Wydawca: Eduardus Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 322 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka A jeśli jutra nie będzie - Edward Guziakiewicz

Powieść „A jeśli jutra nie będzie” Edwarda Guziakiewicza

należy do nurtu postapokaliptycznego w fantastyce. Akcja toczy się współcześnie w USA. Po ataku zabójczego wirusa z kosmosu przy życiu pozostaje niespełna dwa procent ludzi na Ziemi. Czy to kres cywilizacji? Co z pozostawionymi bez obsługi elektrowniami atomowymi?

Nastolatki z Florydy usiłują przetrwać w obliczu totalnego zagrożenia i odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Głównym bohaterem jest Oscar Moore, uczeń szkoły średniej w West Palm Beach. Towarzyszą mu rówieśnicy. Pozostali przy życiu nieliczni starsi mieszkańcy miasta, których wirus oszczędził, organizują się, by stanąć na nogi. Na pierwszy rzut oka radzą sobie całkiem nieźle. Powstają komitety ocalenia publicznego.

Powieść ukazuje mniej znane dorosłym oblicze nastolatka i jego zachowania w ekstremalnych warunkach. Ma ona także drugie dno. Wiąże się ono z kalendarzem Majów i zapowiadanym przez nich czwartym końcem świata, który miał przypaść 21 grudnia 2012 r.

Opinie o ebooku A jeśli jutra nie będzie - Edward Guziakiewicz

Fragment ebooka A jeśli jutra nie będzie - Edward Guziakiewicz

Edward Guziakiewicz A jeśli jutra nie będzie

Fragment powieści

Opisywane tu wydarzenia miały naprawdę miejsce, jednak wskutek kosmicznej korekty czasu nikt ich nie pamięta.

Prolog

Ude­rzy­ło mnie bo­gac­two flo­ry i fau­ny tej pla­ne­ty, rzu­co­nej na da­le­kie obrze­ża ga­lak­ty­ki. Ży­cie ple­ni­ło się tu nie­mal wszę­dzie — na lą­dach, w at­mos­fe­rze i w głę­bi­nach oce­anów. Na­tu­ra trium­fo­wa­ła, zaś w wy­ni­ku ewo­lu­cji wy­kształ­ci­ło się wie­le mi­lio­nów ga­tun­ków owa­dów, zwie­rząt i ryb. Kil­ka razy opły­ną­łem glob i za­bra­łem się do ka­ta­lo­go­wa­nia or­ga­ni­zmów ży­wych. Nie zna­la­złem tu wpraw­dzie wy­bit­nie in­te­li­gent­nych form ży­cia, za któ­ry­mi roz­glą­da­łem się w ko­smo­sie, nie­mniej jed­nak ba­da­ne cia­ło nie­bie­skie wy­da­ło mi się in­try­gu­ją­ce i zaj­mu­ją­ce pod każ­dym wzglę­dem. Kor­ci­ło mnie, by w nie­da­le­kiej przy­szło­ści od­dać je Me­onom, ro­ku­ją­cej ra­sie kla­sy zero trzy. Ten do­brze się za­po­wia­da­ją­cy ga­tu­nek szyb­ko ewo­lu­ował i wy­ma­gał le­piej przy­sto­so­wa­ne­go śro­do­wi­ska. Wy­glą­da­ją­cy jak świe­tli­ste lar­wy Me­ono­wie czu­li­by się do­sko­na­le w mo­krych la­sach tro­pi­kal­nych, nie mó­wiąc o tym, że do­pa­so­wa­li­by się bez tru­du do tu­tej­sze­go łań­cu­cha po­kar­mo­we­go.

Nie ze wszyst­kim jed­nak ewo­lu­cja so­bie po­ra­dzi­ła. Za­ła­ma­ła się na ga­tun­ku, od­gry­wa­ją­cym klu­czo­wą rolę na tej pla­ne­cie i szyb­ko prze­kształ­ca­ją­cym oto­cze­nie. Dziw­nym tra­fem do­szło do jego de­ge­ne­ra­cji.

— Ka­ta­stro­fa — mru­cza­łem z nie­sma­kiem, oglą­da­jąc brud­ną mgłę wi­szą­cą nad ogrom­ny­mi me­tro­po­lia­mi, wy­ro­sły­mi na róż­nych kon­ty­nen­tach. — Jak tak moż­na?

Do­brze roz­wi­nię­ty i po­jem­ny mózg tu­tej­szych ssa­ków na­czel­nych o spio­ni­zo­wa­nej po­sta­ci z nie­zro­zu­mia­łych dla mnie po­wo­dów wy­ko­rzy­sty­wał ni­kły pro­cent swe­go po­ten­cja­łu. Co wy­wo­ły­wa­ło fa­tal­ne skut­ki. Do­cie­kli­wi dwu­noż­ni byli nie­bez­piecz­ny­mi pa­so­ży­ta­mi. Nie umie­li żyć w har­mo­nii z przy­ro­dą, bez­myśl­nie ją eks­plo­ato­wa­li i nisz­czy­li wszyst­ko, co tyl­ko się dało. Strasz­li­wie za­śmie­ca­li oto­cze­nie. Nie po­zo­sta­wi­li w spo­ko­ju na­wet prze­strze­ni ko­smicz­nej. Wie­rzy­li, że ich ce­lem jest do­mi­na­cja tech­no­lo­gicz­na w świe­cie na­tu­ry. Gdy­bym po­zo­sta­wił ich wła­sne­mu lo­so­wi, star­li­by ży­cie z po­wierzch­ni glo­bu. To już był ostat­ni dzwo­nek.

Aby ura­to­wać tę pla­ne­tę i za­cho­wać jej cu­dow­ną fau­nę i olśnie­wa­ją­cą flo­rę, na­le­ża­ło wy­ple­nić ten ga­tu­nek. Roz­pra­wić się z nim raz na za­wsze. Po głęb­szym na­my­śle zde­cy­do­wa­łem się jed­nak po­zo­sta­wić przy ży­ciu jed­ną set­ną nie­szczę­snej po­pu­la­cji. No, może gdzie­nie­gdzie jed­ną pięć­dzie­sią­tą. U nie­wiel­kiej czę­ści osob­ni­ków wy­kry­łem bo­wiem obie­cu­ją­ce se­kwen­cje ge­ne­tycz­ne.

Kie­dy upo­ra­łem się z pra­cą, świe­tli­sta strza­ła z za­bój­czym wi­ru­sem wy­strze­li­ła w stro­nę glo­bu. Ja zaś wy­bra­łem się w dal­szą dro­gę, szu­ka­jąc in­nych sku­pisk ży­cia w ko­smo­sie. Tu już po­sprzą­ta­łem.

Z dzien­ni­ka po­kła­do­we­go En-A-Rina

Rozdział pierwszy

Po­nie­dzia­łek, 7 kwiet­nia 2014 r.

Zmu­to­wa­ny wi­rus za­ata­ko­wał naj­pierw od­le­głą Ja­po­nię, jak­by tam go stwo­rzo­no i jak­by tam wy­mknął się z la­bo­ra­to­rium sza­lo­nych na­ukow­ców. Sko­śno­ocy prze­chod­nie w To­kio, Jo­ko­ha­mie i Osa­ce pa­da­li na uli­cach jak mu­chy. Ich cia­ła schły i roz­sy­py­wa­ły się w pył. Pio­ru­nem ogar­nął całą Azję, do­tarł do Eu­ro­py i ude­rzył we wschod­nie wy­brze­ża Sta­nów Zjed­no­czo­nych Ame­ry­ki. Pie­kło oka­za­ło się szyb­sze od ludz­kiej wy­obraź­ni. Lu­dzie ma­so­wo gi­nę­li. Nie mie­li cza­su, by wpaść w pa­ni­kę, więc oby­wa­ło się bez dan­tej­skich scen. W nie­dziel­nych wia­do­mo­ściach wie­czor­nych in­for­ma­cję o tra­ge­dii po­da­wa­no jako cie­ka­wost­kę, zaś w po­nie­dzia­łek było już po wszyst­kim. Do­szło do bio­lo­gicz­nej za­gła­dy ga­tun­ku. Epi­de­mia bły­ska­wicz­nie ogar­nę­ła cały świat, ko­sząc bli­sko sto pro­cent po­pu­la­cji. Nie omi­nę­ła Flo­ry­dy. Była czymś gor­szym od hu­ra­ga­nów tro­pi­kal­nych, od cza­su do cza­su ata­ku­ją­cych wy­brze­że i wy­wo­łu­ją­cych duże szko­dy, oraz od trzę­sień zie­mi i po­tęż­nych tsu­na­mi.

Oscar Mo­ore nie zda­wał so­bie spra­wy z tego, co się w nocy sta­ło. W po­wie­trzu wi­siał lęk, lecz jesz­cze nie zdą­żył wy­wo­łać w nim de­ner­wu­ją­ce­go bi­cia ser­ca. Chło­pak nie był ran­nym ptasz­kiem, jed­nak mu­siał się na­uczyć wcze­śnie wsta­wać. Skrył się pod prysz­ni­cem, obej­rzał w lu­strze swo­ją gład­ką twarz, póki co nie wy­ma­ga­ją­cą ma­szyn­ki do go­le­nia, zjadł w kuch­ni płat­ki z mle­kiem, za­ło­żył wy­god­ne dżin­sy i ko­szu­lę z cien­kiej fla­ne­li, prze­niósł się do ga­ra­żu i wy­pro­wa­dził srebr­ne vo­lvo mat­ki. Nie był daw­no u fry­zje­ra i nie­sfor­ne wło­sy w ko­lo­rze głę­bo­kie­go brą­zu opa­da­ły mu na koł­nie­rzyk ko­szu­li. Jak co dnia wy­brał się do szko­ły.

Do­tarł do skrzy­żo­wa­nia. Świa­tła się zmie­nia­ły, zie­lo­ne, żół­te i czer­wo­ne, a sto­ją­ce bez­ład­nie sa­mo­cho­dy blo­ko­wa­ły prze­jazd. Do­szło tu do krak­sy. Dwa po­li­cyj­ne ra­dio­wo­zy z mi­ga­ją­cy­mi ko­gu­ci­ka­mi do­peł­nia­ły ob­ra­zu ca­ło­ści. Pa­no­wa­ła dziw­na ci­sza. Cze­goś tu bra­ko­wa­ło. Kie­row­cy znik­nę­li jak kam­fo­ra. Wy­da­wa­ło się, że po­rzu­ci­li swe ga­blo­ty i po­spo­łu wy­bra­li się na piwo. Za nim pod­je­cha­ła do za­to­ru bia­łą to­yo­tą sek­sow­na bru­net­ka z na­prze­ciw­ka. Była jego są­siad­ką, po ci­chu się w niej pod­ko­chi­wał, więc znał ją z imie­nia i na­zwi­ska. Rita Ben­nett mia­ła oko­ło trzy­dziest­ki i pra­co­wa­ła w ban­ku przy Da­tu­ra Stre­et. Wie­dział o tym, bo kie­dyś ni­czym wy­na­ję­ty de­tek­tyw po­je­chał za nią, chcąc skry­cie spraw­dzić, co robi. Zaj­mo­wa­ła pię­tro­wy dom z ład­ną we­ran­dą i ogro­dem. Miesz­ka­ła sama i dzi­wił się, że taka mo­del­ka nie do­chra­pa­ła się fa­ce­ta. Za­wsze cie­szy­ła oczy wy­strza­ło­wą fry­zu­rą i po­ka­zy­wa­ła się w mod­nych ciu­chach. Nikt jej nie od­wie­dzał, poza dwie­ma le­ci­wy­mi da­ma­mi, nie­chyb­nie jej ciot­ka­mi. Cza­sa­mi wie­czo­ra­mi usi­ło­wał ją pod­glą­dać z po­ko­ju na pię­trze przez usta­wio­ną na sta­ty­wie przy oknie lu­ne­tę, któ­rą do­stał na sie­dem­na­ste uro­dzi­ny.

Rita wy­sia­dła, chcąc spraw­dzić, co się dzie­je i zdję­ła oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne, mru­żąc lek­ko oczy. Była pierw­szą żywą isto­tą, któ­rą spo­tkał tego ran­ka i wziął to za do­bry znak. Kie­dy wi­dział ją w mini, czuł ra­do­sny przy­pływ pod­nie­ce­nia. Miał na­dzie­ję, że za­mie­ni z nim kil­ka słów. Wpraw­dzie jej po­czu­cie wła­snej war­to­ści gra­ni­czy­ło z próż­no­ścią, ale mu to nie prze­szka­dza­ło. W chwi­lę póź­niej źle się po­czu­ła. Opar­ła się o drzwicz­ki wozu i bez­rad­nie osu­nę­ła na as­falt. Wy­padł jej z dło­ni te­le­fon ko­mór­ko­wy. Pod­biegł, pró­bu­jąc po­móc, ale nic nie mógł wskó­rać. Zmar­ła na jego rę­kach. Pa­trzył stru­chla­ły na to, co z nią się dzie­je. Gład­ka skó­ra mo­del­ki zwiot­cza­ła, jak­by jej na­gle przy­by­ło wie­le lat, ze­sta­rza­ła się w kil­ka se­kund, cia­ło za­czę­ło się kur­czyć, za­mie­nia­jąc się w wy­schłą mu­mię, a po dwóch mi­nu­tach zo­sta­ła z niej tyl­ko kup­ka mia­łu. Srebr­na bran­so­le­ta, któ­rą mia­ła na nad­garst­ku, po­to­czy­ła się na po­bo­cze.

Z prze­ra­że­niem wpa­try­wał się w bluz­kę z ża­bo­tem, krót­ką spód­nicz­kę i czar­ne dam­skie pan­to­fle. Czy to nie był zły sen? Usi­ło­wał za­cho­wać zim­ną krew, ale bez po­wo­dze­nia. Wpadł w po­płoch. Ro­sną­ca pa­ni­ka dła­wi­ła mu od­dech, zaś w jego gło­wie dźwię­czał alarm. Du­si­ło go w żo­łąd­ku. Po­my­ślał, że zwy­mio­tu­je, ale się opa­no­wał. Do­pie­ro te­raz po­jął, że to nie żar­ty. Miał nóż na gar­dle i ko­stu­cha zaj­rza­ła mu w oczy. Zna­lazł się w cen­trum zda­rzeń, któ­re nie po­win­ny były mieć miej­sca. Prze­czy­ły po­rząd­ko­wi, w któ­ry moc­no wie­rzył. Czy strasz­li­wy wi­rus mu­siał do­trzeć do West Palm Be­ach? Czy nie mógł się za­trzy­mać za Atlan­ty­kiem?

Wy­łą­czył sil­nik to­yo­ty Rity, na ugi­na­ją­cych się z prze­ra­że­nia no­gach do­tarł do vo­lvo i schro­nił za kie­row­ni­cą. Prze­tarł spo­co­ne czo­ło. Jego ręce drża­ły. Stra­cił ocho­tę na jaz­dę po mie­ście i po­śpiesz­nie za­wró­cił do domu. Nie miał au­ty­stycz­nych skłon­no­ści, jed­nak ma­rzył, by na­tych­miast ukryć się w my­siej dziu­rze. Za­uwa­żył dwóch snu­ją­cych się po­bo­czem gów­nia­rzy z de­sko­rol­ka­mi. O dzi­wo, byli cali i zdro­wi. Ba­wi­li się i nic so­bie nie ro­bi­li z tego, co się sta­ło. W sa­lo­nie włą­czył te­le­wi­zor, pró­bu­jąc się do­wie­dzieć cze­goś wię­cej o tra­ge­dii. Lu­dzie zni­ka­li, a po nich zo­sta­wa­ły tyl­ko odzie­nia. Cia­ła wra­ca­ły do nie­orga­nicz­nej po­sta­ci. Czło­wiek po­wstał z pro­chu i w proch miał się ob­ró­cić. Prze­szu­ki­wał pi­lo­tem ka­na­ły, od­kry­wa­jąc, że część sta­cji już nie na­da­je. Mó­wio­no o pan­de­mii, na któ­rą nie ma le­kar­stwa. O ka­ta­kli­zmie bez pre­ce­den­su. Wy­stę­pu­ją­cy przed ka­me­rą po­si­wia­ły roz­mów­ca z wą­si­ska­mi jak u Al­ber­ta Ein­ste­ina nie miał wąt­pli­wo­ści, że za­bój­czy wi­rus po­cho­dzi z ko­smo­su. Roz­ga­dał się, za­ra­ża­jąc te­le­wi­dzów swo­im pe­sy­mi­zmem. To dia­bel­stwo roz­prze­strze­ni­ło się w bły­ska­wicz­nym tem­pie. Nie było wi­docz­ne go­łym okiem, a ru­sza­ło z po­sad góry. De­mo­nicz­ne siły zmie­rzy­ły się z aniel­ski­mi huf­ca­mi. Bi­blia nie kła­ma­ła, nad­cho­dził Ar­ma­ge­don, jed­nak nie za­po­wia­da­ło się, żeby w tej wal­ce do­bro mia­ło zwy­cię­żyć. „To naj­więk­szy skan­dal od cza­sów, w któ­rych wy­gi­nę­ły di­no­zau­ry! — pie­nił się. — Ba, co jak mó­wię, od cza­sów, kie­dy osty­gła Zie­mia. W cią­gu jed­nej do­bry wy­ciąć w pień prze­szło sied­mio­mi­liar­do­wą cy­wi­li­za­cję? Obcy, któ­rzy się na to po­rwa­li, po­win­ni sma­żyć się w pie­kle!”

Oscar po­padł w nie­po­ko­ją­cą za­du­mę.

— Jak to moż­li­we? Lu­dzie mają prze­chla­pa­ne — wy­szep­tał. — Dla­cze­go tak się sta­ło?

Mgła wy­peł­nia­ją­ca jego umysł po­wo­li ustę­po­wa­ła. Nie wy­ry­wał so­bie wło­sów z gło­wy i nie roz­pa­czał, bo to by mu nic nie dało. Nie ro­zu­miał, dla­cze­go omi­nę­ła go ko­stu­cha i cze­mu uda­ło mu się ujść z ży­ciem. Czyż­by na­le­żał do w czep­ku uro­dzo­nych? Szczę­śliw­ców nie było wie­lu, nie­mniej jed­nak oka­za­ło się, że zło­śli­wy wi­rus nie wszyst­kich wy­słał na tam­ten świat, jak­by nie­któ­rzy ce­cho­wa­li się wy­jąt­ko­wą od­por­no­ścią. Czy da­wa­ło się oce­nić to dziw­ne zja­wi­sko z punk­tu wi­dze­nia teo­rii praw­do­po­do­bień­stwa? A co na to współ­cze­sna me­dy­cy­na? Krą­ży­ły mu po gło­wie te i inne my­śli.

Pró­bo­wał po­łą­czyć się z ro­dzi­ca­mi, któ­rzy wy­je­cha­li na week­end aż do Cape Co­ral, ale ich ko­mór­ki mil­cza­ły jak za­klę­te. Mie­li wró­cić w nie­dzie­lę póź­nym wie­czo­rem, jed­nak mat­ka za­dzwo­ni­ła, że prze­no­cu­ją u zna­jo­mych, u któ­rych go­ści­li i że zo­sta­ną u nich do po­nie­dział­ku. Do­my­ślił się, że już ni­g­dy ich nie uj­rzy. Nad Za­to­ką Mek­sy­kań­ską na pew­no nie było ina­czej niż nad Atlan­ty­kiem. Póź­niej otrzy­mał ese­me­sa od roz­kosz­nej Emi­ly Ste­ward o tre­ści „Zbie­ra­my się, przy­jedź do budy!”

To go pod­nio­sło na du­chu. Po­czuł, że nie jest sam jak pa­lec w świe­cie opa­no­wa­nym przez de­mo­nicz­ne moce i mimo wszyst­ko po­sta­no­wił wy­brać się do szko­ły. My­sia dziu­ra tyl­ko z po­zo­ru była do­brą kry­jów­ką.

— Weź się w garść — mruk­nął, pró­bu­jąc do­dać so­bie otu­chy. — Masz ze sto po­wo­dów, dla któ­rych war­to żyć. Nie mo­żesz tchórz­li­wie zwi­jać ża­gli.

Wcze­śniej zaj­rzał w kuch­ni do lo­dów­ki. Świe­ci­ło pust­ka­mi. Po­wi­nien był w dro­dze po­wrot­nej wstą­pić do su­per­mar­ke­tu. Mat­ka ro­bi­ła za­ku­py w so­bo­ty i za­pa­sy zwy­kle wy­star­cza­ły na cały ty­dzień, ale w tę so­bo­tę jej nie było. Jak dłu­go mo­gły dzia­łać chło­dziar­ki i za­mra­żar­ki? Tak dłu­go jak pły­nął prąd. A co po­tem?

Emi­ly Ste­ward była jego do­brą przy­ja­ciół­ką, ale nie mógł przy­jąć, że z nią cho­dził, cho­ciaż raz się ca­ło­wa­li. Jej usta sma­ko­wa­ły jak owoc brzo­skwi­ni. Wi­dy­wa­li się w szko­le i trzy­ma­li szta­mę. Kru­chut­ka blon­dy­necz­ka o ślicz­nej buzi nie pro­te­sto­wa­ła, kie­dy niby przy­pad­kiem do­ty­kał ją lub obej­mo­wał. Odro­bi­nę nad nim do­mi­no­wa­ła, lecz mu to nie prze­szka­dza­ło. Po­cho­dzi­ła z za­moż­nej ro­dzi­ny, oj­ciec był w za­rzą­dzie du­że­go ban­ku, a to jej da­wa­ło na­tu­ral­ną prze­wa­gę nad chło­pa­kiem. Pew­ne rze­czy w jego ży­ciu bie­gły wła­snym try­bem, nie miał na nie wpły­wu, więc ostroż­nie prze­wi­dy­wał, że wcze­śniej czy póź­niej, może gdy bę­dzie na uni­wer­sy­te­cie, kupi pier­ścio­nek za­rę­czy­no­wy zdo­bio­ny drob­nym dia­men­tem i po­pro­si Emi­ly o rękę. Gdyż tak bę­dzie wy­pa­da­ło. Od­czu­wał de­li­kat­ną pre­sję, by zbu­do­wać z nią coś trwa­łe­go. I nie przy­pusz­czał, by mia­ła szu­kać in­ne­go fa­ce­ta. Ale na ra­zie nie rwał się, by ofi­cjal­nie od­gry­wać rolę jej chło­pa­ka. A poza tym i ona o to nie za­bie­ga­ła. Krót­ko mó­wiąc, nie nu­dził go ten zwią­zek, ale i nie przy­wią­zy­wał do nie­go du­żej wagi.

Po dro­dze mu­siał zwol­nić, bo szo­sa była za­la­na. Z mi­ja­nej po­se­sji spły­wa­ła woda.

— Chry­ste, ko­goś zła­pa­ło w wan­nie — od­kryw­czo za­uwa­żył, po raz ko­lej­ny poj­mu­jąc, że to nie są żar­ty. Pę­kła rura? Lało się z prze­peł­nio­ne­go ba­se­nu?

Kor­ci­ło go, by tam wejść i za­krę­cić do­pływ wody, ale z tego zre­zy­gno­wał.

— No me im­por­ta — mruk­nął.

Nie miał za­dat­ków na do­bre­go Sa­ma­ry­ta­ni­na. Łu­dził się na­dzie­ją, że ktoś inny tym się zaj­mie.

Rozdział drugi

Ko­ry­ta­rze świe­ci­ły pust­ką, w od­da­li mi­gnął mu tyl­ko umię­śnio­ny wu­efi­sta, zaś słod­ką blon­dyn­kę zna­lazł do­pie­ro w auli. Mia­ła na so­bie prze­wiew­ną tu­ni­kę i krót­kie dżin­sy. Wło­sy za­plo­tła w luź­ny fan­ta­zyj­ny war­kocz, któ­ry spa­dał jej na pra­we ra­mię. Sie­dzia­ła tam w to­wa­rzy­stwie kil­ku ró­wie­śni­ków. Wszy­scy byli z kół­ka eko­lo­gicz­ne­go, do któ­re­go sam na­le­żał. Nie wy­glą­da­li na spe­cjal­nie prze­ra­żo­nych, nie­mniej jed­nak mie­li nosy po­spusz­cza­ne na kwin­tę. Jak przy­sta­ło na ich wiek, gra­li rolę twar­dzie­li, od­por­nych na prze­ciw­no­ści losu.

Emi­ly Ste­ward ucie­szy­ła się na jego wi­dok. Wska­za­ła mu miej­sce na schod­kach obok sie­bie.

— Głów­ku­je­cie, jak prze­żyć? — za­py­tał, wi­dząc, że nikt nie kwa­pi się do roz­mo­wy.

— Nie prze­ży­je­my — za­opo­no­wa­ła Emma. — Kop­nie­my w ka­len­darz jak nic. Cza­icie? Sły­sza­łam, że ma na­dejść dru­ga fala.

Nie była to do­bra wia­do­mość. W głę­bi du­szy po­zo­sta­wał prze­ko­na­ny, że nic mu się nie sta­nie, więc ciar­ki prze­szły mu po ple­cach. Lo­do­wa­te pal­ce stra­chu za­czę­ły wę­dro­wać wzdłuż jego krę­go­słu­pa, a po­tem za­ci­snę­ły się na jego ser­cu.

— Nie są­dzę — mruk­nął.

— Trze­ba ko­rzy­stać z ży­cia — mó­wiąc to, Emi­ly py­ta­ją­co zaj­rza­ła mu w twarz. — Wa­ga­ru­je­my, nie mamy in­ne­go wyj­ścia. Może po­win­ni­śmy się gdzieś wy­brać? Czas się za­ba­wić, tyl­ko tyle nam zo­sta­ło, prze­cież nie do­cią­gnie­my do dy­plo­mu. Nie bę­dzie balu ma­tu­ral­ne­go.

Szpry­chy były nie­po­cie­szo­ne i zdru­zgo­ta­ne, a ona pró­bo­wa­ła po­sta­wić je na nogi. Emma hi­ste­rycz­nie się ro­ze­śmia­ła.

— Po co nam dy­plo­my, sko­ro nad­szedł ko­niec świa­ta?

— To nie jest ko­niec świa­ta — za­pro­te­sto­wa­ła Sa­rah. Ba­wi­ła się ro­go­wy­mi oku­la­ra­mi, któ­re za­kła­da­ła do czy­ta­nia. — Szlag tra­fił tyl­ko je­den ga­tu­nek. Nas! Moje pa­puż­ki mają się do­brze. Świn­ka mor­ska też. — I do­da­ła: — A pro­pos dy­plo­mów… Bi­blio­te­ki za­pra­sza­ją. Pa­pier dłu­go wy­trzy­ma, więc bę­dzie moż­na się do­kształ­cać. Bo na czyt­ni­ki nie ma co li­czyć. W ogó­le na nic, co jest na prąd. Cof­nie­my się do XIX wie­ku.

— Cie­ka­we, ilu lu­dzi zo­sta­ło? Mó­wi­li w te­le­wi­zji, że ura­to­wa­ła się jed­na set­na — za­sta­na­wia­ła się Ju­dith. Oglą­da­ła swo­je pa­znok­cie. Była ruda i pie­go­wa­ta, ale nie bra­ko­wa­ło jej wdzię­ku. Umia­ła ma­ni­pu­lo­wać chło­pa­ka­mi.

— To w ta­kim ra­zie Sta­ny Zjed­no­czo­ne mają te­raz nie­ca­łe czte­ry mi­lio­ny miesz­kań­ców — pod­li­czył Car­los. Jego ro­dzi­ce byli ucie­ki­nie­ra­mi z Kuby. — Za­miast trzy­stu sie­dem­dzie­się­ciu mi­lio­nów. To już nie jest pra­wo wiel­kich liczb. Psia­mać, wszyst­ko pad­nie.

— Pró­bo­wa­łam się do­dzwo­nić do mo­je­go den­ty­sty, nie od­po­wia­dał. Ukru­szył mi się ząb — po­ża­li­ła się Sa­rah. Wy­glą­da­ła po­waż­nie. Ja­sne wło­sy mia­ła za­cze­sa­ne do tyłu, uło­żo­ne w bomb­kę i lek­ko spię­te. Su­kien­kę wy­cią­gnę­ła chy­ba z sza­fy mat­ki.

— I tak prze­cież sta­li­śmy w ob­li­czu za­gła­dy ga­tun­ku ludz­kie­go, zwa­żyw­szy za­gro­że­nie wy­wo­ła­ne prze­lud­nie­niem — sar­ka­stycz­nie za­uwa­żył Car­los. — Mam wam to tłu­ma­czyć? Prze­cież na­le­ży­cie do kół­ka eko­lo­gicz­ne­go. Roz­mna­ża­li­śmy się w ab­so­lut­nie nie­kon­tro­lo­wa­ny spo­sób. A gór­na do­pusz­czal­na gra­ni­ca wy­no­si­ła czte­ry mi­liar­dy. Prze­kro­czy­li­śmy ją oko­ło czter­dzie­stu lat temu, ma­jąc w no­sie glo­bal­ne ocie­ple­nie, za­nik war­stwy ozo­no­wej i zwięk­szo­ną emi­sję dwu­tlen­ku wę­gla oraz kil­ka in­nych kosz­mar­nych pa­ra­me­trów. — Za­milkł na chwi­lę i do­rzu­cił, dzie­ląc coś w my­ślach: — No, ale co in­ne­go czte­ry mi­liar­dy, a co in­ne­go sie­dem­dzie­siąt mi­lio­nów. Je­den pro­cent. Za­dzi­wia­ją­cy efekt de­mo­gra­ficz­ny. Tyl­ko tylu lu­dzi zo­sta­ło na ca­lut­kiej Zie­mi. Ale jaja! — wy­świe­tlił ta­be­lę. — Z taką po­pu­la­cją mie­li­śmy do czy­nie­nia… oko­ło V wie­ku p.n.e.

— Czy to bę­dzie świat bez haj­su?

— Bez haj­su? A jak do­ła­du­ję te­le­fon? Jak wy­ślę ese­me­sa?

— Wi­dzia­łam dwa po­ża­ry na po­łu­dniu — przy­po­mnia­ło się An­ge­li­nie. Była wy­so­ką lo­lit­ką o re­gu­lar­nych ry­sach twa­rzy, dłu­gich no­gach, wą­skich bio­drach i peł­nych pier­siach, któ­re sta­ran­nie ukry­wa­ła pod ubio­ra­mi. Jej kasz­ta­no­we wło­sy, któ­re nie­kie­dy roz­ja­śnia­ła, opa­da­ły cza­ru­ją­cą ka­ska­dą, a uło­żo­na na bok grzyw­ka do­da­wa­ła jej uro­ku. Przed ro­kiem zgrab­na czir­li­der­ka zdo­by­ła ty­tuł miss szko­ły, ale nie kor­ci­ło jej, by zo­stać mo­del­ką. Nie była prze­czu­lo­na na punk­cie wła­snej uro­dy i na co dzień odzie­wa­ła się bar­dzo skrom­nie.

— Pew­nie nie miał kto ga­sić — gorz­ko skwi­to­wał Oscar. Lu­bił An­ge­li­nę Thom­son. I gdy­by nie to, że ustę­po­wa­ła pla­cu Emi­ly, któ­ra nie do­pusz­cza­ła do nie­go ko­le­ża­nek, chy­ba by się z nią za­przy­jaź­nił. Do­dał po chwi­li na­my­słu: — A co się sta­nie z elek­trow­nia­mi ato­mo­wy­mi, któ­rych nikt nie ob­słu­gu­je? Jest ich u nas po­nad sto, z tego pięć na Flo­ry­dzie. Mie­siąc temu pi­sa­li­śmy pra­cę na ich te­mat.

Ku­bań­czyk pod­niósł gło­wę znad lap­to­pa. — O, rany! Pa­dła prze­glą­dar­ka — do­rzu­cił po chwi­li. — Bing jest, Go­ogle — nie.

Wy­jął z ple­cacz­ka pusz­kę coca-coli i ją otwo­rzył. Syk­nę­ło. Emma pod­nio­sła się i zaj­rza­ła mu przez ra­mię. Był roz­gar­nię­ty i miły, ale przy tym tro­chę nie­po­zbie­ra­ny.

— Od­śwież! — rzu­ci­ła su­ro­wo. Czar­no­wło­sy chło­pak po­słu­chał i po chwi­li po­ja­wił się zna­ny na ca­łym świe­cie ko­lo­ro­wy na­pis. Dziew­czy­na czu­ła się od­po­wie­dzial­na za Car­lo­sa i przy po­mo­cy drob­nych im­per­ty­nen­cji wy­mu­sza­ła na nim tro­skę o hi­gie­nę. Dzię­ki niej Ku­bań­czyk nie przy­cho­dził do szko­ły z prze­tłusz­czo­ny­mi wło­sa­mi i brud­ny­mi pa­znok­cia­mi.

— Wró­ci­ło. Nie wia­do­mo, na jak dłu­go.

Wy­mie­nia­li się da­lej uwa­ga­mi, ale nie do­szli do żad­ne­go kon­struk­tyw­ne­go wnio­sku. Wresz­cie za­mil­kli. Sa­rah za­ło­ży­ła słu­chaw­ki. Emi­ly bez­wied­nie ba­wi­ła się war­ko­czem. Za­mie­rza­ła coś po­wie­dzieć, ale nic nie rze­kła.

Emma zaj­mo­wa­ła się słow­ni­kiem sy­no­ni­mów.

— Ka­ta­stro­fa, za­gła­da, he­ka­tom­ba, tra­ge­dia, nie­szczę­ście, dra­mat, ka­ta­klizm, klę­ska, zgu­ba, pla­ga, apo­ka­lip­sa, kara nie­bios, ko­niec świa­ta, sąd­ny dzień, sąd osta­tecz­ny… — wy­li­cza­ła.

To nie było za­baw­ne, więc Oscar opie­sza­le wstał i po­pra­wił ręką wło­sy. Ob­le­ciał go tchórz. Ro­bi­li do­bre miny do złej gry, a prze­cież ich bez­pie­czeń­stwo było ilu­zją. Przez krót­ką chwi­lę mę­czy­ło go wra­że­nie, że to nie dzie­je się na­praw­dę i że śnią so­bie, pod­łą­cze­ni do Ma­tri­xa, któ­ry wsku­tek ja­kie­goś błę­du zmie­nił na­gle fa­bu­łę zda­rzeń.

Emi­ly nie chcia­ła, by ich opu­ścił.

— Mu­szę zro­bić za­ku­py — mruk­nął, wi­dząc nie­me zna­ki za­py­ta­nia w jej oczach.

— Wie­cie, co? — kla­snę­ła w dło­nie, pró­bu­jąc oży­wić to­wa­rzy­stwo. — Po­jedź­my do City Pla­ce! Całą sió­dem­ką!

Po­biegł my­śla­mi na So­uth Ro­se­ma­ry Ave­nue i Hi­bi­scus Stre­et, a po­tem na plac przed The Har­riet Him­mel The­ater, jed­nak nie miał ocho­ty spę­dzać tam cza­su.

— Ju­tro się spo­tka­my — rzu­cił do Emi­ly.

Nie pro­te­sto­wa­ła. Czu­le po­ca­ło­wa­ła go w po­li­czek. Zro­bi­ła to osten­ta­cyj­nie, pierw­szy raz na oczach ca­łej gru­py, a An­ge­li­na nie umia­ła ukryć zmie­sza­nia, ma­lu­ją­ce­go się na jej twa­rzy.

— Okay — rze­kła blon­dy­necz­ka. — Za­dzwo­nię do cie­bie.

Emma zna­la­zła nowe ha­sło.

— Ko­lek­tyw, ko­mu­na, wspól­no­ta, gro­mad­ka, sta­dło — de­lek­to­wa­ła się ko­lej­ny­mi sło­wa­mi, ale Oscar już tego nie sły­szał.

W dro­dze po­wrot­nej za­sta­na­wiał się nad tym, w ja­kie ga­blo­ty po­wi­nien się wy­po­sa­żyć. Do­szedł do wnio­sku, że po­wi­nien po­sta­rać się o nie­za­wod­ny sa­mo­chód spor­to­wy, naj­le­piej mar­ki Che­vro­let, ka­brio­le­ty wy­klu­czył, a nie­za­leż­nie od tego o po­jem­ne­go vana, przy­dat­ne­go w przy­pad­ku du­żej prze­pro­wadz­ki. Na­le­ża­ło za ta­ki­mi mo­de­la­mi ro­zej­rzeć się po mie­ście. Uli­ce się wy­lud­ni­ły, jed­nak auta po­zo­sta­ły i było w czym wy­bie­rać bez ko­niecz­no­ści się­ga­nia po nowe, cho­ciaż i taka moż­li­wość wcho­dzi­ła w grę.

Zro­bił za­ku­py w su­per­mar­ke­cie, do któ­re­go zwy­kle jeź­dzi­ła mat­ka. Było otwar­te, jed­nak w środ­ku krę­ci­ła się tyl­ko jed­na oso­ba z ob­słu­gi. Mło­da za­pła­ka­na Mek­sy­kan­ka wło­sy mia­ła w nie­ła­dzie. Pew­nie stra­ci­ła wszyst­kich bli­skich. Nie mógł jej po­móc. Zresz­tą za­raz ode­szła na za­ple­cze. Szu­kał pro­duk­tów, któ­re nie mu­sia­ły le­żeć w lo­dów­ce i mia­ły od­le­głą datę waż­no­ści, za­ła­do­wał do wóz­ka spo­ro kon­serw mię­snych, a po­tem po­ło­żył na wierz­chu duży wo­rek wę­gla drzew­ne­go do gril­la. Przy ka­sie do­rzu­cił do tego ze dwa­dzie­ścia za­pal­ni­czek ga­zo­wych i ba­te­rie do la­tar­ki. Za­bez­pie­czał się na wy­pa­dek bra­ku ener­gii elek­trycz­nej. Nie za­pła­cił, bo nie miał komu. Przez mo­ment czuł się osob­ni­kiem, cier­pią­cym na klep­to­ma­nię. Czy był zło­dzie­jem? Nie. Pierw­szy raz coś wy­no­sił, omi­ja­jąc kasy i nie oglą­da­jąc się na ochro­nia­rza. Iro­nicz­nie po­my­ślał, że ci, co prze­ży­li, mo­gli bez koń­ca brać udział w wiel­kiej ab­sur­dal­nej wy­prze­da­ży. Na wszyst­ko. Ceny dla nich spa­dły o całe sto pro­cent. Czy to nie było za­baw­ne? Do­pie­ro gdy wra­cał do domu, uprzy­tom­nił so­bie, że za­po­mniał o świecz­kach.

W gło­wie miał rój po­my­słów na to, co po­wi­nien ro­bić. Przy­go­to­wał so­bie obiad, oj­ciec go uczył, że fa­cet pod tym wzglę­dem musi umieć so­bie ra­dzić, umył na­czy­nia, po­tem pe­dan­tycz­nie po­sprzą­tał w kuch­ni, jed­nak jego my­śli cały czas gra­wi­to­wa­ły w stro­nę po­se­sji Rity Ben­nett. Pod­nie­ca­ło go to, że wresz­cie bę­dzie mógł po­bu­szo­wać w jej domu. Wcze­śniej nie od­wa­żył­by się tam wła­mać. Póki co zbi­jał bąki. Po­sie­dział przy włą­czo­nym te­le­wi­zo­rze i przy lap­to­pie, za­lo­go­wał się do por­ta­lu spo­łecz­no­ścio­we­go, miał kon­to na Twit­te­rze, z Fa­ce­bo­oka zre­zy­gno­wał, kie­dy do­stał od mamy za­pro­sze­nie do gro­na zna­jo­mych, do­wie­dział się, że w nocy do­szło do sze­re­gu ka­ta­strof lot­ni­czych, po­cią­gi nie kur­su­ją, a w mia­stach są two­rzo­ne ko­mi­te­ty oca­le­nia pu­blicz­ne­go. Za­jął się ścią­ga­niem fil­mów i pli­ków mu­zycz­nych, póki jesz­cze było moż­na. Po­tem jeź­dził na swych ulu­bio­nych rol­kach. Nie było ru­chu, więc mógł su­nąć środ­kiem szo­sy. Mi­nął go je­dy­nie zie­lo­ny ca­dil­lac co­upe de vil­le, któ­rym rzu­ca­ło na obie stro­ny, bo za kie­row­ni­cą sie­dział nie­do­ro­stek. Gło­wa le­d­wo co wy­sta­wa­ła nad kie­row­ni­cę. By mu ustą­pić, mu­siał zje­chać na po­bo­cze.

Dzień umie­rał w krwa­wej łu­nie. Za­cho­dzą­ce słoń­ce za­bar­wi­ło szkar­ła­tem nie­bo, a jego ostat­nie pro­mie­nie kła­dły się na me­blach. Sa­mot­ny Oscar me­dy­to­wał nad sobą i swo­im lo­sem. Nie miał bo­le­snych wspo­mnień, ży­cie ob­cho­dzi­ło się z nim w mia­rę ła­ska­wie, choć i sam nie za wie­le od nie­go wy­ma­gał, a do­pie­ro te­raz za­da­ło mu po­twor­ny cios. Cho­dził po domu, za­glą­da­jąc w róż­ne kąty. Wy­jął z se­kre­ta­rzy­ka w sy­pial­ni ro­dzi­ców ulu­bio­ny na­szyj­nik mat­ki i ści­snął go moc­no, jak­by chcąc w ten spo­sób przy­wo­łać ją do sie­bie. Ich gło­sy, aura, któ­rą roz­ta­cza­li, mia­ły już nie wró­cić.

— Ja­koś to bę­dzie — mruk­nął z przy­gnę­bie­niem. Nie za­mie­rzał pła­kać jak bóbr. Tyl­ko z po­zo­ru moż­na było w tej spo­sób dać upust swe­mu bó­lo­wi. Gdy­by raz uległ i roz­ma­zał się jak dzie­ciak, to już by się nie po­zbie­rał.

Sta­nął przy oknie i wbił wzrok w pu­stą prze­strzeń. Uciekł my­śla­mi do domu na­prze­ciw­ko. Nie był noc­nym mar­kiem, ale wo­lał wy­brać się do ad­o­ro­wa­nej są­siad­ki po zmierz­chu, więc cze­kał, aż zro­bi się ciem­no. Za­pa­da­ją­ca noc otu­li­ła wresz­cie mro­kiem zie­mię. Wy­łą­czył te­le­wi­zor. Z okna sy­pial­ni Rity prze­bi­ja­ła się sła­ba po­świa­ta, co go odro­bi­nę za­nie­po­ko­iło, ale nie przy­pusz­czał, żeby ktoś tam był. Ru­szył, za­bie­ra­jąc ze sobą la­tar­kę elek­trycz­ną ze świe­żo za­ło­żo­ną ba­te­rią i scy­zo­ryk o wie­lu ostrzach. Do środ­ka wdarł się od tyłu. Drzwi ku­chen­ne ustą­pi­ły. Sta­rał się być ostroż­ny, ale i tak uru­cho­mił alarm. Włą­czy­ła się sy­re­na. Od­stra­sza­ją­ce dźwię­ki wy­peł­ni­ły cały dom. Uspo­ko­ił się do­pie­ro wte­dy, kie­dy wy­łą­czył to dia­bel­stwo. Po­jął, że nie zro­bił­by ka­rie­ry jako wła­my­wacz. Wy­tarł ręką spo­co­ne z wra­że­nia czo­ło i ro­zej­rzał się po wnę­trzu.

Kli­ma­ty­za­cja dzia­ła­ła jak na­le­ży, więc czuł miły chłód na twa­rzy. Po­kój dzien­ny był ty­po­wy, za­go­spo­da­ro­wa­ny jak w wie­lu in­nych ame­ry­kań­skich do­mach. Rzu­cał się w oczy wy­god­ny ze­staw wy­po­czyn­ko­wy. Ławę ze szkla­nym bla­tem zdo­bił fla­kon z kwia­ta­mi. Przy­cią­ga­ła wzrok ko­lo­ro­wa mi­ska peł­na po­ma­rań­czy. Na ścia­nach obok ob­ra­zów wi­sia­ły zdję­cia Rity ze stu­diów. Wy­glą­da­ła na nich bar­dzo mło­do.

W kuch­ni pa­no­wał po­rzą­dek. Od­krył nie­wiel­ką salę do ćwi­czeń fi­zycz­nych. Na chwi­lę za­szył się w ła­zien­ce. Oglą­dał ko­sme­ty­ki, mia­ła ich moc, jego mat­ka tylu nie ku­po­wa­ła. Wi­sia­ły ręcz­ni­ki i szla­frok Rity. Po­mad­ką do ust wy­ma­lo­wał na lu­strze ser­dusz­ko. Po­tem wspiął się po scho­dach na pię­tro.

Ja­sno­ró­żo­wa sy­pial­nia za­par­ła mu dech w pier­siach i wy­wo­ła­ła przy­spie­szo­ne bi­cie ser­ca. Zna­lazł się na­gle jak­by w in­nym świe­cie. Czuł się w jej pie­le­szach jak wa­lecz­ny ry­cerz, któ­ry wdarł się wresz­cie do nie­zdo­by­tej wie­ży, za­ję­tej przez pięk­ną księż­nicz­kę.

Me­bel­ki były bia­łe. Pa­li­ła się od rana noc­na lamp­ka z aba­żu­rem, wi­docz­nie wła­ści­ciel­ka za­po­mnia­ła ją zga­sić. Ścią­gnął z nóg adi­da­sy i rzu­cił się na łóż­ko, wtu­la­jąc twarz w po­dusz­ki i po­mię­tą po­ściel. Za­pach dro­gich per­fum dzia­łał na nie­go jak nar­ko­tyk. Cie­szył oczy dwu­czę­ścio­wą ko­szul­ką noc­ną z czar­ne­go je­dwa­biu, po­rzu­co­ną na po­sła­niu. Wy­cią­gnął się wresz­cie jak dłu­gi, wpa­tru­jąc w su­fit i wsłu­chu­jąc w ci­szę domu. Było to ide­al­ne miej­sce na świą­ty­nię du­ma­nia. Mógł pu­ścić wo­dze fan­ta­zji i na ja­kiś czas uciec od rze­czy­wi­sto­ści, a jego wy­obraź­nia mia­ła się czym kar­mić. Nie prze­szka­dza­ło mu, że zja­wi­sko­wa ma­don­na ob­ró­ci­ła się w proch. W jego ma­rze­niach na­dal żyła. Tu mógł ją od­kry­wać tak, jak­by mia­ła się do­brze i za­mie­rza­ła za­raz wró­cić, a na­stęp­nie wpaść w jego ra­mio­na.

Prze­stał bu­jać w ob­ło­kach, od­wa­żył się i za­pa­lił gór­ne świa­tło, a po­tem z cie­ka­wo­ścią zaj­rzał do po­jem­nej ścien­nej gar­de­ro­by, za­trzy­mu­jąc wzrok na wi­szą­cych na wie­sza­kach su­kien­kach, spód­ni­cach i bluz­kach. Wy­cią­gał je po ko­lei i oglą­dał z obu stron.

Do­pie­ro po nie­ja­kim cza­sie zo­rien­to­wał się, że tyl­na ścia­na sza­fy nie jest wca­le za­mon­to­wa­na na sta­łe, choć stwa­rza ta­kie wra­że­nie. Za­cie­ka­wi­ła go chro­mo­wa­na gał­ka, któ­rej tam nie po­win­no było być. Ku swe­mu zdu­mie­niu tra­fił na prze­suw­ne drzwi. Po­ru­sza­ły się lek­ko po nie­wi­docz­nym to­rze z ło­ży­ska­mi.

— Ki czort? — za­py­tał. Prze­cież nie zna­lazł się w śre­dnio­wiecz­nym zam­ku, w któ­rym z na­tu­ry rze­czy nie bra­ko­wa­ło ta­jem­nic, a przede wszyst­kim ukry­tych przejść, ale w obiek­cie współ­cze­snym pod każ­dym wzglę­dem, wy­god­nym, funk­cjo­nal­nym i uży­tecz­nym.

Za­pu­ścił tam żu­ra­wia. Prze­ci­snął się mię­dzy wie­sza­ka­mi z ubra­nia­mi i przy­wi­ta­ło go za­ma­sko­wa­ne po­miesz­cze­nie. Ciem­ne wnę­trze nie mia­ło okna. Sprzę­żo­ny z prze­suw­ny­mi drzwia­mi au­to­mat włą­czył oświe­tle­nie, za­pło­nę­ły ża­rów­ki ha­lo­ge­no­we i nogi się pod nim ugię­ły.

— Ja­sny gwint! — wy­szep­tał. — To nie­moż­li­we.

Zna­lazł się w praw­dzi­wej zbro­jow­ni. Le­ża­ło tu w ga­blo­tach kil­ka­dzie­siąt sztuk krót­kiej bro­ni pal­nej. Za­cho­wy­wał się jak ma­lec, wpusz­czo­ny do po­ko­ju, w któ­rym nie wol­no mu było ni­cze­go do­ty­kać, ale nie umie­ją­cy oprzeć się po­ku­sie. Szkla­ne przy­kry­wy lek­ko się pod­no­si­ły. Wziął ko­lej­no do ręki kil­ka sztuk. Nie na­le­ża­ły do eg­zem­pla­rzy pro­du­ko­wa­nych se­ryj­nie, nie mia­ły logo fir­my i do­my­ślił się, że wy­ko­na­no je na spe­cjal­ne za­mó­wie­nie. Świad­czy­ła o tym ja­kość ma­te­ria­łów. Po­słu­żo­no się dro­gi­mi kom­po­zy­ta­mi i były pra­wie tak lek­kie jak pi­sto­le­ty ga­zo­we. Po­tem go za­cie­ka­wi­ły ka­ra­bin­ki wy­bo­ro­we, wy­po­sa­żo­ne w ce­low­ni­ki optycz­ne i nok­to­wi­zo­ry. W ką­tach sta­ły ciem­no­zie­lo­ne skrzyn­ki, do któ­rych nie pró­bo­wał za­glą­dać. Otarł się no­ga­mi o kil­ka dłu­gich gra­na­to­wych wa­li­zek, a po­tem zaj­rzał do jed­nej z nich.

— Boże, ona była snaj­pe­rem! — wy­szep­tał zbie­la­ły­mi war­ga­mi.

Nie wie­dział, co o tym są­dzić i to od­kry­cie omal nie ścię­ło go z nóg. Po­cią­ga­ją­ca Rita Ben­nett mia­ła dwie twa­rze. Dla ka­mu­fla­żu pra­co­wa­ła w ban­ku, uda­jąc na­iw­ną ma­don­nę, roz­ko­cha­ną w mod­nych kre­acjach, cen­nej bi­żu­te­rii i dro­gich ko­sme­ty­kach. Na­praw­dę jed­nak zaj­mo­wa­ła się czymś, co już na od­le­głość śmier­dzia­ło i było moc­no po­dej­rza­ne. Co wła­ści­wie ro­bi­ła? Nie miał zie­lo­ne­go po­ję­cia. Była groź­ną ter­ro­ryst­ką? Wol­nym strzel­cem, po­dej­mu­ją­cym się płat­nych zle­ceń? Mor­der­cą na za­mó­wie­nie? Kimś w ro­dza­ju ma­fij­ne­go cyn­gla, spe­ca od mo­krej ro­bo­ty? Po­śred­ni­czy­ła w nie­le­gal­nym han­dlu bro­nią? Na­le­ża­ła do dzia­ła­ją­cej w ukry­ciu eli­tar­nej jed­nost­ki woj­sko­wej?

Mi­nę­ła dwu­dzie­sta dru­ga i do­szedł do wnio­sku, że po­wi­nien wy­nieść się ze świą­ty­ni Rity. Roz­szy­fro­wy­wa­nie ta­jem­ni­czej bru­net­ki odło­żył na na­stęp­ne dni. Mu­siał do­kład­niej po­szpe­rać w jej rze­czach. Za­mknął sza­fę w jej sy­pial­ni i ci­cho zszedł po scho­dach. Nie miał od­wa­gi po nocy za­glą­dać do piw­ni­cy. Gdy wy­cho­dził z tyłu domu, ude­rzy­ła go myśl, że mógł­by wy­po­sa­żyć się w kil­ka ar­te­fak­tów z jej groź­ne­go ar­se­na­łu. Na wszel­ki wy­pa­dek na­le­ża­ło mieć coś do sa­mo­obro­ny. Li­cho nie spa­ło.

Rozdział trzeci

Kie­dy prze­cho­dził na dru­gą stro­nę ulicz­ki, w wie­czor­nej ci­szy usły­szał ka­sła­nie. Za­bi­ło mu moc­niej ser­ce. Zdzi­wi­ło go, bo we wszyst­kich oknach było ciem­no. Za­trzy­mał się. Atak kasz­lu trwał do­brą chwi­lę. Je­śli się nie my­lił, po pra­wej stro­nie ktoś czu­wał na ob­ro­słej win­nym gro­nem we­ran­dzie. Księ­życ był w pierw­szej kwa­drze. Kto się ostał? Po­dej­rza­ny dom są­sia­do­wał z po­se­sją Rity Ben­nett i do­pa­dło go wra­że­nie, że wa­ru­je tam agent, ma­ją­cy oko na jej skar­by. Czy to było moż­li­we? Z du­szą na ra­mie­niu zbli­żył się do par­ce­li, nie po­sta­wio­no w tym miej­scu la­tar­ni, a kie­dy wy­si­lił wzrok, zo­rien­to­wał się, że w drzwiach stoi naga ko­bie­ca po­stać. Nie wie­rzył wła­snym oczom. Strip­tiz na skra­ju dro­gi?

— Hej! — nie­pew­nie pod­niósł rękę w przy­ja­znym ge­ście.

Nie­odzia­na anie­li­ca po­ru­szy­ła się, więc na pew­no żyła. Jed­nak nie od­wza­jem­ni­ła po­wi­ta­nia.

Od­wa­żył się i wszedł po ni­skich schod­kach. Gdy już wy­łu­skał z ciem­no­ści jej twarz, ze zdzi­wie­niem uzmy­sło­wił so­bie, że ją do­brze zna. Ciem­ne wło­sy pod­trzy­my­wa­ły z obu stron wsuw­ki.

O rok star­sza od nie­go, była uczen­ni­cą Scho­ol of the Arts. In­te­re­su­ją­ca się ma­lar­stwem mat­ka przy­nio­sła kie­dyś jed­no z jej nie­wiel­kich płó­cien i po­wie­si­ła na ścia­nie w sa­lo­nie. Szpa­ra przy­wo­dzi­ła mu na myśl żonę Go­me­za z fil­mu „The Ad­dams fa­mi­ly”, względ­nie jego cór­kę, prze­mą­drza­łą We­dnes­day. Wy­so­ka i smu­kła, no­si­ła zwy­kle dłu­gie czar­ne su­kien­ki. Za­mknię­ta w so­bie, na uli­cy nie za­mie­ni­ła ni­g­dy z chło­pa­kiem ani sło­wa.

— Ka­tie? — po­wścią­gli­wie za­py­tał.

Do­pie­ro te­raz po­jął, w co się wpa­ko­wał. Wy­sta­ją­ca na pro­gu ślicz­not­ka mia­ła fi­gu­rę jak z okład­ki „Play­boya”. Oczy mu się roz­bie­gły z wra­że­nia, a nogi się pod nim ugię­ły. Przez chwi­lę nie mógł wy­krztu­sić sło­wa. Nie była brzyd­kim ka­cząt­kiem i ser­ce wa­li­ło mu jak młot. Spo­ci­ły mu się dło­nie. Ni­g­dy nie stał sam na sam z bez­wstyd­nie ro­ze­bra­ną młód­ką. Szpry­chy z jego oto­cze­nia za­wsze mia­ły coś na so­bie, czy to na bo­isku, czy to na pły­wal­ni. Nie­pew­nym wzro­kiem zje­chał na jej bose sto­py. Wy­zy­wa­ją­ce kształt­ne pier­si aż pro­si­ły, by je ob­jąć i przy­tu­lić.

Przy­tak­nę­ła i po­cią­gnę­ła no­sem. Nie umia­ła ukryć sta­nu głę­bo­kie­go przy­gnę­bie­nia i wy­glą­da­ła tak, jak­by przez po­mył­kę wy­pusz­czo­no ją ze szpi­ta­la psy­chia­trycz­ne­go. Jej twarz nie wy­ra­ża­ła żad­nych ludz­kich uczuć, bo tłu­mi­ło je nie­wy­obra­żal­ne, wręcz zwie­rzę­ce prze­ra­że­nie. Była jak ku­lą­cy się na środ­ku szo­sy gry­zoń, spa­ra­li­żo­wa­ny świa­tła­mi nad­jeż­dża­ją­ce­go sa­mo­cho­du i nie­zdol­ny do uciecz­ki.

— Cze­mu sto­isz naga? — usi­ło­wał do­ciec, gdy już opa­no­wał wsty­dli­wy oczo­pląs. Głos prze­szedł mu wresz­cie przez gar­dło.

— Cze­kam na śmierć — wy­ją­ka­ła.

Z po­wąt­pie­wa­niem przy­jął jej de­kla­ra­cję. Nie poj­mo­wa­ła, na czym stoi. W prze­ci­wień­stwie do nie­go nie opu­ści­ła domu i nie po­krę­ci­ła się mię­dzy tymi, któ­rzy prze­ży­li. Od rana mę­czy­ła się w sa­mot­no­ści, mal­tre­tu­jąc my­ślą, że musi na­dejść jej ko­niec.

Wziął głęb­szy od­dech.

— Je­śli do­tąd nie umar­łaś, to już nie umrzesz — po­cie­szył wy­stra­szo­ną do ostat­nich gra­nic la­lu­nię. — Wi­dzisz? Ja żyję — rzu­cił z prze­ko­na­niem. — I mam się do­brze.

Za­sta­na­wia­ła się nad tym, co po­wie­dział. Od­niósł wra­że­nie, że za­pa­lił małe świa­teł­ko w ciem­nym tu­ne­lu.

— Chodź, zo­ba­czysz! — po­cią­gnę­ła go za rę­kaw ba­weł­nia­nej ko­szu­li.

W po­ko­ju go­ścin­nym na ła­wie pło­nę­ła mi­go­tli­wym świa­tłem czer­wo­na świe­ca, po­zo­sta­wia­ją­ca w po­wie­trzu za­pach pa­ra­fi­ny i wo­sku pal­mo­we­go. Obok niej sta­ły dwa krysz­ta­ło­we fla­ko­ny na cię­te kwia­ty, wy­peł­nio­ne ce­gla­stym py­łem wia­do­me­go po­cho­dze­nia. O je­den z nich było opar­te nie­wiel­kie zdję­cie z al­bu­mu ro­dzin­ne­go.

— Tyle zo­sta­ło z mo­ich sta­rych — zno­wu po­cią­gnę­ła no­sem. Ła­mał się jej głos. — Umar­li na mo­ich oczach.

Uświa­do­mił so­bie, że w cią­gu doby Zie­mia sta­ła się cmen­ta­rzy­skiem dla mi­liar­dów lu­dzi. Nie miał kto od­pra­wiać ce­re­mo­nii po­grze­bo­wych i mo­dlić się w ich in­ten­cji. Ci, co prze­ży­li, roz­pacz­li­wie pró­bo­wa­li się po­zbie­rać i zaj­mo­wa­li się sobą. Nie w gło­wie były im ob­rzę­dy.

Po­my­ślał, że dziew­czy­na po­win­na coś na sie­bie wło­żyć. Za­uwa­żył po­rzu­co­ny na fo­te­lu bia­ły płaszcz ką­pie­lo­wy frot­te i pró­bo­wał ją nim okryć.

— Nie — ode­pchnę­ła jego tro­skli­wą rękę. Nie­po­rad­nie przy­tu­li­ła się do Osca­ra, a po­tem za­czę­ła drżą­cy­mi pal­ca­mi roz­pi­nać gu­zi­ki przy jego ko­szu­li. — Zo­stań — po­pro­si­ła, lę­ka­jąc się zaj­rzeć mu w oczy. — Ina­czej coś so­bie zro­bię. Nie wy­trzy­mam sama.

Była war­ta grze­chu. Po­czuł, że na­ra­sta w nim pod­nie­ce­nie i że nie oprze się po­ku­sie. Udzie­li­ło się mu jej sza­leń­stwo i choć­by bar­dzo chciał, nie umiał­by od­mó­wić.

Roz­dy­go­ta­na Ka­tie za­cią­gnę­ła Osca­ra do sy­pial­ni. Prze­ję­ła w lot ini­cja­ty­wę, nie chcąc stra­cić ani se­kun­dy, jak­by się oba­wia­ła, że chło­pak może się roz­my­ślić i dać nura w ciem­ność. Nie za­mie­rza­ła grać roli nie­zdo­by­tej księż­nicz­ki z wy­so­kiej wie­ży. Ner­wo­wo ze­rwa­ła z nie­go ba­weł­nia­ną ko­szu­lę. Trza­snął ostat­ni gu­zik. Po dro­dze nie­do­szły ko­chaś po­zbył się swo­ich adi­da­sów. W drzwiach po­czuł jej dło­nie na swym lek­ko za­ro­śnię­tym brzu­chu. Za­pa­li­ła ja­sne świa­tło i do­rwa­ła się do jego dżin­sów. Pchnę­ła go na łóż­ko i ścią­gnę­ła je wraz ze skar­pet­ka­mi. Jak na moc­no prze­ra­żo­ną dziu­nię, ra­dzi­ła so­bie cał­kiem nie­źle. Sli­pa­mi sam się za­jął. Pod­kur­czył nogi i zsu­nął je aż do ko­stek, ale znie­nac­ka do­padł go wstyd.

— Zga­si­my świa­tło? — za­kło­po­ta­ny za­py­tał, go­tów scho­wać się pod cien­kie na­kry­cie.

Po­trzą­snę­ła prze­czą­co gło­wą, szyb­ciut­ko wyj­mu­jąc wsuw­ki z wło­sów. Odło­ży­ła je, wpa­tru­jąc się w nie­go sze­ro­ko otwar­ty­mi oczy­ma. Jej spoj­rze­nie nie­mal pa­rzy­ło. Prze­mknę­ła mu przez gło­wę trwoż­na myśl, że Ka­tie po­słu­gu­je się cza­ra­mi i że na­praw­dę ma coś wspól­ne­go z fil­mo­wą ro­dzi­ną Ad­dam­sów lub Sa­bri­ną z se­ria­lu o cza­ro­dziej­kach. Stłu­mił ją, bo prze­cież to nie było moż­li­we.

— Nie — od­par­ła, po­chy­la­jąc się nad chło­pa­kiem i za­bie­ra­jąc się za nie­go.

Zna­lazł się pierw­szy raz w ży­ciu z la­ską w łóż­ku i wy­czy­ta­ła to z jego za­kło­po­ta­nej twa­rzy. Ni­g­dy nie prze­kro­czył gra­nic in­tym­ne­go tête-à-tête, nie za­ba­wiał się z pro­sty­tut­ka­mi, ani z roz­pusz­czo­ny­mi gów­nia­ra­mi, więc bra­ko­wa­ło mu do­świad­cze­nia. Był nie­win­ny ni­czym chło­piec z chó­ru ko­ściel­ne­go. Nie­po­rad­nie pró­bo­wa­ła mu po­móc. Uło­ży­ła się obok i uję­ła pal­ca­mi jego pta­ka. Jed­no­cze­śnie wo­dzi­ła war­ga­mi po jego opa­lo­nym ra­mie­niu i szyi. Uży­wa­ła per­fum in­nych niż Rita, mniej in­ten­syw­nych, le­d­wo wy­czu­wal­nych, a jed­nak da­ją­cych się za­pa­mię­tać. Gdy pe­nis na­brzmiał, prze­wró­ci­ła się na ple­cy i ścią­gnę­ła chło­pa­ka mię­dzy swo­je uda. Po­ra­zi­ła go myśl, że nie tra­fi tam, gdzie po­wi­nien, prze­cież był to jego de­biut, ale so­bie po­ra­dził. Nie­fart w łóż­ku nad­wą­tlił­by jego mę­skie ego. Wbił się w jej mo­krą szpar­kę. Od­po­wie­dzia­ła stłu­mio­nym ję­kiem. Po­czuł się wresz­cie jak mło­dy bóg i za­gu­bił w mi­ło­snym ga­lo­pie. Boże, co to była za roz­kosz!

Oko­ło dru­giej w nocy od­krył, że jest głod­ny. Za­bur­cza­ło mu w brzu­chu. Nie jadł ko­la­cji, a ma­ra­ton mi­ło­sny oka­zał się wy­czer­pu­ją­cy. Ko­cha­li się raz, po­tem się ca­ło­wa­li, na­stęp­nie dru­gi raz, aż wresz­cie na chwi­lę za­snął.

— Zro­bić ci ka­nap­kę? — za­py­ta­ła.

Za­ło­żył sli­py, któ­re zna­lazł obok łóż­ka i po­cią­gnął za nią do kuch­ni. Po dro­dze zaj­rzał do ła­zien­ki. Usiadł przy dę­bo­wym sto­le, śle­dząc wzro­kiem jej krzą­ta­ni­nę. Pod­grza­ła mu w ku­chen­ce mi­kro­fa­lo­wej duży ka­wa­łek piz­zy.

— Do­brze być ży­wym, nie? — rzu­cił, kie­dy przy­nio­sła mu ta­lerz i sztuć­ce.

Po­wo­li jadł, nie od­ry­wa­jąc od niej wzro­ku. Zi­gno­ro­wa­ła to py­ta­nie. Usia­dła na są­sied­nim krze­śle, z wdzię­kiem krzy­żu­jąc nogi. Bez­wied­nie po­pra­wi­ła so­bie opa­da­ją­ce wło­sy. Na­dal była naga, nie na­rzu­ci­ła nic na sie­bie, jak­by chcia­ła, by każ­dy szcze­gół jej cza­row­ne­go cia­ła do­brze utkwił mu w pa­mię­ci. Ala­ba­stro­wej bie­li skó­ry nie zna­czy­ły śla­dy opa­le­ni­zny. Dzi­wi­ło go, że Ka­tie nie od­czu­wa za­kło­po­ta­nia, zmie­sza­nia ani wsty­du. To­wa­rzy­szy­ła mu wpraw­dzie, po­tul­na i ci­cha, jed­nak przy tym nie­ru­cho­ma, mil­czą­ca i pra­wie nie­obec­na. Nie mia­ła ocho­ty z nim roz­ma­wiać. Po­wia­da­no, że seks bez mi­ło­ści jest jak czar­na kawa bez cu­kru. A choć w jej ra­mio­nach nie czuł bra­ku sło­dy­czy, to jed­nak cze­goś mu nie do­sta­wa­ło. Jed­nak nie wie­dział cze­go.

Rzu­cił kil­ka ko­lej­nych py­tań, prze­ry­wa­jąc ci­szę, lecz za każ­dym ra­zem spusz­cza­ła gło­wę, za­sła­nia­jąc twarz wło­sa­mi. Od­po­wia­da­ła mo­no­sy­la­ba­mi. Łą­czą­ca ich więź była tak cien­ka jak nić pa­ję­cza i wy­da­wa­ło się, że dziew­czy­na nie chce, aby się wzmoc­ni­ła.

Wró­ci­li do sy­pial­ni. Za­in­te­re­so­wa­ły go opar­te o ścia­nę szty­chy w kar­to­no­wych okład­kach. Z cie­ka­wo­ści kil­ka obej­rzał. Zna­lazł tu uję­cia sie­dzą­ce­go przy ogni­sku sta­re­go In­dia­ni­na z or­lim no­sem, trzy­ma­ją­ce­go na ko­la­nach sznur z pi­smem wę­zeł­ko­wym. Jego wy­ra­zi­sta twarz z za­pa­dły­mi po­licz­ka­mi mia­ła w so­bie coś ta­jem­ni­cze­go. W ko­bie­cie w ele­ganc­kiej suk­ni roz­po­znał mat­kę, a po­tem nie­ocze­ki­wa­nie tra­fił na swo­ją po­do­bi­znę. Nie bra­ko­wa­ło jej ta­len­tu i po­do­bień­stwo było ude­rza­ją­ce, więc jego brwi po­wę­dro­wa­ły wy­so­ko w wy­ra­zie nie­bo­tycz­ne­go zdu­mie­nia. Je­że­li są­dził, że w jej ży­ciu nie ma ni­ko­go szcze­gól­ne­go, to się my­lił. Szpe­rał da­lej i z tecz­ki wy­pa­dło kil­ka mniej­szych ry­sun­ków w ołów­ku, przed­sta­wia­ją­cych Osca­ra i Ka­tie w mi­ło­snych ob­ję­ciach, opar­tych na po­zy­cjach Ka­ma­su­try. Nie przy­pusz­czał, że może być obiek­tem jej skry­tych fan­ta­zji ero­tycz­nych. Gdy­by nie de­mo­nicz­ny wi­rus, pew­nie ni­g­dy nie od­sło­ni­ła­by swo­ich kart.

Nie po­czu­ła się za­kło­po­ta­na. Jak­by to, co uj­rzał było naj­zu­peł­niej na­tu­ral­ne, ni­czym zmia­na kie­run­ków na skrzy­żo­wa­niu i jak­by był tyl­ko przy­pad­ko­wym mo­de­lem, któ­re­mu pła­ci się za po­zo­wa­nie do aktu. Cier­pli­wie cze­ka­ła na nie­go w łóż­ku, chcąc się do nie­go przy­tu­lić. Tym ra­zem po­zwo­li­ła mu zga­sić świa­tło.

(...)