Wydawca: Wydawnictwo e-bookowo Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2006

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 69 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Banita - Edward Guziakiewicz

 

Groteskowo przerysowany karny zesłaniec z centrum Galaktyki szczęśliwym trafem dociera krążownikiem do nieznanego sobie układu solarnego, skrycie lądując na zamieszkałej trzeciej planecie. Jak się można domyślić, to nasza Ziemia. Tu zaś zaczyna rozrabiać, gdyż inaczej nie potrafi. A ponieważ nie grzeszy nadmiarem inteligencji, daje się omotać błędnie zaprogramowanej maszynie pokładowej, która podstępnie dyktuje mu, co ma robić.

Akcja toczy się upalnym latem w zabitym deskami, ale urokliwym siole oraz w otaczających go gęstych borach. Przypada koniec dziewiętnastego wieku i są już znane lampy naftowe. Trwają żniwa, a na podmokłych łąkach klekocą bociany.

Czytelnik ma tu okazję zetknąć się ze skrzyżowaniem klasycznej fantastyki, może motywu z „Predatora” Johna McTiernana, z cha­rakterystyczną dla „Chłopów” Władysława Reymonta panoramą polskiej wsi i figlarnym tematem dwu sióstr z „Balladyny” Juliusza Słowackiego. Dominujący technologicznie przedstawiciel rasy obcych narusza spokój sielankowej osady i panujące w niej obyczaje, rozbudzając uśpione namiętności.

Autor spogląda ze szczyptą humoru i kpiny na obyczajowość dawnej wsi i na różne przywary ludzkie. I przypomina powszechnie znaną gorzką prawdę: każdego można kupić, to tylko kwestia ceny.

Opinie o ebooku Banita - Edward Guziakiewicz

Fragment ebooka Banita - Edward Guziakiewicz

Edward Guziakiewicz

Banita

mikropowieść SF

Co­py­ri­ght © 2015 Edward Gu­zia­kie­wicz

All ri­ghts re­se­rved

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Roz­po­wszech­nia­nie i ko­pio­wa­nie ca­ło­ści lub czę­ści pu­bli­ka­cji za­bro­nio­ne bez pi­sem­nej zgo­dy au­to­ra.

ISBN 978-83-64865-11-4 (EPUB)

Ob­raz na okład­ce li­cen­cjo­no­wa­ny przezDe­po­sit­pho­tos.com/Dru­kar­nia Chro­ma

Tytułem wprowadzenia

Gro­te­sko­wo prze­ry­so­wa­ny kar­ny ze­sła­niec z cen­trum Ga­lak­ty­ki szczę­śli­wym tra­fem do­cie­ra krą­żow­ni­kiem do nie­zna­ne­go so­bie ukła­du so­lar­ne­go, skry­cie lą­du­jąc na za­miesz­ka­łej trze­ciej pla­ne­cie. Jak się moż­na do­my­ślić, to na­sza Zie­mia. Tu zaś za­czy­na roz­ra­biać, gdyż ina­czej nie po­tra­fi. A po­nie­waż nie grze­szy nad­mia­rem in­te­li­gen­cji, daje się omo­tać błęd­nie za­pro­gra­mo­wa­nej ma­szy­nie po­kła­do­wej, któ­ra pod­stęp­nie dyk­tu­je mu, co ma ro­bić.

Ak­cja to­czy się upal­nym la­tem w za­bi­tym de­ska­mi, ale uro­kli­wym sio­le oraz w ota­cza­ją­cych go gę­stych bo­rach. Przy­pa­da ko­niec dzie­więt­na­ste­go wie­ku i są już zna­ne lam­py naf­to­we. Trwa­ją żni­wa, a na pod­mo­kłych łą­kach kle­ko­cą bo­cia­ny.

Czy­tel­nik ma tu oka­zję ze­tknąć się ze skrzy­żo­wa­niem kla­sycz­nej fan­ta­sty­ki, może mo­ty­wu z „Pre­da­to­ra” Joh­na McTier­na­na, z cha­rak­te­ry­stycz­ną dla „Chło­pów” Wła­dy­sła­wa Rey­mon­ta pa­no­ra­mą pol­skiej wsi i fi­glar­nym te­ma­tem dwu sióstr z „Bal­la­dy­ny” Ju­liu­sza Sło­wac­kie­go. Do­mi­nu­ją­cy tech­no­lo­gicz­nie przed­sta­wi­ciel rasy ob­cych na­ru­sza spo­kój sie­lan­ko­wej osa­dy i pa­nu­ją­ce w niej oby­cza­je, roz­bu­dza­jąc uśpio­ne na­mięt­no­ści.

Au­tor spo­glą­da ze szczyp­tą hu­mo­ru i kpi­ny na oby­cza­jo­wość daw­nej wsi i na róż­ne przy­wa­ry ludz­kie. I przy­po­mi­na po­wszech­nie zna­ną gorz­ką praw­dę: każ­de­go moż­na ku­pić, to tyl­ko kwe­stia ceny.

Rozdział pierwszy

Ock­ną­łem się z wra­że­niem, że bar­dzo dłu­go prze­by­wa­łem du­chem gdzieś da­le­ko, a te­raz wró­ci­łem i łą­czę się z drę­twym jak ko­łek cia­łem. Z po­cząt­ku nie mo­głem po­ru­szać okry­ty­mi chi­ty­ną koń­czy­na­mi, jed­nak wkrót­ce wró­ci­ło do nich czu­cie. Do­brze wie­dzia­łem, dla­cze­go bez­dusz­na ma­szy­na wy­rwa­ła mnie ze snu, w któ­ry za­pa­dłem przed od­lo­tem. Moż­na to było wy­ra­zić pro­ściut­kim, tym nie­mniej bu­dzą­cym gro­zę zda­niem: nad­cho­dzi­ło prze­zna­cze­nie. Po­ko­nu­jąc opo­ry, wy­do­sta­łem się z ci­cho szu­mią­ce­go hi­ber­na­to­ra. Mu­sia­łem się po­zbie­rać i usta­lić, gdzie się zna­la­złem.

Nie wie­rzy­łem wła­snym oczom. By­łem w nie­zna­nym ukła­dzie so­lar­nym. Uśmie­cha­ją­ca się do mnie za­gad­ko­wa pla­ne­ta po­wo­li ro­sła na ekra­nach. Or­bi­to­wa­ła wo­kół żół­tej gwiaz­dy, jed­nak nie sama, ale z in­ny­mi za­gu­bio­ny­mi w prze­strze­ni glo­ba­mi. Wy­ło­wi­łem wzro­kiem pa­smo aste­ro­idów zna­czą­ce się na bocz­nych ekra­nach. Do­my­śla­łem się, dla­cze­go mój kom­pu­ter skie­ro­wał sta­tek w jej stro­nę. Za­dzi­wia­ła at­mos­fe­rą bo­ga­tą w tlen i azot oraz nie­wy­obra­żal­ny­mi ogro­ma­mi wody. Spo­wi­ja­ła się wsty­dli­wie w kłę­by bia­łych chmur i zda­wa­ła się być po­kry­ta wy­łącz­nie błę­kit­ny­mi oce­ana­mi. Spo­za ob­ło­ków prze­zie­ra­ły jed­nak ku­szą­ce lądy, two­rzą­ce oko­ło jed­nej czwar­tej jej po­wierzch­ni. Ja­śnia­ła sil­nym bla­skiem, kon­tra­stu­jąc z czer­nią usia­ne­go ko­bier­ca­mi gwiazd nie­ba.

— A to ci do­pie­ro! — mruk­ną­łem z za­sko­cze­niem. — Co za cudo?

Nie przy­szło mi do gło­wy, że po prze­bu­dze­niu mogę na­dziać się na tak nie­zwy­kłe cia­ło nie­bie­skie. Spo­dzie­wa­łem się śmiet­ni­ska zło­żo­ne­go z roz­sia­nych w prze­strze­ni drob­nych okru­chów skal­nych i ko­smicz­ne­go pyłu. Al­ter­na­ty­wą mo­gła być ogrom­na gwiaz­da, któ­rej nie po­tra­fił­bym omi­nąć lub kon­den­su­ją­ca ma­te­rię czar­na dziu­ra z iście sza­tań­ską gra­wi­ta­cją.

Z bi­ją­cym ser­cem do­sta­łem się do po­kła­do­we­go kom­pu­te­ra, usi­łu­jąc do­wie­dzieć się cze­goś wię­cej o tej pla­ne­cie. Elek­tro­nicz­ny mózg od dłuż­sze­go cza­su ją ba­dał, bez­na­mięt­nie gro­ma­dząc dane. Oce­niał jej wiek na oko­ło pięć mi­liar­dów aoriań­skich lat. Pod cien­ką sko­ru­pą i go­rą­cym płasz­czem krył się zło­żo­ny z że­la­za, ni­klu i krze­mu zwar­ty rdzeń o bar­dzo wy­so­kiej tem­pe­ra­tu­rze. Trzy­ma­ła na gra­wi­ta­cyj­nej uwię­zi na­tu­ral­ne­go sa­te­li­tę, jed­nak ska­li­ste­go i bez at­mos­fe­ry.

Oglą­da­jąc ją na flu­ory­zu­ją­cych ekra­nach, to z ci­cha zży­ma­łem się, po glo­try­meń­sku cmo­ka­jąc i sta­ra­jąc się utrzy­mać na wo­dzy roz­sza­la­łe po prze­bu­dze­niu ner­wy, to zno­wu po­gwiz­dy­wa­łem przez szcze­li­ny wę­cho­we, cie­sząc się jak nie­opie­rzo­ny mło­kos. Inni ska­za­ni pew­nie nie mie­li ta­kie­go szczę­ścia. Aż dziw brał, że na ta­kich pe­ry­fe­riach po­ja­wi­ło się ży­cie. Los po­tra­fił pła­tać fi­gle! Psu­brat kom­pu­ter le­czył mnie jed­nak ze złu­dzeń. Zna­la­złem się bar­dzo da­le­ko od mo­je­go ukła­du sło­necz­ne­go. Z osłu­pie­niem przy­glą­da­łem się tra­sie, któ­rą po­ko­na­łem. Spa­łem po­nad dzie­więć­set lat i do­tar­łem pra­wie do gra­nic ga­lak­ty­ki.

Rzad­ko kie­dy ze­słań­com, bu­dzą­cym się do­pie­ro wte­dy, kie­dy koń­czy­ło się pa­li­wo, uda­wa­ło się zna­leźć przy­ja­zny skra­wek grun­tu. Naj­czę­ściej z prze­ra­że­niem oglą­da­li mroź­ne pust­ki, a od naj­bliż­szych ukła­dów so­lar­nych dzie­li­ło ich wie­le lat świetl­nych. Bie­da­cy nie mie­li więc wy­bo­ru. Po­zba­wio­ny za­si­la­nia krą­żow­nik sta­wał się za­ma­rza­ją­cym wra­kiem, w któ­rym nic nie dzia­ła­ło. Je­dy­nym roz­wią­za­niem, bra­nym pod uwa­gę od po­cząt­ku pe­cho­wej po­dró­ży do­ni­kąd, było więc sa­mo­bój­cze po­le­ce­nie ani­hi­la­cji. Trzask-prask i po krzy­ku! Nikt tym nie­szczę­śni­kom jed­nak nie współ­czuł. W tak wy­ra­fi­no­wa­ny spo­sób ka­ra­no bo­wiem tyl­ko naj­więk­szych prze­stęp­ców, w opi­nii ogó­łu nie za­słu­gu­ją­cych na akt ła­ski, wy­ro­zu­mia­łość i prze­ba­cze­nie.

Sie­dzia­łem w po­nu­rym wię­zie­niu na jed­nym z księ­ży­ców Ga­orii, z góry wie­dząc, jaki za­pad­nie wy­rok. Wie­dzia­łem, na co się po­rwa­łem, więc nie mo­głem ro­ścić so­bie pra­wa do obro­ny. Mia­łem spo­ro cza­su na roz­my­śla­nia. Nie chcia­łem skoń­czyć jak inni kar­nie ze­sła­ni w ko­smos, a przy tym by­łem da­le­ki od tego, by pod­da­wać się, ła­sić i że­brać o li­tość. Upadł­bym ni­sko, gdy­bym od­wo­ły­wał się do ta­kich me­tod. Ko­rzy­sta­jąc ze skry­tych zna­jo­mo­ści i ci­chych przy­mie­rzy prze­my­ci­łem przez la­bi­rynt wię­zien­ny w Oro no­wiut­ki x-re­pro­duk­tor, po­zwa­la­ją­cy — mię­dzy in­ny­mi — na szyb­kie przy­wró­ce­nie za­pa­su pa­li­wa. Kto wszedł w po­sia­da­nie tego re­we­la­cyj­ne­go wy­na­laz­ku, nie mu­siał po prze­bu­dze­niu mie­rzyć się z wi­zją sa­mo­bój­stwa. Był bo­wiem w sta­nie oko­pać się w do­wol­nym za­kąt­ku ko­smo­su, na­wet z dala od przy­chyl­nych pla­net i do­żyć w spo­ko­ju póź­nej sta­ro­ści. Nie było tego złe­go, co by na do­bre nie wy­szło. Tech­nicz­ne cudo mia­ło moc aoriań­skie­go uskrzy­dlo­ne­go boga świa­tła, wal­czą­ce­go z si­ła­mi ciem­no­ści. Po­zwa­la­ło stwa­rzać z ni­cze­go.

Spry­tu mi nie bra­ko­wa­ło, uda­ło mi się oszu­kać czuj­nych straż­ni­ków, więc te­raz mo­głem śmiać się z prze­śla­dow­ców z Aorii, wred­nych au­to­kra­tów i ohyd­nych sę­dziów fe­ru­ją­cych w ich imie­niu wy­ro­ki. Na­le­ża­łem do tych, któ­rzy głę­bo­ko nimi gar­dzi­li. Rzą­dzą­cy sys­te­mem sło­necz­nym od­wo­ły­wa­li się do idei przy­spie­szo­ne­go roz­wo­ju, któ­ra wy­ma­ga­ła re­zy­gna­cji z wie­lu szla­chet­nych przy­wi­le­jów, utrwa­lo­nych od stu­le­ci na na­szych pla­ne­tach, a szcze­gól­nie z po­lo­wań na ela­oplo­rio­ny. Ten przy­wi­lej utra­ci­ła rasa Glo­try­me­nów, któ­rą z dumą re­pre­zen­to­wa­łem. Po­my­śla­łem z tę­sk­no­tą o po­bra­tym­cach, któ­rym za­ka­za­no my­śliw­skich wy­praw na dru­gą pla­ne­tę Ar­chei, Fa­orię. Przy­pusz­czam, że za­cho­wa­li mnie w pa­mię­ci jako praw­dzi­we­go bo­ha­te­ra. Przy­świe­cał mi szczyt­ny cel. Nie go­dząc się z za­ka­zem, po­le­cia­łem na Fa­orię, skru­pu­lat­nie omi­ja­jąc wy­zna­czo­ne szla­ki ko­mu­ni­ka­cyj­ne i do­ko­na­łem praw­dzi­we­go spu­sto­sze­nia. Z mści­wą sa­tys­fak­cją wy­bi­łem ogrom­ne sta­da ela­oplo­rio­nów.

De­spo­ci z Aorii wy­le­wa­li łzy, skar­żąc się w ca­łym ukła­dzie sło­necz­nym, że po­waż­nie prze­trze­bi­łem za­so­by ga­tun­ku, z któ­rym wią­za­no wiel­kie na­dzie­je. Wdra­ża­no za­kro­jo­ny na sze­ro­ką ska­lę pro­jekt, w efek­cie któ­re­go ela­oplo­rio­ny mia­ły osią­gnąć wy­so­ki po­ziom roz­wo­ju i za­mie­nić się w isto­ty ro­zum­ne. Jako Glo­try­men by­łem prze­ciw­ny ta­kim kro­kom. Zwie­rzę­ta win­ny były zo­stać zwie­rzę­ta­mi, zwłasz­cza te, na któ­re po­lo­wa­ło się od wie­ków, hoł­du­jąc ro­do­wym tra­dy­cjom. Nie na­le­ża­ło po­pra­wiać na­tu­ry. Wstrzą­sną­łem pod­wa­li­na­mi no­we­go ładu i okrzyk­nię­to mnie naj­więk­szym prze­stęp­cą stu­le­cia. Nim mnie za­mknię­to we wnę­trzu wa­ha­dłow­ca i uśpio­no, prze­sze­dłem przez praw­dzi­we pie­kło, a jego pa­mięć spra­wia­ła, że jesz­cze te­raz tar­ga­ły dresz­cze moim ma­syw­nym cia­łem, po­kry­tym chi­ty­no­wym płasz­czem.

Kom­pu­ter dzie­lił się ze mną wie­dzą o pla­ne­cie, na któ­rej wkrót­ce mia­łem się zna­leźć. Wy­zna­czał hi­po­te­tycz­ne miej­sca lą­do­wa­nia. Po­le­cia­ło mul­tum sond. Za­ry­sy kon­ty­nen­tów sta­wa­ły się co­raz bar­dziej czy­tel­ne. Lądy, góry, rów­ni­ny i je­zio­ra prze­zie­ra­ły zza kłę­bo­wisk chmur. Usta­wi­łem wa­ha­dło­wiec na or­bi­cie sta­cjo­nar­nej i za­czą­łem się in­ten­syw­nie uczyć. Za­miesz­ki­wa­ły ten glob ro­zum­ne isto­ty, jed­nak osią­gnię­ty przez nie po­ziom roz­wo­ju tech­no­lo­gicz­ne­go nie był wy­so­ki i ko­ja­rzył mi się z epo­ką pre­an­ce­fal­ną na Da­orii.

Tru­dzi­łem się, ale nie za dłu­go. Szyb­ko się znu­dzi­łem. Nie było sen­su bez koń­ca cze­kać.