Wydawca: Wydawnictwo e-bookowo Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2006

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 76 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Misja: Europa - Edward Guziakiewicz

Ta mikropowieść przenosi czytelnika w daleką przyszłość — do czasów zaawansowanej kolonizacji Układu Słonecznego. Akcja utworu toczy się w ponurym więzieniu o zaostrzonym rygorze na Europie, jednym z czterech dużych księżyców Jowisza. Trwają tam zakrojone na ogromną skalę prace adaptacyjne — z myślą o potrzebach przyszłych mieszkańców tego satelity. Warunki życia są jeszcze surowe.

Główna bohaterka, Gina, dostaje się za te rogatki cywilizacji, skazana bezlitosnym wyrokiem sądowym. Trafia na samo dno. Żeby przetrwać w zmaganiach z losem, musi zdecydować się na więzienną prostytucję. Jednak to tylko połowa prawdy. W rzeczywistości przybywa tam z odległej Ziemi ze ściśle tajną misją. I przybywa nie sama, chociaż o tym nie wie.

Opinie o ebooku Misja: Europa - Edward Guziakiewicz

Fragment ebooka Misja: Europa - Edward Guziakiewicz

Edward Guziakiewicz

Misja: Europa

mikropowieść SF

Co­py­ri­ght © 2015 Edward Gu­zia­kie­wicz

All ri­ghts re­se­rved

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Roz­po­wszech­nia­nie i ko­pio­wa­nie ca­ło­ści lub czę­ści pu­bli­ka­cji za­bro­nio­ne bez pi­sem­nej zgo­dy au­to­ra.

ISBN 978-83-64865-23-7 (EPUB)

Ob­raz na okład­ce li­cen­cjo­no­wa­ny przezDe­po­sit­pho­tos.com/Dru­kar­nia Chro­ma

Tytułem wprowadzenia

Ta mi­kro­po­wieść prze­no­si czy­tel­ni­ka w da­le­ką przy­szłość — do cza­sów za­awan­so­wa­nej ko­lo­ni­za­cji Ukła­du Sło­necz­ne­go. Ak­cja utwo­ru to­czy się w po­nu­rym wię­zie­niu o za­ostrzo­nym ry­go­rze na Eu­ro­pie, jed­nym z czte­rech du­żych księ­ży­ców Jo­wi­sza. Trwa­ją tam za­kro­jo­ne na ogrom­ną ska­lę pra­ce ad­ap­ta­cyj­ne — z my­ślą o po­trze­bach przy­szłych miesz­kań­ców tego sa­te­li­ty. Wa­run­ki ży­cia są jesz­cze su­ro­we.

Głów­na bo­ha­ter­ka, Gina, wraż­li­wa wio­lon­cze­list­ka, do­sta­je się za te ro­gat­ki cy­wi­li­za­cji, ska­za­na bez­li­to­snym wy­ro­kiem są­do­wym. Tra­fia na samo dno. Żeby prze­trwać w zma­ga­niach z lo­sem, musi zde­cy­do­wać się na wię­zien­ną pro­sty­tu­cję. Jed­nak to tyl­ko po­ło­wa praw­dy. W rze­czy­wi­sto­ści przy­by­wa tam z od­le­głej Zie­mi ze ści­śle taj­ną mi­sją o ogrom­nej wa­dze. I przy­by­wa nie sama, cho­ciaż o tym nie wie.

Rozdział pierwszy

To miej­sce wy­wo­ły­wa­ło nie naj­lep­sze wra­że­nie. Nie­pew­ny wzrok Toma śli­zgał się po po­nu­rym nie­bie w po­szu­ki­wa­niu choć­by skraw­ka błę­ki­tu. Nic z tego! Krą­żą­cy wo­kół ol­brzy­mie­go Jo­wi­sza po­sęp­ny księ­życ nie gwa­ran­to­wał ni­ko­mu li­rycz­nych unie­sień i wzru­szeń, a tyl­ko kiep szu­kał­by na nim na­tchnie­nia. Ro­man­tycz­ny twór­ca nie zna­la­zł­by tu in­spi­ra­cji.

— Uf! — od­sap­nął osi­łek, ze­zu­jąc na wlo­ką­ce­go się za nim bra­ta. — Co za ohy­da? Tak spar­ta­czo­ne­go skle­pie­nia nie­bie­skie­go ni­g­dy nie oglą­da­łem. Co za de­bil tu się po­pi­sy­wał?

— A cze­go się spo­dzie­wa­łeś? To ro­gat­ki cy­wi­li­za­cji. Świat koń­czy się na tym za­du­piu — miauk­nął z ża­lem tam­ten. — Za­ła­twi­li nas na amen...

Scho­dzą­cy za nimi po tra­pie nie­spo­koj­nie mru­ży­li oczy lub ner­wo­wo mru­ga­li po­wie­ka­mi. Krą­żow­nik wy­pluł ze swe­go wnę­trza całą dzie­wiąt­kę. Do­pie­ro te­raz do­tar­ło do nich, że tra­fi­li na samo dno pie­kła. W brud­no­zie­lo­nej at­mos­fe­rze Eu­ro­py było coś nie­po­ko­ją­ce­go i draż­nią­ce­go. Wy­da­wa­ło się, że to zło­śli­wy ko­smicz­ny gi­gant prze­pusz­czał świa­tło przez ol­brzy­mi po­jem­nik z szam­po­nem ze zgni­łych ja­błek. Nie­do­my­te były wpa­da­ją­ce w ni­ja­ką sza­rość ob­ło­ki, a por­te­ro­we w ko­lo­rze chmu­ry stwa­rza­ły wra­że­nie, jak­by mia­ły lu­nąć nie­świe­żym desz­czem. Ci, któ­rzy zło­wro­go przy­glą­da­li się ich przy­by­ciu, mie­li na oczach dzi­wacz­ne, mało es­te­tycz­ne fil­try. To ich po­noć ra­to­wa­ło przed obłę­dem.

Gina scho­dzi­ła czwar­ta lub pią­ta. Jej lek­ko ko­ły­szą­ce się bio­dra mu­sia­ły do­pro­wa­dzać ga­pią­cych się więź­niów do sza­łu. Pa­mię­ta­ła, żeby się trzy­mać Toma i jego bra­ta. W tym łaj­dac­kim gro­nie na­le­że­li do naj­przy­zwo­it­szych. Jej wy­rok opie­wał na dwa lata. Zna­la­zła się w opła­ka­nej sy­tu­acji, bo w graj­doł­ku, do któ­re­go ją rzu­co­no, nie po­wo­ła­no do ży­cia bab­skie­go ko­man­da. Któż by po­my­ślał, że pój­dzie na taki układ? Po­zo­sta­wio­na sa­mej so­bie, do­sko­na­le się orien­to­wa­ła, że aby prze­trwać, musi kup­czyć swo­im cia­łem. Była za sek­sy, by li­czyć na to, że zo­sta­wią ją w spo­ko­ju.

Przy­sta­nę­ła, cze­ka­jąc na po­zo­sta­łych. Nie­mra­wo for­mo­wa­li niby-ko­lum­nę. Łysy do­zor­ca naj­pierw po­li­czył ich pal­cem, a po­tem wy­czy­ty­wał ich imio­na i na­zwi­ska, nie­mi­ło­sier­nie ka­le­cząc wy­mo­wę. Dys­kret­nie fi­lo­wa­ła na boki. Po­bli­skie nie­wy­so­kie góry były zry­te przez bul­do­że­ry. Wszę­dzie zna­czy­ły się hał­dy ciem­no­po­ma­rań­czo­we­go pia­chu. Więź­nio­wie no­si­li czer­wo­ne blu­zy i ka­po­ty z nie­wie­le mó­wią­cym, a na­wet my­lą­cym na­dru­kiem „Ga­ni­me­des 2”. Kto się orien­to­wał w za­sa­dach, obo­wią­zu­ją­cych w tej dziu­rze, ten do­sko­na­le wie­dział, że to ka­torż­ni­cy. Lu­dzie bez praw. Ska­za­ni wy­ro­ka­mi są­do­wy­mi na cięż­kie ro­bo­ty. Zrzut­ka kału z ca­łe­go Ukła­du Sło­necz­ne­go.

Ze­szli z be­to­no­wej płasz­czy­zny ko­smo­dro­mu i śla­ma­zar­nie ru­szy­li w stro­nę za­bu­do­wań. Grunt po desz­czu był mięk­ki, nogi z lek­ka grzę­zły, a ich bu­ci­ska zo­sta­wia­ły wy­raź­ne od­ci­ski. Tom miał cha­rak­te­ry­stycz­ną szra­mę na le­wym pro­tek­to­rze, po któ­rej niby tro­pi­ciel na pre­rii od razu roz­po­zna­wa­ła jego śla­dy. Szyb­ko do­tar­li do celu. Nie moż­na było stąd uciec, więc wię­zie­nia nie strze­gły za­my­ka­ne bra­my, ani za­sie­ki z dru­tów kol­cza­stych. Nie szla­ja­li się wo­kół war­tow­ni­cy z psa­mi. Kra­ty zna­czy­ły się tyl­ko w wą­skich ni­czym śre­dnio­wiecz­ne strzel­ni­ce oknach po­nu­rych bu­dyn­ków, ota­cza­ją­cych plac ape­lo­wy. Od­da­li rze­czy na prze­cho­wa­nie, po­zwo­lo­no im za­cho­wać tyl­ko te oso­bi­ste, po­tem im przy­dzie­lo­no cele. Gina do­sta­ła je­dyn­kę. „Sie­dem­nast­ka w blo­ku C” — rzu­cił su­cho wię­zien­ny urzę­das z prze­dział­kiem na środ­ku gło­wy. Sta­ła na środ­ku, wsłu­chu­jąc się w ci­szę i de­li­kat­nie ma­so­wa­ła szy­ję. Wstrze­lo­no im iden­ty­fi­ka­to­ry w oko­li­ce tęt­ni­cy, ale bez ła­dun­ków wy­bu­cho­wych. Nie było po co. Wresz­cie rzu­ci­ła się na twar­dą pry­czę, za­ło­ży­ła ręce pod gło­wę i wpa­trzy­ła się w su­fit. Me­to­dycz­nie, cal po calu prze­cze­sy­wa­ła wzro­kiem ska­żo­ną nie­rów­no­ścia­mi be­to­no­wą po­wierzch­nię, szu­ka­jąc ukry­tych ka­mer. Nikt ich ofi­cjal­nie nie wi­tał i nie wy­gła­szał prze­mó­wień. Nie­mniej wie­dzia­ła, że to tyl­ko po­zo­ry. Bar­dzo do­kład­nie spraw­dza­no tu każ­dą par­tię świe­że­go ludz­kie­go mię­sa. Gdy­by się oka­za­ło, że któ­ryś z nie­wol­ni­ków ma za sobą nie­ja­sną prze­szłość i że może być ka­pu­siem, ani chy­bi po­że­gnał­by się z ży­ciem.

— Fry­zjer! — szep­nę­ła, pod­no­sząc się rap­tem z pry­czy. Tam­tych ogo­lo­no na łyso, jej po­zo­sta­wio­no krót­kie wło­sy. Pra­wie ta­kie jak mia­ła, ciem­ne, lek­ko się krę­cą­ce. W oczach tę­pa­ka, któ­ry z ma­szyn­ką elek­trycz­ną krą­żył ja­kiś czas wo­kół jej gło­wy, wy­czy­ta­ła swój cen­nik. Do­tar­ło do niej, ile są war­te jej usłu­gi.

Usły­sza­ła kro­ki. Ktoś ci­chut­ko skra­dał się w stro­nę jej nory. Ode­tchnę­ła z ulgą, wi­dząc Toma.

Tam­ten od­kaszl­nął.

— Mamy celę dwa nu­me­ry stąd. Oczko — wzgar­dli­wie się ro­ze­śmiał. — Może przy­nie­sie nam szczę­ście. Póki co jest otwar­te. Więź­nio­wie wra­ca­ją o sie­dem­na­stej. O osiem­na­stej jest ko­la­cja. Za­my­ka­ją nas o dwu­dzie­stej pierw­szej trzy­dzie­ści. Ale go­dzi­ny są tu krót­sze.

— Wiem — od­mruk­nę­ła. — Wejdź!

Wto­czył się i ro­zej­rzał po po­nu­rych be­to­no­wych ścia­nach. Był do­brze zbu­do­wa­nym i sil­nym męż­czy­zną. Jego sze­ro­kie ra­mio­na bu­dzi­ły re­spekt. Pa­mię­ta­ła, jak na krą­żow­ni­ku po­ra­dził so­bie z dwo­ma bycz­ka­mi z Mar­sa.

— Po­trze­bu­ję opie­ku­na — wy­ją­ka­ła, prze­ła­mu­jąc reszt­ki wsty­du. — Chy­ba wiesz, co mam na my­śli.

Zro­bił wiel­kie oczy.

— Tak? — mruk­nął nie­mra­wo. Roz­ja­śnia­ło mu się w gło­wie. — A, al­fon­sa — do­tar­ło wresz­cie do nie­go. Nie­po­trzeb­nie użył tego sło­wa, mógł się ugryźć w ję­zyk i te­raz nie­pew­nie zer­k­nął na nią, spraw­dza­jąc, czy nie prze­ho­lo­wał.

Po­de­szła, omal nie opie­ra­jąc się o nie­go pier­sia­mi. Mia­ła czym od­dy­chać. Pod jego czer­wo­ną blu­zą gra­ły po­tęż­ne mię­śnie.

— Nie mam in­ne­go wyj­ścia. Mu­szę to ro­bić, żeby prze­żyć. Mu­szę się upodlić. Zgo­dzisz się? — za­py­ta­ła. — Bę­dziesz mnie mieć, kie­dy ze­chcesz.

W jego oczach uj­rza­ła ro­sną­ce po­żą­da­nie, któ­re za­raz w so­bie stłu­mił. Bił się chwi­lę z my­śla­mi. Jej sut­ki z na­gła na­brzmia­ły.

— To ry­zy­kow­ne — in­stynk­tow­nie się bro­nił. — Po­cze­kaj­my do ko­la­cji. Zo­ba­czy­my, ja­kie tu jest brac­two. Póź­niej ci od­po­wiem. — Po­tem z nie­do­wie­rza­niem po­krę­cił gło­wą. — Do ja­snej cia­snej, to nie jest miej­sce dla cie­bie. To źle, że tu tra­fi­łaś!

Smut­no przy­tak­nę­ła.

— Mó­wi­łam ci, na­dzia­łam się na sę­dzie­go skur­wy­sy­na. Je­śli prze­ży­ję i wró­cę, to się z nim po­li­czę.

Chra­pli­wie za­wy­ła sy­re­na, znak, że nad­szedł czas na ko­la­cję i opie­sza­le pod­nio­sła się z pry­czy. Nie od­czu­wa­ła gło­du. Zbyt była prze­ra­żo­na tym, co ją cze­ka­ło. Wy­nu­rzy­ła się z celi, włą­czy­ła się w sznur zmę­czo­nych po pra­cy więź­niów, prze­szła dzie­dzi­niec, kie­ru­jąc się do blo­ku A, dała się we­ssać do kiep­sko oświe­tlo­nej sali, w któ­rej ser­wo­wa­no po­sił­ki, wzię­ła tacę i usta­wi­ła się w ko­lej­ce. Po­da­wa­no roz­go­to­wa­ne ri­sot­to z ka­wał­ka­mi mię­sa, a do tego ku­bek ciem­nej kawy. Przy­tłu­mio­ny gwar roz­mów dzia­łał uspo­ka­ja­ją­co. Wi­dzia­ła ple­cy Toma i in­stynk­tow­nie ku nie­mu po­cią­gnę­ła, skwa­pli­wie sa­do­wiąc się przy ciem­nym bla­cie mię­dzy nim a jego bra­tem. Wci­śnię­ta mię­dzy ta­kich ochro­nia­rzy, po­czu­ła się bez­piecz­na. Od­wa­ży­ła się i łyp­nę­ła wzro­kiem do­ko­ła. Przy sze­ściu dłu­gich sto­łach ulo­ko­wa­ło się oko­ło osiem­dzie­się­ciu więź­niów. Gwar roz­mów stop­nio­wo cichł, aż wresz­cie za­pa­dła po­dej­rza­na ci­sza. Z tru­dem prze­łknę­ła ko­lej­ną łyż­kę ryżu i zno­wu nie­pew­nie pod­nio­sła oczy.

Tchórz­li­wie po­ję­ła, że jest w cen­trum uwa­gi wszyst­kich bez wy­jąt­ku, na­wet trzech straż­ni­ków pod ścia­ną. Na­pię­cie wy­da­wa­ło się się­gać ze­ni­tu. Sa­mi­ca, wpusz­czo­na do klat­ki z wy­posz­czo­ny­mi sam­ca­mi. Było wia­do­mo, że ro­ze­rwą ją na strzę­py. „Cho­le­ra, to ta ob­ci­sła bluz­ka!” — jęk­nę­ła w du­chu z praw­dzi­wą roz­pa­czą. Nie mia­ła pod spodem biu­sto­no­sza, nie no­si­ła ta­kich rze­czy, bo pier­si jej nie opa­da­ły. Dwie inne więź­niar­ki, któ­re do­strze­gła przy koń­cu sali, były już moc­no pod­sta­rza­łe i bez sek­sa­pi­lu. Jed­nak i one nie od­wa­ży­ły­by się wło­żyć cze­goś tak wście­kle pod­kre­śla­ją­ce­go ko­bie­ce kształ­ty. W my­ślach sklę­ła po­nu­re­go fa­ce­ta z ma­ga­zy­nu, któ­ry z pre­me­dy­ta­cją wci­snął jej ciu­chy w tym roz­mia­rze. Sa­dy­sta!..

Wzię­ła głę­bo­ki od­dech i zwró­ci­ła się do Toma. Wy­da­wa­ło się jej, że je­śli cze­goś na­tych­miast nie przed­się­weź­mie, to za chwi­lę się roz­pła­cze.