Blisko do domu - Weronika Wierzchowska - ebook + audiobook + książka

Blisko do domu ebook

Weronika Wierzchowska

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Akuszerka Zosia czeka na narzeczonego skazanego na zesłanie za pobicie rosyjskiego oficera. Marcin walczy na Syberii o przetrwanie, marząc o powrocie do domu. Oboje nie spodziewają się, że pomóc w tym może przypadek i to, czego się Marcin mimochodem dowiedział o pracy położnych z opowieści Zosi.

Rok 1893 dla przytułku położniczego jest kolejnym poświęconym walce z ciężkimi warunkami, biedą i wrogością wpływowego inspektora. Trudną sytuację komplikuje zamiłowanie pani doktor do działalności społecznej. Tym razem podczas publicznego wykładu Anna atakuje potężną Ordynację Zamojską, która swoim pracownikom odebrała emerytury i świadczenia. Nie zdaje sobie sprawy, że rozdrażnia w ten sposób gniazdo węży. W obronie dobrego imienia potężnej rodziny magnackiej stają tajemnicze siły, które zadają osobiście pani doktor ciosy, jakich jeszcze nie doświadczyła. Zemsta spada również na przytułek.

Akuszerki muszą sobie poradzić nie tylko ze skomplikowanymi porodami, ale i gniewem kasty, za którą stoją wielkie pieniądze i władza. Te okoliczności zmuszają Zosię do wyruszenia u boku pani doktor w podróż, po raz pierwszy w jej życiu daleko od domu.

Weronika Wierzchowska – z zawodu chemiczka, dawniej związana z przemysłem farmaceutycznym i kosmetycznym. Lubi mieszać, zarówno w reaktorach chemicznych, jak i w losach wymyślonych postaci. Fascynuje się historią nauki, zwłaszcza medycyny, kultury materialnej i ulubionego XIX wieku. Dociekliwie zgłębia historie kobiet, najbardziej tych zapomnianych lub lekceważonych, które chętnie przypomina w powieściach. Perypetie postaci historycznych zestawia z losami współczesnych dzielnych i niezwykłych Polek, tworząc opowieści o życiu kobiet.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 358

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © Weronika Wierzchowska, 2025

Projekt okładki

Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Zdjęcia na okładce

© Masson/Adobe Stock

Redaktor inicjujący

Michał Nalewski

Redaktor prowadzący

Anna Kubalska

Redakcja

Maria Talar

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8391-494-7

Warszawa 2025

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

[email protected]

ROZDZIAŁ 1

Styczeń 1893 roku

Śnieg skrzypiał i trzeszczał pod płozami sań kołyszących się na wybojach lodowatego, syberyjskiego pustkowia. Słońce od wielu dni nie pokazywało się zza szarych zwałów chmur, trących brzuchami o szczyty świerków i sosen, które porastały nieskończony przestwór. Teraz zbliżała się noc, temperatura spadła jeszcze bardziej, choć siedzącej w saniach i zakutanej po czubek nosa w futrach Soni wydawało się to niemożliwe. Nienawidziła Syberii, i to nie tylko z tęsknoty za narzeczonym, który został w domu, w dalekiej Mosk­­wie. To przez zimno. Nieustanne i wszechobecne. Przenikało przez ściany domów, wdzierało się pod kożuchy, zamieniało skórę w biały kamień, zamrażało krew i mięśnie, wwiercało się w kości. Dałaby wszystko, byle znów być z Aleksiejem w ciepłym mieszkaniu przy Starym Arbacie z widokiem na złote dachy cerkwi i ulice jaśniejące gazowymi lampionami. I przede wszystkim wtulona w ukochanego.

– Tato, boli mnie! Znów mnie boli, jedź szybciej! – Potrząsnęła ramieniem ojca, który kulił się obok niej i w zasadzie nie miał wpływu na to, jak woźnica pogania konie.

To nie tylko przez zimno. To także przez ojca. Rzeczywisty radca stanu1 Cyryl Michajłowicz Dawidow pełnił od niedawna funkcję wysokiego rangą oficjalisty w Ministerstwie Komunikacji. Wszedł jednak w konflikt z samym kanclerzem, który karnie wysłał go na inspekcję budowanej Kolei Transsyberyjskiej. Dawidow uparł się, by zabrać rodzinę, nie mógł zostawić córki w Moskwie samej. Już na głębokiej Syberii okazało się, że Sonia jest w skrzętnie skrywanej ciąży. Panna z dzieckiem, co za wstyd! W dodatku ojcem okazał się Aleksiej, jej osobisty guwernant, nauczyciel muzyki, opłacany sowicie przez radcę w nagrodę, że tak dobrze zajmował się jego utalentowaną córką. Dawidow obiecał sobie w myślach, że dopilnuje, by gnojkowi pogruchotano ręce i wyłamano wszystkie paluchy, tak by nigdy więcej nie mógł już zagrać na pianinie. Ale to po powrocie. Tyle w tym wszystkim dobrego, że znajdowali się na końcu świata. Uda się załatwić sprawę bez skandalu obyczajowego. Córuś mogła urodzić, dziecko zostawi się na wychowanie miejscowym, nawet Baszkirom albo Tatarom. Bękart się dla Dawidowa nie liczył.

Niestety Sonia niespodziewanie, bo przedwcześnie, zaczęła rodzić podczas podróży. Odległości dzielące osady ludzkie na Syberii okazały się niewyobrażalnie wielkie. Jechali już trzy dni i nie natrafili na choćby małą wieś, wokół tylko lasy i zamarznięte bagniska. Z tego, co Dawidow wiedział, od Czelabińska, największego miasta w guberni, dzieliło ich już tylko jakieś siedemdziesiąt, może osiemdziesiąt wiorst2. Jutro wieczorem daliby zapewne radę dotrzeć na miejsce.

– Jestem mokra! Wody mi odeszły – wydyszała Sonia. – Zaraz będę rodziła. Musimy się chyba zatrzymać!

– Wkrótce powinniśmy dotrzeć do stacji pocztowej przy budowanej kolei – odezwał się woźnica. – Jesteśmy bardzo blisko, niech panienka wytrzyma.

Dawidow przełknął z trudem ślinę. Już nawet nie czuł zimna, choć ostry wiatr ciskał mu w twarz lodowate igły. Ogarnął go wielki strach. I pamiętał, kiedy po raz ostatni bał się tak bardzo. Kiedy matka Soni, a jego ukochana Anusia, zachorowała ciężko i czekał z niepokojem na doktora. Później patrzył na śmierć swojej jedynej miłości, na to, jak gaśnie na jego rękach. I teraz mogło spotkać go to samo. Ostatni promyk światła w jego życiu, ostatni błysk, jaki mu się ostał, jego jedyne dziecko może umrzeć tu, w ciemnościach na śnieżnym pustkowiu. To niczym ziszczenie najczarniejszych koszmarów. Rzeczywisty radca właśnie zrozumiał, że nic tak naprawdę nie ma znaczenia, liczy się tylko Sonia. Jeśli ona odejdzie, jego życie straci ostatecznie sens. Po co mu kariera i zaszczyty, po co walczyć z kanclerzem i starać się o kolejne awanse? Dla kogo miałby to robić?

– Chyba widać tam światła! Galopem, człowieku, prędzej! – Szturchnął woźnicę, wskazując mu kierunek.

Niczym samotna wyspa pośród oceanu lodu przycupnęła tam stacja pocztowa. Latarnia cywilizacji przy kompletnie zasypanej śniegiem linii kolejowej, zresztą jeszcze nieotwartej. Kilka zabudowań, stajnia, drewutnie i warsztat z kominami, z których walił dym. Ot, miejsce obsługujące pracowników kolejowych i podróżnych, do tego zaplecze techniczne i naprawcze przy budowie. Dawidow wpadł do budynku poczty niczym burza, natychmiast groźnymi okrzykami postawił wszystkich na równe nogi. Od razu dało się odczuć, że jest ważniakiem z samej Moskwy. Okazało się na szczęście, że dwaj pocztowcy nie są jeszcze kompletnie pijani, za to od dwóch żołnierzy cuchnęło gorzałą na wiorstę. Poza tym w kuźni pracowali czterej zesłańcy, w znoju kujący stal na gorąco i naprawiający jakieś elementy maszyny parowej. Spełniły się najgorsze obawy dręczące radcę, w tej stacji pośrodku niczego nie było lekarza ani choćby felczera, nie uświadczysz też kobiety, która mogłaby pomóc przy porodzie. Komendant stacji okazał się starym sklerotykiem, a jego pomagier wyglądał na ledwie żywego gruźlika. Żadnego pożytku z takiego towarzystwa. Tyle tylko że było tu ciepło i Sonia mogła rodzić pod dachem, bez obaw o zamarznięcie.

Zesłańcy z kuźni przenieśli Sonię z sań do środka, bo biedaczką tak szarpały skurcze, że nie mogła już się sama przemieszczać. Położono ją w głównej izbie obok pieca, na leżance łaskawie zwolnionej przez komendanta. Dziewczyna wydobyła się z futra, zrzuciła z głowy chustę. Twarz miała zaczerwienioną, i wcale nie z zimna. Dyszała ciężko, trzymając się oburącz za brzuch. Wszyscy mężczyźni z posterunku zebrali się wokół i patrzyli na nią niczym na jakieś fascynujące i zarazem przerażające zjawisko. Dawidow stał między nimi i dygotał. Nie znosił tego poczucia beznadziei, jakie go ogarnęło. Ta sama słabość i drżenie w piersi rozbierały go na kawałki, kiedy patrzył na agonię żony i gdy kłócił się z kanclerzem, wiedząc, że zapłaci za to wysyłką na ten zamarznięty koniec świata. Nic nie mógł zrobić, nie miał nawet pojęcia, jak mógłby córce pomóc. Czy umrze z tych boleści na jego oczach?

– Trzeba zagotować wody – odezwał się basem wielkolud w kowalskim, skórzanym fartuchu. – Komendant będzie też musiał użyczyć gorzałki.

– Mamy jej dać się napić? – zachrypiał starzec dowodzący stacją.

– Alkohol ma działanie zabijające bakterie. Trzeba ją podmyć, dla bezpieczeństwa jej i dziecka, by nie zmarli po porodzie od zakażenia – zadudnił ponury niedźwiedź o gębie czarnej od sadzy.

Dawidow spojrzał na niego uważniej. Może i okopcony, spocony i brudny, ale w jego twarzy jaśniały zaskakująco bystre i rozumne oczy. Posturę miał co prawda dzikiego wielkoluda, lecz właściwie nie sprawiał wrażenia tępego osiłka, jeśli mu się uważniej przyjrzało.

– Znasz się na tym? Kim jesteś, człowieku? – Złapał go za ramię i potrząsnął, a przynajmniej spróbował, jednak wielkolud łapsko miał jakby wykute z żelaza. Same twarde mięśnie, które ani drgnęły.

– Marcin Śrubacz, mówią na mnie Śruba – odpowiedział wielkolud. – Jestem katorżnikiem, pierwszym kowalem w tych warsztatach kolejowych.

Polski zesłaniec, nic nadzwyczajnego w tych rejonach. Na Syberii było ich jak pcheł, pokonanych buntowników, powstańców, anarchistów i socjalistów. Trafiali się wśród nich ludzie z wyższych stanów, wykształceni, nawet profesorowie.

– Kim jesteś naprawdę, na wolności? Skąd wiesz, co trzeba robić?

– Moja narzeczona… była narzeczona – poprawił się szybko – jest akuszerką. Starszą akuszerką z Przytułku Położniczego numer dwa w Warszawie. Nasłuchałem się tyle o porodach, że mogę pisać rozprawę na ich temat. W jednym pomagałem, ale w zasadzie nie mam praktycznego doświadczenia.

– To wystarczy! Przyjmiesz ten poród. Mówże prędko, co mamy robić! Szybko, człowieku. Nie pożałujesz, tylko uratuj moją córkę! – Dawidow wrzasnął na niego w nerwach.

Śruba spojrzał na radcę z góry.

Jeśli dziewczyna zemrze, wkurzony ważniak może obarczyć mnie winą. Jeszcze za to zadyndam. Już miał mu odmówić, kiedy przeniósł spojrzenie na cierpiącą Sonię. Twarz miała podobną do Zosi, jego Zosi, którą musiał zostawić kilka tysięcy wiorst stąd i której nie zobaczy jeszcze przez siedem długich lat.

– Zabierzemy ją do kuźni, tam jest znacznie cieplej i mamy wodę pod ręką – zdecydował. – Chłopcy, bierzcie ją razem z łóżkiem. Ostrożnie! To nie kupa węgla.

Trzech jego pomagierów rzuciło się karnie i bez gadania do łóżka z dziewczyną. Komendanta nikt o zgodę nie prosił, ten zaś nie zamierzał ryzykować i stawiać się ważniakowi. Nie chciał wylądować za karę na jeszcze dalszym posterunku, gdzieś na wiecznie zamrożonej północy. Odetchnął z ulgą, kiedy kowale zabrali ciężarną i znikli razem z radcą. Już miał sięgnąć po flaszeczkę, kiedy Śruba wrócił i sprzątnął mu ją sprzed nosa, zażądał także jeszcze trzech kolejnych koniecznych do dezynfekcji.

Sonia miała ochotę ich wszystkich pozabijać, zwłaszcza gdy nieśli ją niczym w trumnie. Bolał ją każdy mięsień, co parę chwil ciałem wstrząsały skurcze tak bolesne, że nie mogła powstrzymać się od płaczu i jęczenia. W kuźni śmierdziało spalenizną, rozgrzanym metalem i smołą, ale rzeczywiście od palenisk biło przyjemne ciepło. Ciepłe pomieszczenie, po kilku dniach męki w saniach, choć plebejskie i surowe, wydawało się cudownie wręcz przytulne. Mimo to Sonia patrzyła podejrzliwie na krzątających się kowali, żylastych drabów czarnych od sadzy. Jeden postawił gar wody na palenisku, drugi zaczął tłoczyć miechem ogień pod garem, by węgle szybciej się rozżarzyły. Ich twarze zalśniły od ognia. Wyglądali niczym diabły miotające się przy kotłach, zaś ich szef, osiłek jak się patrzy, który szorował właśnie ręce, wydał się jej samym księciem piekieł, może Belzebubem we własnej osobie.

– Powinnaś starannie umyć krocze – powiedział. – Znaczy ujście dróg rodnych, tak się chyba nazywa ta część ciała. To ważne, by zmniejszyć, jak się da, ilość bakterii, które tam lubią się rozwijać.

– Mam się podmywać na polecenie jakiegoś kowala, do tego skazańca? – wydyszała. – I to przy wszystkich?

Tarł szczotą porządnie namydlone dłonie, nawet na nią nie patrząc.

– Chłopcy oczywiście wyjdą, choć przydałby mi się choć jeden do pomocy. Radzę ci uznać mnie za lekarza, tak będzie wygodniej. Udajmy, że jestem zastępcą doktora. Innych tu nie ma, chyba że poczekasz do jutra i uda się ściągnąć jakuckiego szamana. On z pewnością nie będzie chciał cię myć, za to okadzi cię podpalonymi kłakami łosia i wysmaruje świętym łojem zdechłego bobra. Lub czymś takim, nie znam się dokładnie, ale wiem, czego się po nich spodziewać.

Sonia spojrzała na niego uważniej. Umył właśnie twarz. Może nie był tak szlachetnie piękny jak jej Aleksiej, stał przed nią przecież mimo wszystko przestępca, ale nie wyglądał już przynajmniej tak demonicznie. Oblicze miał właściwie całkiem rozumne, a wyraz oczu świadczył o inteligencji. Cóż zresztą Sonia miała za wybór? Stękając zatem, ściągnęła wełniane nogawice i grube majtki, wszystko i tak przemoczone wodami płodowymi. Zacisnęła zęby ze wstydu i poniżenia. Rozbierać się przy obcych mężczyznach, nigdy nie sądziła, że spotka ją coś takiego. Na szczęście pomniejsze diabły już znikły, został tylko ich przywódca i ojciec rodzącej. Przyniósł miskę gorącej wody i mydło. Spytał, czy zrobi to sama, czy ma jej pomóc.

– Chyba nie ma czasu na takie zabawy, czuję, że zaraz mnie rozerwie. Albo umrę z bólu – wysapała.

Śruba delikatnie ujął ją za ramiona i zmusił, by położyła się na plecy, rozsunął jej nogi i z ciągle nieruchomą miną obejrzał jej krocze. Mruknął coś o rozwarciu, obmacał ostrożnie brzuch, w końcu przyłożył do niego ucho i polecił jej, by nie wrzeszczała.

– Dziecko jest prawidłowo ułożone, główką ku wyjściu. Do tego widzę już czubek główki w rozwarciu. Oddychaj spokojnie i równomiernie. Wdech i wydech, wdech i wydech. A teraz przyj! Ciśnij jak stu diabłów, musisz go wypchnąć, bo sam nie da rady. I jeszcze raz, oddychaj spokojnie, bez paniki. I znów, przyj!

Oparł dłoń o jej brzuch, naciskał lekko, kiedy wydawał komendę, by dać sygnał do parcia. W pewnej chwili wstał, złapał za wielkie, groźnie wyglądające nożyce, po czym wrzucił je do wrzącej wody.

– Jest nieźle, rozwarcie się poszerza. Jak główka przejdzie, dalej już poleci. – Uśmiechnął się, robiąc się na chwilę jeszcze bardziej paskudny. – Masz w bagażach beciki dla niemowlaka? Jakieś czyste prześcieradła, chociaż chustki, cokolwiek? U nas trudno o czyste rzeczy. Niedawno trzeba było spalić całą pościel i wszystkie koce, bo zesłańcy pracujący dalej na wschodzie przywlekli zarazę syberyjską, pústula maligna, czarną krostę. Czytałem o tym niedawno, bo z Czelabińska jeden znajomy przywozi mi książki. Ta krosta to skórna postać wąglika, niebezpiecznej bakterii. Dwaj zarażeni zmarli. Spaliliśmy ich razem ze wszystkim, co na sobie mieli i czego u nas dotykali…

– Człowieku, co ty mi opowiadasz? Chcesz, bym ze strachu…

– Byś się ze strachu spięła jeszcze mocniej – odparł. – I co z tymi becikami?

– Nie mam. Niech ojciec przyniesie chusty – wysapała.

Śruba wysłał po rzeczy przestępującego z nogi na nogę radcę, szczypcami do żelaza wyciągnął z gara wyparzone nożyce i przelał je wódką. Przy okazji pociągnął głębszy łyk. Tak naprawdę, choć tego nie okazywał, był strzępkiem nerwów. Nie spodziewał się, że odebranie porodu to tak wielkie przeżycie. Teraz będzie zupełnie inaczej myślał o swojej miłej i zawsze uśmiechniętej Zosi. Dziewczyna musiała w środku być twarda jak ze stali, nie miał pojęcia, na jak wielki szok co dzień się narażała. Wydawało mu się, że to on żyje w ciągłym psychicznym i emocjonalnym obciążeniu, bo czymże takim trudnym jest odbieranie dzieciaków, wyskakujących z wrzeszczących bab? Okazało się, że jednak jest czymś poważnym. Czuł pot spływający po czole i coraz mocniej walące mu serce. Tak naprawdę ogarniała go zgroza, kiedy patrzył na wijącą się z bólu dziewczynę i jej zaczerwienione krocze z coraz lepiej widocznym dzieckiem.

Wpadł radca z naręczem rzeczy wydobytych z kufra podróżnego, położył je, przeżegnał się i wycofał rakiem, blady niczym ściana. Nie mógł tego znieść, nie miał pojęcia, jak ten olbrzym to wytrzymuje.

– Idzie! Zaraz się urodzi, spokojna głowa – rzucił Śruba i padł przed Sonią na kolana.

Pamiętał z opowieści Zosi, że teraz musi po prostu podtrzymać dziecko i modlić się, by gładko przeszło z ramionkami przez kanał rodny. Znów chlusnął sobie wódką na obie dłonie i ujął delikatnie główkę. Małe wyśliznęło się po paru chwilach. Teraz mrożąca krew w żyłach operacja, przecięcie pępowiny. Musiał się naprawdę zebrać w sobie, by nie zemdleć i zrobić to pewnie, jednym ruchem, bez ceregieli i wahania. Podwiązanie pępowiny! Co o tym Zosia mówiła? Nic nie pamiętał. Zawiązał ją w supełek przy brzuszku dziecka i tyle. Małe ciągle się nie ruszało i nie oddychało. Sonia leżała wyczerpana tak bardzo, że tylko patrzyła w sufit.

Śruba położył dziecko na ręku, główką w dół i dwoma palcami pacnął je w pośladki. Odkaszlnęło i zaczerpnęło pierwszy w życiu oddech. Po czym wrzasnęło cieniutko i piskliwie. Sonia uniosła się na łokciach. Śruba jednak najpierw ochlapał malucha ciepłą wodą, otarł i zawinął w chustę, pierwszą z wierzchu. Dopiero wówczas podał malucha matce.

– Zdrowy dzieciak – powiedział. – Teraz jeszcze nie zasypiaj. Będziesz rodziła łożysko. Potrwa to chwilę, ale musimy mieć pewność, że wszystko z ciebie wyjdzie. To bardzo ważne, by cały poród odbył się czysto.

Sięgnął po butelkę, ale zawahał się, co z nią właściwie zrobić, więc znów się napił. Teraz potrzebował naczynia na łożysko, szmaty, by wytrzeć krew, na dokładkę sporo modłów, by nie doszło do krwotoku lub zakażenia. Później nie potrafił sobie przypomnieć, co właściwie się działo i co robił przez kolejne pół godziny. Wyszedł z kuźni oszołomiony i umazany krwią, pochylił się, zgarnął śnieg i otarł nim spoconą twarz, przetarł dłonie. Kiedy wrócił, Sonia zapadła już w sen. Posłuchał jej oddechu, wydawał się spokojny i mocny. Odpoczywała, nic złego się nie wydarzyło, przynajmniej do tej pory. Zabrał malucha i przeniósł go na posterunek.

Rzeczywisty radca zdębiał, kiedy Śruba włożył mu w ramiona niemowlę. Ono zaś otworzyło niewidzące jeszcze oczka i zdawało się patrzeć na dziadka.

– Gratuluję, to chłopczyk. Ma wszystkie części ciała na swoim miejscu, wydaje się zdrowy jak koń. Sonia teraz śpi, powinna tu kilka dni odpocząć, zanim pojedziecie dalej. – Śruba oddał pustą butelkę komendantowi.

Dawidow patrzył na maleństwo i czuł, jak serce roztapia mu się w piersi, jakby było ze śniegu. Właściwie to cały tajał, a jakaś wielka gula wzruszenia cisnęła mu się do gardła. Nie czuł czegoś takiego od lat, chyba od narodzin Soni. Oczywiście nie było już mowy, by oddał wnuczka na wychowanie obcym ludziom. Mały stał się właśnie najważniejszą osobą w ich rodzinie, wróci z nimi do Moskwy, w przyszłości przejmie cały majątek. Radca pojął, że dopiero co niechciany przezeń bękart jest od teraz jego oczkiem w głowie oraz celem i powodem dalszego życia.

– Czekaj, nie odchodź pan, panie Śruba – radca zwrócił się do zesłańca. – Mów, czego chcesz. Ocaliłeś życie mojej córki i wnuka, możesz żądać wszystkiego.

Śruba spojrzał na niego i uśmiechnął się smutno.

– Chcę tylko jednego, wrócić do domu – powiedział.

Dawidow skinął twierdząco głową.

– Załatwię ci ułaskawienie, choćbym miał dzwonić do samego Petersburga i starać się o posłuchanie u cara. Możesz już się zacząć pakować. Wracasz do domu, panie Śruba.

*

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI

1 Rzeczywisty radca stanu (Действительный статский советник, stopień wprowadzony w 1724 roku) był czwartym stopniem (rangą, po rosyjsku czynem) w 14-stopniowym systemie służby państwowej, cywilnej i wojskowej, według którego mogli awansować urzędnicy i oficerowie; urzędnik, począwszy od 4. stopnia, mógł dostąpić zaszczytu audiencji u cara, miał prawo być tytułowany wasze priewoschoditielstwo (Ваше превосходительство).

2 75–85 km, 1 wiorsta to 1066,8 metra.

Spis treści

ROZDZIAŁ 1

Punkty orientacyjne

Okładka