Ceo Slayer - Marcin S. Przybyłek - ebook
NOWOŚĆ

Ceo Slayer ebook

Marcin S. Przybyłek

0,0

14 osób interesuje się tą książką

Opis

Co oznacza skrót „CEO”? Chief Executive Officer. Po naszemu – prezes.
***
Warszawa, lata sześćdziesiąte XXI wieku.
Na pięćdziesiątym piętrze bloku przy ulicy Marszałkowskiej 52 mieszka Rodney Pollack. Jest psychologiem. Zna się na motywacji, komunikacji, mowie ciała i innych sekretach ludzkich zachowań. Uprawia zawód trenera biznesowego. Hobbystycznie uprawia wan-chi, sztukę walki będącą spadkobierczynią Jeet Kune Do, stylu stworzonego przez Bruce’a Lee.
Ma też drugie, sekretne, życie. Nocą pierze po gębach dyrektorów i prezesów firm finansowych, którzy źle traktują swoich pracowników tudzież klientów. Innymi słowy, gdy zachodzi słońce, staje się mrocznym mścicielem.
Jak identyfikuje swoje cele? Jak spośród tysięcy „korpoludzi” wyłowić parających się mobbingiem? Otóż ma tak wyczulony zmysł obserwacji, że gdy odpowiednio nastroi postrzeganie, zaczyna widzieć szkodliwe osoby pod postacią… płonących sylwetek. Tak. Rodney Pollack posiada zdolności parapsychiczne i nie waha się ich użyć.
Jednak to za mało, by dopaść wysoko postawionego korpo-krzywdziciela. Dlatego w arsenale Rodneya znajduje się szereg gadżetów, ułatwiających mu śledzenie ofiary oraz pozostanie nieuchwytnym.
Jeśli jednak ktoś myśli, że jego krucjata będzie trwać wiecznie, myli się. Rekiny wielkich firm nie znoszą poniżeń, więc by go złapać, wynajmują najlepszą specjalistkę w kraju. Policja również chce zidentyfikować samozwańczego sędziego. Rozpoczyna się wyścig, w którym w blokach startowych staną bezwzględna detektyw, siły mundurowe oraz nieświadomy zagrożenia… CEO Slayer.
***
Skromna sugestia: podaruj ten tom swojemu szefowi z tajemniczym uśmiechem, a odchodząc rzuć mu takie spojrzenie, jakbyście widzieli się po raz ostatni!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 525

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Przyjaciołom dyrektorom tudzież prezesom

z ciepłym ostrzeżeniem

dedykuję

Rozdział 1

Noc była mroczna niczym knowania dyrektora do spraw marketingu. Siąpił deszcz tak gęsty i drobny, że mimo szerokiego ronda kapelusza i postawionego kołnierza płaszcza czułem wilgoć między łopatkami. Wydałem mentalną komendę i wyświetliłem na soczewkach* menu. Nakazałem rozszerzenie wymiaru barkowego o dodatkowe pięć centymetrów. Cichy syk, delikatny szelest grubego materiału i wyglądałem na atletę. Teraz menu butów. Muszę wyglądać na wyższego. Przez dwie sekundy czułem się jak we wznoszącej się windzie. Metr dziewięćdziesiąt. O dwadzieścia centymetrów więcej, niż kazały geny. Czas na voicemorpher. Jest nie do końca legalną nakładką na biny, znajdujące się po obu stronach krtani. Dotknąłem jednego z nich. Usłyszałem w głowie cichy pisk. Chrząknąłem. Zabrzmiałem chrapliwie i nisko. Świetnie. Wyjąłem z wewnętrznej kieszeni lusterko. Nie żebym lubił się przeglądać, to po prostu narzędzie pracy. Zanim zerknąłem we własne odbicie, rozejrzałem się. Tkwiłem tuż przy śmietniku, na zapleczu restauracji Risky Resort, jednej z najekskluzywniejszych knajp Warszawy. Wczorajszy „Express Poranny” ogłosił wyniki snobistycznego plebiscytu, według którego „RR” był „najgenialniejszym lokalem elit, tuż obok Vanity Night i Legs Notion”. Nawet zaplecze było czyste i pachnące. Najważniejsze jednak, że gdy tkwiłem za śmietnikiem, nie widziała mnie żadna kamera. Teraz kamery są wszędzie. Na ulicach, budynkach, na przejściach ulicznych, podobno nawet w sraczach. Jedna, przymocowana do muru, jeszcze tydzień temu tkwiła za pojemnikiem na nieczy­stości, ale jakiś łobuz stłukł ją kamieniem. Miał piętnaście centymetrów wzrostu mniej ode mnie, był węższy w barkach, szczycił się pokaźnym zarostem i błyskał niebieskimi okularami blokującymi skan siatkówek, co uniemożliwiło jego rozpoznanie. Należał do grupy kibiców świętujących zwycięstwo Legii, a tych jegomościów, jak wiadomo, lepiej nie ruszać. Można by spytać: „Skąd to wszystko wiesz, Roddy?”.

Tak, to bardzo dobre pytanie.

Upewniłem się, że przyczepiona do śmietnikowego muru kamera wciąż jest niesprawna, i jeszcze raz uważnie się rozejrzałem. Nie widziało mnie żadne szpiegowskie oko. Gdyby było inaczej, akcja wzięłaby w łeb. Wreszcie spojrzałem w lusterko. Odbijało moją gębę. Alicja, kobieta, z którą niedawno się rozstałem, twierdziła, że przypominam aktora ze starych filmów… Eastwooda. Coś w tym jest. Pobrużdżone policzki, mocna żuchwa, spojrzenia nie widać, bo jest schowane w cieniu rzucanym przez rondo kapelusza. Trzymając wciąż szkło, przeciągnąłem palcem drugiej dłoni po czole, tuż nad brwiami. Częścią mojego facenetu jest przyklejony właśnie tam zmodyfikowany holomask, przez kobiety używany do makijażu, który dzisiaj jest czymś zupełnie innym niż trzydzieści lat temu. Gdy odsunąłem rękę od twarzy, nie wyglądałem już jak brudny Harry, tylko obrzmiały, bladawy, grubowargi i grubożuchwy dyrektor sprzedaży podrzędnego banku. Nie jakiś konkretny dyrektor, tylko taki ogólny, wiecie. Przechyliłem głowę, żeby światło lampy wpadło pod kapelusz, i zerknąłem na kosmyk włosów. Szatyn. Świetnie. Holomask potrafi podbarwić koafiurę. Moja naturalna grzywa ma kolor dojrzałej pszenicy. Tak mawiała inna kobieta, Marry Jane. Wydawało jej się, że spędzimy razem resztę życia. Też uważała, że wyglądam jak aktor, ale nie Clint, tylko inny twardziel, z kraju kangurów. Hogan. Nie Hulk, tylko ten drugi, kowboj. Paul. I też coś w tym jest. To przez te włosy.

Nie wiem, dlaczego kojarzę się płci pięknej z bohaterami zapomnianych filmów.

Może dlatego, że walczę o zapomnianą sprawę.

Spojrzałem na mur restauracji i miałem wrażenie, że go widzę. Sylwetka mężczyzny wydawała się świecić przez ścianę jak przez matowe szkło. Widziałem tylko jego. Innych ludzi nie, a przebywało tam kilkadziesiąt osób. Spojrzałem w menu soczewek. Trzecia dziesięć nad ranem. Cholernie późno, a dyro wciąż się bawi.

Włączyłem podgląd.

Rzęsiście oświetlona sala restauracyjna drżała od głośnej muzyki i krzyków rozochoconych gości. Dyrektor Zarządzający Pionu Klientów Indywidualnych firmy Atrau Finance, Filip Chmiel, zbliżył do pulchnych warg tabletkę Fatstopu.

– Panie dyrektorze – odezwała się siedząca na prawo od niego Katarzyna Tkacz, dyrektorka sprzedaży regionu północno-wschodniego, trzydziestosześcioletnia brunetka o ciemnych oczach, kształtnych ustach i uwodzicielskim wyrazie twarzy (mówiono o niej, że ma osobowość histrioniczną, czyli charakteryzującą się przymusem kokietowania mężczyzn). – Nie musi pan tego łykać! Świetnie pan wygląda!

Zatrzepotała wydłużonymi przez holomask rzęsami.

Filip Chmiel rzeczywiście był w miarę szczupły, lecz potrafił utrzymać formę tylko dzięki Fatstopowi. Gdyby nie ten drogi preparat, utyłby jak większość obywateli i niewiele mógłby na to poradzić. Moda na jedzenie była wszechobecna.

Uśmiechnął się do niej i mrugnął. Blady błękit jego tęczówek na chwilę przygasł, a potem znowu się rozświetlił, odbijając punkty lamp restauracji.

– Tylko tak mówisz, Kasiu.

– Skąd, panie dyrektorze. Naprawdę doskonale się pan trzyma.

– No dobrze, skoro tak… – Wychylił się do niej i zagdakał.

Był to rodzaj jowialnego śmiechu.

Siedzący wokół paziowie firmy Atrau Finance grzecznie się uśmiechnęli, ale nie trzeba było uważnej obserwacji, by stwierdzić, że bardzo się niecierpliwią. Co ten zgred jeszcze tu robi? Dziś miała być popijawa działu, a to bydlę przyjechało nieproszone! Miało chwilę pogadać i najpóźniej o dwudziestej pierwszej spadać na drzewo! Tymczasem prosiak się napił, rozochocił i jeszcze ta Kaśka mu w dupę włazi! Myśli dzielnych rycerzy były niemal widoczne nad ich głowami, majaczące w oparach spożywanego w nieskromnych ilościach alkoholu. Nikt wszakże nie był w stanie oznajmić Filipowi, że to nie jego impreza, że jest niemile widziany i gdyby był dobrze wychowany, już dawno obejrzałby drzwi z drugiej strony.

Jednak Filip Chmiel, odkąd został naddyrektorem, uzyskał licencję na przemoc, a stanowisko umożliwiło mu nadużywanie władzy w każdym wymiarze. Otoczony atrakcyjnymi kobietami mówiącymi miłe rzeczy, spijający Jacka Danielsa One Barrel za firmowe pieniądze, czuł się jak ryba w wodzie. Gdzie będzie mu lepiej?

Bali się go.

Czuł to.

Uwielbiał ten stan.

Dawał mu kontrolę.

Dawał mu przewagę.

– Panie dyrektorze. – Nad Filipem wyrosła, nie wiadomo skąd, Jadzia Turzyńska, dyrektorka sprzedaży regionu południowo-wschodniego. Była to kobiecina przypominająca spoconą mysz, która swoją pozycję, jak mawiano, zawdzięczała wyłącznie dzikiemu fartowi, bo z pewnością nie kompetencjom. – Niech pani mi powie. Jaka jest według pana różnica między mądrością i inteligencją?

Scenę tę obserwował siedzący naprzeciwko Filipa Stach Bukowski, niespełna trzydziestopięcioletni dyrektor departamentu klientów kluczowych, teoretycznie podległy Filipowi, praktycznie raportujący do zarządu. Stach uważał się za tygrysa korporacyjnego, zwierzę biurowe, które zamiast zmysłu powonienia posiada czujnik zagrożeń. Lampka kontrolna w jego głowie rozjarzyła się jaskrawą czerwienią. Co ta idiotka robi?! Jest bezapelacyjnie wstawiona, nieładna, a to w kontaktach z Chmielem ma duże znaczenie, koszula wyszła jej zza paska spódnicy, spocony kosmyk mysich włosów przykleił się do czoła, stoi nad nim za blisko, co zakrawa na impertynencję… Jeśli dyro nie jest dostatecznie pijany, już za samo skrócenie dystansu babsko może dostać wilczy bilet, a zadając to pytanie, praktycznie się pogrąża!

Stach łypnął na Tomka Grabę, kolegę z działu. Podniósł nieznacznie brwi, wybrał subwokalnie jego numer i nadał tit:

– Kurwa. Co robić?!

Tomek odpowiedział podobną miną, dodając lekkie ściągnięcie kącików ust.

– Kretynka nie ma instynktu samozachowawczego.

Stach pochylił głowę i dotknął lewą ręką skroni, jakby się nad czymś zastanawiał. Wydał subwokalnie opcję telefonu. Na jego udzie pojawiła się widziana tylko przez niego klawiatura. Szybko wystukał SMS do Tadka Gwoździa, najbardziej zaufanego i przytomnego człowieka w departamencie:

Tad, leć do baru i skombinuj szampana. Trzeba tego goryla upić tak mocno, żeby jutro nie pamiętał, co się tu działo! Szybko!

Tadek, siedzący na prawo i nieco dalej, za Kasią Tkacz, mrugnął do niego, wstał, wygładził poły marynarki i pozornie niedbałym krokiem odszedł do barku.

Tymczasem Jadzia Turzyńska nie dawała za wygraną. Wpatrywała się w Filipa Chmiela rozmazanym wzrokiem i czekała na odpowiedź.

– No… – Dyrektor nie potrafił odpowiedzieć na skądinąd proste pytanie, co praktycznie wbijało ostatni gwóźdź w wieko trumny pani dyrektor. – Mądry jest każdy, kto wie, jak i kiedy się odezwać. A inteligencja powinna mu pomóc zachować się tak, żeby pan prezes był zadowolony!

Towarzystwo wokół Filipa nieszczerze zarechotało, bo jego riposta nie była ani odkrywcza, ani spójna, za to zawierała niezbyt dobrze ukrytą aluzję, że los Jadzi wisi na włosku.

– A nie, panie dyrektorze – odparła kobieta, opierając ręce na biodrach. – Bo my się dowiedzieliśmy od Stacha…

Bukowski znowu pochylił głowę i rozejrzał się za Tadkiem. Ten szedł z wiaderkiem pełnym lodu, z którego dumnie wystawała szyjka zielonej butelki. Obok niego maszerował kelner z tacą pełną kieliszków.

– Panie dyrektorze – Stach wszedł w słowo Jadzi – to od nas! Zdrowie wasze w gardła nasze!

Kelner rozdawał szkło, a Tadek błyskawicznie je napełniał.

Stach podniósł puchar pełen złotej cieczy i poczekał, aż wszyscy zrobią to samo. Jadzia jednak wciąż stała z rękami na biodrach, nie zdając sobie sprawy, że praktycznie już nie żyje.

Bukowski spojrzał na Tadka, wybrał titowo jego kontakt i uniósł leciutko brwi.

– Podaj szkło Jadzi. Jej przede wszystkim.

Mężczyzna wręczył kobiecie kieliszek szampana, czym wreszcie zmienił jej mowę ciała. Teraz trzymała już tylko jedną rękę na biodrze, a gest ten przez podświadomość Filipa mógł być odczytany bardziej jako prowokacja seksualna niż intelektualne wyzwanie. Kobieta wychyliła puchar razem z innymi, po czym niebezpiecznie szybko odstawiła go na stół.

– Bo my tu, panie dyrektorze, w zasadzie spotkaliśmy się tak w gronie…

– Co ta trisomiczka wyprawia?! – Stach usłyszał mechaniczny subwokalny głos Katarzyny Tkacz.

Tity były zaopatrzone w „robocie” brzmienie, żeby odbiorca nie mylił ich z realną mową.

– Jadziu. – Bukowski gwałtownie wyciągnął do niej rękę. – Właśnie mi się coś przypomniało. Przepraszam, panie dyrektorze – uśmiechnął się do Filipa i przyłożył palec do ust – taka mała sprawka wewnątrzdziałowa mi się wydobyła z niepamięci, ważna, nawet bardzo ważna, a pieniądze nie lubią leżeć.

– Tak jest! – Chmiel wyciągnął rękę z kieliszkiem, skwapliwie dopełnionym przez Tadka szampanem. – Nie siedzieć! Chodzić! Sprzedawać!

Towarzystwo wokół niego znowu zarechotało. To było ulubione i bezsensowne porzekadło prezesa.

Jadzia, widząc gest Stacha, sygnalizującego, że chce z nią zamienić kilka słów przy barze, oddaliła się we wskazane miejsce. Bukowski podszedł do niej i zaczął coś tłumaczyć z uśmiechem człowieka, który objaśnia śmiertelnie choremu pacjentowi, że tabletki, które mu zalecił, uśmierzą ból i spowodują, że umieranie nie będzie tak straszne, jak mogłoby się wydawać, lecz zgon go czeka niechybnie i nikt nie jest w stanie nic na to poradzić. Jadzia na przemian rumieniła się i bladła.

Filip, opróżniwszy kieliszek, wstał od stołu. Ustawił lewą dłoń tak, by paznokieć kciuka był skierowany na jego twarz, po czym stuknął palcem w jego nasadę. Z pewnością widział teraz na ręce klawiaturę telefonu i z kimś się łączył. W macierz paznokcia dużego palca co bardziej ekscentryczni obywatele wszczepiają sobie mikrokamery. Dzięki temu rozmówca widzi, z kim toczy rozmowę.

– Frank? To ja – odezwał się na głos. Widać był zbyt pijany na tit. – Bądź za dziesięć minut pod Resortem. Tak. No cześć.

Mrugnął i skończył rozmowę.

Siedzący wokół niego biesiadnicy udali rozczarowanie.

– Pan dyrektor nas opuszcza? – Katarzyna Tkacz wygięła usta w podkówkę.

– No tak, no tak… Bawcie się dobrze! – Filip zachwiał się i szurnął czarnymi lakierkami, które posiadały przy sznurówkach dwa wyrostki naśladujące rogi. To był najnowszy krzyk mody.

– Dziękujemy, panie dyrektorze! – zakrzyknęło towarzystwo.

Filip machnął im ręką na pożegnanie i pomaszerował nieco zbyt zamaszystym krokiem do łazienki.

Jakim cudem to wszystko widziałem? Żeby to zrozumieć, należałoby się cofnąć o tydzień, kiedy ozdobiony sztucznymi wąsami, brodą i czerwonymi okularami imitującymi najdroższe szkła firmy Black&Chrome, w wypożyczonym garniturze marki Resling Brothers wmaszerowałem do restauracji RR, udając oficjela mającego przeprowadzić wizję lokalu, bo „Moja firma rozważa urządzenie w nim imprezy integracyjnej”. Oprowadzający mnie Charles Figeac, menedżer restauracji, był ujmująco miły, widział bowiem we mnie „pana dyrektora”, a nie szczura ulicy. Pogardzałem nim za wazeliniarstwo, ale oczywiście nie dałem tego po sobie poznać. Gdy odwrócił wzrok, a kamery pomieszczenia nie były na nas skierowane, rzuciłem w stronę sufitu w głównym holu i restauracji dwie minikamery. Potem kazałem się zaprowadzić do toalety. W korytarzu rzuciłem kolejną minikamerę, a w łazience ostatnią.

Właśnie dlatego teraz widziałem całą sytuację jak na dłoni.

Czas wybrać się do pana dyrektora z niezapowiedzianą wizytą.

Sprawdziłem jeszcze raz w lusterku swój imidż. Wszystko w porządku. Wyjąłem z kieszeni rękawiczki i założyłem je.

Niejeden mógłby zapytać, po co mi taki staroświecki outfit: kapelusz, płaszcz sięgający ziemi, coś jak romantyczna peleryna, wysoki kołnierz, rękawiczki. „Przecież to banał!” Tak mogą myśleć tylko podrostki czytające za dużo komiksów. Duże rondo kapelusza chroni przed kamerami ulicznymi. Wciąż montuje się je dość wysoko, więc ta prosta osłona jest zaskakująco skuteczna. Płaszcz maskuje mój faktyczny wzrost i kilka niespodzianek, które ukrywam pod spodem. Rękawiczki służą do tego, by zerwać z mordy ofiary facenet. I, co dość oczywiste, kamuflują linie papilarne. Jeśli chodzi o DNA, które skutecznie rozsiewałem drogą kropelkową, miałem przy sobie Blackspray i po wszystkim zamierzałem go użyć.

Wyjrzałem nad krawędzią śmietnika. Kamera przyczepiona do ściany tuż nad wejściem do zaplecza przesuwała się w przeciwnym kierunku. Ruszyłem. Miałem około dziesięciu sekund. Nawet gdyby mnie zauważyła, zobaczy tylko płaszcz i kapelusz, ale strzeżonego… i tak dalej. Drzwi były otwarte. Zawsze tak jest, gdy restauracja działa. Wsunąłem się do środka. Teraz trudna część: przejść do części hotelowej przez łącznik techniczny otwarty na kuchnię, spiżarnię i magazyny. Tam też są kamery. Zobaczy mnie ochrona, o ile nie śpi. O godzinie trzeciej w nocy to mało prawdopodobne. W kuchni również nikogo nie ma. Została tylko obsługa baru, zresztą ku rozpaczy pracowników Atrau Finance, którym nie może się pomieścić w głowie, jak można pozbawić gości możliwości zjedzenia ciepłego posiłku o tak typowej dla spożywania jadła godzinie. Nie rozumieją, że obsługa nic nie ma z tysięcy euro, które firma zostawi w restauracji Risky Resort. Zarobi właściciel, jego żona, dzieci, pies, może trochę skapnie niektórym menedżerom, na przykład temu od kontaktów z klientami. A reszta zadowoli się regularną pensją i napiwkami, których ze strony wyrobników firmy ubezpieczeniowej mogą się nie doczekać.

Przemknąłem tak szybko, jak to możliwe, z rezygnacją przyjmując do świadomości, że brązowe odcienie płaszcza i kapelusza są już spalone, bo zostaną nagrane. Chociaż w sumie wszystko jedno. Brąz jest modny, a ubrania zmieniają barwy na życzenie. Wreszcie znalazłem się w korytarzu prowadzącym do toalety. Wyciągnąłem zza poły płaszcza dużą holoplakietkę „Awaria toalety, prosimy korzystać z damskiej” i przykleiłem ją do drzwi. Przemknąłem do środka.

Dyrektor Filip Chmiel znajdował się w środkowej kabinie. Sikał głośno, lejąc prosto w lustro wody. Z pewnością nie czytał o badaniach, które wykazały, że takie oddawanie moczu generuje obszerne mikrorozbryzgi, w rezultacie czego wszystko dookoła zostaje pokryte cienką warstwą uryny, jego wymuskane spodnie z nowozelandzkiej wełny merino osiem, krawat i poły marynarki także, o złotym zegarku Patek Philippe nie wspominając. Wypuścił gazy z głośnym balotowaniem śluzówki odbytu. Jak na moje ucho miewał kłopoty z zapaleniem guzków krwawniczych zwanym powszechnie hemoroidami. Firmy farmaceutyczne zadbają, żeby się nigdy do końca nie wygoiły. Podszedłem do kabiny. Spłyciłem oddech. Nie chciałem wdychać… zapachu jego metabolitów. Teraz jest faza strząsania kropli. I spłuczka. Idealnie.

Uderzyłem metalowym barkiem w skrzydło drzwi. Oczywiście ich nie zamknął, bo kto wejdzie do kabiny półboga, ma przesrane do końca życia. Nie naddyrektor boi się wasali, ale wasale boją się naddyrektora.

Uderzył głową w ścianę. Ręce miał przy rozporku. Doskonale. Widzisz, panie zarządzający, nawet ty chadzasz w pewne miejsca piechotą.

– Co, do kurwy nędzy, co to jest?! – wrzasnął głosem władczym i wściekłym.

– To ja, panie prezesie. – Mój głos brzmiał nisko i chrapliwie. Był niemożliwy do identyfikacji.

Wymierzyłem potężny cios w tył jego szyi.

Jęknął. Znam efekt takiego uderzenia – błysk w oczach, wstrząś­nienie mózgu, spory ból w obrębie karku tudzież głowy i nieznośne uczucie bycia miażdżonym przez młot pneumatyczny. To wszystko połączone z odurzeniem alkoholowym mogło dać tylko jeden efekt: spodnie opadnięte do kolan, modlitewna poza i łeb skurwiela tuż nad świeżo spłukaną muszlą klozetową. Lepiej być nie mogło. Znaczy mogło – gdyby nie zdążył spuścić wody.

– Czego, do cholery?! – jęknął już nieco mniej władczo. – Kim jesteś? – Obejrzał się przez ramię.

– Moje imię to SPRAWIEDLIWOŚĆ, skurwysynu.

Walnąłem go pięścią w policzek. Łeb odskoczył i odbił się od muszli klozetowej. Została tam plama czerwieni.

– SPRAWIEDLIWOŚĆ – powtórzyłem i zdzieliłem go ponownie.

Podniósł głowę jeszcze raz.

– Ratun…!

Nie dawał za wygraną. Zdzieliłem go tak, żeby stracił przytomność. Obmierzła gęba zwiotczała i się zamknęła. Wyciągnąłem go z kabiny i ułożyłem na posadzce. Zetknąłem kciuk i palec serdeczny, uruchamiając rękawicę, której ożyłowanie rozświetliło się błękitem. Zdarłem mu z twarzy facenet, żeby nie mógł wezwać policji. Tej siatki nie da się tak po prostu komuś zdjąć, trudno ją też uszkodzić. Żeby ją komuś oderwać od facjaty wbrew jego woli, trzeba użyć urządzenia wytwarzającego specyficzne pole, podobne do tego, jakie wytwarza kształtka do jego nakładania. Wrzuciłem ledwie widoczną pajęczynę do sedesu i spuściłem wodę. Wróciłem do niego i wyciągnąłem z wewnętrznej kieszeni płaszcza dozownik z czerwoną farbą.

Gdy było po wszystkim, wyjąłem Blackspray. Psuje się od niego cera, ale pana Chmiela z pewnością stać na YS.

Wyszedłem z łazienki, zdjąłem z drzwi plakietkę i, upewniwszy się, że nikt mnie nie widzi, wymknąłem się z restauracji.

Gdy przesadziłem jednym susem ogrodzenie i sprawdziłem, czy nie widzą mnie już kamery lokalu, wszedłem w przejście podziemne, które prowadziło w pięć różnych miejsc. Wsunąłem się we wnękę techniczną, zmieniłem kolor płaszcza tudzież kapelusza na czarny i położyłem kołnierz. Obniżyłem wysokość butów o dziesięć centymetrów. Teraz wyglądałem jak niezbyt wysoki… ksiądz. Holomaskowi nakazałem zmianę oblicza na pobożne, wygładzone i blade. Wszedłem w grupę ludzi. Trzysta metrów dalej, pośród setek innych, tuż przy podziemnym pubie Hell’n’Stuff, stoi mój glide marki Honda, model Inoshiro 777, którego nazwałem Sumo. Na tę akcję przybrał kolor matowej czerni. Jeśli dojdę do niego, zanim pan Chmiel zacznie się drzeć, akcja zakończy się sukcesem.

Doszedłem. Otworzyłem drzwi, usadowiłem się na miękkim siedzisku, zdjąłem kapelusz i z piskiem opon ruszyłem podziemną autostradą.

Była trzecia pięćdziesiąt trzy, gdy dotarłem do drzwi swojego mieszkania, znajdującego się na pięćdziesiątym piętrze apartamentowca przy ulicy Marszałkowskiej pięćdziesiąt cztery. Doskonałe zestawienie liczb: pięćdziesiąt trzy, cztery i równe pięćdziesiąt… Chociaż czy ja wiem? Z pewnością jednak idealny czas na powrót do domu. Wejście otworzyło się automatycznie, rozpoznając mój radiowy kod kreskowy. Światło rozpaliło się tak, jak lubię, włączając tylko dyskretne punkty w podłodze, tuż przy ścianach, plamiąc je stożkami koloru pomarańczy. Żaluzje w oknach były lekko przymknięte, wpuszczając do apartamentu obraz pociętej czarnymi pasami nocnej, barwnej Warszawy. Marvin rozpoznał mój stan emocjonalny i włączył cichą jazzową muzykę.

– Dobry wieczór, panie Roddy – powitał mnie mechanicznym głosem i wychynął zza kuchennego blatu, znajdującego się po lewej stronie od wejścia.

Marvin był humanoidalnym, metalicznie granatowym domowym robotem firmy Honda. Model UHR–75DL, gdzie „DL” oznacza „De Luxe”. Każdy klient pragnie towaru de luxe, nawet wiedząc, że istnieją jeszcze modele 85DL, 95DL, 105DL i 1000UL, nie licząc rzecz jasna linii Akura, czyli dzieł sztuki dla takich padalców jak Filip Chmiel.

Oczywiście Marvin nie musiał mieć mechanicznego głosu. Ustawiłem właśnie taki, żeby nie pomyśleć kiedyś, iż mój elektroniczny lokaj jest człowiekiem.

– Cześć, Marvin.

– Jak minął dzień? Znaczy noc?

– Nienajgorzej.

– Zaparzyć kawy? Wiem, że nie pasuje do pana genotypu…

– Dziękuję, nalej mi drinka.

– Tullamore Dew na skałach?

– Nie inaczej Marvin, nie inaczej. Ale najpierw to upierz.

Zdjąłem kapelusz i rzuciłem w jego stronę. Zręcznie go złapał. Odpiąłem płaszcz i cisnąłem nim również. Przyjął go na przedramię. A potem poszybowały do niego rękawiczki, które także złapał – trzecią ręką.

– Tak, sir.

Humanoid podszedł do znajdującego się w centrum salonu cylindra łączącego sufit z podłogą. Miał dwa i pół metra średnicy. Mieściła się w nim garderoba oraz pralnia. Półokrągła ściana bezszelestnie przesunęła się, odsłaniając pokaźny moduł czyszczący. Marvin zajął się swoimi czynnościami, a ja… No właśnie.

Gdyby ktoś zobaczył mnie teraz, czyli bez płaszcza, zrozumiałby, jakim cudem przeskoczyłem przez płot i skąd się wzięła moja pewność, że poradzę sobie z Chmielem, realnie wyższym ode mnie o piętnaście centymetrów osiłkiem. Stałem w rusztowaniu, które bez trudu rozpoznałby każdy żołnierz, strażak, mechanik i… staruszek. Był to egzoszkielet, konkretnie Hektor firmy Honda, używany powszechnie przez niedomagających leciwych a bogatych obywateli cywilizowanych społeczeństw. Gdy słabujący dziadek chce sięgnąć do wysokiej szafki, Hektor podwyższy wymiar podudzia i zamieni się w windę. Gdy chorowita babcia zechce skopać ogródek, w mechu zrobi to bez większego wysiłku. Gdy dziadunia zabolą plecy, a będzie musiał wnieść na piętro jakiś ciężar, wnusia zaś nie będzie w pobliżu, w tej uprzęży przeniesie pakunki, gwiżdżąc przy tym Marsyliankę. Mój Hektor został zmodyfikowany. Gdy go kupowałem, oznajmiłem, że mój rodzic (dla którego niby przeznaczony był zakup) lubi chadzać na długie spacery, więc zamontowano w nim większą baterię. Wyjaśniłem, że ćwiczy Tai Chi, więc zapewniono maksymalną mobilność, dodałem, że lubi czasami boksować (trochę się zdziwili), więc zwiększyli moc siłowników i wymienili je na dynamiczniejsze. Nasz klient, nasz pan. „Pana ojciec może teraz iść na wojnę”, zażartował serwisant. Uśmiechnąłem się do niego, ale nie skomentowałem. On także był szczęśliwy, inkasując sześćdziesiąt tysięcy euro. Tak, tak, na tym świecie nie ma niczego za darmo. Przytknąłem palec wskazujący i serdeczny do czytnika na centralnej klamrze egzoszkieletu, przypominającej mostek. Z sykiem puściły mocowania na łydkach, udach, przed­ramionach i ramionach, potem na biodrach, barkach i klatce piersiowej. Odetchnąłem i wyszedłem z urządzenia, wykonując kilka wymachów rękami.

– Hektor, do szafy.

Mech zrobił parę pokracznych kroków, poczekał, aż Marvin uprzejmie obróci centralny cylinder, po czym wlazł w swój slot. Zanim majordomus zamknął suwane drzwi, usłyszałem, jak podłącza akumulatory do gniazdek. Marvin wie, że Hektor zawsze musi być zamknięty. Gości prawie nie miewam, ale nie chciałbym, żeby przez jakiś przypadek ktoś zobaczył w mojej szafie takiego cudaka. Zaczęłyby się pytania: „Po co ci to?”, „Jesteś strażakiem?”, „Policjantem?”, „Czekaj, to jest model rehabilitacyjny! Na co chorujesz?!” i tak dalej. W oczach stanęła mi Michelle, jedna z moich byłych. Tej usta nigdy się nie zamykały. Wciąż o coś pytała. Rozpoczynała dzień od pytań, kończyła dzień na pytaniach, ciągle te pytania. Coś strzeli za oknem – „Co to?!”, tak jakbym widział przez ściany. Wychodzimy na ulicę, na chodniku błyszczą kałuże – „O, padało?!”. Nie, anioły miały zapalenie cewki. Może jestem przewrażliwiony, ale mam wrażenie, że przyzwoity człowiek wie, gdzie leży granica w liczbie zadawanych danego dnia pytań.

Usłyszałem cichy syk serwomechanizmów. Marvin podszedł z drinkiem. Przyjąłem z jego mechanicznej ręki szklaneczkę. Podszedłem do okna i wciągnąłem pierwszy łyk, słuchając delikatnych pasaży granych na fortepianie i kontrabasie. Bobby Brown. Genialny kompozytor. Przesunąłem palcem po parapecie i żaluzje z cichym szumem uniosły się w górę. Ogarnął mnie widok granatowej, mieniącej się holoprojekcjami stolicy.

Przełknąłem.

Whiskey miała smak krwi.

Pobiłem człowieka. Z pewnością wywołałem wstrząśnienie mózgu. Być może złamałem mu kość policzkową. Pewnie pękła skroń, gdy uderzyłem drugi raz. Prawdopodobnie skruszyłem jeden bądź dwa wyrostki kolczyste kręgów szyjnych. Wyleczenie tego wszystkiego potrwa dobre dwa miesiące, a szyja będzie go bolała… rok? Dwa lata? Być może na starość będą powracały dolegliwości karku.

Jak zwykle w takich sytuacjach pojawiły się pytania: czy muszę to robić? Czy muszę nieść cierpienie?

Żeby odpowiedzieć na te kwestie, musiałbym się cofnąć o miesiąc.

Stach Bukowski, Protazy Tarnowski i Daniel Czmuda tkwili w gabinecie Filipa Chmiela od dobrej pół godziny, a dyrektor wciąż milczał. Trzydzieści minut ciszy! Stach wyczuwał w Procie i Danielu strach. Ten drugi się pocił.

– Dlaczego nas wezwał? – Daniel wysłał tit do Stacha i Prota. – Wiecie, o co chodzi?

Tarnowski ledwie zauważalnie pokręcił głową. Stach uniósł nieznacznie prawą brew. Tę, której Chmiel nie mógł dostrzec, bo widział lewy profil Bukowskiego.

Stach wiedział, że Chmiel jest jak pies gończy. Albo raczej jak bity kiedyś przez właściciela wiejski kundel, który przez wielokrotnie doświadczane tortury stał się wyczulony na tylko jedną emocję: lęk. Wyczuwał go wszystkimi porami, żywił się nim jak każdy człowiek o karłowatej duszy. Dlatego Stach starał się nie bać. Przypominał sobie bohaterów filmów i książek, tych niezłomnych i niezniszczalnych. Kto się boi, ten jest niewolnikiem. Nie można dawać temu sukinsynowi satysfakcji.

Cisza się przedłużała, a Daniel wyglądał tak, jakby mu zaczynały puszczać zwieracze. Bukowski zerknął na biurko szefa. Chmiel siedział za nim, patrzył w ekran komputera i zachowywał się tak, jakby zupełnie zapomniał o obecności trzech podwładnych.

– Wydrukuj to – rzucił do Emmy, białego humanoidalnego robota stojącego po jego prawej stronie.

Emma odwróciła się i z cichym szumem serwomotorów zbliżyła do drukarki, która zaczęła konstruować jakiś obiekt.

Chmiel spojrzał wreszcie na zaproszonych gości.

– Pewnie zastanawiacie się, co tutaj robicie. Już wyjaśniam. Oto biję się z myślami, czy was wypierdolić z roboty. Ciebie nie. – Wskazał wzrokiem na Bukowskiego. – Ty masz wyniki. Ale was dwóch powinienem wyjebać.

Wstał zza biurka i podszedł do nich, ale nie siadał za stołem. Stał. To dawało mu poczucie kontroli.

– Co wy, do kurwy nędzy, robicie w tych swoich departamentach? Pierdzicie w stołki? To potrafi każdy! Oprócz Emmy.

Daniel lękliwie się uśmiechnął. Stach pozostał niewzruszony.

– Zrób to – odezwał się Protazy.

– Co?

– Wypierdol mnie. Nie zastanawiaj się.

Bukowski spojrzał z szacunkiem na Prota Tarnowskiego, dyrektora departamentu small business. Tarnowski nie wstał, bo gdyby to zrobił, prezes na pewno by go wylał. Siedział. Ale patrzył Chmielowi prosto w oczy i nic nie wskazywało na to, że się boi, chociaż musiał się bać.

Filip spoglądał na niego przez dłuższą chwilę. Prot poszedł na pełną konfrontację. Oko w oko, czoło w czoło. Teraz nie byli już podwładnym i zwierzchnikiem, ale Filipem i Protazym, a to oznaczało, że ten pierwszy mógł przegrać, bo oprócz władzy nie miał niczego. Chmiel wylany z roboty jest tylko białym pędrakiem, którego bez trudu można przeciąć szpadlem albo zdeptać, nawet gołą stopą. Prot wyrwał mu z rąk najważniejszy oręż: usunął zza pleców fasadę firmy Atrau Finance. Człowiek wylany z roboty zyskuje wolność. Ma dwie ręce, dwie nogi i jedną głowę, tak samo jak Chmiel. I tenże Chmiel w tę głowę od Prota może wtedy oberwać.

Stach patrzył i się uczył. Sztuka przetrwania to umiejętność szybkiej adaptacji i przyswajania nowych strategii. Zachowanie Tarnowskiego było godne odnotowania.

Od strony drukarki dobiegł cichy gong.

– Emma, przynieś wydruk – odezwał się Filip, wciąż patrząc Tarnowskiemu w oczy.

Robot podszedł i wręczył mu obiekt. Ani Stach, ani Daniel, ani Protazy nie odważyli się spojrzeć na humanoida. Wszyscy patrzyli na Chmiela. Ten zaś położył przed tym drugim to, co przyniósł robot.

Spojrzeli zdumieni. Była to brązowa, plastikowa kupa. Wyglądała jak prawdziwa. Niemal czuć było przykry, duszący zapach.

– Wypierdalasz – Filip rzucił zimno do Daniela i odwrócił się do nich plecami. – Weź to gówno razem ze sobą. Do innej firmy – dodał przez plecy.

Były dyrektor departamentu kontroli umów podniósł się zza stołu, jakby otrzymał w plecy kilka uderzeń żelaznym kijem. Wyciągnął drżącą rękę i po chwili wahania ujął plastikowy obiekt.

Stach się wzdrygnął. Chciał mu dać do zrozumienia, żeby tego nie robił, ale nie mógł wpływać na decyzję Daniela. Gdyby w tym momencie się postawił i zostawił… wydruk na stole, Chmiel posłałby za nim wilczy bilet i eksdyro mógłby się pożegnać z branżą ubezpieczeniową.

Mowa ciała Filipa wskazywała, że spotkanie dobiegło końca. Protazy i Bukowski wstali także. Wymienili spojrzenia i razem z Danielem opuścili gabinet.

Ledwie sapnęły za nimi drzwi, Chmiel rzucił do Emmy:

– Poproś tu Lidię Różewicz. Natychmiast.

– Tak, proszę pana.

Po trzech minutach do gabinetu weszła niewysoka blondynka o kwadratowej twarzy zdradzającej objawy zatrucia żołądkowego. Miała zapadnięte policzki i zielonkawe cienie pod oczami. Albo w jej facenecie nawalił holomask, albo było z nią naprawdę źle.

– Lidia, co to jest? – Filip rzucił na stół plik papierów.

Różewicz natychmiast rozpoznała warunki ogólne ubezpieczenia na życie. Sama je konstruowała. Zajmowała się tym od dziesięciu lat.

– Warunki? – odparła cicho.

– Srarunki, nie warunki – warknął Chmiel. – Czytałaś je?

Gdyby to pytanie zadał ktokolwiek inny, starsza specjalistka departamentu umów uznałaby je za kretyńskie, ale zadał je Filip Chmiel, dyrektor pionu. Bóg i władca.

– Oczywiście, panie dyrektorze.

– Na pewno czytałaś?

– Panie dyrektorze, wiele razy, sama pisałam te warunki.

– Ja wiem, że sama je pisałaś. Gdyby pisał je ktoś inny, wezwałbym kogoś innego, prawda?

– Oczywiście.

– Dlatego pytam: czytałaś?

– Tak, panie dyrektorze.

– I nic ci nie wpadło w oko?

– No… nie.

– A czytasz, kurwa mać, gazety? Ekran!

Chmiel uruchomił wyświetlacz stojący na prawo od jego biurka. Wielki trójwymiarowy prostokąt rozpalił się i pokazał stronę tytułową „Wolnej Europy”. Lidia panicznie przejrzała nagłówki.

Prezydent Rajski wraca ze Stanów Zjednoczonych, Konflikt turecki nasila się, Jacques Yon uruchamia nietypową sieć sklepów, Tornado Katarzyna uderza w nabrzeża Hiszpanii… O to chodzi? Ale ona się zajmuje życiówką… Choroby wibracyjne zbierają żniwo…

Przełknęła ślinę.

– Widzisz? – spytał. – Widzisz?

Spojrzała na niego niepewnie. Milczała.

– Płacę debilce czy specjalistce? Dla kogo zarabiasz pieniądze? Dla nas czy dla klientów?

Różewicz znowu przełknęła ślinę.

– Zadałem pytanie – warknął Chmiel.

– Dla firmy, panie dyrektorze.

Filip chwycił papiery z biurka i z impetem cisnął je na podłogę.

– To teraz, kurwa, przeczytaj, coś tam napisała! Paragraf sześćdziesiąt dwa! No czytaj!

Kobieta się zawahała. Ma to wszystko podnieść? Pozbierać? Jej dusza buntowała się przeciwko upokorzeniu. Jednak po krótkiej chwili zrozumiała, że jeśli tego nie zrobi, Chmiel złamie jej karierę, a zatem i życie. Kucnęła i drżącymi palcami zaczęła kompletować kartki. Wielkim wysiłkiem woli stłumiła spazm szlochu. W końcu wstała i starała się odnaleźć właściwą stronę. Mimo że znała wszystko niemal na pamięć, mózg odmówił jej posłuszeństwa. Litery się mieszały, punkty gubiły znaczenie. Wspomniała matkę, która twierdziła, że ostatnio źle wygląda. Przypomniała sobie jej słowa: „Córeczko, ciągle siedzisz w tej klimatyzacji, kiedy ostatni raz brałaś urlop?”. Nie mogła odnaleźć wskazanego paragrafu. Kilka kartek znowu upadło na podłogę. Filip stał wyprostowany, z rękami w kieszeniach. Spokojnie czekał, aż je podniesie. W końcu Lidia znalazła właściwy punkt.

– Świadczenie nie zostanie wypłacone w przypadku zaistnienia niezgłoszonych chorób w chwili podpisania umowy, takich jak…

– Czy jest tam słowo o chorobach pochodzenia wibracyjnego?

Specjalistka przebiegła wzrokiem po dokumencie, ale doskonale znała odpowiedź.

– Nie, panie dyrektorze – wyszeptała.

– Czy jest tam definicja chorób wibracyjnych?

– Także nie, panie dyrektorze.

– Czy znasz statystyki zachorowań na choroby wibracyjne?

– Ale panie dyrektorze, definicja takich chorób nie została jeszcze stworzona… Statystyki są złe, znam je, ale trudno powiedzieć, czy zaniki mięśniowe, osteoporoza i… i wiele innych, czy to wynik wibracji, czy…

Filip spojrzał na nią jak na niedorozwiniętą.

– Lidka. Jeszcze słowo i cię zwolnię.

W gabinecie nastała cisza. Nawet Emma zatrzymała się w pół ruchu, chociaż przygotowywała południową kawę dla pana dyrektora.

– Jeszcze chwila – szepnął Chmiel – i cię zwolnię. Zacznij. Myśleć.

Lidii Różewicz zaschło w ustach. Próbowała coś wyartykułować, ale język stał się suchy niczym drewno. Do tej pory tylko słyszała o takich objawach. Teraz ich doświadczała i zrozumiała, że nie są literacką przenośnią.

– Co trzeba zrobić? – wyszeptał Filip.

– Dopisać „choroby pochodzenia wibracyjnego” – wychrypiała. – Dodać odnośnik i umieścić ich definicję drobnym drukiem w załączniku umowy. Użyć języka medycznego, prawnego i ubezpieczeniowego. Uwzględnić wszystkie dolegliwości, które według badań mają wśród prawdopodobnych przyczyn drgania przemysłowe.

Filip patrzył na Lidię i nic nie mówił. Gdy Różewicz przestąpiła z nogi na nogę, odezwał się wreszcie:

– Co tu jeszcze robisz?

Kobieta przez chwilę nie ruszała z miejsca. Chciała powiedzieć, że taki zapis może spowodować kłopoty. Dział świadczeń otrzyma setki telefonów z awanturami. Jak to ująć? Jak powiedzieć?

– Panie dyrektorze – odezwała się wreszcie. – A… od strony prawnej?

Chmiel bezwstydnie zaczął dłubać w nosie.

– Jesteś prawniczką?

– No… nie…

– Jakie masz wykształcenie?

– Ekonomiczne.

– To może nie martw się o prawników, dobrze? Chyba że chcesz zmienić dział?

– Nie, panie dyrektorze…

– Podoba ci się twoja praca?

– Bardzo, panie dyrektorze…

– Na pewno?

– Tak.

– Ale na pewno?

– Tak…

– A pensja ci się podoba?

– Oczywiście, panie dyrektorze.

– To świetnie. W tym roku o premii możesz zapomnieć. Mam pilny telefon. Do widzenia.

Lidia wyszła z pomieszczenia. Gdy zamknęła za sobą drzwi, spazmatycznie zassała powietrze do płuc, a papiery, które kurczowo przyciskała do piersi, znowu się rozsypały. Sekretarka Filipa Chmiela, Sandra Adamowicz, podeszła i pomogła je zbierać. Nie odzywały się do siebie. Sandra, mimo że drzwi były dźwiękoszczelne, domyślała się, co zaszło, i wiedziała, że żadne słowa tu nie pomogą. Bo zawsze zachodziło to samo. Chmiel pomiatał ludźmi, odbierał im poczucie własnej wartości, poniżał ich. Sandrze też czasami się obrywało, ale nie tak jak innym, bo po pierwsze była cholernie atrakcyjna i Chmiel wciąż miał nadzieję, że kiedyś mu ulegnie, po drugie miała plecy w postaci wujka zasiadającego w zarządzie, a po trzecie wiedziała, co robić, by nie narażać się zwierzchnikowi. W sumie było to proste – wystarczyło czytać w jego myślach.

Lidia Różewicz szła przez korytarz, starając się wyrównać oddech, ale nie bardzo jej to wychodziło. Mijając kolejny zakręt, wyrzuciła pomięte dokumenty do niszczarki. Wydała subwokalnie polecenie swojemu komputerowi, żeby otworzył warunki ubezpieczenia. Zanim weszła do działu, ekran przy jej stanowisku już je wyświetlał.

Koleżanki i koledzy patrzyli na nią z niepokojem.

– Czego chciał? – spytał Krzysztof Zawada, jej najbliższy współpracownik i zastępca. Sprytny, wesoły i niebrzydki brunet.

– Kazał zmienić warunki.

– Gdzie?

– Dodać choroby wibracyjne.

– Przecież nie są zdefiniowane! – odezwała się Kasia Kamińska, drobna, krótko obcięta blondynka siedząca naprzeciwko Krzyśka.

– Kazał je zdefiniować – odparła Lidia.

Krzysztof zbladł i odsunął się od biurka.

– Przecież to… kryminał.

Różewicz wzięła głęboki wdech.

– Alfred – odezwała się do działowego robota. – Zrób mi kawę.

– Latte, proszę pani?

– Jak zwykle, kochanie.

Kasia uśmiechnęła się. Jeśli Lidka mówi do Alfreda „kochanie”, to znaczy, że już się zbiera. Była twarda. Najtwardsza. Jej poprzedniczka, Helena Stein, dostała zawału serca dwa lata po podjęciu pracy pod Filipem. Żartowano, że w jego dziale jest „radiacja”. Wcześniej czy później wszyscy umierają.

– To dla mnie też – odezwał się Krzysztof.

– I dla mnie – zawtórowała Kasia.

– Pomóc ci? – spytał zastępca.

– Nie. – Lidia pokręciła głową. – Nie chcę was w to wrabiać.

– Ale czekaj, naprawdę tak powiedział? – Krzysztof na powrót przysunął się do biurka. – Naprawdę kazał zdefiniować?… Pod to można podciągnąć wszystko! Miażdżycę, reumatyzm, choroby układu kostno-stawowego, zwyrodnienia, rany boskie, facet oszalał!

– Nie, Krzysiu. Atrau Finance ma po prostu świetnych prawników.

– To jest chore – szepnęła Kasia.

– Co? – spytał zastępca Różewicz.

Młodsza specjalistka do spraw ubezpieczeń, Katarzyna Kamińska zacisnęła usta i pokręciła głową. Czy miała powiedzieć otwarcie, że zapis, który jej szefowa ma za chwilę wprowadzić, doprowadzi do nieszczęść dziesiątek tysięcy ludzi? Takie rozmowy nie były mile widziane. „Nie filozuj. Licz” – to było naczelne hasło działu. Nie starano się zastanawiać, jakie następstwa mają wprowadzane przez nich ustalenia warunków ogólnych. Liczył się zysk.

Tylko on.

* Słownik neologizmów i trudnych terminów znajduje się na końcu książki (przyp. red.).

Rozdział 2

Obudziłem się o dziewiątej trzydzieści. O wiele za wcześnie jak na mój gust, ale nerwica, która mnie nawiedziła jakiś czas temu, uniemożliwiła dłuższy sen. Skąd się wzięła? Moim zdaniem właściwsze jest pytanie, jakim cudem istnieją inteligentni ludzie, którzy zachowują stoicki spokój w obliczu otaczającego ich świata. Są ślepi? Głusi? Specjalnie się znieczulają, by niczego nie widzieć i nie słyszeć? Jeśli musisz walczyć o przetrwanie, jeśli jesteś niepewny jutra, jeśli dookoła widzisz ogrom głupoty i zła, masz dwa wyjścia: udawać, że to się nie dzieje, albo cierpieć. Mam wrażenie, że moja psychika wybrała drugie rozwiązanie. Nie ja. To nie była osobista, świadoma decyzja. Coś we mnie odmawiało zamknięcia oczu i nie pozwalało zapomnieć.

Tak…

Przechodząc do przyjemniejszych tematów, te otwarte oczy zapamiętały także cudowne marzenia senne, które nawiedziły mnie tej nocy. Sprzeczność, prawda? Piękne sny i nerwica. Nic bardziej mylnego, nie ma tu sprzeczności. Zapłaciłem za te sny. Dotknąłem niewielkiej perełki, która ozdabiała moją szyję obok jabłka Adama. Po przeciwnej stronie krtani tkwiła taka sama. Znajdowały się tam czipy zwane binami, które rozprowadzały wzdłuż tętnic nanonici docierające do wszystkich zakamarków mózgu. To standardowy wszczep. Praktycznie każdy ma biny. Ułatwiają diagnostykę. Lekarz nie musi pytać, gdzie boli, bo widzi twój mózg, a on precyzyjnie wskazuje źródło każdej boleści. Dzięki binom łapiduch wyłapie każdą nieprawidłowość neurohormonalną, która zachodzi w twoim ciele. Mózg steruje całym organizmem, jesteśmy „cali w nerwach”, więc jeśli coś nie sztymuje w mózgoczaszce, nie będzie sztymować w reszcie organicznego jestestwa. Biny to świetny wynalazek. A przy okazji, zgodnie z zasadą, że biznes nie pozwoli się „marnować” żadnemu wynalazkowi… nie musisz czekać na przypadkowe sny. Możesz je zwyczajnie zaindukować. Śniąc, uaktywniamy korę wzrokową. Jeśli prześlemy do niej odpowiednie impulsy, zobaczymy we śnie to, co zakupimy. Takie i-dreams nie są drogie. Oczywiście najpopularniejsze są marzenia erotyczne, ale nie brak też fantastycznych przygód czy podróży, całkiem zresztą szczegółowych.

Ale to nie wszystko. Dzięki binom mogłem zapisywać zarówno zwykłe, naturalnie pojawiające się sny, jak i te indukowane. A potem je oglądać.

– Już pan wstał, sir? – spytał Marvin, gdy wyszedłem z sypialni.

– Jak widzisz. Wyświetl moje sny.

Nie musiałem tłumaczyć, że chodzi o naturalne, nie indukowane. Marvin, podobnie jak drukarka, pralka, whirl i komputer, był zintegrowany z siecią domową, więc wiedział, że tej nocy zaprogramowałem tylko dwa i-dreams, i to właśnie je pamiętam, bo – także dzięki binom – podczas ich projekcji aktywowane są hipokampy – części mózgowia odpowiedzialne za zapamiętywanie. Hipokampy podczas normalnych marzeń sennych także „śpią”. Dlatego właśnie nader często mamy kłopot z przypominaniem sobie sennych wizji.

Na ścianach mojego apartamentu nie ma prawdziwych obrazów. Wszystkie są wyświetlane przez inteligentne tapety. Jeden z nich, największy i trójwymiarowy, sprawuje funkcję głównego „telewizora”. Ulokowany jest naprzeciwko okna. Zobaczyłem na nim prezesa Chmiela z wielką zakrwawioną paszczą, przecinaną dzierżonym przeze mnie toporem na dwie równe części. Potem jego sekretarkę, Sandrę Adamowicz, z którą… No tak. Mało mi było erotycznych doznań podczas i-dreams. Następne sny ukazywały miasto nocą – jakieś goniące mnie cienie i głosy otaczające ze wszystkich stron. Ostatnie marzenie senne przedstawiało łąkę i mnie biegnącego, śmiejącego się, śpiewającego melodię!? Jaka ładna piosenka! Nucę ją do Richarda Stone’a, mojego ulubionego pisarza. Pomyśleć, że kiedyś ludziom mogły się śnić całe symfonie, interesujące dialogi, a potem nic z tego nie pozostawało. Dzięki dzisiejszej technologii już tego nie zgubisz.

– Marvin, zgraj ten ostatni sen do folderu „Sny dwa tysiące sześćdziesiąt osiem”. Nazwij go… „Piosenka”.

– Tak, sir.

Wstałem z łóżka i poszedłem do łazienki. Lustro wyświetliło prognozę pogody. Słonecznie, temperatura dwadzieścia stopni, niewielkie zachmurzenie, ciśnienie spada. Niedobrze. Źle się czuję, gdy spada. Obok pojawiło się okno wiadomości.

– Wyświetl – rzuciłem tit.

Nic się nie stało. No tak. Zapomniałem nałożyć facenet. Podszedłem do modułu wiszącego na ścianie na lewo od lustra. Miał kształt mojej twarzy. Przytknąłem facjatę do kształtki i otworzyłem szeroko oczy. Maszynka nałożyła mi na rogówki soczewki i sieć tak cienkich nitek na twarz, że tylko kontrolka migająca w polu widzenia zaświadczała, że lensy są na miejscu, a facenet został prawidłowo ułożony.

Oderwałem się od ściany i tym razem powiedziałem na głos:

– Wiadomości.

Część lustra zamieniła się w wyświetlacz.

– W Tokio ruszył pierwszy na świecie aerotrain łączący Ginzę z lotniskiem. Ta nowoczesna linia komunikacyjna pozwala rozwinąć prędkość pięciuset kilometrów na godzinę w ciągu zaledwie dziesięciu sekund! Pierwsi pasażerowie twierdzą, że czuli się, jakby lecieli samolotem…

Brawo dla skośnookich…

Podszedłem do sedesu, by ulżyć pęcherzowi.

Na prawo od newsów pojawiła się analiza moczu.

– Powinien się pan nawodnić, sir – odezwał się Marvin z salonu. – Gratuluję wątroby. Metabolity po whiskey świadczą, że poradziła z nią sobie niczym czempion. Poza tym wszystkie parametry w normie.

– Marvin, mógłbym mieć odrobinę prywatności we własnej łazience?

– Oczywiście.

– A z tą wątrobą – bez przesady. Nie wypiłem wiele.

– Jeśli pan tak mówi, sir…

Marvin jest nieobliczalny. Sprzedawca nakłaniał, żeby włożyć w jego układy logiczne pięćset tysięcy moich neuronów i, rzecz jasna, trochę komórek glejowych. „To tyle co nic”, twierdził, „a maszyna zyska pewne cechy organizmu żywego. Jest różnica między czystymi robotami i ożywionymi”, mówił, „te drugie są bardziej niezawodne, potrafią się regenerować, ponadto…” i tak dalej. I zgodziłem się. Pobrano ode mnie nieco żywej tkanki, wyizolowano z niej pojedyncze komórki, zamieniono w komórki macierzyste, z których wyhodowano z kolei sieć neuronową, i tak słowo ciałem się stało. Oczywiście kosztowało mnie to dodatkowe pięć tysięcy euro. W ten sposób Marvin z urządzenia kosztującego trzydzieści tysięcy stał się urządzeniem kosztującym trzydzieści pięć, które tuż po zakupie zaczęło wygłaszać pod moim adresem kąśliwe uwagi.

Ledwie nakremowałem twarz po goleniu (nie, nie stać mnie na maści YS), usłyszałem sygnał telefonu.

– Odbierz na głównym ekranie – nakazałem robotowi, wychodząc z łazienki.

– Nie śpimy, nie śpimy! – pozdrowił mnie ze ściany Stach Bukowski.

Jechał samochodem. Mam nadzieję, że nie zauważył mojego zesztywnienia.

– Cześć, Stachu! – rzuciłem wesoło. – Nie śpię, pracuję.

– W pidżamie?

– Ja, w przeciwieństwie do ciebie, naprawdę korzystam z komórek mózgowych i nie robię tego, co mi każą…

– …Ale to, co uważasz za słuszne – wszedł mi w słowo. Znał tę złośliwość. – Jadę właśnie do pracy i mam fajny news! – Wyszczerzył zęby w szczęśliwym uśmiechu.

Czyli nie ma pojęcia, że wiem, co chce mi powiedzieć. Bardzo dobrze.

– Za dwieście metrów po prawej stronie znajduje się McDonald’s – odezwał się jego wóz. – Czy mam się zatrzymać na kawę?

– Tak – rzucił do maszyny.

Oczywiście jej nie prowadził. Czas to pieniądz. Dla Stacha wóz był lepszym biurem od biura właściwego, do którego w sumie nie wiedział, po co od czasu do czasu jeździ, skoro tę samą robotę mógłby wykonywać w domu. „Względy integracyjne”, argumentowały „haery” i w jakimś stopniu miałyby rację, gdyby nie to, że te „względy” odbierały pracownikom prywatny czas i również integrację – ale z tak nieistotnymi elementami życia, jak własne pasje czy, nie przymierzając, rodzina.

– To co to za news? – spytałem.

– Sir, kawy? – rzucił Marvin.

– Nie, Marvin, zieloną herbatę. Mocną.

– Uuu, nie oszczędzamy się, co? Wyglądasz jak psia kupa.

– Nie stać mnie na YS.

– To błąd. W twoim wieku powinno być cię stać. Ale jak się nie chce pracować w korpo, tylko się wybiera wolny zawód…

– Stachu, co to za news?

– No nie uwierzysz! – Błękitne oczy Bukowskiego rozbłysły wesołością, a jego blond grzywa zatrzęsła się jak u lwa.

Zdziwiłbyś się, przyjacielu.

– Dawaj.

– Ale poczekaj, bo to jest taki, proszę ciebie, news, że, jak na mój gust, jesteś za mało podniecony. Ja jestem niecodziennie podjarany, bracie, tak mocno, że dzisiaj w ogóle nie spałem. Zresztą pewnie nikt w dziale.

– Więc co się stało?

Stach przyjął z mechanicznych rąk czerwony kubek z nadrukiem „Have a nice day with Mac’s”, ustawił go w chwytaku auta, poczekał, aż wóz zasunie szybę, po czym, wciśnięty w poduchy fotela przyspieszeniem pojazdu, zatarł ręce.

– Święto! Mamy święto!

– Gadaj. – Usiadłem i także przyjąłem kubek z mechanicznych rąk, ale metalowy i nie kawy, tylko herbaty.

– Dyro dostał w mordę! – oznajmił Stach.

Zrobiłem zdziwioną minę.

– Jaki dyro?

– No ten chuj Chmiel! Ktoś go najebał w łazience wczoraj! I to tak, że stracił przytomność! – Bukowski parsknął z uciechy.

– W pracy? – spytałem.

– Nie, no co ty! Bibę wczoraj mieliśmy w Risku. W ogóle niezła chryja tam była z Jadzią, ale kiedy indziej ci opowiem. Tak czy owak, Chmiel postanowił wreszcie nas opuścić, bo się wpieprzył nieproszony, a było to po trzeciej nad ranem…

– O rany…

– Poszedł się jeszcze odlać, a tam czekał na niego jakiś miły nieznajomy! No ucałowałbym gościa!

– I co? Pobił go?

– Przestawił mu szczękę. Złamana kość policzkowa, trochę poprzestawianych kręgów szyjnych, coś jeszcze. Wyliże się. Wiem tyle, co powiedział ratownik, bo resztę „utajniono dla dobra śledztwa”.

– Jest jakieś śledztwo?

– Człowieku! Obito mordę grubej rybie! Policja rozpuściła psy! Ale na razie nic nie znaleźli. Profeska. Facet rozpylił spray niszczący DNA.

– Spryciarz.

– No. Znaleźliśmy dyra po tym, jak przyjechał Frank, jego kierowca, i zapytał, gdzie jest szef. Powiedzieliśmy, że poszedł do kibla, ale dziwnie długo nie wraca. No i tam był. Ryj obity, krew ze łba cieknie, najpierw myśleliśmy, że nie żyje! Ale żył skurwiel. Najlepsze było jednak to, co miał napisane na czole! Niezmywalnym sprayem!

– No?

– „Mam małego pisiora i dlatego wyżywam się na pracownikach”! Czerwoną farbą!

– Taki długi napis na czole? Zmieścił się?

– Ba! Zajrzyj w sieć! Wszyscy porobiliśmy mu piękne fotki! Oczywiście niby bardzo się przejęliśmy i oburzyliśmy, ale powiadam ci, ubaw był po pachy!

– Niesamowite. – Pokręciłem głową.

– Nie wiem, kto mu ryj obił, ale gościa w dupę bym pocałował. Oczywiście Chmiel już ogłosił, że jedzie na urlop, oficjalnie chorobowy, ale prawda jest taka, że nie może zmyć tego cholerstwa z czoła. Cały dział szaleje z troski!

Stach wybuchnął śmiechem i łyknął potężny haust kawy.

– Niezwykłe, niezwykłe. – Wciąż kręciłem głową i także się napiłem.

– No ale powiedz, nie należało się chujowi?

Skinąłem głową.

– Z tego, co mi opowiadałeś, należało się.

– Czyli, Roddy, jest inaczej, niż mówiłeś.

– Co masz na myśli?

– Sprawiedliwość istnieje na świecie.

– Nie sprawiedliwość, tylko sprawiedliwy.

– Ale jest.

Roześmiałem się.

– No jest.

– Panie Pollack, my nie mamy jakiegoś szkolenia?

Tak…

Nocny mściciel, pogromca dyrektorów, musi jakoś zarabiać.

Co robi?

Jest obwoźnym nauczycielem. Mówiąc inaczej – konsultantem. Albo trenerem. Tacy jak ja uczą biznesmenów, jak zarządzać ludźmi, sprzedawać, robić prezentacje, czasami nawet jak żyć. Robię w tym fachu od ponad dwudziestu lat. Mam rozwiniętą sieć kontaktów i rekomendacji. Szkoliłem banki, firmy ubezpieczeniowe, spożywcze, farmaceutyczne, motoryzacyjne, zdarzyło mi się nawet zahaczyć o koncerny zajmujące się żywieniem zwierząt. To zajęcie daje niezły dochód i niezależność – nie muszę codziennie meldować się w biurze, nie muszę być tam przy użyciu teleprezencji. Jestem sam sobie panem.

– Nie, nic w kalendarzu. To, cośmy mieli, skończyło się. – Chrząknąłem. – A co, chcesz jakieś?

– Pogadam w haerach. Trzeba się znowu spotkać i napić!

– Dobrze mówisz, Stachu.

– Dobra, rozłączam się, robota czeka.

– Pozdrawiam.

Zostałem sam na sam z ekranem wyświetlającym bezgłośne newsy.

No tak.

Trzeba się zabrać do pracy.

Przejrzałem pocztę. Nie było tam niczego pilnego. Zajrzałem w kalendarz. Szykowały się w najbliższym czasie jeszcze dwa szkolenia z zarządzania dla YamaLeku, firmy farmaceutycznej produkującej między innymi Res, słynny preparat przedłużający życie. Ci, których na niego nie stać, piją czerwone wino, wierząc, że zawarty w nim resveratrol pobudzi ich gen SIRT. Jednak żeby pochłonąć choćby jedną setną z tego, co zawiera jedna tabletka Resu, musieliby wchłaniać dwadzieścia litrów dziennie. Mogą się pożegnać z długowiecznością albo zacząć się głodzić. Głodzenie się też wydłuża życie.

Zacisnąłem szczęki. Muszę się zakręcić wokół tego Resu. Czas ucieka.

– Panie Roddy, dzwoni pana matka – odezwał się Marvin. – Czy mam przyjąć połączenie?

Tylko nie to.

Westchnąłem.

– Przyjmij.

Na głównym ekranie pojawiła się frasobliwa twarz Heleny Pollack, siwej starszej pani, która za życiowy cel obrała sobie martwienie się o wszystkich w każdej sprawie, nieważne jak błahej, o każdej porze, w każdym miejscu świata.

– Rod? Dobrze, że jesteś, słuchaj, ja już nie mogę z tym twoim ojcem, on mnie wykończy, ten człowiek, nie wiem, jak mam do niego mówić, on ciągle jak nie o sercu, to o hemoroidach, jak nie o hemoroidach, to o nerkach, jak nie o nich, to o żylakach, on jest non stop na coś chory, ja już z nim nie wytrzymam, czy rozmawiałeś z Peterem? Ja tak się o niego martwię, on ciągle na studiach, jak długo można być na studiach, ty byłeś na studiach siedem lat, a on już zaczyna ósmy rok studiowania, Rod, dzwoniłeś do niego, jak obiecałeś?

– Nie…

– No właśnie – weszła mi w słowo – no właśnie. Rod, ty musisz do niego zadzwonić i mu wytłumaczyć, że tak w życiu się nie da, no się nie da przecież tak żyć, musisz mu to wytłumaczyć, on trawkę tam pali, on alkohol pije, on nic nie robi, a ta jego dziewczyna, ta…

– Pamela.

– Ta Pamela, ona jest w ogóle do niczego, proszę ciebie, ona chyba jest taka jak on. Jak ci ludzie żyją, powiedz mi, Rod, jak oni żyją, czy oni uważają, że manna sama z nieba spada, przecież muszą się jakoś ogarnąć, czy ja źle mówię? Synku, ty marnie wyglądasz, jesteś zmęczony pewnie, ty za dużo pracujesz…

W pole widzenia dostał się Todd Pollack, mój, niestety, ojciec. Łysy, skrzywiony gnom z licznymi przebarwieniami na czaszce.

– Jestem bardzo chory, Rod. Bardzo chory.

Matka spojrzała na niego, kiwając z politowaniem głową.

– Boli mnie gardło. – Wskazał okolice binów. – Podejrzewam, że to wcale nie polepsza tej diagnostyki, ale ją pogarsza. Kiedy przyjedziesz? Przecież masz do nas maglewem zaledwie godzinę.

Niestety.

– Przyjedź i mi obejrzyj to gardło, bo matka nie ma takich dobrych oczu jak ty.

– Dobrze, tato, przyjadę, ale w lipcu. Teraz mam pracę. Trwa sezon. Na szkolenia.

– Czego ty uczysz tych ludzi? Manipulacji i kłamstwa, tego ich uczysz, synu. Trochę wstyd, że takiego człowieka wychowałem, a ten twój brat jeszcze lepszy.

– Ten brat – przerwała mu Helena – jest twoim synem, twoje ma geny, głupku jeden, i sam go tak wychowałeś…

– Mamo, to właśnie geny – wtrąciłem się. – Rola wychowania jest przeceniana…

– Ty, gówniarzu, się nie mądrz. – Potrząsnął pięścią ojciec. – Nie mądrz się i przyjedź mi to gardło ob…

– Przepraszam was bardzo, mam inne połączenie – skłamałem.

– Do Petera zadzwoń! – krzyknęła matka.

– Obiecuję.

Rozłączyłem się.

I nastała cisza.

– Czy włączyć muzykę, sir? – spytał Marvin.

– Tak, Marvin, włącz. Cichą.

Dalsza część w wersji pełnej

Wydawnictwo Starship

Copyright © 2025 by Marcin S. Przybyłek

Copyright for this edition © 2026 by Starship / Grupa Wydawnicza Axis Mundi

Projekt okładki i ilustracje na okładce: Tomasz Maroński

Ilustracje wewnętrzne: Tomasz Maroński

Redaktor prowadzący: Marcin S. Przybyłek

Redakcja: Karina Stempel

Korekta: Karina Stempel

Redakcja techniczna: Agnieszka Kiersnowska

Wydanie II

ISBN: 978-83-8468-015-5

ISBN e-book: 978-83-8468-016-2

ISBN abonament: 978-83-8468-017-9

Wszelkie prawa zastrzeżone. Powielanie w całości lub w częściach

wyłącznie za pisemną zgodą wydawcy.

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Rozdział 1

Rozdział 2

Karta redakcyjna

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Spis treści

Dedykacja

Meritum publikacji

Strona redakcyjna