Opis

Edward Guziakiewicz, Hegemone. Myśląca planeta

mikropowieść SF

Tytułem wprowadzenia

Jest to mikropowieść SF, której akcja toczy się 2500 lat świetlnych od Słońca. Statek kosmiczny Demostenes, z dwudziestoczteroosobową załogą i czterystu kolonistami uśpionymi w hibernatorach, dociera do z pozoru gościnnej planety, przypominającej naszą Ziemię. Przybysze nadają jej nazwę Hegemone.

Mimo kłopotów z lądowaniem, udaje się pilotom posadzić Demostenesa na powierzchni. Eksplozja silników, do której dochodzi w wyniku zderzenia z tarczą ochronną Hegemone, uprzytamnia przybyłym, że na globie kryją się zagadkowi obcy, dysponujący wysoko rozwiniętą technologią. Akcja stopniowo się rozwija, by wreszcie postawić przybyłych przed trudnym wyborem. Zmierzyć się z tajemniczym kosmitą, bytującym w jądrze planety Hegemone i walczyć o prawo do kolonizacji, czy wracać na Ziemię?

Ten najnowszy utwór SF Edwarda Guziakiewicza jest oparty — m.in. — na motywach kosmogonii tahitańskiej i odwołuje się do wiary w boga Ta'aroę. Ów bóg nabiera w tym utworze niezwykłych kosmicznych rysów. Autor — ustami bohaterów — forsuje tezę, że za ewolucję organiczną na Ziemi i na Hegemone odpowiada genialny przybysz z innego wymiaru kosmosu.

Mikropowieść została napisana w pierwszej połowie 2018 r.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 134

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Edward Guziakiewicz, Hegemone. Myśląca planeta

Fragment utworu

Wra­ca­ła mi świa­do­mość. Ze sta­nu głę­bo­kie­go snu wy­rwa­ło mnie ci­che pi­ka­nie urzą­dzeń, zaj­mu­ją­cych ścia­nę, bie­gną­cą wzdłuż ka­bin hi­ber­na­cyj­nych. Uj­mu­ją­cy głos po­wta­rzał: „Ak­ty­wa­cja ko­mo­ry nu­mer sie­dem! Ak­ty­wa­cja ko­mo­ry nu­mer sie­dem!” Otwo­rzy­łem oczy. Usi­ło­wa­łem so­bie przy­po­mnieć, jak się na­zy­wam. „Je­stem Har­ry Mil­ler. Po­le­cia­łem w ko­smos i wy­lą­do­wa­łem na He­ge­mo­ne!” Pa­mięć mnie nie za­wo­dzi­ła, więc wszyst­ko było w po­rząd­ku. Od­su­nę­ła się po­kry­wa osła­nia­ją­ca leże. Mo­głem wstać. Kie­dy spa­łem, apa­ra­tu­ra dba­ła o mię­śnie, sys­te­ma­tycz­nie je po­bu­dza­jąc, więc bez wy­sił­ku wy­do­sta­łem się z hi­ber­na­to­ra. Nie mu­sia­łem prze­cho­dzić żad­ne­go tre­nin­gu. Gra­wi­ta­cja była sta­bil­na. Sto­py zo­sta­wia­ły mo­kre śla­dy na po­sadz­ce. Są­sied­nie ka­bi­ny hi­ber­na­cyj­ne były jesz­cze za­mknię­te. Do­cho­dzi­li w nich do sie­bie Mi­cha­el, John i Mat­thew, po­kła­do­wi me­cha­ni­cy i spe­cja­li­ści od sprzę­tu na po­wierzch­ni. Wsze­dłem pod prysz­nic, gi­nąc w kłę­bach pary. Po­tem owiał mnie su­chy wiatr, a na ko­niec moja skó­ra po­kry­ła się cien­ką war­stwą flu­idu re­ge­ne­ra­cyj­ne­go.

Mi­ga­ły sy­gna­li­za­to­ry. Po­ją­łem, że sta­wia­no na nogi wszyst­kich bez wy­jąt­ku. Zgod­nie z usta­le­nia­mi mia­łem spę­dzić w hi­ber­na­to­rze sto dwa­dzie­ścia lat, po­dob­nie jak inni człon­ko­wie za­ło­gi De­mo­ste­ne­sa, wy­jąw­szy peł­nią­cych dy­żu­ry. Jed­nak do­pie­ro gdy pod­sze­dłem do pul­pi­tów kon­tro­l­nych, ze zdzi­wie­niem od­kry­łem, że nie spa­li­śmy tak dłu­go. Kom­pu­ter obu­dził nas już po czter­dzie­stu la­tach. Dla­cze­go tak wcze­śnie? Co się sta­ło?

Cie­ka­wi­ło mnie, co ta­kie­go zmie­ni­ło się w po­bli­żu na­sze­go ko­lo­sa i z za­afe­ro­wa­niem szu­ka­łem ujęć z po­wierzch­ni. Po­pły­nę­ły barw­ne ob­ra­zy. Da­wa­ły mi do my­śle­nia. Do­oko­ła stat­ku zna­czy­ła się ścia­na świe­żo wy­ro­słej gę­stej dżun­gli. Od­ro­dzi­ła się bez prze­szkód i była pra­wie taka, jak przed na­szym przy­by­ciem. Upew­ni­łem się co do po­zio­mu szko­dli­we­go pro­mie­nio­wa­nia. O dzi­wo, nic nam już nie gro­zi­ło. Kie­dy lą­do­wa­li­śmy, za­wio­dły na­sze sil­ni­ki, a fala ude­rze­nio­wa spo­pie­li­ła całą ro­ślin­ność w pro­mie­niu kil­ku­set ki­lo­me­trów. Na szczę­ście, po­szy­cie ka­dłu­ba nie ucier­pia­ło. Buj­ny las prze­padł i po­zo­stał po nim je­dy­nie mar­twy grunt. Nie mo­gli­śmy wy­ściu­bić nosa z De­mo­ste­ne­sa przez po­nad sto lat, je­śli nie chcie­li­śmy pa­ko­wać się w ta­ra­pa­ty. Gdy­by­śmy to zro­bi­li, to pew­no jesz­cze na­sze wnu­ki — mó­wiąc żar­to­bli­wie — świe­ci­ły­by w nocy.

Do­pa­dły mnie wąt­pli­wo­ści. Ja­kim cu­dem tak szyb­ko ustą­pi­ło ska­że­nie te­re­nu? Ktoś za nas po­sprzą­tał? A może po­peł­ni­li­śmy błąd w ob­li­cze­niach? Te py­ta­nia mu­sia­ły za­cze­kać. Przy­po­mnia­ło mi się, co zdra­dził Geo­r­ge Wil­son, zna­ny z tego, że rzu­cał co rusz ory­gi­nal­ny­mi hi­po­te­za­mi. Zwy­kle tra­fiał w dzie­siąt­kę. Su­ge­ro­wał, że ta pla­ne­ta po­sia­da my­ślą­ce ją­dro. I że jest ono od­po­wie­dzial­ne za rze­czy, o ja­kich nam się nie śni­ło. My­ślą­ca pla­ne­ta? Nie spo­ty­ka­li­śmy ta­kich w ko­smo­sie. Tym nie­mniej za­sta­na­wia­ła mnie jej nie­zwy­kła bu­do­wa. Geo­r­ge zwró­cił uwa­gę na to, że pół­ku­la pół­noc­na i po­łu­dnio­wa są ta­kie same, bio­rąc pod uwa­gę li­nie brze­go­we i na­war­stwie­nie te­re­nu, co kłó­ci­ło się z pra­wa­mi na­tu­ry. Bar­dzo po­dob­ne do­li­ny, rze­ki i je­zio­ra, po­dob­ne góry. Jed­na po­łów­ka glo­bu sta­no­wi­ła nie­omal wier­ne od­bi­cie dru­giej.

Po­my­śla­łem, że bę­dzie­my jesz­cze wie­le razy po­wra­cać do tego te­ma­tu i uda­łem się do mesy, miej­sca na­szych spo­tkań to­wa­rzy­skich. Naj­le­piej ga­wę­dzi­ło się przy ka­wie i przy kok­taj­lach. Za­sta­łem tam trzy za­du­ma­ne cud-dziew­czy­ny, Ca­the­ri­ne, Emi­ly i Ro­se­ma­ry, usi­łu­ją­ce prze­go­nić reszt­ki snu. Kom­pu­ter do­pie­ro co wy­pluł je z hi­ber­na­to­rów i po­dob­nie jak ja świe­ci­ły na­go­ścią. Ni­g­dy wcze­śniej nie wi­dzia­łem tych dziuń bez odzie­nia i za­tka­ło mi dech z wra­że­nia. Po­czu­łem na­pływ ad­re­na­li­ny. Na szczę­ście, pe­nis mi nie ze­sztyw­niał, bo czuł­bym się ośmie­szo­ny. Były hoj­nie ob­da­rzo­ne przez na­tu­rę i ośle­pia­ły swo­ją uro­dą. Mimo tego, że do­pie­ro się prze­bu­dzi­ły, wy­glą­da­ły nie­zwy­kle po­nęt­nie. Ga­ze­le przy wo­do­po­ju. Żad­na nie mia­ła trzy­dziest­ki. Nad­wraż­li­wość skó­ry ludz­kiej po hi­ber­na­cji ustę­po­wa­ła po dwóch go­dzi­nach i do­pie­ro wte­dy mo­gli­śmy wrzu­cić coś na grzbiet. Je­że­li się wsty­dzi­ły, to nie chcia­ły tego oka­zać. Piły spe­cjal­ny na­pój od­żyw­czy, by roz­ru­szać żo­łą­dek. Wzią­łem ku­bek i też so­bie na­la­łem.

Ge­ne­tycz­ka Ca­the­ri­ne była sub­tel­ną blon­dyn­ką. Z po­zo­ru ule­gła i wiot­ka, po­zo­sta­wa­ła na swój spo­sób nie­prze­nik­nio­na i ta­jem­ni­cza. Nie przy­po­mi­na­ła człon­ka za­ło­gi stat­ku ko­smicz­ne­go. Co taka nie­win­na i świe­ża isto­ta ro­bi­ła w ko­smo­sie? Bu­dzą­ca re­spekt Emi­ly, po­kła­do­wa me­dycz­ka, mia­ła ozło­co­ne przez słoń­ce szczu­plut­kie cia­ło pod­cho­dzą­ce pod de­li­kat­ny brąz i dłu­gie ciem­ne wło­sy, któ­re zwy­kle za­wią­zy­wa­ła w kok. Afro­ame­ry­kan­ka Ro­se­ma­ry cie­szy­ła oczy cze­ko­la­do­wą kar­na­cją skó­ry. Gę­ste locz­ki cza­row­nie ukła­da­ją­ce się wo­kół jej prze­ślicz­nej twa­rzy, nie­co krą­głe kształ­ty i re­we­la­cyj­nie pięk­ne pier­si de­cy­do­wa­ły o jej atu­tach. Ota­cza­ła ją aura eg­zo­tycz­nej zmy­sło­wo­ści. Zaj­mo­wa­ła się eko­lo­gią, do­bre za­ję­cie jak każ­de inne, ale w moim od­czu­ciu mia­ła­by więk­sze wzię­cie jako mo­del­ka. Była atrak­cyj­na i wy­gra­ła­by kon­kurs na miss za­ło­gi De­mo­ste­ne­sa, gdy­by taki zor­ga­ni­zo­wa­no.

Zwró­ci­łem się w ich stro­nę i wznio­słem to­ast:

— Wa­sze zdro­wie! — z tru­dem wy­chry­pia­łem, czu­jąc się tak, jak­bym miał gar­dło wy­peł­nio­ne wo­do­ro­sta­mi.

Po­kła­do­we dża­gi za­re­ago­wa­ły życz­li­wie, choć mo­gły dać mi do zro­zu­mie­nia, że nie po­wi­nie­nem się tu krę­cić. Nie zna­la­złem się prze­cież na pla­ży dla nu­dy­stów. Uśmiech­nę­ły się do mnie przy­jaź­nie. „Ostroż­nie z pięk­ny­mi dziew­czy­na­mi!” — za­chi­cho­tał w mo­jej gło­wie ci­chy gło­sik.

Emi­ly prze­rwa­ła krę­pu­ją­cą ci­szę. Była le­ka­rzem, więc go­li­zna nie ro­bi­ła na niej wra­że­nia. Prze­cież na co dzień ob­co­wa­ła z pa­cjen­ta­mi, któ­rzy mu­sie­li się przy niej roz­bie­rać.

— Nic się nie ze­sta­rza­łeś! — żar­to­bli­wie od­bi­ła pi­łecz­kę. — Pi­łeś elik­sir mło­do­ści? Wy­glą­dasz jak pół wie­ku temu.

— Wy też — wy­krztu­si­łem. — Praw­dzi­we z was bó­stwa. Trzy Gra­cje jak nic! — mi­gnę­ły mi przed oczy­ma świe­cą­ce go­li­zną dzie­ła Ra­fa­ela i Ru­ben­sa. Kto nie wi­dział tych ob­ra­zów?

To wy­star­czy­ło na dzień do­bry. Nie na­le­ża­ło prze­sa­dzać z kom­ple­men­ta­mi. A poza tym po­wstrzy­my­wał mnie wstyd. Nie chcia­łem wy­paść jak szcze­niak, któ­ry po­ryw­czo wdarł się do żeń­skiej szat­ni, więc uzna­łem, że czas zejść im z oczu. Dal­sza wy­mia­na zdań w tych oko­licz­no­ściach by­ła­by nie na miej­scu i do­wo­dzi­ła­by bra­ku tak­tu. Uda­łem się do mo­jej ka­ju­ty. Skry­łem się tam i ode­tchną­łem z ulgą. Mu­sia­łem tro­chę od­cze­kać, a po­tem wcią­gnąć na sie­bie ko­szul­kę i szor­ty.

W mo­jej po­kła­do­wej dziu­pli na dru­gim po­zio­mie nic się nie zmie­ni­ło przez te czter­dzie­ści lat. Mia­łem ka­ju­tę po­je­dyn­czą. Spa­ko­wa­ne rze­czy spo­czy­wa­ły, gdzie po­win­ny, za­bez­pie­czo­ne na wy­pa­dek wa­hań gra­wi­ta­cji. Kli­ma­ty­za­cja spra­wi­ła, że nie okry­ły się ku­rzem.

W pierw­szym od­ru­chu wy­ją­łem in­kru­sto­wa­ny za­sob­nik, za­my­ka­ny na li­nie pa­pi­lar­ne, w któ­rym cho­wa­łem drob­ne pa­miąt­ki z daw­nych lat. Zna­czy­ła się na nim duża li­te­ra ome­ga. Za­bra­ne w dro­gę dro­bia­zgi nie na­le­ża­ły do szcze­gól­nie cen­nych, tym nie­mniej mia­ły dla mnie war­tość sen­ty­men­tal­ną. Iden­ty­fi­ko­wa­łem się z nimi. Wią­za­ły się ze świa­tem, któ­ry opu­ści­łem raz na za­wsze. Nie pla­no­wa­no bo­wiem po­wro­tu De­mo­ste­ne­sa do Ukła­du Sło­necz­ne­go. Chwi­lę wa­ży­łem za­sob­nik w dło­niach, a po­tem od­sta­wi­łem go na pół­kę, po­zo­sta­wia­jąc w za­się­gu wzro­ku. Na ra­zie nie go­ni­ły mnie wspo­mnie­nia, więc nie mu­sia­łem go otwie­rać. Jak do­tąd bo­wiem nie opu­ści­ła nas na­dzie­ja i nie utra­ci­li­śmy prze­ko­na­nia, że mi­sja na­sze­go ży­cia oka­że się uda­na. Li­czy­ła się przy­szłość. Wie­rzy­li­śmy, że nam się po­wie­dzie i że za­lud­ni­my He­ge­mo­ne, czy­niąc ją so­bie pod­da­ną. Mia­ły tu po­wstać pierw­sze ludz­kie osie­dla.

Za­ło­ga po­tęż­ne­go De­mo­ste­ne­sa skła­da­ła się z dwu­na­stu męż­czyzn i z ta­kiej sa­mej ilo­ści ko­biet. Nie li­cząc czte­ry­stu ko­lo­ni­stów oboj­ga płci, uśpio­nych na niż­szym po­zio­mie. Nie zor­ga­ni­zo­wa­no dla nas na Zie­mi obo­zu in­te­gra­cyj­ne­go i po­zna­li­śmy się wła­ści­wie do­pie­ro tuż przed od­lo­tem. Nie bra­no pod uwa­gę ta­kich rze­czy, bo­wiem by­li­śmy po­noć bez­ko­li­zyj­nie do­bra­ni. Jed­nak nie zdą­ży­li­śmy się za­przy­jaź­nić. Ocie­ra­li­śmy się za krót­ko o sie­bie. Prze­wa­ża­ją­cą więk­szość cza­su spę­dzi­li­śmy bo­wiem w hi­ber­na­to­rach. Obu­dzo­no nas, gdy De­mo­ste­nes wy­ło­nił się z nad­prze­strze­ni, osią­ga­jąc cel, od­le­gły o dwa i pół ty­sią­ca lat świetl­nych. Le­cie­li­śmy w stro­nę gwiaz­do­zbio­ru Strzel­ca. Do­tar­li­śmy do ukła­du so­lar­ne­go, ma­ją­ce­go pla­ne­tę po­dob­ną do Zie­mi. Krą­ży­ła w ekos­fe­rze gwiaz­dy, żół­te­go kar­ła, pa­ra­me­tra­mi zbli­żo­ne­go do na­sze­go Słoń­ca, tęt­ni­ła ży­ciem i zda­wa­ła się na nas cze­kać. Geo­r­ge na­zwał ją He­ge­mo­ne i tak już zo­sta­ło. Za­in­spi­ro­wał się ma­leń­kim i mało zna­nym księ­ży­cem Jo­wi­sza, któ­ry no­sił ta­kie mia­no. Jed­nak cho­dzi­ło mu bar­dziej o mi­to­lo­gię grec­ką. Ta­kie imię mia­ła jed­na z Cha­ryt, có­rek Zeu­sa, wład­cy Olim­pu. Grec­kie Cha­ry­ty, a rzym­skie Gra­cje, bo­gi­nie wdzię­ku i ra­do­ści, prze­pa­da­ły za za­ba­wą, mu­zy­ką i tań­cem. Pa­tro­no­wa­ły sztu­kom pięk­nym i rę­ko­dzie­łu. Ile ich było? Trud­no do­ciec. Ateń­czy­cy czci­li He­ge­mo­ne, oka­zu­jąc jej wy­jąt­ko­wą cześć, więc mo­gli­śmy po­nie­kąd na­wią­zać do ich tra­dy­cji. Przy­szło mi do gło­wy, żeby na­zwać Ate­na­mi pierw­szą ko­lo­nię na tej pla­ne­cie, ale z ni­kim się nie po­dzie­li­łem tym po­my­słem. Ja­kież to mia­ło zna­cze­nie? Bo prze­cież nie sta­ro­żyt­ne mity de­cy­do­wa­ły o tym, że par­li­śmy w gwiaz­dy i szu­ka­li po­dob­nych do Zie­mi glo­bów do za­sie­dle­nia.

Nie wszyst­ko jed­nak po­szło po na­szej my­śli. Do­pie­ro pod­czas de­or­bi­ta­cji oka­za­ło się, że ta pla­ne­ta nie jest wca­le tak go­ścin­na, jak są­dzo­no. Po­sia­da­ła coś na kształt okry­wa­ją­ce­go at­mos­fe­rę pola si­ło­we­go, któ­re omal nie unie­moż­li­wi­ło nam lą­do­wa­nia. Nie wy­kry­li­śmy wcze­śniej jego śla­dów. Do­szło do ko­li­zji z na­pę­dem De­mo­ste­ne­sa i za­bu­rzeń pra­cy głów­nych sil­ni­ków. Sta­tek opa­dał, ob­ra­ca­jąc się wo­kół swej osi, a dy­sze plu­ły pla­zmą na wszyst­kie stro­ny. Osta­tecz­nie jed­nak uda­ło nam się osiąść na po­wierzch­ni pra­wie bez szwan­ku, co gra­ni­czy­ło nie­mal z cu­dem i było za­słu­gą dwój­ki na­szych zna­ko­mi­tych pi­lo­tów. Na­pęd na­le­ża­ło na­pra­wić, wszak­że odło­żo­no to za­da­nie na póź­niej, bo­wiem wy­ma­ga­ło opusz­cze­nia ma­cie­rzy­stej jed­nost­ki.

Wró­ci­łem my­śla­mi do dżag, któ­re spo­tka­łem w me­sie. Wes­tchną­łem z prze­ję­ciem. Zgod­nie z umo­wa­mi, któ­rą pod­pi­sa­li­śmy przed od­lo­tem, go­dzi­li­śmy się na mał­żeń­stwa za­aran­żo­wa­ne przez kom­pu­ter. Chcia­no nas uchro­nić od błę­dów i oszczę­dzić nam nie­efek­tyw­nej ry­wa­li­za­cji na no­wej pla­ne­cie, zaś ba­zo­wa­no na zna­ko­mi­tych pro­gra­mach do ko­ja­rze­nia par. Pach­nia­ło to wpraw­dzie cza­sa­mi, w któ­rych ro­dzi­ce swa­ta­li swe po­cie­chy, tym nie­mniej taki spo­sób do­bie­ra­nia part­ne­rów nie dzi­wił i w po­wszech­nym prze­ko­na­niu gwa­ran­to­wał trwa­łość związ­ku. Elek­tro­nicz­ny do­rad­ca brał pod uwa­gę całą gamę pod­świa­do­mych ocze­ki­wań i pra­gnień, nie po­mi­ja­jąc me­cha­ni­zmów do­bo­ru na­tu­ral­ne­go, więc praw­do­po­do­bień­stwo, że coś skno­ci, było bli­skie zeru. Oczy­wi­ście, nie spo­dzie­wa­no się cu­dów i zda­rza­ło się, że bra­ła górę nie­zgod­ność cha­rak­te­rów. Na­tu­ra ludz­ka po­tra­fi­ła prze­cież za­ska­ki­wać.

Za­po­wia­da­ło się za­tem coś na kształt pod­nie­ca­ją­cej lo­te­rii i gło­wi­łem się nad tym, któ­ra z si­ko­rek z po­kła­do­we­go te­amu zo­sta­nie moją żoną. Jed­nak po dwu roz­wo­dach nie ocze­ki­wa­łem Bóg wie cze­go. Nie li­czy­łem na to, że ko­lej­ne mał­żeń­stwo mnie uszczę­śli­wi i że przy­pad­nie mi w udzia­le osza­ła­mia­ją­ca gwiaz­da, któ­ra nie bę­dzie chcia­ła się ze mną roz­stać. Z odro­bi­ną nie­po­ko­ju cze­ka­łem na wer­dykt. Moi kum­ple rów­nież cho­dzi­li pod­eks­cy­to­wa­ni. Mie­li na­dzie­ję, że wy­ra­fi­no­wa­ny sys­tem ich nie za­wie­dzie. Na­sze po­kła­do­we dziu­nie na­le­ża­ły do uda­nych i nie bra­ko­wa­ło im wdzię­ku, choć prze­cież o gu­stach nie na­le­ża­ło dys­ku­to­wać. Nie były oschłe, za­mknię­te w so­bie i od­py­cha­ją­ce, cze­go się oba­wia­łem, gdy wy­bie­ra­łem się w dro­gę. Nie mia­łem więc się cze­go lę­kać. Krót­ko mó­wiąc, były do rze­czy. Nie po­zwo­li­ły się jed­nak wo­dzić za nos. Nie­ustan­na doba eman­cy­pa­cji spra­wia­ła, że po­zo­sta­wa­ły pew­ne sie­bie i nie­za­leż­ne, oraz że nie ustę­po­wa­ły męż­czy­znom pod żad­nym wzglę­dem. Umia­ły trzy­mać ich na dy­stans, a je­śli mu­sia­ły pa­trzy­ły na nich z góry i stra­szy­ły chło­dem.

Przy­mie­rza­łem się w my­ślach do dwu­na­stu kan­dy­da­tek po ko­lei. Do­sze­dłem do wnio­sku, że naj­bar­dziej od­po­wia­da­ła­by mi skrom­na Lau­ra Tur­ner, agent­ka ochro­ny, obe­zna­na z róż­ny­mi ro­dza­ja­mi bro­ni pal­nej. W jej to­wa­rzy­stwie czuł­bym się pew­niej na po­wierzch­ni glo­bu. Gdy­bym ją do­stał, był­bym usa­tys­fak­cjo­no­wa­ny. Nie rzu­ca­ła się w oczy i zwy­kle kry­ła się w cie­niu, umie­jąc asy­sto­wać cu­dzym za­ję­ciom. Nie­spe­cjal­nie dba­ła o sie­bie, a ubie­ra­ła się ra­czej po mę­sku. Co nie zna­czy­ło, że bra­ko­wa­ło jej sek­sa­pi­lu.

Z wes­tchnie­niem ulgi po­szu­ka­łem cze­goś na grzbiet. Mu­sia­łem przy­go­to­wać się do kon­tak­tu z do­wód­cą wy­pra­wy i in­ny­mi człon­ka­mi za­ło­gi. Na­le­ża­ło do­brze wy­paść.

Ob­sie­dli­śmy dłu­gi stół z błysz­czą­cym bla­tem w ko­lo­rze gra­na­tu. By­li­śmy w kom­ple­cie. Z odro­bi­ną skry­wa­ne­go wzru­sze­nia lu­stro­wa­łem wszyst­kie twa­rze. Pod­niósł się Adam Cox, lek­ko po­si­wia­ły do­wód­ca, męż­czy­zna o wy­nio­słej po­sta­wie. Bu­dził re­spekt, jed­nak nie sta­rał się trak­to­wać nas z góry. Nie pró­bo­wał za­ga­jać, ale od razu od­dał głos Geo­r­ge’owi. Wil­son był jego for­mal­nym za­stęp­cą.

Sym­pa­tycz­ny blon­das za­czął bez zwło­ki dzie­lić się z nami tym, co uwa­żał za waż­ne. Oszczęd­ny w sło­wach, lu­bił mó­wić krót­ko i zwięź­le, i zwy­kle za­kła­dał, że ma przed sobą in­te­li­gent­nych roz­mów­ców. Pa­sjo­no­wa­ły go róż­ne ta­jem­ni­ce wszech­świa­ta, a kie­dy je ob­ja­śniał, wpa­dał w nie­skry­wa­ny en­tu­zjazm, jed­nak pod każ­dym in­nym wzglę­dem był nie­na­gan­ny.

— O tym, że po­dej­rza­nie szyb­ko ustą­pi­ło ska­że­nie te­re­nu, już wie­cie. A te­raz ko­lej­ne spra­wy. Przyj­rza­łem się tar­czy ochron­nej tej pla­ne­ty. Nie­ste­ty, po na­szym nie­for­tun­nym lą­do­wa­niu ule­gła ono wzmoc­nie­niu. Nie je­ste­śmy więc w sta­nie opu­ścić He­ge­mo­ne. Je­śli na­pra­wi­my sil­ni­ki, co z pew­no­ścią się uda, bę­dzie­my mo­gli co naj­wy­żej po­krą­żyć nad jej po­wierzch­nią. Wznie­sie­my się góra na sto osiem­dzie­siąt ki­lo­me­trów. Zna­leź­li­śmy się więc w pu­łap­ce i sta­li­śmy się więź­nia­mi tego glo­bu. Co nie jest we­so­łe. Ow­szem, ry­su­je się pew­na moż­li­wość. Mu­sie­li­by­śmy dwu­krot­nie wzmoc­nić na­pęd. I wte­dy spró­bo­wać. Być może, uda­ło­by się nam prze­bić przez blo­ka­dę. To po pierw­sze, a wła­ści­wie po dru­gie. Na­stęp­na nie­spo­dzian­ka wią­że się z dżun­glą wo­kół De­mo­ste­ne­sa. Po­pa­trz­cie! Opad­ną wam szczę­ki — wy­świe­tlił zdję­cia, wy­ko­na­ne z góry przez dro­na. — Tro­pi­kal­ny las wró­cił, ale w spo­sób in­te­li­gent­ny. Wi­dać?

Na­sza ma­cie­rzy­sta jed­nost­ka dum­nie spo­czy­wa­ła na środ­ku po­ro­słe­go tra­wą ide­al­ne­go krę­gu o śred­ni­cy oko­ło dzie­wię­ciu­set me­trów. Dżun­gla do­cho­dzi­ła do jego gra­nic i nie po­su­wa­ła się da­lej. Sta­tek był ogrom­ny, a przy­po­mi­nał kształ­tem kry­tą łódź po­ści­go­wą. Miał bli­sko pół ki­lo­me­tra dłu­go­ści. Opły­wo­we sil­ni­ki zna­czy­ły się po obu stro­nach. Wspie­rał się na trzech po­tęż­nych ła­pach, któ­re czę­ścio­wo cho­wa­ły się pod­czas lotu.

— I co jesz­cze? — Geo­r­ge pod­jął nowy wą­tek, gdy już się na­pa­trzy­li­śmy. — Mniej wię­cej dwa­dzie­ścia lat po wy­lą­do­wa­niu, kie­dy słod­ko spa­li­śmy w hi­ber­na­to­rach, ktoś nie­ocze­ki­wa­nie zło­żył nam wi­zy­tę. Na dru­gim po­zio­mie zma­te­ria­li­zo­wa­ły się trzy obce isto­ty. Nie były uzbro­jo­ne. Kom­pu­ter nie roz­po­znał ni­ko­go z za­ło­gi, więc wsz­czął ci­chy alarm. Za­blo­ko­wał ten sek­tor. Jed­nak nasi go­ście zdą­ży­li się wy­mknąć. Roz­my­li się w po­wie­trzu.

— Lu­dzie? — zdzi­wi­ła się Emi­ly. Jako me­dycz­ka ucho­dzi­ła za czwar­tą na po­kła­dzie.

— No, nie­zu­peł­nie — spro­sto­wał Geo­r­ge. — Ich oczy ja­rzy­ły się zie­lo­nym bla­skiem, co było do­brze wi­dać, zwa­żyw­szy sła­be oświe­tle­nie. Jak u zom­bie. Py­ta­nie, czy mie­li­śmy do czy­nie­nia z po­sta­cia­mi re­al­ny­mi. Kom­pu­ter nie wy­krył bio­sy­gna­tur mimo do­brze ska­li­bro­wa­nych sen­so­rów. Se­ans trwał za krót­ko.

Wy­wo­łał na ekra­nie ob­raz z ka­mer. Fak­tycz­nie, ko­ry­ta­rzem po­su­wa­ły się trzy człe­ko­kształt­ne isto­ty. Kro­czy­ły bez po­śpie­chu. Po­tem zni­kły.

— Ho­lo­gra­my?

— Ra­czej nie.

— Te­le­por­ta­cja?

— Trud­no po­wie­dzieć.

Adam do­rzu­cił swo­je trzy gro­sze:

— Szan­sa spo­tka­nia w ko­smo­sie hu­ma­no­idal­nej for­my ży­cia jest astro­no­micz­nie mała, jed­nak ta pla­ne­ta — z ra­cji ude­rza­ją­ce­go po­do­bień­stwa do Zie­mi — wy­da­je się temu prze­czyć. Tu mogą być ewo­lu­cyj­nie do nas zbli­że­ni niby-lu­dzie, ja­kieś my­ślą­ce mał­po­lu­dy, choć na­sze son­dy do­tąd nie wy­kry­ły żad­ne­go ta­kie­go ga­tun­ku.

— Lu­dzie, nie lu­dzie. Ja­kim cu­dem ktoś po­ko­nał za­bez­pie­cze­nia De­mo­ste­ne­sa? — za­py­ta­ła zno­wu Emi­ly. — Do tego po­trze­ba in­te­li­gent­nych istot, obe­zna­nych z wy­so­ką tech­no­lo­gią.

— Wciąż to ba­da­my — rzekł Geo­r­ge. — Miej­my na­dzie­ję, że obcy ni­cze­go nie po­prze­sta­wia­li w na­szych sys­te­mach. Je­że­li go­spo­da­rze tej pla­ne­ty chcie­li prze­ska­no­wać sta­tek, to re­ak­cja kom­pu­te­ra ich znie­chę­ci­ła. A co po­nad­to, po­mi­ja­jąc ten epi­zod? — Geo­r­ge cią­gnął da­lej: — Od­no­to­wa­li­śmy cie­ka­wą zmia­nę na po­wierzch­ni. Tu­tej­si am­fi­trio­ni, o ile moż­na tak po­wie­dzieć, zbu­do­wa­li dla nas — rzecz ku­rio­zal­na — osie­dle na brze­gu mo­rza. Za­fun­do­wa­li nam pre­zent. Kil­ka­na­ście ki­lo­me­trów stąd stwo­rzy­li kom­for­to­wy ośro­dek, ni­czym tro­pi­kal­ny pen­sjo­nat. Bez­sprzecz­nie chcie­li się ujaw­nić. Być może, ma to być miej­sce spo­tka­nia z nimi. Ro­dzi się jed­nak py­ta­nie, czy nie jest to coś… na kształt pu­łap­ki na my­szy.

Ka­me­ry dro­na po­ka­zy­wa­ły po­łą­czo­ne z sobą pa­wi­lo­ny, kry­te wi­do­ko­wą czer­wo­ną da­chów­ką i bam­bu­so­wą strze­chą. Do­oko­ła ro­sły pal­my, a mię­dzy nimi zna­czy­ła się oto­czo­na mar­mu­rem uro­kli­wa pły­wal­nia. Skąd się coś ta­kie­go wzię­ło na nie­za­miesz­ka­łej pla­ne­cie? Ktoś tu z ko­smo­su przy­la­ty­wał na week­en­dy? Może w grę wcho­dzi­ły po­dró­że w cza­sie?

— Spró­buj­cie to so­bie w spo­ko­ju prze­my­śleć — za­koń­czył blon­das. — Je­że­li ko­muś przyj­dzie coś do gło­wy, niech zgło­si się do mnie lub do ko­men­dan­ta — wska­zał gło­wą na do­wód­cę. I do­dał: — Nie­ła­two to wszyst­ko roz­gryźć. To, co tu się dzie­je, nie na­pa­wa opty­mi­zmem. Jak temu sta­wić czo­ła? Nie wie­my, czy mo­że­my wy­pu­ścić ko­lo­ni­stów na po­wierzch­nię. Cho­dzi o ich bez­pie­czeń­stwo. Być może, sie­dzi­my na becz­ce pro­chu. Nie prze­wi­dzie­li­śmy, że ta pla­ne­ta może kryć mrocz­ne ta­jem­ni­ce. I że po­sia­da dru­gie dno.

— Ta­jem­ni­ce — wes­tchnę­ła Emi­ly. — Za­wsze musi być ja­kieś ale…

Geo­r­ge za­milkł na chwi­lę i za­raz do­dał z bły­skiem w oku, spo­glą­da­jąc na do­wód­cę: — Mam jesz­cze coś, na co z pew­no­ścią cze­ka­cie. Mó­wią, że co na­gle to po dia­ble! Jed­nak ze wzglę­du na nie­ty­po­we oko­licz­no­ści, a ja­kie, to sami wi­dzi­cie, po­sta­no­wi­li­śmy przy­spie­szyć pro­ce­du­ry i już te­raz — za­wie­sił te­atral­nie głos — po­łą­czyć was w pary. Za­raz wy­świe­tli się upra­gnio­na li­sta — wska­zał na ekran. — To was uchro­ni przed de­pre­sją. Niech pięk­ne po­zna­ją swe be­stie, a be­stie — swe pięk­ne!

Było to miłe za­sko­cze­nie. Od­po­wie­dzie­li­śmy ostroż­ny­mi okla­ska­mi, jak­by nie wie­rząc, że to się za­raz sta­nie. Kie­dy usta­ły, za­brał głos Adam Cox. Zlu­stro­wał wszyst­kich z uwa­gą i bez­na­mięt­nie do­rzu­cił:

— Pra­gnę przy­po­mnieć, że ogło­sze­nie wy­ni­ków jest rów­no­znacz­ne z urzę­do­wym za­war­ciem mał­żeń­stwa. Nie je­ste­śmy na Zie­mi, ale w da­le­kich prze­strze­niach ga­lak­ty­ki, dla­te­go nie prze­wi­du­je­my żad­nych tra­dy­cyj­nych ce­re­mo­nii i uro­czy­stych ob­rzę­dów, zło­tych ob­rą­czek i szam­pa­na. Nie bę­dzie­my się w to ba­wić i do łez wzru­szać krew­nych, bo ich tu nie ma. Trzy­ma­my się roz­wią­zań, któ­rych wy­ma­ga dys­cy­pli­na po­kła­do­wa.

Usły­sze­li­śmy pierw­sze tak­ty hym­nu Unii So­lar­nej. Po­tem wszyst­ko po­szło szyb­ko i gład­ko. Wy­świe­tli­ły się imio­na i na­zwi­ska osób sko­ja­rzo­nych przez kom­pu­ter. Nie mo­gli­śmy ode­rwać od nich oczu. Przez chwi­lę cha­otycz­nie tań­czy­ły po ekra­nie, jak­by wy­ni­ki były nie do koń­ca pew­ne, a po­tem znie­ru­cho­mia­ły na wy­zna­czo­nych im miej­scach, wią­żąc się w pary.

Onie­mia­łem z wra­że­nia i za­bi­ło mi moc­niej ser­ce, gdy po­ją­łem, kto mi przy­padł w udzia­le w tej nie­zwy­kłej ma­try­mo­nial­nej lo­te­rii. Klam­ka za­pa­dła. „Ja­sny gwint, Har­ry Mil­ler i Ro­se­ma­ry Haw­kins!” — wy­szep­ta­łem w my­ślach. — „Nie­moż­li­we! Ja i ona?” Nie mie­ści­ło mi się to w gło­wie. Nie za­słu­gi­wa­łem na tę roz­kosz­ną Afro­ame­ry­kan­kę.

Moje ci­che na­dzie­je, że tra­fi mi się skrom­niut­ka Lau­ra Tur­ner, speł­zły na ni­czym. Prze­gra­ły w kon­fron­ta­cji z nie­omyl­ny­mi pro­gra­ma­mi mó­zgu elek­tro­no­we­go. Od­nio­słem wra­że­nie, że kom­pu­ter szep­ce mi za­chę­ca­ją­co do ucha: „Przy­ja­cie­lu, po­siądź się wy­żej!” Stał się na­gle kurą zno­szą­cą zło­te jaja. Ku memu za­sko­cze­niu mnie wy­róż­nił. Tyl­ko za co?

Na prze­ślicz­ną Ro­se­ma­ry pra­wie wszy­scy moi ko­le­dzy mie­li ocho­tę, choć nie­ko­niecz­nie mu­sie­li się do tego przy­zna­wać. Zda­niem wie­lu była naj­lep­szą par­tią na po­kła­dach. Omi­ja­łem ją sze­ro­kim łu­kiem, świa­do­my tego, że na pew­no jej nie do­sta­nę i wy­da­wa­ło mi się, że mój pe­sy­mizm jest uza­sad­nio­ny. Za wy­so­kie pro­gi na moje nogi. Oka­za­ło się ina­czej, co wstrzą­snę­ło mną do głę­bi.

Wy­ni­ki przy­ję­to ży­wio­ło­wy­mi okla­ska­mi. Pa­no­wał gwar i emo­cje się­ga­ły ze­ni­tu. Do ta­kie­go wy­bu­chu en­tu­zja­zmu ni­g­dy wcze­śniej nie do­szło na po­kła­dach De­mo­ste­ne­sa. Pod­nie­co­ne trium­fem ko­bie­ty za­ra­ża­ły swą ra­do­ścią. Za­czę­li­śmy po­wo­li pod­no­sić się z miejsc, więc moja wy­bran­ka zni­kła mi na mo­ment z oczu. Ro­zej­rza­łem się za nią z nie­po­ko­jem, oba­wia­jąc się, że gdzieś prze­pad­nie. Jed­nak nie za­mie­rza­ła uciec. Przy­fru­nę­ła do mnie jak na skrzy­dłach i ze szczę­ściem na twa­rzy po­ło­ży­ła mi dłoń na ra­mie­niu. Była cała w skow­ron­kach.

— Hej! — rzu­ci­ła przy­jaź­nie. — Tu je­steś, Har­ry?! To cu­dow­nie! My­ślę, że też się cie­szysz. Bo jak tak. Ten kom­pu­ter chy­ba czy­ta w na­szych my­ślach.

Nie spo­dzie­wa­łem się tak ży­wio­ło­wej re­ak­cji i zdę­bia­łem z wra­że­nia. Z jej ro­ze­śmia­nych oczu wy­czy­ta­łem, że go­dzi się z za­ska­ku­ją­cym wer­dyk­tem mó­zgu elek­tro­no­we­go. Bez­a­pe­la­cyj­nie tra­fił w jej ocze­ki­wa­nia. Pa­so­wa­łem jej jak ulał i bez cie­nia wsty­du pcha­ła mi się do rąk. Spo­glą­da­ła na mnie z ża­rem, jak­by za­po­mi­na­jąc, że ko­bie­ta nie po­win­na do koń­ca od­sła­niać swo­ich uczuć i wy­kła­dać wszyst­kich kart na stół.

Z nie­do­wie­rza­niem ują­łem jej de­li­kat­ną dłoń. Ni­g­dy do­tąd nie sta­ła przy mnie tak bli­sko. Owiał mnie pod­nie­ca­ją­cy za­pach dam­skich per­fum. Jej ciem­na skó­ra, krę­cą­ce się wło­sy i czar­ne jak wę­giel oczy nio­sły z sobą po­smak eg­zo­ty­ki, a każ­da cząst­ka jej cia­ła ema­no­wa­ła sek­sa­pi­lem. Nie mia­łem po­ję­cia, że by­łem obiek­tem ci­chych wes­tchnień bo­skiej Ro­se­ma­ry i do­pie­ro jej en­tu­zjazm i szcze­rość otwo­rzy­ły mi oczy. Jed­nak nie po­tra­fi­łem od­po­wie­dzieć jej z rów­nym en­tu­zja­zmem. Kom­pu­ter wy­trą­cił mnie z rów­no­wa­gi i spra­wił, że na mo­ment zgłu­pia­łem do resz­ty. Czy ten po­kła­do­wy ja­sno­widz się nie po­my­lił?

— Ja­sne, cie­szę się — ostroż­nie po­twier­dzi­łem, wciąż nie mo­gąc ukryć oszo­ło­mie­nia.

Chy­ba do­strze­gła, że się wa­ham.

— Har­ry, kla­wo, by­łam pew­na, że będę ci od­po­wia­dać — rzu­ci­ła z unie­sie­niem. Za­lot­nie zaj­rza­ła mi w oczy. — Wszyst­kim się po­do­bam — bez­a­pe­la­cyj­nie roz­strzy­gnę­ła. — I nie mów, że nic do mnie nie czu­jesz. Oglą­da­łeś się za mną, prze­cież to wi­dzia­łam, ko­bie­ty nie oszu­kasz.

Wy­da­wa­ło mi się, że tro­chę prze­sa­dza w oce­nie mych uczuć. Gó­ro­wa­łem nad nią wie­kiem i zwy­kle by­łem spo­koj­ny i opa­no­wa­ny. Dzie­li­ło nas ja­kieś pięt­na­ście lat. Ob­ją­łem jej wą­ską ki­bić, go­niąc wzro­kiem za Lau­rą. Nie chcia­ło mi się wie­rzyć. Do­sta­ła się Geo­r­ge’owi Wil­so­no­wi. Jed­nak w ta­kiej chwi­li nie po­win­no było mnie to ob­cho­dzić. Już się nie li­czy­ło.

Nie mo­głem pod­wa­żać de­cy­zji kom­pu­te­ra. Przy­cią­gną­łem zmy­sło­wą Ro­se­ma­ry do sie­bie i z odro­bi­ną oba­wy zło­ży­łem na jej ustach de­li­kat­ny po­ca­łu­nek. O dzi­wo, od­wza­jem­ni­ła go czu­le, jak­by­śmy cho­dzi­li ze sobą od daw­na, byli za­rę­cze­ni i otu­le­ni bla­skiem księ­ży­ca pie­ści­li się na nie­jed­nej rand­ce. Po­tem przy­lgnę­ła do mnie ca­łym cia­łem. Po­czu­łem na so­bie jej kształt­ne pier­si i ogar­nę­ło mnie roz­kosz­ne pod­nie­ce­nie. Ser­ce mi osza­la­ło. Stop­nio­wo do mnie do­cie­ra­ło, że to wszyst­ko dzie­je się na­praw­dę. Ręce mi drża­ły. Mo­głem pchać się z łap­ska­mi na jej pole kar­ne i nic mi za to nie gro­zi­ło. Nikt mi nie mógł tego za­bro­nić.

Jej tem­pe­ra­ment wziął górę i za­czę­li­śmy się na­mięt­nie ca­ło­wać. Wpi­ła się w moje usta i za­bra­kło mi na mo­ment po­wie­trza.

— Co ro­bi­my, mi­lut­ka? — w chwi­li prze­rwy szep­ną­łem jej do ucha, ule­ga­jąc na­stro­jo­wi chwi­li. Nie był­bym męż­czy­zną, gdy­bym jej nie uległ. Zaj­rza­łem w jej czar­ne oczy. — Bę­dzie­my cze­kać do póź­ne­go wie­czo­ra? Na noc po­ślub­ną?

— Nie mu­si­my — od­szep­nę­ła. Ener­gicz­nie mną się za­ję­ła, przej­mu­jąc ini­cja­ty­wę. Ści­snę­ła mi pal­ce. — Mo­że­my od razu pójść do mnie, Ca­sa­no­vo — za­pro­po­no­wa­ła bez wa­ha­nia, go­to­wa w łóż­ku po­twier­dzić to, co wy­czy­ta­łem z jej twa­rzy. — Za­sza­le­je­my! A po­tem wró­ci­my na ko­la­cję.

Z en­tu­zja­zmem po­cią­gnę­ła mnie za sobą. Cze­ka­ły mnie upoj­ne chwi­le z po­kła­do­wą gwiaz­dą. Pra­gnę­ła, by­śmy czym prę­dzej po­szli na ca­łe­go i przy­pie­czę­to­wa­li wy­bór kom­pu­te­ra. Trzy­ma­jąc się za ręce jak para za­ko­cha­nych na­sto­lat­ków, po an­giel­sku wy­mknę­li­śmy się z sali kon­fe­ren­cyj­nej. Inni za­cho­wy­wa­li się po­dob­nie jak my.

Uszczę­śli­wio­na Ro­se­ma­ry zdą­ży­ła jesz­cze rzu­cić do Emi­ly, z któ­rą dzie­li­ła dam­ską ka­bi­nę:

— Zaj­mu­je­my cha­tę!

Me­dycz­ka przy­zwa­la­ją­co ski­nę­ła gło­wą, do­my­śla­jąc się, o co jej cho­dzi. Też wy­gra­ła na lo­te­rii. Dum­nie sta­ła przy Ada­mie, do­wód­cy na­szej wy­pra­wy. I z pew­no­ścią nie było siły, któ­ra po­tra­fi­ła­by ją od nie­go ode­rwać.