Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Nawiązujący do swoich średniowiecznych pierwowzorów „Bestiariusz” to zbiór dziesięciu alegorycznych opowiadań. Znajdziemy w nich kurę, psa, meduzę, szczura, wronę, ślimaka, świnię, zająca, pumę i motyla. To doprawione szczyptą surrealizmu i groteski historie gogolowskich małych ludzi, dla których wspólnym mianownikiem jest samotność. Wszyscy też obdarzeni są jakimiś dziwactwami. I choć bohaterowie mogliby wydać się żałosnymi postaciami, autorka opisuje ich z pewnym rodzajem czułości. Tania Malarczuk zamiast obszernych charakterystyk mistrzowsko posługuje się detalem i aluzją. Jej bohaterowie nie są wyidealizowani, są prawdziwi. Prawdziwy jest także ich język – prosty, potoczny, miejscami wulgarny.
Książka ukazała się w ramach Literary Eastern Express – projektu realizowanego przy wsparciu Unii Europejskiej w ramach programu Kreatywna Europa.
Tania Malarczuk (ur. 1983 w Iwano-Frankiwsku) – ukraińska pisarka, eseistka i dziennikarka. Ukończyła filologię ukraińską na Podkarpackim Uniwersytecie Narodowym im. Wasyla Stefanyka. Autorka kilku książek prozatorskich. Laureatka licznych nagród, m.in.: Kryształu Vilenicy (2013), Nagrody Literackiej im. Josepha Conrada-Korzeniowskiego (2013), Książki Roku BBC (za powieść „Zapomnienie” wydaną w Polsce w 2019 roku), Nagrody im. Ingeborg Bachmann (2018), Uznamskiej Nagrody Literackiej (2022), Nagrody im. Jeanette Schocken (2024). Jej utwory ukazały się w tłumaczeniach na język polski, niemiecki, angielski, rumuński, czeski i białoruski. Publikuje felietony w serwisach internetowych „Deutsche Welle” oraz „Die Zeit Online”. Od 2011 roku mieszka w Wiedniu.
O Tłumaczce:
Marta Odulińska – absolwentka ukrainistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Począwszy od studiów pragnęła tłumaczyć literaturę, chociaż ma doświadczenie także w tłumaczeniu tekstów publicystycznych i użytkowych. Przetłumaczony początkowo do szuflady „Bestiariusz” to jej debiut translatorski. Bibliotekarka (pracuje w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Katowicach) i czytelniczka, dzieląca się wrażeniami z lektur na Instagramie (@druk_i_nic_wiecej). Brała udział w organizacji XIV Forum Młodych Bibliotekarzy w Zabrzu i Katowicach (2022). Interesuje się krajami byłego bloku sowieckiego, historią najnowszą, fotografią, architekturą, przeciwdziałaniem kryzysowi klimatycznemu, literaturą piękną i wszystkim, o czym można przeczytać w dobrym reportażu.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 271
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
– Jak się nazywasz?
– Kapitolina.
– ???
– …ale może być po prostu Lina.
– Nie, dlaczego? Kapitolina to Kapitolina. – Mężczyzna się śmieje. – Ile masz lat?
– Dwadzieścia trzy. Będę miała. Za trzy i pół miesiąca.
– Przyjechałaś do Kijowa niedawno?
– Dwa dni temu.
– Dlaczego właśnie do Kijowa?
– Jak by to panu wyjaśnić… Bardzo lubię tort kijowski. A świeży można dostać tylko w Kijowie. Tak bardzo lubię tort kijowski! Żyć bez niego nie mogę.
– Gdzie mieszkasz?
– U przyjaciółki.
– Rozumiesz, że nie możemy zapewnić ci mieszkania? Nie jesteśmy państwową firmą.
– Rozumiem.
– Nie wymagamy stażu pracy, wyższego wykształcenia, dlatego…
– Skończyłam kurs szydełkowania! Mam międzynarodowy certyfikat! I jeszcze umiem wyszywać koralikami…
– …dlatego wypłata nie będzie wysoka.
– Rozumiem. Ja dużo nie potrzebuję. – Rechocze, a potem speszona zakrywa usta dłonią. – Przepraszam, czasami tak się śmieję w niewłaściwym momencie. Przepraszam.
– Będziesz pracować w dziale rybnym.
– Jak fajnie! Lubię ryby.
– Za dużo sympatii się nie przyda. Powiedziałbym, że wręcz przeciwnie.
– A co konkretnie trzeba będzie robić?
– Wyławiać z akwarium żywe ryby i…
– I…?
– I odrąbywać im głowy.
Kapitolina głośno chichocze, a potem lękliwie zakrywa usta dłonią.
– Przepraszam, przepraszam.
Idzie ulicą szybkim krokiem i wydaje jej się, że przechodnie gapią się na nią z zachwytem. Bo jest na co. Kapitolina jest piękna jak nigdy. Przyjechała dwa dni temu do stolicy i od razu ją podbiła. Jest praca, czyli są pieniądze, czyli będzie tort kijowski. Dużo tortów kijowskich.
Nie jest tak strasznie, jak mi opowiadali, myśli Kapitolina. Wspaniałe miasto, wspaniali ludzie, wspaniała pogoda. Trzy stopnie na plusie – idealna zima. Śnieg można odżałować, skoro nie trzeba nosić czapki.
Kapitolina wchodzi do metra. Musi się dostać na stację… Kapitolina nie może przypomnieć sobie jej nazwy. Cholera. Jak też ta stacja się nazywa? W jej nazwie jest „b” i „r”. Brr. Jakże ona się nazywa?
Umiem czytać, myśli Kapitolina, a to najważniejsze. W metrze wszystko jest napisane. Metro zbudowano tak, żeby każdy idiota mógł się w nim zorientować.
Uważnie studiuje plan metra na okienku kasy. Stadion Republikański? Nie. Przyjaźni Narodów? Nie. Może Peczerska? Plac Kontraktowy? Petriwka? Wszędzie jest „b” i „r”. Brr.
Brama Lwowska? Brama Lwowska! Dokładnie tak.
Kapitolina długo waha się przed wejściem na ruchome schody. Wiecie, strach. Schody przypominają Kapitolinie ruchome piaski, których nigdy nie widziała. Ziemię, która nagle usuwa się spod nóg. Deskorolkę, na którą Kapitolina stanęła tylko raz i w tej samej chwili boleśnie upadła, a może nawet upadła wcześniej.
Kapitolina podchodzi do starszej kobiety w uniformie.
– Przepraszam – szczebiocze radośnie. – Nie mogłaby pani na sekundę zatrzymać tych schodów, żebym po nich zbiegła?
Kobieta w uniformie nic nie odpowiada. Tylko zdziwiona patrzy na Kapitolinę.
Tłum pcha Kapitolinę w stronę schodów.
– Ostrożnie! – krzyczy Kapitolina. – Zadepczecie mnie!
– Ruszaj się, dziewczyno! Stoisz jak kłoda na przejściu!
– Ruszam się!
– Ruszaj się, ruszaj!
– Ruszam się!
Zamyka oczy, staje na ruchome schody, a one niosą ją w dół.
Jaki człowiek jest bojaźliwy, myśli Kapitolina, uśmiechając się. To nic strasznego, trzeba po prostu stać. Zamknąć oczy i stać. To jak ze szczepieniem Mantoux. Zastrzyk wcale nie boli i kiedy wreszcie odważysz się podać pielęgniarce rękę, stajesz się taka szczęśliwa, taka szczęśliwa, jakbyś dokonała heroicznego czynu i wzniosła się do nieba.
Tłum unosi Kapitolinę do wagonu metra. Dziewczyna nie opiera się.
Ci ludzie lepiej ode mnie wiedzą, co i jak, myśli Kapitolina, są tutejsi. Oni już we wszystkim są zorientowani.
Kłowska, Pałac Sportu, Złote Wrota.
Nazwy jak w bajkowej krainie, cieszy się Kapitolina. Jestem królewną Złotowłosą. Ale nie, mam blond włosy. Lepiej – królewna Śnieżka. Chociaż Śnieżka też brzmi nieprawdziwie. Śniegu nie ma i wątpliwe, czy będzie. Jaki śnieg, jeśli w Arktyce od wysokich temperatur topią się lodowce?! Calineczka. Drobniutka Calineczka w bajkowej krainie Złotych Wrót. Chociaż Calineczka, zdaje się, nie była królewną.
Kapitolina kontroluje sytuację. Następna po Złotych Wrotach ma być jej stacja Brama Lwowska. Też dobra nazwa. Ciekawe, kto je wszystkie wymyślił. Na pewno jakiś bajkopisarz, nie inaczej.
Metro zwalnia, jeszcze chwileczka i się zatrzyma. Kapitolina przeciska się do drzwi, żeby wyskoczyć jako pierwsza, ale pociąg wcale się nie zatrzymuje. Męski głos informuje wreszcie: „Stacja Łukjaniwska. Uwaga, proszę nie zostawiać swoich rzeczy…”. Jak to Łukjaniwska?
Kapitolina, zdezorientowana, chwyta się obojętnych spojrzeń ludzi stojących obok.
– Jak to Łukjaniwska? – trajkocze Kapitolina. – Dlaczego nie zatrzymał się na Bramie Lwowskiej? Miałam wysiąść na Bramie Lwowskiej!
Pasażerowie spoglądają na siebie i wzruszają ramionami.
– Zapomniał? – Kapitolina jest bliska płaczu. – Motorniczy zapomniał? A może pomyślał, że na Bramie Lwowskiej nikt nie wysiada? Ja wysiadam! Miałam wysiąść na Bramie Lwowskiej!
– Dziewczyno, z księżyca spadłaś?
– A jeśli z księżyca, to co? Spadanie z księżyca nie jest zabronione.
– A szkoda. Powinno być.
Kapitolina wysiada na Łukjaniwskiej i zajmuje drewnianą ławkę pośrodku peronu.
To nic takiego, mówi sobie. Zaraz pozbieram myśli, uspokoję się i coś zdecyduję. Jedną stację metra można przejść pieszo.
Nieznajomy mężczyzna w ciemnogranatowym, podobnym do szkolnego mundurka, garniturze podchodzi do Kapitoliny i uprzejmie się kłania. Trzyma czerwone kółko na kijku niewiadomego przeznaczenia i krótkofalówkę.
– Kapitolina? – pyta mężczyzna.
– To ja.
– Świetnie. Bałem się, że pani nie poznam, ale nie sposób nie poznać tak nieziemskiej piękności.
Kapitolina kraśnieje z dumy. Przeciera rękawem zaczerwienione oczy.
– Jest pan woźnicą?
– Zawsze do pani usług. – Mężczyzna z elegancją zgina się w reweransie.
– Nie uwierzy pan, ale metro nie zatrzymało się na Bramie Lwowskiej! – skarży się Kapitolina, podnosząc się z ławki.
– Tak się czasami zdarza, ale proszę się nie przejmować. Proszę iść za mną. Szybko podwiozę panią, gdzie trzeba.
– Przyjechał pan karetą?
Woźnica podaje Kapitolinie rękę.
– Oczywiście, Wasza Wysokość.
– Kapitolina, Kijów to miasto możliwości. – Przyjaciółka Kapitoliny, Natacha, jest starsza o pięć lat. Przebrała się już w koszulę nocną i szykuje się do snu.
– Nie bardzo cię rozumiem, Natacha.
– Co w tym niezrozumiałego? W Kijowie możesz zostać kimkolwiek, kim tylko zechcesz, albo przeciwnie, stać się nikim.
– Natacha, ja nie chcę stać się nikim.
– I nie staniesz się. Najważniejsze to nie mazgaić się i mieć wyznaczony cel. Weźmy przykład. Jestem kelnerką w nocnym klubie, tak? Ale mam cel. Chcę zostać administratorem tego nocnego klubu. Co tam administratorem!? Głównym administratorem! Rozumiesz? Mam wyznaczony cel.
Kapitolina porusza brwiami. W ten sposób demonstruje wzmożoną pracę umysłu.
– Od jutra będę pracować w supermarkecie. W dziale rybnym – mruczy pod nosem Kapitolina.
– Nie najgorzej jak na początek. Wiele osób przeszło przez supermarkety. Ale zdajesz sobie sprawę, że nie możesz tam pracować całe życie? Na rybach.
– Jasne, nie mogę. – Kapitolina dziecinnie wydyma wargi. – Ale w supermarkecie jest wiele stanowisk. Dla urozmaicenia można je zmieniać raz na rok.
– Durna jesteś, całkiem jak kura, Kapitolina!
– Nie nazywaj mnie kurą, Natacha!
– W porządku, jesteś po prostu durna. Skoncentruj się. Postaw sobie jakiś cel.
Natacha gramoli się do łóżka.
– Natacha, ale jak to zrobić? To znaczy, jak wybrać cel? Jaki cel?
– Nie mogę wybrać go za ciebie. To twoja osobista sprawa. Twoje życie.
Kapitolina wyłącza światło i też gramoli się do łóżka. Wierci się. W głowie aż kipi jej od możliwych planów życiowych.
– Natacha, śpisz?
– Mhm.
– Pomóż mi, błagam! Wymyśl coś.
– No, zostań dyrektorką supermarketu na przykład.
Kapitolina wybucha chichotem.
– Natacha, no co ty?! Ja?! Przecież ja, prawdę mówiąc, tabliczkę mnożenia znam tylko do siedmiu.
– Wielkie mi rzeczy. Nauczysz się.
– Wymyśl coś innego, Natacha. Proszę.
Natacha niechętnie odwraca się do Kapitoliny.
– Pójdziemy łatwiejszą drogą. Kapitolina, pomyśl, co lubisz robić.
Kapitolina nie zastanawia się długo nad odpowiedzią.
– Lubię patrzeć na siebie w lustrze i jeść tort kijowski.
– Jak nic, kura z ciebie!
Natacha przysuwa się do ściany i nakrywa głowę kołdrą. Kapitolina zostaje sama w okrutnym świecie niepewności. Wzdycha ze smutkiem.
– Dyrektorem supermarketu nie zostanę – myśli głośno Kapitolina. – Ale mogę zostać ŻONĄ dyrektora supermarketu.
Kapitolina nie przeczytała zbyt wielu książek, ale te, które przeczytała, co do jednej, były o nieśmiertelnej nieziemskiej miłości. Kapitolinę można nazwać specjalistką od nieziemskiej miłości. Sama Kapitolina jest wcieleniem miłości. Drobne chudziutkie ciało, jasne kręcone włosy, zadarty nosek i wielkie intensywnie zielone oczy, niezepsute udrękami chłodnego rozumu.
W fartuszku i schludnym białym czepku Kapitolinie jest do twarzy. Dziewczyna stoi przy gigantycznym akwarium, w którym pływają gigantyczne czarne ryby i patrzy w swoje odbicie w akwariowym szkle. Kapitolina podoba się sobie. Rybom też. Ryby smutno przywierają pyszczkami do ścian akwarium, jakby prosiły Kapitolinę o zgodę na jeden pocałunek.
Kola, współpracownik Kapitoliny w dziale rybnym, sprawnie rąbie dopiero co przywiezioną tuszę łososia na równe kawałki. Kola jest milczącym, dobrze zbudowanym chłopakiem z zawsze opuszczonym wzrokiem. Fartuszek i biały czepek wybitnie mu nie pasują. W takim stroju Kola przypomina transwestytę.
– Cały czas milczysz, Kola – mówi Kapitolina.
Kola rzeczywiście milczy.
– Nie lubisz ze mną rozmawiać? Czy po prostu nie masz nic do powiedzenia?
Kola układa kawałki podzielonego łososia na przeszklonej ladzie, wysypanej kawałkami lodu. Otwiera sporych rozmiarów wiadro z morską kapustą i nakłada po dwieście gramów kapusty do plastikowych pojemników.
– Wcale mi nie zależy, żebyś ze mną rozmawiał! – złości się Kapitolina. – Wielkie panisko!
Do akwarium podchodzi subtelna starsza kobieta i długo przygląda się jego zawartości.
– Proszę mi wyłowić o, tego tłuściutkiego szczupaka w cętki – mówi do Kapitoliny.
Ryby w akwarium się płoszą.
– Którego? – dopytuje się Kapitolina, biorąc do ręki podbierak. – Tego ze smutnym wzrokiem czy tego schowanego za dwoma karpiami?
– Tego schowanego za karpiami.
Kapitolina wpycha podbierak do akwarium i nieumiejętnie się z nim kokosi. Wyłowiony szczupak się rzuca. Ochlapuje wodą fartuszek Kapitoliny.
– I proszę go oczyścić – mówi subtelna kobieta.
Kapitolina gołymi rękami wyjmuje szczupaka z podbieraka. Kładzie go na żelazny stół obok akwarium. Szczupak rzuca się konwulsyjnie, uderza o stół ogonem, szeroko otwiera pysk i Kapitolina boi się, że zaraz z tego pyska wydobędzie się podobny do gromu rybi krzyk.
– Biedaczek – szepcze Kapitolina i gładzi szczupaka po grzbiecie. Szczupak trochę się uspokaja.
– Proszę mi wybaczyć – zwraca się Kapitolina do subtelnej kobiety. – Jestem pierwszy dzień w pracy. To moja pierwsza ryba. Wie pani, trochę jej żal.
– W dzieciństwie – plecie dalej Kapitolina – czytałam Encyklopedię szlachetnych dziewcząt. W tej encyklopedii było wszystko, co powinna wiedzieć kobieta. Jak gotować raki na przykład. Wie pani jak? Trzeba je wrzucać od razu do wrzątku. W ten sposób raki umierają od razu. Jeśliby je wrzucić do ciepłej wody, to ich śmierć będzie powolna i straszna. A to niehumanitarne, rozumie mnie pani? Kobieta powinna być humanitarna.
Subtelna kobieta niecierpliwie pociera ręce.
– Ale o szczupakach w Encyklopedii nic nie pisali – mówi Kapitolina. – Jak go zabić tak, żeby było humanitarnie? Może jakiś zastrzyk z trucizną o natychmiastowym działaniu? I czemu ryby w ogóle są żywe?! Niechby pływały w rzekach już martwe!
– Może się pani pospieszyć? – subtelnie przypomina o sobie subtelna kobieta.
– Już, już – mówi Kapitolina. – Już, już.
Szczupak zastyga. Jego szare mętne oko patrzy na Kapitolinę z wyrazem winy. Tak, jakby przepraszał za to, że swoim istnieniem prowokuje Kapitolinę do zbrodni.
– Proszę się nie bać, proszę nacisnąć nóż, Wasza Wysokość – szepcze szczupak. – Nie będzie bolało. Ja nie odczuwam bólu.
Kapitolina przez łzy przyciska nóż i skrzela szczupaka łopoczą jak skrzydła.
Kapitolina płacze i zatapia nóż coraz głębiej.
– A pani co, urządza tu pani meksykański serial? – subtelna kobieta, jak to zazwyczaj bywa, okazuje się wcale nie być subtelna.
Kola, który cały czas kręcił się w pobliżu, zabiera Kapitolinie nóż i z wprawą, jednym dokładnym ruchem odrąbuje szczupakowi głowę.
Kapitolina długo patrzy na Kolę zapłakanymi, intensywnie zielonymi oczami, a potem wyrzuca z siebie:
– Morderca! – Zasłoniwszy twarz rękami, biegnie do toalety, żeby się umyć.
Dyrektor, tak jak dzień wcześniej, siedzi za biurkiem, wertuje dokumenty.
Kapitolina cichutko wchodzi do gabinetu.
– Można, Albercie Romanowyczu?
Mężczyzna zapraszającym gestem wskazuje, żeby usiadła na krześle obok biurka.
Kapitolina siada. Jest zdenerwowana.
Jak ja teraz wyglądam? – myśli. Na pewno koszmarnie. Trzeba było pomalować usta. I posmarować podkładem zajady. Zajady – to moje przekleństwo. Niedługo w ogóle ust nie będę mogła otworzyć.
– Kapitolino – dyrektor zatrzymuje na niej swoje twarde, surowe spojrzenie – domyślasz się, po co cię wezwałem?
– Domyślam się – przytakuje głową Kapitolina. Ma wrażenie, że po skórze chodzą jej mrówki.
Uśmiecha się jednym z tych urzekających uśmiechów, jakich można się nauczyć tylko przed lustrem.
– To dobrze, że się domyślasz.
Mężczyzna wzdycha, jakby miał wielkie wątpliwości co do tego, co przed chwilą powiedział.
– Spodziewam się, że coś takiego więcej się nie powtórzy. Bo nie powtórzy się?
– Co się nie powtórzy?
– Komedia z rybą.
– Jaka znowu komedia? – zrywa się Kapitolina. – Tak, płakałam!
Albert Romanowycz patrzy na Kapitolinę w milczeniu.
Jakaż ona durna – myśli.
– To takie okrutne – odrąbywać rybom głowy – mówi Kapitolina. – Bardzo okrutne.
– A świniom – nie okrutne?
– Świniom najpierw przebijają serce i spuszczają krew.
– I to nie jest okrutne?
Kapitolina spuszcza głowę.
– Jest – mamrocze ledwo słyszalnie.
– A zabijanie krów nie jest okrutne?
– Krów jest szczególnie okrutne… – Kapitolina pochlipuje.
– A koni, a indyków, a kaczek, a królików? – krzyczy Albert Romanowycz. – Ale czemu my tylko o zwierzętach! Porozmawiajmy o ludziach. Wiesz, ilu jest w Kijowie bezdomnych? Nie mają gdzie spać i co jeść. Zimę przeżywa co drugi. Nie jest ci ich szkoda?
– Jest. Wszystkich mi szkoda! Nie musi pan więcej o tym mówić.
Albert Romanowycz podnosi się zza biurka i odwraca do okna.
– Spodziewam się, że wszystko zrozumiałaś, Kapitolino, i więcej do tej sprawy nie wrócimy.
– Wszystko zrozumiałam.
Albert Romanowycz ma co do tego wielkie wątpliwości.
– Co zrozumiałaś?
– Że ten świat jest bardzo niesprawiedliwy i dużo w nim śmierci. Ale…
– Ale?
– Ale i dużo miłości.
Jakaż ona jednak durna – myśli Albert Romanowycz. Co ja mam z nią zrobić?
– Co mam z tobą zrobić, Kapitolino?
– Proszę mnie nie zwalniać. Będę odrąbywać rybom głowy.
– Będziesz? – Albert Romanowycz nagle ma ochotę się roześmiać.
– Będę, Albercie Romanowyczu.
Kapitolina zdecydowanie zaciska drobne dłonie w pięści.
– Ryby mnie zrozumieją.
Kapitolina pochłania tort kijowski.
– Jak ja go lubię! Jest taki smaczny!
– A ile ma kalorii! – Natacha też zjada tort, ale bez szczególnego entuzjazmu. – Jak ci się pracuje? – pyta Kapitolinę.
– Całkiem dobrze. Już dziesięć ryb zabiłam. Z każdym razem jest coraz łatwiej.
– Szczerze mówiąc, zalatuje od ciebie rybami, Kapitolino. Gdybyś chociaż perfumami się spryskała.
– To nie pomaga, próbowałam. Ale nie martw się, Natacha. Nie zostanę długo w dziale rybnym.
Natacha się nie martwi. Ogląda melancholijnie swoje paznokcie i nie do końca podoba jej się to, co widzi.
– I gdzie pójdziesz?
– No! – Zagadkowo uśmiecha się Kapitolina. – Mam pewien pomysł.
Natacha wyciąga z kosmetyczki pilnik i zabiera się leniwie do piłowania paznokci.
– Och, Natacha, gdybyś tylko go zobaczyła! To taki przystojniak!
– Kto?
– Nasz dyrektor. Albert Romanowycz. A jak spojrzy, to od razu mrówki chodzą po skórze.
– On ma coś do ciebie?
– Jest dla mnie bardzo surowy. W ogóle jest surowy. Dyrektor powinien taki być, co nie?
Natacha piłuje paznokcie.
– Ale czasami, wiesz, czasami się zmienia. Jego twarz staje się łagodniejsza, ani trochę surowa. I właśnie taki podoba mi się najbardziej.
– Kapitolina się zakochała… – konstatuje Natacha.
– Ty piłujesz paznokcie, Natacha – mówi wyrwana z zamyślenia Kapitolina – a ja sobie od razu przypominam, jak moja zmarła babka tępym nożem piłowała kurom głowy. Mieliśmy zawsze tępe noże. I babka brała kurę, którą trzeba było zabić, przykładała jej głowę do pieńka i piłowała. Długo, długo. Pamiętam, że na początku kurze wyłaziły oczy. I te oczy były strasznie, jakby to powiedzieć, debilne, rozumiesz mnie, Natacha?
– Nigdy nie widziałam żywych kur – odpowiada Natacha.
Kapitolina przeżuwa ostatni kawałek tortu kijowskiego, mówiąc:
– Kogo jak kogo, ale kur mi nie szkoda. Zabijałabym je na prawo i lewo. Mają takie debilne oczy, że po prostu wstyd z takimi żyć.
Kapitolina budzi się, bo za oknem coś uderza o ziemię z wielką siłą. Tak mogłoby uderzyć ludzkie ciało, wyrzucone z dziewiątego piętra. Albo worek ziemniaków.
Jest jeszcze ciemno. To najdłuższe noce w roku.
Kapitolina ostrożnie podchodzi do okna, ale nic szczególnego nie widzi. Ulica jest pusta. Czarne drzewa stoją sobie i prawie niesłyszalnie szeleszczą czarnymi liśćmi, których z jakiegoś powodu zapomniały zrzucić jesienią.
Tu, w Kijowie, wszystko jest inaczej, myśli Kapitolina. Nawet drzewa są inne. Jakieś straszne. Człowiekowi nie chce się na nie włazić, żeby coś zobaczyć.
Przychodzi pierwsza do pracy, przebiera się i staje tak, żeby kontrolować drzwi wejściowe. Żeby wiedzieć, kiedy on przyjdzie.
Albert Romanowycz zjawia się, jak zawsze, równo o wpół do dziewiątej.
Tak czy inaczej, myśli Kapitolina, będzie z nas wspaniała para. Albert i Kapitolina. Cures! (jak lubiła mówić zmarła babka Kapitoliny). Zakochanej pary z takimi imionami jeszcze nie było. Przynajmniej we wszystkich przeczytanych przez Kapitolinę powieściach miłosnych.
Jest ubrany w czarny płaszcz z futrzanym kołnierzem, czarny garnitur i różowy, błyszczący krawat. Taki elegancki i nieosiągalny.
Kapitolina nieświadomie szuka oparcia w lustrach i wreszcie, przyjrzawszy się swojemu odbiciu w witrynie z warzywami, trochę się uspokaja. Nie jest może zbyt elegancka, ale baaardzo ładna. Autor powieści miłosnej mógłby o niej napisać: „Nawet w białym czepku i fartuszku służącej Kapitolina od pierwszego spojrzenia zwracała na siebie uwagę; chciało się ją wdychać jak świeże powietrze”.
Kapitolina uśmiecha się do siebie. „Chciało się ją wdychać jak świeże powietrze”.
– Dzień dobry, Albercie Romanowyczu – przemawia uroczyście Kapitolina, nieco za głośno jak na taką powszednią frazę.
– Kapitolina. – Mężczyzna elegancko kiwa głową w odpowiedzi i, przechodząc obok, dorzuca cicho:
– Dobrze ci w stroju roboczym. Zwłaszcza w czepku.
Kapitolina się rumieni. Kapitolina jest gotowa stać się powietrzem, które on będzie wdychać.
– Tak – zgadza się – ale chętnie obeszłabym się bez czepka. Lubię chodzić z rozpuszczonymi włosami.
Świętej pamięci babcia Kapitoliny zawsze mówiła, że najlepiej mieć rozpuszczone włosy. Im dłuższe, tym bardziej powinny być rozpuszczone. Niech ludzie na nie patrzą, a zwłaszcza mężczyźni. I czego by mężczyźni nie mówili, właśnie długie rozpuszczone włosy kobiet przyciągają ich najbardziej. Możliwe, że nawet się tego nie domyślają. Wszak mężczyźni rzadko zdają sobie sprawę z tego, co kieruje ich postępowaniem. Myślą naiwnie: honor, godność i duma. A właśnie, że nie. Kobieta. To znaczy: jej włosy.
Włosy mają być żywe.
– Co to znaczy żywe? – trochę kpiąco pyta Natacha.
Stojąc z Kapitoliną w łazience przed lustrem, studiują pokrywę włosów na swoich głowach. Włosy Natachy są krótkie, rozjaśnione z pozostałościami nierównomiernie wyblakłych rudych pasemek.
– Sama dobrze nie rozumiem – mówi Kapitolina. – Babcia zawsze tłumaczyła ten punkt dość mgliście, obrazowo. Żywe włosy, powtarzała, to włosy, które się poruszają.
– Same?
Kapitolina wzrusza ramionami.
– Tak mówiła babcia. Włosy mają się poruszać.
– Coś twoja babcia poplątała. – Natacha podchodzi do lustra jak najbliżej, ale jej włosy wydają się martwe.
– Żeby włosy się poruszały – kontynuuje żwawiej Kapitolina – trzeba je raz na tydzień smarować żółtkiem jajka albo kwaśnym mlekiem i przemywać wywarem z pokrzyw. Ale najlepiej robić płukanki z porannego moczu trzyletniego dziecka.
Natacha z niedowierzaniem patrzy na Kapitolinę, potem na swoje włosy, potem znowu na Kapitolinę.
– Skąd ja ci wezmę trzyletnie dziecko?! – I, jakby oprzytomniawszy, dodaje: – A twoja przemądrzała babcia jakie miała włosy?
Kapitolina właśnie tego pytania obawiała się najbardziej.
– Babcia nie miała włosów. Babcia była całkiem łysa.
– Kola, powiedz mi szczerze, podobają ci się moje włosy?
Kola siedzi na taborecie obok wyjścia służbowego i konsumuje przyniesioną z domu kanapkę. Kapitolina nie widzi, z czym jest kanapka, możliwe, że tylko z masłem. Kapitolina też jest głodna, ale kanapki z masłem nigdy by nie zjadła.
– Kola, z czym masz kanapkę?
Kola milczy.
– Kola, powiedz mi szczerze, ja cała się tobie nie podobam, tak? Ani moje włosy, ani ja w ogóle. Nie podobam ci się, tak?
Kola milczy.
– Ale za co? Co ja ci zrobiłam?
Kapitolina odwraca się do akwarium z dwoma starymi leszczami i zaczyna cicho szlochać.
– Wszyscy mnie lubią – płacze głośno – bo jestem ładna i wesoła. Nie ma powodu, żeby mnie nie lubić. A ty uparłeś się jak baran… Nie proszę cię o miłość aż po grób, Kola… Po prostu porozmawiaj ze mną. Siedzimy tu całymi dniami i milczymy jak wrogowie. Ja tak nie mogę! Lubię dużo mówić, lubię kogoś słuchać i żeby mnie słuchano.
Kola wyciąga ze swojego plecaka drugą kanapkę i podaje ją Kapitolinie.
– To dla mnie? – Zaskoczona Kapitolina przestaje beczeć. – Ale ja z masłem nie zjem. Lubię z musztardą i kiełbasą doktorską.
Bierze jednak kanapkę i ją nadgryza.
– Ty jesteś dobry, Kola – mówi Kapitolina, przeżuwając kiełbasę doktorską. – Jeśli tak bardzo nie chcesz mówić, nie mów. Będę mówić za nas oboje.
Kapitolina wyskakuje z łóżka i biegnie do okna.
– Słyszałaś to, Natacha? Jak coś uderza o ziemię. Słyszałaś to?
Natacha z niezadowoleniem burczy coś spod kołdry.
– Natacha, tu pachnie kryminałem! – mówi Kapitolina, podekscytowana. – Musimy wezwać milicję. Codziennie słychać ten łomot…
– Nic nie słyszałam – odpowiada sennie Natacha. – Uspokój się, Kapitolino. Idź spać. Naczytałaś się za dużo powieści miłosnych.
– Takich ludzi jak ty jest większość – obraża się Kapitolina. – Takim ludziom jest wszystko jedno. Zabiją im człowieka przed nosem, a oni powiedzą, że nic nie słyszeli. Nie można tak żyć.
– A ty dokąd? – Natacha wysuwa głowę spod kołdry.
– Idę na ulicę. Zobaczę, co tak łomocze.
– Kapitolino, jest trzecia w nocy! Nigdzie nie idź! Jeszcze tego brakowało! Nigdzie nie idź!
Kapitolina zakłada czarną puchową kurtkę na koszulę nocną z miniaturowymi falbankami.
– Chodź ze mną, Natacha. Jak mnie zabiją, to będzie twoja wina.
– A czyja będzie, jak zabiją nas obie? – Natacha mimo wszystko wstaje z łóżka i też się ubiera. – Ześwirowałaś, Kapitolina. Co ja sobie wyobrażałam, kiedy zgodziłam się, żebyś u mnie zamieszkała?
Ukradkiem wychodzą na korytarz, schodzą na parter.
– Jest mróz – szepcze Natacha. – Za lekko się ubrałam.
Zdenerwowanej Kapitolinie błyszczą oczy od złych przeczuć. Nie słucha Natachy. W głowie przesuwają się jej wykrzywione, złe i nienawistne facjaty opryszków, którzy już zaraz mają ją napaść, i Kapitolina znikąd nie może się spodziewać pomocy.
Kapitolina się uśmiecha.
Opryszki przyłożą nóż do jej delikatnej białej szyi, dorzucą jeszcze kilka sprośnych żartów i wtedy, kiedy wszelka nadzieja na ratunek zgaśnie, a Kapitolina zacznie odmawiać ostatnią w swoim życiu modlitwę – wtedy musi pojawić się ON. Jej wybawca, jej książę. Twarz bezlitosna i pełna powagi (podobna do twarzy Alberta Romanowycza). Jednym strzałem unieszkodliwi od razu wszystkich bandytów (ilu by ich nie było). Z łatwością, jak piórko, weźmie Kapitolinę na ręce (ona będzie akurat leżeć na ziemi) i zapyta surowo:
– Od kiedy to takie młode damy spacerują o trzeciej w nocy same, bez służących?
Kapitolina, tuląc się do jego szerokiej piersi, będzie wdychać bohaterski zapach. Odpowie, dumnie zadzierając nosek:
– Nie mam obowiązku się panu meldować! Nie jest pan moim ojcem ani mężem!
– No cóż – powie on i jego spojrzenie stanie się cieplejsze – żeby dostać odpowiedź na moje pytanie, będę musiał się z panią ożenić.
– Po moim trupie!
– Kusząca propozycja. Myślę, że będzie pani najurodziwszą narzeczoną wśród wszystkich denatek.
Natacha chwyta Kapitolinę za rękaw:
– Boję się, Kapitolina, wracajmy do domu.
– Nie pękaj, Natacha.
Okrążają budynek i zatrzymują się naprzeciw niego, po drugiej stronie drogi, żeby widzieć wszystkie okna.
– Słychać było wyraźnie – próbuje myśleć analitycznie Kapitolina. – To oznacza, że spadało z wysoka.
– Świeci się tylko w naszym mieszkaniu. W innych oknach jest ciemno.
– Poczekajmy chwilę. Stoimy w dobrym miejscu. Nie widać nas.
Natacha drży ni to z zimna, ni to ze strachu.
– Chodźmy – jęczy.
– Pssst! Popatrz, Natacha!
Na balkonie dziewiątego piętra pojawia się niewysoka, ciemna postać. Postać unosi rękę, ciska coś przez balkon i od razu znika. Bęc! Przedmiot ciężko spada na ziemię.
– A nie mówiłam! – klaszcze w dłonie Kapitolina i gwałtownie rusza do przodu. – A nie mówiłam!
Natacha sunie za Kapitoliną. Boi się jak nigdy.
– I co tam? – pyta.
Zagadkowy przedmiot wylądował na zaniedbanym trawniku przed budynkiem, pomiędzy topolą i starą, skrzypiącą akacją. Kapitolina ostrożnie przykuca obok, dotyka przedmiotu zgrabiałą od zimna ręką. Jej rozczarowanie jest bezgraniczne.
– Co to, Kapitolina?
– To chleb – mówi cicho Kapitolina. – Biały, czerstwy chleb.
Dzisiaj zrobię pierwszy krok, myśli Kapitolina. Dosyć czekania. On tak na mnie patrzy, kiedy stoję, gdy on przychodzi – tu nie może być żadnych wątpliwości. Zwyczajnie jest mu niezręcznie. Powiedział trzy razy, że do twarzy mi w czepku, i jeden raz – że pasuje mi fartuszek. On się krępuje. I słusznie. Bo kim ja jestem? Nikim. Sprzedawczynią z prowincji. Tabliczkę mnożenia znam tylko do siedmiu. Gdyby nie kalkulator, wyrzuciliby mnie też ze stanowiska sprzedawczyni. Ale tabliczka mnożenia nie ma znaczenia, gdy chodzi o miłość. Miłość pokonuje wszystko. Miłość jest nieustępliwa i w tym tkwi jej… jak brzmiało to słowo…? Powab. On mi wybaczy tę tabliczkę mnożenia, bo cała reszta jest doskonała. Kobieta po pierwsze musi być kobietą, a dopiero potem – umieć liczyć.
Kapitolina stoi przed gabinetem Alberta Romanowycza i myśli nad tym, co zaraz powie.
Powiem: „Proszę wybaczyć, ale chyba pana kocham”.
Nie, to się nie nadaje. Zbyt prostolinijne. Cała intryga przepadnie.
„Dziś mija równo miesiąc, odkąd zaczęłam u pana pracować. Może trzeba to uczcić?”
Kapitolina odżegnuje się od tego, co wymyśliła, jakby opędzała się od natarczywego komara.
„Jestem sławną wróżką. Jeśli pan chce, powróżę panu z ręki. Za darmo”.
Nagle drzwi gabinetu otwierają się, a za nimi pokazuje się sam Albert Romanowycz.
– Kapitolino, co ty tutaj robisz?
– Ja… Ja do pana. Chcę porozmawiać.
– W zasadzie to zamierzałem wyjść, ale jeśli niedługo…
– Niedługo.
Kapitolina niepewnie mija Alberta Romanowycza i wchodzi do środka. Wychwytuje jego zapach. Zapach wydaje się Kapitolinie dziwny.
– O co chodzi?
Albert Romanowycz odwraca się do swojego biurka.
– Ja…
– No?
– Przyszłam panu podziękować – bąka Kapitolina. – Dziś mija równo miesiąc, odkąd u pana pracuję.
– Gratuluję.
Rozbiera mnie wzrokiem, myśli Kapitolina, to przecież widać. Wyraźnie nie jestem mu obojętna. No, śmiało! Zrób coś! Zaproś mnie gdzieś. Albo zwyczajnie podejdź i mnie pocałuj! Bo chcesz, widzę to. Podejdź i mnie pocałuj! Kobietę trzeba brać. W tym celu nie trzeba pytać jej o zgodę.
– To wszystko? – Albert Romanowycz nerwowo przesuwa duży pierścień na prawej ręce w tę i z powrotem.
– A to nie wystarczy?
– Kapitolina, za pół godziny mam ważne spotkanie. Muszę iść. Jeśli nie masz nic więcej…
– Mam!
Albert Romanowycz zostawia w spokoju swój pierścień i uważnie przygląda się Kapitolinie.
Ciekawe, czy włosy mi się teraz poruszają, myśli Kapitolina. O, żeby tylko się poruszały!
– Właściwie to – wypala Kapitolina – przyszłam się panu poskarżyć.
– Na co?
– Nie na co, a na kogo. Na mojego współpracownika.
– Na którego współpracownika?
– Na Kolę. Nie mogę z nim pracować. On ciągle milczy. Przez miesiąc pracy nie powiedział do mnie żadnego słowa, wyobraża pan sobie?! W psychiatryku można wylądować! Ani „dzień dobry”, ani „do widzenia”. Proszę mu coś powiedzieć. Proszę mu powiedzieć, żeby ze mną rozmawiał!
Albert Romanowycz rechocze. Bierze swoją dyplomatkę i rusza do wyjścia.
– Przepracowałaś z nim miesiąc i niczego nie zrozumiałaś?
– Czego nie zrozumiałam?
– Twój współpracownik nie może mówić. Jest niemy.
Kapitolina, zakłopotana, stoi pośrodku gabinetu.
– Do widzenia, Kapitolino – pogania ją Albert Romanowycz. – Mam naprawdę mało czasu.
– Do widzenia.
Przechodząc obok swojego szefa, Kapitolina znowu wychwytuje jego zapach.
Fuj.
Nieżyjąca już babcia Kapitoliny była całkiem łysa.
Nie ma teraz znaczenia, jak się nazywała, chociaż żywych często korci, żeby nazywać zmarłych po imieniu. Kapitolina bez wahania powiedziałaby, że jej babcia miała na imię Marharyta. Jednak nie warto wierzyć Kapitolinie.
Otóż, nieżyjąca babcia Kapitoliny Marharyta, kiedy była młoda, miała zadziwiająco śliczne włosy. Za takie włosy większość kobiet sprzedałaby swoją duszę. I możliwe, że Marharyta urodziła dziecko tylko po to, żeby każdego ranka stosować płukanki do włosów z dziecięcego moczu.
Jej włosy nie tylko błyszczały. One promieniały.
Marharyta nigdy nie zawiązywała włosów w kok czy ogon, nigdy nie nosiła nakrycia głowy, nawet w najsroższe zimy. Mówiła, że włosy grzeją silniej niż jakakolwiek chustka. Prawdopodobnie miała na myśli coś całkiem osobliwego, kiedy mówiła „grzeją”.
Mąż Marharyty przyszedł po nią, gdy Marharyta skończyła czternaście lat. Przyśniła mu się Marharyta i jej włosy. Przyśniło mu się wszystko od najdrobniejszych szczegółów: wieś Marharyty, dom, rodzice, piec w domu, kolor obrusa, którym był nakryty stół w jadalni.
Obudziwszy się, oświadczył wszystkim krewnym, że dziś się ożeni. Zebrał swatów i wyruszył na poszukiwanie swojego snu. Wieś istniała. I dom Marharyty. Jej rodzice i piec, i obrus.
Wszedł do obcego domu i od razu, od progu, krzyknął:
– Biorę waszą córkę za żonę!
Marharyta była akurat w pokoju obok. Usłyszała jego głos i wszystko zrozumiała. Nie opierała się, zgodziła się na swój los tak, jakby się jej należał. Później Marharyta powtarzała Kapitolinie, że po kobietę trzeba przyjść i ją wziąć. Kobieta wyjdzie za tego, kto ośmieli się nie zapytać jej o zgodę.
– Ale ona ma tylko czternaście lat! – lamentowała mama Marharyty. – Gdzie jej do ślubu?!
Marharyta wyszła z drugiego pokoju do gości i jej włosy rozświetliły się jaskrawiej niż dziesięć świeczek, niż wszystkie świeczki świata.
– Wszystko w porządku, mamo – powiedziała Marharyta. – Zgadzam się.
Przeżyli ze sobą czterdzieści siedem lat, aż do śmierci męża na raka płuc. Marharyta nigdy z nikim nie rozmawiała o swoim małżeństwie, a znajomi i sąsiedzi opowiadali jej historię dzieciom jako bajkę na dobranoc.
W dwudziestym roku małżeństwa Marharyta powiedziała do swojego męża:
– A więc już mnie nie kochasz, prawda?
Mąż wbił wzrok w ziemię i przez jakiś czas milczał ponuro. Potem wreszcie się odezwał:
– A gdzie ja pójdę? Nie mam dokąd iść.
– Nie musisz nigdzie iść. Będziemy żyli, jak żyliśmy.
Przez resztę czasu żyli, jak żyli. Nikt niczego nie podejrzewał, nikt się niczego nie domyślił. Tylko włosy Marharyty nagle wypadły i nigdy nie odrosły.
– Natacha, muszę szybko postawić sobie inny cel w życiu – wzdycha Kapitolina.
– Twój Albert posłał cię, gdzie raki zimują?
– Nie podoba mi się jego zapach.
– No i co?
– U kobiety najważniejsze są włosy, a u mężczyzny – jego zapach.
– Dziwadło z ciebie, Kapitolina – mówi Natacha. – Jakie znaczenie ma zapach? Powiedz lepiej, że nie wyszło ci z Albertem. Szukaj sobie teraz Juana Carlosa.
– Nie. Nie będę nikogo szukać. Mężczyźni nie są mi potrzebni. Tak zdecydowałam. Będę dumna i samotna.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Tania Malarczuk (ur. 1983 w Iwano-Frankiwsku) – ukraińska pisarka, eseistka i dziennikarka. Ukończyła filologię ukraińską na Podkarpackim Uniwersytecie Narodowym im. Wasyla Stefanyka. Autorka kilku książek prozatorskich. Laureatka licznych nagród, m.in.: Kryształu Vilenicy (2013), Nagrody Literackiej im. Josepha Conrada- Korzeniowskiego (2013), Książki Roku BBC (za powieść Zapomnienie wydaną w Polsce w 2019 roku), Nagrody im. Ingeborg Bachmann (2018), Uznamskiej Nagrody Literackiej (2022), Nagrody im. Jeanette Schocken (2024). Jej utwory ukazały się w tłumaczeniach na języki polski, niemiecki, angielski, rumuński, czeski i białoruski. Publikuje felietony na stronach internetowych Deutsche Welle oraz Die Zeit Online. Od 2011 roku mieszka w Wiedniu.
Marta Odulińska absolwentka ukrainistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Począwszy od studiów pragnęła tłumaczyć literaturę, chociaż ma doświadczenie także w tłumaczeniu tekstów publicystycznych i użytkowych.
Przetłumaczony początkowo do szuflady Bestiariusz to jej debiut translatorski. Bibliotekarka (pracuje w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Katowicach) i czytelniczka, dzieląca się wrażeniami z lektur na Instagramie (@druk_i_nic_wiecej). Brała udział w organizacji XIV Forum Młodych Bibliotekarzy w Zabrzu i Katowicach (2022). Interesuje się krajami byłego bloku sowieckiego, historią najnowszą, fotografią, architekturą, przeciwdziałaniem kryzysowi klimatycznemu, literaturą piękną i wszystkim, o czym można przeczytać w dobrym reportażu.
Bestiariusz Nawiązujący do swoich średniowiecznych pierwowzorów Bestiariusz to zbiór dziesięciu alegorycznych opowiadań. Znajdziemy w nich kurę, psa, meduzę, szczura, wronę, ślimaka, świnię, zająca, pumę i motyla. To doprawione szczyptą surrealizmu i groteski historie gogolowskich małych ludzi, dla których wspólnym mianownikiem jest samotność. Wszyscy też obdarzeni są jakimiś dziwactwami. I choć bohaterowie mogliby wydać się żałosnymi postaciami, autorka opisuje ich z pewnym rodzajem czułości. Tania Malarczuk zamiast obszernych charakterystyk mistrzowsko posługuje się detalem i aluzją. Jej bohaterowie nie są wyidealizowani, są prawdziwi. Prawdziwy jest także ich język – prosty, potoczny, miejscami wulgarny.
Sfinansowane ze środków UE. Wyrażone poglądy i opinie są jedynie opiniami autora lub autorów i niekoniecznie odzwierciedlają poglądy i opinie Unii Europejskiej lub Europejskiej Agencji Wykonawczej ds. Edukacji i Kultury (EACEA). Unia Europejska ani EACEA nie ponoszą za nie odpowiedzialności.
Dotychczas w ramach serii wydawniczej Wschodni Express ukazały się:
Barykady na Krzyżu (2014) – Jurko Gudź
50 procent racji (2016) – Ołeksandr Bojczenko
Karbid (2016) – Andrij Lubka
Nogami do przodu (2017) – Andrij Bondar
Dzień poezji śmierci dzień (2017) – Andrej Adamowicz
Tłuścioch i leszcz (2017) – Andrej Adamowicz
Mały leksykon medyczny wg Bacharewicza (2017) – Alhierd Bacharewicz
Szczęśliwi nadzy ludzie (2017) – Kateryna Babkina
Pokój do smutku (2018) – Andrij Lubka
Sonia (2018) – Kateryna Babkina
Wakacje nad Letą (2018) – Hałyna Kruk
Cyrk i inne wiersze (2018) – Julia Cimafiejewa
Wasi, nasi oraz inni (2018) – Ołeksandr Bojczenko
Poprzednie życie (2018) – Mykoła Riabczuk
Punkt zerowy (2019) – Artem Czech
Frau Müller nie zamierza płacić więcej (2019) – Natalka Śniadanko
Wieczorne słońce (2019) – Wasyl Słapczuk
Obrazki litewskie (2019) – Herkus Kunčius
Żywoty (2019) – Ołeh Sencow
Worochtarium (2019) – Jurij Andruchowycz, Ołeksandr Bojczenko, Orest Drul
Dzielnica D (2020) – Artem Czech
Patriotyzm dla opornych (2020) – Kim Chun Ho alias Siarhiej Pryłucki
Marketer (2020) – Ołeh Sencow
Riki i drogi (2020) – Mark Liwin
Wszystkie ptaki, co we mnie… (2020) – Antologia współczesnej poezji łotewskiej
Twoje spojrzenie, Cio-Cio-San (2020) – Andrij Lubka
Nikt tak nie tańczył jak mój dziadek (2020) – Kateryna Babkina
Tu mieszkał Jonasz (2021) – Marius Burokas
Wilk Jedno Oko (2021) – Juris Kronbergs
Porucznik Piatrowicz i chorąży Duch (2021) – Uładzimier Arłoŭ
Szatański pomiot (2021) – Zoltán Mihály Nagy
Ten sam kurz drogi (2021) – Wasyl Słapczuk
KGB i inne wiersze (2022) – Igor Pomierancew
Lustrzany sześcian (2022) – Łeś Bełej
Ostatni pocałunek Iljicza (2022) – Wano Krueger
Klara. Bande dessinée (2022) – Agnė Žagrakalytė
Planeta pożeraczy serc (2023) – Kristiina Ehin
osobista pustka (2023) – Aušra Kaziliūnaitė
Insekt (2023) – Lena Kudajewa, Oksana Sawczenko, Polina Położencewa
Zawartość męskiej kieszeni (2024) – Ołeh Kocarew
Charków 1938 (2024) – Ołeksandr Irwaneć
Najprzyjemniejsza chwila dnia (2024) – Piret Raud
Zdradzeni, wyklęci, oczernieni (2024) – Herkus Kunčius
Autoportret w postaci pestki awokado (2024) – Julia Cimafiejewa
Jak zostałam świętą (2025) – Tania Malarczuk
Czas miedzi (2025) – Slobodan Šnajder
Solea Minor (2025) – Evelin Marton
Lista obecności (2025) – Birutė Jonuškaitė
Mój pierwszy schron (2025) – Igor Pomierancew
Tom & Tom (2025) – Wasyl Słapczuk
Czar Maroka (2025) – Sofia Jabłońska
Komedia Judyty (2025) – Siergiej Kowalow
Zapraszamy na stronę wydawnictwa: wydawnictwo.warsztatykultury.pl
Lublin 2026, wydanie pierwsze
ISBN 978-83-68178-52-4
© 2009 Tania Malarczuk
© 2026 Marta Odulińska / translation
© 2026 Warsztaty Kultury w Lublinie / Polish edition
Wydawca / Warsztaty Kultury w Lublinie
Redaktorzy serii / Andrij Saweneć, Aleksandra Zińczuk
Redakcja / Krzysztof Bąk
Korekta / Teresa Markowska
Skład / Tomasz Smołka
Koordynacja / Olga Maciupa, Anna Lewicka-Koksanowicz
Projekt okładki / Ewelina Kruszewska
Projekt typograficzny serii / kolektyw kilku.com
Złożono pismami / Skolar (proj. David Březina)
Kontakt / Warsztaty Kultury w Lublinie
ul. Grodzka 5a, 20-112 Lublin
warsztatykultury.pl, +48 81 533 08 18
Plik przygotał Woblink
woblink.com
Okładka
Karta tytułowa
Gallus gallus domesticus (kura)
Karta redakcyjna
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Meritum publikacji
