50,00 zł
Znakomita analiza psychiki kobiecej, niezwykle sugestywny portret-biografia należący do szczytowych osiągnięć realizmu psychologicznego Dwudziestolecia. Akcja powieści "Całe życie Sabiny" Heleny Boguszewskiej z 1934 roku rozgrywa się na dwóch planach czasowych: w teraźniejszości i w subiektywnym czasie wspomnień. Czas teraźniejszy obejmuje paromiesięczny okres ostatniego stadium nieuleczalnej choroby bohaterki. Czas wspomnień natomiast rozciąga się na całe życie Sabiny. To przedśmiertny obrachunek z własnym życiem, który przywodzi na myśl film autobiograficzny, wyświetlający się w pamięci człowieka w chwili jego śmierci. Sabina to szara, niekochana żona, która zmienia się w wyemancypowaną, zawsze jednak doświadczaną przez los, nauczycielkę. Nic tu jednak nie jest takie, jakim się jawi. Sabina jest postacią niejednoznaczną, a jej historia wyłania się z fragmentów, tworząc jeden z ciekawszych portretów wielokrotnych w polskiej literaturze.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 244
Rok wydania: 2026
POLSKIE PROZY 3
Helena Boguszewska, Całe życie Sabiny
Redaktor prowadząca
Paulina Subocz-Białek
Projekt okładki istron tytułowych
Jakub Zasada
Korekta
Michał Kunik
Natalia Hipnarowicz-Kostyrka
Maciej Korbasiński
Copyright © by The Estate of Helena Boguszewska
Copyright © for this edition by Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2026
Wydanie pierwsze wtej edycji, Warszawa 2026
Państwowy Instytut Wydawniczy
ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa
tel. 22 826 02 01 e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa www.piw.pl
www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy
www.instagram.com/panstwowy.instytut.wydawniczy
ISBN 978-83-8442-096-6
Doktor przestał mówić i siedział nieruchomo, patrząc nigdzie i bębniąc palcami w ciemnoczerwone sukno biurka.
Sabina nie poruszyła się również i dalej czuła pod ręką wytartą, ostrawą skórę poręczy fotela, na którym siedziała – i aż się zdziwiła, że wszystko jest jak przedtem, jak wtedy, kiedy on jeszcze wcale tego nie powiedział. W pewnej chwili poczuła w uszach cienki, długi pisk na jednej nucie, coś jakby dźwięk dalekiego telefonu, ale wiedziała, że to tylko tak sobie, bo przecież telefon stał tuż obok na biurku i milczał. Potem zrobiło jej się bardzo gorąco i doktor z fotelem i biurkiem odsunął się daleko, jakby widziany przez odwrotną stronę lornetki. Gorąco zmieniło się w bezsilne zimno, rozlazłe i śliskie.
Zemdleję – pomyślała. Jednak nie zemdlała, a nawet po chwili wstała z fotela i zaczęła szukać w torebce przygotowanych pieniędzy i trochę, jak zwykle, przeraziła się, nie mogąc ich znaleźć od razu, choć wiedziała na pewno, że są.
Wszystko jak zawsze – pomyślała znowu i w tej samej chwili posłyszała swój głos mówiący głośno, dźwięcznie i wyraźnie: – No to ja już nie będę panu doktorowi zabierała więcej czasu – i zobaczyła swoją rękę w granatowym rękawie, kładącą pieniądze na brzegu biurka.
On wstał skwapliwie i jeszcze raz zalecił, żeby zaraz po powrocie do domu położyła się do łóżka.
W przedpokoju uważała, żeby nie zamienić botów, dała coś drobnych służącej i przez chwilę uważnie przyglądała się haftowi na jej wykrochmalonym czepeczku, jakby chciała go zapamiętać. Na schodach przypomniała sobie, że ilekroć szła do pracy lub dokądkolwiek, wbrew swojej chęci, tylko z musu, zawsze sobie mówiła, że oto nie ona sama idzie, tylko „idzie ją”.
– Teraz dopiero „idzie mnie” po tych schodach i będzie tak aż do… – nie dokończyła. Chwyciła ją straszna tęsknota do tamtego, do wszystkiego, co było przedtem. Kiedyż to było?… Weszła do gabinetu po piątej dwadzieścia. Więc po piątej dwadzieścia było jeszcze wszystko zwyczajnie. Dopiero w jakiś kwadrans potem, może jakie pięć po wpół do szóstej, powiedział – a teraz pewnie jeszcze nie ma szóstej. Boże, Boże!
Przy drzwiach na dole poczuła, że trzeba coś zrobić, jakoś sobie poradzić, żeby w ogóle przejść tę całą drogę do domu. Więc starym zwyczajem zaczęła niby to komuś opowiadać wszystko, jak było: – że kiedy jeszcze była małym dzieckiem, to matka strasznie o nią się bała, a potem się okazało, że nic. Potem przed samą wojną znowu się zdawało, że gruźlica nerek, że Bóg wie co… Potem jeszcze, potem jeszcze – tylko że potem to znowu nikt się tak strasznie nie bał, jak przedtem matka – ironizowała bez słów jakimś tam zakamarkiem myślenia, nie przerywając tego niby-opowiadania, w które już wciągnęła i dzisiejszy dzień.
– Właściwie powiedział mi, że już nie ma prawie nic do zrobienia. Kazał tylko wracać do domu i zaraz się położyć. Po dwóch, nie, po trzech tygodniach wstałam i… no widzi pan, żyję dotąd i jestem zupełnie zdrowa – zakończyła.
Stała już przy swojej bramie, podniecona jeszcze i cała tkwiąca w tym niby-opowiadaniu. Ale wszystko jakoś zaraz opadło, zrobiło się zimno, brama była brązowa i odrapana, asfalt chodnika mokry. A w najgłębszej głębi duszy niezawodna pewność, że to wszystko na nic, że nigdy już nikomu nie będzie tak opowiadała… bo tym razem to już jest naprawdę. Przecież zawsze za którymś tam razem musi być naprawdę! I dla każdego przychodzi to „naprawdę”… Ciotka Teresa też tak powiedziała: – Czuję, że tym razem to już jest naprawdę. – I stara Szulcowa też. I ciocia Aniela. I matka…
Wyliczała sobie zmarłych, trzymając już jakby z nimi, będąc już jakby po ich stronie. Cóż takiego, Boże drogi, przecież wszyscy!…
Było w tej prostej myśli coś jakby uspokajającego. W każdym razie udało się o niej, jak o kiju, wejść na schody, nacisnąć dzwonek…
– No i co? No i co powiedział? – spytała Helena zaraz w przedpokoju. Przez uchylone drzwi od jadalnego wpadało światło. Słychać było, że Halinka się uczy, a Marysia jej przeszkadza. Sabina nie odpowiadała, długo mocując się ze swymi botami.
Trzeba zmienić sprzączki – przeleciało jej przez głowę i zupełnie niespodziewanie dla samej siebie zaczęła głośno płakać. Zakotłowało się. Helena pobiegła po wodę, z kuchni wyjrzała przerażona twarz Stasi. Karol stanął na progu, objął wszystko zziębniętym spojrzeniem i zaraz się cofnął. Marysia wytrzeszczyła swoje ładne, niemądre oczy, a Halinka syknęła na nią z nagłym zdenerwowaniem.
– Sabino, uspokój się, proszę cię, napij się wody, napij się wody – powtarzała Helena, jak gdyby o tę wodę tylko chodziło, uprowadzając siostrę do drugiego pokoju.
– Co kazał? leżeć?
Ze szlochania wydobyły się przerywane, śliskie od łez słowa: – Zaraz kłaść się do łóżka.
– A widzisz… Zaraz przeniesiemy tu twoje łóżko, będziesz miała więcej powietrza, ustawimy tu wszystko… Karolu, Halinko, pomóżcie przenieść łóżko!… Niech Stasia zaraz tu napali!… I dajcie tamten mały stolik!… A gdzie przełożyć rzeczy?… No, gdzie bądź tymczasem, choćby na fotel…
Mrugnęła porozumiewawczo na męża, który znowu stanął w drzwiach. Komenderowała. Rzucili się wszyscy do tego łóżka, do tego stolika, jak do zbawienia. Sabina została sama i siedziała tak, szlochając. Ale coraz ciszej. Bo już znowu coś się jakby zmieniło i zrobiło się jakoś inaczej.
* * *
Już samo przeniesienie ciotczynego łóżka z ciasnego pokoju, gdzie sypiała razem z dziewczynkami, do tego najlepszego, zwanego gabinetem, było czymś nadzwyczajnym. A jeszcze do tego ustawienie go nie przy ścianie, jak zawsze, tylko tak jakoś na pokój, to już miało w sobie taki dreszcz grozy, a zarazem niezwykłości, że Marysia chodziła, łaziła za matką krok w krok, tknięta nagłym onieśmieleniem w stosunku do Sabiny, która dotąd była zwyczajna, bliska i o każdej porze potrzebna, a teraz leżała w łóżku na środku pokoju, dziwna i daleka.
– Cóż tak mi się przyglądasz, jakbyś mnie widziała po raz pierwszy. Zmieniłam się od wczoraj, co? – uśmiechnęła się do niej blado od poduszki, a Marysia zawstydziła się, odwróciła oczy. Matka spojrzała na nią surowo: – Idź do Stasi, żeby ci dała gwoździ, tych średnich, są w szufladce na lewo. I młotek! – krzyknęła już za odchodzącą i zaraz obejrzała się na siostrę, trochę jakby zmieszana. Ale Sabina leżała spokojnie, nieruchomo, jakby nie słyszała. – Pamiętasz – zaczęła mówić powoli – pamiętasz, jak byłyśmy jeszcze małe i umierała ciotka Aniela?… Nie mogłyśmy wcale tego zrozumieć, jak to można umrzeć, i zdawało się nam, że choćby cały świat wymarł, to my dwie będziemy zawsze żyły. A teraz właśnie jedna z nas…
– Och, nie mów – i Helena w jakiś nieokreślony sposób zaprzeczyła rękami i całą sobą. Wzburzona, odwróciła się i zabrała do przybijania dywanika, jakby od tego wszystko zależało. – Tak będzie o wiele cieplej – dodała już zwyczajnym głosem. Sabina pomyślała, że siostra organizuje tę jej chorobę, tak jak wszystko, teraz jednak już wie dobrze, że tu już żadne organizowania nie pomogą, kiedy przychodzi to ostatnie, i to „naprawdę”…
Jednak dawnym trybem odpowiedziała pytającej Helenie, że tak dobrze, tylko trochę więcej na lewo i może trochę wyżej – ot tak. A gdy już wisiał, przyjrzała się uważnie tym znajomym różom na czarnym tle, jakby je widziała po raz pierwszy, dotknęła ich palcami i z nagłym znużeniem przymknęła oczy: – niechże się zajmują teraz nią, niechże się samo wszystko robi, a ona nic…
Dnie szły jakieś podniecone, jakby odświętnie niezwyczajne. Helena wzięła urlop, po całych dniach krzątała się koło Sabiny i wstawała w nocy. Przychodzili goście, nieśli pomarańcze i amarantowe prymule w zwojach miętej kwiaciarnianej bibułki. Wchodzili z niepewnymi minami i zaraz dziwili się skwapliwie, że Sabina tak dobrze wygląda, a potem rozmawiali wesoło i o wszystkim. Karol wychodził ze swego pokoju, słuchał wszystkiego z aprobatą, zacierał ręce, wciągał powietrze jakoś po swojemu, jakby mu było zimno, ze wstydliwym uśmiechem mówił, że musi iść na posiedzenie, i wychodził, a goście siedzieli dalej, aż dopóki Sabina nie przymknęła oczu, choć właściwie nie była zmęczona, tylko chciała znowu zastanowić się spokojnie nad tamtym… nad czym?…
I wyglądało wszystko inaczej, bo oto dwa stoliki przysunęły się do łóżka i, ogołocone ze swoich zwykłych domowych rynsztunków, zaroiły się natychmiast od flaszek z pomarańczowymi harmonijkami recept przyciśniętych gumkami upragnionymi przez Marysię, od szafirowych syfonów, od szklanek z troszką czegoś na dnie, od jakichś nowych przedmiotów, które wyszły jak spod ziemi, nadzwyczajne i nie wiadomo do czego służące, a wśród tego wszystkiego Marysia chodziła na palcach, zaabsorbowana, zachwycona, a Halinka skwapliwie latała po wszystko do kuchni, do apteki, do sklepu, wszędzie. Szorstką codzienność wyparła patetycznie żałosna, odświętna słodycz. Każdy chciał dla Sabiny coś zrobić, a Sabina leżała osłabiona i bierna, pozwalająca wszystko ze sobą robić, i sama się dziwiła, że tak od razu weszła w rolę najważniejszej osoby. Chwilami zapominało się, skąd ta cała odświętność wyrosła, i było przyjemnie.
Ale kiedy po kilku dniach urlop się skończył, Helena zrozumiała, że długo tak nie da rady. Zamknęła się z Karolem w swoim pokoju i rozmawiali długo, a Sabina dostała wypieków, patrząc na zamknięte drzwi.
Otworzyły się w końcu i Karol ze wstydliwym swoim i smutnym uśmiechem przemknął przez pokój, zacierając zziębnięte ręce i niewyraźnie oznajmiając, że jest już o wiele spóźniony na posiedzenie. Nikt mu nic nie odpowiedział i słychać było, jak długo kaszle w przedpokoju. Helena pośpieszyła do kuchni, pokrzątała się tu i owdzie i wreszcie podeszła do Sabiny: – Powiedz no, co byś ty zjadła na kolację, bo jest ten rosół – zaczęła zaaferowanym głosem, ale Sabina wyciągnęła do niej rękę: – Posłuchaj… jeśli to ma długo trwać…
Spojrzały na siebie i Helena odwróciła oczy.
– Co ma trwać?… Znowu zaczynasz… Zobaczysz, jak się będziesz czuła po sześciu tygodniach porządnego leżenia… Sama się przekonasz…
Kazała Stasi ubić żółtko, a sama poszła na chwilę położyć się w jadalnym na kanapie. Była bardzo zmęczona.
Odtąd zaczęło wszystko wracać do dawnego, tylko że zjawiła się panna Zofia. Panna Zofia przychodziła rano, wesoło mówiła: dzień dobry, zaraz przebierała się w biały fartuch, który wisiał na gwoździu za drzwiami, i od razu robiła się z panny Zofii pielęgniarka.
Zaczynały się codzienne obrzędy: prześciełanie łóżka, nacieranie, mycie, czesanie, sprzątanie. – Jak to koło chorej – mówiła pogodnie. Więc Sabina zrobiła się „chorą”.
– Skąd się tu tyle tych nowych rzeczy bierze – utyskiwała swoim nowym, chorym głosem.
– Rzeczywiście… wczoraj uprzątnęłam, a dziś znowu pełno – pogodnie przytakiwała pielęgniarka.
– Bo co kto przyniesie z kuchni, to zostawi. Szklanka, łyżeczka, spodek, talerzyk…
– Pewnie! To wszystko niepotrzebne! Nic nie szkodzi, zaraz się uprzątnie. Wszystko będzie dobrze! Podłożyć wałek?
– Proszę podłożyć, tylko nie tak wysoko jak wczoraj.
– Za wysoko było?
Krzątała się szybko, sprawnie, wesoło. Pokój przestał być odświętnym. Nie pachniał już pomarańczami ani kwiatami w miętych bibułkach. Liliowy hiacynt zliliowiał jeszcze więcej, aż sczerniał i zwinął się nieprzyjemnie. Trzeba go było wynieść. Trzymała się jako tako tylko jedna prymulka. Tak. Pokój przestał być odświętny, przestał być nawet gabinetem. Zrobił się zwyczajny na inny sposób: wypełnił się zorganizowaną chorobą.
– Proszę to zabrać, a to zostawić. Tu niech stoi – wesoło komenderowała pielęgniarka w stronę kuchni – tak będzie wygodniej dla chorej.
Krzątając się, opowiadała o innych swoich chorych. W pierwszych dniach Sabina słuchała nieuważnie, zajęta odgłosami z jadalnego pokoju. Ktoś dzwoni – Halinka przyszła ze szkoły? Śpieszyła się na „kółko”? Obiad dla pana! Ktoś zaraz wychodzi, a ktoś dopiero na czwartą. Czy był listonosz?
Głowa wciskała się głębiej w poduszkę w nagłym znużeniu. – Więc co, że na czwartą? Niech sobie idą. Ona, Sabina, nie pójdzie na czwartą, teraz ani…
– Czy pani Kowalska ciągle ma jeszcze podniesioną temperaturę?
– Wczoraj było trzydzieści osiem i siedem – wesoło odpowiada pielęgniarka – ale to nic. Doktor powiedział, że to potrwa.
– A pani Krajewska czy będzie miała operację? – I Sabina czuje, że blednie.
– Ej, chyba nie. Mam nadzieję, że się obejdzie bez operacji.
– O mnie powiedział, że już by nic nie pomogło – w wysilony jakiś sposób wyznaje cicho Sabina ze sztucznym uśmiechem. Ale pielęgniarka śmieje się głośno.
– Oni zawsze tak mówią, bo żałują, że im się nie udało człowieka pokrajać. Który by chirurg nie chciał operacji?… Tak samo było z tą panią… no, nie pamiętam nazwiska… tą z Siennej. Trzy miesiące byłam przy niej.
– No i co? – Jadalny pokój zapada się. Jest tylko pielęgniarka i jej chora z Siennej.
– Zdrowiuteńka, chodzi!
I Sabina słucha, jakby piła wodę życia.
Ale o jakiejś godzinie pielęgniarka zaczyna zdejmować fartuch. Myje ręce. Wdziewa beżowy płaszczyk. Przed lustrem wyciąga loczki spod beretu. Robi się panną Zofią.
– Do widzenia! Do jutra – mówi wesoło i wychodzi na ulicę, gdzie są ludzie, sklepy i tramwaje. A „chora” zostaje i robi się z niej znowu Sabina, ale taka, która już nie należy ani do jadalnego pokoju, ani do chorych panny Zofii. Tak nie może być – myśli sobie – musi się coś wymyślić, jakoś się zorganizować na ten czas. Na ten czas…
* * *
Małe pudełeczko pełne gumek, pudełeczko, z którym dotąd Marysia ciągle się nosiła i w nocy kładła pod poduszkę, coraz częściej stoi zapomniane czy na oknie, czy na kredensie, czy gdzie bądź… czyżby tyle się już tych gumek nazbierało, że aż zdążyły spowszednieć Marysi?
To samo ze szklanymi tubkami togalu. Dawniej sama tubka była czymś cudownym, a teraz musi w niej siedzieć obrzydliwa, szara stonoga, i to jeszcze nic wielkiego!
– Mamo, mamo, niech mama jej nie pozwoli męczyć stonogi! Stonoga nie ma czym oddychać!
Helena jest zdenerwowana. Czyż doprawdy mało „tego wszystkiego”, czyż musi się jeszcze zajmować stonogami i tubkami od togalu, których się pełno wszędzie wala? Wiadomo, że Helena jest spokojna i opanowana, ale jednak…
– Najlepiej niech Stasia pozbiera i powyrzuca te wszystkie tubki! Niech raz będzie spokój…
Spokoju nie było. Halinka nie może tak ciągle latać do apteki i po wszystko. Już jej zwracali uwagę w szkole, że się opuszcza. Musi doganiać. A do tego jeszcze teraz te wieczorki! Na pierwszy, w świetlicy, jeszcze wtedy na samym początku, nie poszła. Nawet myśleć o tym nie mogła. Drugi był w kółku: nie miała ochoty. Ani sukni. Trzeci we czwartek w patronacie. Kłopot z suknią. Kłopot szeptany wstydliwie w jadalnym pokoju. Ale Sabina ma teraz takie uszy, że choćby nawet w kuchni i najcichszym szeptem, to usłyszy i przywołuje nie od razu usłyszanym dzwonieniem łyżeczki o syfon (tyle razy mówiło się już o tym dzwonku, żeby kupić, i wiecznie się zapomina)…
Skwapliwe podbiegnięcie: – Dzwoniłaś, kochanie?
– Moje drogie, słyszę, że macie kłopot z suknią na ten czwartkowy wieczorek. Otwórzcie żółtą szafę, wyjmijcie tę moją beżową krepdeszynową, może się jeszcze da coś z niej zrobić…
I przymyka oczy, przeczekując sercem ten wstydliwie ociągający się pośpiech skwapliwych kroków, przeczekując znajome skrzypnięcie starej szafy i przydługie grzebanie się w matowych, miękkich chrzęstach „gałganów”, których ona nigdy już chyba…
Oto już granatowy szewiotowy łokieć Halinki opływa różowawozłotawą połyskliwością jedwabiu, już się zaczyna obrzęd przymierzania, zrazu wstydliwy, potem rozrasta się, staje ponad wszystko absorbujący, ważny… ach, tak się chce Halince tej ciotczynej sukni, tak się strasznie chce!…
Aż Helena przywołuje ją do porządku i zawstydza surowym spojrzeniem.
– No cóż! Suknia dobra! Nawet nie tak wiele ją nosiłaś! W Murszewicach i tu, zdaje się, byłaś w niej na koncercie… tylko że, moim zdaniem, szkoda jej krajać, przerabiać… jeszcze ci się przyda… – Helena odwraca się i sprząta coś na stoliku.
Ale Sabina zaprzecza.
– Nie przyda się, nie przyda!… choćbym nawet była nie wiem jak zdrowa… ona już była za ciasna…
Westchnienie ulgi. Była za ciasna? Przymierzanie idzie więc na całego: tu podnieść, tam opuścić, tu skrócić, tam ująć, tu dodać… na skrawku „pokoju chorej”, pełnego lekarstw i skomplikowanych rekwizytów choroby, zakwita czarodziejstwo nowej sukni i bierze w siebie oczy: Sabina patrzy, patrzy od swej poduszki, jak olśniona Halinka w jedwabnym połysku na wyszarzałej granatowości szewiotu ma już cały świat pod nogami w fildekosowych, pocerowanych pończochach i starych, sportowych pantoflach. Ach, gdzież to i kiedy zdawało się tak samo Sabinie, a potem się okazało, że… Sabina zamyśla się i oczy jej, zwrócone w głąb, przestają jakby być widzące, aż Helenie robi się nieswojo… – Zmęczona jesteś, Sabinko? Może lepiej, żebyśmy przeszły do jadalnego z tym mierzeniem…
Ale Sabina wyciąga do niej rękę: – Pamiętasz, jakie suknie miałyśmy, jakeśmy to były razem na balu w Towarzystwie Rolniczym? Ja byłam w białej, a ty miałaś jakąś podobną do tej…
– Nie, nie – ucieszyła się Helena, że wszystko znowu jest zwyczajnie – tamta była bardziej różowa, wtedy nie było jeszcze takiego koloru „beż”. I miała ażurowy „karczek”. Twoja też była z „karczkiem”. Nie wiem, czemu wtedy zawsze musiały być te karczki, pamiętasz? – śmieje się.
Ale Sabina się nie śmieje. Rozważa coś, daleka, skupiona, jakby uderzona jakąś nową myślą, ponad wszystko ważną: że oto jest jeszcze dla niej coś do zrobienia? Coś jej własnego, coś bardzo pilnego…
Zatęskniła do tego, żeby już wyszły, żeby ją zostawiły samą z tą nową robotą: przecież ona musi sobie przemyśleć życie po sukniach! I musi zacząć od samego początku, nie można tak od tej białej z karczkiem, tym bardziej że ta biała była nieważna, a ona musi wybierać najważniejsze, jak ta różowa z wesela Heleny… Ach, mój Boże, jakże mogła przed chwilą jeszcze nie wiedzieć, że musi to zrobić, musi koniecznie, koniecznie!
Znowu przymyka oczy, udaje nagłe znużenie. Więc obie wychodzą na palcach, niezadowolone z siebie, z suknią przewieszoną przez ramię Halinki. Oglądają się jeszcze, czy wszystko na miejscu, czy łyżeczka leży koło syfonu (że też nie kupiło się jeszcze tego dzwonka!…), przymykają drzwi…
Sabina otwiera oczy. Wspiera się na łokciu, rozgląda… tak, tak. Teraz jest dobrze, teraz może zabrać się do roboty. Już!…
PRZEZ ODWRÓCONĄ LORNETKĘ
Jak przez odwróconą lornetkę patrzy Sabina w najdalszą głąb swego dzieciństwa, na siebie samą, na małą Sabinę, chudą, czarną i nerwową, to skaczącą jak wróbel, wiercącą się, kręcącą, szalejącą nad byle czym z zachwytu, to znów tonącą w rozpaczy – że co? Że ta nowa sukienka „w różowy rzucik” znowu jest jakaś dziwna, nie taka jak u innych dzieci? Przydługa? A tak się cieszyła na tę sukienkę!…
Gorzki posmak zawiedzionej nadziei roztapia się jednak w leniwym szczęściu lata. Bo może Sabina się myli? Może jednak ta sukienka jest taka jak u innych? Może nikt nie zauważy tej niby-obszewki czy też kołnierzyka, który nie jest ani wysoki, ani niski, tylko właśnie tak do połowy szyi, cienkiej jak u ptaka? I może uda się nieznacznie skrócić tę sukienkę, wciągając ją za pasek, że to niby jest taka „wyrzucana”? Ale czy to matka pozwoli… czy nie powie zgryźliwie: – Cóż to, chcesz koniecznie mieć gołe kolana?
Gorący wiatr porusza białą firanką, prawie że szeleści w liściach fikusa wielkiego jak drzewo, pachnie latem, kurzem, różowym kwieciem oleandrów w drewnianych cebrach, w salonie u babci, zaraz pierwszego dnia, na wakacjach…
Mała Sabina w nowej sukience „w różowy rzucik” wciąż jest niepewna. Wydana smutkowi. O każdej chwili gotowa do szczęścia. Poleci do kuchni, pokręci się koło Modestowej, zobaczy, co ona powie o tej sukni…
I od razu robi się tak, że wszystko zależy od Modestowej. Z drugiego pokoju słychać pogadywania. Władczy głos matki. Cienki głos ciotki Bronisławy. Cichy głos babci. Skrzypienie rozpakowywanego kosza. Bo wtedy jeździło się tylko raz na rok, na lato i z powrotem do Warszawy, z wielkim koszem na bagażu. Daleko!… Usypiało się w czarodziejstwie podróży, na podesłanym na pół, na ćwierć drewnianej ławki pledzie, złożonym we czworo. Ze skurczonymi nogami, w niewygodzie i szczęściu, pod stuk kół i cichy gwar jadących Żydów, to oddalający się, to zbliżający, to całkiem roztopiony w szczęśliwym, majaczącym, lekkim śnie o wakacjach…
Przez sionkę, przez garderobę pełną czegoś nieokreślonego, co nie wiadomo, jak nazwać, a co razem zebrane stanowi domowość i przypomina tajemnicze radości strychu, Sabina przemyka się do kuchni, gorącej, sennej i czarnej od much, z lekkim swędem wiecznie „podrzucanego” samowaru…
Modestowa siedzi na ławce za stołem w chustce nasuniętej na czoło, z rękami na wielkim brzuchu, bezczynna, ogromna i wspaniała. Mówi do Ostapa, że ją głowa boli i że dziś jeszcze nie miała nic w ustach. Ostap nic na to nie odpowiada i skubie kurczęta.
Poruszenie w sercu i ostry ból, szybki jak błysk noża: więc znowu je zarzynał? I na pewno długo zarzynał… i jeszcze to najgorsze, o czym nie można wcale myśleć: że puszczał piszczące i znowu zarzynał…
Odpychając to mdlące i straszne, podchodzi Sabina do beczki z wodą przy drzwiach, nachyla się nad czarną i jakby gęstą powierzchnią, widzi małą, znajomą twarz, cieniuteńką szyję wyciągającą się ni to z kołnierzyka, ni to z obszewki – przypomina sobie, po co przyszła…
– Przyszła do nas panna! Nasza panna! Nasza Sabińcia kochana! Wystrojona, w nowej sukni! Pięknie! – Niski głos Modestowej brzmi jak samo szczęście.
– Pewnie, że pięknie! A co, nasza panna ma chodzić niepięknie? – cienkim głosem dogaduje Ostap.
W beczce robi się cudownie. Obrzydliwa, ciepła woda, pachnąca gnijącym drewnem, pachnąca blaszanym półkwaterkiem, rzeczna woda, której nie wolno pić, ma smak samego lata. Kiedy się Sabina chciała napić przegotowanej, z zakurzonej karafki na stoliku w rogu, ojciec nie dał.
– Nie pij, mała, wody! Nie pij wody!… – powiedział zirytowany, wykrzywiającym się głosem.
Sabina nie lubi ojca. Ojciec nie daje popłynąć łódką ze światłem na czarnej rzece, z wieczornymi śpiewami dorosłych: za Niemen, za Niemen!… nie daje napić się wody, choć Sabinie język wysechł od uganiania po dziedzińcu, po upale…
Więc jak tak, to właśnie będzie piła surową i brudną z beczki! I pójdzie z Modestową na nieszpory! Czy tylko aby Modestowa zechce ją zabrać?
Przymila się, wtulona w bezpieczne ciepło wielkiego, dobrego cielska. Pójdzie „wystrojona”, zawieszona u jej łokcia. Zza jakiegoś węgła wyjrzy „synek” Modestowej, ogromny, dziobaty drab, któremu nie wolno przychodzić do kuchni, bo kradnie, a Modestowa jest uczciwa. Zza innego wyjrzy jego „siostrunia” Rózia, półwariatka, upstrzona kolorowymi papierkami… A ojciec pojedzie sobie do Warszawy już we czwartek…
Sabina wraca do pokoju, szczęśliwa, i od razu wie, że mówiono o niej. – Piłaś wodę? – pyta ojciec. (Ach kiedyż będzie ten czwartek? Od pojutrza pojutrze czy od pojutrza popojutrze?)
Tak kombinując, widzi, że ciotka Bronisława patrzy znacząco na matkę, a matka przeczy głową. – Piłam – odpowiada dumnie i wlepia w ojca uporczywe oczy. „Piwne”, mówiło się wtedy, „brunatne”, mówiło się potem. Ale to już dużo później, za czasów Jana. I wtedy, kiedy Sabina nauczyła się już kłamać… – Ach, nie wybiegać naprzód, nie wybiegać!… przemyśleć wszystko po kolei, jak było – upomina siebie duża Sabina w łóżku.
A w odwróconej lornetce mała Sabina w sukience „w różowy rzucik” stoi dumna i z nowej sukni, i z tego, że nie skłamała… O Boże, co to? Ciotka Bronisława mówi do matki cienkim swoim głosem, że dlaczego matka Sabinę tak śmiesznie ubiera? Że do czego to podobne, żeby Sabina nie miała ani jednej sukienki takiej jak inne dziewczynki, tylko zawsze Bóg wie co?
Obrażonym, pełnym wyższości głosem tłumaczy matka, że jak jest „czysto i cało”, to o co chodzi? Przecież matka wychowuje Sabinę na rozumną kobietę, „wyższą ponad to”…
Ale Sabina nie jest „wyższa ponad to”. Przeciwnie: od razu zapada gdzieś tak nisko, że ledwie dochodzi ją głos matki, mówiącej, żeby szła poszukać Heleny, bo niedługo będzie kolacja… zapada się tak nisko a tak gwałtownie, że aż duża Sabina słyszy w łóżku stuk tego upadku, jakby z bardzo daleka… ale boli ją to tylko tyle, co przez wszystkie materace i pierzyny, i jeszcze pled zwinięty przez pannę Zofię, pielęgniarkę, w wałek pod krzyż…
I słusznie. Bo za chwilę Sabina i Helena tarzają się w ogródku z psem Bębnem. W szczęśliwym zapachu zwierzęcej skóry, kłaków pełnych kurzu i pcheł. – Bądź wyższa ponad to – mówi po swojemu Helena i obie literalnie pękają ze śmiechu…
Doskonała ta Helena – myśli nagle rzeczowo na łóżku duża Sabina i spogląda na zamknięte drzwi do sypialni. – Jak to ona nigdy się niczym nie przejmowała i zawsze była spokojna… zupełnie odwrotnie niż ja!…
* * *
W odwróconej lornetce robi się pusto. Ale tylko na chwilę. Bo zaraz zjawia się ta czerwona sukienka w rozcapierzone jakieś, czarne liście. Krótka, bo na szczęście nie starczyło materiału. Do tego żółte pantofle i żółty skórzany pasek dała ciotka Bronisława. Jak się go zapnie na brzuchu, to się wygląda tak jak wszystkie dziewczynki. Sabina upaja się przed lustrem, że nareszcie wygląda tak jak wszystkie dzieci. Jedzie z ciotką Bronisławą do Podhorzec, tam będą lody, będzie huśtawka… i wśród tego całego szczęścia ona, Sabina, tak samo ubrana jak inne dzieci!
– Cóż się tak przyglądasz sobie? Zapnij no lepiej pasek w pasie. Nie wiedzieć co, sensu nie ma! Pasek jest po to, żeby był w pasie! – surowy głos matki strąca od razu Sabinę z piramidy szczęścia w otchłań odrębności…
Mała twarz, od razu stara ze smutku, odwraca się do mętnych szybek w żółtych ścianach ganku. Nie pomaga, że od stajni słychać nieomylne głosy zaprzęgania. Nie pomaga, że stale coś skubiące małe palce odwiecznym zwyczajem ugniatają żółte krople żywicy ściekające z okiennych ram. Nie pomaga, że w zapachu kminku i jakichś suszących się babcinych ziół, dobrych na coś, suszy się jabłeczny serek z „odpadków” wziętych od Żyda w sadzie… że gdzieś daleko gwałtownie gdacze kura, jakby dopiero co zniosła jajko czy dopiero miała je znieść – nie wiadomo… W gorącym południu tego ganku niepocieszona Sabina w pasku w pasie, czekając na konie, smutnie patrzy na muchy bzykające po szybach, muchy senne i łażące, jakby im czegoś brakowało…
– Nie martw się – mówi dobra ciotka Bronisława, wystrojona i cienka w pasie – nie martw się! W drodze zaraz sobie poprawisz i będzie dobrze! A tak to cię matka nie puści…
Sabina waha się, bo kocha matkę. Nie tak jak ojca. Ale w końcu robi tak, jak radzi ciotka Bronisława. Filozoficzna Helena w brzydkiej granatowej sukni wsiada na kozioł, ze słonecznikiem w ręku na drogę. – Chcesz, to ci dam. – I daje jej kawałek z wyjedzonymi do połowy ziarnkami, wyglądający jak szczotka. – Od Sosnówki puszczę cię na kozioł… – obiecuje. I Sabina odjeżdża szczęśliwa w obłoku kurzu…
Którychże to wakacyj było to wszystko? – Sabina nie może sobie przypomnieć. Czy tych samych, kiedy w końcu szkocka sukienka szyła się w pracowni ciotki Bronisławy? Ciotka Bronisława nie brała za robotę od rodziny, ale dawała najgorszej pannie do szycia, bo lepsze były zajęte inną robotą. Dlatego trwało tygodniami i wychodziło krzywo. Ale szkocka sukienka wyszła dobrze. Była krótka i modna.
PODRÓŻ NA JAŚKU
Aż dotąd przemyślało się wszystko porządnie i systematycznie. Tak, jak było zamierzone. Aż dotąd poszło wszystko dobrze. Nawet bardzo dobrze. Bo w sypialni obok skrzypiało łóżko – a Sabina nic. Stróż po raz setny poszedł w swoich bamboszach otwierać bramę spóźnionym lokatorom, potem był ten kawałek czarności i ciszy, na którym przysiadła prawdziwa noc, i zanosiło się już na bezsenny świt – a Sabina nic, i nie zażyła nawet żadnych kropli. Ciekawe, jak teraz będzie z sukniami młodości?
…Bo po tamtych sukienkach dzieciństwa właśnie przyszedł już na nie czas. Zabawnie jest myśleć o nich: sztywne męskie kołnierzyki, wysokie jak mankiety, poważne, długie rękawy. I rozczulając się nad surowością tamtych lat, dotyka Sabina późniejszych, daleko późniejszych, przeskakuje na czterdziestopięcioletnie głębokie dekolty, na owe ramiona obnażone za wszystkie czasy, za wszystkie czasy…
To tylko tak na chwilę. Bo zaraz znowu wróci do tamtych i przejdzie wszystko porządnie i systematycznie. A teraz tak naumyślnie wybiegła myślą naprzód. Ostatecznie… czy jej kto zabroni myśleć, jak się jej podoba? Stąpać po tych sukniach swego życia to tu, to tam, i z powrotem?
Nie, na pewno nikt jej nie zabroni. Ale jeżeli tak swobodnie wędruje po tych sukniach, to może już zaraz zabierze się do tej różowej, przerobionej z wesela Heleny, przecież pamięta ją chyba doskonale?!…
Och, nie!… Sabina cofa się przed tą różową, spłoszona. Na różową jeszcze czas! Weźmie się do niej dopiero, kiedy przyjdzie kolej i przebrnie przez nią tak, z rozpędu. Teraz jeszcze nie. Bo od najlżejszego nawet, najbardziej byle jakiego wspomnienia tej różowej – zaruszała się cała we wzbierającej nagłą wrogością rozgrzanej pościeli, a tak jej się przedtem dobrze leżało jakby nigdy nic! Od samego wspomnienia tej różowej pokorny dotąd jasiek najeżył się pod głową, zapachniał rozgrzanym pierzem, krnąbrny, nastroszony, wyłażący z poszewki czerwonym rogiem wsypy, oporny i zły. A przedtem było tak cicho i dobrze!…
Nic, nic, zaraz się wszystko uspokoi, powróci do tamtego miejsca, skąd wyszło! Przecież Sabina jest mądra! Przecież potrafi dać sobie radę ze wspomnieniami! Oho, nie z takimi rzeczami będzie musiała niedługo dawać sobie radę!…
Udało się! Jasiek dał się ugłaskać, zrobił się znowu ujarzmiony i dobry. Przytulona doń policzkiem Sabina z zamkniętymi oczami, po omacku odnajduje to miejsce, gdzie przerwała. Więc zaraz, o czymże to było? Aha: ostatnia, to szkocka sukienka z pracowni ciotki Bronisławy, ważna przez to, że była modna i krótka. A teraz dalej. Jakże to było z tymi sukniami dalej?
I przytulona policzkiem do jaśka Sabina płynie jak na obłoku, ponad sukniami swojej młodości, jakby nad jakąś kolorową wodą. Zatrzymuje się tylko przy takich, które wystają ponad tę wodę, zatrzymuje się tylko tyle, ile zechce, i ani trochę dłużej. Na przykład taka, która nazywała się „ta migdałowa z białym przodem”, przerobiona z ciotki Teresy, albo ta „jasna z czerwonym krawatem”. Czyż nie zdawało się Sabinie, kiedy przyszła raz w niej na jakiś szkolny wieczorek, że po prostu cały świat musi leżeć u jej pantofli nieco za dużych – bo to były Heleny, a nie jej – i z nosami wypchanymi papierem? A kiedy się dowiedziała, co o tej „jasnej z czerwonym krawatem” myśli Piasecka i Danowska, i Radwańska, i jeszcze któraś – to czyż nie zrobiło się od razu tak, jakby runęła po swojemu w otchłań, przywalona nie jednym, ale dziesięciu takimi światami? Przecież była wtedy jeszcze zupełnie bezbronna…
PORT RÓŻOWEJ SUKNI
