Bóg nie lubi szczęśliwych - Griselda Gambaro - ebook

Bóg nie lubi szczęśliwych ebook

Griselda Gambaro

0,0

Opis

[PK]

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 ISBN 8308011268

 

Książka dostępna w zasobach: 
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Pobiedziska

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 287

Rok wydania: 1984

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



GRISELDA GAM BARO BÓG NIE LUBI SZCZĘŚLIWYCH

WYDAWNICTWO LITERACKIE

Twórczość argentyńskiej pisarki Griseldy Gambaro prezentujemy w serii „Prozy iberoamerykańskiej" po raz pierwszy. Autorka ta ma jednak w swoim-dorobku liczne powieści i opowiadania oraz utwory sceniczne tłumaczone na wiele języków.

Bóg nie lubi szczęśliwych to poetycka opowieść o samotności i przyjaźni, o poszukiwaniu sensu życia, o smutku wreszcie, nieodzownym składniku ludzkiej egzystencji.

Utwór Griseldy Gambaro, pełen tajemniczych elementów onirycznych, gdzie sen miesza się z jawą, napisany ze znakomitym znawstwem warsztatu literackiego, stanowi kontynuację najlepszych tradycji cenionej w Polsce prozy argentyńskiej.

GRISELDA GAMBARO BOG NIE LUBI SZCZĘŚLIWYCH

WYDAWNICTWO LITERACKIE

KRAKÓW - WROCŁAW

PRZEŁOŻYŁA ZOFIA CHĄDZYŃSKĄ

Tytuł oryginału: Dlos no nos ąitiere contentos © Griselda Gambaro, 1979

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Literackie, Kraków 1984

14

ISRN 83-08:01126-1

Och życie, me życie, zgódź się na upadek, zgódź się na ból, życie moje, zgódź się, by opasano cię ogniem, niewinną ciszą, zielonymi kamieniami w domostwie nocy, zgódź się na upadek, zgódź się na ból, życie moje.

Aleksandra Pizarnik

Więc nauczył się śpiewać. Zapewniła go o tym Woltyżerka, kiedy po latach spotkała go w starym domu, niegdyś burdelu, dziś miejscu pachnącym tylko brudną samotnością. Dom ów był tak zaniedbany, tak naznaczony swą przeszłością, że — można by rzec — nie istniał już ni właściciel, ni życie zdolne zapewnić mu inne losy.

Tristan mógł jej wierzyć. Woltyżerka była tak wyniosła, że nigdy nie zniżyłaby się do pochlebstw w stosunku do innych, nigdy nie uznałaby czyichś osiągnięć, ze strachu, by nie zaćmiły jej własnych. Spełnienie cudzych zamierzeń było chmurą, której cień padał wprost na jej głowę, gilotynując jej spokój.

Z jakichś przyczyn Tristan był wyjątkiem. Może — bo nie był konkurencją, a może nabrawszy wraz z upływającym czasem mądrości, nauczyła się większej szczodrobliwości w stosunku do ludzi, szczodrobliwości, którą stosowała wtedy, gdy to, co było -drogie jej sercu, nie wchodziło w grę. Wysłuchała go, przekrzywiając głowę, by lepiej dosłyszeć śpiew Tristana, ale Tristan jej nie uwierzył.

— Nauczyłeś się — powiedziała Woltyżerka, która doskonale go słyszała.

— Nie — powiedział Tristan. On również przekrzywił głowę i przyłożył dłoń do ucha, żeby samemu lepiej się słyszeć, ale doszło do niego, jak mu się zdawało, tylko milczenie.

Usiedli na ziemi, Woltyżerka objęła go ramieniem, on zaś pomyślał, że nawet jeżeli nauczył się śpiewać, to się nie słyszy, co jest smutne, bo żył dla tego celu, tak jak inni żyją dla spraw bardziej konkretnych, bardziej widocznych, wyrażających się w domach, dobrach, dzieciach. Przecież i on, urodzony z tymi wszystkimi nieskończonymi możliwościami, jakie ma każda istota ludzka, która jeśli nie rozwija się, to tylko dlatego, że jej się nie chce, mógł był wybrać jakiś cel bardziej uwodzicielski, wpisany w coś więcej niż głos, którego nie można dotknąć, ale był tępy, zepchnięty w świat, w którym inteligencja mówi ustami głupców. Chciał, by jego słowa układały się w powietrzu niby odfruwające mewy. Tylko pierwsze słowo będzie, trudne, myślał, inne już popłyną za nim, znaczące i zdecydowane, niby odfruwające mewy. Dokąd — to było pytanie.

Przypadkowa okoliczność, która odkryła mu jego powołanie i przeznaczenie, wydarzyła się całkiem nieoczekiwanie. Dom jego zawalił się właśnie bez uprzedzenia, zaś wobec katastrofy, która w nim samym wybudowała inny dom, dom celów lub zamierzeń oświetlających ciemne strony ludzkiego życia, powiedział sobie: muszę nauczyć się śpiewać.

Dzień był słoneczny, sam początek zimy. Jedli, on poza domem, bo nie umiał zachowywać się przy stole; nie był w stanie przyzwoicie trzymać widelca i kawałki jedzenia skakały z talerza na wszystkie strony z dziwną celnością, trafiając prosto we współbiesiadników; wtedy zaczynały się protesty, uderzenia. Ktoś z oczami rozżarzonymi jak węgle, a teraz pełnymi łez na skutek dobrze wycelowanego pocisku, mówił, ale zwierzaka przyprowadzili i posadzili z kulturalnymi ludźmi; musiał wstawać i paskudnie, wstydliwie wynosić się na patio, a nieraz nawet i nie na patio, tylko na sąsiedni plac pełen zielska, skorup, popalonych śmieci, usiłując przemknąć się pośród tego wszystkiego, skrócić tę mękę; tym razem posłali go na patio z tyłu domu, gdzie ustawili mu stolik z czterech cegieł i kawałka blachy; jadł więc upokorzony, ale niemal szczęśliwy, że oszczędzona mu została reszta, kiedy dom zatrząsł się, jakby nagle dostał malarii, z hałasem niepodobnym ani do szumu wiatru w drzewach, ani do śpiewu ptaków; nie kojarzyło się to z niczym, chyba tylko z trzęsieniem ziemi (nigdy zresztą przez niego nie widzianym, nawet w telewizji), jakaś odwieczna pamięć, która tkwiła w nim widać, sprawiła, że udało mu się przyjąć do wiadomości zawalenie się domu.

Od razu pomyślał o rodzinie, tam w środku, ale nie przestał jeść, bo bał się, że znowu wyjdzie na niewychowane zwierzę albo że jego przybrani rodzice nie będą chcieli, by był świadkiem, jak ich grzebie tynk, w końcu mogli sobie tego nie życzyć, och nie, nie. Trzeba ich zostawić w spokoju, jak mu to nie raz i nie dwa przykazywali. Zaadoptowali go przez rutynę, w podejrzeniu bezpłodności, której nigdy nie sprawdzili ani nigdy nie leczyli na żaden nowoczesny sposób. A teraz wszystko się zawaliło, zresztą bez przesadnego hałasu; komu też przyszło do głowy budować chałupę na fundamentach z kitu? Zasłużona kara za tyle zadowolonej z siebie tępoty, jakby budownictwo. już nawet nie architektura, było jakąś samoistnie przenikającą umysł wiedzą .A kiedy pył niby lekki grób pokrył sobą szczątki i ciała, popatrzył trochę z daleka, a ponieważ czuł się smutny i samotny, powiedział sobie: Muszę nauczyć się śpiewać.

Przyszli sąsiedzi, przynieśli łopaty i taczki, sumiennie powywozili cegły, kawały drzewa na plac, będący jakby jego drugim domem, krótko mówiąc zrobili przeprowadzkę całej hekatomby, tylko tego wszystko pokrywającego pyłu nie przenieśli (poczuł rozczarowanie, wydało mu się to brakiem delikatności, delikatności estetycznej), a oni ułożyli ciała jedno obok drugiego, wszystkie złości umarłe, wszystkie pragnienia uśpione na zawsze, tak jak i to, co mieli w ustach, a czego nie zdążyli połknąć.

Pod wieczór któryś z sąsiadów przypomniał sobie

0 nim.

— A nie było tam dzieciaka? — zapytał z nadzieją, że albo mu zaprzeczą, albo że dzieciak, którego pamiętał, grzecznie i bez problemów leży obok pozostałych.

Żona nie lubiła wybierać, więc przyjęła obie możliwości, lecz było to rozumowanie pozbawione tego minimum spójności, które byłoby w stanie uspokoić męża.

— Byli sami — oznajmiła, i mogła była na tym poprzestać, ale od razu dodała, że nigdy się ich nie słyszało (podczas gdy w rzeczywistości można było ogłuchnąć od awantur za ścianą), po czym najpierw stwierdziła istnienie Tristana, po chwili uśmierciła go, a następnie wybuchnęła płaczem.

Mężczyzna uznał to za przesadę, ale ponieważ zachował jeszcze resztki jakiejś dawnej, zresztą kwestionowanej uczciwości, dosłyszawszy cichutkie niby strumyczek wody kwilenie, wziął na siebie ryzyko, jakie niesie dobroć, i poszedł szukać dziecka, podczas gdy kobieta wolała, by zawrócił, i na cały głos recytowała znane prawdy o tym, że świat jest pełen osłów

1 idiotów.

Tristan wrócił na plac, uznawszy, że to jest jego ostateczne miejsce zamieszkania. Popłakiwał ze zmęczenia. Sąsiad przez chwilę przetrzymał go na drodze. Uiatowaieś się, uratowałeś się, krzyczał i rozglądał

się -na boki w nadziei, że zjawi się ktoś, kto weźmie na siebie część spadającej na niego odpowiedzialności. Ale wszyscy ciężko się spracowali i z pierwszym zmierzchem porozchodzili do domów umyć ręce, omówić to, co się zdarzyło, zapomnieć. Więc wziął go do siebie, a jako że albo nie miał przesądów, albo był ' bezmyślny, położył mu materac na ziemi obok łóżka córki, dziewczynki trochę od Tristana starszej, która nie chciała się przy nieznajomym rozbierać, więc położyła się w sukience i półoparłszy się o ścianę cytry- ; nowego koloru, cała oddała się obserwowaniu przybysza.

Nareszcie mam go przed sobą, myślała, byli przecież sąsiadami, a nigdy nikt ich nie zapoznał. To co miał na sobie Tristan, potwierdzało to, co można było pod ubraniem odgadnąć. W nie zasznurowanych bucikach (sznurowanie było dla niego rzeczą zbyt skomplikowaną) odgadywała opierzchnięte, zrogowaciałe stopy ze smugami brudu i nigdy nie obcinanymi pa-znokciami. Nie stopy, tylko jakieś zwierzątka, stra-chliwe, o niejasnej genealogii, ale gdy w swej milczącej obserwacji doszła do twarzy, która nie była w nic ubrana, zobaczyła, że jest prosta, wygłodzona, zagubiona. Tristan, który nigdy nie miał do czynienia z płcią odmienną i to jeszcze z kimś młodym i czystym, od razu uznał ją za jakiś cud, i chociaż robił nadludzkie wysiłki, by nie zasnąć, bo liczył, że kiedy ona zaśnie, będzie mógł ją odkryć i obejrzeć to, czego w życiu swoim nie widział, niemal od razu zapadł w kamienny sen, gdyż w ciągu dnia zbyt dużo miał emocji. Ale zasnął tak pochłonięty pragnieniem, by nie zasnąć, że niemal zapomniał swoje drugie pragnienie: muszę nauczyć się śpiewać.

Kiedy obudził się następnego ranka, już jej nie było, a łóżko było zakryte kapką z resztek różowej, niebieskiej i brązowej wełny. W drugim pokoju rozmawiano właśnie o nim, zresztą z niezbyt wielką dozą szacunku, bo najczęściej powtarzającymi się słowami były ciemniak, dureń, kretyn. Udawał, że śpi, żeby nie dodawać sobie zmartwienia, rozumiał już, że należy się oszczędzać. Wciąż jeszcze tkwił w majaku sennym, który przerwała dopiero dziewczynka, przynosząc mu filiżankę białej kawy (więcej mleka niż kawy, czy też może więcej wody niż czegokolwiek {

Wyrzucali go na plac, kiedy zależało im na ludziach przychodzących z wizytą, kiedy obawiali się, że jego brak wychowania może ich razić. Zamiast dachu miał nad głową majestat nieba, ale ciało musi czuć bliskość innych ciał, bez niej świat zmienia się w wygnanie, w śmierć. Po placu hulał wiatr, poruszając powietrze i jeszcze studząc mu i tak zimne jedzenie.

Przybrani rodzice Tristana mieli zaklepany wspaniały grób, pełen pomników, pod ciemnym i muzykalnym cyprysem. Jedynym warunkiem było dzielenie go z dalekim, przed laty zmarłym krewniakiem. Tymczasem dzierżawa za grób wygasła i mieszkaniec jego musiał poszukać sobie innego lokalu jak pierwszy lepszy umarlak. Nawet po śmierci rodzice Tristana nie mieli najmniejszych ułatwień, musząc wraz z ekshumowanymi szczątkami zakłócić spokój innej pary, ale nie to ładne co ładne, ale to, co się komu podoba. Pozostałe ofiary kataklizmu upychano jak się dało, a żałobnicy ciągani z jednego końca cmentarza na drugi zaczynali podejrzewać, że cała zabawa nigdy się nie skończy. Jednakowoż dla właścicieli domu — może za ich politykę otwartych drzwi, może w nagrodę (spóźnioną) ża przygarnięcie Tristana — rozwiązanie nie okazało się najgorsze. Tristan nigdy nie był na cmentarzu, inaczej wyobrażał sobie majestat śmierci. Nawet trochę tęsknił za swym placem, gdzie któregoś ranka w zupełnej ciszy pogrzebał anonimowego zeschniętego ptaszka, ofiarę chłodu lub starości. W dodatku w zamęcie wszystkich tych przenosin zgubił Marię, od której dostawał słowa.

Nie było dosyć samochodów, przymierzano się do nich na wszelkie sposoby, co spowodowało nie kończące się przesiadki i zmiany, przenoszono dzieci z macierzyńskich kolan na inne, grubi wymieniali się ze szczupłymi, poszukiwano jakiegoś osobnika wręcz chudego, a jako że w tym momencie przez ulicę przechodził prawdziwy szkielet, mimo że nie sąsiad, na siłę zosiai wpakowany w szczelinę w jednym z pojazdów.

Już odjeżdżali, gdy ktoś zobaczył na ulicy Tristana. Orszak zatrzymał się i ludzie zaczęli wysiadać, gdzie też go upchać? Jeszcze jedna trudność. Wszyscy na głos wyrażali swoje zdanie, byle gdzie, aby jak najdalej, podusimy się, wreszcie ojciec Marii z rozjaśnioną twarzą rzucił myśl, którą wszyscy zaaprobowali, i Tristan został wpakowany w jeden z karawanów, z tym że musiał trzymać się uchwytu trumny, żeby nie wypaść. Wtedy z powrotem rzucili się do samochodów, ale już owe skomplikowane inkrustacje były popsute. Jako że zapadł zmierzch, zrezygnowali z wymogów wygody i upchnęli się byle jak, z okien sterczały ręce i nogi, tyle że seksy tak dalece trzymały się kupy, że bez uprzednich zamiarów powstały nieoczekiwane, acz kłopotliwe sytuacje. Szkielet, nagle uwolniony, rzucił się w bok i pędem znikł za rogiem ulicy. Zrezygnowali z pogoni, do głębi zgorszeni.

Niecierpliwiło ich, że przy cmentarzu musieli czekać, aż odjadą samochody żałobników z poprzednich pogrzebów. Na cholerę mi to było, żalił się każdy, wspominając ciepły dom i dochodząc do wniosku, że śmierć jest jednym wielkim zawracaniem głowy. Dopiero ponura wymowa rozkopanej mogiły napełniła ich spokojem. Spuszczono trumny do grobu, pochylając się, by rzucić na nie garść ziemi, i myśląc równocześnie, że może dość tego dobrego; pozostałe ofiary katastrofy to byli tylko goście, w stosunku do których nie mieli żadnych obowiązków; wtedy właśnie nastąpiło coś nieoczekiwanego.

— Chwileczkę — powiedział ktoś półgłosem i ręką wskazał przed siebie. Jeden z grabarzy biegł ku nim od jakiegoś grobu, który rozkopano, by go opróżnić. W rękach trzymał skrzynkę do noszenia sadzonek, po wręby wypełnioną ciemnymi kostkami podobnymi do toczonych kijków. Najoczywiściej było mu pilno, przeskoczył czyjś grób stawiając nogę na brzegu płyty, zaplątał się w jakiś krzyż, który rozdarł mu kieszeń, zdeptał dwie doniczki i o mało nie wpadł do otwartego dołu. Chcąc nie rozrzucić kości, przytrzymał je ręką. Prostował swą niewysoką postać i wysuwał skrzynkę, jakby to była taca z poczęstunkiem, lecz wyraz twarzy był wyrazem człowieka, któremu w zbożnej pracy przeszkadzają jacyś nieznani intruzi.

— Nie rzucać ziemi! — rugnął i łokciami odepchnął ich na strony, posypując wokół kośćmi.

Jakaś blada kobieta w czerni, podobna do madonny, krzyknęła głośno, ale jedynie Tristan zachował się tak, jakby ją słyszał.

— To dziecko — krzyknęła kobieta i patrząc na skrzynkę podtrzymywaną niby taca, zrobiła krok do przodu. Potem nie ruszyła się już, stała jak wryta, jak sparaliżowana widokiem kupki drewienek czy też kości.

— Dziecko! — powtórzyła, oczy miała suche i zdumioną niewiarę w głosie. Wszyscy zgrupowali się wokół niej niby wokół wodza, z pochylonymi głowami, z wyrazem twarzy przerażonych poddanych.

— Dziecko! — powtórzyła już ciszej, jakby wołała kogoś będącego blisko, kto jednak nie jest tym, którego ongiś znała, kto przy niej rósł. kto potem przy niej umierał. A może wzywała go, by coś przeciwstawić tej zredukowanej obecności.

Jakiś malec przysunął się do niej i przytulił buzię do jej nóg. Ręka kobiety zniżyła się i po omacku łakomie dotknęła głowy chłopca, jakby w porównaniu poszukując fatalnego potwierdzenia. Nie patrząc, poprzez włosy dotykała jego czaszki.

Muszę nauczyć się śpiewać, powiedział sobie Tristan i natychmiast zabrał się do rzeczy. Wszyscy wokół niego, jakby nagle przebudzeni, zaczęli gwałtownie się poruszać. A żeby przerwać wycie, szturchali go dyskretnie, ale mocno. Jakiś grubas o zasmuconym wyrazie twarzy złapał go za ramię i odciągnął dość daleko na bok.

— Stój tu — powiedział i wrócił do pozostałych. Palce kobiety znieruchomiały na głowie chłopca. Mężczyzna ostrożnie zdjął je, a wtedy opadły po spódnicy na dół. Wziął chłopca na ręce, włożył mu w rączki trochę ziemi. — Rzuć, no rzuć — zachęcał go z uśmie chem w kącikach warg; chłopiec otworzył piąstkę i ziemia posypała się na buty mężczyzny, na którego twarzy odmalowało się zakłopotanie. — Musisz dalej rzucić powiedział, ale żeby nie ryzykować, już nie naciskał, wytarł mu rączki i jakby w zabawie położył je na swojej twarzy; zasłoniły mu tylko oczy.

Wygnanie zasmuciło Tristana. Poczuł się upokorzony. Maria stała na wprost niego z tą dziwną twarzą, starszą niż jej wiek, pozbawioną uśmiechu.

Co chciałeś zrobić? — zapytała. Ale i w tym pytaniu nie było wyrzutu.

Dni Tristana płynęły bez ważniejszych wydarzeń. Chodził za Marią jak cień, pijąc słowa, jakie do niego kierowała. Szedł złą drogą, zaczynał je przyjmować, chociaż nie były dla niego, co więcej, z wysiłkiem i przy odrobinie szczęścia czasem udawało mu się coś odpowiedzieć. To, co mówił Tristan, właściwie nie miało pełnej formy odpowiedzi, wtedy Maria patrzyła na niego, jakby nie rozumiała, bo chciała, by wyjaśnił swą myśl, wreszcie zgadzała się i uśmiechała.

Pewnego ranka listonosz przyniósł list. Dla Tristana było to coś niebywałego, ale Maria i jej rodzice nie wydawali się specjalnie zaskoczeni.

— Od ciotki powiedział ojciec, który poznał grubą kreskę na kopercie, po czym nie otwierając odłożył ją na komodę. Przyszła matka i nie dotykając jej nawet czubeczkiem palców, macała ją z daleka z tak oczywistą irytacją, że list skurczył się w kopercie. Matka wylała całą sagę rodzinną, dawne pretensje, antypatie, drobne rywalizacje, nie zapomniała niczego i list byłby się przemienił w kupkę popiołu, gdyby nie to, że ojciec przerwał ten potok nienawiści namiętnym pocałunkiem.

— Czego ona chce? — powiedziała niechętnie matka, a ojciec stwierdził, że niczego. Nie był pewny, ale podejrzewał, że w ten sposób zażegna niebezpieczeństwo nie chcianej wizyty. Przez ostatnich piętnaście lat widział siostrę najwyżej trzy razy, losy rozdzieliły ich tak, jak kil dzieli wody, ale spotkania, w czasie których wody łączyły się, tylko ich oboje pogrążały. Niełatwo było przywrócić rodzinną równowagę którą spotkanie rodzeństwa niszczyło. Mamy tę samą krew, myślał w ciszy ojciec, spuszczając oczy, aby żona nie przeczytała w nich tej obraźliwej prawdy, i wspominał czasy, gdy siostra nie była jeszcze wariatką zakłócającą mu spokój, lecz dziewczynką, która chętnie się z nim bawiła, natychmiast prowokując do rzeczy, w których nie był w stanie jej sprostać łażenie po drzewach, ześlizgiwanie się po dachach, giętkość w posługiwaniu się ciałem, co pomagało wyobrażać sobie życie i świat dorosłych.

Później, gdy skończyli jeść, ojciec starannie umył ręce i otworzył list. Studiował go przez dwie godziny, po czym zawołał Marię i podał go jej z niezbyt radosnym wyrazem twarzy.

— Od ciotki — oznajmił bez dalszych szczegółów.

— Jest wołtyżerką — powiedziała Maria do Tristana głosem pozbawionym dumy, niepotrzebnie zresztą, bo Tristan nie znał tego słowa, nie kojarzyło mu się ono z niczym, a już na pewno nie ze światłami, spódniczkami z cekinów i wszelkimi nędzami biednego cyrku.

Maria wygładziła list i zaczęła go czytać. Wolty -żerka miała szerokie, okrągłe, łatwe do czytania pismo, tym łatwiejsze, że pełne wszystkim wspólnych błędów ortograficznych.

Również i Marii nie szło lekko, ale wreszcie doszła do tego, o co chodzi. Woltyżerka zapowiadała im swą wizytę, i twarz matki zachmurzyła się, nie na długo jednak, bowiem Woltyżerka wyszła za włoskiego milionera i przyjeżdżała wraz z nim napełnić ich dom dobrobytem i szczęściem.

— Twoja ciotka! Twoja ciotka! — wykrzykiwał ojciec, patrząc na Marię. — Twoja szwagierka! Twoja szwagierka! — zwracał się do żony, a potem spoglądał na Tristana i milkł. Patrzył w oczy matce, bez lęku, że wyczyta w nich prawdę krwi. Ciężar fortuny przezwyciężył ciężar niechęci.

Pełni oczekiwań, zaczęli przygotowania. Wymalowali dom, powyrzucali puste butelki, wypowiedzieli walkę szczurom. Pogrążeni w sekretnej niewygodzie spoglądali na Tristana, który nie krzątał się i nie miał żadnej określonej roli; ojciec wyprowadzał go nocą i zostawiał na całe godziny na ulicy w nadziei, że ktoś współczujący zabierze go, ale nic takiego nie następowało, były to bowiem czasy kryzysu, a kłopoty i trudności nie uszlachetniają ludzi; cóż ich zresztą ulepsza i uszlachetnia? Może zwątpienie, które jednoczy wszystkich. Ale nie było czasu na zwątpienie, może zresztą lęk przed ryzykiem sparaliżował wszelką giętkość myśli, dość że po paru godzinach, podczas których ludzie nie robili się lepsi, ojciec z powrotem zabierał Tristana, zniechęcony, ale bez pretensji, gdyż miał dobre serce. A może myślał, że je ma, co na jedno wychodzi. Jako że nie wątpił, a głowy nie uży-wał, jego serce było ślepym ptakiem, a dobroć przemieniała się definitywnie w żałosną nieostrożność.

. Maria ukradkiem towarzyszyła tym nocnym wycieczkom, schowana w mrocznej sieni uważnie śledziła, co się dzieje. Gdy słyszała, że ktoś się przybliża > podbiegała do Tristana, chwytała go mocno za rękę i nie puszczała, dopóki tamten, który zresztą nie miał wcale zamiaru zatrzymywać się, nie odszedł.

Tak więc problem się odsuwał, oczekiwali na wizytę Woltyżerki, ojciec pieścił ten sam sen, wspaniały gest, którym wykończy swego szefa, mającego tysiące kandydatów na jego miejsce, a matka kupowała wino, którego zapasy jednak nie rosły, bo tymczasem wypijali, co kupili, niezdolni dla wyższych celów poskromić swych małych codziennych apetytów. I nadszedł ów dzień, matka już poprzedniego przygotowała pierożki (nie faszerowane Bóg wie czym i kupione w sklepie na rogu, ale owoc pracy jej własnych rąk), pełna straszliwego niepokoju, bowiem w dziedzinie klusek Włosi są nie do pobicia. Kiedy rodzice byli gotowi, by jechać nie na lotnisko zresztą, jak uprzednio myśleli, a na Retiro, o czym w ostatniej chwili doniosła im Woltyżerka, Maria oznajmiła: — Nie jadę.

— Co znowu? — zapytał ojciec burzliwym tonem i uniósłszy rękaw kurtki, z którego wionęło naftaliną, spojrzał na zegarek. Było wcześnie, ale nie dość wcześnie jak na jego nerwy, wTięc wpadł w złość.

— Niedobrze mi — powiedziała. W kuchni objadła się miękiszem chleba, po czym ukradkiem wsunąwszy w usta dwa palce, zwymiotowała na podłogę obok stołu. Matka rzuciła się ku niej, ale zatrzymała się, by nie wdepnąć. Maria była zlana potem i pobrudziła najlepszą sukienkę. Przecież nie pójdzie na dworzec w łachmanach, powiedziała matka, zresztą nie-zdarność musi być ukarana.,

Poszli i zostawili ich samych. Ledwie zamknęły się za nimi drzwi, Maria, leżąca z okładem ze spirytusu na brzuchu, zerwała się na równe nogi i poszła po Tristana, którego zostawili na patio, spokojnego i czysto ubranego.

— Wstawaj — powiedziała, a on posłuchał. Uwiesił się u jej ramienia, poprzez wyblakłą sukienkę, którą włożyła w miejsce zaplamionej. czuł jej dziewczęcy zapach; chociaż miała dwanaście lat — nie była już dzieckiem. Odsunęła się od niego, uśmiechnięta, a

że uśmiechała się rzadko i tylko do Tristana, uśjrty^ch ^ ten był świeży i pełen wrażliwości, nie wykluoej?} przeciwnie, włączał w jej projekty pełne ocze

i nadziei. Chciałby jej powiedzieć: nie spiesz się z tym uśmiechem, jeśli to możliwe, ukrywaj go jak najdłużej wraz z nadzieją we wklęsłości podniebienia, w jej wilgotnej ciemności. Ten zrodzony przez pomyłkę uśmiech niech nie pozostawia po sobie mechanicznego riktusu, a tylko smutek.

Intuicja zadziałała niby doświadczenie, dziewczynka gwałtownie odwróciła głowę: ;— Nie bądź głupi — powiedziała i przeczesała mu palcami włosy, a potem ruszyła w kierunku drzwi, a ponieważ Tristan nie poszedł za nią, zawołała niecierpliwie: — No chodź. Idziemy.

Dokąd, chciał zapytać Tristan, nie pragnął nic więcej, niż żeby razem doszli do drzwi, a tam zatrzymali się wspólnie obserwując ludzi idących ulicą. Zatęsknił nawet do nocnych przechodniów, bo przyniosły mu w darze dłoń Marii. Nic bardziej kruchego niż nadzieja, pomyślał niejasno, swoim małym, niedożywionym mózgiem o ubogich zwojach, których ilość usiłował zwiększyć siłą woli. „Idziemy", tak jak i uśmiech, pełne było obietnic.

Maria również czekała na to, co miało nadejść, już byli na ulicy, szli szybko, trzymając się za ręce. Ona prowadziła, a on ledwo nadążał, chwytał z trudem oddech, bo nie podtrzymywało go zaufanie. Zagroziła, że zostawi go samego, więc tak przyspieszył, że niemal ją prześcignął, czekał, że go zawoła i powie, to nieprawda, nigdy nie zostawię cię samego, ale ona milczała, podniecona, z zaróżowionymi policzkami, maszerując dzielnie, mijała ulicę za ulicą. Obojętnie słuchała wymysłów z samochodów, które nagle hamowały. by ich nie przejechać, patrzyła prosto przed siebie, ironiczna i pewna swej racji, jakby była nieśmiertelna. Nie wzięła udziału w radości rodziców, pierożkach i winie, gardziła tym. Wszystko po to, by pieniądze popłynęły strugą, by nowe luksusowe nabytki zajęły miejsce wiecznej nędzy. Nie miała nic wspólnego z tym świeżo wymalowanym, pozbawionym szczurów domem.

Jej sny były inne, nie wiedziała, czego oczekuje, nie tyle od Woltyżerki, którą ledwie pamiętała, ile od tego drugiego, nie znanego. Aby pomógł jej wyjść z ignorancji, pozwolił w szczęściu oczekiwać na coś, co naprawdę będzie miało sens, gdzie każdy czyn bę-cLie jasny- wyraźny i bezkompromisowy jak sama doskonałość. Poczynając od mijającego właśnie dzieciństwa, kołysząc się płynąć w kierunku ziemi o zi°-°Th "kwieconych łąkach. Ów nieznajomy, mąż Woltyzerki, nie może pojawić się na Retiro, jakby przyjezażał z prowincji. Nie zwracała uwagi na drugi list ciotki, znacznie bardziej lakoniczny od pierwszego ze nie przylatują, a przyjeżdżają pociągiem. Wolty-zerka mogła sobie przyjechać pociągiem, ale nie on On przyleci samolotem.

Pociąg ciągnie się po ziemi niby gigantyczna stonoga, więzień różnych przeszkód, zależny od rzek i gór, lecz samolot szybuje w powietrzu, wszechwładny i niezwyciężony, dopóki jakiś błąd w sztuce nie sprawi, że rozpadnie się na milion kawałków. W ryzyku jest cała wspaniałość, ileż można osiągnąć będąc szybszym niż ptak, pozbawiając chmury ich nieosiągalnego dziewictwa. Woltyżerka, majaczący cień, obecność zapowiedziana szerokim nieortograficznym pismem, wysiądzie z pociągu jak zwykły pozbawiony tajemnic śmiertelnik, ale nieznajomy przyleci samolotem, świadom, jak mało znaczy ziemia, samolotem służącym do tego, by lepiej ją ujarzmić.

Rzeczywistość nigdy nie sprzeciwi się mocno osadzonym snom, nie poważy się na to, bo jest zrobiona z trwożliwej materii. Maria maszerowała, nie zasięgnąwszy uprzednio niczyjej rady, pewna, że się nie myli. Mocno osadzone sny muszą podporządkować sobie rzeczywistość, wszystkie autobusy będą jechały na lotnisko, o określonej godzinie wyląduje samolot wiozący człowieka o kordialnym, szczodrym uśmiechu, który samą swą obecnością wzbogaci ich, nie pieniędzmi, lecz poziomem wymogów i prawd, które ze sobą przyniesie... Ale gdy sen minął swą senną granicę i zaczął się realizować, rzeczywistość porzuciła swą dwuznaczną twarz i ukazała się taką, jaką była. Bezlitośnie przeciwstawiła się temu, o czym Maria, a za nią Tristan, śnili, ale nie patetycznie, na przykład przez katastrofę samolotu, lecz przez nie znane drobne utrudnienia, jak labirynt ulic; do niej należało ostatnie słowo, które mówiło, że niełatwo jest przebiegać drogi wprawdzie istniejące, lecz stworzone nie dla takich jak oni, słabych i ubogich.

I Wsiedli do złotego autobusu, który wywiózł ich bardzo daleko od lotniska dosłownie w chwili przybycia pociągu. Maria czuła, jak serce jej bije, myślała

0 lądującym samolocie, o nieznajomym, wymawiającym słowa, których nie miała usłyszeć. Pełna niepokoju, cały czas wyglądała przez okienko w autobusie. Mijali zaniedbane domy, ulice bez napisów na rogach, (żadnego samolociku, który by wskazywał drogę na lotnisko), ludzi przyziemnych, którzy nigdy nie mieli dowiedzieć się, czym jest samolot, nawet podnosząc oczy ku niebu, nawet wtedy, bo nie jest bezkarne wznoszenie oczu ku niebu, śledzenie białej gwiazdeczki, konwencjonalnego rysunku samolotu na niebie, „srebrnych skrzydeł", wyobrażanie sobie, że się leci. Widziała ludzi, którzy nigdy nie mieli podróżować, łatwo to poznać po ich ubraniu, po twarzach, po sposobie chodzenia. Nigdy nikogo nie będą oczekiwali na lotnisku, a jeżeli, to przez jakąś straszliwą pomyłkę, przedtem musieliby zacząć inaczej chodzić, inaczej się ubierać, inaczej myśleć.

Z pobliskiego siedzenia patrzył na nich jakiś mężczyzna. Parokrotnie uśmiechnął się do Tristana, uśmiechem nieśmiałym i niespokojnym, nie pasującym do jego silnego, zdrowego ciała. Kiedy opróżniły się inne miejsca, szybko przesiadł się obok Tristana, opadł na ławkę z westchnieniem zadowolenia, jakby wreszcie znalazł jakieś wygodne, dawno oczekiwane miejsce. Popatrzył na Marię, która go nie zauważyła,

1 znowu uśmiechnął się do Tristana. Wiercąc się, włożył rękę do kieszeni w spodniach, wtedy Maria odwróciła się i spojrzała na niego.

— Posuń się Tristan — powiedziała sucho, a oczy Przybrały wyraz, którego Tristan się przestraszył, jakby nie jej, lecz kogoś starszego i mądrzejszego, doświadczone i twarde spojrzenie.

W odpowiedzi człowiek uśmiechnął się porozumiewawczo i wyjął z kieszeni wymiętoiszoną paczkę cukierków zawiniętych w czerwoną cynfolię o głębokich wgnieceniach. Podsunął je Tristanowi pod nos. Jakaś kobieta spojrzała na nich przelotnym ponurym spojrzeniem i wzruszyła ramionami.

Proszę — powiedział mężczyzna i Tristan wyciągnął rękę, ale Maria chwyciła ją mocno i przytrzy-

mnła *■J J

Me chcemy — odpowiedziała za oboje.

Mężczyzna nie obraził się. Uśmiechnął się łagodnie, odwinął karmelek i leżący w swym papierku podawał im znów na dłoni, aż do chwili, gdy Maria powtórzyła, nie chcemy, a wtedy zawinął go starannie i z powrotem odłożył do paczki.

— Dokąd jedziecie? — zapytał. To nie była droga na lotnisko, zabłądzili. Tędy dojadą do Quiaca, powiedział śmiejąc się. — Chodźcie — i ruszył ku wyjściu. Maria zawahała się, niepewnie rozglądając się po rzadkich nieznajomych domach, po jakichś zarośniętych placach, po czym wraz z Tristanem poszła za nim.

Na ulicy mężczyzna wytarł chustką pot z twarzy. — Tu mieszkam, powiedział wskazując niewyraźnie w lewo. Zobaczyli tylko jakieś opornie wzrastające domy, stosy cegieł w oczekiwaniu, by zrobiono z nich ściany, zanim zostaną zjedzone przez wilgoć, pleśń i zielsko panoszące się w szczelinach.

— Do Quiaca — powtórzył ze śmiechem. I obiecał, że zawiezie ich na lotnisko, a już co najmniej wytłumaczy im, jak mają jechać, co nie jest proste, tyle jest krzyżówek, tak są daleko, tak zagubieni. W domu narysuje im plan, a przy okazji podrzuci kanarkowi siemienia.

— To samiczka. Lubisz kanarki? — zwrócił się do Tristana i pogłaskał go po policzku. Tristan przytaknął z uśmiechem, oczy mu zabłysły.

— Ja nie lubię — powiedziała ostro Maria, ale mężczyzna nie zwrócił na to uwagi. Ruszył przodem, wiedząc, że własna decyzja rozprasza cudze wątpliwości, a oni poszli za nim aż do jakiejś ponurej rudery za innymi domami. Usiedli na dwóch słomianych krzesłach, wysokich i niewygodnych, oparcia były połamane, a słoma sterczała na wszystkie strony.

Mężczyzna zdjął ze ściany klatkę i postawił na stole. Wpakował palec między pręty, żeby złapać kanarka, a potem długimi pieszczotliwymi ruchami wsypywał do naczynia siemię i zmieniał wodę.

Tristan zbliżył się, żeby lepiej widzieć kanarka, też włożył palec między pręty, ale kanarek się przeląkł i jak szalony zaczął fruwać dokoła. Człowiek cmoknął językiem o podniebienie chcnc go uspokoić i przysunął twarz do twarzy Tristana, który wyczuł [ jego oddecli, może nie odrażający, ale nieznajomy.

— Mieliśmy dostać plan — powiedziała Maria i wstała.

— Zaraz — powiedział. Postawił na stołe butelkę i trzy kieliszki i podał coś do picia. Było to wino i tym razem Tristan nie wyciągnął ręki, bo zobaczył gest, z jakim Maria odsunęła swój.

— Nie? — powiedział mężczyzna jakby z przykrością i wypił po kolei wszystkie trzy. Wino rozweseliło go na chwilę, jakby jakoś wygodniej zrobiło mu się we własnej skórze. Uśmiechnął się. Jego włochata biała ręka spoczęła na kolanie Tristana.

— Już was prowadzę — powiedział, nie ruszając

się.

— Idziemy, Tristan — powiedziała Maria.

— Co za pośpiech, co za pośpiech — mruczał i zamiast otworzyć drzwi, zamknął je, w pokoju nagle zrobiło się ciemniej. Tristan przysunął się do Marii, bał się, sam nie wiedząc czego, może tego, że żółta plama kanarka rodząca się z lekkiego trzepotu skrzydełek znieruchomiała wraz z nastaniem ciemności. Po omacku mężczyzna poszedł do kuchni i zapalił światło, które przeniknęło przez uchylone drzwi, ubogo ich oświetlając. Popchnął Tristana na krzesło zdecydowanym, choć nie gwałtownym ruchem. Wyróżniał Tristana, ignorując Marię, mimo że to ona mu rozsądnie odpowiadała. Jego ręka znów wróciła na kolano Tristana i zasnęła tam, spokojna i obca niby ogromny owad. Tristan wstrzymał oddech, nieruchomy i spięty, jakby najlżejszy ruch mógł przebudzić przerażającą, nieznaną rzeczywistość. Słyszał szybki oddech tamtego, nie zgadzający się ze spokojem jego śpiącej ręki.

— Idziemy, Tristan — powiedziała Maria głosem, w którym dosłyszał lekkie drżenie.

Człowiek zdjął rękę z kolana Tristana, wyjął chustkę i znów otarł pot z twarzy, rozpiął koszulę i wycierał piersi, nawet pachy. Niezdecydowany, chwilę trzymał mokrą chustkę, a potem rzucił ją na stół. Maria zerwała się i podbiegła do drzwi, udało się jej otworzyć je i światło wpadło niby błyskawica i natychmiast zmarło, bo mężczyzna szybko chwycił ją i pchnął do środka. Znów mlasnął uspokajająco, jak przedtem na kanarka, językiem o podniebienie. Zamknął drzwi na klucz, który włożył do kieszeni !

w spodniach. Podszedł do Tristana, położył mu rękę na głowie, ześliznęła się na policzek. Nie znana i olbrzymia, nie ważyła nic. Została tak, skóra przy skórze, a potem zaczęła z wolna naciskać, aż Tristan poczuł pod jej uciskiem, jak twarde są jego własne kości: Muszę nauczyć się śpiewać, powiedział do siebie, aby przerwać tę niezrozumiałą i nie chcianą pieszczotę, a przede wszystkim szloch Marii, który dochodził do niego urywany, ciągle jeszcze wstrzymywany przez dumę czy może strach.

Mężczyzna poruszył głową, miał tępy uśmiech, a Tristan zobaczył w jego oczach zawstydzoną prośbę

0 przebaczenie, ale pod uśmiechem decyzję upartą

1 nieugiętą, która go przeraziła. Twarz mężczyzny powoli przysuwała się do jego twarzy, zniżyła się, poczuł wilgotny język na policzku.

Ktoś zaczął się gwałtownie dobijać, wymyślając i klnąc w sposób niezrozumiały. Mężczyzna zakrył rękami twarz, jakby chciał skomponować jej wyraz, i poszedł otworzyć. Pokój rozjaśnił się. Pomarszczona czterdziestoletnia kobieta stała na progu, rzuciła okiem na Tristana, na Marię, a potem stanęła na wprost mężczyzny. Cofnął się onieśmielony aż pod ścianę, objąwszy głowę rękoma. Ona przysunęła się do niego, dając mu kilkakrotnie w twarz najpierw otwartą dłonią, potem pięściami. Jednym ruchem mógł był ją odrzucić daleko, ale nagle stary, zmęczony, tylko osłaniał się palcami jak szpony. Kobieta wzięła dzieci za ramiona i wypchnęła na dwór.

Kiedy wrócili, zmęczeni i rozczarowani, właśnie kończono kolację. Tristan popatrzył na Woltyżerkę, która go olśniła: była taka, jaką widział w marzeniach, wysoka, uśmiechnięta, pełna życia. Woltyżerka ucałowała Marię. — Aleś urosła! — powiedziała.

Maria obojętnie pozwoliła się uściskać i rozejrzała się: Zobaczyła straszliwie starego grubego mężczyznę, który też ją uściskał. To był mąż; nie miał żadnego akcentu, bo urodził się w Rosario.

Maria nadepnęła mu na nogę, ale nawet tego nie zauważył. Bez złych intencji lubił małe dziewczynki i przez chwilę pieszczotliwie ją cmokał, a potem zadał parę głupich pytań, ale ona pogardliwie milcząc, odsunęła się ruchem, jakiego właśnie się nauczyła, było to oddzielenie się od własnego ciała, które przestawało do niej należeć. Zrobiła to, bo nie chciała niesłusznie, złośliwie go karać.

Grubas posadził ją sobie na kolanach, ojciec patrzył na to wszystko jakiś mało przekonany. Nie wierzył własnym oczom, a wątpliwości, teraz zupełnie niepotrzebne, bo odnoszące się do czegoś, co odbywało się na jego oczach, wkradały mu się do mózgu. Czy się coś złego nie kryje za taką porcją pieszczotliwoś • ci? Niemożliwe, uznał. Maria wbiła grubemu łokieć w brzuch, a on zerwał się z wrzaskiem.

— Maria — powiedział ojciec i przeprosił w imieniu córki.

— Nie ma za co — wtrąciła Woltyżerka. — Kto

sieje wiatr, zbiera burzę.

— Daj mu buziaka — powiedziała matka, jakby tak należało, a Maria podeszła i pocałowała grubasa, który odwrócił głowę, szukając jej ust. Maria nie cofnęła się, pocałowała go, a potem ostentacyjnie wytarła usta i splunęła. Nie z obrzydzenia, to, co czuło jej ciało, nie miało dla niej znaczenia, lecz z nienawiści, chciała, żeby odczuł, że to nienawiść. Ale łagodny z natury grubas podzielił to, co nastąpiło, na dwie części, z których drugą wymazał i znów wskazał na swe kolana pieszczotliwie i z uśmiechem.

Woltyżerka obserwowała uniesienie męża z ironicznym uśmiechem, traktowała go z pogardą, na którą nie reagował. Było widoczne, że dni jego są policzone. Matka ze zwieszoną głową patrzyła w ziemię, zaledwie zobaczyła ich na peronie, ich walizki powiązane sznurkami, zrozumiała, że pieniądze wydane na przygotowania były wyrzucone za okno. Nie mówiąc o pierożkach i winie. Jej nienawiść zmartwychwstała, jeszcze większa niż przedtem, połknąwszy ją, o mały włos nie dostała wrzodu żołądka z kwasów, pretensji i frustracji.

Woltyżerka spojrzała na grubego, jakby definitywnie go unicestwiając, i zapytała, która godzina. Następnego dnia miała spektakl.

— Przynieś kawę — powiedział ojciec do Marii, a jako że nie dość szybko się podniosła, uszczypnął ją ukradkiem, bo nie chciał żadnych awantur, nawet wobec tak nieciekawego gościa, a ona poszła do kuchni i napluła wpierw do kawy, a potem do wszystkich filiżanek i zamyśliła się nad jeszcze jakąś zemstą, lecz nienawiść była tak wielka, że każda wymyślona zemsta wydawała się jej zbyt łagodna.

Tristan chwilę odpoczął, oczy same mu się zamykały, a potem wyszedł na patio i zastukał do wąskiego, wysokiego okna w pokoju Marii. Mimo że się nie umawiali, wiedział, że na niego czeka. Już nie sypiali razem, urośli, i taka była przezorna decyzja matki. Eez względu na pogodę, teraz stale spędzał godziny nocne na ulicy. Co ten tu robi, mógłby zastanowić się ktoś współczujący, ktoś, kto rozumiałby, że jedyna prawdziwa dobroczynność to ta, która nie przynosi korzyści. Ale gdzie tam, wszyscy mijali go bez słowa, jak niemi. Ta niewrażliwość straszliwie raniła matkę. Fakt, że Tristan zawsze wracał, i to często prowadzony za rękę przez Marię, pogarszał jej humor i denerwował tak, że pewnego wieczoru, nie mogąc opanować się, pobiegła po materac i rzuciła go Tristanowi, wskazując na składzik w głębi, pełen starych gratów. Tristan ukryty pod materacem nie zobaczył jej gestu i ruszył w kierunku ulicy, a ten nieoczekiwany, lecz szczęśliwy obrót sprawy rozjaśnił twarz matki, ale Maria podbiegła do niego i pokazała mu właściwą drogę.

Teraz zaledwie zapukał do jej okna, od razu wychyliła się, a wtedy zobaczył, że ma twarz lśniącą i wilgotną i chciał zapytać, czy aby nie płakała (bo po wyjściu gości, Woltyżerki i nieprawdziwego milio- t

nera ojciec zrugał ją ostro za eskapadą, czy może za własne rozczarowanie), ale słowa nie wydostały mu się z gardła zakneblowanego prąez nieśmiałość czy też wstyd. Ona wytarła twarz i powiedziała: — Nie płakałam. — I nietrudno było uwierzyć jej, bo pogardzała uzewnętrznianiem własnych smutków i od razu zaczęła go łajać, słowami ostatecznymi, definitywnymi i twardymi.

Teraz bezszelestnie wysunęła się z pokoju z butami w ręce. Szli w kierunku jasno oświetlonego domu, o którym ojciec i matka nigdy wyraźnie nie mówili, otaczała go aura skandalu. Okropność, mówiła matka, patrząc na męża z wyrazem żądnym . całkowitej aprobaty, a on zgadzał się z twarzą pełną winy, bo jakkolwiek nigdy tam nie był, oburzenie spadające na jego płeć w jakiejś mierze dotyczyło i jego.

Widziany z daleka dom wydawał się bardziej imponujący, bardziej wart zwiedzenia. Dlaczego właśnie tej nocy, którą poprzedziło fiasko i kara, Maria zdecydowała zbliżyć się do niego? Tristan myślał, że czekała na niego, by mu wytłumaczyć tajemnicę człowieka z autobusu, nie poczęstunku karmelkami, których nie jedli, ani niezrozumiałego zamknięcia drzwi, lecz tych ostatnich gestów, słodkich i przerażających. Ale ona włożyła buty i ruszyła szybko, nie zwracając uwagi na niego, z pewnością kogoś, kto wie, że pies pójdzie za nim. A on biegł posłusznie do chwili, gdy zatrzymała się o sto metrów od domu i usiadła na ziemi, na mokrej trawie, a wtedy zwalił się obok niej.

— Popatrz, Tristan — powiedziała Maria.

Jacyś mężczyźni ukradkiem opuszczali dom i niknęli w cieniu, a oni zazdrościli im dziko, w ciszy, odczuwając szczęście tych ludzi, mogących tam wchodzić; bez trudu tłumaczyli sobie ukradkowość ich gestów, ich chowanie się, bo wiedzieli, że na tym świecie szczęście zawsze łączy się z grzechem i wymaga ostrożności, by nie stać się obrazą moralności.

Nieraz wieczorami łagodne powietrze przynosiło aż do nich, stojących w progu domu, nieznośne próbki cudzej zabawy, urywane dźwięki, fragmenty ciężkiego, wiejskiego gwaru; ale dzisiaj ktoś powinien się był poskarżyć na to, co się działo, skandal, jak mówiła matka, nie gwar, tylko istny rozhowor, pi- j jackie krzyki, śmiechy, wycia.

Ohydny wrzask też źle się łączył z ludźmi, którzy 1 nawiedzali dom, pewnie szczęśliwi — myśleli, tylko ; dlatego, że tego nie znali. j

Zasnęli pod gwiazdami, kiedy się obudzili, już był i świt, który ofiarował im białe twarze, podbite oczy. : Zdrętwiali, zmarznięci, ruszyli z powrotem. |

Długp nie mówili nic, wreszcie Maria powiedzia- j ła: — Po co? Po cośmy poszli?, a on wiedział, że nie idzie o dom, lecz o oczekiwanie na nieznajomego, o wszystkie nadzieje, o wszystkie sny. (Poszliśmy, ; bośmy byli czyści i pełni namiętności, głupi i nie-doświadczeni. Tą czystością z dobrych snów, w które nagle włącza się lubieżność i tępa żądza szczęścia). Głos jej był tak przepełniony rozpaczą, że Tristan ścisnął ją za rękę i pocałował w policzek. Odsunęła się od niego zaskoczona, zła. — Zwariowałeś? — powiedziała. I gwałtownie podniosła rękę, jakby chcia- i ła odepchnąć go lub uderzyć.