Bezwilcza - Marta Kamińska - ebook

Bezwilcza ebook

Marta Kamińska

4,4

48 osób interesuje się tą książką

Opis

BEZWILCZA

Część pierwsza!

Czterotomowa seria romantasy pełna namiętności, zdrad, niebezpiecznych tajemnic i walki o przeznaczenie.

W świecie, w którym o wartości jednostki decyduje siła jej wilka, Lily Blackwood od zawsze pozostaje kimś gorszym. Pozbawiona możliwości przemiany, skazana na pogardę i podporządkowana bezlitosnym prawom watahy, marzy jedynie o miłości, akceptacji i miejscu, do którego mogłaby naprawdę należeć.

Jednak świat wilków skrywa znacznie więcej, niż mogłoby się wydawać. Za pozorami lojalności kryją się zdrady, za sprawiedliwymi wyrokami — brutalne rozgrywki o władzę, a niektóre tajemnice są tak niebezpieczne, że ktoś gotów jest zabijać, by nigdy nie ujrzały światła dziennego.

Zakazane uczucia, więzi silniejsze od rozsądku, rodzinne konflikty i walka z bezlitosnym przeznaczeniem wciągają bohaterów w wydarzenia, które mogą na zawsze odmienić losy całej watahy.

Z każdą odkrytą tajemnicą pojawiają się kolejne pytania. Dawni sojusznicy stają się wrogami, zaufanie okazuje się śmiertelną słabością, a granica między miłością a obsesją zaczyna się zacierać.

Cztery tomy. Jedna historia pełna namiętności, krwi i sekretów, których ujawnienie może zniszczyć wszystko.

Można ukryć prawdę, nie można zmienić tego, kim jesteś.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 475

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (5 ocen)
3
1
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Jurnal

Całkiem niezła

Historia ma potencjał, ale ilość sposobów napisania tego samego w kilku akapitach poraża. Ileż można powtarzać zdanie z tym samym sensem. Ta publikacja pokazuje że zbyt wiele. Niestety pisarski trzeba by to konkretnie ogarnąć.zwlaszcza rozdziały z jej perspektywy. Te z perspektywy mężczyzny są lepsze
01



Od Autorki

Droga Czytelniczko, Drogi Czytelniku,

oddaję w Twoje ręce historię, która przez bardzo długi czas żyła wyłącznie w mojej wyobraźni. Zaczęła się od obrazu samotnej dziewczyny stojącej pośród ludzi, którzy zdążyli już zdecydować, kim jest, ile znaczy i na co zasługuje. Z czasem wokół niej powstał cały świat — pełen wilków, więzi, tajemnic oraz zasad, których nikt nie odważył się podważyć.

„Bezwilcza” jest opowieścią o Lily, ale również o tym, jak łatwo cudze słowa mogą stać się naszym własnym głosem. O dziewczynie, która przez lata słyszała, że jest zbyt słaba, zbyt wrażliwa i niewystarczająca, aż sama zaczęła w to wierzyć. Chciałam Ci pokazać, że odpowiedni impuls rozpoczyna zmiany na które nigdy nie jest za późno.

Lily nie zawsze będzie podejmowała właściwe decyzje. Niekiedy będzie milczeć, gdy czytelnik zapragnie, żeby krzyczała. Będzie usprawiedliwiać ludzi, którzy ją ranią, obwiniać samą siebie i kurczowo trzymać się wyobrażeń, których porzucenie okaże się bolesne. Proszę, nie oceniaj jej zbyt surowo. Odzyskiwanie własnego głosu rzadko dokonuje się w jednej chwili, a odejście od tego, co znane, wymaga czasem więcej odwagi niż jest w dostępne w bieżących zasobach.

Pod warstwą wilkołaczego świata, romansu i tajemnicy znajduje się historia o przemocy, manipulacji oraz powolnym odbudowywaniu poczucia własnej wartości. Pojawią się w niej trudne emocje i bolesne wydarzenia, ale znajdzie się również miejsce na bliskość, nadzieję i uczucie, które nie żąda, by ktokolwiek stawał się mniejszy, aby na nie zasłużyć.

Jeśli kiedykolwiek ktoś sprawił, że zwątpiłaś lub zwątpiłeś we własną wartość, mam nadzieję, że odnajdziesz w tej historii coś dla siebie.

Dziękuję, że zdecydowałaś lub zdecydowałeś się wejść do świata Lily i towarzyszyć jej w drodze, podczas której będzie musiała odkryć, że brak wilka nigdy nie czynił jej bezwartościową.

Jej historia właśnie się rozpoczyna. I nie skończy się na jednej części.

Wstęp

Kamień pod bosymi stopami Lily był lodowaty, chociaż nad dziedzińcem płonęły dziesiątki wysokich pochodni, a pomiędzy ich płomieniami unosiło się rozgrzane, drżące powietrze. Nie pamiętała, kiedy zdjęła buty ani w jaki sposób znalazła się przed wejściem do wielkiego kręgu wyznaczonego jasnymi płatkami kwiatów. Nie potrafiła również przypomnieć sobie drogi, którą tutaj przyszła.

Wiedziała jedynie, że wszyscy na nią czekali.

Wzdłuż kamiennych krużganków stała cała wataha. Setki nieruchomych sylwetek wypełniały dziedziniec, lecz mimo tak wielu zgromadzonych osób nie rozlegała się ani jedna rozmowa. Nikt nie kaszlał, nie poruszał się ani nie odwracał wzroku. Ich twarze ginęły w cieniu, chociaż światło pochodni powinno bez trudu do nich docierać.

Lily nie widziała oczu, a mimo to czuła każde spoczywające na niej spojrzenie.

Miała na sobie długą, białą suknię. Delikatny materiał otulał jej ciało i ciągnął się po kamiennej posadzce, zbierając rozsypane na niej płatki. Wokół jej prawego nadgarstka zawiązano srebrną wstążkę, która biegła przez środek ceremonialnego kręgu aż do mężczyzny stojącego przed niskim, kamiennym ołtarzem. Jej drugi koniec spoczywał w jego dłoni, luźno owinięty wokół długich palców.

Tam czekał Dorian.

Stał do niej plecami, ubrany w czarny ceremonialny strój. Nie odwrócił się, choć musiał słyszeć szelest jej sukni i cichy odgłos bosych stóp przesuwających się po kamieniu. Lily patrzyła na jego ciemne włosy, szerokie ramiona i wyprostowaną sylwetkę, próbując uspokoić serce, które z niewytłumaczalnego powodu biło coraz szybciej.

Ponad dziedzińcem rozległ się głos najstarszego członka Rady.

— Podejdź do mężczyzny, którego dla ciebie wybrano.

Wstążka poruszyła się pomiędzy nimi, kiedy stojący przy ołtarzu mężczyzna nieznacznie uniósł dłoń. Nie napiął jej ani nie próbował przyciągnąć Lily do siebie. Srebrzysty materiał pozostał luźny, pozostawiając jej wybór.

To ona wykonała krok.

Potem następny.

Kiedy przekroczyła linię białych kwiatów, pośród zgromadzonych przeszedł cichy szmer. Początkowo nie potrafiła odróżnić pojedynczych głosów, ale szepty stopniowo stawały się wyraźniejsze, aż wszystkie zaczęły powtarzać to samo słowo.

Bezwilcza.

Lily zacisnęła palce na materiale sukni i szła dalej, udając, że niczego nie słyszy. Robiła to przez całe życie. Wystarczyło patrzeć przed siebie, nie reagować i pamiętać, że za kilka chwil stanie u boku przyszłego alfy. Wtedy szepty powinny stracić znaczenie.

Od Doriana dzieliło ją zaledwie kilka kroków, kiedy dostrzegła, że coś się nie zgadza.

Mężczyzna stojący przy ołtarzu był od niego wyższy. Miał szersze ramiona, a jego ciemne włosy opadały na kark w sposób, którego Dorian nigdy by nie zaakceptował podczas oficjalnej uroczystości. Nawet sposób, w jaki stał — spokojny, niewzruszony i całkowicie obojętny na oczekiwanie całej watahy — nie przypominał człowieka, którego znała.

Lily zwolniła.

Wstążka uniosła się lekko nad posadzką, migocząc w świetle pochodni, lecz mężczyzna nadal pozostawiał ją luźną.

— Dorian? — zawołała niepewnie.

Odwrócił się.

Na krótką chwilę była przekonana, że patrzy na swojego narzeczonego. Dostrzegła ciemne włosy, podobny zarys kości policzkowych i tę samą zdecydowaną linię szczęki, lecz gdy uniosła wzrok, podobieństwo rozpadło się równie szybko, jak się pojawiło.

To nie był Dorian.

Nieznajomy wydawał się starszy i surowszy. Przez jego brew przebiegała delikatna blizna, druga, nieco większa, biegła przez lewy policzek, a na twarzy nie było ani chłodu, ani lekceważenia, do których przywykła. Patrzył na nią tak uważnie, jakby wśród setek zgromadzonych osób widział wyłącznie ją.

Jego ciemne oczy rozbłysły złotem.

Lily wstrzymała oddech.

Powinna była się przestraszyć. Cofnąć, zawołać Radę albo zapytać, co ten człowiek zrobił z Dorianem. Zamiast tego znieruchomiała, porażona dziwnym poczuciem, że już kiedyś stała naprzeciwko niego. Nie rozpoznawała twarzy, lecz jakaś głęboko ukryta część niej reagowała na jego obecność tak, jakby czekała na nią przez całe życie.

Nieznajomy rozluźnił palce zaciśnięte na końcu wstążki i odwrócił dłoń wnętrzem ku górze. Srebrzysty materiał spoczywał na niej niczym obietnica, ale mężczyzna nie skrócił dzielącej ich odległości. Pozostawił pomiędzy nimi kilka kroków, pozwalając Lily zdecydować, czy chce je pokonać.

— Wypowiedz przysięgę — nakazał przedstawiciel Rady.

Lily znała jej słowa. Powtarzała je tyle razy, że potrafiłaby wyrecytować całość wyrwana ze snu. Miała obiecać posłuszeństwo, wierność i oddanie mężczyźnie wybranemu przez starszyznę. Przyrzec, że zajmie przeznaczone jej miejsce i nigdy go nie opuści.

Rozchyliła usta, lecz nie wydobył się z nich żaden dźwięk.

Nieznajomy nadal czekał, trzymając koniec łączącej ich wstążki.

— Lily.

Głos Doriana dobiegł zza jej pleców.

Odwróciła się gwałtownie.

Stał pod balkonem Rady, częściowo ukryty pomiędzy ludźmi. Jego twarz pozostawała nieruchoma, lecz w oczach widziała gniew. Nie patrzył na mężczyznę przy ołtarzu. Całą uwagę skupił na Lily, jakby sam fakt, że zatrzymała się przed kimś innym, stanowił wymierzone w niego upokorzenie.

— Wracaj na swoje miejsce — powiedział.

Lily poczuła chłód oplatający lewy nadgarstek.

Spomiędzy rozsypanych na posadzce płatków wysunął się srebrny łańcuch. Okręcił się wokół jej ręki i zacisnął na skórze, a jego drugi koniec znalazł się w dłoni Doriana. Szarpnięcie zmusiło ją do cofnięcia się o krok, później o następny.

Wstążka na jej prawym nadgarstku nadal prowadziła ku nieznajomemu.

Mężczyzna przy ołtarzu zacisnął palce na jej końcu, lecz jej nie napiął. Nie próbował przeciągnąć Lily na swoją stronę ani odebrać jej Dorianowi siłą. Patrzył na nią, jakby decyzja wciąż należała wyłącznie do niej, choć łańcuch wrzynał się coraz głębiej w drugi nadgarstek.

— Wypowiedz przysięgę — ponownie rozkazała Rada.

— Ona nie ma wilka — odezwał się ktoś z tłumu.

Szepty powróciły, znacznie głośniejsze niż wcześniej.

— Bezwilcza nie może wybierać.

— Powinna być wdzięczna.

— Dostała więcej, niż na to zasłużyła.

Dorian szarpnął łańcuchem, próbując zmusić ją do uklęknięcia. Lily zachwiała się, lecz tym razem nie pozwoliła, aby kolana dotknęły kamienia. Zaparła się bosymi stopami o posadzkę i zacisnęła dłoń na zimnych ogniwach.

— Wracaj — powtórzył Dorian.

Lily spojrzała na człowieka stojącego przy ołtarzu.

Złoto nadal płonęło w jego oczach. Nie ponaglał jej i nie wydawał poleceń. Po prostu czekał, trzymając koniec srebrnej wstążki tak delikatnie, jakby był gotowy wypuścić ją z dłoni, jeśli właśnie tego zapragnie.

Coś gorącego poruszyło się pod skórą Lily.

Początkowo przypominało drżenie wywołane strachem, lecz szybko rozeszło się od piersi ku ramionom, a następnie spłynęło aż do opuszków palców. Serce uderzyło mocniej. Powietrze wypełniło jej płuca, pachnąc nocą, dymem i lasem rozciągającym się poza murami akademii.

Łańcuch ponownie się napiął.

Lily zacisnęła na nim palce.

— Nie — powiedziała.

Jej głos był cichy, ale wystarczył, aby szepty umilkły.

Na twarzy Doriana pojawiło się niedowierzanie.

— Co powiedziałaś?

Tym razem nie próbowała odwracać wzroku.

— Nie wrócę.

Pociągnęła za łańcuch.

Srebrne ogniwa pękły z ogłuszającym trzaskiem, a siła uderzenia odrzuciła Doriana w głąb tłumu. W tej samej chwili gorąco pod skórą Lily eksplodowało. Jej ciało wygięło się, biała suknia zafalowała, a spomiędzy zaciśniętych palców zaczęły wyrastać jasne pióra.

Ktoś krzyknął.

Lily spojrzała na własne ręce, lecz dłoni już nie było. Smukłe palce zniknęły pod miękkim upierzeniem, ramiona rozszerzyły się, zmieniając w potężne skrzydła, a kamienny dziedziniec gwałtownie oddalił się pod jej stopami.

Węzeł na prawym nadgarstku rozwiązał się sam. Srebrna wstążka zatańczyła w rozgrzanym powietrzu, po czym spłynęła wprost na otwartą dłoń nieznajomego.

Lily nie przemieniła się w wilka.

Stała się sową.

Rozłożyła skrzydła, niemal natychmiast rozumiejąc, jak należy ich użyć. Jeden ruch wystarczył, żeby wzbiła się ponad zgromadzonych. Powietrze uniosło ją z taką łatwością, jakby ziemia nigdy nie miała nad nią żadnej władzy.

Pod sobą widziała twarze zwrócone ku niebu. Członkowie Rady poderwali się ze swoich miejsc, Dorian krzyczał coś, czego nie potrafiła już usłyszeć, a zerwany łańcuch leżał pomiędzy rozsypanymi płatkami.

Tylko nieznajomy się nie poruszył.

Stał przed ołtarzem, trzymając w dłoni srebrną wstążkę, i patrzył za nią. Z tej wysokości jego twarz ponownie ginęła w cieniu, lecz oczy nadal płonęły złotem, pozwalając Lily odnaleźć go wśród setek sylwetek.

Zatoczyła nad dziedzińcem szeroki krąg.

Mogła wrócić, wylądować obok niego i pozwolić, aby ponownie zawiązał wstążkę na jej nadgarstku. On jednak nie uniósł jej ani nie próbował przywołać Lily do siebie. Nadal pozostawiał jej wybór.

Skierowała się ku ciemnej linii drzew. Przeleciała ponad kamiennym murem, zostawiając za sobą głosy Rady, rozkazy Doriana i wszystkie spojrzenia, które przez całe życie próbowały utrzymać ją przy ziemi.

Las otworzył się przed nią, czarny i bezkresny. Lily wzniosła się wyżej, czując pod skrzydłami chłodny nocny wiatr, lecz zanim zdołała dotrzeć do pierwszych drzew, usłyszała za sobą niski, spokojny głos.

— Lily.

Obudziła się gwałtownie.

Przez kilka sekund leżała bez ruchu, zaciskając palce na pościeli i próbując zrozumieć, dlaczego nadal czuje na twarzy powiew nocnego powietrza. Serce biło jej szybko, a skóra pomiędzy łopatkami pulsowała dziwnym, głębokim bólem, jakby jeszcze chwilę wcześniej naprawdę wyrastały z niej skrzydła.

Pokój pozostawał pogrążony w półmroku. Przez zasłony przenikało blade światło poranka, a na drzwiach szafy wisiała suknia przygotowana na wieczorne przyjęcie.

Telefon Lily rozjaśnił się na szafce.

Bądź gotowa na czas. Wszystko musi wyglądać idealnie.

Dorian.

Przeczytała wiadomość dwukrotnie, po czym spojrzała na własne dłonie. Nie było na nich śladów łańcucha ani jasnych piór. Sen zaczął już tracić ostre krawędzie, pozostawiając po sobie jedynie niewyraźny obraz obcego mężczyzny, srebrnej wstążki spoczywającej w jego dłoni i złoty błysk oczu, których nie potrafiła przypisać do żadnej znanej twarzy.

To nie miało znaczenia.

Wieczorem miała stanąć u boku Doriana, a wszystko wreszcie powinno ułożyć się tak, jak obiecywała sobie od miesięcy.

Za oknem rozległo się ciche pohukiwanie.

Lily odwróciła głowę w stronę szyby i zdążyła dostrzec jedynie jasny cień wielkiego ptaka znikającego pomiędzy drzewami.

Rozdział 1 - W świetle spojrzeń

Lily od kilku minut próbowała przekonać samą siebie, że dłonie drżą jej z ekscytacji, a nie ze zdenerwowania, lecz za każdym razem, kiedy opuszczała wzrok na lekko poruszające się palce, coraz trudniej było jej podtrzymywać to uspokajające kłamstwo. Zacisnęła je na moment na miękkim materiale sukni, licząc, że w ten sposób zdoła nad nimi zapanować. Dzisiejszy wieczór miał być wyjątkowy, jeden z tych, które po latach wspomina się ze wzruszeniem jako początek najpiękniejszego okresu życia, dlatego nie chciała pozwolić, aby zwykłe zdenerwowanie odebrało jej radość z chwili, na którą czekała tak długo.

Dorian obiecał, że jeszcze tego wieczoru oficjalnie przedstawi ją całej watasze jako swoją partnerkę. Ich związek od dawna nie był tajemnicą, ponieważ wiele miesięcy wcześniej Rada zdecydowała, że powinni się ze sobą związać. Lily doskonale wiedziała, że bez decyzji starszyzny prawdopodobnie nikt nie pozwoliłby jej nawet marzyć o miejscu u boku przyszłego alfy, z czasem jednak przestała postrzegać ich relację wyłącznie jako narzucony im obowiązek. Dorian stał się dla niej kimś znacznie ważniejszym — mężczyzną, którego pokochała, narzeczonym i osobą, przy której wyobrażała sobie kolejne lata swojego życia. Chciała wierzyć, że dla niego ich związek również przestał być jedynie układem zawartym przez Radę, a publiczne ogłoszenie miało stanowić ostateczne potwierdzenie, że naprawdę wybrał właśnie ją.

Od tej chwili nie miała już być jedynie dziewczyną wyznaczoną dla niego przez starszyznę. Miała zostać oficjalną partnerką przyszłego przywódcy, a z czasem Luną stojącą u jego boku. W ich świecie nie było to zwykłe ogłoszenie zaręczyn ani potwierdzenie prywatnej relacji. Z tą rolą wiązały się określone obowiązki, należny szacunek oraz miejsce w hierarchii, którego pozostali członkowie watahy nie mogli kwestionować tylko dlatego, że osoba zajmująca je nie odpowiadała ich wyobrażeniom o idealnej partnerce alfy.

Dla Lily oznaczało to jednak coś jeszcze ważniejszego. Wreszcie miała przestać być tą dziewczyną, na którą spoglądano z pobłażaniem i której szeptem wypominano, że mimo upływu kolejnych lat wciąż nie przeszła pierwszej przemiany. Miała stać się kobietą Doriana — tą, której miejsca przy jego boku nie będzie już można podważyć ani traktować jak nietrwałego układu, z którego przyszły alfa może wycofać się przy pierwszej dogodnej okazji. Nawet ci, którzy dotąd uważali ją za słabsze ogniwo watahy, będą musieli zaakceptować jej pozycję, a może z czasem przestaną również patrzeć na nią tak, jakby brak wilka odbierał jej prawo do przebywania wśród nich.

Przesunęła dłonią po włosach i poprawiła niesforny kosmyk, który wymknął się z eleganckiego upięcia, po czym ponownie zerknęła na swoje odbicie w wysokim oknie. Szyba, przyciemniona panującym na zewnątrz mrokiem, działała niemal jak lustro. Na tle rozświetlonej sali Lily dostrzegała jasną suknię, układającą się miękko wzdłuż jej sylwetki, oraz ciemne włosy zebrane w prostą, starannie ułożoną fryzurę.

Nie próbowała upodobnić się do większości dziewczyn obecnych na przyjęciu. Nie lubiła mocnego makijażu, ciężkiej biżuterii ani odważnych kreacji, które przyciągały spojrzenia z drugiego końca sali, a świadomość, że wszyscy mogliby się jej przyglądać, budziła w niej raczej skrępowanie niż satysfakcję. Wystarczało jej, że wyglądała ładnie, choć nadal jak ona sama. Nie potrzebowała zachwytu całej watahy. Potrzebowała jedynie, aby Dorian stanął obok niej i dotrzymał złożonej obietnicy, ponieważ to jego uczucie miało dla niej znacznie większe znaczenie niż opinia wszystkich pozostałych.

Przez chwilę pozwoliła sobie zapomnieć o wszystkim, co wydarzyło się w ostatnich miesiącach — o chłodzie coraz częściej pobrzmiewającym w głosie Doriana, o tym, jak niewiele było trzeba, aby się zirytował, i o wszystkich wieczorach, kiedy po rozmowie z nim wracała do swojego pokoju z nieprzyjemnym uciskiem w żołądku oraz przeświadczeniem, że znowu zrobiła coś nie tak. Później potrafiła długo odtwarzać w pamięci każde jego słowo, ton głosu i wyraz twarzy, próbując odnaleźć moment, w którym popełniła błąd — zadała niewłaściwe pytanie, odezwała się w nieodpowiedniej chwili albo wykonała gest, który mógł go sprowokować. Znacznie łatwiej było jej znaleźć winę w sobie niż dopuścić do głosu myśl, że jego zachowanie mogło nie mieć żadnego usprawiedliwienia.

Czasami zastanawiała się, dlaczego wystarczało tak niewiele, aby wyprowadzić go z równowagi, lecz za każdym razem znajdowała wyjaśnienie, które pozwalało jej odsunąć od siebie narastający niepokój. Kiedy przypominała sobie jego ostre słowa, dopowiadała do nich zmęczenie; kiedy widziała zaciśniętą szczękę i chłód w spojrzeniu, tłumaczyła je presją, pod jaką musiał żyć. Każde zachowanie Doriana miało przyczynę, wystarczyło jedynie poszukać jej dostatecznie długo.

Był przecież przyszłym alfą, a na jego barkach spoczywała odpowiedzialność za całą watahę, oczekiwania starszyzny, konieczność podejmowania trudnych decyzji oraz obowiązek budowania autorytetu, bez którego pewnego dnia nie zdołałby stanąć na czele całej społeczności. Pełnię władzy wciąż sprawował jego ojciec i miał ją zachować do czasu ceremonii naznaczenia oraz narodzin dzieci Doriana, nie oznaczało to jednak, że jego syn mógł prowadzić życie pozbawione ciężaru przyszłych obowiązków. Już teraz przygotowywano go do objęcia przywództwa, powierzano mu coraz poważniejsze sprawy i wymagano, aby zachowywał się jak ktoś, kto wkrótce będzie odpowiadał nie tylko za siebie, lecz także za bezpieczeństwo wszystkich członków watahy.

Miał więc prawo być zmęczony. Miał prawo czasami stracić cierpliwość, zwłaszcza jeśli Lily nieświadomie wybierała niewłaściwy moment, aby o coś zapytać albo oczekiwała od niego uwagi wtedy, gdy jego myśli zajmowały znacznie ważniejsze sprawy.

Przynajmniej tak tłumaczyła sobie każde spotkanie, po którym jego słowa bolały ją bardziej, niż chciała przed sobą przyznać. Wierzyła, że skoro naprawdę go kocha, powinna umieć go zrozumieć, zaakceptować jego gorsze dni i nie dokładać mu własnymi problemami kolejnych powodów do irytacji. Być może potrzebował jedynie czasu, aby przywyknąć do odpowiedzialności, która z każdym miesiącem coraz mocniej ciążyła na jego ramionach. Być może to ona wciąż nie nauczyła się właściwie odczytywać jego nastrojów i zbyt często zapominała, że Dorian nie mógł pozwolić sobie na taką swobodę jak inni młodzi członkowie watahy.

Ich związek od początku miał zresztą znaczyć więcej niż zwyczajne uczucie dwojga ludzi. Rada zadecydowała o ich przyszłości, wskazała Lily jako kobietę, która pewnego dnia miała stanąć u jego boku, a ona z czasem naprawdę uwierzyła, że pomiędzy nią a Dorianem narodziło się coś, czego nie dało się sprowadzić wyłącznie do obowiązku narzuconego przez starszyznę. Przecież zdarzały się również dobre chwile — krótkie momenty, w których na nią patrzył, dotykał jej dłoni albo mówił do niej łagodniej, sprawiając, że wszystkie wcześniejsze wątpliwości wydawały się niesprawiedliwe i przesadzone.

Może właśnie dlatego tak mocno wierzyła, że kiedy Dorian oficjalnie uzna ją za swoją partnerkę, wszystko wreszcie stanie się prostsze.

Może wtedy Dorian przestanie czuć, że musi sam dźwigać ciężar całej watahy, a ona wreszcie będzie mogła naprawdę mu pomóc. Stanie obok niego już nie tylko jako narzeczona, którą pewnego dnia zamierzał poślubić, lecz także jako oficjalnie uznana partnerka przyszłego alfy, mająca prawo uczestniczyć w jego życiu, wspierać go w obowiązkach i dzielić z nim odpowiedzialność. Być może sama również przestanie zastanawiać się, czy jest dla niego wystarczająca, a on nie będzie już patrzył na nią tak, jakby każda jej słabość stawała się kolejnym ciężarem, który musi za nią nieść.

Ta myśl przyniosła jej odrobinę ulgi, rozluźniając ucisk, który od dłuższej chwili nie pozwalał jej swobodnie odetchnąć.

Lily uniosła wzrok i zaczęła szukać Doriana po drugiej stronie sali, aż w końcu dostrzegła go w otoczeniu kilku członków starszyzny. Rozmawiał z nimi z charakterystyczną dla siebie pewnością, odpowiadając spokojnie na pytania i od czasu do czasu wykonując oszczędny gest dłonią, jakby nawet podczas zwyczajnej rozmowy nie potrafił całkowicie zapomnieć, że kiedyś to właśnie na niego będą skierowane wszystkie spojrzenia. Wysoki, elegancki i pozornie niewzruszony wyglądał dokładnie tak, jak w wyobrażeniach Lily powinien wyglądać następca alfy, który w przyszłości przejmie władzę nad watahą.

Obserwowała go przez chwilę z oddalenia, nieświadomie pozwalając, aby na jej ustach pojawił się uśmiech. Napięcie, które jeszcze przed momentem ściskało jej żołądek, zaczęło ustępować miejsca ciepłu rozlewającemu się gdzieś pod żebrami. To był mężczyzna wybrany dla niej przez Radę, któremu z czasem sama oddała serce, coraz mocniej wierząc, że pomiędzy nimi narodziło się coś, czego żadna decyzja starszyzny nie byłaby w stanie stworzyć ani narzucić. Świadomość, że już niedługo wszyscy będą musieli zaakceptować jej miejsce u jego boku, sprawiała, że coraz trudniej było jej powstrzymać uśmiech.

W tej jednej chwili przyszłość wydawała się niemal idealna. Lily nie myślała o tym, co mogłoby pójść nie tak, ani o wszystkim, co przez ostatnie miesiące budziło w niej niepokój. Widziała jedynie Doriana stojącego pośród najważniejszych członków watahy oraz siebie samą przy jego boku, dokładnie tam, gdzie od dawna pragnęła się znaleźć. Miał być jej alfą, jej mężem, jej partnerem i człowiekiem, z którym zwiąże całą swoją przyszłość, dlatego wszelkie wątpliwości wydawały się teraz czymś małym i nieistotnym wobec życia, które miało się dla nich rozpocząć.

Dorian nie zauważył jej spojrzenia, lecz Lily nie poczuła się tym urażona. Doskonale wiedziała, że był zajęty rozmową, a wieczór dopiero się rozpoczynał i jeszcze nie raz znajdzie dla niej czas. Nie chciała odciągać go od starszyzny tylko dlatego, że sama z trudem powstrzymywała niecierpliwość i coraz bardziej pragnęła znaleźć się obok niego w chwili, gdy przed całą watahą oficjalnie potwierdzi jej miejsce u swojego boku. Wszystko powinno przebiec tak, jak zostało zaplanowane, a ona musiała jedynie zaczekać.

Jeszcze raz wygładziła dłonią materiał sukni, po czym odwróciła wzrok od Doriana i pozwoliła, aby jej spojrzenie przesunęło się po rozświetlonej sali. Wokół niej toczyły się rozmowy, rozbrzmiewały cichy śmiech i muzyka, a kolejne osoby przemieszczały się między stolikami, muskając się ramionami i zatrzymując przy znajomych. Lily miała jednak wrażenie, że wszystko to znajduje się gdzieś daleko, jakby świat na kilka krótkich chwil zwolnił i pozostawił ją samą z oczekiwaniem na moment, na który tak długo czekała.

— Słyszałaś?

Podekscytowany szept dobiegł zza pleców Lily i wyrwał ją z zamyślenia. Odwróciła się, wciąż trzymając kieliszek za cienką nóżkę, i dostrzegła trzy dziewczyny stojące przy pobliskim stoliku.

Znała je z akademii. Zawsze trzymały się razem, głośne i pewne siebie, gotowe skomentować wszystko, co działo się wokół. Ich mocny makijaż i odważne suknie przyciągały spojrzenia niemal tak skutecznie jak śmiech, który co chwilę przebijał się przez muzykę. Lily nigdy nie rozumiała, dlaczego tak bardzo zależało im na uwadze innych, chociaż wiedziała, że one z równym zdziwieniem patrzyły na jej potrzebę pozostawania na uboczu.

Nie przyjaźniła się z żadną z nich. Właściwie w całej akademii nie miała nikogo, kogo mogłaby nazwać przyjaciółką, a osoby, które postanawiały poświęcić jej więcej uwagi, zwykle robiły to tylko po to, żeby później mieć się z czego śmiać.

— Podobno wrócił dzisiaj — powiedziała pierwsza z dziewczyn, pochylając się nad stolikiem.

— Kto? — zapytała druga, choć błysk w jej oczach zdradzał, że doskonale zna odpowiedź.

— Kilian.

Imię padło ciszej niż poprzednie słowa. Lily znieruchomiała z palcami zaciśniętymi na kieliszku, a jedna z dziewczyn odruchowo zerknęła w stronę wejścia.

— Starszy brat Doriana? — upewniła się trzecia.

— Właśnie on. Przyjechał kilka godzin temu.

— Po tylu latach?

— Ciekawe, co go sprowadziło.

Wymieniły porozumiewawcze spojrzenia, po czym wszystkie trzy niemal jednocześnie rozejrzały się po sali. Lily obserwowała je z lekkim rozbawieniem. Jeszcze przed chwilą zajmowały się chłopakami stojącymi przy drugim końcu pomieszczenia, a teraz zupełnie straciły nimi zainteresowanie.

— Słyszałam, że jest niesamowity — powiedziała jedna z nich.

— I silniejszy od Doriana.

— Nie tylko podobno. Mój brat mówił, że już przed wyjazdem Kilian należał do najsilniejszych młodych wilków w watasze.

— Przecież był wtedy bardzo młody.

— Dlatego wszyscy go zapamiętali.

Lily uniosła lekko brwi. Wiedziała, że Kilian jest starszym bratem Doriana i wiele lat temu opuścił watahę, lecz na tym kończyła się jej wiedza. Dorian prawie nigdy o nim nie wspominał, jego rodzice również unikali tego tematu, a ona nie miała powodu wypytywać o człowieka, którego nigdy nie spotkała i z którym nie miała nic wspólnego.

Sądząc po tym, co mówiły dziewczyny, jego nieobecność tylko podsycała ciekawość, a krążące po watasze opowieści obrastały w coraz to nowe szczegóły.

— Po wyjeździe podobno stał się jeszcze silniejszy — ciągnęła pierwsza. — Trenował z wilkami z innych watah.

— Słyszałam, że potrafił pokonać przeciwników znacznie starszych i bardziej doświadczonych od siebie.

— A ja, że nigdy nikogo się nie bał.

— W to akurat mogę uwierzyć.

Zaśmiały się, lecz ich śmiech zabrzmiał ciszej niż wcześniej. Nawet one nie wypowiadały jego imienia z zupełną swobodą.

Lily ponownie wprawiła kieliszek w powolny ruch. Nie wiedziała, ile prawdy kryło się w tych historiach. Wataha uwielbiała plotki, a każda opowieść powtarzana przez wiele lat zyskiwała nowe, coraz bardziej niezwykłe szczegóły. Mimo to zastanawiało ją, że nikt nie mówił o Kilianie jak o zwyczajnym członku watahy. Był nieobecny od lat, a jednak pamięć o nim nie zniknęła.

— I podobno jest jeszcze przystojniejszy niż kiedyś — dodała jedna z dziewczyn rozmarzonym tonem.

— Dużo przystojniejszy — poprawiła ją druga.

— Skąd wiesz?

— Widziałam jego zdjęcie.

Pozostałe natychmiast przysunęły się bliżej.

— Gdzie?

— Miała je moja siostra.

— I jak wygląda?

Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko, wyraźnie zadowolona z wywołanego zainteresowania.

— Lepiej, niż sobie wyobrażacie.

— To niemożliwe.

— A jednak.

— Jest przystojniejszy od Doriana?

Na moment zapadła cisza. Wszystkie trzy spojrzały w stronę przyszłego alfy, który nadal rozmawiał ze starszyzną po drugiej stronie sali.

— Dużo bardziej — odpowiedziała w końcu jedna z nich, zniżając głos do szeptu.

Lily nie zdołała powstrzymać uśmiechu. Dorian należał przecież do najbardziej podziwianych młodych wilków w całej watasze. Od lat przyciągał uwagę dziewczyn wyglądem, pochodzeniem i pozycją, którą miał wkrótce zająć. Wystarczyła jednak jedna wiadomość o powrocie jego starszego brata, żeby niemal zupełnie o nim zapomniały.

— Naprawdę nie rozumiem, czym tak się ekscytujecie — wtrąciła, zanim zdążyła pomyśleć, czy chce zwracać na siebie ich uwagę.

Jedna z dziewczyn powoli odwróciła głowę w jej stronę.

— Oczywiście, że nie rozumiesz.

— Jestem zaręczona z Dorianem — odpowiedziała Lily, ponieważ dla niej sprawa była naprawdę prosta. — Nie widzę powodu, żeby zachwycać się jego bratem.

— Wszyscy wiemy, że jesteś zaręczona — odparła tamta z przesadną słodyczą.

Przesunęła wzrokiem po jasnej sukni Lily, zatrzymując się na niej odrobinę dłużej, niż wymagała tego zwykła ciekawość. Pozostałe dziewczyny umilkły, ale po ich uśmiechach Lily poznała, że doskonale wiedzą, co za chwilę nastąpi.

— Ciekawe tylko, czy Kilian również chciałby mieć partnerkę, która nadal się nie przemieniła — dodała. — Może bracia mają to w genach?

Pozostałe zachichotały, zasłaniając usta kieliszkami. Lily poczuła znajome ukłucie w żołądku, lecz uniosła podbródek i nie pozwoliła sobie odwrócić wzroku.

— Dajcie spokój.

— Co? — Dziewczyna rozłożyła ręce, przybierając niewinną minę. — Przecież tylko żartujemy.

— To nie jest zabawne.

— Dla ciebie pewnie nie. Ważne, że nas śmieszy.

Wszystkie trzy roześmiały się, wyraźnie zadowolone z tego, że ponownie udało im się trafić w najczulszy punkt Lily.

Lily mocniej zacisnęła palce na kieliszku, aż chłodne szkło wbiło się w jej skórę. Nie spuściła jednak wzroku i nie pozwoliła, aby z twarzy zniknęła pozorna obojętność. Podobne komentarze słyszała od lat, dlatego nauczyła się zachowywać tak, jakby przestały ją ranić. Prawda była zupełnie inna.

Braku przemiany nie dało się ukryć. Jej rówieśnicy dawno poznali swoje wilki, przywykli do ich obecności i nauczyli się korzystać z siły, która z czasem stała się dla nich czymś równie naturalnym jak własny oddech. Opowiadali o pierwszej przemianie, wspólnych biegach i instynkcie prowadzącym ich przez las, podczas gdy Lily mogła jedynie słuchać. Z każdym kolejnym rokiem coraz wyraźniej czuła, że stoi po drugiej stronie niewidzialnej granicy, której nie potrafi przekroczyć.

W akademii szybko zaczęto szeptać, że jest słaba, niepełna albo zwyczajnie pozbawiona tego, co czyniło ich wilkołakami. Niektórzy otwarcie zastanawiali się, dlaczego Rada wyznaczyła właśnie ją na przyszłą partnerkę Doriana. U ich boku widzieli silną kobietę, która bez trudu wywalczy sobie szacunek i nigdy nie da nikomu powodów do podważania jej miejsca w hierarchii. Lily, cicha i wciąż nieprzemieniona, nie pasowała do tego wyobrażenia.

Najbardziej bolało ją jednak nie to, co mówili inni, lecz chwile, w których sama zaczynała im wierzyć. Czasami zastanawiała się, czy rzeczywiście była wystarczająca i czy Dorian kiedykolwiek spojrzy na nią z dumą, zamiast dostrzegać kolejną słabość, którą będzie musiał przed kimś tłumaczyć. Po oficjalnym ogłoszeniu cała wataha miała jeszcze uważniej obserwować każdy jej krok, a wtedy brak wilka przestałby być tematem poruszanym jedynie szeptem za jej plecami. Stałby się pierwszą rzeczą, którą wszyscy widzieliby w przyszłej Lunie.

Jeszcze przed chwilą wierzyła, że dzisiejszy wieczór wreszcie to zmieni. Kiedy Dorian publicznie potwierdzi jej miejsce u swojego boku, ich związek przestanie wyglądać jak obowiązek narzucony przez Radę, a ludzie będą musieli zaakceptować, że naprawdę należy do jego przyszłości. Teraz kilka złośliwych słów wystarczyło, aby dawne wątpliwości ponownie przedostały się do jej myśli.

Być może właśnie dlatego po raz pierwszy uważniej wsłuchała się w rozmowę o Kilianie. Nie dlatego, że sam mężczyzna ją zainteresował. Bardziej zdumiewała ją reakcja dziewczyn, które po jednej wiadomości o jego powrocie zupełnie zapomniały o wszystkich pozostałych chłopakach na sali. Jeszcze go nie zobaczyły, a już mówiły o jego sile, odwadze i wyglądzie z takim zachwytem, jakby nie był człowiekiem, lecz bohaterem jednej z opowieści powtarzanych przy ognisku.

Lily nie była nawet pewna, czy kiedykolwiek naprawdę go widziała. Wiedziała, że jest starszym bratem Doriana i wiele lat wcześniej opuścił watahę, ale nie potrafiła przypomnieć sobie jego twarzy ani głosu. Być może jako dziecko minęła go kiedyś na korytarzu albo dostrzegła z daleka podczas jednego z większych spotkań, jednak żadne konkretne wspomnienie nie pozostało w jej pamięci. Kilian był dla niej jedynie imieniem pojawiającym się od czasu do czasu w rozmowach dotyczących rodziny Doriana — imieniem, po którego wypowiedzeniu dorośli zwykle milkli albo zmieniali temat.

Tym bardziej bawiło ją, jak szybko dziewczyny uczyniły z niego kogoś niemal doskonałego. Każda kolejna pogłoska zdawała się tylko wzmacniać ich zachwyt, choć żadna z nich najwyraźniej nie znała go lepiej niż Lily.

Nie przyszło jej nawet do głowy, aby zastanawiać się, czy rzeczywiście był tak przystojny, jak twierdziły. Jej serce od dawna należało do Doriana, dlatego nie porównywała go z innymi mężczyznami i nie szukała wzrokiem nikogo poza nim. Mogła zauważyć czyjś wzrost, siłę albo atrakcyjną twarz, lecz nie znaczyło to dla niej więcej niż piękna suknia czy nowa dekoracja sali. Kilian pozostawał obcym człowiekiem, wokół którego przez lata zdążyła powstać legenda.

Uwaga Lily szybko powróciła do Doriana, którego nadal widziała po drugiej stronie sali. To on poprosił ją o rękę i przyjął decyzję Rady, a jego rodzina zaakceptowała ich przyszły związek. Skoro więc przyszły alfa uznał ją za godną miejsca przy swoim boku, być może pewnego dnia reszta watahy również przestanie widzieć w niej kogoś gorszego.

Przez ostatnie lata nauczyła się trzymać tej jednej myśli. Kiedy ktoś spoglądał na nią z litością albo szeptał za jej plecami, przypominała sobie, że Dorian mimo wszystko jej nie odrzucił. Gdy słyszała, że bez wilka nigdy nie stanie się pełnoprawną członkinią watahy, powtarzała sobie, że jego zdanie powinno znaczyć więcej niż opinie pozostałych. Wracała pamięcią do chwili, w której poprosił ją o rękę, i traktowała ją jak dowód, że brak przemiany nie odbiera jej wartości.

Dlatego tego wieczoru chciała być szczęśliwa. Chciała wierzyć, że kiedy Dorian stanie przed całą watahą i oficjalnie przedstawi ją jako swoją partnerkę, szepty wreszcie ucichną, a cudze wątpliwości przestaną mieć znaczenie. Powrót Kiliana mógł być dla innych sensacją, lecz dla Lily pozostawał jedynie kolejnym tematem rozmów, który wkrótce zejdzie na dalszy plan.

Właśnie wtedy drzwi sali otworzyły się szeroko.

Najpierw umilkły osoby stojące najbliżej wejścia. Potem cisza zaczęła przesuwać się w głąb pomieszczenia, obejmując kolejne grupy, aż nawet ci, którzy znajdowali się po przeciwnej stronie sali, przerwali rozmowy i odwrócili głowy. Muzyka nadal płynęła cicho, lecz nagle zdawała się dochodzić z bardzo daleka.

Do środka wszedł mężczyzna, którego Lily nie rozpoznała.

A przynajmniej tak początkowo sądziła.

Nie potrzebowała jednak przedstawienia. Wystarczyły twarze zgromadzonych, ich nagły bezruch i imię, które zaczęło przebiegać przez salę przyciszonym szeptem.

Kilian.

Starszy brat Doriana.

Lily przyglądała mu się, ponieważ robili to wszyscy. Był wysoki, wyraźnie górował nad większością zgromadzonych, a jego sylwetka miała niemal idealne proporcje: szerokie ramiona, mocno zarysowaną klatkę piersiową i wąską talię. Idealnie skrojona na miarę marynarka podkreślała linię barków i zwężała się przy biodrach, natomiast jasna koszula układała się na wyraźnie zarysowanych mięśniach, napinając lekko przy każdym jego ruchu. Nie wyglądał jednak jak ktoś, kto zbudował ciało wyłącznie dla efektu. Kryła się w nim naturalna siła, swobodna i niewymuszona, jakby jego sylwetka była wynikiem życia, które wymagało od niego znacznie więcej niż zwykłe treningi.

Gęste, czarne włosy miał lekko potargane, a kilka niesfornych pasm opadało mu na czoło, łagodząc ostre, zdecydowanie męskie rysy. Wyraźnie zarysowana szczęka, prosty nos i mocne kości policzkowe tworzyły twarz na tyle atrakcyjną, że reakcja dziewczyn nagle przestała wydawać się Lily zupełnie niezrozumiała. Nawet wyraźna blizna biegnąca przez lewy policzek nie odjęła jej smaku, a wręcz przeciwnie. Nadawała jej drapieżnego wyglądu podsyconego erotyzmem. Ona sama przyjęła ten fakt bez większych emocji, podobnie jak zauważyłaby, że ktoś jest wyjątkowo wysoki albo dobrze ubrany.

Kilian nie zatrzymał się niepewnie w progu ani nie próbował odczytać nastroju zgromadzonych. Szedł spokojnym, pewnym krokiem, jakby dziesiątki spojrzeń skupionych na jego osobie nie miały dla niego żadnego znaczenia, a ludzie stojący przy wejściu odsunęli się, zanim zdążył do nich podejść.

Nie wyglądał jak ktoś, kto po latach wrócił do rodzinnej watahy po aprobatę. Nie szukał znajomych twarzy, nie uśmiechał się na powitanie i nie próbował łagodzić napięcia, które pojawiło się wraz z nim. Zachowywał się tak, jakby nieobecność niczego nie zmieniła, a miejsce, które kiedyś zajmował, przez cały ten czas czekało właśnie na niego.

Dziewczyny stojące w pobliżu Lily natychmiast umilkły. Jedna poprawiła włosy, druga wygładziła dłonią suknię, a trzecia śledziła każdy jego krok z szeroko otwartymi oczami. Kilka innych kobiet również odwróciło się w jego stronę, lecz żadna nie podeszła. Zachwyt mieszał się z ostrożnością, jakby wszystkie opowieści o Kilianie, jeszcze przed chwilą brzmiące jak przesadzone plotki, nagle nabrały większej wiarygodności. Widać było jednak, że prawie każda kobieta obecna na sali z wielką chęcią stanęłaby u jego boku, miał ich uwagę na wyłączność.

Lily patrzyła na niego tylko przez kilka sekund. Wystarczająco długo, aby zrozumieć, skąd wzięło się poruszenie, ale nie na tyle, żeby podzielić podekscytowanie pozostałych. Nie wiedziała, czy historie o jego sile były prawdziwe ani czy rzeczywiście zasługiwał na aurę, którą wataha zdążyła zbudować wokół jego imienia. Nie miało to dla niej większego znaczenia.

Tego wieczoru czekała na kogoś innego.

Ponownie odnalazła wzrokiem Doriana. Nadal stał wśród starszyzny, chociaż jego sylwetka wydawała się teraz bardziej napięta, a uwaga nie była już całkowicie skupiona na prowadzonej rozmowie. Lily uznała, że powrót brata po tylu latach musiał być dla niego zaskoczeniem, jednak nie chciała wyciągać pochopnych wniosków. Dorian nie lubił, kiedy przerywano mu ważne rozmowy, dlatego przez chwilę wahała się, czy powinna podejść.

Chciała jednak znaleźć się przy nim przed rozpoczęciem oficjalnej części wieczoru. Powiedzieć, jak bardzo się cieszy, zapytać, czy wszystko zostało przygotowane, a przede wszystkim spędzić z nim choć kilka minut, zanim uwaga całej watahy skupi się na nich obojgu.

Przypomniała sobie również, że wcześniej poprosił ją, aby podczas przyjęcia nie znikała mu z oczu. Powiedział to spokojnie, niemal od niechcenia, ale Lily zapamiętała każde słowo. Zawsze zapamiętywała jego słowa.

Ruszyła w jego stronę, ostrożnie omijając parę stojącą przy jednym ze stolików. Zdołała jednak zrobić zaledwie kilka kroków, kiedy drogę zastąpiła jej grupa dziewczyn. Tym razem było ich więcej. Stanęły przed nią niemal ramię w ramię, pozostawiając zbyt mało miejsca, aby mogła przejść między nimi, i Lily od razu zrozumiała, że nie znalazły się tam przypadkiem.

Stanęły przed nią niemal demonstracyjnie, jedna obok drugiej, zmuszając ją do zatrzymania się. Było ich więcej niż wcześniej, a sposób, w jaki zamknęły przejście własnymi ciałami, nie pozostawiał wątpliwości, że zrobiły to celowo.

— Dokąd się wybierasz? — zapytała jedna z nich wyraźnie dominująca, ubrana chyba najbardziej odważnie ze wszystkich obecnych na sali. Selene.

Lily spojrzała na nią ze zniecierpliwieniem, próbując pokazać chociaż minimalną pewność siebie pomimo wewnętrznego strachu.

— Do Doriana.

— Do alfy?

Dziewczyna roześmiała się cicho, a kilka pozostałych natychmiast jej zawtórowało. Nie był to głośny śmiech, lecz pobrzmiewała w nim znajoma nuta kpiny, od której Lily odruchowo napięła ramiona.

— Nasza przyszła pani luna chyba bardzo się spieszy — dodała inna.

Lily zacisnęła szczękę i spróbowała wyminąć je z lewej strony.

— Przepuśćcie mnie.

— Dlaczego? — Jedna z dziewczyn przesunęła się razem z nią, ponownie zagradzając przejście. — Chciałyśmy tylko chwilę porozmawiać.

— Nie mamy o czym rozmawiać.

— My mamy.

Ta, która stała najbliżej, przyjrzała się Lily z przesadną uwagą. Powoli przesunęła wzrokiem po jej twarzy, jasnej sukni i szczupłej sylwetce, jakby oglądała przedmiot wystawiony na sprzedaż i szukała w nim wady, którą mogłaby wskazać pozostałym. W końcu uniosła brwi.

— Naprawdę zamierzasz dzisiaj zostać partnerką alfy w takim stanie?

Lily zmarszczyła brwi i skusiła się na szybkie zerknięcie okiem na sukienkę z nadzieją, że mają na myśli jakąś plamę, której nie zauważyła. Chociaż gdzieś w głębi już wiedziała, co za chwilę usłyszy.

— W jakim stanie?— zapytała zmęczonym głosem.

Uśmiech dziewczyny stał się szerszy.

— Nadal bez wilka.

Kilka osób stojących za nią zachichotało. Lily poczuła, jak ciepło, które jeszcze przed chwilą pojawiało się w niej na myśl o Dorianie, znika, pozostawiając po sobie znajomy ucisk pod żebrami. Znowu to samo: te same spojrzenia, ten sam ton i ten sam brak, który potrafili wykorzystać przeciwko niej zawsze, gdy chcieli przypomnieć, że w ich oczach pozostawała kimś niepełnym.

— To musi być strasznie upokarzające — odezwała się inna dziewczyna. — Wszystkie w naszym wieku już dawno przeszły przemianę, a ty nadal jesteś… taka.

Zawiesiła głos i wykonała dłonią nieokreślony gest, jakby nie potrafiła znaleźć słowa dostatecznie obraźliwego, aby opisać Lily.

Coś zacisnęło się w jej gardle, jednak zmusiła się, by odpowiedzieć spokojnie.

— Jestem taka sama jak wy.

— Nie jesteś — odparła dziewczyna bez cienia uśmiechu.

Właśnie ten spokojny, pozbawiony emocji ton zabolał bardziej niż wcześniejszy śmiech.

— I dlatego wszyscy się z ciebie śmieją i nikt cię tu nie chce, bezwilczy śmieciu.

Lily poczuła pieczenie pod powiekami. Mocniej zacisnęła palce na nóżce kieliszka, aż pobielały jej knykcie, i przez chwilę skupiła całą uwagę na chłodzie szkła. Nie mogła się rozpłakać. Nie tutaj, nie przed nimi i nie podczas wieczoru, który miał wszystko zmienić.

— Dorian mnie wybrał — powiedziała, lekko unosząc głowę i patrząc w oczy tym, które zagradzały jej drogę, jednocześnie chwytając się tych słów jak jedynej rzeczy, której nie mogły jej odebrać.

Wypowiedzenie jego imienia przyniosło jej niemal fizyczną ulgę. Dorian był następcą alfy, a jego decyzja powinna znaczyć więcej niż wszystkie ich drwiny.

Dziewczyna prychnęła.

— Dorian zostanie alfą, ale ty kim jesteś? Córką trzeciego bety. Nikim ważnym. — Pochyliła się nieznacznie, nie odrywając wzroku od twarzy Lily. — Nikt nie rozumie, dlaczego wybrał kogoś takiego jak ty.

Lily zamilkła. Czuła na sobie coraz więcej spojrzeń, chociaż rozmowy wokół nich jeszcze nie ucichły. Ludzie spoglądali ukradkiem, szeptali coś do siebie, po czym szybko odwracali wzrok, kiedy Lily próbowała na nich spojrzeć.

Odruchowo popatrzyła ponad ramionami dziewczyn i odnalazła Doriana, który stał po drugiej stronie sali, zaledwie kilkanaście kroków dalej, i patrzył prosto na nią.

Ulga przyszła natychmiast. Napięcie w jej ramionach osłabło, a w piersi pojawiła się pewność, że najgorsze właśnie minęło. Dorian widział, co się dzieje. Był jej narzeczonym i przyszłym alfą; nie mógł pozwolić, aby podczas tak ważnego wieczoru ktokolwiek traktował jego partnerkę w ten sposób.

Czekała, aż ruszy w ich stronę.

Minęła jedna sekunda, potem kolejna, lecz Dorian nadal pozostawał na swoim miejscu. Nie odwrócił wzroku i nie wrócił do rozmowy ze starszyzną. Po prostu obserwował z nieprzeniknionym, chłodnym wyrazem twarzy.

Pierwsze ukłucie rozczarowania Lily stłumiła, zanim zdołało przybrać wyraźny kształt. Na pewno nie chciał urządzać sceny przy wszystkich. Być może uważał, że powinna nauczyć się samodzielnie radzić sobie z podobnymi komentarzami, skoro jako jego partnerka nie zawsze będzie mogła liczyć na ochronę i ulgowe traktowanie. Wielokrotnie powtarzał przecież, że przyszła Luna musi być silna, a słabość jedynie zachęca innych do ataku.

Może właśnie sprawdzał, czy jest gotowa na rolę, którą miała przyjąć.

Ta myśl wystarczyła, aby Lily odzyskała odrobinę spokoju. Łatwiej było uwierzyć, że Dorian chciał ją czegoś nauczyć, niż zastanawiać się, dlaczego patrzył na jej upokorzenie i nie zamierzał go przerwać.

Uniosła podbródek, wzięła głęboki oddech próbując nadać twarzy pewniejszy wyraz, a potem ponownie ruszyła przed siebie. Nie zdążyła jednak zrobić nawet kroku, ponieważ jedna z dziewczyn zacisnęła palce na jej ramieniu.

Lily spojrzała na trzymającą ją dłoń.

— Puść mnie.

— A jeśli nie?

Spróbowała uwolnić rękę, lecz dziewczyna jedynie wbiła palce mocniej w jej skórę.

— Powiedziałam, żebyś mnie puściła.

— Jaka odważna — zakpiła tamta.

Nagle ktoś stojący z tyłu chwycił Lily za włosy i gwałtownie pociągnął. Ból przeszył jej skórę, odrzucając głowę do tyłu, a z jej ust wyrwał się krótki krzyk. Kieliszek wysunął się z dłoni i roztrzaskał o posadzkę. Ostry trzask szkła przeciął gwar sali, sprawiając, że kilka najbliższych rozmów urwało się w pół słowa.

— Puśćcie mnie!

Lily szarpnęła się, ale napastniczek było zbyt wiele. Jedna nadal ciągnęła ją za włosy, druga trzymała za ramię, a kolejna naparła na nią całym ciałem, popychając w stronę wyjścia. Obcasy Lily ześlizgnęły się po gładkiej posadzce, gdy próbowała zaprzeć się nogami.

Dziewczyny śmiały się, jakby jej ból i narastające przerażenie stanowiły najlepszą rozrywkę tego wieczoru. Wokół nich tworzyła się wolna przestrzeń. Ludzie odsuwali się, żeby nie znaleźć się zbyt blisko szarpaniny, lecz nikt nie podszedł. Kilka osób spojrzało w stronę Doriana, jakby czekało na jego reakcję, a kiedy jej nie zobaczyli, również pozostali na swoich miejscach. Bali się wychylić przed alfę.

— Dorian! — krzyknęła Lily.

Potrzebowała właśnie jego. Wciąż wierzyła, że kiedy zobaczy, jak bardzo się boi, natychmiast przerwie to, co się działo.

Dorian spojrzał na nią.

Ich oczy się spotkały i przez krótką chwilę Lily była pewna, że teraz wszystko się skończy. Jej serce, które jeszcze przed momentem uderzało gwałtownie o żebra, jakby na ułamek sekundy zamarło w oczekiwaniu. Wystarczyłoby, żeby ruszył w jej stronę, wypowiedział jedno słowo albo wykonał najmniejszy gest, a żadna z dziewczyn nie odważyłaby się jej dłużej dotykać.

Dorian jednak nadal się nie poruszył.

Rozczarowanie uderzyło w nią mocniej niż ból ciągniętych włosów, ale Lily niemal natychmiast zaczęła szukać kolejnego usprawiedliwienia. Może był wściekły. Może zrobiła coś, czym zasłużyła na jego gniew, chociaż jeszcze nie wiedziała co. Być może uznał, że sama doprowadziła do tej sytuacji, wdając się w niepotrzebną rozmowę, a teraz powinna ponieść konsekwencje i udowodnić, że potrafi zachować godność nawet wtedy, gdy inni próbują ją upokorzyć.

Przełknęła ślinę, usiłując powstrzymać drżenie całego ciała, i kurczowo uczepiła się przekonania, że Dorian na pewno wie, co robi. Musiał mieć powód, aby pozostać na swoim miejscu, ponieważ myśl, że widział jej strach i świadomie pozwalał jej cierpieć, była czymś, czego Lily nie potrafiła dopuścić do świadomości.

Przecież znała Doriana. Wiedziała, że nie znosił, kiedy okazywała słabość, i nieraz powtarzał, że kobieta mająca stanąć u boku przyszłego alfy nie może pozwolić, aby inni zobaczyli w niej kogoś bezbronnego. Jego bezruch nie musiał oznaczać obojętności. Być może dawał jej szansę, aby sama udowodniła, że potrafi się obronić.

Musiał mieć ku temu powód. Musiało mu na niej zależeć, skoro zamierzał uczynić ją swoją oficjalną partnerką i jeszcze tego wieczoru potwierdzić jej miejsce przed całą watahą.

Dziewczyny tymczasem ciągnęły ją w stronę wyjścia. Jedna zaciskała palce na jej przedramieniu, druga szarpała ją za włosy, a trzecia popychała od tyłu, nie pozwalając złapać równowagi.

— Przecież chciałaś wrócić do Doriana, prawda? — rzuciła któraś.

— Więc idziemy — dodała inna ze śmiechem. — Tylko w drugą stronę.

Lily zaparła obcasy o posadzkę i spróbowała zatrzymać się choć na moment, lecz uścisk na jej rękach natychmiast się wzmocnił. Szarpnięta jednocześnie w dwie strony zachwiała się, a ciężka suknia oplotła jej nogi, utrudniając każdy kolejny krok.

— Zostawcie mnie!

— Przestań się wyrywać.

— Puśćcie mnie, do cholery!

Podniosła głos, ale nikt nie przyszedł jej z pomocą. Osoby stojące najbliżej odsuwały się, robiąc dziewczynom przejście. Niektórzy spoglądali na Lily z zakłopotaniem, inni z nieukrywaną ciekawością, lecz większość szybko kierowała wzrok ku Dorianowi. Skoro przyszły alfa patrzył i nie reagował, nikt nie zamierzał wystąpić przed niego.

Jedna z napastniczek pociągnęła Lily za włosy tuż przy karku, zmuszając ją do odchylenia głowy. Ból rozlał się po skórze ostrą falą.

— Puść moje włosy!

Lily uniosła rękę, próbując odsunąć jej dłoń, lecz druga dziewczyna natychmiast chwyciła ją za nadgarstek i wykręciła do tyłu. Ból przeszył staw, odbierając jej na chwilę oddech.

— Przestań walczyć, bo będzie gorzej.

Te słowa sprawiły, że Lily znieruchomiała. Nie dlatego, że zamierzała się poddać, lecz dlatego, że po raz pierwszy naprawdę zrozumiała, że nie chciały jej jedynie nastraszyć. W ich głosach nie było już zwyczajnej szkolnej złośliwości ani chęci popisania się przed koleżankami. Czuły się bezkarne i najwyraźniej zamierzały sprawdzić, jak daleko mogą się posunąć.

Pociągnęły ją dalej. Lily próbowała nadążyć, lecz ciągnięta za ręce i włosy nie mogła iść własnym krokiem. Potykała się o materiał sukni, aż przy samym wyjściu jedna z dziewczyn szarpnęła ją tak mocno, że uderzyła ramieniem o drewnianą framugę.

Ból promieniował aż do łokcia, jednak pierwszym odruchem Lily nie było spojrzenie na rękę. Odwróciła głowę i ponownie odnalazła Doriana.

Nadal stał w tym samym miejscu.

— Dorian! — zawołała jeszcze raz, tym razem ciszej, jakby coraz mniej wierzyła, że wypowiedzenie jego imienia cokolwiek zmieni.

Ich spojrzenia znów się spotkały. Lily szukała na jego twarzy złości, troski, choćby najmniejszego śladu, że za chwilę zareaguje, ale z tej odległości widziała jedynie chłodny bezruch. Dorian nie odwrócił wzroku i pozwolił dziewczynom przeciągnąć ją przez próg, nie zaszczycając ich swoją reakcją.

Kiedy drzwi sali zostały za nimi, muzyka i rozmowy przygasły, stłumione grubymi ścianami. Na korytarzu słychać było już tylko stukot obcasów, urywany oddech Lily oraz śmiech dziewczyn, które przyspieszyły, ciągnąc ją w stronę dziedzińca.

Lily szarpnęła ręką, próbując uwolnić nadgarstek. W odpowiedzi dziewczyna idąca za nią pociągnęła ją za włosy tak mocno, że krzyk sam wyrwał się z jej gardła.

— Puść mnie!

— Jeszcze przed chwilą byłaś taka odważna.

— Ciekawe, gdzie teraz jest twój przyszły alfa.

Lily zacisnęła zęby. Łzy napłynęły jej do oczu, lecz mrugała szybko, próbując je powstrzymać. Nie chciała dać im satysfakcji, choć ból przy każdym szarpnięciu stawał się coraz trudniejszy do zniesienia. Wszechobecny śmiech z jej powodu sprawiał, że miała ochotę krzyczeć.

— Zostawcie mnie w spokoju!

— A co nam zrobisz?

Jedna z dziewczyn popchnęła ją od tyłu. Lily poleciała naprzód i tylko uścisk na ramieniu uchronił ją przed upadkiem. Palce napastniczki wbiły się jednak głęboko w obolałą skórę.

— Puść!

— Nadal uważasz, że jesteś od nas lepsza?

— Nigdy tak nie powiedziałam.

— Ale zachowujesz się, jakbyś była kimś ważnym.

— Jestem partnerką Doriana.

Słowa z trudem przeszły jej przez zaciśnięte gardło. Jeszcze niedawno wypowiadała je z dumą; teraz brzmiały jak ostatnia rzecz, którą mogła się osłonić.

Dziewczyna idąca przed nią odwróciła się i roześmiała.

— Chyba tylko w swoich snach.

Lily nie zdążyła odpowiedzieć. Kolejne szarpnięcie zmusiło ją do szybszego kroku, a kiedy spróbowała osłonić głowę wolną dłonią, jedna z napastniczek natychmiast odciągnęła jej rękę.

— Nie zasłaniaj się.

— Przestańcie!

Głos Lily załamał się na ostatnim słowie.

Chwilę później wyszły na dziedziniec. Chłodne powietrze uderzyło ją w rozgrzaną twarz, a szum wody sprawił, że niemal natychmiast zrozumiała, dokąd ją prowadzą. Fontanna znajdowała się zaledwie kilka metrów dalej, oświetlona ciepłym blaskiem lamp padającym z wysokich okien rezydencji.

Strach dotarł do niej szybciej niż myśl. Lily zaczęła szarpać się z nową siłą, rozpaczliwie próbując wyrwać ręce z ich uścisku.

— Nie. Zostawcie mnie!

— Boisz się wody?

— Puśćcie mnie!

Jedna z dziewczyn przytrzymała ją za oba ramiona, druga ponownie zacisnęła dłoń na jej włosach, a trzecia stanęła przed nią, odcinając jedyną wolną drogę.

— Może zimna woda obudzi w tobie wilka.

— Wreszcie coś cię przemieni.

— Albo dalej będziesz tylko człowiekiem.

Lily potrząsnęła głową, lecz tym razem nie zdołała powstrzymać łez. Spłynęły po jej policzkach, ciepłe w porównaniu z chłodem nocnego powietrza.

— Proszę…

Słowo wyrwało się z niej bezwiednie. Nie wiedziała nawet, do której z dziewczyn je kierowała. Być może do wszystkich naraz, a może wciąż do Doriana, którego rozpaczliwie szukała wzrokiem w rozświetlonych oknach.

Nie zdążyła powiedzieć nic więcej. Jedna z dziewczyn pchnęła ją z całej siły.

Lily zachwiała się i spróbowała cofnąć stopę, ale za plecami miała już jedynie kamienną krawędź fontanny. Obcas ześlizgnął się po mokrej powierzchni, nogi straciły oparcie, a chwilę później wpadła do wody z pluskiem.

Zimno uderzyło w nią tak gwałtownie, że odebrało jej oddech. Woda zamknęła się nad głową, tłumiąc śmiech i krzyki, a ciężka suknia natychmiast pociągnęła ją w dół. Przez kilka sekund Lily nie wiedziała, gdzie znajduje się powierzchnia. Poruszała rękami chaotycznie, aż palce natrafiły na kamienne dno i pozwoliły jej się odepchnąć.

Wynurzyła się, gwałtownie chwytając powietrze. Zakrztusiła się wodą, odkaszlnęła i oparła drżące dłonie o dno fontanny, próbując uspokoić oddech. Mokre włosy oblepiły jej twarz, a nasiąknięta suknia stała się tak ciężka, że każdy ruch wymagał ogromnego wysiłku.

Nad jej głową ponownie rozległ się śmiech.

Lily zacisnęła powieki, jakby w ten sposób mogła odgrodzić się od dziewczyn, od spojrzeń ludzi zbierających się przy wyjściu i od upokorzenia, które paliło ją pod skórą. Drżała tak silnie, że nie potrafiła zapanować nad własnymi dłońmi, a serce uderzało o żebra, zagłuszając na moment wszystko dookoła.

Kiedy w końcu udało jej się zaczerpnąć pełniejszy oddech, odgarnęła mokre włosy z twarzy i podniosła wzrok. Pierwszego odruchu nie musiała sobie tłumaczyć — nawet teraz szukała Doriana.

Odnalazła go niemal natychmiast. Stał na balkonie i patrzył na nią z góry.

Lily przez krótką chwilę czekała, aż Dorian podejdzie. Była przekonana, że zaraz ruszy w jej stronę, wyciągnie rękę i pomoże jej wstać, a może przynajmniej zapyta, czy nic jej się nie stało. Wystarczyłby jeden krok, jeden gest, który pokazałby jej, że mimo wszystkiego nadal stoi po jej stronie.

Dorian jednak pozostał na balkonie.

Nie wyglądał na zaskoczonego ani zaniepokojonego. Obserwował ją spokojnie, jakby czekał, co zrobi dalej, a kiedy ich spojrzenia się spotkały, kącik jego ust drgnął i uniósł się w ledwie widocznym uśmiechu.

To zabolało bardziej niż szarpanie za włosy, palce wbite w ramiona, a nawet zimna woda, która oblepiała ciało i odbierała czucie w dłoniach. Przez krótką chwilę Lily jedynie na niego patrzyła, niezdolna pogodzić widoku tego uśmiechu z mężczyzną, który jeszcze tego wieczoru miał oficjalnie ogłosić ją swoją partnerką.

Jej umysł niemal natychmiast zaczął jednak szukać usprawiedliwienia. Dorian na pewno nie chciał jej upokorzyć. Być może oczekiwał, że sama nauczy się bronić, albo był zły, ponieważ pozwoliła dziewczynom się sprowokować. Nie mógł przecież za każdym razem wyciągać jej z trudnej sytuacji, skoro pewnego dnia miała zostać Luną i wspólnie z nim odpowiadać za całą watahę.

Później porozmawiają. Na pewno wszystko jej wyjaśni, a ona zrozumie, że również tym razem kierował się czymś ważniejszym niż to, co mogła dostrzec z wnętrza fontanny. Dorian ją kochał. Musiał ją kochać, skoro jej nie odrzucił, poprosił o rękę i zamierzał postawić u swojego boku przed całą watahą. Prawda?

Lily uczepiła się tego przekonania z desperacją, jakby było jedyną rzeczą, która mogła utrzymać ją na powierzchni. Wszystko, co widziała przed sobą, zdawało się mu przeczyć, a jednak nie potrafiła dopuścić myśli, że Dorian mógł świadomie przyglądać się jej upokorzeniu i czerpać z niego satysfakcję.

— Zostawcie ją.

Głos nie był głośny, ale zabrzmiała w nim siła, która nie potrzebowała krzyku. Śmiech urwał się niemal natychmiast, a stojące przy fontannie dziewczyny zesztywniały i odruchowo odsunęły się od kamiennej krawędzi.

Lily odwróciła głowę w stronę z której dobiegał nieznajomy jej głos.

Kilka kroków dalej stał Kilian.

Pierwszy raz widziała jego twarz z tak niewielkiej odległości. Nie patrzył na otaczających fontannę ludzi ani na dziewczyny, które jeszcze przed momentem się śmiały. Jego wzrok spoczywał wyłącznie na niej, przesuwając się przez mokre włosy przyklejone do policzków, drżące ramiona i zaczerwienione ślady pozostawione na skórze przez cudze palce. Mięsień na jego szczęce napiął się wyraźnie.

Ich spojrzenia spotkały się i przez krótką chwilę Lily miała wrażenie, że wszystko wokół przycichło. Jeszcze przed momentem słyszała śmiech, szepty zgromadzonych, własny urywany oddech i wodę przelewającą się przez kamienną nieckę, lecz teraz wszystkie dźwięki odsunęły się na dalszy plan, jakby pomiędzy nimi a fontanną nagle pojawiła się niewidzialna granica.

Nie rozumiała, dlaczego jego obecność przyniosła jej tak nagłą ulgę. Być może wystarczyło, że po raz pierwszy od chwili rozpoczęcia ataku ktoś nie oczekiwał od niej, że sama sobie poradzi. Kilian nie kazał jej być silną, nie oceniał jej reakcji i nie patrzył obojętnie, czekając, aż zasłuży na pomoc. Zobaczył, co się stało, i po prostu zareagował.

On również znieruchomiał, choć trwało to zaledwie ułamek sekundy. Jego wzrok zatrzymał się na oczach Lily, a w ciemnych tęczówkach przemknął krótki, złoty błysk. Pojawił się i zniknął tak szybko, że natychmiast zwątpiła, czy naprawdę go dostrzegła.

Zamrugała, próbując pozbyć się wody spływającej po rzęsach. Kiedy ponownie spojrzała Kilianowi w oczy, były już zupełnie zwyczajne. Być może światło padające z okien odbiło się w nich pod dziwnym kątem albo zimno i łzy zaczęły płatać jej figle.

Kilian ruszył w stronę fontanny. Ludzie ustępowali mu z drogi bez słowa, a dziewczyny, które przed chwilą czuły się całkowicie bezkarne, nie odważyły się nawet podnieść wzroku. Stały przy fontannie ze spuszczonymi głowami i dłońmi splecionymi przed sobą jak winne czekające na wyrok.

Zatrzymał się przy kamiennej krawędzi.

— Chodź — powiedział, wyciągając do niej rękę.

Lily spojrzała najpierw na jego otwartą dłoń, a potem na twarz. Przez chwilę naprawdę chciała ją przyjąć, choć nie rozumiała, skąd wzięło się dziwne poczucie bezpieczeństwa, które pojawiło się w niej wraz z jego głosem. Jeszcze przed momentem całe jej ciało było napięte ze strachu, ramiona bolały od szarpania, a palce drżały z zimna. Teraz, mimo że nadal siedziała w lodowatej wodzie, napięcie zaczęło powoli ustępować, jakby sama obecność człowieka, który bez wahania stanął po jej stronie, pozwoliła jej choć na moment przestać się bronić.

Nie znała tego człowieka i praktycznie nic o nim nie wiedziała, a jednak jego obecność sprawiła, że po raz pierwszy od chwili, gdy dziewczyny wyciągnęły ją z sali, poczuła się naprawdę zauważona. Nie jako bezwilcza, przyszła partnerka alfy czy obiekt drwin, lecz jako ktoś, komu właśnie wyrządzono krzywdę.

Jej palce uniosły się nad powierzchnię wody i niemal odruchowo powędrowały w stronę dłoni Kiliana. Wystarczyłoby wyciągnąć rękę odrobinę dalej, pozwolić mu zacisnąć palce na jej dłoni i pomóc sobie wstać.

Wtedy Lily podniosła wzrok.

Po drugiej stronie dziedzińca, na balkonie, nadal stał Dorian. Patrzył już nie tylko na nią, lecz także na wyciągniętą rękę starszego brata, a wcześniejszy cień uśmiechu zniknął z jego twarzy.

Ich spojrzenia się spotkały i znajome poczucie winy powróciło niemal natychmiast. Żołądek Lily ścisnął się boleśnie, a palce, które przed momentem same szukały dłoni Kiliana, zastygły kilka centymetrów od niej. Nagle ten prosty gest przestał przypominać zwyczajną pomoc. Pod spojrzeniem Doriana zaczął wydawać się czymś, czego nie powinna przyjmować i czymś co będzie miało dla niej bardzo przykre konsekwencje.

To przecież Dorian był jej narzeczonym.

Być może rzeczywiście przesadziła. Nie powinna była pozwolić dziewczynom doprowadzić się do takiego stanu ani wołać go na oczach całej watahy, jakby bez jego pomocy nie potrafiła sobie poradzić. Wielokrotnie mówił, że jeśli ma zostać jego partnerką, musi nauczyć się być silniejsza. Może właśnie tego od niej oczekiwał, a przyjęcie dłoni obcego mężczyzny tylko potwierdziłoby, że nadal była zbyt słaba.

Lily przełknęła ślinę. Gardło zacisnęło się tak mocno, że nie zdołała wypowiedzieć ani słowa. Cofnęła rękę do wody i powoli pokręciła głową, choć sama nie wiedziała, czy odmawia Kilianowi, czy próbuje przekonać siebie, że podejmuje właściwą decyzję.

Nie przyjęła jego pomocy, mimo że w tej chwili potrzebowała jej bardziej, niż chciała przed sobą przyznać. Nie potrafiła wykonać tego jednego prostego gestu, kiedy jej własny narzeczony patrzył z balkonu. Miała wrażenie, że sięgając po dłoń Kiliana, opowiedziałaby się przeciwko Dorianowi, choć to właśnie on pozostawił ją samą w fontannie.

Kilian nie cofnął ręki od razu. Nadal patrzył na Lily, spokojnie i bez ponaglania, jakby dawał jej czas na zmianę decyzji. Dopiero kiedy stało się jasne, że tego nie zrobi, powoli opuścił dłoń, a potem podążył wzrokiem za jej spojrzeniem.

Zobaczył Doriana.

Dorian patrzył prosto na niego.

Zmiana była natychmiastowa, choć żaden z braci się nie poruszył. Ciche szepty wokół fontanny ucichły, a stojący najbliżej ludzie cofnęli się niemal niezauważalnie, jakby instynkt ostrzegł ich przed czymś, czego Lily jeszcze nie potrafiła dostrzec. Nawet dziewczyny, które niedawno śmiały się najgłośniej, spuściły wzrok i odsunęły się od kamiennej niecki.

Lily poczuła narastające napięcie niemal fizycznie. Zimno wody na moment zeszło na dalszy plan, mięśnie ramion ponownie się napięły, a oddech zatrzymał się gdzieś wysoko w piersi. Powietrze pomiędzy balkonem a fontanną zdawało się nagle cięższe, wypełnione czymś niewypowiedzianym, co dotyczyło nie tylko jej upokorzenia.

Kilian stał spokojnie przy fontannie. Nie uniósł głosu, nie ruszył w stronę brata ani nie wykonał żadnego gestu, który można byłoby uznać za otwarte wyzwanie. Jedynym śladem emocji było wyraźniejsze napięcie szczęki oraz spojrzenie, które stwardniało, gdy zatrzymało się na Dorianie.

Po plecach Lily przebiegł dreszcz niezwiązany z zimną wodą.

Nie wiedziała, co właściwie wydarzyło się pomiędzy braćmi. Dwa najpotężniejsze samce alfa tej watahy wpatrywali się na siebie w całkowitym milczeniu, a mimo to miała wrażenie, że właśnie padło coś znacznie ważniejszego niż słowa. Kilian nie wyglądał, jakby zamierzał ustąpić, choć przecież nie zrobił nic więcej poza zaoferowaniem jej pomocy.

Dorian zareagował zupełnie inaczej.

Najpierw na jego twarzy pojawiło się niedowierzanie, jakby nie potrafił uwierzyć, że brat wtrącił się w sprawę, którą uważał za własną. Zaraz potem jego rysy stwardniały, a w oczach przemknął cień niepewności, szybko wyparty przez gwałtowny gniew. Ramiona napięły się pod marynarką, dłonie zacisnęły na balustradzie, a pobielałe knykcie zdradziły siłę uścisku.

Mimo że to Dorian stał wysoko nad dziedzińcem i patrzył na wszystkich z balkonu, Lily po raz pierwszy nie miała wrażenia, że to on kontroluje sytuację.

Kilian nawet nie drgnął. Nie odpowiedział na gniew brata własnym gniewem, nie odwrócił wzroku i nie próbował zaznaczyć swojej przewagi. Stał przy fontannie z tak niewzruszonym spokojem, że jego milczenie zdawało się działać na Doriana mocniej niż najostrzejsza groźba i bezpośredni atak.

Lily przenosiła wzrok z jednego brata na drugiego, czując narastającą potrzebę, by przerwać tę ciszę, choć nie miała pojęcia, co mogłaby powiedzieć. Jeszcze przed chwilą wokół fontanny rozbrzmiewał śmiech, a ona rozpaczliwie próbowała zachować resztki godności. Teraz jednak nikt już nie zwracał uwagi na jej przemoczoną suknię ani włosy przyklejone do twarzy. Wszystkie spojrzenia skupiły się na Kilianie i Dorianie.

Przyciszone rozmowy ucichły, a drwiące uśmiechy zniknęły z twarzy uczestników obserwujących to zdarzenie. Nawet woda spływająca po kamiennych zdobieniach fontanny zdawała się szumieć ciszej niż wcześniej. Nikt nie chciał przegapić ani jednego gestu, jakby wszyscy wyczuwali, że między braćmi rozgrywa się właśnie coś znacznie poważniejszego niż zwykła wymiana spojrzeń.

Dorian pierwszy przerwał tę niemą próbę sił.

Oderwał wzrok od Kiliana i spojrzał na Lily. Jego dłonie wciąż były zaciśnięte, a mięśnie szczęki napięte tak mocno, że wyostrzały rysy jego twarzy. Przez krótką chwilę jedynie na nią patrzył, lecz to wystarczyło, by żołądek Lily ścisnął się boleśnie, a ona sama bezwiednie skuliła się w sobie.

— Lily… — wysyczał przez zaciśnięte zęby.

W panującej wokół ciszy nie musiał podnosić głosu. Wypowiedział jej imię cicho, niemal spokojnie, ale Lily natychmiast rozpoznała gniew ukryty pod tym tonem. Znała go aż za dobrze.

Jej ciało zareagowało szybciej niż myśli. Ramiona napięły się, głowa odruchowo pochyliła, a sylwetka skuliła jeszce mocniej, jakby mogła w ten sposób stać się mniejsza i choć częściowo zniknąć mu z oczu. Poczucie bezpieczeństwa, które przed momentem pojawiło się wraz z obecnością Kiliana, rozpłynęło się bez śladu.

Serce znów zaczęło jej walić.

Nie chciała teraz podchodzić do Doriana. Nie tutaj, przy całej watasze, gdy była przemoczona, roztrzęsiona i upokorzona. Bolały ją ramiona po mocnym uścisku dziewczyn, skóra głowy pulsowała w miejscach, w których szarpały ją za włosy, a zimna woda spływała po karku i znikała pod nasiąkniętym materiałem sukni. Wystarczyło jednak jedno słowo Doriana, by wszystko to zeszło na dalszy plan. Bardziej niż ból i chłód przerażała ją myśl, że będzie musiała stanąć przed nim i wysłuchać jego gniewu, podczas gdy wszyscy będą się im przyglądać.

Pieczenie pod powiekami nasiliło się. Lily zacisnęła zęby, próbując powstrzymać łzy. Jeśli zostanie tam choć chwilę dłużej, rozpłacze się na oczach całej watahy, a wtedy dziewczyny dostaną dokładnie to, czego chciały — jeszcze jeden dowód na to, że przyszła partnerka alfy jest słaba.

Opuściła wzrok i położyła obie dłonie na mokrym brzegu fontanny. Kamień był śliski, a ciężka suknia ciągnęła ją w dół, jakby nasiąknięty materiał nie chciał pozwolić jej wydostać się z wody. Lily podciągnęła suknię, przełożyła nogę przez krawędź i z trudem uniosła się na drżących rękach. Pantofel ześlizgnął się po mokrej powierzchni, przez co kolanem uderzyła o kamień, ale nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Nie spojrzała już ani na Kiliana, ani na Doriana. Nie chciała widzieć ich twarzy.

Kiedy stanęła na dziedzińcu, woda natychmiast zaczęła zbierać się wokół jej stóp. Dziewczyny, które jeszcze przed chwilą przytrzymywały ją i śmiały się z jej strachu, odsunęły się, robiąc jej przejście. Teraz żadna z nich nie miała odwagi się odezwać.

Lily zacisnęła palce na mokrym materiale sukni, uniosła go, by nie plątał się jej wokół nóg, i ruszyła przed siebie. Przecisnęła się między ludźmi otaczającymi fontannę, nie podnosząc wzroku. Czuła na sobie ich spojrzenia, słyszała pierwsze szepty pojawiające się za plecami, ale nie próbowała rozpoznać głosów. Nie chciała wiedzieć, kto patrzy na nią z litością, a kto jedynie czeka, aż znajdzie się wystarczająco daleko, by znów zacząć się śmiać.

— Lily!

Głos Doriana dogonił ją, zanim zdążyła opuścić dziedziniec.

Nie zatrzymała się. Przyspieszyła, choć przemoczone pantofle ślizgały się na kamiennych płytach, a suknia utrudniała każdy krok. Kiedy usłyszała swoje imię po raz drugi, zaczęła biec.

Początkowo poruszała się niezgrabnie, jedną ręką przytrzymując ciężki materiał, a drugą próbując ocierać wodę spływającą jej do oczu. Z każdym kolejnym krokiem biegła jednak szybciej, jakby wystarczyło oddalić się od fontanny, by zostawić tam również śmiech dziewczyn, wzrok całej watahy i wyraz twarzy Doriana.

Światła sali stopniowo znikały za jej plecami. Muzyka i głosy ucichły, zastąpione szelestem liści oraz odgłosem jej własnych kroków. Chłodne nocne powietrze uderzyło ją w twarz, a mokra suknia przylegała do skóry, odbierając resztki ciepła.

Zatrzymała się dopiero w ciemniejszej części ogrodu, kiedy zabrakło jej tchu. Pochyliła się, opierając dłoń na udzie, i próbowała zaczerpnąć powietrza, ale każdy oddech kończył się bolesnym drżeniem. Jej klatka piersiowa unosiła się gwałtownie, gardło piekło, a serce wciąż uderzało zbyt szybko.

Łzy, które tak długo powstrzymywała, w końcu spłynęły jej po policzkach i zmieszały się z wodą kapiącą z włosów. Lily przetarła twarz dłonią, lecz zaraz pojawiły się kolejne. Objęła się ramionami, usiłując zapanować nad drżeniem, choć sama nie wiedziała, czy wywoływało je zimno, czy wszystko, co wydarzyło się tego wieczoru.

Nie powinna była do niego podchodzić.

Ta myśl przebiła się przez chaos jako pierwsza, przynosząc ze sobą bolesne, lecz znajome poczucie porządku. Gdyby pozostała przy oknie i zaczekała, aż Dorian sam do niej przyjdzie, dziewczyny nie zastąpiłyby jej drogi. Gdyby nie próbowała z nimi dyskutować, nie sprowokowałaby ich. Gdyby od razu odeszła. Gdyby nie pozwoliła im zobaczyć swojego strachu. Gdyby była silniejsza, nic z tego by się nie wydarzyło.

Każde kolejne „gdyby” bolało, a jednocześnie przynosiło jej odrobinę ulgi. Jeśli to ona zawiniła, mogła następnym razem zachować się inaczej. Mogła bardziej się postarać, nie okazywać słabości i wreszcie stać się kobietą, której Dorian nie będzie musiał się wstydzić.

Znacznie trudniej byłoby dopuścić do siebie myśl, że nie miała wpływu na to, co się stało. Że dziewczyny skrzywdziły ją, ponieważ chciały to zrobić, a Dorian wszystko widział i mimo to nie ruszył jej na pomoc.

Przed oczami ponownie stanęła jej jego twarz i lekko uniesiony kącik ust.

Lily zacisnęła powieki i natychmiast odepchnęła od siebie to wspomnienie.