Beth nie żyje - Katie Bernet - ebook
NOWOŚĆ

Beth nie żyje ebook

Katie Bernet

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Ile warta jest rodzina, gdy w grę wchodzą ambicja, sława i pieniądze?

Pierwszego stycznia Beth March zostaje znaleziona martwa w lesie. Jej siostry przysięgają sobie, że znajdą zabójcę.

Podejrzanych nie brakuje. Winny wydaje się sąsiad, który darzy uczuciem nie jedną, a dwie z sióstr. Albo przyjaciółka Meg, która manipuluje wszystkimi wokół. Również flirciarski mentor Amy i pierwsza miłość Beth mogą stać za jej morderstwem.

A co, jeśli ślady prowadzą do jednej z sióstr?

Gdy dziewczyny zaczynają grzebać w przeszłości, każda z nich odkrywa, że pozostałe miały powód, by zabić. Jo, aspirująca pisarka z ogromną rzeszą fanów w mediach społecznościowych, zrobiłaby wszystko dla dobrej historii. Amy marzy o studiowaniu sztuki w Europie, ale potrzebuje do tego pieniędzy od ciotki — tych samych, które zawsze były przeznaczone dla Beth. A nawet jeśli Meg nigdy nie skrzywdziłaby siostry, chroniłaby chłopaka, który byłby do tego zdolny.

Jest jeszcze jeden trop. Kilka miesięcy temu ojciec sióstr wydał książkę opisującą życie swoich córek. „Małe kobietki” szybko stały się kontrowersyjnym bestsellerem, a cała rodzina znalazła się w centrum uwagi kraju. Niekoniecznie z dobrych powodów.

Beth mógł zabić ktokolwiek. Kto miał najlepszy powód?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 376

Data ważności licencji: 6/1/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Beth Is Dead

Projekt okładki: Lizzy Bromley

Ilustracja na okładce: Ben Fearnley

Redaktorka prowadząca: Agata Then

Redakcja: Anna Sośnicka (Lingventa)

Redakcja techniczna: Grzegorz Włodek

Korekta: Zuzanna Pasikowska, Barbara Milanowska (Lingventa)

© 2026 by Katie Bernet

Published by arrangement with Macadamia Literary Agency, Warsaw and Ginger Clark Literary, LLC.

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2026

© for the Polish translation by Ewa Spirydowicz

Drogi Czytelniku / Droga Czytelniczko!

Ta książka porusza tematy i zawiera zachowania, które mogą urazić odbiorców bądź wywołać niepokój, zalecamy więc ostrożność podczas czytania.

Wszystkie wydarzenia i postaci przedstawione w książce są fikcyjne.

Ostrzeżenie dotyczące treści: przemoc fizyczna, psychiczna i seksualna, grooming, toksyczne relacje, stalking, nadużywanie alkoholu.

ISBN 978-83-287-4149-2

You&YA

MUZA SA

Wydanie I 

Warszawa 2026

–fragment–

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz

Moim siostrom

ROZDZIAŁ 1Jo

(TERAZ)

W pierwszy poranek nowego roku Beth nie ma w łóżku.

Z korytarza zaglądam do jej pokoju i serce podchodzi mi do gardła. Światło słoneczne pada na poduszkę, cząsteczki kurzu wiszą w powietrzu. Beth powinna tu być, otulona kołdrą, jej klatka piersiowa powinna unosić się i opadać, a zastałam tylko wgłębienie w materacu.

Wspinam się na palce i cicho wzdycham z ulgą. Amy także nie ma. Górne łóżko jest w nieładzie, pościel pognieciona.

Ma około dwa lata i jakieś dziesięć tysięcy szarych komórek mniej od Beth, ale lepiej mi ze świadomością, że są razem. Nie po raz pierwszy w okolicach sylwestra Amy spędziła całą noc u Sallie Gardiner. W zeszłym roku straciła przytomność w jej wannie na lwich łapach – czyż nie cudownie byłoby mieć taką wannę na lwich łapach? – i mama zjawiła się tam następnego ranka i zaciągnęła ją do samochodu. Krępujące, delikatnie mówiąc. Trudno uwierzyć, że zrobiła to ponownie po tym, jak mama się martwiła, ale to cała Amy.

Piszę do niej wiadomość, tylko do niej, bo wiem, że to nie wina Beth.

Gdzie jesteś?

Pojawiają się trzy kropeczki, ale znikają po sekundzie falowania. Daję słowo, jeżeli mama obudzi się i zobaczy puste łóżka, własnoręcznie obedrę Amy ze skóry. Mama nie zasługuje na taki stres, a już na pewno nie po sylwestrowej zmianie w szpitalu, pełnym teraz płukanych żołądków i palców urwanych przez źle odpalone fajerwerki.

Ponownie piszę do Amy.

Jeżeli nie wrócisz do domu, zanim mama się obudzi…

Zostawiam to tak, jako otwartą groźbę, i wracam do siebie, by dalej pracować nad rękopisem. Planowałam pisać całą noc, ale ostatnio nagle zasypiam, gdy oczy mi się kleją, i pochrapuję przy biurku. Nie wierzę w coś takiego jak blokada twórcza – moja kreatywność to stała, niepowstrzymana siła, ale w tym momencie moje myśli przypominają mokry beton. Otwieram notes na stronie, która ostatniej nocy posłużyła mi za poduszkę. Atrament się rozmazał, ale i tak da się odczytać ostatnie bazgroły.

Muszę mieć lepszy pomysł. Coś na tyle dobrego, by przekonało wydawczynię, że nie popełniła błędu, proponując mi umowę na powieść.

Zmuszam się, by ponownie zabrać się do pracy, gdy słyszę skrzypienie schodów na tyłach domu. Natychmiast z ulgą podnoszę się z miejsca.

– Dobra, następnym razem, gdy zachce się wam zarwać noc, mogłybyście mnie…

Patrzy na mnie Amy, skulona i sama. Mimo piętnastu lat nadal jest chudziutka i płaska jak deska, jasne włosy z różowymi pasemkami opadają jej do ramion.

– Cicho – szepcze.

– Gdzie jest…

– Serio, zamknij się. Drzwi do pokoju mamy są otwarte na oścież.

Pokonuje ostatni stopień i zdejmuje płaszcz, odsłaniając obcisłą sukienkę, którą włożyła poprzedniego wieczora. Wchodzi do pokoju i marszczy brwi.

– Gdzie Beth?

Przemierzam przedpokój i rzucam ostro:

– Ty mi powiedz.

Amy wydaje się zaskoczona, powoli analizuje informacje.

– Nie ma jej?

– A widzisz, żeby była?

– Kurde. – Głośno wypuszcza powietrze z płuc. – Mama mnie zabije.

Wyobrażam sobie naszą spokojną Beth na imprezie u Sallie, nieprzytomną na jednej ze skórzanych kanap Gardinerów, zbyt pijaną, by iść, a co dopiero jechać do domu.

– Martwisz się mamą? Co z Beth?

Amy chwyta za telefon, żeby zadzwonić do siostry, ale od razu włącza się poczta głosowa.

– Spróbuję do Sallie. Kiedy wczoraj wychodziłam, Beth była z nią.

– Wczoraj? Wyszłaś wczoraj?

Amy przytrzymuje telefon między uchem a barkiem i jednocześnie buszuje w stercie ubrań na podłodze. Pochylam się i jej przerywam.

– Gdzieś ty była, do cholery?

– Ja… – Urywa i nie wiem, czy słucha wiadomości na poczcie głosowej Sallie, czy szuka odpowiedzi. – Florence. Tak, byłam u Florence.

Patrzę na nią z ukosa. Amy i nasza kuzynka Florence pasują do siebie. Dwie blondynki, zżyte jak siostry syjamskie, ale gdyby naprawdę razem wyszły z imprezy, nocowałyby tutaj. Florence mieszka w domu z zasadami. Nie takimi, jakich trzyma się mama – kierować się zdrowym rozsądkiem i sprzątać po sobie – ale surowymi zasadami, od których aż chce się coś rozwalić. Ściśle przestrzegana godzina powrotu, zero makijażu, zero randek aż do college’u.

– Po północy poszłyście do ciotki Mary?

– Zakradłyśmy się – odpowiada Amy, ale policzki jej różowieją.

– I zostawiłaś Beth samą?

Znajduje różową bluzę z kapturem, wciąga ją przez głowę.

– To moja starsza siostra. Nie jestem jej opiekunką.

– Nie imprezuje jak ty.

– Co to niby ma znaczyć?

Amy doskonale wie, co to ma znaczyć. Beth nie podejmuje głupkowato ryzyka jak ona. Nie psuje wszystkiego jak ona. Beth nie nocowałaby poza domem bez powodu, zwłaszcza teraz. Zaledwie za kilka dni wyjeżdża do szkoły z internatem i ma tysiąc spraw do załatwienia.

– No chodź – mówię. – Musimy ją znaleźć.

– Nie. – Amy pierwsza dopada moich kluczy i ukrywa je za plecami. – Obudzimy mamę.

Ma rację. Mój stary Jeep w kolorze khaki ma stary, zużyty silnik, który czasami zaskakuje dopiero za trzecim, czwartym głośnym razem.

– Mam iść pieszo? – pytam.

– Do Gardinerów nie jest aż tak daleko.

Patrzę na moje teksty, na chaos niedokończonych pomysłów. Ta wyprawa oznacza zmarnowanie co najmniej dwudziestu minut, ale teraz to ja jestem najstarszą siostrą. Tak powiedziała Meg, zanim wyjechała na studia. A uciążliwości to część tego układu.

– No dobra. – Wzdycham. – Ale pójdziemy na skróty.

Amy nie znosi chodzić do Sallie na skróty, pod górę po stromym wiadukcie i przez park. To chyba przypomina jej tatę, którego nie ma od sześciu miesięcy i trzynastu dni (nie żeby ktokolwiek liczył). Kiedy byłyśmy małe, zabierał nas do parku na oglądanie gwiazd i muszę przyznać, że wspomnienie tamtych chwil boli, ale droga przez park jest sporo krótsza.

Amy biegnie przede mną, otula się ramionami, gdy wieje wiatr, szczęka zębami, jakby była zbyt wyczerpana, by się rozgrzać. Jakby tej nocy w ogóle nie odpoczęła.

Gdy zbliżamy się do następnej przecznicy, nad naszymi głowami góruje dom Lauriego. To jedyny dzieciak w całym mieście, który mieszka w nowoczesnym budynku zamiast w starym, kolonialnym, a wszystko dlatego, że jego babka miała akurat tyle pieniędzy i wpływów, że przekonała Stowarzyszenie Historyczne, by pozwoliło jej postawić coś od zera.

Wydaje mi się, że śpi. Oboje odpuszczamy sobie imprezy u Sallie, odkąd poznaliśmy się tam w pierwszej klasie liceum, bo oboje nienawidzimy takich sytuacji. On jednak zazwyczaj kładzie się spać grubo po północy, bo wita nowy rok w towarzystwie babki. „To najlepsza kompanka”, powtarza zawsze.

Nie wiadomo dlaczego Amy zatrzymuje się, aż na nią wpadam. Moim słowom towarzyszy gwałtowny wydech.

– Co ty…

– Jo. – Patrzy w dal, kuca, by lepiej widzieć. – Co to?

Mijam ją, bynajmniej nie rozbawiona.

– Wiem, że nie znosisz tego skrótu, ale to już trochę…

– Jo, poczekaj. – Z całej siły szarpie mnie za poły płaszcza i wpatruje się w strome wzgórze obok domu Lauriego, pokryte skałami i korzeniami drzew. – Wydawało mi się, że widziałam… – Bez słowa rusza w tamtą stronę, przedziera się przez zarośla i śnieg.

– Amy! – krzyczę.

Ona jednak idzie dalej, wspina się na wzgórze przy wiadukcie.

– Amy, stój!

Wpada między drzewa, rusza nieoznaczoną ścieżką wśród najbardziej stromych skał.

– Spadniesz – mówię.

Zatrzymuje się u stóp starego, powykręcanego drzewa, telefon wyślizguje jej się z dłoni, kolana uginają się lekko, jakby ziemia pod nią zadrżała. Z trudem nabieram tchu.

– Złaź stamtąd.

I wtedy wydaje dźwięk, którego nie zapomnę do końca życia. Głos jej się załamuje, jest kruchy, słaby.

– Beth?

Ta pojedyncza sylaba niesie się echem po ulicy i wszystkie inne dźwięki milkną. Na ułamek sekundy padający śnieg przywiera do powietrza, ani drgnie.

Amy wrzeszczy.

– Jo! – Opiera dłonie na kolanach, drży. – Jo!

Bez namysłu puszczam się biegiem i w przeciwieństwie do Amy nie zatrzymuję się, tylko zwalniam. Widok u stóp drzewa jest tak niewiarygodny, że przyciąga mnie jak magnes. Działa na mnie jak wiersz, który w pierwszej chwili zdaje się nie mieć sensu, póki nie przeczyta się go kilka razy. Na śniegu leży Beth. A śnieg jest czerwony. I ta czerwień nie tylko gromadzi się wokół niej, ta czerwień z niej wypływa. Ma otwarte oczy, ale nie ma jej w tym spojrzeniu.

ROZDZIAŁ 2Amy

(TERAZ)

Rzucam się ku Beth, krzyk drażni dno moich płuc.

– Nie. – Jo mnie powstrzymuje. – Musimy wezwać policję.

Szarpię się w jej objęciach, łzy płyną mi po twarzy. Oddycham gwałtownie, jakbym zbyt dużo czasu spędziła pod wodą. Odpycham Jo od siebie, osuwam się na kolana w śniegu, w sukience tak obcisłej, że schylenie się sprawia ból. Puls. Muszę znaleźć puls. Ale kiedy dotykam palcami szyi Beth, jej skóra nie stawia oporu.

Wydaję przeszywający krzyk i nagle Jo jest przy mnie, ucisza mnie.

– Już dobrze. Już dobrze.

Ale nie jest dobrze. Nic nie jest dobrze.

Wbijam wzrok w ziemię, bo nie jestem w stanie patrzeć na twarz Beth, na głęboką ranę na jej czole, na posiniaczoną skórę. Jest cała brudna od upadku ze wzgórza. I krew, tyle krwi. Maluję od lat, a nigdy nie widziałam takiego odcienia czerwieni. Szkarłatna plama rozlana, rozmazana na oślepiającej bieli śniegu.

– Co się stało? – pytam, ale nie jestem pewna, czy słowom udaje się wydostać z mojego gardła.

– Dzwonię na dziewięćset jedenaście. – Jo wybiera numer. Słyszę dźwięki klikania: wysoki, niski, niski. Robiła to samo kilka lat temu, gdy załamał się pode mną lód na stawie Walden i wpadłam do wody na tak długo, że nie czułam już zimna. – Dzień dobry… Chciałam zgłosić… To znaczy, muszę zgłosić… No… – Język jej się plącze. – Moja siostra – zaczyna ponownie. – Ona chyba nie żyje.

Te słowa są jak cios w żołądek.

Nie żyje.

Ona chyba nie żyje.

Pieprzyć Jo, że to mówi. Jakby to było już przesądzone. Bo jest przesądzone, czyż nie?

Zmuszam się, by spojrzeć w orzechowe oczy Beth, i po raz pierwszy nie widzę w nich blasku i życia. Są puste, martwe, na rzęsach zasycha krew. Dotykam jej palców: lodowate i sztywne.

– Nie – wyrywa mi się. – Nie, nie, nie.

Jo słucha spokojnego, stłumionego głosu operatora. Zgodnie z jego poleceniem przykłada dwa palce do szyi Beth, ale to bez sensu.

– Nic – mówi do słuchawki.

Operator zadaje kolejne pytanie, gdzieś tam otwierają się drzwi. Rozpraszam się. Z domu wychodzi Laurie i wspina się na zaśnieżone wzgórze. Poprawia na sobie kurtkę, jego ciemnobrązowa skóra kontrastuje z oślepiająco białym śniegiem.

– Jo? Amy? To wy?

Jo po raz pierwszy załamuje się głos.

– Laurie, dzięki Bogu, że jesteś.

Wspina się ku nam, gałązki trzeszczą mu pod butami.

– Co się dzieje? Słyszałem krzyki.

– Nie patrz. – Jo chce go zatrzymać, ale on widzi Beth nad jej ramieniem i na chwilę zamiera.

– O Boże.

Gdzieś w oddali wyją syreny. Nie przypominam sobie, ile razy słyszałam je w tle miejskich odgłosów, bo turysta miał wypadek, bo zapalił się strych, ale teraz brzmią inaczej. Jakby były specjalnie dla nas.

Jo wyciera nos grzbietem dłoni.

– Muszę iść po mamę.

Mama.

Musimy powiedzieć mamie.

Mama musi to zobaczyć.

Jo rusza biegiem, Laurie podchodzi do mnie na niepewnych nogach. Głos mu drży.

– Czy ona…

Potwierdzam ruchem głowy. Zamarznięte palce Beth ciągle spoczywają w mojej dłoni.

– Nie powinnaś klęczeć w śniegu – mówi Laurie.

Nigdy w życiu nie było mi tak zimno, ale nie chcę oddalać się od Beth. Laurie nie daje mi wyboru. Obejmuje mnie mocnymi ramionami i podnosi z ziemi. Gołe kolana mam otarte i mokre. Wolałabym stać o własnych siłach, ale jestem zbyt słaba, wspieram się o jego bark, czuję na plecach jego pomocną dłoń. W przebłysku pamięci widzę poprzednią noc, to, jak szukamy się w ciemnościach. Przełykam gulę wstydu.

– Skąd ona się tu wzięła? – pyta Laurie, a jego oczy ciemnieją z każdą chwilą.

Przypomina mi się impreza. Łazienka Sallie Gardiner. Beth zapłakana na skraju wanny na lwich łapach.

– Nie…

– Jak się tu dostała? Jak do tego doszło? – Laurie przeczesuje krótkie włosy dłonią, powtarza się, jakby jego umysł się zacinał.

Moje wspomnienia otula mgła wypitego szampana, ale nadal słyszę rytmiczne basy, śmiechy dobiegające z dołu i kontrastujący z nimi głos Beth, która na mnie krzyczy.

– To moja wina – mówię bardzo cicho, niemal niesłyszalnie.

Laurie obejmuje mnie mocniej.

– Nawet o tym nie myśl.

– Mówiłam okropne rzeczy. – Posyłam mu znaczące spojrzenie.

– Byłaś pijana.

Wstyd miesza się z przeszywającym żalem. Nie byłam pijana, tylko zalana w trupa, ale znam siostry jak własną kieszeń, a to oznacza, że kiedy kłócę się z Beth, doskonale wiem, co powiedzieć, by zabolało.

– Zostawiłam ją. Zniszczyłam ją i zostawiłam.

Laurie prostuje mi ramiona. Myślę o ostatniej nocy. Nie wybierał się na tę imprezę, ale pod sam koniec przyszedł, żeby się ze mną zobaczyć, i aż trudno uwierzyć w to, co wydarzyło się później. Najpierw Laurie odrywający mnie siłą od Beth, wbrew mojej woli pakujący do samochodu, szepczący mi do ucha:

– Uspokój się. Proszę. Wszyscy patrzą.

Potem taco kupione w okienku drive thru, śmiechy na parkingu, żałosne próby postawienia mnie na nogi. A jeszcze później ciepły blask jego pokoju, kokon jego łóżka, moje wargi na jego ustach, nasze ubrania na podłodze, dotyk, bliskość i nie wiadomo skąd słowa:

– Amy, nie możemy.

Wyrywam się z jego objęć w chwili, gdy za nami na wzgórzu rozlegają się kroki. Wraca Jo z mamą, która biegnie tak samo jak w szpitalu, gdy ogłaszają kod alarmowy. Wczoraj wieczorem była pewnie tak zmęczona, że zasnęła w szpitalnych ciuchach, z włosami niedbale zebranymi spinką. Może dlatego na początku udaje jej się utrzymać na nogach. Bo nadal ma na piersi szpitalny identyfikator. Bo choć przez chwilę jest pielęgniarką, a nie matką.

Zatrzymuje się w połowie wzgórza, patrzy na Beth, wędruje wzrokiem od jednego makabrycznego szczegółu do następnego.

– Beth – wyrywa jej się z ust, brzmi jak modlitwa. A potem mama rzuca się na ziemię.

– Mamo, nie! – krzyczy Jo.

Ale mama jej nie słyszy. A może nie chce słyszeć. Podnosi Beth ze śniegu, tuli do piersi, ale głowa Beth opada do tyłu, jej kark jest przerażająco wiotki, włosy mokre od krwi.

Wymiotuję, wyrzucam z siebie każdą cząstkę siebie i po raz pierwszy w życiu dociera do mnie, że ciało i dusza to dwie różne rzeczy. To nie jest moja siostra. Już nie.

Mama ukrywa twarz w sztywnej, pustej klatce piersiowej, nie tyle płacze, co jęczy, jakby wyrwano jej kawał serca. Nie mam pojęcia, co robić, i przez chwilę wydaje się, że Jo i Laurie też nie wiedzą. Stoimy w milczeniu. Syreny wyją coraz głośniej. Pierwsi ratownicy medyczni pojawiają się równie szybko jak śnieg.

ROZDZIAŁ 3Meg

(TERAZ)

Dzwoni mój telefon i ten przenikliwy dźwięk wywołuje porażający ból głowy. Szukam jego źródła. Mam nadzieję, że hałas nie obudzi Annie, ale śpimy w jednym pokoju i jej łóżko stoi tak blisko mojego, że dziewczyna już wierci się niespokojnie.

– Sorry – jęczę.

Przykrywa głowę poduszką.

– Kto nie śpi o tej porze?

Słońce już wzeszło, jego promienie ostro wdzierają się przez okna, ale wydaje się, że jest jeszcze wcześnie. Wróciłyśmy do domu sporo po północy, należałyśmy do ostatnich osób ciągle świętujących sylwestra w barze przy kampusie. Ja rzadko kiedy jestem poza domem tak późno, a już na pewno nigdy nie sączę ginu z tonikiem z uporem godnym lepszej sprawy, ale wczoraj przy pianinie siedział John Brooke, a gdy on gra, wszystkie moje zmysły się rozpływają.

Telefon dzwoni ponownie i Annie wydaje głęboki, gardłowy jęk sprzeciwu. Ktokolwiek dzwoni, zasługuje na bycie zignorowanym. Nie zdaje sobie sprawy, że nawet najmniejszy odgłos wywołuje w mojej głowie eksplozję? Ale ten ktoś dzwoni już po raz drugi, więc odbieram.

– Halo?

– Meg? To ty? – Głos Jo wydaje się ciężki, niewyraźny, mówi tak nietypowym dla siebie tonem, że siadam gwałtownie i natychmiast trzeźwieję.

– Co się stało? – rzucam ochryple przez nagle zaschnięte usta.

– Nie… – Z trudem nabiera tchu. – Nie wiem, jak to powiedzieć.

Pokój zaczyna wirować, ale już nie śpię, serce mi bije.

– Co jest? Chodzi o Amy? Znowu nie wróciła na noc?

– Z Amy wszystko w porządku – mówi Jo.

– Więc co…

– To Beth.

Wstaję, czuję pod stopami zimną posadzkę.

– Coś się stało? Na imprezie u Sallie? – Staram się zapanować nad głosem, ale i tak brzmi nerwowo, nagląco.

Wiedziałam, że Beth powinna była zostać w domu, ale trzymałam język za zębami, kiedy zadzwoniła poprzedniego wieczora. Już nawet my z Annie nie chodzimy na imprezy do Sallie, a przecież to nasza współlokatorka, nasza najlepsza przyjaciółka. Zachowuje się, jakby nie potrafiła dorosnąć, jakby nie umiała darować sobie idiotycznych awantur, jak licealistka.

Jo zalewa się łzami, co przeraża mnie najbardziej na świecie. Zazwyczaj jest taka opanowana.

– Ona odeszła, Meg. Odeszła.

Zmieniam się w kamień, nagle wyraźnie widzę wszystkie rzeczy w mieszkaniu. Zauważam szczegóły, na które dawniej nie zwracałam uwagi: dziurę w suficie, cieknący kran, kurz gromadzący się w kątach pokoju.

– Jak to? Nie możecie jej znaleźć?

– Znalazłyśmy. Przy wiadukcie.

Żołądek podchodzi mi do gardła, osuwam się na ziemię, rozpaczliwie chwytam kosz na śmieci, a wspomnienie pół tuzina szklanek ginu z tonikiem pali mnie w nozdrzach. Czuję pod powiekami żal, który zaraz przechodzi w łzy.

– Ej – zaczyna Annie delikatnie, odrzucając kołdrę. – Co się dzieje?

Nie jestem w stanie odpowiedzieć, nie jestem w stanie mówić. Mogę jedynie słuchać Jo, która przerywanym głosem tłumaczy, że ratownicy medyczni stwierdzili zgon Beth, a teraz wygląda na to, że cała policja miasta Concord kręci się na naszej przecznicy. Wśród nich jest także patolog, który ją zabierze.

– Zabierze dokąd? – pytam.

Jo chwyta ustami powietrze, stara się uspokoić.

– Nie wiem.

Myśl, że mają ją zabrać, nieważne dokąd, sprawia, że znowu robi mi się niedobrze. Ocieram usta i staram się odzyskać oddech.

– Gdzie mama?

– Rozmawia z policją.

– Z policją?

– Wracaj do domu – mówi Jo.

Zamykam oczy. Po policzkach spływają mi gorące łzy. Jestem taka zmęczona, tak obrzydliwie skacowana, ale muszę wstać z podłogi. Jo się myli. Niemożliwe, żeby Beth odeszła. Wyjaśnię to. Dowiem się, co się wydarzyło.

Annie stoi za moimi plecami i przytrzymuje mi włosy.

– Muszę do domu – mówię.

Wyciera sobie ręce i sięga po telefon. Z jej miny wnioskuję, że słyszała wystarczająco dużo, by wiedzieć, co się dzieje. Mówi szybko, urywanie.

– Raczej nie jestem w stanie prowadzić, ale zamówię ci Ubera.

Oszołomiona pozwalam jej mnie spakować. Ciuchy na zmianę, piżama, kurtka, bielizna. Zachowuje dość przytomności umysłu, by przewidzieć, że może minie trochę czasu, zanim wrócę na kampus.

Wychodzę na zimno i oczy zachodzą mi łzami, ledwie czuję ostry podmuch wiatru. Harvard odpoczywa, śniegu nie przecina ani jeden trop. Większość studentów nadal nie wróciła z przerwy świątecznej.

Powinnam była siedzieć w domu. Pilnowanie sióstr to moje zadanie, a mnie nie było. Postanowiłyśmy z Annie pokazać Sallie, udowodnić jej, że mamy lepsze rzeczy do roboty niż odgrzewanie licealnych imprez, z którymi powinna była dać sobie spokój już lata temu. Teraz to wszystko wydaje się takie małostkowe.

Podjeżdża beżowy samochód z rejestracją z Maine.

– Do Concord?

– Tak. – Wsiadam na tylne siedzenie.

– Ostatnio sporo się mówi o Concord. Tam mieszkają te siostry March, nie?

Przyciągam plecak do piersi, wyjmuję czapeczkę z logo Red Sox, którą mam pod ręką, odkąd po raz pierwszy rozpoznał mnie ktoś nieznajomy. Wygładzam loki, nasuwam ją nisko na czoło.

– No. – Staram się nie szlochać. – Widziałam je raz czy dwa.

koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji