziadka czy nawet wszystkiego w jednym. I dzieje się coś tak dziwnego, że dorosła kobieta, która wie, co to znaczy dobra współpraca, na przykład w pracy zawodowej, i która umie się przyjaźnić, raptem ani nie współpracuje, ani nie przyjaźni się ze swoim mężczyzną. Tylko albo z nim walczy, albo się go boi, albo cierpi w milczeniu, albo się obraża, albo drętwieje wewnętrznie i staje się zupełnie bezradna. I jeszcze uważa, że to jego wina. Czuje się pokrzywdzona, niespełniona i nie wie dlaczego.

Ewa:Kasiu, czy ona jest chora?

Kasia:Na pewno jest obolała. Może chorym można by nazwać to, że jedna jej część nie wie nic o drugiej; że te części się nie znają i nie wspierają. Jest spora przepaść między sprawnie działającą (nazwijmy ją „dużą”) kobietą a małą dziewczynką. Nie wspierają się dlatego, że nie chcą nic o sobie wiedzieć. Ta duża i sprawna wstydzi się tej małej bezradnej. A mała nie wierzy, że ta duża zechce się nią zaopiekować, bo nigdy dotąd tego nie zrobiła.

Człowiek zdrowy jest w miarę kompletny, zintegrowany wewnętrznie. To znaczy, że jego różne aspekty ze sobą współgrają, współpracują i siebie wzajemnie wzbogacają.

Mała dziewczynka oczekuje wsparcia od mężczyzny, a nie od siebie, czyli od tej własnej „dorosłej części”. Mała dziewczynka, siedząc zamknięta (przez tę dużą) w komórce, czeka na wybawcę i pragnie, żeby ktoś wreszcie ją z niej wyciągnął.

Ewa:I w dodatku od razu zrobił z niej królewnę. Bo po co inaczej wychodzić?

Kasia:Wiesz, dlaczego tak jest? Bo kiedy siedzi tak w tej komórce, marzy, przecież nic innego nie może robić. A jak już marzy, to tylko o złotogłowiu, koronie i haftowanych trzewiczkach. Nie marzy o niczym zwykłym, realnym, bo tego, po pierwsze, nie zna, a po drugie, musi dostać coś ekstra, żeby wyrównało jej te wszystkie lata spędzone w zapomnieniu.

No i powiedz teraz, kto jest to w stanie dać? Ten, którego wybiera? Ten spod czarnego parasola? On też ma swoje problemy. Nie może ich nie mieć. Ma tak jak każdy. Jego też ktoś nie dokochał, nie dopieścił i nie zrozumiał. Sam też się nie rozumie. Podobnie jak my.

Ewa:Rozumiem już, Kasiu, jak są pisane te gotowe scenariusze. Ale czy to znaczy, że moimi związkami rządzi mała dziewczynka?

Kasia:Trafiłaś w samo sedno. Bardzo często tak właśnie się dzieje, że rządzi niedorosłość.

Ewa:Czyli jeśli nie zaopiekuję się moją wewnętrzną dziewczynką, to każdy następny facet w pewnym momencie może mi powiedzieć: „Wiesz co, mała, to ty sobie już idź”?

Kasia:Tak właśnie może być.

Ewa:Ale ja już nie chcę, żeby tak było, Kasiu.

Kasia:Naprawdę?

Ewa:Naprawdę.

Kasia:No to ci zaproponuję coś rzeczywiście trudnego. Podaruj sobie czas bez mężczyzny. Wykorzystaj go na budowanie własnej samodzielności, satysfakcji z niej, poznawanie siebie, radość w samotności i z bycia z przyjaciółmi, a także przeżywanie bólu i smutku, czasem w samotności, czasem z przyjaciółmi. Nie chodzi o to, żebyś na zawsze została sama, ale o to, żebyś potem umiała zbudować dobry, trwały związek.

Ewa:Czyli mam odbudować siebie, nie wieszając się na NIM. I wtedy to nie będzie ten spod parasola?

Kasia:Tak. I wiem, że to możliwe.

O wspaniałym rycerzu i zaklętej w zamek królewnie

Kasia:Opowiem ci pewną bajkę, którą widzę oczami duszy.

Ewa:O tym, jak to oni chcieliby żyć razem długo i szczęśliwie?

Kasia:Ćwicz cierpliwość i posłuchaj. On przebiera się bardzo pięknie, bo przecież chce być widziany jako wspaniały rycerz, dużej klasy. Wsiada na wielkiego konia, zakłada lśniącą zbroję.

Ewa:Koniecznie ma ze sobą długą lancę.

Kasia:Uważa, że im dłuższa, tym lepsza. Ma przyłbicę i pióropusz i galopuje przez równinę na swym pięknym rumaku, marząco kim? O królewnie. Jedzie i rozgląda się. Nie zaspokajają jego ambicji żadne mijane po drodze chałupki, domki, osiedla. Chce zamku i królewny! Jedzie i jedzie, i jedzie. Nagle jest! Zamek. Och, jaki piękny! Wieże ma wysokie, fosy głębokie, a most podniesiony... Cud, nie zamek. Bogaty, nie do zdobycia. Rycerz, chrzęszcząc zbroją i powiewając pióropuszem, zbliża się do niego. I co się wtedy dzieje? Most się opuszcza.

Ewa:Łał!

Kasia:Więc co rycerz na to? Wjeżdża na dziedziniec! A tam pięknie, przepięknie. Wszystko jest.

Ewa:Aż się boję końca.

Kasia:Wszystko jest, tylko jakoś pusto. Mówię ci, pusto! Może oprócz zwodzonego mostu trzeba jeszcze czasem pokonać jakieś przeszkody, żeby się tam dostać. Różnie bywa z tymi zamkami. Jedne ulegają szybciej, inne trochę się bronią. A rycerz zwiedza i się zachwyca. Ale bogato, ale ślicznie przystrojone!

Ewa:Widać inteligencję właścicielki-królewny.

Kasia:Widać jej gust i niezwykłą wszechstronność. Rycerz ogląda i podziwia. Zwiedza zamek, komnata po komnacie, ale królewny znaleźć nie sposób. W sali balowej – nie ma, w tronowej – nie ma, w kuchni – nie ma, w sypialni – nie ma, ale gdzieś coś cichutko kwili. W korytarzach też księżniczki ani śladu, ale za to kwilenie słychać coraz głośniej. Rycerz biega po zamku od komnaty do komnaty. W końcu trafił do lochu: tu już coś naprawdę głośno płacze! No i co? W ostatniej komóreczce, na samiusieńkim końcu najciemniejszego korytarza znalazł...

Ewa:Co? Dziecko malutkie, dziewczyneczkę małą?

Kasia:Tak, dzidzia. Siedzi i zalewa się łzami.

Ewa:Pół roczku?

Kasia:No, nie, może więcej. Ze dwa latka ma, góra trzy. Siedzi i płacze, a on myśli: „O Jezus Maria, kto to dziecko tu wsadził i zamknął? Czy ta królewna jakaś okrutnica, czy co? Gdzie ona w ogóle jest?”.

Ewa:No i co?

Kasia:Bierze to dziecko na ręce, ale trochę nie wie, co z nim począć. Bo nikt go nie uczył.

Ewa:Przecież w końcu nie po dziecko tu przyszedł. Dzieci (jak mawiał jeden mój znajomy rycerz, powtarzając za Słonimskim) to zakała ludzkości.

Kasia:Jak daleko sięga pamięcią, w jego rodzinie kazali się dziećmi zachwycać i on się z grzeczności zachwycał trochę, choć nie wiedział za bardzo czym. A potem szybko uciekał, bo takie dziecko to jeszcze mu kupę na rękę zrobi albo się zsika. A w ogóle co się z takim dzieckiem robi? Czym to się karmi? Są oczywiście tacy, którzy wiedzą, ale oni nie przebierają się, proszę ciebie, w zbroję, tylko siedzą u siebie w domu, mają własne dzieci i je hodują.

Ewa:To są ci nudni.

Kasia:No, nie powiem... Oni wiedzą, jak się dzieckiem zająć. Mają już dzieci, bo chcieli je mieć, wiedzieli, kiedy i po co, i z kim, i żadna królewna im niepotrzebna... Ale wróćmy do naszego pięknego rycerza. On coś z tym bachorkiem zrobi, bo przecież świnią nie jest. No, może co poniektóry zostawiłby dziecko i odjechał, ale taki porządniejszy rycerz je weźmie i nawet pójdzie do kuchni, znajdzie coś do jedzenia i nakarmi.

Ewa:I tak się będzie z tym dzieckiem obtykał, choć tego nie lubi.

Kasia:Pewnie, że nie lubi. Pyta nieustannie: „Gdzie jest, kurde, królewna? No, przecież musi być. Przecież zamek stoi...”.

Ewa:Piękna bajka!

Kasia:I jaka prawdziwa...

Ewa:A czy on poczeka, aż dziecko dorośnie?

Kasia:A ile lat by to musiało trwać, kochana? My byśmy chciały, żeby poczekał, ale to się rzadko zdarza, choć takie dziecko szybko rośnie.

Ewa:Szybciej niż normalne dzieci?

Kasia:Zdecydowanie. Jednak musiałby się zasadzić na dobrych kilka lat, żeby ono się wykwiliło, wypłakało, nausypiało, narobiło mu na rękę i żeby on się tym nie przejmował, nie krzyczał ani ze wstrętem się nie odwracał. A prawda jest taka, że jak dziecko kupę robi, to on się ze wstrętem odwraca. No i zgadnij, co się teraz dzieje? Dziecko jest nieszczęśliwe. Bo znowu nie dostało tego, czego chce i potrzebuje.

Ewa:A ja już w międzyczasie, powiem ci szczerze, wzięłam stronę tego faceta. Jestem głęboko przejęta jego losem.

Kasia:A to miło z twojej strony. Ale zostawiłaś dziecko. To bardzo charakterystyczne. Zachowałaś się jak większość kobiet, które najchętniej zajmują się facetem. To jest straszne. Bo on sam sobą ma się zajmować, kochana. Ma różne możliwości: albo zostaje w zamku, albo wiezie dzidzię do najbliższej opiekunki i tam ją zostawia, albo w końcu zauważa, że zamek to niekoniecznie królewna. Różne rzeczy może zrobić.

Ewa:Ja wciąż nie rozumiem, czy jest gdzieś ta królewna, czy nie.

Kasia:Królewna jest zamkiem. Jest w niego niejako zaklęta. Zamek jest tą częścią niej, którą ona, dużym nakładem sił i środków, wzniosła na zewnątrz. Pokazuje tę cudowną sylwetkę prosto z fitnessu. Nogi na niebotycznych obcasach albo we wspaniałych tenisówkach. Iskrzącą inteligencję za markowymi okularami. Mądrość i fajność kobiety-kumpla...

Ewa:Albo pokazuje kobietę do łóżka...

Kasia:Niekoniecznie do tego łóżka dochodzi, a jeśli już dojdzie, to raptem może się okazać, że nie ma tam tej nieokiełznanej lwicy, tylko mała dziewczynka.

Ewa:Czy to znaczy, Kasiu, że my widzimy atrakcyjną kobietę, zadbaną, uwodzicielską i dorosłą, a ona w środku jest emocjonalnie małym dzieckiem?

Kasia:Właśnie tak. Ta zewnętrzna fasada to zamek, w którego świetność kobieta wciąż inwestuje. Wewnątrz, w ukryciu (ja to nazywam „w komórce”), pozostaje opuszczone, nieszczęśliwe, małe dziecko.

Ewa:Dlaczego o nim zapomniała? Ono przecież wydaje się takie ważne...

Kasia:Jednak wtedy, kiedy było to potrzebne, nie podobało się takie zwyczajne. Z tych zwyczajnie kochanych dzieci rosną zwyczajni ludzie, czyli te nasze miłe chałupki. A większość zamków to dzieci, które musiały się bardzo starać, żeby sprostać wymaganiom, czyli być bardzo ładną, bardzo inteligentną, bardzo grzeczną. W ogóle wyjątkową i bardzo-bardzo.

Ewa:Zdaje się, że znam to z własnego doświadczenia.

Kasia:I dlatego czekasz, żeby ktoś inny zajął się twoim porzuconym dzieckiem.

Ewa:Bo sama nie umiem. Nie wiem nawet, czego ono chce.

Kasia:I bardzo byś chciała, żeby ktoś, najchętniej jakiś rycerz, wiedział lepiej niż ty, czego potrzebujesz? Spójrz, jak często wraca ten wątek dbania o własne potrzeby. Jest to jeden z najważniejszych progów na drodze do dorosłości i dobrego życia.

Ewa:Może kiedyś przestanę szukać kogoś, kto mnie wyręczy w opiece nad sobą, ale na razie jestem recydywą i wobec tego powiedz mi: Co robi królewna zaklęta w zamek, gdy rycerz nie chce się zajmować małą dziewczynką?

Kasia:A będziesz chciała pamiętać?

Ewa:Nie mogę obiecać. To co? Nie powiesz?

Kasia:Powiem, bo może jakaś inna mała dziewczynka ukryta w zamku będzie chciała pamiętać.

OD ŻADNEGO RYCERZA DZIEWCZYNKA NIE MOŻE DOSTAĆ TEGO, CZEGO POTRZEBUJE, ŻEBYSTAĆ SIĘ DOROSŁĄ KOBIETĄ.

To, czego nie udało się dostać w młodych latach od mamy, taty, babci, dziadka, prawdziwych lub „przyszywanych” cioć i wujków oraz od nauczycieli, może zdobyć już tylko sama. Mogą jej w tym pomóc przyjaciele i ukochany też, ale TYLKO POMÓC!

Chciałaś wiedzieć, co się dzieje w zamku? Rycerz już trochę utulił dziecko i ma serdecznie dość. Jednak dziecko, wyciągnięte po latach z komórki, ma przecież rosnące potrzeby.

Co robi zamek, gdy widzi, że rycerz zbiera się do odwrotu? Wypuszcza lwy z klatki: „Ty taki, owaki, to ty miałeś... Ty obiecywałeś... Po coś ty w ogóle przyjechał? Mówisz, że chcesz królewnę? Masz taki zamek i nie chcesz się jednym małym dzieckiem zająć? Za to wszystko?! Wynoś się!”.

Ewa:No i słusznie!

Kasia:Umówmy się, że on został zwabiony.

Ewa:Co zrobi rycerz, kiedy zamek go wyrzuca?

Kasia:Zacznie z lwami walczyć, bo przecież jest wojownikiem.

Ewa:O, to ja trafiłam naprawdę na wielkiego wojownika!

Kasia:Ten, co cztery i pół roku wytrzymał?

Ewa:Z lwami walczył dzielnie, że aż...

Kasia:Jeszcze mogło mu się pomieszać, że walczy o królewnę, a nie że z nią.

Ewa:Oczywiście, że mu się pomieszało.

Kasia:I trochę czasu mu zajęło, żeby się w tym rozeznać. Tym też można tłumaczyć długość przebywania obok ciebie.

Ewa:Myślę, że on bardzo chciał coś mieć.

Kasia:Pewnie, że tak. Przede wszystkim już zdobył zamek. Nie jest tak łatwo z dnia na dzień wyprowadzić się z zamku.

Ewa:(nostalgicznie) To prawda, to prawda.

Kasia:Poza tym ciągle podoba mu się ten zamek. Wprawdzie okazało się, że są lwy, a może jeszcze jakieś szczury, które co rusz podgryzają, jakieś zapadnie, pułapki i nietoperze, ale tak czy inaczej jest to zamek i nawet jeszcze remontu nie wymaga. Można szyku zadać! Pokazać się z takim zamkiem albo czuć się już prawie jego właścicielem...

Ewa:No właśnie, bo rycerz w pewnym momencie czuje się właścicielem zamku.

Kasia: Szczególnie jeśli zamek jest nie bardzo obsadzony.

Ewa: Niezamieszkany w pewnym sensie.

Kasia:Tak, ale sam zamek jest też żywy. Robi mu różne hopsztosy. Łoże się zapada, baldachim go dusi, jak u Edgara Allana Poe. Oczywiście, można uskoczyć, można być niezwykle dumnym z siebie, że się daje radę. Nawet podekscytowanym: „O, z tobą to ja dopiero zawalczę, mam naprawdę godnego przeciwnika”. Zobacz, jak często ludzi łączy to, że on jest rycerzem, nieustraszonym wojownikiem, a ona jest tak cwanym zamkiem, ciekawym, walecznym i pomysłowym, że przez długie lata nie mogą się rozstać.

Ewa:Bywa, że zmęczony walką rycerz zamknie się w wieży, żeby odpocząć, a zamek dalejże robić mu wstrząsy. Nieźle musi potelepać, żeby go z tej wieży wypluło.

Kasia:No i tak im lata lecą. Zamek uważa, że ma już swojego mieszkańca, prawie królewicza, już jest niemal jego właścicielem, bo przecież zamek nigdy całkiem się nie podda.

Ewa:To ważne, co mówisz: bo i zamek się nie podda, i rycerz się nie podda. Po obu stronach rośnie jednak przekonanie, że chyba nie o to chodzi w związku.

Kasia:Gdyby umieli być zwyczajnie szczęśliwi, ona nie musiałaby marnować energii na stawianie zamku, byłaby zadowoloną z siebie willą, a i on by się nią zadowolił, zamiast pętać się po rubieżach, żeby koniecznie spotkać królewnę. Bo i on ma przecież w sobie małego zagubionego chłopca, który łudzi się, że zdobycie królewny uczyni go dużym i silnym. Wyśnił ją sobie, wymarzył, no i już prawie ją miał...

Ewa:Po raz kolejny, prawdopodobnie...

Kasia:Bo przecież tu i ówdzie jakiś zameczek stoi. Nie jest to pierwszy zamek, do którego przybył. Niektóre są już zajęte, ale są takie, które wpuściły już niejednego rycerza. A są i rycerze, których przeznaczeniem wydaje się jeżdżenie od zamku do zamku.

Ewa:Co tu się dzieje? Czy to jest jakiś cud niepamięci? Czy to jakieś przekleństwo?

Kasia:To jest cud iluzji. Cud obdarzania iluzji taką wartością i wagą, jakiej nie daje się prawdzie. Czyli marzenie jest tak ogromne, że zasłania wszystko.

Ewa:Zasmucasz mnie...

Kasia:Mnie też to nie cieszy. Kiedy rycerz zostawia dziecko i odjeżdża, zamek jest po prostu wściekły. Bo to znaczy, że musi wybudować jeszcze lepszą pułapkę na następnego: trzeba upiększyć flanki, chorągiewki muszą powiewać kolorowe, może ściany trzeba by na różowo przemalować. Wściekłość rośnie, tak jak w bajce o dżinie zamkniętym w butelce. Przez pierwsze sto lat mówił: „Kto mnie uratuje, dostanie królestwo, pieniądze i sławę’’. Po dwustu latach tylko pieniądze, po trzystu już tylko sławę, a po czterystu latach dżin był tak wściekły, że postanowił zabić swojego wybawcę. No i tak też jest z zamkiem. Jeśli było tam już iluś rycerzy, to zamek powoli ma ochotę zabijać. Pod warunkiem, oczywiście, że nadal uważa, że partnera łowi się na zamek, a dzieckiem ma się zająć ktoś inny, czyli rycerz. I dopóty, dopóki zamek trwa w tej iluzji, nic się nie zmieni, choćby do późnej starości. Tyle że coraz nędzniejsi rycerze będą przyjeżdżać.

Ewa:Bo oni dalej będą przyjeżdżać, tylko coraz bardziej zniecierpliwieni.

Kasia:I coraz bardziej złachmanieni. Tacy, którzy też już byli w iluś zamkach, i one się też nie zmieniły. Tacy, którzy myślą: „Przyjadę, prześpię się i pojadę”.

Ewa:A w dupie to dziecko... Zdenerwowałam się, muszę coś zjeść.

Kasia:Zjedz coś, na zdrówko, żebyś rosła.

Ewa:Nie wiem, czy do ośmiu latek już dociągnęłam.

Kasia:Wysyłam teraz podziękowania dla wszystkich moich rycerzy, którzy podkarmili moje dziecko i podciągnęli mnie w latach rozwoju dzięki temu, że chcieli. Zdarzało się, że któryś chciałby jeszcze dłużej, ale mojemu zamkowi wydawało się, że to strasznie nudne, bo ten rycerz tylko by się tym dzieckiem zajmował, a zamek się wściekał, że nie nim. Zdarzają się rycerze dobrzy dla dzieci, ale zamek nieustannie żąda podziwu dla siebie. Bo wcale nie jest tak, że zamek zwabia dla dziecka. Zamek zwabia dla siebie, tyle że dziecko jest najprawdziwsze. Owszem, zamek wydaje się żywy – w tym sensie, że wabi oraz animuje te pułapki, lwy i stajez rycerzem do walki – ale jest nastawiony wyłącznie na siebie.

Ewa:Kasiu, to brzmi strasznie. Bo z tego wynika, że zamek jest nastawiony na siebie i dziecko jest nastawione na siebie.

Kasia:I nie ma między nimi komunikacji.

Ewa:Czy to może się jakoś zmienić?

Kasia:Owszem. Jeśli zdarzy się kilka rzeczy – dziecko podrośnie, zamek zacznie stwierdzać: „Wystarczy mi tego podziwu, już nic więcej z niego nie wyniknie”, a jeszcze rycerz znajdzie się niegłupi i powie: „Fajnie, dziecko miłe chwilami, zamek piękny, ale gdzie ta całość?”. Może już nawet nie „Gdzie ta królewna?”, ale „Gdzie ta normalna kobieta?”. Z takich doświadczeń można się czegoś nauczyć. Gdy ma się trochę samoświadomości, widać, że nie można w nieskończoność ulepszać zamku. Kiedy dziecko i zamek zostają sam na sam, jest szansa, że coś może się zmienić. To jest ten czas, gdy dziecko może rosnąć, o ile zamek przestanie się zajmować wyłącznie sobą, a zacznie dzieckiem. Czyli gdy kobieta zrozumie, że dopiero wtedy stanie się prawdziwa i dojrzeje do szczęścia, kiedy urośnie jej dziecko wewnętrzne. Dlatego przerwy między rycerzami są tak potrzebne – wtedy dziecko może podrastać.

Ewa:Bo nie wystawiam się na zewnątrz?

Kasia:Nie wystawiasz się na zewnątrz, nie marnujesz energii na zwabianie. Niezbędne są okresy, kiedy się zajmujesz sobą, uczysz się siebie, umacniasz w samodzielności i atrakcyjności dla samej siebie. Dzięki temu, gdy potem wyjdziesz na zewnątrz, będziesz potrafiła robić to jakoś równolegle.

Ewa:Chcesz powiedzieć, że w okresach, kiedy nie ma rycerza, kobieta może zrobić dwie rzeczy: albo zająć się sobą, albo cała jej uwaga zostaje skierowana na to, co się dzieje poza nią, na rozglądanie za jakimś chłopem, bo wciąż musi się od czegoś odbijać?

Kasia:Tak. Całą energię wkłada w przyciągnięcie mężczyzny, który przyjdzie i wtedy wreszcie w jej życiu nastanie porządek. Na pewno znasz takie kobiety – to są zamki do entej potęgi – które zajmują się wyłącznie własnym wyglądem. Miałam klientkę, która powiedziała na pierwszym spotkaniu: „Przyszłam do pani, żeby mój mąż przestał się oglądać za innymi kobietami”. Była wyjątkowo śliczna, ale miała taki lęk, że jeśli on się za którąś ogląda, to ją dla niej zostawi, choć nigdy tego nie zrobił.

Ewa:Rozumiem ten lęk. To jest lęk przed porzuceniem.

Kasia:Wewnętrzne dziecko boi się, że rycerz je zostawi. Czuje tylko lęk i kwili, a zamek wyłącznie się stroi, bo wierzy, że to najważniejsze, że za to będzie kochany.

Ewa: