Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Cisza trwa kilka sekund. Sięgasz po telefon. Otwierasz aplikację, której wcale nie chciałeś otwierać, włączasz serial, sprawdzasz lodówkę albo znajdujesz drobne zadanie, które nagle wydaje się pilne. Nie dlatego, że jesteś wyjątkowo zajęty. Dlatego, że chwila bez bodźców potrafi być zaskakująco niewygodna.
Ta książka nie każe ci wyrzucać smartfona, wyprowadzać się do lasu ani medytować o świcie na zimnej podłodze. Pokazuje za to, dlaczego mózg przyzwyczaja się do ciągłego dopływu dźwięków, obrazów i powiadomień oraz co dzieje się, kiedy każda przerwa zostaje natychmiast wypełniona. Nauczysz się rozpoznawać automatyczne sięganie po bodźce, odróżniać odpoczynek od znieczulania i stopniowo odzyskiwać tolerancję na zwykłe nicnierobienie.
Znajdziesz tu konkretne ćwiczenia, krótkie eksperymenty i sposoby na ograniczenie cyfrowego hałasu bez budowania życia wokół zakazów. Zobaczysz, jak pobyć z własnymi myślami, nie zamieniając tego w wielką duchową wyprawę, oraz jak tworzyć wolne chwile, które naprawdę regenerują.
To poradnik dla każdego, kto odpala kolejny odcinek, choć już nie ogląda, przewija telefon bez zainteresowania i zagląda do lodówki, jakby odpowiedź na wszystkie pytania mogła stać obok musztardy. Cisza nie musi być pusta. Czasem jest pierwszą chwilą od dawna, w której naprawdę słyszysz siebie.
Publikacja została przygotowana z wykorzystaniem narzędzi wspomagających proces twórczy, w tym rozwiązań opartych o sztuczną inteligencję. Ostateczna koncepcja, struktura i redakcja należą do autora.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 137
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
PROBLEM? WYLUZUJ. OGARNIESZ TO!
Jak przestać zagłuszać każdą wolną chwilę telefonem, serialem i lodówką
Max Paradox
Jest wieczór. Nic się nie dzieje. Nikt nie dzwoni, niczego nie musisz kończyć, nie masz pilnego maila, dziecko śpi, pies też śpi, sąsiad wyjątkowo nie wierci, a świat przez kilka minut radzi sobie bez twojego osobistego nadzoru. Teoretycznie to moment idealny. Można usiąść, zrobić herbatę i przez chwilę po prostu być. W praktyce po siedemnastu sekundach bierzesz telefon. Nie dlatego, że ktoś napisał. Dlatego, że telefon istnieje. Sprawdzasz wiadomości, pogodę, Instagram, ceny mieszkań w Portugalii, mimo że nie planujesz przeprowadzki do Portugalii, a potem oglądasz film człowieka, który odnawia starą szafę. Nagle bardzo interesuje cię stara szafa.
Byle tylko nie zostać samemu z ciszą.
Telefon odkładasz. Przez moment jest spokojnie. I właśnie wtedy orientujesz się, że można przecież coś włączyć. Serial. YouTube. Podcast. Muzykę. Radio. Cokolwiek, co sprawi, że w pomieszczeniu pojawi się ktoś jeszcze, nawet jeśli tym kimś będzie prowadzący program o australijskich przemytnikach na lotnisku. Nie musisz nawet patrzeć. Ważne, żeby coś mówiło.
Australijski celnik właśnie uratował wieczór.
A kiedy nawet ekran przestaje działać, zostaje lodówka. Lodówka jest urządzeniem niezwykłym, ponieważ potrafisz otworzyć ją pięć razy w ciągu godziny, za każdym razem szczerze licząc na to, że między jogurtem a musztardą wydarzył się cud. Nie jesteś szczególnie głodny. Po prostu trzeba czymś wypełnić moment. Kanapka jest bardzo skutecznym sposobem na uniknięcie egzystencjalnego pytania, dlaczego właściwie od kwadransa chodzisz po mieszkaniu bez celu.
Nie chodzi oczywiście o to, że telefon, seriale, muzyka czy jedzenie są złe. Byłaby to dość ponura książka, gdybyśmy na stronie pierwszej ogłosili zakaz Netflixa, Spotify i makaronu. Problem zaczyna się wtedy, gdy przestajesz wybierać bodźce, a zaczynasz ich potrzebować. Każda luka musi zostać zatkana. Każda kolejka wymaga telefonu. Każdy spacer wymaga słuchawek. Każde gotowanie wymaga czegoś w tle. Każde siedzenie na kanapie przez trzy minuty bez zajęcia wygląda podejrzanie, jakby właśnie zaczynał się eksperyment psychologiczny, na który nikt nie podpisał zgody.
Bo cisza nie zawsze jest przyjemna.
W ciszy nagle słychać rzeczy, które wcześniej skutecznie zagłuszał algorytm. Myśli. Napięcie. Nudę. Zmęczenie. Pytania, na które od kilku tygodni nie masz ochoty odpowiadać. Czasem zwykłe poczucie pustki. Czasem irytację. Czasem świadomość, że właściwie od rana pędzisz, ale nie bardzo wiadomo dokąd. Telefon jest wtedy idealnym współpracownikiem. Nie pyta, co czujesz. Pyta, czy chcesz zobaczyć jeszcze jeden film.
Chcesz.
Oczywiście, że chcesz.
Przez większość dnia jesteśmy tak przyzwyczajeni do bodźców, że brak bodźca zaczyna przypominać problem techniczny. Coś się nie ładuje. Winda jedzie dwanaście sekund? Telefon. Czekasz na wodę w czajniku? Telefon. Reklama w telewizji? Drugi ekran. Ktoś wyszedł do toalety podczas spotkania? Szybkie sprawdzenie powiadomień, bo przecież przez ostatnie czterdzieści trzy sekundy mogło dojść do wydarzeń geopolitycznych wymagających twojego natychmiastowego komentarza.
Najczęściej nie doszło.
Ale dzieje się coś innego. Mózg uczy się, że chwila bez zajęcia jest czymś, co trzeba natychmiast naprawić. Pojawia się odruch: nuda – bodziec. napięcie – bodziec. samotność – bodziec. trudna myśl – bodziec. pięć wolnych minut – bodziec. Z czasem coraz trudniej zostać przez moment bez zewnętrznej treści, ponieważ niemal każda cisza dostaje automatyczną obsadę. Telefon pełni rolę konferansjera, serial dekoracji, a lodówka cateringu.
Impreza trwa cały dzień.
Tylko gospodarz trochę nie wie, po co ją organizuje.
Ta książka nie będzie próbowała zrobić z ciebie człowieka, który o świcie siedzi nieruchomo na poduszce i przez czterdzieści minut zachwyca się dźwiękiem własnego oddechu. Jeśli lubisz – świetnie. Jeśli po trzech minutach medytacji zastanawiasz się, czy można w jej trakcie sprawdzić Allegro, też mieścisz się w grupie docelowej. Nie chodzi o to, żeby pokochać absolutną ciszę i natychmiast sprzedać telewizor. Chodzi o odzyskanie wyboru.
Bo jest ogromna różnica między „chcę obejrzeć serial” a „muszę coś włączyć, bo nie wytrzymam sam ze sobą przez pięć minut”. Między „mam ochotę zjeść” a „chodzę do kuchni za każdym razem, gdy robi się trochę za spokojnie”. Między „lubię podcasty” a „nie pamiętam ostatniego spaceru, podczas którego niczego nie słuchałem”. Pierwsze jest przyjemnością. Drugie staje się automatem.
Automaty są wygodne.
Dopóki nie zauważysz, że to one prowadzą.
W kolejnych rozdziałach przyjrzymy się temu, dlaczego cisza potrafi uruchamiać dyskomfort, dlaczego nuda wydaje się dziś podejrzanie groźna, jak działa nawyk natychmiastowego sięgania po bodziec i dlaczego sama silna wola zwykle przegrywa z telefonem, który został zaprojektowany przez całe zespoły ludzi po to, żebyś po niego sięgał. Będziemy też rozmontowywać kilka popularnych pomysłów w rodzaju „od jutra robię cyfrowy detoks”, które brzmią świetnie o 22:30, a następnego ranka kończą się na sprawdzaniu wiadomości jeszcze przed sprawdzeniem, czy człowiek ma otwarte oba oczy.
Najważniejsze jednak będzie coś prostszego: nauczysz się stopniowo odzyskiwać chwile bez bodźców bez robienia z własnego życia klasztoru. Kilka minut bez telefonu. Posiłek bez ekranu. Spacer bez słuchawek. Wieczór, podczas którego nie trzeba jednocześnie oglądać serialu, przewijać Instagrama i sprawdzać, czy w lodówce pojawił się ser, którego pięć minut wcześniej tam nie było. Małe rzeczy. Właśnie dlatego wykonalne.
Nie będziemy walczyć z technologią. Nie będziemy walczyć z rozrywką. Nie będziemy nawet walczyć z lodówką, bo lodówka niczemu nie zawiniła.
Będziemy walczyć tylko z automatyzmem.
Z tym dziwnym momentem, w którym ręka sięga po telefon, zanim w ogóle zdążysz zdecydować, czy chcesz coś sprawdzić. Z potrzebą zagłuszania każdej przerwy. Z przekonaniem, że nuda jest awarią, a cisza czymś, co należy natychmiast wypełnić. I z bardzo współczesnym paradoksem: mamy więcej treści niż kiedykolwiek wcześniej, a jednocześnie coraz trudniej wytrzymać kilka minut bez żadnej.
Cisza nie musi stać się twoim hobby.
Wystarczy, że przestanie być alarmem.
Stoisz w kolejce. Przed tobą cztery osoby, za tobą trzy, a kasjer właśnie próbuje wyjaśnić starszemu panu, że karta lojalnościowa nie jest kartą płatniczą. Szacowany czas oczekiwania: trzy minuty. Jeszcze kilkanaście lat temu człowiek przez te trzy minuty patrzył na gumy do żucia, czytał etykietę płynu do szyb albo po prostu stał. Dzisiaj ręka automatycznie ląduje w kieszeni.
Telefon.
Nie dlatego, że masz coś do zrobienia. Nie dlatego, że czekasz na ważną wiadomość. Po prostu powstała luka czasowa, a współczesny mózg patrzy na lukę czasową mniej więcej tak, jak administracja osiedla patrzy na pusty kawałek trawnika.
Trzeba coś tam postawić.
To drobny odruch, dlatego łatwo go zignorować. Problem nie polega przecież na tym, że raz sprawdzisz telefon przy kasie. Problem zaczyna się wtedy, gdy prawie każda chwila bez zadania uruchamia ten sam mechanizm. Winda. Przystanek. Czerwone światło dla pieszych. Reklama przed filmem. Czekanie, aż komputer się uruchomi. Czterdzieści sekund przed spotkaniem online.
Masz wolną chwilę.
Natychmiast trzeba ją unicestwić.
Cisza jest specyficzna, ponieważ nie dostarcza ci gotowego zajęcia. Nie mówi, gdzie patrzeć. Nie proponuje następnego filmu. Nie przewija się sama. Nie pyta, czy nadal oglądasz. Zostawia cię z tym, co akurat jest w środku, a tam czasem znajduje się spokój, czasem pomysł, a czasem lista zaległych spraw, z którą zdecydowanie nie umawiałeś się na spotkanie.
Właśnie dlatego warto rozróżnić dwie rzeczy: niechęć do ciszy i dyskomfort wywoływany przez to, co w ciszy się pojawia.
To nie zawsze jest to samo.
Możesz mówić: „Nie lubię ciszy”, choć tak naprawdę nie lubisz momentu, w którym zauważasz własne napięcie. Możesz potrzebować telewizora w tle, choć nie interesuje cię program, tylko fakt, że czyjś głos przykrywa twoje myśli. Możesz co chwilę zaglądać do kuchni, choć organizm nie zgłasza głodu, tylko nuda właśnie złożyła wniosek o jakieś zajęcie.
Lodówka przyjmuje takie wnioski bez kolejek.
Wyobraź sobie typowy wieczór. Wracasz do domu po intensywnym dniu. Praca, wiadomości, rozmowy, ruch uliczny, powiadomienia, zadania, może dzieci, może zakupy, może człowiek z działu finansowego, który po raz trzeci pyta o plik wysłany wczoraj. Wreszcie siadasz.
Jest cicho.
I zamiast ulgi pojawia się lekkie napięcie.
„Coś bym obejrzał.”
To brzmi jak decyzja o rozrywce, ale czasem wcale nią nie jest. Jest reakcją na zmianę poziomu pobudzenia. Przez cały dzień mózg dostawał serię zadań i sygnałów, a teraz nagle nie dostaje nic. Przeskok może być nieprzyjemny. Trochę jak zejście z ruchomego chodnika na lotnisku. Niby już stoisz na zwykłej podłodze, a przez sekundę ciało nadal spodziewa się, że coś będzie cię przesuwać.
Najłatwiejszym rozwiązaniem jest natychmiastowe dostarczenie kolejnego bodźca.
Serial startuje.
Problem rozwiązany.
A właściwie przesunięty.
Jeśli robisz to regularnie, nie dajesz sobie okazji nauczyć się, że początkowy dyskomfort zwykle nie wymaga żadnej akcji. Nie każda nuda potrzebuje leczenia. Nie każda myśl potrzebuje zagłuszenia. Nie każdy moment napięcia wymaga sięgnięcia po ekran.
Czasem trzeba przez chwilę nie zrobić nic.
Wiem.
Brzmi podejrzanie.
Cisza może odsłonić kilka różnych rzeczy i dobrze je rozróżniać, bo każda wymaga trochę innego podejścia.
Pierwsza to zwykła nuda. Nie dzieje się nic szczególnie nieprzyjemnego. Po prostu mózg nie dostaje wystarczająco dużo treści. To ten moment, kiedy patrzysz przez okno i po czterdziestu sekundach zaczynasz rozważać sprawdzenie, kto wygrał trzeci sezon programu, którego nigdy nie oglądałeś.
Druga to napięcie. Czujesz, że powinieneś coś robić. Odpoczynek wydaje się podejrzany. Jeśli przez chwilę niczego nie produkujesz, nie załatwiasz i nie poprawiasz, wewnętrzny kontroler jakości zaczyna chodzić po głowie z segregatorem.
„A raport?”
„A rachunek?”
„A miałeś odpisać Pawłowi.”
Paweł może poczekać trzy minuty.
Naprawdę.
Trzecia możliwość to emocje. Cisza daje przestrzeń na smutek, rozczarowanie, samotność, złość albo niepokój. Tutaj mechaniczne ograniczanie bodźców nie zawsze jest wystarczające, bo telefon pełni funkcję plastra. Zabranie plastra nie rozwiązuje tego, co jest pod nim. W takich sytuacjach warto potraktować pojawiające się emocje poważnie, a jeśli są intensywne, długotrwałe albo mocno utrudniają codzienne funkcjonowanie, rozmowa ze specjalistą może być dużo sensowniejsza niż organizowanie sobie heroicznego „detoksu od internetu”.
I jest jeszcze czwarta rzecz: przyzwyczajenie.
To ona bywa najbardziej banalna i jednocześnie najpotężniejsza.
Nie czujesz szczególnego lęku. Nie przeżywasz wielkiego kryzysu. Po prostu przez lata nauczyłeś się, że wolna chwila oznacza ekran. Siadasz – telefon. Jesz – YouTube. Jedziesz tramwajem – słuchawki. Kładziesz się – serial. Budzisz się – telefon.
Mózg lubi gotowe procedury.
Oszczędzają energię.
Niestety nie wszystkie gotowe procedury są zachwycające.
Kiedy ktoś zauważa, że nie umie wytrzymać bez telefonu, często podejmuje decyzję w stylu:
„Koniec. Od jutra zero telefonu wieczorem.”
Jest 22:47. Czujesz przypływ determinacji. Usuwasz jedną aplikację. Ustawiasz limit czasu. Może oglądasz jeszcze film „Jak odzyskać kontrolę nad swoim życiem”, czyli korzystasz z telefonu, żeby przygotować się do niekorzystania z telefonu.
Plan wygląda profesjonalnie.
Rano bierzesz urządzenie „tylko żeby sprawdzić godzinę”.
Szesnaście minut później wiesz już, że ktoś na drugim końcu kraju kupił psa rasy, której nie potrafisz wymówić.
To nie oznacza, że nie masz silnej woli. Oznacza, że próbujesz zmienić automatyczny nawyk za pomocą wielkiej deklaracji. To trochę jak postanowienie, że od jutra będziesz chodził po schodach, zawsze zaczynając od lewej nogi. Przez pierwsze dwa dni będziesz pamiętać. Potem odezwiesz się przez telefon, zamyślisz i stary automat wróci.
Dlatego nie zaczynaj od „będę człowiekiem, który kocha ciszę”.
To za duży projekt.
Zacznij od „nie będę natychmiast reagować na każdą chwilę pustki”.
To różnica, która ratuje cały plan.
Pierwsza metoda jest absurdalnie mała. I dobrze.
Kiedy następnym razem pojawi się impuls, żeby wziąć telefon, włączyć coś w tle albo pójść po przekąskę bez wyraźnego głodu, nie zabraniaj sobie tego.
Poczekaj pięć sekund.
Tyle.
Nie medytuj. Nie analizuj dzieciństwa. Nie obserwuj przepływu energii we wszechświecie. Po prostu zauważ impuls i policz do pięciu.
W tych kilku sekundach zadaj sobie jedno pytanie:
„Czego teraz właściwie chcę?”
Możliwe odpowiedzi:
- chcę odpisać komuś na wiadomość, - naprawdę mam ochotę coś obejrzeć, - jestem głodny, - nudzę się, - jestem spięty, - nie wiem, - ręka sama poszła.
Każda odpowiedź jest w porządku. Tu nie chodzi o ocenę. Chodzi o moment wyboru.
Jeśli po pięciu sekundach nadal chcesz otworzyć aplikację – otwórz.
Ale już wiesz, że to zrobiłeś.
To mały detal, tylko że właśnie z takich detali składa się odzyskiwanie kontroli. Automat działa najlepiej wtedy, gdy pozostaje niewidzialny.
Przy ograniczaniu bodźców łatwo wpaść w dziwną moralność.
„Czy powinienem teraz oglądać serial?”
„Czy to już uzależnienie od telefonu?”
„Czy normalny człowiek słucha podcastu podczas gotowania?”
Spokojnie. Gotowanie z podcastem nie trafi jeszcze do kodeksu karnego.
Lepsze pytanie brzmi:
„Czy ja to teraz wybieram, czy robię automatycznie?”
Możesz obejrzeć cztery odcinki serialu i zrobić to świadomie. Możesz też obejrzeć osiem minut filmików, których nawet nie chciałeś oglądać, i być całkowicie sterowanym przez nawyk.
Czas nie zawsze mówi wszystko.
Intencja mówi więcej.
Dlatego celem tej książki nie będzie minimalizowanie każdej minuty spędzonej przy ekranie. Celem będzie zwiększanie liczby momentów, w których decyzja rzeczywiście należy do ciebie.
Wybierz jedną codzienną sytuację, w której zwykle od razu sięgasz po bodziec.
Nie pięć.
Jedną.
Może to być:
- czekanie na kawę, - jazda windą, - pierwsze trzy minuty spaceru, - jedzenie jednego posiłku, - pobyt w łazience, - czekanie na rozpoczęcie spotkania online.
Przez kilka dni niczego tam nie włączaj.
Jeśli wybierzesz czajnik, nie korzystaj z telefonu do momentu zagotowania wody. Jeśli windę – zostaw urządzenie w kieszeni. Jeśli początek spaceru – przejdź trzy minuty bez słuchawek.
To nie ma być relaksujące.
Możesz się nudzić.
Możesz mieć wrażenie, że trzy minuty trwają dziewięć godzin.
To część ćwiczenia.
Nie uczysz się przecież „jak cudownie spędzać czas w ciszy”. Uczysz się, że brak natychmiastowego bodźca jest stanem, który możesz wytrzymać bez podejmowania akcji ratunkowej.
Nikt nie musi ewakuować budynku.
Jeżeli wybrana mikroprzerwa okazuje się irytująca do poziomu, przy którym zaczynasz negocjować sam ze sobą, zmniejsz ją.
Trzy minuty są za długie?
Zrób minutę.
Minuta jest za długa?
Zrób trzydzieści sekund.
Nie wygrywa ten, kto najdłużej siedzi bez telefonu. Wygrywa ten, kto przestaje reagować automatycznie.
Możesz też użyć zasady „najpierw cisza, potem bodziec”. Przykład: zanim włączysz podcast podczas spaceru, przejdź pierwszy kwartał bez słuchawek. Zanim uruchomisz serial wieczorem, usiądź przez dwie minuty bez ekranu. Zanim sprawdzisz media społecznościowe w kolejce, poczekaj do momentu, aż przesuniesz się o jedną osobę.
Brzmi śmiesznie mało?
Idealnie.
Małe ćwiczenie, które wykonasz sto razy, jest warte więcej niż wielki plan, który po dwóch dniach zamieni się w wspomnienie.
Nie próbuj jeszcze „polubić ciszy”. Nie ma takiego obowiązku.
Dzisiaj tylko zauważ jeden moment, kiedy automatycznie chcesz czymś wypełnić pustkę. Zatrzymaj się na pięć sekund i zapytaj:
„Czego teraz właściwie chcę?”
Jeśli odpowiedź brzmi „chcę obejrzeć serial” – świetnie.
Jeśli brzmi „nie mam pojęcia, ręka sama wzięła telefon” – jeszcze lepiej.
Właśnie złapałeś automat na gorącym uczynku.
A automaty zdecydowanie gorzej działają, kiedy ktoś patrzy im na ręce.
Siadasz na kanapie z zamiarem obejrzenia jednego konkretnego filmu. Telefon leży obok. Otwierasz aplikację, znajdujesz materiał i zaczynasz oglądać. Po dwóch minutach przychodzi wiadomość. Odpowiadasz. Przy okazji widzisz powiadomienie z innej aplikacji. Klikasz. Stamtąd przechodzisz do artykułu. Artykuł ma link do filmu. Film przypomina ci, że chciałeś sprawdzić ceny lotów. Sprawdzasz.
Dwadzieścia minut później siedzisz z telefonem w ręce i nie pamiętasz, po co właściwie go odblokowałeś.
Technologia właśnie urządziła ci wycieczkę objazdową.
Bez pytania o zgodę.
To ważne, bo wiele osób interpretuje własne rozproszenie jako osobistą wadę.
„Nie potrafię się skupić.”
„Mam słabą wolę.”
„Znowu zmarnowałem godzinę.”
Tymczasem część problemu jest znacznie mniej dramatyczna: otaczasz się systemami, które bez przerwy proponują ci kolejne bodźce. Następny film. Następny post. Następna wiadomość. Następny artykuł. Następny odcinek.
Każdy pojedynczy element jest mały.
Razem tworzą bufet bez końca.
A człowiek przy bufecie ma pewną słabość: skoro już tu jestem, to może jeszcze tylko to.
Gdy siedzisz przez minutę bez zajęcia, wybór wygląda mniej więcej tak:
Opcja A: patrzeć przez okno.
Opcja B: urządzenie oferujące wiadomości od znajomych, filmy, muzykę, gry, zakupy, mapy, wyniki sportowe, pogodę, memy, bankowość, artykuły, plotki, przepisy, zdjęcia kotów oraz człowieka z Japonii, który potrafi zrobić miniaturową patelnię z puszki po napoju.
Rywalizacja nie jest szczególnie wyrównana.
Sufit robi, co może.
Ale ma ograniczony repertuar.
Nie oznacza to jednak, że telefon „niszczy mózg” ani że musisz traktować go jak substancję radioaktywną. Takie uproszczenia niewiele pomagają. Telefon jest narzędziem o wyjątkowo szerokim zakresie zastosowań, a wiele aplikacji jest zaprojektowanych tak, żeby ułatwiać dalsze korzystanie. Automatyczne odtwarzanie, przewijanie bez końca, rekomendacje i powiadomienia zmniejszają liczbę momentów, w których musisz świadomie zdecydować: „chcę kontynuować”.
To właśnie ten brak punktów zatrzymania jest kluczowy.
Książka ma ostatnią stronę.
Film ma napisy końcowe.
Talerz prędzej czy później jest pusty.
Feed nie ma końca.
Możesz przewijać do emerytury.
Algorytm nie powie: „Rafał, wystarczy. Idź zobacz, czy roślina ma wodę.”
On ma inne priorytety.
Często mówi się o „dopaminie” tak, jakby była małym demonem mieszkającym w telefonie i naciskającym przycisk „jeszcze jeden film”. To znacznie bardziej złożony mechanizm niż popularne internetowe skróty, dlatego nie będziemy robić z jednego neuroprzekaźnika głównego złoczyńcy książki.
