Wydawca: Edward Guziakiewicz Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
20,00 12,00
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 342 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 9 godz. 43 min Lektor: Roch Siemianowski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 9 godz. 43 min Lektor: Roch Siemianowski

Opis ebooka Hurysy z katalogu - Edward Guziakiewicz

 

Edward Guziakiewicz, Hurysy z katalogu

Jest to wydana drukiem przed kilkoma laty powieść science fiction pióra Edwarda Guziakiewicza. Autor rozpoczął pracę nad książką w 2007 r., a ukończył ją w 2010 r. Sięgający po nią zetknie się ze skolonizowanym Układem Słonecznym, zaawansowaną kosmiczną technologią i uroczymi, obdarzonymi seksapilem androidami klasy zerowej w akcji.

Powieść jest kontynuacją  mikropowieści „Afrodyta”, opublikowanej w 2002 r. na łamach Magazynu „Esensja”.

Akcja toczy się pod koniec trzeciego tysiąclecia. To daleka przyszłość. Podróże międzyplanetarne stały się chlebem powszednim, a rasa ludzka poradziła sobie z kolonizacją Układu Słonecznego. Główny bohater, Raoul Dupont, po latach służby w Siłach Kosmicznych Układu osiada na Dianie, planecie utworzonej z Pasma Planetoid między Marsem a Jowiszem. Tam wiedzie spokojne, beztroskie życie, pławiąc się w luksusach, o których wcześniej mógł tylko marzyć. Jednym z jego kosztownych kaprysów jest przepiękna Afrodyta, klonoandroid nabyty w firmie Body Perfect. Zaprogramowana na seks i oddanie cudowna dziewczyna dostarcza mu rozkoszy, których wcześniej los mu poskąpił. Bohater powieści stał się człowiekiem majętnym, bo służąc w armii przypadkiem odkrył cenne złoża retelitu, tworzywa o zagadkowym pochodzeniu pozaukładowym, mogącego służyć — m.in. — do wyrobu eliksiru młodości. Jednak wskutek tego stał się wrogiem numer jeden tajemniczego starca Grooma, psychopaty, który za wszelką cenę starał się odmłodzić i przejąć władzę nad peryferiami Układu Słonecznego. Groom ostrzył sobie pazury na te złoża. Czy klonowane kochanki i wojowniczki, anielska Afrodyta i ognista Iryda, druga nabyta piękność, uratują go przed dyktatorem z Ganimedesa? Czy cała trójka wyjdzie cało z zastawianych na nią zasadzek? Na kartach powieści obie madonny dobrze radzą sobie w bezpośrednich starciach i potrafią rozprawić się z podłymi zbirami, nawet jeśli ci przewyższają je liczebnie i są lepiej uzbrojeni.

 

Opinie o ebooku Hurysy z katalogu - Edward Guziakiewicz

Fragment ebooka Hurysy z katalogu - Edward Guziakiewicz

Edward Guziakiewicz Hurysy z katalogu

Fragment powieści

Rozdział dziesiąty

Błę­kit był przej­rzy­sty, przy­jem­nie do­grze­wa­ło, a na­kar­mio­ne owi­rap­to­ry przy­ci­chły, nie rwąc się do fi­glów, więc ospa­ły Ra­oul mógł z ulgą wy­cią­gnąć się na ulu­bio­nym pneu­be­dzie i z roz­ko­szą wy­sta­wić twarz do słoń­ca. Im­pul­syw­nej Iry­dzie dał wol­ną rękę, więc w te pędy wy­fru­nę­ła do mia­sta. Na­tych­miast się ulot­ni­ła. Uwiel­bia­ła sza­leć świe­żo na­by­tą am­fi­bią, drga­ją­ce mło­dzień­cze skrzy­dła zry­wa­ły się do wy­so­kie­go lotu, ale jej ika­ro­we wy­pa­dy nie trwa­ły dłu­go i szyb­ko wra­ca­ła do wil­li. Je­że­li nie wi­dzia­ła go kil­ka go­dzin, za­czy­na­ła usy­chać z tę­sk­no­ty.

Jego my­śli le­ni­wie błą­dzi­ły wo­kół spraw, któ­re go ostat­nio nur­to­wa­ły, mi­mo­wol­nie ob­ra­ca­jąc się w nie­ja­sne i mgli­ste hi­po­te­zy, roz­pa­da­ją­ce się jed­nak pod byle po­dmu­chem jak wą­tły do­mek z kart. Du­mał nad na­gra­nia­mi z Ga­ni­me­de­sa. Po­sia­dłość He­in­broc­ków była mo­nu­men­tal­na. Sta­rusz­ko­wie miesz­ka­li iście po kró­lew­sku w sty­li­zo­wa­nym na za­mierz­chłe cza­sy pa­ła­cy­ku, wzo­ro­wa­nym na naj­lep­szych an­giel­skich po­sia­dło­ściach. Jak nie­gdyś ksią­żę­ta i lor­do­wie mie­li moc służ­by, a ścia­ny licz­nych sa­lo­nów, ga­bi­ne­tów i ko­ry­ta­rzy zdo­bi­ły ga­le­rie dzieł mi­strzów. Z tyłu za za­bu­do­wa­nia­mi zna­czy­ły się po­kry­te świe­żą zie­le­nią wznie­sie­nia. Pod ich re­zy­den­cją mie­ści­ły się roz­le­głe piw­ni­ce. Ich „gniaz­decz­ko” ro­bi­ło pio­ru­nu­ją­ce wra­że­nie póź­nym wie­czo­rem, kie­dy we wszyst­kich oknach pa­li­ły się świa­tła, a na nie­bie wid­niał ogrom­ny Jo­wisz. Szcze­rze mó­wiąc, ani jemu, ani Afro­dy­cie nie wpa­dło w oczy nic ta­kie­go, co mo­gło­by spę­dzać sen z po­wiek. Co miał z tym fan­tem zro­bić? Czy po­wi­nien był się im na­rzu­cać, nad­gor­li­wie za­bie­gać o ich wzglę­dy i wi­sieć u ich klam­ki jak ubo­gi krew­ny z pro­win­cji?

Prze­niósł uwa­gę na stry­jen­kę Annę i zgrzyt­nął zę­ba­mi. Da­wa­ła mu się we zna­ki. Ta nie­ustę­pli­wa sta­rusz­ka opu­ści­ła już Pla­ne­tę Mat­kę. Skru­pu­lat­nie spraw­dził wszyst­kie do­stęp­ne po­łą­cze­nia mię­dzy Zie­mią a Ukła­dem Jo­wi­sza i ze zgro­zą wy­wnio­sko­wał, że mu­sia­ła za­brać się „Ola­fem”, z któ­re­go po­kła­da­mi sam się już otrza­skał. Po­twier­dzi­ła to wia­do­mość, jaką otrzy­mał z tną­ce­go bez­kre­sne próż­nie go­lia­ta. Ogar­nę­ła go me­lan­cho­lia. Czy przy­pad­kiem ta prze­mi­ła sta­rusz­ka czy nie pa­ko­wa­ła się w pu­łap­kę? Czy nie gro­zi­ło jej, że znaj­dzie się na rów­ni po­chy­łej? Głów­ko­wał nad tym, czy w przy­szło­ści sam nie bę­dzie po­peł­niać po­dob­nych błę­dów. I czy jego ry­beń­ki za to nie za­pła­cą. Gdy­by spo­tkał go los Hio­ba, gdy­by na do­bre za­nie­mógł, roz­cho­ro­wał się i nie był już zdol­ny do ni­cze­go lub gdy­by miał za­snąć na wie­ki wcze­śniej niż one, co by się z nimi sta­ło? Póki co po­zo­sta­wał pod ich uro­kiem i im ule­gał. Sta­rał się za­pew­nić im kom­fort i szczę­ście. Czy miał dość sił, by udźwi­gnąć ży­cie do sa­me­go koń­ca i nie ugiąć się pod jego cię­ża­rem? Uża­lał się w my­ślach nad sobą. Jed­ni ro­dzi­li się ze srebr­ną łyż­ką w ustach i osią­ga­li wszyst­ko bez wy­sił­ku, inni mie­li za­wsze pod gór­kę.

Roz­le­ni­wio­ny i sen­ny, no­sił się z płon­ną na­dzie­ją, że nikt mu nie bę­dzie wcho­dzić w pa­ra­dę i że utnie so­bie słod­ką drzem­kę. Niech żyje cy­wi­li­za­cja próż­nia­cza! Nie mógł prze­wi­dzieć tego, że już za mo­ment jak opę­ta­ny sko­czy na rów­ne nogi, bo nie­ocze­ki­wa­nie zaj­rzy śmier­ci w oczy. Nie­uchwyt­ne nie­bez­pie­czeń­stwo za­wi­sło nad jego gło­wą, a mi­tycz­ne Moj­ry, bo­gi­nie prze­zna­cze­nia i losu, po­chy­li­ły się nad jego ni­cią ży­cia.

In­stynk­tow­nie za­re­ago­wa­ły owi­rap­to­ry. Były szyb­sze niż ko­man­dor. Po­de­rwa­ły się, ostrze­gaw­czo krak­nę­ły i w pa­ni­ce dały dyla, zmy­ka­jąc w pod­sko­kach w stro­nę za­chod­nie­go skrzy­dła. Ciar­ki prze­szły mu po ple­cach. Za­nie­po­ko­jo­ny uniósł gło­wę, ze zdu­mie­niem oglą­da­jąc się za nimi, by na­stęp­nie ba­daw­czo zlu­stro­wać fron­ton. Przed wil­lą coś się dzia­ło. To nie było uję­cie z pla­nu fil­mo­we­go. Nad ubar­wio­ną czer­wie­nią da­chów­ki fa­sa­dą re­zy­den­cji prze­fru­nął bez za­po­wie­dzi po­zba­wio­ny rów­no­wa­gi, roz­pę­dzo­ny mo­bil. Nim Ra­oul zdą­żył się zo­rien­to­wać, co się dzie­je, po­jazd śmi­gnął mu nad gło­wą i za­nur­ko­wał, ude­rza­jąc z głu­chym trza­skiem w prze­ciw­le­głą ścia­nę wil­li. Uła­mek se­kun­dy wcze­śniej od fo­te­la kie­row­cy ode­rwa­ła się ludz­ka po­stać, wy­ko­nu­ją­ca zwa­rio­wa­ne pi­ru­ety w po­wie­trzu. Rzu­ci­ło ją szczę­śli­wie w stro­nę ba­se­nu i ude­rzy­ła ca­łym cia­łem w ta­flę wody. W górę strze­li­ła kro­pli­sta fon­tan­na.

Ze­rwał się jak opa­rzo­ny. Po­wo­li do­cie­ra­ło do nie­go, cze­go był świad­kiem. Nie mógł się my­lić, na jego oczach roz­trza­ska­ła się am­fi­bia z Iry­dą. Jego słod­ka kot­ka ska­so­wa­ła mu ga­blo­tę. Czy to jed­nak była ona? Po­chy­lił się nad ta­flą wody, roz­pacz­li­wie wpa­tru­jąc się w toń. Strach do­dał mu skrzy­deł. Bez­rad­na pły­wacz­ka wy­nu­rzy­ła się na po­wierzch­nię.

— Rany bo­skie, nic ci nie jest? — za­wo­łał prze­ra­żo­ny.

Nie od­po­wie­dzia­ła. Po­wo­li pod­pły­nę­ła w jego stro­nę, ze­zu­jąc ku roz­bi­tej ma­szy­nie i w stro­nę fron­to­nu. Po­dał jej dłoń, po­ma­ga­jąc wy­do­stać się na brzeg. Sta­rał się za­cho­wać zim­ną krew. Była cała, na­wet jej ob­ci­sły spor­to­wy kom­bi­ne­zon nie do­znał szwan­ku. Nie doj­rzał na nim śla­dów znisz­cze­nia.

— Co się sta­ło? Mów­że wresz­cie!

Zbie­la­łe war­gi uło­ży­ły się do od­po­wie­dzi, ale hu­ry­sa nie była w sta­nie wy­du­sić z sie­bie sło­wa. Bez­gło­śnie coś wy­rze­kła. Z wło­sów struż­ka­mi spły­wa­ła jej woda. Ra­mio­na mia­ła przy­gar­bio­ne i cięż­ko dy­sza­ła.

— Nie wiem — wy­krztu­si­ła po chwi­li. Mó­wi­ła po­wo­li i z tru­dem ła­pa­ła po­wie­trze. — Za­wiódł… sys­tem… ste­row­ni­czy i nie mo­głam…

Wy­glą­da­ło na to, że nic się jej nie sta­ło, ta­kie wa­riat­ki mia­ły nie­wia­ry­god­ne szczę­ście, twar­de sztu­ki, więc od­wró­cił się, by zo­ba­czyć, co zo­sta­ło z po­jaz­du, z któ­re­go był tak dum­ny. Ude­rze­nie zgnio­tło go i znisz­czy­ło ko­lum­na­dę. Owi­rap­to­ry od­waż­nie za­wró­ci­ły, nie umknę­ły da­le­ko, i z wła­ści­wym so­bie za­cie­ka­wie­niem, ale i zwie­rzę­cą ostroż­no­ścią za­czę­ły ob­wą­chi­wać le­żą­ce szcząt­ki. Ni­kły pło­mień za­wi­ro­wał przy ster­cie zło­mu i za­raz zgasł, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie bla­dą smu­gę w po­wie­trzu.

Afro­dy­ta pra­wie na­tych­miast wy­bie­gła z sa­lo­nu, a wi­dząc, co się sta­ło, bez­zwłocz­nie we­zwa­ła po­moc z mia­sta.

Jego lot­na bry­ka do­go­ry­wa­ła. Huk­nę­ło we wra­ku i do góry wy­strze­lił ode­rwa­ny mo­duł.

— Ależ się po­pi­sa­łaś! — nie wy­trzy­mał, pro­wa­dząc pod ra­mię nie­uda­ne­go ka­ska­de­ra. Miał dość fa­jer­wer­ków. Kro­czy­ła ostroż­nie i lek­ko ku­la­ła. — Kto by się spo­dzie­wał? O mały włos, a by­ło­by po mnie…

Za­chwia­ła się i mu­siał ją pod­trzy­mać. Nie dała za wy­gra­ną.

— To nie moja wina — czu­ła się upo­ko­rzo­na i z upo­rem ma­nia­ka trwa­ła przy swo­im. — To układ… na­wi­ga­cyj­ny… — ar­gu­men­to­wa­ła, zwa­la­jąc na ma­szy­nę. — Prze­sta­ły dzia­łać… ha­mul­ce. — A wi­dząc, że jej nie wie­rzy, dała upust łzom. Ko­la­na się pod nią ugię­ły i usia­dła na tra­wie, cała w spa­zmach. Czy tak po­wi­nien był za­cho­wy­wać się wy­so­kiej kla­sy an­dro­id?

W kil­ka mi­nut póź­niej za­czę­ło się pie­kło i miał praw­dzi­we urwa­nie gło­wy. Za­nur­ko­wał am­bu­lans, a za­raz za nim po­ja­wił się śli­zgacz po­li­cyj­ny. Po­tem przy­le­cia­ła eki­pa śled­cza, by za­jąć się szcząt­ka­mi po­jaz­du i przyj­rzeć miej­scu ka­ta­stro­fy.

Wie­czo­rem już wie­dział, że to nie był wy­pa­dek. Ktoś grze­bał w jego wo­zie. Te­le­fon z po­li­cji roz­wiał jego wąt­pli­wo­ści, zwią­za­ne z Bogu du­cha win­ną Iry­dą. Chcia­no ją prze­słu­chać i do­wie­dzieć się, gdzie i kie­dy w ostat­nich dniach po­zo­sta­wia­ła ma­szy­nę. Par­ko­wa­ła prze­cież w róż­nych miej­scach. Szu­ka­no klu­cza do tej za­gad­ki. Tej kla­sy sprzęt był zwy­kle spraw­ny i nie ule­gał awa­riom. Nie mógł wy­paść z tra­sy. Per­fek­cyj­ne za­bez­pie­cze­nia nie po­zwa­la­ły na wtar­gnię­cie na te­ren za­miesz­ka­łej po­sia­dło­ści. Pro­du­cent dbał o re­no­mę i za­le­ża­ło mu na tym, by ta­kie rze­czy się nie zda­rza­ły.

Roz­grze­szo­na Iry­da uro­sła w oczach.

— Se­rio? Tak po­wie­dzie­li? — ucie­szy­ła się, kie­dy ode­sła­no ją z Body Per­fect. Za­raz po wy­pad­ku skwa­pli­wie za­bra­no ją tam na ba­da­nia, przy­był po nią służ­bo­wy mo­bil, ale szyb­ko stwier­dzo­no, że nie ma się do cze­go przy­cze­pić. — Wiesz, że nie mo­gła­bym ci zro­bić krzyw­dy — nie­co wsty­dli­wie wy­zna­ła.

Ob­jął ją i czu­le przy­tu­lił do sie­bie.

— Już do­brze, ko­cha­nie! Je­steś w po­rząd­ku.

Po­ło­ży­ła gło­wę na jego pier­si.

— Prze­stra­szy­łam się, że prze­sta­łeś mi ufać. Dla­te­go pła­ka­łam — ci­chut­ko mu zdra­dzi­ła. — To było gor­sze niż śmierć!

Jesz­cze moc­niej przy­gar­nął ją do ser­ca. Za­czy­nał ją ro­zu­mieć. Żyła w ci­chej udrę­ce, świa­do­ma tego, że nie ko­cha jej tak bar­dzo jak Afro­dy­ty. Dry­fo­wa­ła wo­kół nie­go, nie znaj­du­jąc peł­nej ak­cep­ta­cji. I pew­nie dla­te­go tak nią rzu­ca­ło. Czy nie du­mał skry­cie nad tym, żeby jej się po­zbyć? Zwłasz­cza w pierw­szych dniach jej po­sia­da­nia? Czy nie za­mie­rzał jej od­trą­cić? Trud­no, by tego po ko­bie­ce­mu nie wy­czu­wa­ła. A prze­cież ko­cha­ła go bez­gra­nicz­nie i śle­po. Ina­czej nie umia­ła, gdyż tak ją za­pro­gra­mo­wa­no w la­bo­ra­to­riach fir­my Body Per­fect.

Nie mógł jej wiecz­nie trzy­mać w ob­ję­ciach, a nie za­mie­rzał się roz­czu­lać i wy­le­wać łez, więc po­gła­skał ją jesz­cze po po­licz­ku i za­jął się tym, co miał na gło­wie. Mię­dzy in­ny­mi po raz ko­lej­ny prze­szedł się na skraj atrium, z obrzy­dze­niem lu­stru­jąc znisz­cze­nia. Eki­pa re­mon­to­wa mia­ła się po­ja­wić na­stęp­ne­go dnia. Była to oka­zja, by za­sta­no­wić się nad tym, czy tego i owe­go nie zmie­nić z tej stro­ny dzie­dziń­ca.

Paul spo­glą­dał na pro­fe­so­ra sze­ro­ko otwar­ty­mi oczy­ma. Wy­glą­dał jak oszu­ka­ne dziec­ko, któ­re wresz­cie od­kry­ło, że do­ro­słym nie moż­na ufać.

— Na­praw­dę? — nie chcia­ło mu się wie­rzyć. — Dla­cze­go nikt mi nic nie po­wie­dział? Ja­kim cu­dem mnie prze­oczo­no?

Pro­fe­sor za­baw­nie się wy­krzy­wił, lu­stru­jąc go z odro­bi­ną dez­apro­ba­ty.

— Nie było cię do­brych kil­ka ty­go­dni, więc się nad tym nie za­sta­na­wia­łem — od­kaszl­nął w zwi­nię­tą pięść. — A poza tym przy­pusz­cza­łem, że sko­ro tam sie­dzisz, to trzy­masz rękę na pul­sie i masz oko na wszyst­ko.

— No, nie — chło­pak prych­nął. — Wy­sze­dłem na głup­ka. Nasi agen­ci z No­we­go Jor­ku nie na­le­że­li do roz­mow­nych. Skąd mo­głem wie­dzieć? Więc mówi pan, że jak było?.. — Usi­ło­wał to so­bie w gło­wie upo­rząd­ko­wać.

— Tak, jak rze­kłem. Afro­dy­ta obez­wład­ni­ła w Ka­na­dzie kil­ku zbi­rów, któ­rzy usi­ło­wa­li Ra­oulo­wi Du­pon­to­wi do­brać się do skó­ry. Przy­pu­ści­li noc­ny atak. Było ich sze­ściu czy sied­miu, nie pa­mię­tam. Po­ra­dzi­ła so­bie z nimi bez tru­du i prze­ka­za­ła ich w ręce po­li­cji.

Paul du­mał z wy­so­ko unie­sio­ny­mi brwia­mi.

— Wiem tyl­ko o jed­nym po­kręt­nym typ­ku — tym z po­kła­dów „Ola­fa”. Ale to był przy­pa­dek… — wy­du­kał. A po­tem zwró­cił się do sta­re­go: — Mówi pan za­tem, że do­szło do za­ma­chów na jego ży­cie? Tak jak z tym au­to­lo­tem? To aku­rat je­stem w sta­nie zro­zu­mieć, prze­cież nasz an­dro­id nie roz­wa­lił­by, ot tak so­bie, po­wietrz­nej tak­sów­ki. Mu­siał ktoś przy niej po­kąt­nie maj­stro­wać.

Jego roz­mów­ca przy­tak­nął.

— Zdra­dzam ci ta­kie rze­czy, bo nie chcę, że­byś nie­po­trzeb­nie ry­zy­ko­wał. Gdzie drwa rą­bią, tam wió­ry lecą. Ko­man­dor praw­do­po­dob­nie wy­bie­rze się do Ukła­du Jo­wi­sza ze swy­mi anioł­ka­mi. Gdy­by w na­szej fir­mie ci za­pro­po­no­wa­li, że­byś jako tech­nik z nimi po­le­ciał, nie mu­sisz się go­dzić. Nic ci za to nie gro­zi. Nie pchaj pal­ca mię­dzy drzwi! To­czy się ostra gra. To nie są żar­ty, mo­żesz stam­tąd nie wró­cić.

Chło­pak z uwa­gą wpa­try­wał się w prze­ło­żo­ne­go. Wy­da­wa­ło się, że usi­łu­je prze­wier­cić go wzro­kiem.

— Tak pan mówi? — pod­dał się wresz­cie. Ni­cze­go wię­cej nie mógł z nie­go wy­do­być.

— Wła­śnie tak — sta­ry zde­cy­do­wa­nie po­twier­dził. Wziął do ręki ja­kieś pa­pie­ry, da­jąc mu do zro­zu­mie­nia, że po­wie­dział wszyst­ko, co mógł.

Spraw­nie ru­szo­no z re­mon­tem nad­wą­tlo­nej czę­ści pięk­nej re­zy­den­cji. Roz­cią­gnię­ta na kil­ka­na­ście me­trów po­ma­rań­czo­wa pian­ko­wa otu­li­na po­kry­wa­ła zie­lo­ną mu­ra­wę, two­rząc ro­bo­czy pro­sto­kąt. O traw­nik się nie mar­twił, do­brze uko­rze­nio­ny, o rów­nej gę­stej dar­ni i nie­wy­ma­ga­ją­cy ko­sze­nia, był od­por­ny na uszko­dze­nia i wgnie­ce­nia. W rogu stał agre­gat, wy­peł­nio­ny pół­płyn­ną masą bu­dow­la­ną. Po­wietrz­ny trans­por­to­wiec, któ­rym przy­tar­ga­no sprzęt, osiadł przed fron­to­nem na przy­do­mo­wym par­kin­gu. Dwa an­dro­idy kla­sy trze­ciej nad­zo­ro­wa­ły pra­cę kil­ku lśnią­cych w słoń­cu urzą­dzeń, od­twa­rza­ją­cych pier­wot­ny wy­gląd ścia­ny. Na pierw­szy rzut oka cy­bor­gi wy­glą­da­ły jak zwy­czaj­ni lu­dzie, zwłasz­cza je­śli fi­lo­wa­ło się na nie z tyłu. W rze­czy­wi­sto­ści były człe­ko­kształt­ny­mi mon­stra­mi, nie­bez­piecz­ny­mi, kie­dy się po­psu­ły.

Brrr, ta pod­świa­do­mość! We wcze­snym dzie­ciń­stwie stra­szo­no go hi­sto­ria­mi o wy­ry­wa­ją­cych się spod kon­tro­li ro­bo­tach — opo­wie­ścia­mi, bę­dą­cy­mi re­lik­tem za­mierz­chłej epo­ki, w któ­rej ma­szy­ny były dużo bar­dziej za­wod­ne. Tym tu­taj szło nad wy­raz gład­ko i zdu­mie­wa­ła go pre­cy­zja ich ru­chów. Ko­ron­ko­wa ro­bo­ta! Wtry­skar­ki na ru­cho­mych prze­gu­bach z nie­wia­ry­god­ną do­kład­no­ścią wy­peł­nia­ły ce­men­to­wo-mar­mu­ro­we ubyt­ki, a ko­lum­ny ro­sły w górę jed­na za dru­gą, nie róż­niąc się od po­zo­sta­łych. Prze­wi­dy­wał, że do po­łu­dnia bę­dzie po wszyst­kim, co go cie­szy­ło, bo nie zno­sił, gdy obcy krę­ci­li się po jego po­sia­dło­ści.

— Tak trzy­mać! — mruk­nął z ulgą, za­cie­ra­jąc ręce.

Kor­ci­ło go, by przyj­rzeć się z bli­ska ich dzie­łu i nie­opatrz­nie wtar­gnął na bu­dow­la­ną wy­kła­dzi­nę. Ma­szy­ny mo­men­tal­nie prze­rwa­ły pra­cę, a niby-ro­bot­ni­cy in­stynk­tow­nie obej­rze­li się na nie­pro­szo­ne­go go­ścia. Ich nie­ru­cho­me pla­sti­ko­we twa­rze nie wy­ra­ża­ły żad­nych uczuć, choć oczy mie­li uważ­ne i czuj­ne.

— Chcia­łem tyl­ko po­pa­trzeć — jak sztu­bak się uspra­wie­dli­wił, a na jego twarz, nie wia­do­mo dla­cze­go, wy­pełzł ru­mie­niec wsty­du. Po­czuł się jak in­truz. Ni­g­dy do­tąd nie mu­siał spo­wia­dać się przed ta­ki­mi jak oni.

— Wzglę­dy bez­pie­czeń­stwa na to nie po­zwa­la­ją — głos an­dro­ida oka­zał się naj­zu­peł­niej ludz­ki. Po­ru­szał usta­mi, kie­dy mó­wił, po­zwa­la­jąc so­bie przy tym na ostroż­ną ge­sty­ku­la­cję, choć ręce miał jak ło­pa­ty.

— Cho­dzi mi o ten mo­tyw — Ra­oul usi­ło­wał do­wieść, że jego obec­ność jest nie­zbęd­na. Ostroż­nie pod­szedł bli­żej, sta­ra­jąc się ni­cze­go nie do­ty­kać i po­ka­zał pal­cem sym­bol na zdo­bio­nym ka­pi­te­lu. — Wy­da­je mi się, że był… eee… tro­chę wy­żej…

— Umie­ści­my go wy­żej — z nie­wol­ni­czą ule­gło­ścią przy­obie­cał czło­wiek z syn­te­ty­ku. Dru­gi się nie od­zy­wał.

Ukon­ten­to­wa­ny Ra­oul ze­szedł z otu­li­ny i pra­ca na­tych­miast ru­szy­ła da­lej. Jed­nak nie za­mie­rzał tchórz­li­wie zmy­kać i re­zy­gno­wać z roli wi­dza. W mil­cze­niu ki­bi­co­wał ich żmud­ne­mu za­ję­ciu. Po­go­da była prze­pięk­na i ża­ło­wał, że nie może w spo­ko­ju wy­cią­gnąć się na pneu­be­dzie.

Za­du­mał się nad cy­bor­ga­mi naj­now­szej ge­ne­ra­cji. W pla­ców­kach woj­sko­wych na da­le­kich obrze­żach Ukła­du Sło­necz­ne­go w la­tach jego mło­do­ści tyl­ko gdzie­nie­gdzie ta­kie się tra­fia­ły. Nie było wte­dy na nie mody i nie wy­wo­ły­wa­ły żyw­sze­go za­in­te­re­so­wa­nia. Człe­ko­kształt­ne ro­bo­ty pi­lo­to­wa­ły nie­któ­re kur­so­we ma­szy­ny, ale rzad­ko kie­dy z nimi się roz­ma­wia­ło. Bo niby o czym to ga­dać z ob­le­czo­ną w pla­stik kupą zło­mu? Kie­dy roz­po­czy­nał służ­bę w ar­mii, krzy­wio­no się na an­dro­idy pierw­szej i dru­giej kla­sy. Po kil­ku­dzie­się­ciu la­tach prze­rwy, sta­re mo­de­le daw­no po­szły do la­mu­sa, za­czę­to wszak­że lan­so­wać nowe typy. Kosz­to­wa­ły dużo, mało kogo było stać na bez­myśl­ne wy­rzu­ca­nie pie­nię­dzy, a moż­li­wo­ści ich efek­tyw­ne­go wy­ko­rzy­sta­nia wy­da­wa­ły się moc­no ogra­ni­czo­ne. Po­tem jed­nak sta­ły się bez­dy­sku­syj­nym cu­dem tech­ni­ki i w mig się upo­wszech­ni­ły, Za­la­no nimi ry­nek, za­mie­ni­ły się w pro­dukt ma­so­wy, po­ta­nia­ły i w re­zul­ta­cie trud­no było so­bie bez nich wy­obra­zić co­dzien­ne ży­cie. Eks­pe­dien­ci w mar­ke­tach, kie­row­cy po­wietrz­nych tak­só­wek, ka­sje­rzy w ban­kach, na­wet spi­ke­rzy w pro­gra­mach in­for­ma­cyj­nych — wszy­scy mie­li nad­mier­nie wy­gła­dzo­ne twa­rze, jak bo­ha­te­ro­wie bar­dzo daw­nych gier kom­pu­te­ro­wych. Co nie zna­czy, że ich buź­ki nie były na swój spo­sób sym­pa­tycz­ne i miłe, prze­cież się­ga­no po naj­bar­dziej po­nęt­ne wzor­ce. Mu­sia­ły przy­cią­gać uwa­gę, co li­czy­ło się w han­dlu. An­dro­idy płci żeń­skiej, głów­nie pierw­szej kla­sy, ude­rza­ły sek­sa­pi­lem i po­tra­fi­ły po­ru­szyć zmy­sły, zwłasz­cza je­śli były do­brze ubra­ne. Do­pie­ro kie­dy wra­cał z ru­bie­ży, od­krył ze zdu­mie­niem, że świet­nie zbu­do­wa­ne dłu­go­no­gie je­dyn­ki i dwój­ki ro­bią fu­ro­rę w agen­cjach to­wa­rzy­skich. „Seks z pla­sti­ko­wą lalą?” Po­noć nie­je­den skrzy­wio­ny fa­cet, a tych ni­g­dy nie bra­ko­wa­ło, wo­lał taką od praw­dzi­wej. Były mniej wy­ma­ga­ją­ce niż żywe, a rze­ko­mo da­wa­ły to samo, mi­lut­kie w do­ty­ku, mię­ciut­kie i cie­płe, o skó­rze przy­po­mi­na­ją­cej ludz­ką, su­per ste­ryl­ne, bez­ko­li­zyj­ne, za­wsze dys­po­zy­cyj­ne, go­to­we na każ­dy nu­mer, wy­po­sa­żo­ne na­wet w sub­tel­ną aurę psy­chicz­ną. Moż­na było z nimi aran­żo­wać, co tyl­ko się chcia­ło. Czy to jed­nak nie gro­zi­ło wy­na­tu­rze­niem? A gdzie sza­cu­nek dla praw na­tu­ry?

Drgnął, bo ktoś de­li­kat­nie do­tknął jego ra­mie­nia.

— Ach, to ty?

Sta­ła za nim Afro­dy­ta, jak zwy­kle w prze­cud­nych reszt­kach gar­de­ro­by. W czymś ta­kim jesz­cze jej nie oglą­dał.

— Te­le­fo­no­wa­li z po­li­cji, chcą, by sta­wi­ła się u nich Iry­da — jego gran­de amo­ureu­se ci­chut­ko do nie­go rze­kła, nie zwra­ca­jąc uwa­gi na eki­pę re­mon­to­wą. — Czy ma po­le­cieć? — zaj­rza­ła mu w oczy, py­ta­jąc o zgo­dę.

Przy­zwa­la­ją­co kiw­nął gło­wą, piesz­czo­tli­wie obej­mu­jąc ją wpół.

— Niech leci, nie ma sen­su z nimi za­dzie­rać! — bąk­nął. Cmok­nął ją w po­li­czek. Uzmy­sło­wił so­bie, że daw­niej nie był tak bez­po­śred­ni. Uśmiech­nął się pod no­sem, my­śląc o krzy­żo­wym ogniu py­tań, w któ­re wpad­nie jego na­ro­wi­sta ciem­no­wło­sa pięk­ność. Za­raz jed­nak spo­waż­niał. — Wiesz, co, skar­bie? Niech nie mówi im za dużo. Tyle tyl­ko, ile musi!

Afro­dy­ta ode­szła kro­kiem świa­do­mej swej uro­dy mo­del­ki, a on przez dłuż­szą chwi­lę pie­ścił wzro­kiem jej syl­wet­kę, dum­ny jak paw. Po­tem zer­k­nął w stro­nę od­na­wia­nej ścia­ny i omal nie pod­sko­czył z wra­że­nia. Ku jego naj­wyż­sze­mu zdu­mie­niu bu­dow­la­ne an­dro­idy były świad­ka­mi ich tkli­we­go tête-à-tête. Nie pra­co­wa­ły, tyl­ko ga­pi­ły się na sek­sow­ną blon­dyn­kę. Oczy omal nie wy­cho­dzi­ły im z or­bit. Coś tu nie pa­so­wa­ło, czy ma­szy­na mo­gła po­że­rać chci­wym wzro­kiem ko­bie­tę? Bez­dusz­ny au­to­mat, ro­bot, głu­piec!

— Co to? Do ro­bo­ty! — krzyk­nął jak krew­ki wła­ści­ciel plan­ta­cji ba­weł­ny na czar­nych nie­wol­ni­ków.

Po­tem uzmy­sło­wił so­bie, że pew­nie ktoś ze zdal­ne­go nad­zo­ru w fir­mie bu­dow­la­nej uległ chwi­lo­wej po­ku­sie i skie­ro­wał ka­me­ry an­dro­idów w stro­nę jego bó­stwa. Czy moż­na było nie po­pa­da­jąc w nudę, przy­glą­dać się w kół­ko ka­mien­nym ko­lum­nom?

— He, he, he, nie dla psa kieł­ba­sa! — zło­śli­wie ro­ze­śmiał się pod no­sem.

Na ład­ne dziew­czy­ny le­cie­li wszy­scy fa­ce­ci.

Iry­da wró­ci­ła przed obia­dem, kie­dy ro­bot­ni­cy koń­czy­li już pra­cę i go­to­wa­li się do od­lo­tu. Oczy świe­ci­ły się jej z za­do­wo­le­nia.

— By­czo było, Ra­oulu, wy­obraź so­bie, ci chło­pa­cy wszyst­ko mi wy­śpie­wa­li! — po­chwa­li­ła się przed swo­im pa­nem i wład­cą, wdzię­cząc się do nie­go.

— Oni to­bie? — układ­nie się zdzi­wił, ła­du­jąc się w swój ulu­bio­ny fo­tel. — Co ty nie po­wiesz? A nie było przy­pad­kiem od­wrot­nie?

— Mie­li świ­ra na punk­cie mo­ich nóg… — nie prze­ję­ła się iro­nią w jego gło­sie. — A może po pro­stu chcie­li, bym po­łknę­ła ha­czyk. I sama do­pa­dła tego dra­nia…

Z roz­pę­du przy­sia­dła mu na ko­la­nach i cmok­nę­ła go w czo­ło, a po­tem ze­rwa­ła się i sta­nę­ła przed nim pra­wie na bacz­ność. Wy­glą­da­ła fe­no­me­nal­nie, za­tem pew­nie mia­ła ra­cję z tymi gli­nia­rza­mi. Uznał, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku, a nie in­te­re­so­wa­ły go de­ta­le, więc od­pra­wił ją wy­mow­nym ru­chem dło­ni. Był dla niej nie­omal bo­giem, więc mógł so­bie po­zwa­lać na non­sza­lanc­kie ge­sty.

Ciem­no­wło­sa przy­ja­ciół­ka umknę­ła mu sprzed oczu, jed­nak nie uzna­ła tej spra­wy za za­mknię­tą i wda­ła się w ci­chą po­ga­węd­kę z Afro­dy­tą. Ni­cze­go nie za­mie­rza­ła utrzy­my­wać w ta­jem­ni­cy, to fakt, ale pa­mię­ta­ła, że Ra­oul nie o wszyst­kim lubi słu­chać. Ga­da­ły, ga­da­ły, ga­da­ły. Wy­star­cza­ją­co dłu­go kon­fe­ro­wa­ły ze sobą, by mógł się wresz­cie zo­rien­to­wać, że szy­ku­je się ja­kaś nie­spo­dzian­ka. I tym ra­zem ule­gła blon­dy­necz­ka wcie­li­ła się w rolę po­słań­ca.

— Czy po­zwo­lisz nam znik­nąć wie­czo­rem na go­dzin­kę lub dwie? — za­szcze­bio­ta­ła przy­mil­nie, ale przy tym z nut­ką nie­po­ko­ju w gło­sie. — Wy­bie­rze­my się do mia­sta. Mamy na­mia­ry na typ­ka, któ­ry grze­bał w two­im we­hi­ku­le. Chcia­ły­by­śmy się z nim roz­pra­wić!

Ner­wo­wo szarp­nął ucho i z nie­po­ko­jem jej się przyj­rzał. Miał na koń­cu ję­zy­ka, że to spra­wa glin, ale wie­dział, że wbi­ja­nie im tego do gło­wy nie­wie­le da. A je­śli to oni fak­tycz­nie z pre­me­dy­ta­cją pod­rzu­ci­li Iry­dzie to za­da­nie? I chcie­li jej rę­ka­mi wy­jąć kasz­ta­ny z ognia? Cof­nął się my­śla­mi do owej pa­mięt­nej nocy u stry­jen­ki w Ka­na­dzie, kie­dy to fi­li­gra­no­wa Afro­dy­ta po­ra­dzi­ła so­bie w po­je­dyn­kę z ban­dą zbi­rów.

Wy­mow­nie wzru­szył ra­mio­na­mi, wkła­da­jąc ręce do kie­sze­ni ob­szer­nych szor­tów. Ma­chi­nal­nie wyj­rzał na dzie­dzi­niec. Po­dą­ża­ły za nim wzro­kiem jak sło­necz­ni­ki za słoń­cem. Nie pa­ła­ły żą­dzą ze­msty, rzecz oczy­wi­sta, chcia­ły tyl­ko oczy­ścić mu za­ple­cze i za­kar­bo­wa­ły so­bie, że mu­szą to za­ła­twić po swo­je­mu. Mia­ły pole do po­pi­su. Przy­wdział pan­cerz obo­jęt­no­ści i po­sta­no­wił, że znie­sie to ze sto­ic­kim spo­ko­jem.

— Do­brze, je­śli mu­si­cie…

Upo­ra­ły się bar­dzo szyb­ko z tym za­da­niem. Dwa gniew­ne an­dro­idy ru­szy­ły do ak­cji. Jesz­cze nim po­my­ślał o tym, żeby po­tur­lać się do łóż­ka, po­ja­wi­ły się z po­wro­tem. Zdą­żył obej­rzeć pro­gram ka­ba­re­to­wy, a po­tem re­la­cję z mi­strzostw Dia­ny w lek­ko­atle­ty­ce. Cie­ka­wi­ło go, jak naj­lep­si spor­tow­cy ra­dzą so­bie z trój­sko­kiem i sko­kiem w dal oraz in­ny­mi po­dob­ny­mi dys­cy­pli­na­mi.

Wró­ci­ły z za­wa­diac­ki­mi mi­na­mi, więc uznał, że po­szło im jak z płat­ka.

— I jak? — za­py­tał mimo to z za­cie­ka­wie­niem, wy­cho­dząc im na­prze­ciw. — Miał się z pysz­na?

— Spu­ści­ły­śmy mu man­to. Oby­ło się bez świad­ków, ma się ro­zu­mieć — rze­kła w pod­nie­ce­niu Afro­dy­ta. — Nie­zły szajs, by­dlak nie ma już kon­ta w ban­ku, ani bry­ki, ani apar­ta­men­tu. To zna­czy ko­la­sę ma — po­pra­wi­ła się. — Wsta­wi­ły­śmy mu ją do sy­pial­ni…

— Co?! — nie chcia­ło mu się wie­rzyć. — Nie po­su­nę­ły­ście się za da­le­ko? Żeby nie było przy­krych na­stępstw…

— To ona gra­ła pierw­sze skrzyp­ce — ase­ku­ra­cyj­nie za­sło­ni­ła się do­tąd mil­czą­cą Iry­dą. — Była wście­kła, gwał­tow­na i nie­po­ha­mo­wa­na.

— Ten fra­jer przy­znał się, skąd do­stał zle­ce­nie — bru­net­ka usi­ło­wa­ła go udo­bru­chać, dzie­ląc się z nim zdo­by­ty­mi wie­ścia­mi. — Z Ukła­du Jo­wi­sza, a do­kład­nie z Ga­ni­me­de­sa — oznaj­mi­ła, ro­biąc do­brą minę do złej gry. — Tak, z Ga­ni­me­de­sa — po­wtó­rzy­ła, wi­dząc nie­do­wie­rza­nie w jego oczach. — Od ni­ko­go stąd, na szczę­ście. Ale ni­g­dy wię­cej nie pod­nie­sie na cie­bie ręki.

Mina mu zrze­dła i po­czuł nie­przy­jem­ny skurcz w oko­li­cy ser­ca. Z tego ka­pra­we­go księ­ży­ca? Jed­nak stry­jen­ka mia­ła ra­cję!

Prze­łknął tę gorz­ką pi­guł­kę. Nie na­pę­dzi­ły mu stra­chu, nic z tych rze­czy. Po pro­stu do­znał uczu­cia go­ry­czy. Wku­rzył się na tych ty­pów, win­nych już dru­gie­go za­ma­chu na jego ży­cie. A prze­cież był im go­tów wspa­nia­ło­myśl­nie wy­ba­czyć. O ile by się od nie­go od­cze­pi­li.

— Jest jesz­cze coś, o czym po­wi­nie­neś wie­dzieć — Iry­da mia­ła na ustach ko­lej­ną re­we­la­cję. — Ten fra­jer nas nie roz­cza­ro­wał. Wzię­ły­śmy go ostro w ob­ro­ty i wszyst­ko nam wy­śpie­wał. Po­sta­wio­no na nogi dwóch ko­lej­nych dra­ni. Mają wła­mać się do two­jej wil­li i do­brać ci się do skó­ry. To też zle­ce­nie z księ­ży­ców Jo­wi­sza.

— Wła­mać do mnie? Par­szy­we psy! Prze­ro­śnię­te por­to­we szczu­ry! — za­klął brzyd­ko, nie przej­mu­jąc się tym, że zdra­dza brak okrze­sa­nia i ogła­dy. Tego się nie spo­dzie­wał. Za­fra­so­wa­ny zer­k­nął na swe pa­puż­ki nie­roz­łącz­ki jak na ostat­nią de­skę ra­tun­ku. Wi­siał nad nim miecz Da­mo­kle­sa i prze­sta­wa­ło mu się to po­do­bać.

— Nic się nie martw — w mig po­cie­szy­ła go Afro­dy­ta. — Bę­dzie­my trzy­mać rękę na pul­sie. Damy im taki wy­cisk, że ni­g­dy tu nie wró­cą.

Mruk­nął coś bez prze­ko­na­nia. Nie było we­so­ło.

— To mi po­mo­że jak umar­łe­mu ka­dzi­dło. Nie ustą­pią i przy­ślą na­stęp­nych — wy­kon­cy­po­wał ze zgro­zą.

(...)