Bez tchu - Amy McCulloch - ebook + książka

Bez tchu ebook

McCulloch Amy

4,2

Opis

Sześcioro nieznajomych. Jeden morderca. I walka o przetrwanie. . .

Dziennikarka Cecily Wong otrzymała życiową szansę – ma dołączyć do elitarnego zespołu, który chce zdobyć jeden z najwyższych szczytów świata.

Ale sprawy szybko przybierają niepomyślny obrót.

Niewyjaśniona kradzież.
Okropny wypadek.
Przerażający liścik:

Na górze jest morderca.

Wyruszyło sześcioro nieznajomych… Ilu powróci?

„Przejmująca dreszczem gra o wysoką stawkę na dużych wysokościach. Jestem zachwycony.”

Matt Haig

„Zapierająca dech, niezwykle oryginalna i emocjonująca”

Daily Express

„Pełna napięcia, mrożąca krew w żyłach i przerażająca”

Claire Douglas

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 460

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (131 ocen)
65
40
18
7
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
MartaJB84

Nie oderwiesz się od lektury

Wow, nie mogłam się oderwać!!
10
BlackPanther271

Nie oderwiesz się od lektury

Pozycja obowiązkowa dla fanów gór :) historia która momentami mrozi krew w żyłach.. Zaskakujące jak dla mnie zakończenie było zwieńczeniem tej niesamowitej wyprawy. Do momentu wspinaczki książka była nudnawa, bardziej skupiała się na kwestiach technicznych. Ale gdy ruszyli.. zaczęło się :D
10
wanda79

Dobrze spędzony czas

Lubicie góry? Ja nie... Zakopane (jeśli już!) to najlepiej w lecie; kwaśnica, oscypek, ciupaga w prezencie i szybciutko do domu. Sześcioro w zasadzie obcych sobie ludzi ma spędzić razem najbliższy miesiąc, próbując wspiąć się na jedną z najwyższych i najbardziej niebezpiecznych gór na świecie. Każdy z nich ma powody i osobiste historie, które pchają go na szczyt. "Bez tchu" to historia dziennikarki Cecily Wong, która zostaje zaproszona do wspólnej wspinaczki na Manaslu. Przyjmuje zaproszenie, aby przeprowadzić wywiad z liderem zespołu i słynnym alpinistą, Charlesem McVeighem. To miał być przełom w jej karierze. Dla tego wyjazdu zaryzykowała właściwie wszystko, czy było warto? Niebawem się przekona. Zanim jednak osiągnie swój wymarzony szczyt w zawodzie, musi zdobyć najpierw ten górski. Przełyka strach i idzie, a ja wobec jej postawy mam mieszane uczucia. Cały czas się zastanawiam, czy bardziej imponuje mi jej wytrwałość, determinacja i odwaga czy wkurza jej lekkomyślność i brak odpowie...
10
AgiZar813

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacyjna książką, czyta się ją jednym tchem
10
MonikaKotek

Dobrze spędzony czas

Ciekawa fabuła, ze względu na tematykę wysokogórską. Fajnie prowadzona gra w kotka i myszkę z czytelnikiem. Niestety zakończenie rozczarowuje. Spodziewałam się jakiegoś zwrotu akcji. Chociaż zwrotem akcji można nazwać oczywiste zakończenie, którego nie obstawiałam, bo było tak oczywiste.
10

Popularność




Ty­tuł ory­gi­nału: Bre­ath­less
Bre­ath­less Co­py­ri­ght © 2022 by Ti­ger Ta­les Li­mi­ted All ri­ghts re­se­rved. Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two Luna, im­print Wy­daw­nic­twa Mar­gi­nesy 2023 Co­py­ri­ght for the Po­lish Trans­la­tion © by Da­nuta Fry­zow­ska 2023
Wy­dawca: NA­TA­LIA GO­WIN
Re­dak­cja: AGNIESZKA RADTKE
Ko­rekta: BE­ATA TUR­SKA, IRENA PIE­CHA/e-DY­TOR
Pro­jekt okładki: LAU­REN WA­KE­FIELD/MJ.
Ad­ap­ta­cja okładki: DA­WID GRZE­LAK
Zdję­cia na okładce: © Alamy Stock Photo i © Getty Ima­ges
Skład i ła­ma­nie: JS Stu­dio
War­szawa 2023 Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-67510-88-2
Wy­daw­nic­two Luna Im­print Wy­daw­nic­twa Mar­gi­nesy Sp. z o.o. ul. Mie­ro­sław­skiego 11a 01-527 War­szawawww.wy­daw­nic­two­luna.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Dla An­gusa –

naj­lep­szego ojca, mo­jego naj­wier­niej­szego czy­tel­nika i naj­więk­szego fana

PRO­LOG

Dzień wej­ścia na szczyt

Od­dy­chaj, Ce­cily.

Zimne po­wie­trze wy­peł­niło jej płuca. Dziwne wra­że­nie. Kiedy so­bie wy­obra­żała, jak bę­dzie jej się tu od­dy­chało, my­ślała, że bę­dzie się czuła, jakby się du­siła. Dła­wiła. Może tro­chę jakby to­nęła.

Ale nic po­dob­nego.

Wiatr szczy­pał ją w po­li­czek, w ma­leńki skra­wek od­sło­nię­tej skóry mię­dzy ko­mi­nem na szyi a oku­la­rami prze­ciw­sło­necz­nymi, a po­tem moc­niej­szy po­dmuch o mały włos nie zwa­lił jej z nóg.

Ow­szem, było tu po­wie­trze, tylko nie speł­niało swo­jego za­da­nia.

Ona z ko­lei była okrop­nie zmę­czona. Mię­śnie pra­co­wały z mo­zo­łem, kiedy brnęła przez śnieg. Ale nie tylko mię­śnie miały trud­niej. Rów­nież jej krew. Jej płuca. Jej mózg.

Nic dziw­nego – w po­wie­trzu było za mało tlenu, na pewno mniej niż ilość, do któ­rej przy­wykł jej or­ga­nizm. Wy­so­ko­ścio­mierz w ze­garku wska­zy­wał, że wciąż znaj­do­wała się po­wy­żej ośmiu ty­sięcy me­trów. W stre­fie śmierci.

Serce wa­liło jej jak mło­tem. Spoj­rzała do tyłu przez ra­mię.

Idzie za mną?

Sta­nęła jak wryta. Kilka me­trów wy­żej do­strze­gła po­tężną syl­wetkę męż­czy­zny. Po­ru­szał się mo­zol­nie, roz­dep­tu­jąc świeży śnieg, śle­dząc ją, pró­bu­jąc do­go­nić. Ale nie... Za­mru­gała i zdała so­bie sprawę, że to tylko cień chmury na gór­skim zbo­czu.

Jej mózg był nie­do­tle­niony, więc nie mo­gła ufać na­wet wła­snym oczom.

To jak to jest? Idzie za mną? Czy czeka gdzieś ni­żej?

Nie są­dziła, że jej serce jest w sta­nie bić szyb­ciej, a jed­nak te­raz pę­dziło ga­lo­pem. Od­dech także przy­śpie­szył, kiedy z tru­dem ła­pała rzad­kie po­wie­trze. Na­gle za­krę­ciło jej się w gło­wie i nie­mal ze­mdlała.

Czy to istotne, czy jest wy­żej czy ni­żej od niej?

Póź­niej bę­dzie się o to mar­twić. Te­raz po­winna sku­pić się na tym, żeby prze­trwać.

Po­ru­szała się tak szybko, jak po­zwa­lało jej ciało. Je­den nie­for­tunny krok i mo­gła spaść w prze­paść. Tym­cza­sem gdzieś w tyle roz­brzmie­wały fan­to­mowe kroki.

Mu­siała zejść z góry.

I mu­siała to zro­bić sama.

.

SZKIC PIERW­SZY

„CZTER­NA­ŚCIE NA LEKKO” –

PRO­FIL LE­GENDY AL­PI­NI­ZMU

CE­CILY WONG

Na po­zio­mie mo­rza Char­les McVe­igh nie różni się ni­czym od in­nych lu­dzi. Ale w stre­fie śmierci – po­wy­żej ośmiu ty­sięcy me­trów – bu­dzą się w nim su­per­moce.

Kiedy [wsta­wić datę] sta­nął na szczy­cie Ma­na­slu, do­ko­nał cze­goś, co wielu wy­da­wało się nie­moż­liwe: w ciągu nie­ca­łego roku zdo­był czter­na­ście naj­wyż­szych szczy­tów świata bez uży­cia do­dat­ko­wego tlenu i lin, tym sa­mym ce­men­tu­jąc swoją re­pu­ta­cję naj­więk­szego ży­ją­cego al­pi­ni­sty.

Ak­cje ra­tun­kowe, w któ­rych brał udział, są być może na­wet bar­dziej in­spi­ru­jące niż jego wspi­nacz­kowe wy­czyny. Na Dhau­la­giri, trze­ciej gó­rze na jego li­ście, po­śpie­szył na po­moc dwóm Wło­chom, któ­rzy utknęli zdani na sie­bie po­wy­żej obozu czwar­tego. Ura­to­wał jed­nego z nich, nie­stety drugi zmarł wsku­tek od­nie­sio­nych ob­ra­żeń.

To, że udało mu się oca­lić przy­naj­mniej jedno ży­cie, choć bra­cia spę­dzili noc wy­sta­wieni na dzia­ła­nie lo­do­wa­tej tem­pe­ra­tury i bar­dzo roz­rze­dzo­nego po­wie­trza, za­krawa na cud. Ża­den z nich by nie prze­żył, gdyby Char­les nie był na tyle silny, żeby prze­rwać zej­ście i za­wró­cić z obozu trze­ciego. Po­zo­sta­łym ra­tow­ni­kom do­tar­cie do nich za­jęło nie­mal czter­na­ście go­dzin. Nie zdą­ży­liby na czas.

Dzięki tej ak­cji ra­tun­ko­wej – a także in­nym, prze­pro­wa­dzo­nym na Eve­re­ście, Broad Pe­aku i Czo Oju – Char­les zna­lazł się w cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia świa­to­wych me­diów.

Co po­py­cha czło­wieka do tak eks­tre­mal­nych czy­nów? Mia­łam szczę­ście to­wa­rzy­szyć Char­le­sowi w jego ostat­niej wy­pra­wie na Ma­na­slu i po­znać od­po­wiedź na to py­ta­nie. [Wsta­wić prze­pro­wa­dzony wy­wiad!]

1

Ce­cily za­mknęła lap­topa, sie­dząc w cia­snym po­koju ho­te­lo­wym, wy­soko nad ob­wie­szo­nymi fla­gami mo­dli­tew­nymi uli­cami Tha­mel, dziel­nicy tu­ry­stycz­nej Kat­mandu w Ne­palu. To jesz­cze nie był ide­alny wstęp do jej ar­ty­kułu, ale wy­star­czyło, żeby choć tro­chę ukoić sko­ła­tane nerwy. O wiele ła­twiej wy­rzeź­bić coś ze sła­bego wstępu, niż za­czy­nać od pu­stej strony.

Kie­dyś my­ślała, że pu­sta kartka jest tym, co prze­raża ją naj­bar­dziej. Te­raz jed­nak za sprawą Char­lesa McVe­igha miała zmie­rzyć się z czymś znacz­nie gor­szym.

Ze strefą śmierci na ósmej pod wzglę­dem wy­so­ko­ści gó­rze świata.

Głowa jej pę­kała z bólu po wczo­raj­szym wy­pa­dzie do baru Tom & Jerry’s. Nie za­mie­rzała dużo pić, ale je­den z jej ko­le­gów z ze­społu – Ame­ry­ka­nin Zak – sta­wiał, a kac wy­da­wał się nie­wielką ceną za więź, jaka się mię­dzy nimi wy­two­rzyła. Mu­siała dać z sie­bie wszystko na tej wy­pra­wie, tym­cza­sem już czuła się lekko roz­chwiana.

Gło­śne pu­ka­nie do drzwi przy­wo­łało ją do po­rządku. Otwo­rzyła i wpu­ściła do po­koju kie­row­nika wy­prawy Do­uga Man­nersa oraz głów­nego prze­wod­nika Mingmę Lakpę Sherpę. Spo­tkali się już dzień wcze­śniej na lot­ni­sku. Do­uga roz­po­znała od razu po bu­rzy srebr­nych wło­sów od­ci­na­ją­cych się od gór­skiej opa­le­ni­zny. Dziś jed­nak był nieco zgar­biony i wy­glą­dał na zmę­czo­nego. Zu­peł­nie nie przy­po­mi­nał tego dziel­nego pio­niera wspi­naczki i le­gendy bry­tyj­skiego al­pi­ni­zmu z jej wy­obra­żeń. Sporo czy­tała o jego do­ko­na­niach w gó­rach wy­so­kich: pięć razy Eve­rest, zdo­byty za­równo od po­łu­dnio­wej, jak i od pół­noc­nej strony, a także liczne pierw­sze wej­ścia na mniej znane szczyty w Ka­ra­ko­rum i Al­pach. Przez wiele lat pra­co­wał jako prze­wod­nik dla Sum­mit Extreme, jed­nej z naj­lep­szych świa­to­wych agen­cji or­ga­ni­zu­ją­cych ko­mer­cyjne wy­prawy wy­so­ko­gór­skie, po czym od­szedł, żeby za­ło­żyć wła­sną firmę Man­ners Mo­un­ta­ine­ering. Doug sły­nął ze swo­jego za­sad­ni­czego po­dej­ścia i przy­wią­zy­wa­nia du­żej wagi do bez­pie­czeń­stwa.

Sto­jący obok niego Mingma był drob­nym męż­czy­zną, ale Ce­cily wie­działa, że już pięt­na­ście razy wspiął się na Eve­rest. Nie mie­ściło jej się w gło­wie, ja­kiej trzeba od­wagi i wy­trzy­ma­ło­ści, żeby do­ko­nać cze­goś ta­kiego.

– Wszystko go­towe? – spy­tał Doug.

– Tak mi się zdaje. – Zer­k­nęła na wy­dru­ko­waną li­stę, którą przy­kle­iła do przed­niej okładki no­tesu, i za­pro­siła ich do środka, żeby do­ko­nali in­spek­cji sprzętu schlud­nie roz­ło­żo­nego na po­dwój­nym łóżku. Rano spraw­dziła wszystko z tu­zin razy, od­ha­cza­jąc każdą rzecz, którą ka­zano jej przy­wieźć. O ni­czym nie za­po­mniała. Ni­czego nie zo­sta­wiła w domu.

Tym ra­zem, na tej gó­rze mu­siała być ide­al­nie przy­go­to­wana.

– Jak się dziś masz? – spy­tał Mingma z bły­skiem w oku. Wczo­raj wie­czo­rem po­mógł jej tra­fić z po­wro­tem do ho­telu, po­da­jąc ne­pal­skiemu tak­sów­ka­rzowi wska­zówki do­jazdu.

– W po­rządku. – Przy­wo­łała na twarz wy­mu­szony uśmiech, a on po­kle­pał ją po ra­mie­niu, nie drą­żąc te­matu.

Pa­trzyła, jak Doug kry­tycz­nie lu­struje wzro­kiem jej ekwi­pu­nek. Pod­niósł je­den z bu­tów i spraw­dził po­de­szwę. To były wiel­kie trzy­war­stwowe buty wy­pra­wowe na ośmio­ty­sięcz­niki, z żół­tymi stup­tu­tami do ko­lan. Były w ide­al­nym sta­nie, nie­no­szone. Miały ochro­nić jej palce przed od­mro­że­niami. Ku­piła jed­nak za duże, dla­tego wsu­nęła do środka do­dat­kowe wkładki. Nie­mal cała al­pi­ni­styczna odzież – kom­bi­ne­zony i buty – była pro­du­ko­wana z my­ślą o męż­czy­znach. Ce­cily mu­siała do­ko­nać pew­nych po­pra­wek, żeby pa­so­wała na jej fi­gurę.

– Jesz­cze raz dzię­kuję, że za­pro­si­li­ście mnie na tę wy­prawę – po­wie­działa. – Pew­nie dziw­nie jest się wspi­nać z klien­tami. Wiem, że jak do­tąd sami wspie­ra­li­ście Char­lesa w jego mi­sji.

– Jest nam bar­dzo miło – od­po­wie­dział Mingma, a rzadki wą­sik po­ła­sko­tał go po no­sie, kiedy się uśmiech­nął. Cie­pło, które od niego biło, ra­żąco kon­tra­sto­wało z chłod­nymi po­mru­kami Do­uga. Ten z ko­lei jesz­cze bar­dziej spo­chmur­niał, kiedy prze­niósł wzrok na jej cze­kan z po­ma­rań­czo­wym sty­li­skiem i uprząż.

– Mam na­dzieję, że jest okej – rzu­ciła. – Wy­go­oglo­wa­łam naj­lep­sze uprzęże do wspi­naczki wy­so­ko­gór­skiej i ta miała do­bre opi­nie.

– Uj­dzie. Choć lep­sza by­łaby taka, którą za­pina się wo­kół ud.

Za­czer­wie­niła się.

– Och, nie wie­dzia­łam.

– Trzeba było za­py­tać. Go­ogle cię nie ura­tuje na ośmiu ty­sią­cach me­trów. – Doug odło­żył uprząż na łóżko, uwa­ża­jąc, żeby się nie po­plą­tała. – Na ogół, kiedy or­ga­ni­zuję wy­prawę, biorę ze sobą lu­dzi z od­po­wied­nim do­świad­cze­niem. Ni­gdy nie wia­domo, kiedy góra zwróci się prze­ciwko to­bie. Ry­zy­ku­jesz nie tylko swoje ży­cie.

– Wiem. Moja ostat­nia próba zdo­by­cia szczytu była bar­dzo po­ucza­jąca – oznaj­miła, sta­ra­jąc się przy tym nie wzdry­gnąć. – Na­wet coś o tym na­pi­sa­łam. On­line. Może czy­ta­łeś...?

Twarz Do­uga nie zdra­dzała żad­nych emo­cji.

– Ra­czej nie śle­dzę rze­czy w in­ter­ne­cie.

– Och, ja­sne. Po­my­śla­łam tylko, że mo­głeś to wi­dzieć, bo Char­les przy­znał, że wła­śnie dla­tego mnie za­pro­sił... – Wstyd jej było o tym wspo­mi­nać, ale jed­no­cze­śnie cie­szyła się, że to zro­biła. Przy­naj­mniej jedna osoba na tej wy­pra­wie nie czy­tała jej nie­sław­nego, acz po­pu­lar­nego bloga pod ty­tu­łem „Szczyt po­rażki” o tym, jak nie udało jej się do­trzeć na ża­den szczyt, który pró­bo­wała zdo­być. Kiedy Zak uświa­do­mił so­bie, z kim ma do czy­nie­nia, na­le­gał, że po­stawi na­stępną ko­lejkę.

– Wy­gląda na to, że wszystko w po­rządku. Mu­szę spraw­dzić, co u po­zo­sta­łych – po­wie­dział Doug. – Jak się spa­ku­jesz, zo­staw torby w po­koju. Mingma znie­sie je na dół. Spo­ty­kamy się w lobby równo o je­de­na­stej, po­tem wy­ru­szymy na lot­ni­sko.

Ce­cily się wy­pro­sto­wała.

– Ja­sne. – Omio­tła wzro­kiem cały sprzęt, który miała do spa­ko­wa­nia. Wło­żyła w niego oszczęd­no­ści swo­jego ży­cia. Wszystko, co po­sia­dała, le­żało na tym łóżku. Spoj­rzała na Mingmę. – My­ślisz, że prze­sa­dzi­łam?

Szerpa się ro­ze­śmiał.

– Po­win­naś zo­ba­czyć li­stę pana Zaka. Chyba bie­rze ze sobą na szczyt al­bum ze zdję­ciami dzieci. A ty co za­bie­rasz?

Za­gry­zła dolną wargę.

– Szcze­rze mó­wiąc, jesz­cze o tym nie my­śla­łam...

– Nie? – Za­mru­gał za­sko­czony. – W Tha­mel na każ­dym rogu sprze­dają flagi. Może też so­bie jedną spra­wisz? Masz tro­chę czasu.

– Na­prawdę? Świetny po­mysł. Dzięki, Mingma. Sko­czę po nią, jak tylko tu skoń­czę.

Szerpa po­chy­lił głowę, po czym wy­szedł za Do­ugiem. Ce­cily zło­żyła ubra­nia w kostkę, wło­żyła do torby i jesz­cze raz spraw­dziła każdy punkt na li­ście.

„Flaga na szczyt” na niej nie fi­gu­ro­wała. No ja­sne, że po­winna mieć ze sobą coś, co uwieczni jako pa­miątkę na zdję­ciu. Dla­czego wcze­śniej na to nie wpa­dła?

Kiedy wy­szła na tęt­niące ży­ciem ulice, na­gle ją olśniło.

Bo nie wie­rzysz, że ci się uda, od­po­wie­działa so­bie w du­chu.

2

Ku­piw­szy kie­szon­kową wer­sję flagi Wiel­kiej Bry­ta­nii, Ce­cily ru­szyła z po­wro­tem do ho­telu. Gdy tylko roz­su­nęły się drzwi, ktoś wy­ce­lo­wał w nią te­le­fo­nem.

– Zo­bacz­cie, a oto jedna z mo­ich ko­le­ża­nek z ze­społu! – wy­krzyk­nął Zak.

Ce­cily wy­go­oglo­wała go po po­wro­cie z baru i od­kryła, że jest pre­ze­sem Talk­For­ward, ja­kiejś firmy z sie­dzibą w ka­li­for­nij­skiej Pe­ta­lu­mie, zaj­mu­ją­cej się no­wymi tech­no­lo­giami ko­mu­ni­ka­cyj­nymi.

– Przy­wi­taj­cie się z Ce­lią!

– Na­zy­wam się Ce­cily – po­wie­działa, ma­cha­jąc ręką do stadka roz­pro­mie­nio­nych dzieci o blond wło­sach wi­docz­nych na wy­świe­tla­czu.

Zak oto­czył ją ra­mie­niem i przy­cią­gnął do sie­bie, tak żeby oboje zmie­ścili się w ka­drze.

– Pa­mięć mi nieco szwan­kuje z po­wodu jet lagu. Dzieci, to Ce­cily! Świa­to­wej klasy dzien­ni­karka, która pi­sze ar­ty­kuł o Char­le­sie.

Ce­cily skrzy­wiła się, sły­sząc – nie­przy­sta­jący zbyt­nio do rze­czy­wi­sto­ści – opis swo­jej pracy, ale nie po­pra­wiła Zaka, a on chyba nie za­uwa­żył jej za­kło­po­ta­nia.

– O panu z gór! – krzyk­nął naj­młod­szy chło­piec.

– Zga­dza się, ko­leżko, o na­szym bo­ha­te­rze z Hi­ma­la­jów. No, do­bra, bar­dzo was ko­cham, ale mu­szę le­cieć. Góry na mnie cze­kają! – Za­koń­czył roz­mowę i ode­tchnął gło­śno. – Dziw­nie się czuję na myśl, że pew­nie przez dłuż­szy czas nie będę mógł z nimi po­roz­ma­wiać. Dzwo­ni­łaś już do swo­ich bli­skich?

– Szcze­rze mó­wiąc, wo­le­liby, że­bym się ode­zwała, do­piero jak wrócę cała i zdrowa.

– Ro­zu­miem. Och, spójrz­cie, kogo tu mamy! – Zak wska­zał po­nad jej ra­mie­niem w kie­runku windy. – Czy to nie Char­les?

Ce­cily od­wró­ciła się i po­czuła dziwne mro­wie­nie w brzu­chu.

– To on.

Oczy­wi­ście nie było trudno roz­po­znać Char­lesa McVe­igha. Ale na­wet tu­taj, w tym ho­telu peł­nym wspi­na­czy szy­ku­ją­cych się na wy­prawę wy­róż­niał się na tle in­nych. Był umię­śniony i wy­soki, w prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści ra­czej drob­nych al­pi­ni­stów. Miał na so­bie błę­kitną pi­ko­waną kurtkę pu­chową z logo Talk­For­ward wy­szy­tym na jed­nym rę­ka­wie, na piersi zaś i bejs­bo­lówce wid­niały jego ini­cjały – CM, przy czym M było sty­li­zo­wane na łań­cuch gór­ski.

Zak wy­pro­sto­wał się naj­bar­dziej, jak mógł, ale i tak nie się­gał Char­le­sowi na­wet do ra­mie­nia. Mimo to Ce­cily ro­zu­miała jego na­głą po­trzebę zro­bie­nia wra­że­nia. Char­les McVe­igh był już nie lada sławą w świe­cie wspi­nacz­ko­wym. Wkrótce miał stać się le­gendą – pierw­szą osobą, która do­kona bez­pre­ce­den­so­wego, nie­mal nie­moż­li­wego wy­czynu, ja­kim było wej­ście w stylu al­pej­skim bez uży­cia do­dat­ko­wego tlenu na wszyst­kie czter­na­ście ośmio­ty­sięcz­ni­ków, i to w ciągu jed­nego roku.

Swoją mi­sję na­zwał „Czter­na­ście na lekko”.

Więk­szość wspi­na­czy, ta­kich jak Ce­cily, Zak i reszta ich ze­społu, sto­so­wała styl wy­pra­wowy, zwany też ob­lęż­ni­czym, po­le­ga­jący na wy­ko­rzy­sta­niu wszel­kich do­stęp­nych udo­god­nień – tra­ga­rzy, po­rę­czó­wek, dra­bin, na­mio­tów słu­żą­cych za mesę, bu­tli tle­no­wych, in­ten­syw­nych pro­ce­dur akli­ma­ty­za­cyj­nych i in­dy­wi­du­al­nej opieki szer­pów – żeby bez­piecz­nie wejść na górę i z niej zejść. Char­les na­to­miast upra­wiał wspi­naczkę w naj­czyst­szej po­staci, re­zy­gnu­jąc z tego ca­łego wspar­cia.

I to wła­śnie z jego po­wodu Ce­cily zna­la­zła się tu­taj, w Kat­mandu. Char­les obie­cał jej wy­wiad, kiedy ukoń­czy swoją mi­sję. To miał być naj­więk­szy i naj­waż­niej­szy ar­ty­kuł, jaki kie­dy­kol­wiek na­pi­sze. Prze­ło­mowy dla jej ka­riery.

Te­raz na wi­dok Char­lesa za­częła szpe­rać w ple­caku w po­szu­ki­wa­niu no­tesu i dłu­go­pisu. Przy­po­mniała so­bie eks­cy­ta­cję Mi­chelle, swo­jej wy­daw­czyni, kiedy po­wie­działa o tym wy­róż­nie­niu. Dla ma­ga­zynu „Wild Out­do­ors” wy­wiad na wy­łącz­ność z naj­słyn­niej­szym wspi­na­czem świata byłby praw­dzi­wym ra­ry­ta­sem.

Ale Mi­chelle na­gle na­brała wąt­pli­wo­ści.

– Na­prawdę my­ślisz, że dasz radę? – spy­tała.

Ce­cily była pewna, że wy­daw­czyni wo­la­łaby wi­dzieć na jej miej­scu ko­goś ta­kiego jak Ja­mes, ów­cze­sny chło­pak Ce­cily i uznany dzien­ni­karz pi­szący o tu­ry­styce przy­go­do­wej. Ale za­miast niego zle­ce­nie do­stała wła­śnie ona – osoba sły­nąca głów­nie z tego, że nie do­ciera na szczyty. W do­datku Char­les po­sta­wił jej jesz­cze klu­czowy wa­ru­nek.

Naj­pierw mu­siała zdo­być z nim Ma­na­slu.

Nic dziw­nego, że Mi­chelle miała obiek­cje.

– Zro­bię, co w mo­jej mocy – od­parła Ce­cily.

Mi­chelle wes­tchnęła.

– Do­ce­niam sta­ra­nia, ale... po­słu­chaj. Roz­ma­wia­łam z na­szym ze­spo­łem re­dak­cyj­nym. Chcemy mieć ten ar­ty­kuł, ale nie mo­żemy ci za­pła­cić, do­póki nam go nie do­star­czysz.

Dla Ce­cily to było jak cios w be­be­chy.

– Mó­wisz po­waż­nie? W ta­kim ra­zie nic z tego, nie stać mnie na to. Mu­szę za­pła­cić za bi­lety lot­ni­cze, tre­ning, nie mó­wiąc już o ca­łym tym ekwi­punku i kosz­tach wy­prawy. – Opłat było wię­cej, ale Ce­cily zda­wała so­bie sprawę, jak de­spe­racko to za­brzmiało, i chciała za­cho­wać ja­kieś po­zory pro­fe­sjo­na­li­zmu.

– Może będę w sta­nie opła­cić ci po­dróż i do­rzucę jesz­cze coś eks­tra, je­śli bę­dziesz mi przy­sy­łać ra­porty z wy­prawy. Co do reszty... przy­kro mi, Ce­cily. Sama bę­dziesz mu­siała to ja­koś za­ła­twić.

– Po­kry­li­ście wszyst­kie koszty wy­prawy Ja­mesa na An­tark­tydę! A ten ar­ty­kuł bę­dzie znacz­nie waż­niej­szy niż tam­ten. Sama mó­wi­łaś, że to wy­wiad ży­cia.

– Ja­mes to je­den z na­szych naj­lep­szych dzien­ni­ka­rzy. Po­ka­zał już, co po­trafi. A ty...

– A ja nie.

Za­pa­dła nie­zręczna ci­sza, kiedy Mi­chelle nie za­opo­no­wała. Mózg Ce­cily pra­co­wał na naj­wyż­szych ob­ro­tach. Po­trze­bo­wała tego wy­wiadu, żeby się wy­bić. Wy­glą­dało jed­nak na to, że bę­dzie mu­siała po­sta­wić wszystko na szali, żeby tego do­ko­nać.

– A je­śli mi się uda?

– Je­śli ci się uda, za­pła­cimy ci. I do­sta­niesz ko­lejne zle­ce­nia. Uwierz mi, im wię­cej ko­biet o róż­nych ko­lo­rach skóry dla mnie pra­cuje, tym le­piej dla nas wszyst­kich. Ale se­rio: je­śli się spi­szesz, może wyjść z tego coś wię­cej niż tylko ar­ty­kuł do na­szego cza­so­pi­sma. Kon­trakt na książkę albo film. To prze­ło­mowy mo­ment, który może za­wa­żyć na two­jej ka­rie­rze. A te czę­sto się nie zda­rzają.

Od­dech Ce­cily wró­cił do normy. Do­brze było wie­dzieć, że Mi­chelle jej ki­bi­cuje, na­wet je­śli głów­nym po­wo­dem było to, że dzięki swo­jej na po­zór bia­łej ce­rze i chiń­skiemu na­zwi­sku Ce­cily re­pre­zen­to­wała naj­bar­dziej po­żą­daną wer­sję et­nicz­nej róż­no­rod­no­ści.

Mimo to słowa wy­daw­czyni wciąż brzmiały jej w uszach. Cho­dziło nie tylko o nada­rza­jącą się oka­zję, ale też o drugą stronę me­dalu, którą Mi­chelle prze­mil­czała: je­śli Ce­cily na­wali, bę­dzie mo­gła się po­że­gnać z ka­rierą dzien­ni­karki tu­ry­stycz­nej. Wróci do punktu wyj­ścia, wal­cząc o hi­sto­rie tak mar­nie płatne, że na­wet nie star­czy jej na je­dze­nie. Je­śli so­bie nie po­ra­dzi, nie dość, że po raz ko­lejny nie zdo­bę­dzie szczytu, to jesz­cze po raz ko­lejny za­wie­dzie na polu za­wo­do­wym.

Nie bę­dzie jej stać na wy­na­jem miesz­ka­nia.

A szczy­tem po­rażki sta­nie się jej ży­ciowa nie­za­rad­ność.

Char­les pod­szedł do skó­rza­nych fo­teli sto­ją­cych w lobby.

– Chodź, przy­wi­tajmy się, za­nim ob­le­gną go fani – po­wie­dział Zak i ru­szył w jego stronę.

Ce­cily zo­stała z tyłu, wciąż szu­ka­jąc dłu­go­pisu. Wi­dząc Char­lesa na żywo po raz pierw­szy od kilku mie­sięcy, uświa­do­miła so­bie, na co się wła­ści­wie po­ry­wała.

To miał być jej pierw­szy ośmio­ty­sięcz­nik. Je­den z naj­wyż­szych szczy­tów świata.

I je­den z naj­bar­dziej za­bój­czych.

Otrzą­snęła się ze stra­chu, który za­czął ją ogar­niać, i po­dą­żyła za Ame­ry­ka­ni­nem.

– Tak się cie­szę, że tu je­stem. – Zak z we­rwą uści­snął dłoń Char­lesa. Wy­da­wał się oszo­ło­miony jego osobą. – To dla mnie za­szczyt być człon­kiem tego ze­społu, se­rio.

Char­les przy­ło­żył rękę do piersi.

– Cała przy­jem­ność po mo­jej stro­nie. Pro­szę, usiądź­cie. Ce­cily, do­brze cię znów wi­dzieć.

– Cie­bie rów­nież. Trudno uwie­rzyć, że to się w końcu dzieje na­prawdę. – Pod­nio­sła swój no­tes. – Mogę za­dać ci kilka py­tań, skoro i tak cze­kamy na lot?

Ro­ze­śmiał się.

– Już chcesz prze­pro­wa­dzić wy­wiad? Nie taka była umowa...

Przy­wo­łała na twarz coś, co miało wy­glą­dać jak trium­falny uśmiech, li­cząc, że skłoni Char­lesa do zmiany zda­nia.

– Po­my­śla­łam, że skoro tech­nicz­nie rzecz bio­rąc, nie je­ste­śmy jesz­cze na gó­rze, to nie bę­dziesz miał nic prze­ciwko kilku py­ta­niom przed wy­prawą.

Po­krę­cił głową nie­wzru­szony.

– Scho­waj no­tes. Spro­wa­dzi­łem cię tu, że­byś do­świad­czyła tego wszyst­kiego na wła­snej skó­rze. – Na­chy­lił się do niej, zni­ża­jąc głos i uno­sząc brwi. – Na­ciesz się tym.

– Prze­pra­szam, Char­les? – Po­de­szła do nich star­sza ko­bieta mó­wiąca z lekko nie­miec­kim ak­cen­tem. Char­les wstał i po­ca­ło­wał ją w oba po­liczki.

– Vanja! Jak się masz? Po­znaj Zaka Mit­chella, pre­zesa Talk­For­ward, pio­nier­skiej firmy tech­no­lo­gicz­nej. A to Ce­cily Wong, dzien­ni­karka, którą wy­bra­łem, aby mi to­wa­rzy­szyła. Wej­dzie z nami na Ma­na­slu, żeby mieć pe­łen ob­raz sy­tu­acji. Wy­wiadu udzielę, do­piero jak do­trzesz na szczyt, tak, Ce­cily?

Jej uśmiech zbladł. Dała so­bie chwilę, za­nim od­po­wie­działa.

– Tak.

– Je­stem pod wra­że­niem! – rzu­ciła z uzna­niem Vanja.

– A to Vanja Det­mers. Pro­wa­dzi hi­ma­laj­ską bazę da­nych w Kat­mandu. To ona we­ry­fi­ko­wała wszyst­kie zdo­byte przeze mnie szczyty w Ne­palu.

– I zro­bi­łam to z przy­jem­no­ścią, Char­les.

Ce­cily uści­snęła dłoń ko­biety, po czym za­pi­sała jej na­zwi­sko w no­te­sie.

– Przy­szłam ze­brać dane człon­ków wa­szego ze­społu, żeby póź­niej móc zwe­ry­fi­ko­wać wa­sze osią­gnię­cia. Mogę za­cząć od cie­bie, Ce­cily? – Vanja usia­dła obok niej i po­ło­żyła lap­topa na ni­skim sto­liku ka­wo­wym.

– No nie wiem...

– Chyba chcesz, żeby twoje na­zwi­sko tra­fiło do pod­ręcz­ni­ków hi­sto­rii, prawda?

Ce­cily się za­wa­hała.

– O ile mi się uda.

– Bez wąt­pie­nia – stwier­dziła Vanja. – Idziesz z Char­le­sem! Nie mo­gła­byś się zna­leźć w lep­szych rę­kach. A je­śli wpa­ku­jesz się w kło­poty, on cię ura­tuje.

Char­les się uśmiech­nął.

– Je­steś ko­chana, V. Ale po Czo wo­lał­bym, żeby tym ra­zem obyło się bez pro­ble­mów.

– Ach, Char­les, nie bądź taki skromny. Nic się tak do­brze nie sprze­daje, jak hi­sto­ria z ak­cją ra­tun­kową w tle, co nie? – od­parła ko­bieta, pra­wie że pusz­cza­jąc do niego oko. Otwo­rzyła lap­topa i za­częła śmi­gać pal­cami po kla­wia­tu­rze.

Ce­cily po­chy­liła się do przodu za­cie­ka­wiona. Re­jestr Hi­ma­layan Da­ta­base miał na celu ska­ta­lo­go­wa­nie każ­dego śmiałka, który pod­jął się próby zdo­by­cia ośmio­ty­sięcz­nika w Ne­palu.

– Je­steś Bry­tyjką? – spy­tała Vanja, a Ce­cily po­twier­dziła ski­nie­niem głowy. Po kilku stuk­nię­ciach w kla­wi­sze na ekra­nie po­ja­wiła się li­sta wszyst­kich Bry­ty­jek, które wspięły się na Ma­na­slu od 2008 roku. Ce­cily za­mru­gała szybko, zdu­miona, że jest tak krótka. Gdyby i jej się udało, by­łaby jedną z nie­wielu. To znowu jej uświa­do­miło, jak ogromne wy­zwa­nie ma przed sobą.

– Co ozna­cza gwiazdka przy nie­któ­rych na­zwi­skach? – spy­tała Ce­cily.

– Ach, to lata, kiedy wspi­na­cze do­tarli tylko do przed­wierz­chołka góry – wy­ja­śniła Vanja. – Cza­sem trudno jest za­ło­żyć po­rę­czówki aż na szczyt.

– W tym roku nam się uda – stwier­dził Char­les. – Bez obaw.

– Ce­cily? – Mingma po­chwy­cił jej spoj­rze­nie i przy­wo­łał ją do sie­bie ge­stem. U jego boku stała młoda ko­bieta w ja­skra­wo­żół­tym spor­to­wym to­pie na ra­miącz­kach i fio­le­to­wych leg­gin­sach. Poza ustami mu­śnię­tymi so­czy­ście czer­woną szminką nie miała na twa­rzy ani grama ma­ki­jażu.

Ku swo­jemu zdzi­wie­niu i ra­do­ści Ce­cily od razu ją roz­po­znała. To Elise Gau­thier, fran­cu­sko­ka­na­dyj­ska in­flu­en­cerka i al­pi­nistka, którą śle­dziła w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych, od­kąd za­częła się in­te­re­so­wać świa­tem wy­praw wy­so­ko­gór­skich. Elise była znana z tego, że na­wet pod­czas wspi­naczki no­siła barwną odzież i śmiałą bi­żu­te­rię. Jej zdję­cia i fil­miki przy­ku­wały wzrok ja­skra­wymi ko­lo­rami i cie­kawą kom­po­zy­cją. Nie da się ukryć, że miała świetne oko.

Ce­cily nie mo­gła po­wstrzy­mać uśmie­chu.

– Mój Boże, Elise?

– We wła­snej oso­bie! – Ko­bieta na­su­nęła ciemne oku­lary na czu­bek głowy i rów­nież pro­mien­nie się uśmiech­nęła. – Znamy się?

– Prze­pra­szam, je­stem Ce­cily Wong, śle­dzę twój In­sta­gram. Je­steś dla mnie wielką in­spi­ra­cją. Wspi­nasz się na Ma­na­slu?

– Tak, z Char­le­sem. Ty chyba też?

– Ow­szem. Co za miła nie­spo­dzianka. Su­per, że je­ste­śmy w tym sa­mym ze­spole.

– Je­stem po­dob­nego zda­nia! – Po­chy­liła się, cmo­ka­jąc Ce­cily w oba po­liczki, po czym zła­pała ją za rękę i lekko ści­snęła. – My­śla­łam, że będę sama z chło­pa­kami, jak to zwy­kle bywa w gó­rach. Mo­żemy trzy­mać się ra­zem.

– Mam coś dla was – oświad­czył Mingma. Się­gnął do torby i wy­jął dłu­gie pa­sma po­ma­rań­czo­wego ma­te­riału ozdo­bio­nego bud­dyj­skimi sym­bo­lami. Je­den z szali owi­nął wo­kół szyi Ce­cily. – To khata. Na szczę­ście. Żeby wy­prawa prze­bie­gła po­myśl­nie.

Ce­cily prze­cią­gnęła je­dwabną tka­ninę mię­dzy pal­cami. Już kiedy tu le­ciała, nie­po­ko­iła się spo­tka­niem z po­zo­sta­łymi człon­kami ekipy, ale ze­szłego wie­czoru po­znała Zaka, który oka­zał się bar­dzo miły, choć tro­chę za­ro­zu­miały. Elise z ko­lei była jak pro­myk słońca, a Ce­cily pła­wiła się w jej bla­sku. Je­śli to miał być jej ze­spół, to po­winna dać radę.

Drzwi wej­ściowe roz­su­nęły się i do ho­telu wszedł Doug.

– Sa­mo­chody już cze­kają – oświad­czył. Uniósł dłoń i po­li­czył wszyst­kich po ci­chu. Na­gle zmarsz­czył czoło. – Mingma, on jesz­cze nie zszedł?

– Nie wi­dzia­łem go.

Doug zro­bił gniewną minę i spoj­rzał na ze­ga­rek. Było kilka mi­nut po je­de­na­stej.

– Ko­goś bra­kuje? – spy­tała Ce­cily.

– Tak, jed­nego z na­szych. Do­łą­czył w ostat­niej chwili. Na­zywa się...

Za­nim Mingma do­koń­czył, roz­legł się dźwięk otwie­ra­nych drzwi windy, z któ­rej wy­siadł męż­czy­zna w lu­strza­nych oku­la­rach i z cy­frową, za­pewne drogą lu­strzanką za­wie­szoną na szyi. Skrę­cił do sto­iska z kawą w rogu lobby, ale Doug prze­chwy­cił go w po­ło­wie drogi.

– Nie ma na to czasu, Grant. Mu­simy je­chać. Te­raz.

– Se­rio? Ku­pię tylko kawę i będę go­towy...

Ce­cily unio­sła brwi. Za­no­siło się na to, że w ze­spole bę­dzie jesz­cze je­den Bry­tyj­czyk, chyba na­wet w jej wieku albo tro­chę młod­szy. Jego sno­bi­styczny ak­cent kłó­cił się jed­nak z nie­chluj­nym wy­glą­dem. Wy­glą­dał, jakby do­piero co wy­to­czył się z baru. Grant wy­krzy­wił usta w gry­ma­sie nie­za­do­wo­le­nia, ale roz­po­go­dził się, gdy tylko do­strzegł Char­lesa.

– O, tu je­steś, bra­chu! Do­brze cię wi­dzieć. Wczo­raj za­la­łem się w trupa; stra­ci­łem cię z oczu w klu­bie, a po­tem obu­dzi­łem się w re­stau­ra­cji. Kla­syka ga­tunku. Go­towy na spo­tka­nie z górą?

– Jak naj­bar­dziej. – Char­les po­ru­szył jedną brwią. Nie wy­stą­pił na­przód i nie uści­snął dłoni Gran­towi, tak jak wcze­śniej Za­kowi, ale on się tym nie prze­jął. Naj­wy­raź­niej już się znali. Nie­mniej w to­wa­rzy­stwie Granta Ce­cily po­czuła się nieco mniej kom­for­towo. Za­cho­wy­wał się jak te aro­ganc­kie bubki z wyż­szych sfer, które pa­no­szyły się po uni­wer­sy­te­cie, jakby cały kam­pus na­le­żał do nich. Kto wie, może udzie­liła jej się bi­jąca od Do­uga wro­gość – nie żeby Granta to bar­dzo zmar­twiło.

– Nie mogę się do­cze­kać, aż to wszystko na­kręcę. Chcę uwiecz­nić każdą chwilę.

Doug od­kaszl­nął.

– No do­brze, ekipo. To w drogę.

– Mo­men­cik! – rzu­ciła Elise. – Vanja, mo­żesz zro­bić nam wspólne zdję­cie?

Stło­czyli się jako ze­spół, a Mingma roz­dał po­zo­stałe po­ma­rań­czowe szale. Char­les stał w środku, gó­ru­jąc nad całą resztą. Tych sied­mioro w za­sa­dzie ob­cych so­bie lu­dzi miało spę­dzić ra­zem naj­bliż­szy mie­siąc, pró­bu­jąc wspiąć się na jedną z naj­wyż­szych i naj­bar­dziej nie­bez­piecz­nych gór na świe­cie.

Ce­cily mo­gła mieć tylko na­dzieję, że jest na to go­towa.

3

Gdy tylko uwiecz­niono wszyst­kich na zdję­ciu, Char­les wy­stą­pił z sze­regu.

– No, to do zo­ba­cze­nia! Bez­piecz­nego lotu!

– Nie le­cisz z nami?

– Nie, do­trę póź­niej. Mam do za­ła­twie­nia parę for­mal­no­ści w Kat­mandu, no i ja już się za­akli­ma­ty­zo­wa­łem.

Po­zo­stali ro­ze­szli się do cze­ka­ją­cych sa­mo­cho­dów, ale Ce­cily ani drgnęła.

– No chodź, Ce­cily, mu­simy je­chać – rzu­cił Doug.

Prze­sko­czyła wzro­kiem mię­dzy Do­ugiem a Char­le­sem, który pod­szedł do niej i po­kle­pał ją po ra­mie­niu.

– Nie martw się. – Po­chy­lił się i szep­nął jej do ucha: – Na gó­rze bę­dziemy mieć mnó­stwo czasu na roz­mowy.

Po­ki­wała głową, nieco po­krze­piona jego do­ty­kiem. Nie mo­gła uwie­rzyć, że po raz pierw­szy usły­szała o Char­le­sie McVe­ighu nie­cały rok temu. Pa­mię­tała to aż za do­brze. To był cho­ler­nie zimny paź­dzier­ni­kowy po­ra­nek. Siekł ulewny deszcz, a wy­cie­raczki za­su­wały jak sza­lone po przed­niej szy­bie auta.

– Wi­dać to w jego oczach. On to zrobi. Je­śli uda mu się ze­brać wszyst­kie fun­du­sze przed wio­senną wy­prawą, bez pro­blemu po­bije re­kord – po­wie­dział Ja­mes.

Je­chali ra­zem z Lon­dynu do Fort Wil­liam, żeby spró­bo­wać sił w słyn­nym wy­zwa­niu Na­tio­nal Three Pe­aks Chal­lenge i zdo­być szczyty naj­wyż­szych gór Szko­cji, An­glii i Wa­lii w za­le­d­wie dwa­dzie­ścia cztery go­dziny. To zna­czy wiózł ich tam Ben, przy­ja­ciel Ja­mesa, rów­nież dzien­ni­karz, bo oni mu­sieli oszczę­dzać siły przed wspi­naczką. Ce­cily była kłęb­kiem ner­wów – mar­twiła się o po­godę, o swoją formę, o cze­ka­jące ją mo­nu­men­talne za­da­nie, a Ja­mes pró­bo­wał ją uspo­koić. Tylko on mógł uznać, że się roz­luźni, je­śli opo­wie jej o pew­nym czło­wieku, który po­rwał się na nie­mal nie­moż­liwy wy­czyn. W pew­nym sen­sie to było słod­kie, ale nie po­mo­gło zła­go­dzić uci­sku, który czuła w piersi.

– No i musi jesz­cze zdo­być po­zwo­le­nia. Ostat­nio rząd chiń­ski po­sta­no­wił nie wy­da­wać po­zwo­leń na Szi­sza­pangmę – po­wie­dział Ben, wtrą­ca­jąc się do roz­mowy. Był tak wy­soki, że mu­siał się wręcz po­chy­lać nad kie­row­nicą, żeby ja­koś się zmie­ścić w sa­mo­cho­dzie. Ra­czej nie było mu zbyt wy­god­nie.

– Zdo­bę­dzie je. By­liby idio­tami, gdyby mu od­mó­wili; w końcu jest żywą re­klamą branży wspi­nacz­ko­wej.

Po­mimo swo­ich obaw zwią­za­nych z tą wy­prawą Ce­cily cie­szyła się, wi­dząc Ja­mesa tak oży­wio­nego. Rzadko się zda­rzało, żeby aż tak się kimś za­chwy­cał – na ogół był pierw­szy do kry­ty­ko­wa­nia słyn­nych al­pi­ni­stów. Mu­siała przy­znać, że to ją za­in­try­go­wało.

– Co wy­róż­nia tego...? Jak mu tam? – spy­tała z tyl­nego sie­dze­nia, po­chy­la­jąc się do przodu.

– Char­les McVe­igh – po­wie­dział Ja­mes.

– Lu­dzie prze­cież na okrą­gło biją ja­kieś re­kordy w gó­rach – stwier­dziła.

Ja­mes prych­nął kpiar­sko i po­chwy­cił jej spoj­rze­nie w lu­sterku wstecz­nym.

– Jaja so­bie ro­bisz? To nie byle jaki re­kord. Je­śli Char­les zre­ali­zuje swoją mi­sję, to bę­dzie praw­dziwy punkt zwrotny. Nie tylko dla ca­łego świata wspi­nacz­ko­wego. Char­les jest ży­wym do­wo­dem na to, że ogra­ni­cze­nia ludz­kiego ciała nie ist­nieją. Po­ka­zuje światu, do czego zdolny jest czło­wiek. To wyż­sza szkoła jazdy.

– Nie­źle – sko­men­to­wała Ce­cily.

Ja­mes się skrzy­wił, da­jąc jej do zro­zu­mie­nia, że „nie­źle” to mało po­wie­dziane.

– Na­pi­sa­łem o ogło­szo­nej przez niego mi­sji „Czter­na­ście na lekko” dla Clim­ber­sWeb, ale Char­les za­słu­guje na znacz­nie więk­szą uwagę. Na­prawdę li­czę, że uda mi się za­in­te­re­so­wać jego syl­wetką „Nat Geo” albo „Wild Out­do­ors”. Jesz­cze ni­komu nie udzie­lił eks­klu­zyw­nego wy­wiadu.

Pod­czas gdy Ja­mes i Ben roz­pra­wiali o mę­stwie Char­lesa, Ce­cily roz­parła się na sie­dze­niu i prze­śle­dziła jego me­dia spo­łecz­no­ściowe, za­in­try­go­wana en­tu­zja­zmem Ja­mesa i jego po­dzi­wem dla tego czło­wieka. Za­miesz­czone przez Char­lesa zdję­cia bez­kre­snych gór­skich kra­jo­bra­zów i bu­dzą­cych grozę tras bie­gną­cych wśród wiel­kich lo­do­wych se­ra­ków zro­biły na niej nie lada wra­że­nie. Sama wspięła się do tej pory tylko na jedną górę: Ki­li­man­dżaro w Tan­za­nii, która sta­no­wiła wy­star­cza­jąco trudne wy­zwa­nie, a nie była na­wet w przy­bli­że­niu tak wy­soka jak szczyty, które chciał zdo­być Char­les.

– Dla­czego wy­brał aku­rat tych czter­na­ście szczy­tów? – spy­tała Ja­mesa.

– To je­dyne góry na świe­cie li­czące po­nad osiem ty­sięcy me­trów i wszyst­kie znaj­dują się w Hi­ma­la­jach. To szczyty „strefy śmierci”. Z każdą mi­nutą spę­dzoną po­wy­żej tej wy­so­ko­ści ciało do­słow­nie stop­niowo umiera. Więk­szość lu­dzi wcho­dzi tam z bu­tlami tle­no­wymi, ale nie Char­les. On jest pu­ry­stą.

– Jak on to robi?

Ja­mes za­ci­snął szczęki.

– Nie wiem. Chęt­nie sam bym go o to spy­tał, ale na ra­zie nie od­po­wie­dział na moje mejle.

– Może ja do niego na­pi­szę – za­su­ge­ro­wał Ben.

– Tylko spró­buj! – wark­nął Ja­mes.

Ben na chwilę ode­rwał ręce od kie­row­nicy i uniósł je w ge­ście ka­pi­tu­la­cji.

– Żar­tuję, stary! Zo­ba­czysz, w końcu udzieli ci tego wy­wiadu. Znasz wspi­na­czy, wiesz, jacy są prze­sądni. Pew­nie nie chce z ni­kim roz­ma­wiać, do­póki nie ukoń­czy swo­jej mi­sji.

– To tak jak ty, Jay. Nie masz przy­pad­kiem na so­bie tych sa­mych skar­pet, w któ­rych wspi­na­łeś się na Acon­ca­guę? – rzu­ciła żar­tem Ce­cily, roz­ła­do­wu­jąc na­piętą at­mos­ferę.

Ja­mes i Ben od za­wsze ry­wa­li­zo­wali mię­dzy sobą o cie­kawe te­maty, ale prze­żyli też wspól­nie wiele przy­gód. Ce­cily przez dobę sie­działa jak na szpil­kach, cze­ka­jąc na ja­kieś wie­ści, kiedy pró­bo­wali zdo­być naj­wyż­szy szczyt w Ame­ryce Po­łu­dnio­wej. A kiedy już im się udało, po­czuła tę samą eu­fo­rię co oni, cho­ciaż sie­działa bez­pieczna w swoim lon­dyń­skim miesz­ka­niu. Do­stała wtedy przed­smak „go­rączki szczy­to­wej”, czyli prze­moż­nego pra­gnie­nia zdo­by­cia szczytu bez względu na wszystko.

– To moje nie­za­wodne szczy­towe skar­pety. – Mru­gnął do niej zna­cząco. – Za­wsze się spraw­dzają.

– Tylko nie na Ki­li­man­dżaro. – Po­gła­dziła go po ra­mie­niu. – Na­dal jest mi z tym źle. Mam na­dzieję, że tym ra­zem cię nie za­wiodę.

Się­gnął do tyłu, zła­pał ją za rękę i mocno ści­snął.

– Tam było zu­peł­nie ina­czej. Te­raz nie bę­dziesz mu­siała się mie­rzyć z du­żymi wy­so­ko­ściami, skar­bie. Poza tym tre­no­wa­łaś. Dasz so­bie radę. Bez obaw.

Ale nie dała rady. Na trze­ciej gó­rze – Snow­don, czyli Yr Wyd­dfa – za­częła ma­ja­czyć to­tal­nie wy­cień­czona. Była na no­gach od dwu­dzie­stu czte­rech go­dzin, za­li­cza­jąc naj­pierw Ben Ne­vis w Szko­cji, a po­tem Sca­fell Pike w An­glii, a w sa­mo­cho­dzie, gdy prze­miesz­czali się z miej­sca na miej­sce, nie mo­gła ani po­rząd­nie od­po­cząć, ani się wy­spać. Sma­gana sil­nymi po­dmu­chami wia­tru i ulew­nym desz­czem, dy­go­cąc z zimna, uznała, że nie jest w sta­nie kon­ty­nu­ować wspi­naczki. Byli aku­rat w po­ło­wie po­dej­ścia na Crib Goch, wdra­py­wali się po śli­skiej od wody grani przy­po­mi­na­ją­cej kształ­tem ostrze noża, kiedy oznaj­miła Ja­me­sowi:

– Nie dam rady. Se­rio, idź beze mnie. Jesz­cze mo­żesz ukoń­czyć wy­zwa­nie w wy­zna­czo­nym cza­sie.

– Nie zo­sta­wię cię sa­mej – od­po­wie­dział. Za­trzy­mał się na końcu trasy i pa­trzył, jak się tru­dzi, żeby do niego do­łą­czyć, śli­zga­jąc się na gła­zach.

Po­krę­ciła głową.

– To nie ma sensu. Wy­żej nie wejdę. Wrócę do sa­mo­chodu, jest nie­da­leko. Ben ma ter­mos z her­batą. Pro­szę, nie zniosę po­wtórki z Ki­li­man­dżaro.

Wi­działa po jego mi­nie, że trudno mu było pod­jąć de­cy­zję. Na Ki­li­man­dżaro za­wró­cił ra­zem z nią. Ale te­raz mógł osią­gnąć cel.

– Je­steś pewna...?

– Tak. Zo­bacz, prze­staje pa­dać. Chyba. Nic mi nie bę­dzie. – Była prze­mok­nięta do su­chej nitki, miała zmar­z­nięte i zgra­białe palce.

Po­słał jej z góry ca­łusa.

– Idź pro­sto do sa­mo­chodu, do­brze? Kiep­sko tu­taj z za­się­giem, więc nie będę mógł za­dzwo­nić i spraw­dzić, czy je­steś cała. Po­wi­nie­nem do­trzeć na szczyt i zejść w ciągu kilku go­dzin.

– Ja­sne. No już, idź! – rzu­ciła. Więc po­szedł.

Nie do­tarła do auta. Kiedy zo­stała sama, prze­żyła coś, czego nie za­po­mni do końca ży­cia.

Na jej oczach ja­kaś ko­bieta ze­śli­zgnęła się ze skały i spa­dła. To były naj­okrop­niej­sze go­dziny jej ży­cia. Przez cały ten czas cze­kała na ra­tow­ni­ków gór­skich, da­jąc im sy­gnał gwizd­kiem, żeby ła­twiej je na­mie­rzyli.

– Je­steś bo­ha­terką – po­wie­dział Ja­mes, kiedy do niej do­łą­czył i mocno ją przy­tu­lił. Ale ona wcale tak się nie czuła. Je­dy­nie cze­kała na po­moc. Sama nie mo­gła jej ura­to­wać. Nie mo­gła za­po­biec temu, co się wy­da­rzyło.

Po po­wro­cie do Lon­dynu Ja­mes na­pi­sał ar­ty­kuł o tym wy­padku, na­zy­wa­jąc Ce­cily „Bo­ha­terką Snow­donu”.

Ża­ło­wała, że to zro­bił. Nie mo­gła się po­zbyć uczu­cia wstydu. Zro­biła więc to, co wy­dało jej się naj­bar­dziej na­tu­ralne. Sama spi­sała swoje prze­ży­cia, wła­sną wer­sję wy­da­rzeń, czego efek­tem był su­rowy, acz nie­zwy­kle su­ge­stywny tekst, który za­ty­tu­ło­wała „Szczyt po­rażki”. Opi­sała w nim, jak bar­dzo wstrzą­snęło nią to, co ro­ze­grało się na jej oczach, da­jąc wy­raz swo­jemu smut­kowi, a także głę­bo­kiemu, nie­prze­mi­ja­ją­cemu po­czu­ciu klę­ski, bo ani nie zdo­była Ki­li­man­dżaro, ani nie ukoń­czyła Na­tio­nal Three Pe­aks Chal­lenge, ani nie ura­to­wała ludz­kiego ży­cia.

Wy­słała go Mi­chelle, która pro­wa­dziła bloga ma­ga­zynu „Wild Out­do­ors”. Ku po­wszech­nemu zdzi­wie­niu ar­ty­kuł zro­bił fu­rorę w sieci i oka­zał się hi­sto­rią mie­siąca. Dzięki Ja­me­sowi czy­tel­nicy już wi­dzieli w niej bo­ha­terkę, ale opo­wieść Ce­cily naj­wy­raź­niej prze­mó­wiła do szer­szego grona od­bior­ców – zwłasz­cza jej szczere wy­zna­nie o nie­moż­no­ści zdo­by­cia szczytu – choć po­mi­nęła to, jak bar­dzo roz­pa­czała po śmierci tej do­piero co po­zna­nej ko­biety. To było zbyt bo­le­sne.

Nie­mniej za­ry­zy­ko­wała – otwo­rzyła się, dzie­ląc się z in­nymi tym, co prze­żyła. I opła­ciło się. Po raz pierw­szy była na do­brej dro­dze do osią­gnię­cia suk­cesu. Po­trze­bo­wała tylko cze­goś, dzięki czemu jej ka­riera na­bie­rze roz­ma­chu.

I wtedy po­ja­wił się Char­les.

Nie­ocze­ki­wa­nym skut­kiem ubocz­nym jej trau­ma­tycz­nych prze­żyć na Snow­do­nie była nowo od­kryta fa­scy­na­cja i po­dziw dla pod­ję­tego przez niego wy­zwa­nia. Kiedy wio­sną wy­ru­szył na An­na­purnę, pierw­szą górę z czter­na­stu, które za­mie­rzał zdo­być, oboje z Ja­me­sem śle­dzili jego po­czy­na­nia on­line. Ja­mes co­raz bar­dziej wy­chwa­lał go w swo­ich ar­ty­ku­łach. Na Dhau­la­giri, jego trze­cim szczy­cie, Char­les ura­to­wał wło­skiego wspi­na­cza od pew­nej śmierci. Ta hi­sto­ria bar­dzo po­ru­szyła Ce­cily, bo Char­les nie miał przed oczami je­dy­nie wła­snego celu; był go­tów za­ry­zy­ko­wać wszystko, żeby przy­naj­mniej spró­bo­wać oca­lić czy­jeś ży­cie. On na­prawdę był bo­ha­te­rem. W prze­ci­wień­stwie do niej.

Zresztą nie tylko ona tak my­ślała. Jego dra­ma­tyczna ak­cja ra­tun­kowa tra­fiła do tra­dy­cyj­nych me­diów i tak do­wie­dział się o nim cały świat. Pre­sja wzro­sła, ale Char­les się jej nie uląkł. Z każ­dym zdo­by­tym szczy­tem ro­biło się o nim co­raz gło­śniej.

Ce­cily nie mo­gła uwie­rzyć, kiedy jako je­dyna dzien­ni­karka zo­stała za­pro­szona na jego zbiórkę pie­nię­dzy zor­ga­ni­zo­waną w Lon­dy­nie po tym, jak wspiął się na K2. Był już wtedy na pół­metku swo­jej mi­sji, ale po­trze­bo­wał świe­żego za­strzyku go­tówki, żeby do­koń­czyć to, co za­czął. Ja­mes na­je­żył się z za­zdro­ści, ale Ce­cily go udo­bru­chała, za­bie­ra­jąc ze sobą na im­prezę.

Pod­czas tego wy­da­rze­nia Char­les ogło­sił coś kon­tro­wer­syj­nego: na Ma­na­slu, swój ostatni ośmio­ty­sięcz­nik, za­mie­rzał wy­brać się z ze­spo­łem, co tylko umoc­niło jego sta­tus le­gendy. Coś na za­sa­dzie: „Nie dość, że tego do­ko­nam, to jesz­cze zro­bię to, prze­wo­dząc gru­pie wspi­na­czy”.

Char­les od­szu­kał ją póź­niej na przy­ję­ciu po zbiórce. Znaj­do­wali się w wy­staw­nej sali w sie­dzi­bie Kró­lew­skiego To­wa­rzy­stwa Geo­gra­ficz­nego, w któ­rej ro­iło się od lu­dzi nie­spusz­cza­ją­cych Char­lesa z oczu, pra­gną­cych za­mie­nić choćby dwa słowa z gwiazdą wie­czoru. Ale on sku­piał się tylko na niej.

– Szu­ka­łem dzien­ni­ka­rza, który to­wa­rzy­szyłby mi pod­czas wy­prawy na ostatni szczyt. I chciał­bym, że­byś to była ty, Ce­cily – po­wie­dział.

Ce­cily nie­mal opluła się szam­pa­nem.

– Co, pro­szę?

Czuła, jak sto­jący obok Ja­mes nie­ru­cho­mieje. Je­śli i Char­les za­uwa­żył jego za­kło­po­ta­nie, to nie dał tego po so­bie po­znać.

– Po­jedź ze mną na Ma­na­slu. To świetna góra, ła­twa do zdo­by­cia na­wet dla no­wi­cju­sza i osza­ła­mia­jąco piękna. Je­śli chcesz, żeby ar­ty­kuł od­dał całą prawdę, sama mu­sisz do­świad­czyć tego, co bę­dzie się tam działo, być u mo­jego boku i wszystko do­ku­men­to­wać.

Po­krę­ciła głową, chi­cho­cząc, ale Char­les się nie za­śmiał.

Prze­łknęła ślinę i spoj­rzała na Ja­mesa.

– Chwila, mó­wisz po­waż­nie? Nie mo­gła­bym...

– Ow­szem, mo­gła­byś. Kiedy oboje sta­niemy na szczy­cie, udzielę ci wy­wiadu – do­dał Char­les.

– A je­śli na niego nie do­trę?

– To nie wcho­dzi w ra­chubę – po­wie­dział z uśmie­chem, a jego ja­sno­nie­bie­skie oczy aż się za­świe­ciły.

I to tyle w skró­cie. Tak oto do­ko­nał się wy­cze­ki­wany przez nią prze­łom w ka­rie­rze. Klamka za­pa­dła. Wy­bie­rała się na Ma­na­slu.

Doug za­ka­słał za jej ple­cami, wpa­tru­jąc się osten­ta­cyj­nie w ze­ga­rek. Ewi­dent­nie nie na­le­żał do naj­cier­pliw­szych. Po­chwy­cił jej spoj­rze­nie i dał znak ge­stem, żeby po­szła za nim, po czym ru­szył w kie­runku aut.

– Baw się do­brze w Sa­ma­gaun i w ba­zie – rzu­cił do niej Char­les. – Skup się na wła­ści­wym przy­go­to­wa­niu. Rób ro­ta­cje i oswój się z górą. Okieł­znaj ją. Wiem, że po­tra­fisz. Kiedy do­łą­czę, mo­żemy od razu wejść ra­zem na szczyt. I wtedy tak na­prawdę po­ga­damy.

– Dzię­kuję, Char­les. Po­wo­dze­nia z pa­pie­ro­lo­gią. – Ce­cily na­brała głę­boko po­wie­trza i po­dą­żyła za li­de­rem wy­prawy. Ste­ro­wane au­to­ma­tycz­nie drzwi roz­su­nęły się i w twarz ude­rzył ją po­dmuch cie­płego, lep­kiego, wil­got­nego po­wie­trza. Za­no­siło się na bu­rzę.

Obej­rzała się po raz ostatni na swo­jego roz­mówcę. Stał z za­ło­żo­nymi rę­kami i od­pro­wa­dzał ich wzro­kiem. Ce­cily usa­do­wiła się na tyl­nym sie­dze­niu obok Zaka i Granta w jed­nym z sa­mo­cho­dów, które miały ich za­wieźć na lą­do­wi­sko śmi­głow­ców, skąd cze­kał ich lot do Sa­ma­gaun u pod­nóża Ma­na­slu.

Ce­cily była pod­nie­cona my­ślą, że wkrótce znaj­dzie się w sa­mym sercu Hi­ma­la­jów, nie mo­gła jed­nak zi­gno­ro­wać uczu­cia nie­po­koju ści­ska­ją­cego jej żo­łą­dek.

Była tu, żeby opi­sać cie­kawą hi­sto­rię, ale miała wra­że­nie, że ta hi­sto­ria po­zo­sta­nie w Kat­mandu.

.

FRAG­MENT BLOGA CE­CILY WONG

„MA­NA­SLU: OSTATNI SZCZYT”

3 wrze­śnia

Sa­ma­gaun, Gor­kha, Ne­pal

3500 m

Po­zdra­wiam z pięk­nej wio­ski Sa­ma­gaun!

Do­tar­li­śmy na miej­sce. Cóż, wszy­scy z wy­jąt­kiem na­szego bo­ha­tera – Char­lesa McVe­igha. Bez obaw; nie zre­zy­gno­wał ze swo­jej mi­sji. Zo­stał w Kat­mandu, żeby za­ła­twić ostat­nie for­mal­no­ści. Po­mi­ja­jąc całą tę pa­pier­kową ro­botę, biu­ro­kra­cję i zbie­ra­nie fun­du­szy na to, żeby móc się wspiąć na te po­tężne góry, lo­gi­styka zwią­zana z wy­prawą oka­zała się dla Char­lesa znacz­nie więk­szym wy­zwa­niem niż zdo­by­cie szczy­tów.

Je­śli cho­dzi o wspi­naczkę wy­so­ko­gór­ską, to bar­dzo wiele za­leży od szczę­ścia – choćby samo do­tar­cie do góry. Silne opady desz­czu gro­ziły, że utkniemy w Kat­mandu, ale w końcu się roz­po­go­dziło, a do­bra po­goda utrzy­mała się wy­star­cza­jąco długo, że­by­śmy do­le­cieli tu he­li­kop­te­rem. Trek­king z Kat­mandu do Sa­ma­gaun, wio­ski po­ło­żo­nej naj­bli­żej Ma­na­slu, za­jąłby nam ty­dzień (choć na­sza ekipa Szer­pów po­dobno po­trafi po­ko­nać ten dy­stans w dwa dni), więc Doug uznał, że le­piej bę­dzie po­le­cieć.

Och, co to był za lot! Wy­star­to­wa­li­śmy tuż po czter­na­stej i le­cie­li­śmy ni­sko nad roz­le­głą sto­licą Ne­palu. Kiedy po­dą­ża­li­śmy za me­an­dru­jącą w dole rzeką, sta­ra­jąc się uni­kać chmur i desz­czu, gąszcz bu­dyn­ków wkrótce ustą­pił miej­sca fa­lu­ją­cym zie­lo­nym ta­ra­som i gę­stej dżun­gli. Od czasu do czasu na tle zie­leni po­ja­wiały się po­je­dyn­cze błę­kitne bla­szane da­chy – z po­wie­trza nie spo­sób było stwier­dzić, jak wła­ści­wie lu­dzie do­cie­rają do tych od­le­głych do­mów. Po krót­kim przy­stanku na do­tan­ko­wa­nie sce­ne­ria znów się zmie­niła. Kiedy wzbi­li­śmy się wy­żej, na­szym oczom uka­zały się za­chwy­ca­jące so­snowe lasy i grzbiety gór­skie, a także wo­do­spady, spły­wa­jące ze skał ka­ska­dami. Szcze­rze mó­wiąc, już same wi­doki z he­li­kop­tera warte były kosz­tów udziału w wy­pra­wie.

Sa­ma­gaun leży u pod­nóża Ma­na­slu, ale góra jesz­cze nie po­ka­zała nam swo­jego ob­li­cza, ukry­wa­jąc się upar­cie za gę­stymi chmu­rami, jako że to koń­cówka pory mon­su­no­wej. Mimo to cze­kamy z ro­snącą nie­cier­pli­wo­ścią.

Pi­sząc to, sie­dzę w her­ba­ciarni, obok bu­cha­ją­cego ko­minka opa­la­nego drew­nem. Sha­shi, wła­ści­cielka pen­sjo­natu, po­wi­tała nas roz­grze­wa­jącą kawą z mle­kiem, a ja zdą­ży­łam się już do­rwać do za­pa­sów prze­ką­sek. Drew­niane stoły są ob­le­gane przez wspi­na­czy z ca­łego świata i już nie­ba­wem wszy­scy wy­ru­szymy na spo­tka­nie z przy­godą ży­cia.

Jak za­pewne wielu z Was wie, wsła­wi­łam się tym, że nie do­cie­ram na szczyty. Ale Char­les po­trafi wzbu­dzić za­ufa­nie do wła­snych moż­li­wo­ści na­wet u naj­bar­dziej za­kom­plek­sio­nych osób. Wiem, że pod jego prze­wod­nic­twem dam radę. Cały wręcz ema­nuje suk­ce­sem. Na­wet w tym krót­kim cza­sie, który spę­dzi­łam z nim w Kat­mandu, zdą­ży­łam się prze­ko­nać, że za­in­spi­ro­wał całe po­ko­le­nie wspi­na­czy. I wła­śnie ko­goś ta­kiego na­leży sła­wić. Każdy ko­lejny krok po­sta­wiony na gó­rze przy­bliża go do zmiany na­szego po­strze­ga­nia, do czego zdolne jest ludz­kie ciało – i to w naj­bar­dziej nie­przy­ja­znych wa­run­kach na Ziemi. To dla mnie praw­dziwy za­szczyt, że mogę mu to­wa­rzy­szyć w tej po­dróży.

Co te­raz? Cóż, skoro już znaj­du­jemy się na znacz­nej wy­so­ko­ści, spę­dzimy ten dzień, przy­zwy­cza­ja­jąc się do rzad­szego po­wie­trza. To bę­dzie czę­sto prze­wi­ja­jący się mo­tyw pod­czas tej wy­prawy: prze­strze­ga­nie sta­rej wspi­nacz­ko­wej mak­symy, która na­ka­zuje wspi­nać się wy­soko, ale spać ni­sko, żeby na­sze or­ga­ni­zmy mo­gły się za­akli­ma­ty­zo­wać. To ozna­cza se­rię ro­ta­cji, wcho­dze­nie i scho­dze­nie tymi sa­mymi szla­kami i zma­ga­nie się z tymi sa­mymi bu­dzą­cymi grozę prze­szko­dami: wy­nio­słymi se­ra­kami, głę­bo­kimi szcze­li­nami i nie­mal pio­no­wymi lo­do­wymi ścia­nami.

Oczy­wi­ście Char­les bo­ryka się z tym wszyst­kim bez uży­wa­nia tlenu i po­rę­czó­wek. Ale on sły­nie z tego, że do­brze so­bie ra­dzi na ta­kich wy­so­ko­ściach. Na ośmiu ty­sią­cach me­trów po­ru­sza się pra­wie z taką samą ła­two­ścią jak na po­zio­mie mo­rza.

A ja? Nie mam po­ję­cia, jak so­bie po­ra­dzę, na­wet z do­dat­ko­wym tle­nem. Nie spo­sób się o tym prze­ko­nać za­wczasu ani na­prawdę do­brze się do tego przy­go­to­wać. Mogę je­dy­nie sta­wiać krok za kro­kiem, do­póki nie do­trę na szczyt albo nie każą mi za­wra­cać.

A do­tar­cie na szczyt to, rzecz ja­sna, tylko po­łowa suk­cesu. Wielu al­pi­ni­stów twier­dzi, że scho­dze­nie jest rów­nie trudne i wy­czer­pu­jące, co wspi­naczka.

Życz­cie mi więc szczę­ścia! Na pewno się przyda, bo tam, na gó­rze, wszystko się może wy­da­rzyć.

4

Słońce wze­szło nad górą, za­le­wa­jąc ta­ras świa­tłem i cie­płem. Go­rąca her­bata pa­ro­wała w dło­niach Ce­cily, a obok na sto­liku le­żały po­rzu­cone lap­top i dłu­go­pis. Oparła się o drew­nianą ba­lu­stradę, która za­skrzy­piała zło­wiesz­czo, ale wy­trzy­mała jej cię­żar. Z dzie­dzińca na dole do­bie­gło me­cze­nie kozy. Poza tym pa­no­wała ab­so­lutna ci­sza. Dla więk­szo­ści osób było jesz­cze zbyt wcze­śnie.

Ce­cily miała wi­dok tylko dla sie­bie. Po raz pierw­szy mo­gła się nim w pełni na­sy­cić. Jej te­le­fon ła­do­wał się w po­koju, apa­rat z ko­lei le­żał za­ko­pany głę­boko w tor­bie, więc za­miast uwiecz­nić tę chwilę, wzięła ko­lejny łyk her­baty i pa­trzyła.

Dwa ostre jak brzy­twa wierz­chołki Ma­na­slu wbi­jały się w niebo ni­czym roz­dwo­jony ogon mor­skiego po­twora w ciemne wody oce­anu. W ob­li­czu tej po­tęgi Ce­cily po­czuła się na­prawdę ma­leńka. Jak płotka. Wej­ście na szczyt wy­da­wało się nie­moż­liwe.

Za­du­mała się, zresztą nie po raz pierw­szy, nad zu­chwa­ło­ścią sa­mej próby jego zdo­by­cia.

Po­sta­wiła wszystko na szali. Ka­rierę. Fi­nanse. Dom. Dla­tego te­raz mu­siała sku­pić całą swoją uwagę na gó­rze, którą miała przed sobą.

Z kuchni do­la­ty­wał za­pach puri, tra­dy­cyj­nych ne­pal­skich sma­żo­nych chleb­ków. Ko­lejne osoby wy­ło­niły się z po­koi, a her­ba­ciar­nię wy­peł­nił gwar. Na­prze­ciwko na bal­ko­nie in­nego po­ma­lo­wa­nego na nie­bie­sko pen­sjo­natu po­ja­wiło się wię­cej za­har­to­wa­nych śmiał­ków, prze­cią­ga­ją­cych się i wdy­cha­ją­cych świeże hi­ma­laj­skie po­wie­trze.

– Ma­gicz­nie, prawda?

Elise wspięła się po scho­dach na ta­ras, ubrana w ja­skra­wo­ró­żową so­ft­shel­lową kurtkę i dzier­ganą czapkę. To­wa­rzy­szyło jej dwóch Fran­cu­zów z ze­społu Sum­mit Extreme, któ­rych po­znały mi­nio­nego wie­czoru. Ce­cily zaj­rzała do no­tesu, żeby spraw­dzić, jak się na­zy­wają – Alain i Chri­sto­phe. Już so­bie przy­po­mniała. Do­szli tu pie­szo z Kat­mandu i zo­stali w Sa­ma­gaun na kilka dni, żeby się za­akli­ma­ty­zo­wać, za­nim wy­ru­szą do bazy.

– Nie­mal sur­re­ali­stycz­nie – od­parła Ce­cily.

Je­den z męż­czyzn – chyba Alain – sta­nął bli­sko Elise. Wcze­śniej przy ka­wie ra­czył ich opo­wie­ściami o tym, gdzie się ostat­nio wspi­nał. Gdzieś w Afga­ni­sta­nie? Nie znała tej góry, ale to, co mó­wił, brzmiało im­po­nu­jąco i za­ra­zem prze­ra­ża­jąco. Cho­dziło o ja­kieś pierw­sze udane wej­ście.

Tyle tych gór, hi­sto­rii, oso­bo­wo­ści i bród. Cza­sem trudno je było od­róż­nić.

– To bę­dzie bułka z ma­słem – stwier­dził Chri­sto­phe, ro­biąc te­le­fo­nem zdję­cie sce­ne­rii.

– Słu­cham? – Ce­cily spoj­rzała na niego z nie­do­wie­rza­niem.

Wzru­szył ra­mio­nami.

– Pro­szę cię. Ma­na­slu to ła­twa góra. W tym roku dwie­ście pięć­dzie­siąt osób za­de­kla­ro­wało, że na nią wej­dzie. Ekipa po­rę­czu­jąca jest już w obo­zie dru­gim. To jakby taka via fer­rata, tylko na du­żej wy­so­ko­ści.

Ce­cily po­czuła się ura­żona w imie­niu Ma­na­slu. Po­ko­nała via fer­ratę, czyli „że­la­zną drogę” wy­po­sa­żoną w me­ta­lowe dra­biny i wi­szące mo­sty za­pew­nia­jące opty­malne bez­pie­czeń­stwo, w Lake Di­strict. Na­wet z po­rę­czów­kami ta wspi­naczka bę­dzie ty­siąc razy bar­dziej wy­ma­ga­jąca.

– Kie­dyś na­zy­wano ją „górą za­bójcą” – za­uwa­żyła.

Chri­sto­phe prych­nął drwiąco.

– Każda góra może być za­bójcą w za­leż­no­ści od roku. Ma­na­slu jest te­raz nie­mal tak samo ko­mer­cyj­nym szczy­tem jak Eve­rest.

– To czemu tu przy­je­cha­łeś? – spy­tała.

Wo­kół Ma­na­slu znów za­częły zbie­rać się chmury, spo­wi­ja­jąc go ni­czym ca­łun. Tam w gó­rze musi wiać na­prawdę silny wiatr.

– A czemu by nie?

Ce­cily miała już coś od­po­wie­dzieć, ale jego to­wa­rzysz Alain ją uprze­dził.

– Zi­gno­ruj go. To dow­cip­niś. Masz ra­cję. Ma­na­slu to nie­bez­pieczna góra. Tak jak wszyst­kie wy­so­kie góry. Całe lata trzy­ma­łem się z dala od ośmio­ty­sięcz­ni­ków ze względu na ry­zyko.

Ce­cily spoj­rzała po­nad ra­mie­niem Ala­ina. Elise i Chri­sto­phe od­da­lili się, żeby zro­bić zdję­cia z in­nej per­spek­tywy.

– Co spra­wiło, że zmie­ni­łeś zda­nie? – spy­tała.

– Przy­je­cha­łem tu, żeby upa­mięt­nić jed­nego z mo­ich przy­ja­ciół, Pierre’a Char­ro­ina. – Przez jego twarz prze­mknął cień bólu. – Zgi­nął w tym roku na Eve­re­ście.

Ce­cily wcią­gnęła gwał­tow­nie po­wie­trze.

– Tak mi przy­kro. Co się stało?

– Nie mamy pew­no­ści. Wy­gląda na to, że za­gi­nął w dro­dze po­wrot­nej do obozu czwar­tego. Ale zdo­był szczyt. – Mó­wiąc to, wy­świe­tlił na te­le­fo­nie zdję­cie mło­dego męż­czy­zny w nie­bie­skich lu­strza­nych oku­la­rach klę­czą­cego obok flag mo­dli­tew­nych na szczy­cie Eve­re­stu. – Tę fotkę zro­bił to­wa­rzy­szący mu szerpa. Pierre był na­prawdę wy­traw­nym wspi­na­czem... To był istny szok.

– Do­my­ślam się, że to cięż­kie prze­ży­cie, kiedy traci się przy­ja­ciela w ta­kich oko­licz­no­ściach.

– Cięż­kie prze­ży­cie to mało po­wie­dziane. To coś nie­wy­obra­żal­nego. – Wes­tchnął. – W stre­fie śmierci nie można prze­pro­wa­dzić po­rząd­nej ak­cji po­szu­ki­waw­czej, nie mó­wiąc już o do­cho­dze­niu. Przy­je­cha­łem tu, żeby za­tknąć na szczy­cie flagę na jego cześć.

– To na­prawdę wzru­sza­jące, Alain. Ale chwila... Ja­kie do­cho­dze­nie?

– Trudno mi o tym mó­wić. – Głos mu się ła­mał. Od­wró­cił twarz i spoj­rzał na górę.

Ce­cily chciała mu ja­koś po­móc, choć tro­chę go po­krze­pić. Czuła, że jego smu­tek jest tak ogromny, że zwy­kły do­tyk nie wy­star­czy, ale mu­siała coś zro­bić.

– Ro­zu­miem. Może na­pi­jesz się her­baty? – spy­tała z lek­kim uśmie­chem. Się­gnęła po ter­mos, który przy­nio­sła Sha­shi, i wzięła je­den z kub­ków sto­ją­cych do góry dnem na są­sied­nim sto­liku. Na­lała her­baty Ala­inowi, a po­tem do­lała też so­bie. Alain z na­pię­tym uśmie­chem przy­jął od niej pa­ru­jący na­pój. Upił łyk, a ra­miona lekko mu się roz­luź­niły. Her­bata była do­bra na wszystko.

Ce­cily po­dą­żyła za jego wzro­kiem na sam szczyt.

– Mam na­dzieję, że my bę­dziemy mieć wię­cej szczę­ścia – po­wie­działa, sta­ra­jąc się za­pa­no­wać nad drże­niem głosu.

– Al­pi­nizm jest z na­tury nie­bez­pieczny. Każdy, kto cho­dzi po wy­so­kich gó­rach, jest tego świa­domy. – Alain ode­tchnął prze­cią­gle. – Ale nie­które wy­padki nie po­winny w ogóle mieć miej­sca.

– Mó­wisz o tym, co przy­da­rzyło się Pierre’owi?

Znowu wes­tchnął i od­wró­cił się ple­cami do góry.

– Prze­pra­szam – do­dała szybko. – Nie mu­sisz mi o tym opo­wia­dać.

– To nie tak... Po pro­stu sam chciał­bym wie­dzieć wię­cej. Jego szerpa twier­dził, że naj­pew­niej od­cze­pił się od po­rę­czówki i wtedy spadł. Ale Pierre ni­gdy by tego nie zro­bił. Tego aku­rat je­stem pewny. – W jego oczach po­ja­wił się błysk, a złość w gło­sie za­sko­czyła Ce­cily.

Na­chy­liła się w jego stronę.

– Mógł cier­pieć na cho­robę wy­so­ko­ściową? Może był sko­ło­wany...

– Nie­wy­klu­czone.

Przyj­rzała się jego twa­rzy.

– Ale ty tak nie uwa­żasz.

Po­dmu­chał na her­batę.

– Nie, nie uwa­żam. – Od­wró­cił się do Ce­cily i zni­żył głos, tak że mu­siała się jesz­cze bar­dziej po­chy­lić, żeby go usły­szeć. – I mam ku temu do­bry po­wód: roz­ma­wia­łem z nim przez te­le­fon sa­te­li­tarny tuż po tym, jak zdo­był szczyt. My­śla­łem, że bę­dzie bar­dziej pod­eks­cy­to­wany. Po­wie­dział, że jest sam, od­dzie­lił się od szerpy, i że ktoś go śle­dzi. Ktoś, kogo się oba­wia i kto chce go skrzyw­dzić. Wtedy wła­śnie po­my­śla­łem: „O Boże, ma cho­robę wy­so­ko­ściową, ja­kieś zwidy”. Ale ni­gdy nie sły­sza­łem, żeby mó­wił z ta­kim prze­ję­ciem. Jego głos... Wy­da­wał się na­prawdę prze­ra­żony. Za­nim zdą­ży­łem co­kol­wiek po­wie­dzieć, po­łą­cze­nie zo­stało prze­rwane. – Wcią­gnął głę­boko po­wie­trze i do­dał: – A po­tem do­wie­dzia­łem się, że ni­gdy nie do­tarł do obozu czwar­tego. Ot tak. – Pstryk­nął pal­cami. – Prze­padł. Ka­pi­talny wspi­nacz za­gi­nął.

– Do czego zmie­rzasz? My­ślisz, że ktoś mu coś zro­bił?

Sta­now­czo po­sta­wił ku­bek na stole.

– Coś mi tu nie gra. Dla­tego tu przy­je­cha­łem. Tak, chcę za­tknąć na szczy­cie flagę, ale też za­dać parę py­tań. Nie przez przy­pa­dek je­stem tu z tą samą firmą, z którą on się wspi­nał, z tym sa­mym prze­wod­ni­kiem.

– Czyli z kim?

– Z Da­riem Tra­ver­sem. Chcę się je­dy­nie do­wie­dzieć, co tam się wła­ści­wie wy­da­rzyło. Tak do­świad­czony wspi­nacz jak Pierre nie po­śli­zgnąłby się ot tak po pro­stu. – Za­ci­snął szczęki. Ce­cily za­uwa­żyła, że knyk­cie wręcz mu po­bie­lały od ści­ska­nia ba­lu­strady. Nie­mal sły­szała, jak Ja­mes, który na­prawdę był za­wo­do­wym dzien­ni­ka­rzem gór­skim, krzy­czy do niej, żeby go jesz­cze po­cią­gnęła za ję­zyk. On po­wę­szyłby przy tej hi­sto­rii i wy­py­tał Ala­ina o wię­cej szcze­gó­łów na te­mat tej po­dej­rza­nej śmierci. Kiedy jed­nak tak stała w cie­niu Ma­na­slu, nie mo­gła za­pa­no­wać nad stra­chem, który ści­skał jej żo­łą­dek. Śmierć czy­hała na­wet na naj­bar­dziej do­świad­czo­nych wspi­na­czy. Ona tym­cza­sem była ama­torką. Nie chciała za­da­wać żad­nych py­tań. Mu­siała trzy­mać się my­śli, że wszystko pój­dzie do­brze.

Nie­mniej miała za­da­nie do wy­ko­na­nia. Może je­śli się na nim skupi, nie bę­dzie my­śleć o za­gro­że­niu cza­ją­cym się na wy­so­ko­ściach. Prze­łknęła więc strach.

– Alain, nie wiem, czy pa­mię­tasz, co mó­wi­łam wczo­raj wie­czo­rem, ale... je­stem tu na zle­ce­nie „Wild Out­do­ors”. Mam na­pi­sać ar­ty­kuł o Char­le­sie. Ale o Pie­rze także nie wolno za­po­mnieć, więc je­śli coś mu się przy­tra­fiło, to chcę, żeby lu­dzie się o tym do­wie­dzieli. Ze­chcesz mi od­po­wie­dzieć jesz­cze na kilka py­tań?

Na­wet je­śli śmierć Pierre’a była je­dy­nie tra­gicz­nym wy­pad­kiem, miała po­mysł, jak wpleść jego wą­tek do ar­ty­kułu o Char­le­sie. To mo­głoby wy­ja­śnić, co kie­ruje ludźmi, któ­rzy wspi­nają się na naj­wyż­sze szczyty. Dla­czego po­dej­mują tak duże ry­zyko i się po­świę­cają. I dla­czego są skłonni zgi­nąć w po­goni za ma­rze­niami. Sta­no­wi­łoby to pe­wien kon­tekst dla osią­gnięć Char­lesa.

– Je­steś dzien­ni­karką? – Uniósł brwi ze zdzi­wie­niem.

– Bez obaw. Nie wy­ko­rzy­stam tego, co mi te­raz po­wie­dzia­łeś. Ale mo­gła­bym prze­pro­wa­dzić z tobą bar­dziej ofi­cjalny wy­wiad.

Po kilku peł­nych na­pię­cia chwi­lach przy­tak­nął ski­nie­niem głowy.

– Wpad­nij do bazy Sum­mit Extreme i wtedy na spo­koj­nie po­ga­damy. Mam kilka zdjęć Pierre’a. Może ci się przy­da­dzą?

– Oczy­wi­ście – od­parła. – Bę­dziemy mieć na to sporo czasu, bo z Char­le­sem po­roz­ma­wiam do­piero po zdo­by­ciu Ma­na­slu.

– Dla­czego do­piero wtedy? – Alain po­dra­pał szcze­ci­nia­sty za­rost na bro­dzie.

– Mój wy­wiad z nim jest uza­leż­niony od tego, czy do­trę na szczyt.

Zmarsz­czył czoło.

– Nie prze­wo­dzę two­jemu ze­spo­łowi i z całą pew­no­ścią nie je­stem tak do­bry jak Char­les. Ale nie po­doba mi się to. Nikt ni­gdy nie po­wi­nien wy­wie­rać na ni­kim pre­sji, że musi zdo­być szczyt. Wspi­naczka, zwłasz­cza na tak gi­gan­tyczne góry, to jedna z naj­cięż­szych rze­czy, do któ­rych czło­wiek zmu­sza swoje ciało. Sama próba jest rów­nie ważna, co osią­gnię­cie celu.

– Nie wie­rzysz, że mi się uda?

Po­krę­cił głową.

– Nie o to cho­dzi. – Wy­cią­gnął rękę, na­kry­wa­jąc jej dłoń. – Po pro­stu ta góra za­wsze tu bę­dzie. Nie ry­zy­kuj nie­po­trzeb­nie dla ja­kie­goś szczytu.

– I ar­ty­kułu.

Przyj­rzał się jej twa­rzy. Może jej de­spe­ra­cja była zbyt wi­doczna.

Ci­szę, która mię­dzy nimi za­pa­no­wała, prze­rwało brzę­ka­nie garn­ków i pa­telni.

– Ekipo, śnia­da­nie! – krzyk­nął Doug z wej­ścia do ja­dalni.

– Mu­szę le­cieć – po­wie­działa Ce­cily. Spoj­rzała za sie­bie na górę. Szczyt cał­kiem za­kryły gę­ste zwały chmur. Za­mru­gała. Po­goda tak szybko się zmie­niła. Po­ło­żyła drugą rękę na dłoni Ala­ina i ją ści­snęła. – Jesz­cze raz bar­dzo mi przy­kro z po­wodu Pierre’a. Mam na­dzieję, że znaj­dziesz od­po­wie­dzi, któ­rych szu­kasz.

– Ja też – od­parł, lecz za­raz do­dał ła­god­niej­szym gło­sem: – Uwa­żaj na sie­bie tam w gó­rze.

– Ty rów­nież – rzu­ciła z uśmie­chem.

W ja­dalni Grant, Zak i Mingma sie­dzieli przy jed­nym z dłu­gich drew­nia­nych sto­łów. W środku krę­ciły się też inne ekipy, sły­chać było różne ję­zyki i ak­centy. Każdy miał wła­sny po­wód, dla któ­rego chciał zdo­być szczyt. Każdy miał ja­kąś hi­sto­rię.

Elise wy­ło­niła się z kuchni na dru­gim końcu po­miesz­cze­nia, jedną ręką obej­mu­jąc Sha­shi, a w dru­giej trzy­ma­jąc duży ba­niak z go­rącą wodą, który po­sta­wiła na stole przed swoim ze­spo­łem, po czym usia­dła.

Je­dyne wolne miej­sce było obok Granta, który sie­dział z bejs­bo­lówką na­cią­gniętą mocno na czoło i wy­glą­dał, jakby był ska­co­wany już drugi wie­czór z rzędu.

Za­miast tam, Ce­cily przy­cup­nęła przy że­liw­nym piecu, który roz­ta­czał przy­jemne cie­pło. Ściana nad nią była ob­kle­jona zdję­ciami słyn­nych szer­pów i wspi­na­czy, na nie­któ­rych z nich wid­niały na­wet au­to­grafy. Na­tu­ral­nie nie za­bra­kło też fo­to­gra­fii Char­lesa – a ra­czej pla­katu pro­mu­ją­cego jego wy­prawę i mi­sję „Czter­na­ście na lekko”.

Na­gle przed nią wy­rósł nie­zwy­kle wy­soki fa­cet i na­chy­lił się do niej.

– Ce­cily?

Otwo­rzyła sze­roko usta i szybko za­sło­niła je dło­nią.

– Mój Boże, Ben?

5

Na­wet kiedy ku­cał, głową wciąż do­ty­kał dźwi­ga­rów her­ba­ciarni. Ben Dan­forth. Ich szo­fer pod­czas Na­tio­nal Three Pe­aks Chal­lenge, dzien­ni­karz także pi­szący o tu­ry­styce przy­go­do­wej i je­den z naj­star­szych przy­ja­ciół Ja­mesa.

– Co ty tu ro­bisz? – spy­tała i po chwili oszo­ło­mie­nia wstała, żeby go uści­skać.

– Mógł­bym ci za­dać to samo py­ta­nie! Będę się wspi­nał. Ja­mes ci nie po­wie­dział?

– Nie...

– Cho­lera, prze­pra­szam. – Ude­rzył się w czoło otwartą dło­nią. – Wiem, że się roz­sta­li­ście. Du­pek ze mnie.

Ce­cily wzru­szyła ra­mio­nami. „Roz­sta­li­ście się” – to dość ła­godne okre­śle­nie na to, że zo­stała po­rzu­cona i wy­ko­pana z domu za to, że miała prze­pro­wa­dzić ważny wy­wiad. Spoj­rzała po­nad ra­mie­niem Bena, pró­bu­jąc po­chwy­cić wzrok ko­goś z ze­społu. Nie­ważne kogo, by­leby tylko wy­krę­cić się od tej gadki. Ale wszy­scy byli za­jęci roz­mową. Prze­łknęła więc ślinę i spy­tała:

– Je­steś tu służ­bowo?

– Nie. Za­wsze ma­rzy­łem o tym, żeby zdo­być wszyst­kie ośmio­ty­sięcz­niki. Przy­je­cha­łem na wła­sną rękę, ale ko­rzy­stam z lo­gi­styki Sum­mit Extreme.

– Nie wie­dzia­łam, że je­steś aż tak wy­traw­nym wspi­na­czem. – Ko­rzy­sta­nie je­dy­nie z lo­gi­styki ta­kiej firmy jak Sum­mit Extreme zna­czyło, że Ben sam po­dej­mo­wał wszel­kie de­cy­zje od­no­śnie do wspi­naczki, za­równo je­śli cho­dzi o akli­ma­ty­za­cję, jak i próbę zdo­by­cia szczytu. Sam mu­siał dźwi­gać bu­tlę z tle­nem oraz je­dze­nie, ale za to mógł ko­rzy­stać z na­mio­tów roz­bi­tych przez Sum­mit Extreme, a pod­czas ataku szczy­to­wego także z po­mocy szerpy. Na­wet Ben nie był na tyle do­świad­czony, żeby po­ry­wać się na zdo­by­cie szczytu w po­je­dynkę. Ta­kie wy­czyny były za­re­zer­wo­wane dla wspi­nacz­ko­wej elity.

Osu­nął się na ławkę, a Ce­cily nie­pew­nie usia­dła obok niego, wciąż nie mo­gąc otrzą­snąć się z szoku na jego wi­dok.

– Tak jest ta­niej – kon­ty­nu­ował. – Po­łkną­łem bak­cyla już w chwili, gdy ra­zem z Ja­me­sem wspię­li­śmy się na Acon­ca­guę. Cią­gnie mnie w góry i nic na to nie po­ra­dzę. Ale to pierw­szy szczyt od dłuż­szego czasu, na który by­łem w sta­nie się wy­brać. Kiedy ma się ro­dzinę, trud­niej jest po­dró­żo­wać. – Wy­jął te­le­fon i po­ka­zał jej wy­ga­szacz ekranu: zdję­cie dwójki szczer­ba­tych dzieci o ru­mia­nych po­licz­kach.

Ce­cily wy­dała z sie­bie pełne za­chwytu wes­tchnie­nie, ale w gło­wie miała ga­lo­padę my­śli. Ben mó­wił, że nie jest tu służ­bowo, ale... czy przy­znałby się, gdyby przy­słało go „Wild Out­do­ors”? Czy przy­je­chał jako jej po­ten­cjalne za­stęp­stwo? Czy może pra­cuje dla ko­goś in­nego?

Mu­siała coś po­wie­dzieć; zbyt długo mil­czała, a je­śli był tu jako jej kon­ku­ren­cja, to na pewno nie chciała, żeby zdał so­bie sprawę, że mu nie ufa. W za­ka­mar­kach pa­mięci od­szu­kała imię jego żony.

– Czyli... Mel nie ma nic prze­ciwko, że tu je­steś? – spy­tała, kiedy Ben po­ka­zał jej zdję­cie, na któ­rym był z żoną.

Uśmiech­nął się nie­znacz­nie i wzru­szył ra­mio­nami.

– Ja­koś to znosi. To moje ma­rze­nie. Może od­da­lić mnie od ro­dziny, wy­nisz­czyć mój or­ga­nizm... ale to we­wnętrzny przy­mus. My­śla­łem, że z tym skoń­czy­łem, kiedy uro­dził mi się syn, ale oto wró­ci­łem. Zro­zu­mia­łem, że je­śli chcę speł­nić to ma­rze­nie i sta­nąć na szczy­cie świata, to mu­szę za­cząć coś ro­bić w tym kie­runku, do­póki je­stem na tyle młody i głupi, żeby się na to od­wa­żyć. – Ro­ze­śmiał się. Ce­cily jed­nak nie wy­da­wało się, żeby da­leko stąd, w An­glii, Mel (po­dob­nie jak dwójka ich dzieci) także się uśmie­chała, „ja­koś to zno­sząc”. Miała na­dzieję, że Ben wie, ja­kim jest szczę­ścia­rzem. – No więc co cię spro­wa­dza na Ma­na­slu? – spy­tał ją wresz­cie. – To duży krok na­przód po Snow­do­nie. Przy oka­zji, cie­szę się, że do­szłaś do sie­bie po tam­tej spra­wie. – Trą­cił ją w ra­mię.

Ze­sztyw­niała i za­ci­snęła szczęki. Non­sza­lan­cja Bena za­wsze ją iry­to­wała. Ba­ga­te­li­zo­wa­nie tak po­twor­nego prze­ży­cia to chyba ja­kiś chory me­cha­nizm obronny w stylu ma­cho. On prze­cież też tam był i wi­dział, jak bar­dzo nią to wstrzą­snęło.

Od­chrząk­nęła.

– Pi­szę re­por­taż dla „Wild Out­do­ors” z wy­prawy Char­lesa na jego ostat­nią górę – po­wie­działa.

Ben zro­bił wiel­kie oczy.

– W mordę jeża! Udzieli ci wy­wiadu na wy­łącz­ność? Nie do wiary. Char­les jest jak współ­cze­sny Mal­lory. Faj­nie mieć Bry­tola na szczy­cie.

– Też tak my­ślę.

Po­dra­pał się po noz­drzu i po­cią­gnął no­sem.

– Fajna sprawa. No i ważne zle­ce­nie. Ja­mes o tym wie?

– Tak – od­parła przez za­ci­śnięte zęby.

– Pew­nie jest zdru­zgo­tany, że stra­cił taką oka­zję. – Oczami wy­obraźni Ce­cily nie­mal wi­działa, jak Ben składa wszystko do kupy: to, że tra­fił jej się naj­cie­kaw­szy te­mat w ka­rie­rze, i na­gle ona i Ja­mes się roz­stali. – Hej, a może przed­sta­wisz mnie Char­le­sowi?

Błysk w jego oku zu­peł­nie zbił ją z tropu. Znała tę minę aż za do­brze jesz­cze z cza­sów, kiedy była z Ja­me­sem. Przy­bie­rał ją za­wsze, ile­kroć wy­czu­wał świetny ma­te­riał na ar­ty­kuł.

Ce­cily po­czuła, jak krew w ży­łach ścina jej się lo­dem. Spoj­rzała do tyłu przez ra­mię i ode­tchnęła z ulgą, kiedy Doug przy­wo­łał ją ge­stem do sie­bie.

– Char­les na pewno bę­dzie bar­dzo za­jęty, jak tu do­trze, więc zo­ba­czymy. Mu­szę wra­cać do ze­społu. – Wstała i nie­mal ude­rzyła głową o wy­gięty w łuk ko­min pie­cyka.

– Po­cze­kaj. Po­ga­damy jesz­cze w ba­zie?

– Nie wiem. Będę ze swoją ekipą... – Zro­biła krok do tyłu.

Ben zła­pał ją za rękę.