Wydawca: Wydawnictwo e-bookowo Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 438 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Winda czasu - Edward Guziakiewicz

Ta powieść jest w jakimś sensie wehikułem czasu. Oferuje czytelnikowi wyprawę koleinami dziejów od epoki jurajskiej po przyszłe tysiąclecia Ziemi i zajmujące towarzystwo neogeneran, tajemniczych przybyszy z nieznanych stron kosmosu. Obok historycznych ma ona również swe walory geograficzne. Jej akcja toczy się na Pustyni Libijskiej, w Dolnym Egipcie, w Aleksandrii, Rzymie Nerona, Paryżu Ludwika XIII, na Tahiti, nad Wielkim Kanionem w Arizonie, w Kenii, w Himalajach i w innych urokliwych zakątkach globu. Nie tylko zresztą na Ziemi, ale i na Czerwonej Planecie, na księżycach Jowisza, a nawet na orbicie Plutona...

Opinie o ebooku Winda czasu - Edward Guziakiewicz

Fragment ebooka Winda czasu - Edward Guziakiewicz

Edward Guziakiewicz

Winda czasu

powieść science fiction

Co­py­ri­ght © 2015 Edward Gu­zia­kie­wicz

All ri­ghts re­se­rved

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Roz­po­wszech­nia­nie i ko­pio­wa­nie ca­ło­ści lub czę­ści pu­bli­ka­cji za­bro­nio­ne bez pi­sem­nej zgo­dy au­to­ra.

ISBN 978-83-64865-29-9 (EPUB)

Ob­raz na okład­ce li­cen­cjo­no­wa­ny przezDe­po­sit­pho­tos.com/Dru­kar­nia Chro­ma

Tytułem wprowadzenia

Ta po­wieść jest w ja­kimś sen­sie we­hi­ku­łem cza­su. Ofe­ru­je czy­tel­ni­ko­wi wy­pra­wę ko­le­ina­mi dzie­jów od epo­ki ju­raj­skiej po przy­szłe ty­siąc­le­cia Zie­mi i zaj­mu­ją­ce to­wa­rzy­stwo neo­ge­ne­ran, ta­jem­ni­czych przy­by­szy z nie­zna­nych stron ko­smo­su. Obok hi­sto­rycz­nych ma ona rów­nież swe wa­lo­ry geo­gra­ficz­ne. Jej ak­cja to­czy się na Pu­sty­ni Li­bij­skiej, w Dol­nym Egip­cie, w Alek­san­drii, Rzy­mie Ne­ro­na, Pa­ry­żu Lu­dwi­ka XIII, na Ta­hi­ti, nad Wiel­kim Ka­nio­nem w Ari­zo­nie, w Ke­nii, w Hi­ma­la­jach i w in­nych uro­kli­wych za­kąt­kach glo­bu. Nie tyl­ko zresz­tą na Zie­mi, ale i na Czer­wo­nej Pla­ne­cie, na księ­ży­cach Jo­wi­sza, a na­wet na or­bi­cie Plu­to­na...

Rozdział pierwszy

Na­wie­dzi­ły go kosz­ma­ry i nie­spo­koj­nie rzu­cał się po po­sła­niu, ści­ska­jąc dło­nią wy­mię­to­szo­ne prze­ście­ra­dło. Szar­pał się, nie mo­gąc so­bie zna­leźć miej­sca. W mę­czą­cym pół­śnie wi­dział na­zna­czo­ną lę­kiem twarz mło­dziut­kiej Sa­ta­rii, któ­rą od­dzie­lał od nie­go po­sęp­ny sza­man w szcze­rzą­cej kły ma­sce. Siłą sen­nej woli mo­co­wał się ze zło­wro­gim prze­ciw­ni­kiem, nie chcąc stra­cić z oczu jej ob­li­cza. Byli w bu­szu. Czar­ny mrok spo­wi­jał dżun­glę, a do­oko­ła uwią­za­nej u pala dziew­czy­ny, oświe­tlo­nej pło­mie­nia­mi strze­la­ją­ce­go w górę ogni­ska, tań­czy­li wo­jow­ni­cy w ja­skra­wych bar­wach wo­jen­nych. Przy­tu­py­wa­li co rusz, zło­wiesz­czo wy­ma­chu­jąc włócz­nia­mi.

Ock­nął się, zla­ny po­tem i ze­rwał się z łoża, nie mo­gąc zła­pać tchu. Wsparł się na łok­ciach.

— Okrop­ność. Nie­ee! — za­char­czał przez ści­śnię­te gar­dło.

Otwo­rzył nie­przy­tom­ne oczy, a to przy­wró­ci­ło go do rze­czy­wi­sto­ści. Dła­wią­cy lęk ustę­po­wał i po­nu­re wi­dzia­dła po­wo­li go opusz­cza­ły. Tam­ten upior­ny świat roz­my­wał się w dali, nikt prze­raź­li­wie nie krzy­czał, a nie­na­wist­ni tu­byl­cy nie uwi­ja­li się przed cha­ta­mi. Głu­che dźwię­ki tam-ta­mów były oma­mem słu­cho­wym, zaś tor­tu­ro­wa­ni jeń­cy wy­da­wa­li jęki tyl­ko w jego roz­huś­ta­nej wy­obraź­ni.

— Nie bój się — wy­chry­piał do sie­bie, ła­piąc od­dech. — To tyl­ko złu­dze­nia. Mi­ra­że... Chcia­łeś być na nie po­dat­ny... Były ci po­trzeb­ne... Bo ta­kie ludz­kie...

Tu­byl­cza dziew­ka przy ogni­sku, któ­rą uj­rzał we śnie z twa­rzą Sa­ta­rii, nie była cho­ro­bli­wym wy­two­rem jego wy­obraź­ni. Do­sko­na­le ją pa­mię­tał. Za­mę­czo­no ją, z sa­dy­zmem wy­sy­ła­jąc na tam­ten świat. Wy­da­wa­ła się gó­ro­wać in­te­li­gen­cją nad nie­roz­gar­nię­ty­mi po­bra­tym­ca­mi. Lgnę­ła do nie­go, ra­do­śnie po­ka­zy­wa­ła bia­łe zęby na jego wi­dok, z uśmie­chem na gład­kim ob­li­czu uj­mo­wa­ła go za rękę i cią­gnę­ła na peł­ną wa­żek i mo­ty­li po­la­nę za wio­ską, prze­ga­nia­ła węże, a po­tem sia­da­ła przy nim w kuc­ki i cier­pli­wie go uczy­ła ple­mien­nych słów i zwro­tów. Spra­wia­ła, że gi­nął chłód z jego twa­rzy. Po każ­dej ko­lej­nej niby-lek­cji ką­pa­li się ra­zem w stru­mie­niu, z dala od nie­opusz­cza­ją­cych ko­ry­ta rze­ki wy­głod­nia­łych kro­ko­dy­li, zaś roz­grza­ne słoń­ce su­szy­ło ich skó­rę. Nio­sła ze sobą za­pach świe­żo ze­rwa­nych kwia­tów, su­szo­nych ziół i won­nych ko­rze­ni. I nie wsty­dzi­ła się tego, że jest naga. W tym raju go­li­zna nie była na­gan­na. Dziew­czy­na nie była jesz­cze zdol­na do unie­sień zmy­sło­wych, choć już je w so­bie prze­czu­wa­ła. Chi­cho­ta­ła, kur­cząc się jak­by ją ła­sko­tał, kie­dy de­li­kat­nie pie­ścił jej twarz, ra­mio­na i le­d­wo co roz­wi­nię­te pier­si. Da­wa­ła mu od­czuć, że jego do­tyk jest dla niej przy­jem­ny. Przy­trzy­my­wa­ła jego dło­nie, kie­dy ją obej­mo­wał lub zsu­wał je na jej bio­dra.

Pa­mięt­ne­go ran­ka o świ­cie zna­leź­li ją mar­twą. Na jej umę­czo­nym cie­le zna­czy­ły się krwa­we rany. Z ogrom­nym zdzi­wie­niem w oczach wo­dził po tych śla­dach pal­cem i trud­no mu było uwie­rzyć, że jego ple­mien­na ulu­bie­ni­ca nie żyje. Ostrym szty­le­tem be­stial­sko po­ora­no jej pier­si i roz­pła­ta­no pła­ski brzuch. Za­pew­ne wiła się z bólu i roz­pacz­li­wie krzy­cza­ła, do­pó­ki nie uci­szo­no jej na za­wsze, pod­ci­na­jąc jej krtań. Po­de­rżnię­to ją od ucha do ucha. Uczcił swo­ją małą ma­don­nę, ob­sy­pu­jąc jej rany płat­ka­mi kwia­tów. Zro­sił­by jej zwło­ki swy­mi łza­mi, gdy­by umiał pła­kać.

Wes­tchnął, wra­ca­jąc my­śla­mi do tam­tych chwil. Dzia­ło się to jak w ba­śni — daw­no, daw­no temu... Dali się pod­stęp­nie po­dejść wo­dzo­wi wro­go na­sta­wio­ne­go szcze­pu i pew­nej bez­k­się­ży­co­wej nocy ten, ule­ga­jąc woli zde­pra­wo­wa­ne­go sza­ma­na, ka­zał wy­mor­do­wać wszyst­kich miesz­kań­ców z gosz­czą­cej ich wio­ski, zaś sło­mia­ne cha­ty pu­ścić z dy­mem. Gdy wró­ci­li, ze zgro­zą oglą­da­li zglisz­cza i nad­pa­lo­ne zwło­ki. Ta­kie bru­tal­ne sce­ny wy­zwa­la­ły naj­gor­sze in­stynk­ty. Nie mie­li jesz­cze wte­dy wy­star­cza­ją­ce­go do­świad­cze­nia, gro­ma­dzi­li do­pie­ro wie­dzę o na­tu­rze ludz­kiej i jej po­kracz­nych skłon­no­ściach, więc nie ogar­nia­li po­bu­dek, któ­ry­mi kie­ro­wa­li się ogar­nię­ci sza­łem tu­byl­cy. Uzna­li, że po­win­ni się ze­mścić. Do­pa­dli wo­dza i sa­dy­stycz­nie umie­ści­li go nad pło­mie­nia­mi. Od­ci­na­li mu ko­lej­no pal­ce u rąk i u nóg. Pie­kli go żyw­cem jak upo­lo­wa­ną an­ty­lo­pę, wsłu­chu­jąc się z wy­stęp­ną roz­ko­szą w jego przej­mu­ją­ce zwie­rzę­ce wy­cie. Nim zgi­nął, prze­szedł ge­hen­nę. Inni zresz­tą też. Jed­nak wy­stęp­ny sza­man za­padł się pod zie­mię. Do­brze znał wszyst­kie ścież­ki, znik­nął w gąsz­czach i nie od­wa­żył się wy­ściu­bić z nich nosa. Po­łknę­ła go strze­gą­ca za­zdro­śnie swych ta­jem­nic dżun­gla i cho­ciaż za nim niu­cha­li, nie na­tra­fi­li na jego ślad. Pew­nie jesz­cze z ukry­cia dłu­go ob­rzu­cał ich bu­dzą­cy­mi gro­zę klą­twa­mi, nie­na­wist­nie ma­rząc o ich speł­nie­niu.

Prze­nie­śli się stam­tąd do nie­co bar­dziej cy­wi­li­zo­wa­nej epo­ki, w któ­rej do ta­kich po­twor­no­ści rza­dziej do­cho­dzi­ło. Ka­ra­no wpraw­dzie nie­wol­ni­ków za róż­ne prze­wi­nie­nia, jed­nak z pew­nym umia­rem, nie chcąc tra­cić ta­niej siły ro­bo­czej. Krwa­we woj­ny to­czy­ły się na pe­ry­fe­riach im­pe­rium. Oszczęd­niej sza­fo­wa­no śmier­cią, cho­ciaż nie za­wsze, bo prze­cież nie­kie­dy czy­nio­no z za­bi­ja­nia praw­dzi­wy ry­tu­ał — jak to było w du­żych rzym­skich mia­stach, cie­szą­cych się po­sia­da­niem am­fi­te­atrów, cyr­ków i hi­po­dro­mów.

— Było i nie wró­ci... — mruk­nął z od­ra­zą.

Z upo­rem głów­ko­wał nad tym, dla­cze­go do­pa­dły go kosz­mar­ne wspo­mnie­nia. Ni­g­dy ich nie od­grze­by­wał i nie­chęt­nie wra­cał do nich my­śla­mi. Mu­sia­ło dojść do cze­goś nie­po­ko­ją­ce­go i czuł, że po­wi­nien roz­wią­zać tę za­gad­kę. Na­de­szła par­na noc, a księ­życ w peł­ni cie­ka­wie za­glą­dał do ci­chej sy­pial­ni, wy­do­by­wa­jąc z mro­ku nie­wy­raź­ne kon­tu­ry sprzę­tów. Za oknem spał Rzym, zmę­czo­ny igrzy­ska­mi, za­rzą­dzo­ny­mi przez wład­cę im­pe­rium. Bo­jaź­li­wy ce­sarz Ne­ron ze­zwa­lał na nie czę­ściej niż nie­gdyś Au­gust, gdyż za­le­ża­ło mu na przy­chyl­no­ści tłu­mu. Może to du­sze do­pie­ro co uśmier­co­nych gla­dia­to­rów — du­mał z roz­wa­gą — krą­ży­ły gdzieś w po­bli­żu i łka­ły w za­uł­kach mia­sta, nie mo­gąc po­że­gnać nie­li­cho po­ra­nio­nych ciał? Nie tak ła­two było tra­fić z prze­peł­nio­ne­go ga­wie­dzią cyr­ku na Po­lach Mar­so­wych do Ha­de­su. Czy po­nu­ry prze­woź­nik, Cha­ron, mógł szyb­ko upo­rać się z prze­pra­wą na dru­gą stro­nę Styk­su z taką ilo­ścią wy­cze­ku­ją­cych?

Od­rzu­cił ten do­mysł jako bez­płod­ny i nie­do­rzecz­ny. Nie był pro­sta­kiem i nie wie­rzył w mity, cho­ciaż nie uj­mo­wał im wagi. Cięż­ko się dźwi­gnął, nagi pod­szedł do okna i po­dejrz­li­wie przyj­rzał się gwiaz­dom, po­ły­sku­ją­cym jak dia­men­ty na fir­ma­men­cie nie­bie­skim. Po omac­ku szu­kał źró­dła lęku. Gdyż na­dal się bał. Dła­wią­cy strach tyl­ko na chwi­lę ustą­pił. Po­wra­cał fa­la­mi, wy­peł­niał trze­wia i się­gał gar­dła. Z góry jed­nak nic mu nie gro­zi­ło. Żad­na zło­wro­ga be­stia nie cza­iła się po­sęp­nie w prze­stwo­rzach i nie za­glą­da­ła tu ze sku­tych wiecz­nym mro­zem prze­strze­ni, by go do­paść i roz­nieść na strzę­py.

— To nie to — stęk­nął roz­cza­ro­wa­ny. — Nie w tym rzecz. Mu­szę zna­leźć... eee... Mam na koń­cu ję­zy­ka...

Na pal­cach prze­kro­czył próg po­zba­wio­nej otwo­ru okien­ne­go są­sied­niej kom­na­ty, w któ­rej skry­wał swo­je nie­zwy­kłe skar­by, nie­po­sia­da­ją­ce ziem­skich od­po­wied­ni­ków i nazw. Ni­ko­mu ich nie po­ka­zy­wał i chro­nił je przed oczy­ma po­stron­nych. Od­su­nął ręką kil­ka zwi­nię­tych pa­pi­ru­sów. Ożył czar­ny po­są­żek bó­stwa fe­nic­kie­go, a jego śle­pia za­ja­rzy­ły się ru­bi­no­wo. Za­pach­nia­ło ma­gią. Był jed­nak da­le­ki od tego, by ba­wić się cza­ra­mi. Pół­przy­tom­ny wziął fi­gu­rę do ręki, z wy­sił­kiem marsz­cząc brwi.

Do­pie­ro tam, w ką­cie, przy ścia­nie, wy­ło­żo­nej wy­bla­kłym dy­wa­nem z egip­ski­mi wzo­ra­mi, zdał so­bie spra­wę z tego, co się sta­ło. Po­jął to, kie­dy całą uwa­gę skie­ro­wał ku opusz­czo­nej oj­czyź­nie. Prze­szył go strasz­li­wy chłód, a na jego twarz wy­peł­zło nie­bo­tycz­ne zdu­mie­nie.

— Na Jo­wi­sza, więc to tak? Nie­moż­li­we! Nie pły­nie ener­gia... — wy­szep­tał zbie­la­ły­mi z prze­ra­że­nia war­ga­mi. Za­milkł na dłuż­szą chwi­lę, sku­pia­jąc całą uwa­gę na tym od­kry­ciu. — Prze­cież to ab­surd — wy­gę­gał. — Tyl­ko dla­cze­go, o nie­ba? — jęk­nął, gdy do­tar­ło do nie­go, że się nie myli. — O, bo­go­wie, dla­cze­go? — rzu­cił trwoż­ne py­ta­nie w głę­bo­ką ciem­ność, do­brze wie­dząc, że nikt go nie może usły­szeć ani mu od­po­wie­dzieć.

Od­sta­wił po­są­żek i śle­pia prze­sta­ły się ja­rzyć. Jego dło­nie drża­ły. Do­szło do naj­gor­sze­go — do cze­goś, cze­go w ogó­le nie bra­li pod uwa­gę, pla­nu­jąc tę wy­pra­wę. Tyl­ko moc z ma­cie­rzy­stej Bet­ta­ta­ri mo­gła za­gwa­ran­to­wać im prze­trwa­nie. Bez niej zu­peł­nie się nie li­czy­li i za­mie­nia­li się w ła­twy łup dla każ­de­go, kto miał­by ocho­tę do­brać się im do skó­ry.

Ze sto­ją­cej pod ścia­ną oku­tej skrzy­ni wy­do­był po omac­ku prze­źro­czy­stą kulę. Po­trzą­snął nią de­li­kat­nie, jak­by nie­pew­ny tego, czy se­kret­ne urzą­dze­nie bę­dzie dzia­łać. Za­ja­śnia­ła w jego rę­kach. Sku­pił się, a na­stęp­nie przy jej po­mo­cy spró­bo­wał na­wią­zać kon­takt z przy­by­sza­mi, gosz­czą­cy­mi w in­nych epo­kach glo­bu. Świe­tli­sta strza­ła przedar­ła się przez wie­ko­we po­kła­dy cza­su i Ran ode­tchnął z nie­ja­ką ulgą, czu­jąc roz­iskrzo­ny na­pływ in­for­ma­cji. Nie­ste­ty, tam­ci byli w po­dob­nych opa­łach. Ży­cio­daj­na ener­gia nie do­cie­ra­ła do żad­ne­go z tem­po­ral­nych wę­drow­ców. Odło­żył więc kulę, któ­ra przez krót­ką chwi­lę fa­lo­wa­ła zmie­nia­ją­cy­mi się kształ­ta­mi, czę­stu­jąc go na ko­niec od­ra­ża­ją­cym uśmie­chem krysz­ta­ło­wej ludz­kiej czasz­ki.

— Ta świń­ska ka­ta­stro­fa na­de­szła bez uprze­dze­nia... — chryp­nął z bó­lem. Przy­gar­bio­ny wró­cił do sy­pial­ni, usiadł na łożu i znie­ru­cho­miał. Chciał oswo­ić się z tym bo­le­snym od­kry­ciem, choć oba­wiał się, że to go nie po­krze­pi. Nie opusz­cza­ły go po­sęp­ne my­śli. Usi­ło­wał do­ciec, kto prze­ciął ener­ge­tycz­ną pę­po­wi­nę, łą­czą­cą ich ze świa­tem, z któ­re­go przy­by­li, ale nic mą­dre­go mu nie przy­cho­dzi­ło do gło­wy.

Ża­ło­wał te­raz w głę­bi du­cha, że dał się prze­ko­nać do awan­tur­ni­czej wy­pra­wy do nie­zna­ne­go wy­mia­ru ko­smo­su. Tu wszyst­ko było obce, albo pra­wie obce, zmu­sza­jąc kro­czą­cych po chy­bo­czą­cej się kład­ce do nie­sły­cha­nej roz­wa­gi i ostroż­no­ści, a nie­bez­pie­czeń­stwo czy­ha­ło na każ­dym kro­ku. Dłu­go uczy­li się po­ru­szać po tym eonie, w któ­rym cia­ła mia­ły gę­stość więk­szą od gę­sto­ści at­mos­fe­ry, a kie­dy się oka­za­ło, że jako tako so­bie ra­dzą, za­trzę­sła się pod nimi zie­mia. Opu­ści­ło ich za­faj­da­ne szczę­ście.

Erw, któ­ry za­okrę­to­wał się w dwu­dzie­stym wie­ku, li­cząc we­dług przy­ję­te­go w tym eonie ka­len­da­rza, chy­ba naj­le­piej zda­wał so­bie spra­wę z za­się­gu fa­tal­ne­go wstrzą­su, ale i on ope­ro­wał tyl­ko mgli­sty­mi hi­po­te­za­mi. Osu­nę­ła się rap­tem nie­wi­docz­na dla Zie­mian la­wi­na i za­blo­ko­wa­ła sub­tel­ną li­nię trans­fe­ro­wą. Z wir­tu­oze­rią two­rzył róż­ne zgrab­ne teo­rie, miał ich za­wsze pod ręką bez liku, więc i te­raz szyb­ko so­bie z tym po­ra­dził. Po mi­strzow­sku za­ło­żył, że do­szło do struk­tu­ral­ne­go pęk­nię­cia w ob­rę­bie głów­ne­go nur­tu cza­so­prze­strze­ni i że ta nie­wiel­ka część wszech­świa­ta, w któ­rej się zna­leź­li, nie­spo­dzie­wa­nie od­pry­sła od ma­cie­rzy. O ile moż­na było czy­nić po­rów­na­nia do niby-dali, z któ­rej przy­by­li. Trud­no było prze­wi­dzieć, co się jesz­cze sta­nie i mi­mo­cho­dem wska­zał im je­dy­ną w tej sy­tu­acji dro­gę uciecz­ki. Na­le­ża­ło spryt­nie wy­mknąć się ze stre­fy za­gro­że­nia. W tym celu mu­sie­li­by po­rzu­cić wy­mo­de­lo­wa­ne z du­żym na­kła­dem sił kształt­ne cie­le­sne po­wło­ki, co by­ło­by dla nich nie­po­we­to­wa­ną stra­tą i za­brać się jed­nym z naj­bliż­szych ka­na­łów win­dy cza­su, zaś pły­nąc z jej nur­tem prze­do­stać się przez to kosz­mar­ne pęk­nię­cie. Przy ca­łym tym am­ba­ra­sie nie wy­da­wał się jed­nak spe­cjal­nie prze­ra­żo­ny i prze­ję­ty. A może pró­bo­wał ich po­cie­szyć i wlać w nich odro­bi­nę otu­chy? „Rób­cie swo­je!” — zda­wa­ły się ich in­stru­ować wy­sy­ła­ne przez zwa­ły cza­su jego ci­che my­śli.

— Ase­ku­ra­cja — w za­du­mie szep­nął Ran. — Tyle za­cho­du na nic. Tak dłu­go sta­wa­li­śmy na gło­wach, za­bie­ga­jąc o to, żeby się do nich per­fek­cyj­nie upodob­nić. Zmy­kać jak szczu­ry, żeby prze­żyć? To nie w na­szym sty­lu... — usi­ło­wał się po­krze­pić, od­wo­łu­jąc się do in­tu­icji tam­te­go i jego rzad­kiej pew­no­ści sie­bie, któ­ra dla po­zo­sta­łych sta­no­wi­ła opar­cie. Erw nie wpa­dał tak szyb­ko w hi­ste­rię jak jego zio­mek, gosz­czą­cy w cza­sach Ne­ro­na i nie­kie­dy lę­ka­ją­cy się wła­sne­go cie­nia.

Się­gnął po eu­no­metr, żeby zna­leźć współ­rzęd­ne. Przy­rząd był wmon­to­wa­ny w za­pi­sa­ną pi­smem kli­no­wym gli­nia­ną ta­blicz­kę — jed­ną z tych, któ­re swe­go cza­su przy­tar­gał ze sobą dro­gą mor­ską z Egip­tu. W sku­pie­niu od­czy­tał wy­nik i ode­tchnął z ulgą. Nie było aż tak źle i ohyd­ny lęk zno­wu ustą­pił. Mu­siał w od­po­wied­niej chwi­li zna­leźć się w jed­nym z wę­złów uta­jo­nej win­dy, któ­rej nie­wi­docz­ne dla tu­tej­szych istot ro­zum­nych prze­smy­ki po­kry­wa­ły całą cza­so­prze­strzeń. Sub­tel­ne li­nie krzy­żo­wa­ły się u stóp Olim­pu, góry na pół­no­cy Hel­la­dy, zgod­nie z wie­rze­nia­mi Acha­jów za­miesz­ka­łej przez ob­da­ro­wa­nych nie­śmier­tel­no­ścią bo­gów. Czy to była win­da? Erw bez­wied­nie za­pro­po­no­wał tę na­zwę, w za­sa­dzie przy­pad­ko­wą i ba­nal­ną, ale był no­mi­na­li­stą i nie przy­wią­zy­wał do ta­kich rze­czy wiel­kiej wagi. Jed­nak zda­niem Rana le­piej by­ło­by po­rów­nać te niby-ka­na­ły do de­li­kat­ne­go uner­wie­nia ro­śli­ny. Uta­jo­ny­mi żył­ka­mi cza­so­prze­strze­ni nie­ustan­nie pły­nę­ły świe­że soki. Żar­łocz­na przy­szłość kar­mi­ła się tym, co jej wspa­nia­ło­myśl­nie skła­da­ła w ofie­rze po­kor­na prze­szłość. Sta­no­wi­ła prze­cież jej po­nie­kąd na­tu­ral­ne prze­dłu­że­nie.

— Gdy­bym nie zdą­żył, o lo­sie — lę­kli­wie mruk­nął do sie­bie, po­wra­ca­jąc na po­sła­nie. — O, lo­sie wiecz­ny!

Wo­lał so­bie nie wy­obra­żać, co by się sta­ło, gdy­by na­de­szły sil­niej­sze wstrzą­sy, a ja­kiś cza­ją­cy się w po­bli­żu zło­śli­wy de­miurg unie­moż­li­wił mu uciecz­kę. Po­ło­żył się i za­czął się wpa­try­wać w bla­dy krąg księ­ży­ca, głów­ku­jąc nad stra­te­gią, na któ­rą po­wi­nien był się zde­cy­do­wać. Jak to wszyst­ko ro­ze­grać, punkt po punk­cie? Miał twar­dy orzech do zgry­zie­nia.

Po­my­ślał o pięk­nej i mło­dej Sa­ta­rii, któ­ra ad­o­ro­wa­ła go nie­mal od dnia przy­by­cia do Rzy­mu, a po­tem o to­wa­rzy­szą­cych mu w wy­pra­wie współ­bra­ciach neo­ge­ne­ra­nach. Tu­byl­cze pi­sklę było bli­sko, na wy­cią­gnię­cie ręki, tam­ci — da­le­ko. Ma­ją­ca śle­dzić dzie­je Eu­ro­py Fe­sta pod­ję­ła się naj­pierw pe­ne­tra­cji ar­cy­cie­ka­wych wie­ków śred­nich, ale gdy zna­la­zła się w Pa­ry­żu, utknę­ła tam na do­bre. Przy­kuł jej uwa­gę in­try­gu­ją­cy sie­dem­na­sty wiek. Na tam­to stu­le­cie na­kła­dał się okres ba­ro­ku i za­ra­zem ab­so­lu­ty­zmu fran­cu­skie­go. Ol­brom ugrzązł w za­mierz­chłej prze­szło­ści na te­re­nach roz­le­głe­go kon­ty­nen­tu afry­kań­skie­go. Pier­wot­nie miał ba­dać po­cząt­ki ludz­kiej kul­tu­ry i od­sy­ła­li go do Je­ry­cha, osa­dy, któ­ra po­wsta­ła kil­ka ty­się­cy lat przed Chry­stu­sem, oraz do su­me­ryj­skich miast nad Ty­gry­sem i Eu­fra­tem, ale za­bie­rał się do tego bar­dzo nie­mra­wo. Bar­dziej go za­cie­ka­wia­ły po­wol­ne pro­ce­sy geo­lo­gicz­ne — cof­nął się więc w cza­sie o bli­sko sto mi­lio­nów lat. Umknął drań, hen, poza ho­ry­zont naj­waż­niej­szych zda­rzeń i nic nie wska­zy­wa­ło na to, żeby miał szyb­ko po­ja­wić się z po­wro­tem.

Po­ło­żo­ny na pa­gór­ko­wa­tej rów­ni­nie Rzym był ru­chli­wym mia­stem i zbie­ga­ły się tu trak­ty, pro­wa­dzą­ce z róż­nych stron po­tęż­ne­go im­pe­rium. O dro­gi lą­do­we pie­czo­ło­wi­cie dba­no, jed­nak te wod­ne były wciąż waż­niej­sze. Po­ja­wił się w sto­li­cy jako ku­piec z Alek­san­drii. Do­star­czył mo­rzem to­wa­ry, któ­re na­stęp­nie tra­fi­ły na rzym­skie ba­za­ry. Nie ba­wił go jed­nak han­del i nie miał ocho­ty zno­wu pły­nąć do Egip­tu po zbo­że, któ­re w sto­li­cy im­pe­rium za­wsze było w ce­nie. Port w Pu­te­oli go nie po­cią­gał, ani ten nowy w Ostii. Po­zbył się więc ga­ler. Sprze­dał je i wy­na­jął pię­tro przy­tul­ne­go pa­try­cju­szow­skie­go domu, tam po­sta­na­wia­jąc od­dać się — jak gło­sił wszem i wo­bec — stu­dio­wa­niu nauk ta­jem­nych. Ta wy­du­ma­na le­gen­da nie mia­ła ni­cze­go wspól­ne­go z tym, czym się fak­tycz­nie za­mie­rzał zaj­mo­wać w mie­ście nad Ty­brem. Wi­dział An­tio­chię i Alek­san­drię, więc Rzym nie zro­bił na nim wra­że­nia. Cho­ciaż był wiel­ki i ma­low­ni­czo roz­cią­gał się na wzgó­rzach, to nie mógł się rów­nać z cu­da­mi ar­chi­tek­tu­ry świet­nych sto­lic Wscho­du. Bez­ład­ne sku­pi­sko bu­dow­li z róż­nych epok, wzno­szą­cych się wzdłuż Świę­tej Dro­gi, wio­dą­cej ze wzgó­rza Pa­la­tyn na Ka­pi­tol, też nie zwa­la­ło go z nóg. Świą­ty­nia Jo­wi­sza na Ka­pi­to­lu była za skrom­na jak na przy­by­tek głów­ne­go bó­stwa sto­li­cy tak po­tęż­ne­go im­pe­rium. Dla­cze­go więc tu się za­trzy­mał? Od­po­wiedź nie była trud­na. In­try­go­wa­ły go me­an­dry wła­dzy i za­cie­ka­wiał go Ne­ron. Na nim sku­pił swo­ją uwa­gę. Ukrad­kiem prze­do­sta­wał się do jego pa­ła­cu, omi­ja­jąc czuj­ne stra­że pre­to­riań­skie. Mógł sta­wać się na pe­wien czas nie­wi­dzial­ny, zni­kał tak sku­tecz­nie, że w słoń­cu nie rzu­cał cie­nia. Umiał swo­bod­nie prze­ni­kać cia­łem przez omsza­łe ścia­ny i sze­ro­kie so­lid­nie po­sta­wio­ne mury. A wcie­liw­szy się w po­stać spo­ra­we­go niby-pta­szy­ska, po­tra­fił po­ko­ny­wać pod­nieb­ne prze­strze­nie. Żad­na for­tecz­na bra­ma nie była więc dla nie­go prze­szko­dą. Po­sia­da­niem ta­kich umie­jęt­no­ści cie­szy­li się też po­zo­sta­li przy­by­sze. Jed­nak rzad­ko kie­dy z nich ko­rzy­sta­li i sta­ra­li się nie ule­gać chwi­lo­wym ka­pry­som, bo­wiem ta­kie nie­zwy­kłe po­pi­sy po­chła­nia­ły mnó­stwo ener­gii. Nie miał kło­po­tów z za­in­sta­lo­wa­niem w domu ce­sa­rza umoż­li­wia­ją­cych mu in­wi­gi­la­cję wy­ra­fi­no­wa­nych elek­tro­nicz­nych urzą­dzeń, któ­re za po­śred­nic­twem Erwa ścią­gnął z dwu­dzie­ste­go wie­ku, nie­co je po­tem do­sko­na­ląc. Mi­nia­tu­ro­we cac­ka dla miesz­kań­ców pa­ła­cu były nie­wi­docz­ne, bo tak je po­roz­miesz­czał, by ni­ko­mu nie wpa­da­ły w oczy. Ja­kiś czas fa­scy­no­wał się nimi, ale szyb­ko za­czę­ły go nu­dzić. Ob­raz był ja­kiś mar­ny. Uru­cho­mił je te­raz, nie mo­gąc za­snąć i na bla­dym ekra­nie po­ja­wi­ły się sła­bo oświe­tlo­ne wnę­trza. Tu i ów­dzie na ścia­nach pło­nę­ły po­chod­nie, a w czę­ści za­miesz­ka­łej — lam­py oliw­ne. Z pi­lo­tem w ręku cier­pli­wie szu­kał Ne­ro­na, prze­rzu­ca­jąc się z ka­me­ry na ka­me­rę, ale go nie zna­lazł. Wi­docz­nie wład­ca świa­ta w prze­bra­niu i pe­ru­ce bu­szo­wał po mie­ście w to­wa­rzy­stwie kil­ku kom­pa­nów, mło­ko­sów ze zna­nych rzym­skich ro­dzin, za­cze­pia­jąc prze­chod­niów i do­pusz­cza­jąc się po­ufa­ło­ści wo­bec ko­biet i chłop­ców oraz wda­jąc się w wi­niar­niach w awan­tu­ry i bur­dy pi­jac­kie. Był mło­dy i po­dob­no to uwiel­biał, a jego naj­bliż­si do­rad­cy, Se­ne­ka i Bur­rus, przy­my­ka­li na to oczy. A może uczest­ni­czył w gor­szą­cych or­giach w la­bi­ryn­tach pod­zie­mi? Po­tra­fił odziać się w skó­ry zwie­rzę­ce, wy­sko­czyć z klat­ki i tar­gnąć się na uwią­za­nych łań­cu­cha­mi na­gich nie­wol­ni­ków obu płci, by na­sy­cić swe ni­skie żą­dze. Szu­ka­no dla nie­go dziew­cząt o wy­jąt­ko­wo de­li­kat­nej skó­rze. Gwał­cił je, ką­sał i roz­ry­wał cia­ło zę­ba­mi. Uwiel­biał rzu­cać się na szy­ję i prze­gry­zać tęt­ni­cę, a po­tem pła­wić się w mo­rzu krwi. Po­do­ba­ła się Ra­no­wi mło­dziut­ka żona Ne­ro­na, Okta­wia — zaj­rzał więc do niej, by przez chwi­lę za­my­ślić się nad jej słod­ką twa­rzą. Ka­me­ra da­wa­ła przy­zwo­ite przy­bli­że­nie. Jak dziec­ko spa­ła z roz­rzu­co­ny­mi rę­ka­mi, a u jej stóp czu­wa­ły wier­ne nie­wol­ni­ce. Któ­re­goś dnia przy­brał po­stać ce­sa­rza i usi­ło­wał do niej się zbli­żyć. Jed­nak­że źle to ro­ze­grał. Nie­szczę­ściem w po­bli­żu był Ne­ron i prze­ra­że­ni straż­ni­cy po­gna­li za so­bo­wtó­rem, chcąc go po­chwy­cić. Ucie­kał i klu­czył, by wresz­cie tuż przed ich no­sa­mi wto­pić się w na­po­tka­ną ścia­nę. To pew­nie było strasz­ne dla wład­cy Rzy­mu. Od tam­te­go wie­czo­ra mu­siał żyć ze świa­do­mo­ścią tego, że ma krę­cą­ce­go się nie­wi­dzial­nie w po­bli­żu bra­ta bliź­nia­ka, ła­se­go na jego tron i wła­dzę.

Nie poj­mo­wał, dla­cze­go ta prze­mi­ła cór­ka Klau­diu­sza nie po­cią­ga­ła im­pe­ra­to­ra, a ten by­wał rzad­kim go­ściem w jej sy­pial­ni.

— Ech, gu­sta... Na bo­gów, gdzie tu do­bry smak?

Wła­dza ce­sar­ska da­wa­ła Ne­ro­no­wi wprost nie­ogra­ni­czo­ne moż­li­wo­ści za­spo­ka­ja­nia wy­ra­fi­no­wa­nych upodo­bań zmy­sło­wych — i ten skwa­pli­wie z tego ko­rzy­stał, choć nie ob­no­sił się z tym, co wy­czy­niał. Nie było się czym chwa­lić. Jed­nak nie sy­piał ze swo­ją mat­ką, jak to skry­cie da­wa­li do zro­zu­mie­nia rzym­scy prze­śmiew­cy i zło­śliw­cy, a przy­naj­mniej Ran nie na­tra­fił na ślad ta­kiej ułom­no­ści. Co nie zna­czy, że Ne­ron jej nie ad­o­ro­wał. Jed­nak wszyst­ko do cza­su. Neo­ge­ne­ra­nin to i owo wie­dział o przy­szłych lo­sach ce­sa­rza, bo Erw pod­rzu­cił mu z dwu­dzie­ste­go wie­ku jego fa­cho­wo na­pi­sa­ną bio­gra­fię. Agry­pi­nę mia­ła zgu­bić śle­pa mi­łość ma­cie­rzyń­ska. Za­bra­kło jej nosa. Nie prze­wi­dzia­ła ta okrut­ni­ca, że kie­dy jej uko­cha­ny sy­na­lek usa­mo­dziel­ni się i okrzep­nie, de­spo­tycz­na mat­ka sta­nie się dla nie­go za­wa­dą i że pod­nie­sie na nią rękę, bez­li­to­śnie usu­wa­jąc ją z dro­gi. Nie uczył się prze­cież od niej wy­ba­cza­nia win, sto­so­wa­nia ła­ski i mi­ło­sier­dzia, ale zim­ne­go ego­izmu, prze­bie­gło­ści i okru­cień­stwa. Czyż dzie­ci nie były po­dob­ne do swo­ich ro­dzi­ców?

— Ża­ło­sny ko­niec — zgrzyt­nął zę­ba­mi.

No, ale nie na­le­ża­ło uprze­dzać fak­tów. Póki co jego mat­ka mia­ła się do­brze i nic nie za­po­wia­da­ło jej sro­mot­nej klę­ski.

Na­tknął się wresz­cie na znu­dzo­ne­go ce­sa­rza. Ten w gro­nie przy­ja­ciół przy­słu­chi­wał się w jed­nej z sal grze na ki­ta­rze. Nie­opo­dal cze­ka­ło kil­ku tan­ce­rzy, a wśród nich słyn­ny Pa­rys, któ­rym Ne­ron lu­bił się po­pi­sy­wać przed wład­ca­mi ze Wscho­du. Nie dzia­ło się nic nie­po­ko­ją­ce­go i Ran z ulgą wy­łą­czył za­si­la­nie.

Do świ­tu było jesz­cze da­le­ko, na­dal nie mógł za­snąć, więc po­sta­no­wił wy­rwać się z czte­rech ścian. Niby w ja­kiejś ba­śni za­mie­nił się przy oknie w nie­fo­rem­ne spo­re pta­szy­sko i od­fru­nął, nik­nąc w ciem­no­ściach. Trze­po­cząc skrzy­dła­mi, do­tarł aż do świą­ty­ni Jo­wi­sza na Ka­pi­to­lu, a tam za­wró­cił. Znał tę tra­sę na pa­mięć, po­ko­ny­wał ją wie­le razy, więc bez­błęd­nie tra­fił do swo­je­go okna. Tu przy­jął zno­wu ludz­ką po­stać. Zmę­czył go ten prze­lot i uznał, że te­raz już nie będą go drę­czyć uro­je­nia. Wy­cią­gnął się na łożu, przy­krył prze­ście­ra­dłem i przy­mknął oczy. Za­padł w głę­bo­ki sen, tym ra­zem bez ma­ja­ków i zwid, z któ­re­go ock­nął się do­pie­ro oko­ło po­łu­dnia.

Obu­dzi­ła go nie­śmia­ła, ale prze­uro­cza Sa­ta­ria. Usły­szał jej ci­chut­kie kro­ki, sze­ro­ko się prze­cią­gnął, ziew­nął i prze­tarł oczy. Pod­cią­gnął okry­cie, nie chcąc, by oglą­da­ła go na­gie­go. Dziew­czy­na uspo­so­bie­nie mia­ła po­god­ne, a spoj­rze­nie czy­ste i szcze­re. Była cór­ką Mar­ka Sy­la­nu­sa, stra­co­ne­go na roz­kaz Agry­pi­ny za­raz po tym, jak Ne­ron wstą­pił na tron. Zdo­by­wa­ła za­sę­pio­ne­go Rana jak wa­row­ną twier­dzę, każ­de­go ran­ka cie­ka­wie za­glą­da­jąc do jego kom­nat na pię­trze i fi­glar­nie dzie­ląc się z nim plot­ka­mi, któ­re krą­ży­ły po ha­ła­śli­wym mie­ście. Ma­rek Sy­la­nus był pra­pra­wnu­kiem Au­gu­sta i to po­kre­wień­stwo prze­są­dzi­ło o jego lo­sie. Ucho­dził za po­czci­we­go i nie­szko­dli­we­go, a z tej ra­cji zwa­no go na­wet Zło­tą Owcą, lecz to go nie ura­to­wa­ło przed śmier­cią. Pod­ła Agry­pi­na od daw­na po­zby­wa­ła się krew­nych, pre­ten­den­tów do tro­nu ce­sar­skie­go, re­zer­wu­jąc to miej­sce dla swe­go uko­cha­ne­go sy­nal­ka, a po­tem sta­ra­jąc się zręcz­nie umoc­nić jego po­zy­cję. Po­dob­ne nie­szczę­ście spo­tka­ło in­nych człon­ków zna­mie­ni­te­go rodu Sa­ta­rii. Ona sama dziw­nym tra­fem się osta­ła. Była jesz­cze dziec­kiem, a poza tym ura­to­wa­ło ją ka­lec­two, szpet­nie znie­kształ­ca­ją­ce rysy jej twa­rzy. Usi­ło­wa­no ją ku­ro­wać mik­stu­ra­mi z ziół i za­bra­no ją na­wet do świą­ty­ni Esku­la­pa na Ty­brze, ale to nie po­mo­gło. Do­pie­ro Ran ją wy­le­czył, zdej­mu­jąc li­sza­ja z jej skó­ry. Za­sło­nił się wie­dzą le­ka­rzy alek­san­dryj­skich, jed­nak w rze­czy­wi­sto­ści po­słu­żył się umie­jęt­no­ścia­mi, któ­re na tej pla­ne­cie mia­ły być zna­ne do­pie­ro za dwa ty­sią­ce lat. Po­mi­ja­jąc jego oso­bi­stą nie­ziem­ską bie­głość na tym polu, gra­ni­czą­cą z cu­do­twór­stwem. Ale je­śli było się tym, kim się było, to po­tra­fi­ło się znacz­nie wię­cej niż...

— Wi­taj, na­uczy­cie­lu z Alek­san­drii — szep­nę­ła, lek­ko się przy tym ru­mie­niąc. — Dzień już peł­ny, za­pew­ne dłu­go du­ma­łeś nocą nad ta­jem­ny­mi rze­cza­mi, co przy­stoi mę­dr­com, więc wcze­śniej nie chcia­łam cię bu­dzić. Sen to słod­ki przy­ja­ciel, we śnie od­wie­dza­ją wy­brań­ców muzy.

Z ci­cha się ro­ze­śmiał, sły­sząc te sło­wa. Mi­mo­wol­nie wró­cił my­śla­mi do tego, co dzia­ło się ostat­niej nocy. Ślicz­nie jej było z pą­sem na twa­rzy. Pod­niósł się, by się odziać, dał jej umó­wio­ny znak i skrom­nie się od­wró­ci­ła, spusz­cza­jąc wzrok. Mia­ła na so­bie tu­ni­kę z cien­kiej weł­ny, a na przed­ra­mie­niu srebr­ną bran­so­le­tę, tę, któ­rą jej swe­go cza­su po­da­ro­wał. Umia­ła z wdzię­kiem oka­zy­wać, że ceni jego szczo­dro­bli­wość. Ostat­nio na­był dla niej dwie pary grec­kich san­da­łów z barw­nej skó­ry, jed­ną — zło­co­ną, dru­gą — zdo­bio­ną blasz­ka­mi. Po domu jed­nak naj­czę­ściej bie­ga­ła boso. Drob­ne loki opa­da­ły jej na czo­ło. Nie za­pla­ta­ła kunsz­tow­nie wło­sów, jak to czy­ni­ły za­moż­ne ko­bie­ty, ale na mo­dłę z cza­sów Klau­diu­sza roz­cze­sy­wa­ła je na boki z prze­dział­kiem na środ­ku, z tyłu je tyl­ko spi­na­jąc. Kie­dy wy­cho­dzi­ła na mia­sto, spla­ta­ła je w war­kocz i kry­ła pod sza­lem.

Gdy już do­pro­wa­dził się do po­rząd­ku, od­chrząk­nął i ujął de­li­kat­nie jej szczu­płą dłoń, za­glą­da­jąc w pięk­ne ciem­no­brą­zo­we oczy.

— Muzą ty mi je­steś, Sa­ta­rio, tu, w mie­ście Ro­mu­lu­sa, gdzie nie mam przy­ja­ciół, zna­jo­mych ani krew­nych — żar­to­bli­wie się zre­wan­żo­wał. — Wio­dę ży­wot sa­mot­ni­ka, bez sług, nie­wol­ni­ków i nie­wol­nic. Tyl­ko więc twój słod­ki śmiech le­czy mnie z me­lan­cho­lii.

Za­jął się przy­nie­sio­nym przez nią śnia­da­niem, było to już bar­dziej pran­dium niż ien­ta­cu­lum, a ona w tym cza­sie obej­rza­ła po­żół­kłe per­ga­mi­no­we mapy, na któ­re na­nie­sio­no szla­ki przez mo­rza, wio­dą­ce do kra­in na po­łu­dniu i na wscho­dzie. Była pil­na i zdol­na, mia­ła już za sobą kil­ka uda­nych lek­cji geo­gra­fii, więc orien­to­wa­ła się, gdzie znaj­du­ją się Ga­lia i Bry­ta­nia, Dal­ma­cja, Ma­ce­do­nia, Tra­cja, Egipt, Azja, Ga­la­cja, Ka­pa­do­cja i inne kra­iny.

— Obie­ca­łeś mi, na­uczy­cie­lu, że po­ka­żesz mi po­dob­ne szla­ki, bie­gną­ce po nie­bo­skło­nie — rze­kła ze skry­wa­nym wy­rzu­tem, gdy już upo­rał się z po­sił­kiem. — Chcia­ła­bym je uj­rzeć w po­god­ną noc, gdy nie­bo jest czy­ste, bez chmur. Po­noć go­łym okiem ich nie do­strze­że. A i przy tym trze­ba wie­dzieć, gdzie ich szu­kać.

W pierw­szej chwi­li nie od­po­wie­dział, do­brze poj­mu­jąc, o co cho­dzi za­du­rzo­nej w nim dziew­czy­nie, ma­ją­cej po­nad­to nie­wy­mow­ny dług wdzięcz­no­ści. Wo­dzi­ła go na po­ku­sze­nie. Po obie­dzie, któ­ry w to­wa­rzy­stwie jej ciot­ki póź­no spo­ży­wał w atrium, ra­czej już nie za­glą­da­ła do jego kom­nat. Bra­ko­wa­ło jej pre­tek­stu. Naj­pierw, kie­dy ją po­znał, było mu jej żal, wsty­dli­wie cho­wa­ła się po ką­tach, nie chcąc po­ka­zy­wać swo­jej ze­szpe­co­nej twa­rzy, póź­niej jed­nak, gdy jej olśnie­wa­ją­ca uro­da da­wa­ła już o so­bie znać, za­czął po­wo­li ule­gać jej uro­ko­wi. Jego my­śli po­bie­gły w stro­nę Bet­ta­ta­rii i prze­szy­ło go bo­le­sne uczu­cie osa­mot­nie­nia. Nie był pew­ny tego, czy kie­dy­kol­wiek tam wró­ci. Po­tem skie­ro­wał wzrok na Sa­ta­rię. Po­trze­bo­wał tej ślicz­nej ma­łej nie tyl­ko w dzień, ale rów­nież w nocy, kie­dy do­pa­da­ły go kosz­ma­ry, aby wy­peł­ni­ła pust­kę u jego boku.

— Ład­nie dzi­siaj, sło­necz­nie, wiatr nie gna chmur i po zmierz­chu bę­dzie po­god­nie — ugiął się, zwi­ja­jąc bez po­śpie­chu per­ga­mi­no­we mapy. — Mo­żesz wdra­pać się na górę. Po ci­chu po­dej­rzy­my gwiaz­dy. Może od­sło­nią przed nami swo­je ta­jem­ni­ce? I zdra­dzą nam wię­cej niż in­nym?

Prze­krzy­wi­ła gło­wę, a jej ciem­ne oczy po­ja­śnia­ły. Kla­snę­ła ura­do­wa­na w dło­nie, jak mała dziew­czyn­ka, któ­rą star­sze od niej urwi­sy do­pu­ści­ły wresz­cie do za­ba­wy. Jed­nak od daw­na nie była dziec­kiem. Po­da­ła mu usłuż­nie gli­nia­ny dzban, do któ­re­go ostroż­nie wło­żył cen­ny zwój. Się­gnął po­tem po ru­lo­ny z utwo­ra­mi We­rgi­liu­sza, Owi­diu­sza i Ho­ra­ce­go, ale po na­my­śle po­zo­sta­wił je tam, gdzie le­ża­ły.

— Wy­bor­nym je­steś na­uczy­cie­lem, Kle­men­sie — z oży­wie­niem rze­kła, po raz pierw­szy wy­ma­wia­jąc jego imię. Wcze­śniej nie mia­ła od­wa­gi tego czy­nić, mimo że ją kil­ka­krot­nie za­chę­cał. A po­tem za­du­ma­na z ci­cha do­rzu­ci­ła, bar­dziej do sie­bie niż do nie­go: — Chcia­ła­bym, że­byś za­brał mnie kie­dyś ze sobą do Alek­san­drii...

To były ka­pry­sy. Sku­pił my­śli na dro­dze, któ­rą miał po­ko­nać. Bie­gła dużo da­lej niż do Egip­tu czy na­wet do ja­śnie­ją­cych na noc­nym nie­bie gwiazd. Ob­rzu­cił smut­na­wym wzro­kiem jej zgrab­ną dziew­czę­cą syl­wet­kę. Wy­zie­ra­ją­ce ku­szą­co spod cien­kiej ma­te­rii tu­ni­ki jędr­ne pier­si za­chę­ca­ły do nie­win­nych piesz­czot. Gdy­by to dzie­cię sta­ro­żyt­ne­go Rzy­mu stu­dio­wa­ło fi­zy­kę w dwu­dzie­stym lub w dwu­dzie­stym pierw­szym wie­ku w jed­nym z miast eu­ro­pej­skich lub ame­ry­kań­skich, pew­nie po­ję­ło­by, skąd na­praw­dę przy­był. Wy­obra­ził so­bie, że wy­sta­je w to­wa­rzy­stwie Sa­ta­rii w za­ci­szu go­tyc­kie­go dzie­dziń­ca uni­wer­sy­tec­kie­go, a tam tłu­ma­czy jej, że po wy­rwa­niu się z cza­so­prze­strze­ni moż­na się prze­bić do po­sia­da­ją­ce­go ujem­ną ener­gię świa­ta, zwa­ne­go po­tom­nym.

— Wy­bie­ram się w znacz­nie dłuż­szą po­dróż niż do Alek­san­drii — zdra­dził mło­dziut­kiej przy­ja­ciół­ce. Do­strzegł w jej ślicz­nych oczach błysk prze­ra­że­nia, więc szyb­ko do­rzu­cił: — No, nie, może nie dłuż­szą, ale inną. Mam udać się do Ko­ryn­tu — śpiesz­nie ob­ja­śnił — a stam­tąd da­lej, na pół­noc, w góry.

Mi­mo­wol­nie ode­pchnął ją od sie­bie tą wia­do­mo­ścią i wpra­wił w za­kło­po­ta­nie. Chwi­lę mil­cza­ła, a po­tem rze­kła na­bur­mu­szo­na, usi­łu­jąc wbić mu ostrą szpi­lę:

— Po­dob­no ce­sarz przy­po­mniał so­bie, że nie­od­ża­ło­wa­ny Ma­rek Sy­la­nus po­zo­sta­wił cór­kę. Odzia­ną w bo­ga­te sza­ty, usil­nie pra­gnie uj­rzeć ją u sie­bie w pa­ła­cu i przy­jąć jak sio­strę...

Za­brzmia­ło to buń­czucz­nie, nie­omal jak wy­zwa­nie i pod no­sem Rana nie­ocze­ki­wa­nie za­igrał pół­u­śmiech. Dwór Ne­ro­na był ostat­nim miej­scem w Rzy­mie, gdzie Sa­ta­ria mo­gła­by się po­ja­wić, nie ry­zy­ku­jąc ży­ciem. I pew­nie do­brze o tym wie­dzia­ła.

Prze­ła­mał się i ujął ją zno­wu za rękę.

— Je­że­li czu­jesz się znu­dzo­na tym mia­stem, mogę cię za­brać w mo­rze. O ile zgo­dzi się na to two­ja ciot­ka i o ile nie od­stra­szą cię nie­wy­go­dy po­dró­ży...

Udo­bru­chał ją tą złud­ną obiet­ni­cą.

— Na­praw­dę? — kla­snę­ła z ra­do­ścią w dło­nie, a jej oczy po­ja­śnia­ły. — Je­steś dla mnie taki do­bry! — szyb­ciut­ko skwi­to­wa­ła.

Uległ jej niby to nie­win­nej stra­te­gii, więc pro­mien­na przy­sia­dła przy nim, skwa­pli­wie za­bie­ra­jąc się do po­da­ne­go jej rę­ko­pi­su.

Przez plą­ta­ni­nę roz­ro­słych skrzy­pów, wi­dła­ków i pa­pro­ci gi­gan­tycz­ny gad przedarł się na oświe­tlo­ną po­ran­nym słoń­cem pod­mo­kłą po­la­nę. Ol­brom był więź­niem ro­śli­no­żer­ne­go bra­chio­zau­ra, któ­ry cie­szył się zna­ko­mi­tym ape­ty­tem i nie­ustan­nie po­szu­ki­wał po­kar­mu. Stwór miał ze dwa­dzie­ścia pięć me­trów dłu­go­ści i wa­żył z pięć­dzie­siąt ton. Był zdro­wym oka­zem, a jego gru­ba, z lek­ka cęt­ko­wa­na skó­ra po ob­fi­tym noc­nym desz­czu jesz­cze błysz­cza­ła. Po­sia­dał spo­rą szy­ję, przed­nie koń­czy­ny dłuż­sze od tyl­nych, a noz­drza na czub­ku gło­wy. Po­chło­nię­ty zdo­by­wa­niem po­ży­wie­nia ol­brzym nie zwra­cał uwa­gi na oto­cze­nie, ry­chło mógł więc paść ofia­rą mniej­szych, ale uzbro­jo­nych w ostre zęby di­no­zau­rów, któ­rych na za­le­sio­nej rów­ni­nie nie bra­ko­wa­ło. Neo­ge­ne­ra­nin nie pró­bo­wał so­bie wy­obra­żać, co by się z nim sta­ło, gdy­by tu­łów jego no­si­cie­la zo­stał ro­ze­rwa­ny na strzę­py przez wy­głod­nia­łych mię­so­żer­ców. Praw­do­po­dob­nie utra­cił­by two­rzy­wo, z któ­re­go zbu­do­wał so­bie ludz­kie cia­ło. Po­przed­nie­go dnia w po­bli­żu krę­ci­ły się dwa mło­de ty­ra­no­zau­ry, a ich obec­ność nie wró­ży­ła ni­cze­go do­bre­go. Bez­rad­ny klął na czym świat stoi, ale ni­cze­mu nie mógł za­ra­dzić. Zna­lazł się w pu­łap­ce.

Na­gły od­pływ ener­gii od­czuł po­dob­nie jak po­zo­sta­li po­dróż­ni­cy w cza­sie. Po­zba­wi­ło go to zu­peł­nie moż­li­wo­ści ma­new­ru. Na­wet gdy­by bar­dzo chciał, nie mógł się wy­do­stać z ma­je­sta­tycz­nie krą­żą­cej po oko­li­cy góry mię­sa. Ran, Fe­sta i Erw ba­da­li cy­wi­li­zo­wa­ne okre­sy ży­cia na Zie­mi — byli więc w lep­szej sy­tu­acji niż on, ska­za­ny na ogra­ni­czo­ne gady, z któ­ry­mi nie mógł się po­ro­zu­mieć. Ogar­niał go wstyd, gdyż zgod­nie z przy­ję­tym na wstę­pie pla­nem dzia­ła­nia po­wi­nien był krę­cić się wśród pry­mi­tyw­nych tu­byl­ców, ży­ją­cych oko­ło pię­ciu ty­się­cy lat przed Chry­stu­sem. Gdy­by po­zo­stał u dzi­ku­sów z dzi­da­mi, za­pew­ne bez wy­sił­ku po­ra­dził­by so­bie z na­gle wy­ro­słą prze­szko­dą. Ja­kiś chi­cho­czą­cy głos zło­śli­wie mu do­ra­dził, by za­in­sta­lo­wał się w od­le­głych pra­dzie­jach, a on jak ostat­ni głu­piec po­słu­chał idio­tycz­nej szep­ta­nej pod­po­wie­dzi. A w re­zul­ta­cie tego nie­ostroż­nie wy­lą­do­wał w epo­ce, któ­rą sze­ro­kim łu­kiem omi­ja­ła win­da cza­su. Czym zaś się tam zaj­mo­wał? Le­piej nie mó­wić. Ni­czym. Jego am­bit­ne pla­ny spa­li­ły na pa­new­ce, bo ogar­nę­ło go strasz­li­we le­ni­stwo. Miał za­miar spraw­dzić — mię­dzy in­ny­mi — czy Zie­mia fak­tycz­nie pod­le­ga ta­jem­ni­cze­mu cy­klo­wi glo­bal­nych ka­ta­strof, ale w ogó­le do tego się nie za­brał. Zgod­nie z wy­su­nię­tą przez ziem­skich ba­da­czy hi­po­te­zą co dwa­dzie­ścia pięć ty­się­cy lat mia­ło do­cho­dzić do rap­tow­ne­go osu­nię­cia się osi pla­ne­ty i wzno­wie­nia ru­chu ob­ro­to­we­go pod in­nym ką­tem. Siłą rze­czy po­cią­ga­ło­by to za sobą gwał­tow­ne zmia­ny na jej po­wierzch­ni. Hi­po­te­zę tę po­noć od­rzu­co­no w dwu­dzie­stym wie­ku, ale nic nie sta­ło na prze­szko­dzie, żeby ją zwe­ry­fi­ko­wać. Czy ci, któ­rzy się z nią roz­pra­wi­li, mie­li cał­ko­wi­tą ra­cję? Erw mu po­nad­to su­ge­ro­wał, by usta­lił, dla­cze­go wy­gi­nę­ły di­no­zau­ry. Tego do­cie­kli­we­go wę­drow­ca in­te­re­so­wa­ły też inne rze­czy z mniej za­mierz­chłej prze­szło­ści. Za­rzu­cał Ol­bro­ma swo­imi po­my­sła­mi. Był cie­ka­wy, jak po­wsta­ło na sma­ga­nym wia­tra­mi wrzo­so­wi­sku na pół­noc od Sa­lis­bu­ry sank­tu­arium Sto­ne­hen­ge. Ten ta­jem­ni­czy kul­tycz­ny krąg z epo­ki ka­mien­nej sta­no­wił w dwu­dzie­stym wie­ku pa­sjo­nu­ją­cą za­gad­kę. Po­nad­to do­py­ty­wał się o au­to­rów wi­docz­nych z po­wie­trza ta­jem­ni­czych na­ziem­nych ry­sun­ków, roz­cią­gnię­tych na po­wierzch­ni pię­ciu­set ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych mię­dzy mia­sta­mi Na­zca i Ica w po­łu­dnio­wo-za­chod­niej czę­ści Peru. O ta­jem­ni­czą Atlan­ty­dę go nie in­da­go­wał, bo pew­nie uznał, że nie war­to.

Cięż­ki bra­chio­zaur wy­cią­gał le­ni­wie dłu­gą szy­ję, kar­miąc się li­ść­mi z ko­ron wy­so­kich drzew, a Ol­brom trwał w bo­le­snej za­du­mie, me­dy­tu­jąc nad tym, jak wy­rwać się z pu­łap­ki. Pusz­czał wo­dze fan­ta­zji. Przy­cho­dzi­ło mu do gło­wy, że naj­bliż­szym do­stęp­nym źró­dłem ener­gii było roz­grza­ne do wy­so­kich tem­pe­ra­tur i plu­ją­ce lawą wul­ka­nicz­ną wnę­trze pla­ne­ty.

— Do­stać się do środ­ka Zie­mi! — po­mru­ki­wał.

Ma­rzył o za­nu­rze­niu się w cie­kłej mag­mie. Mu­siał­by do­trzeć w cie­le di­no­zau­ra do naj­bliż­sze­go czyn­ne­go wul­ka­nu, wdra­pać się na jego stro­my skraj i sto­czyć się do ot­chłan­ne­go kra­te­ru. Gdy­by po­wio­dło mu się to z po­zo­ru nie­do­rzecz­ne przed­się­wzię­cie, bez prze­szkód opu­ścił­by pa­skud­ną epo­kę. In­nej dro­gi uciecz­ki z sen­ne­go par­ku ju­raj­skie­go nie wi­dział. Utrwa­lo­na w jego prze­past­nej pa­mię­ci mapa tych stron pod­po­wia­da­ła mu, że do celu nie ma wca­le tak da­le­ko. Jed­nak­że był to za duży dy­stans jak na nędz­ne moż­li­wo­ści ru­cho­we wred­nej góry tu­szy i jego bra­chio­zaur nie po­do­łał­by tej tra­sie. Zwierz nie nada­wał się do ta­kich wy­praw i ska­za­ny na jego prze­brzy­dłe to­wa­rzy­stwo obcy nie miał za­dat­ków na ju­raj­skie­go glob­tro­te­ra. Te­ra­pia od­chu­dza­ją­ca? Nie! Przy­dał­by mu się inny śro­dek lo­ko­mo­cji. Ko­rzy­sta­jąc z oczu gada Ol­brom śle­dził ła­ko­mym wzro­kiem tną­ce prze­stwo­rza pte­ro­zau­ry, ma­ją­ce za nic siłę przy­cią­ga­nia ziem­skie­go. Strasz­li­wie im za­zdro­ścił i gło­wił się nad tym, co po­wi­nien zro­bić, żeby do­paść jed­ne­go z nich i go ujarz­mić.

Rozdział drugi

Na­tar­czy­we pu­ka­nie nie ustę­po­wa­ło, a krzy­ki do­wo­dzi­ły, że pew­ni sie­bie fa­ce­ci, któ­rzy bez uprze­dze­nia po­ja­wi­li się ran­kiem przed ocie­nio­nym ci­sa­mi uro­czym pa­wi­lo­nem, wcze­śniej czy póź­niej bez­ce­re­mo­nial­nie wtar­gną do jego nu­me­ru. Byli górą, cho­ciaż pew­nie nad­uży­wa­li swo­ich upraw­nień. Któ­ryś z nich za­czął bez­czel­nie wa­lić pię­ścią w drzwi. Za­po­wia­dał się szturm.

— Co za cha­my — mruk­nął do roz­bie­ga­nych my­śli. Nie poj­mo­wał, dla­cze­go tak na­chal­nie do­bie­ra­li mu się do skó­ry agen­ci FBI. Bo to oni byli, nie miał co do tego ani cie­nia wąt­pli­wo­ści. Ze­sko­czył z łóż­ka, mi­giem na­rzu­ca­jąc na sie­bie odzie­nie. Szyb­ko się ogar­nął, za­ło­żył ko­szu­lę, wcią­gnął spodnie i wyj­rzał przez okno, od­su­wa­jąc za­słon­kę w drob­ną krat­kę. — O co cho­dzi? — krzyk­nął przez szy­bę, sta­ra­jąc się, by jego głos wy­ra­żał bez­brzeż­ne zdu­mie­nie. Mę­czy­ła go po­ran­na chryp­ka. Miał do per­fek­cji opa­no­wa­ne ludz­kie od­ru­chy, więc nie lę­kał się na­głej de­kon­spi­ra­cji. Mógł roz­pły­nąć się w po­wie­trzu, dać z ba­ga­żem dyla przez ścia­nę, krót­ko mó­wiąc: bez­pow­rot­nie znik­nąć im z oczu, ale uznał, że nie ma po­wo­du, by tchó­rzyć. Do dia­ska, nie mu­siał się ni­cze­go oba­wiać.

Mu­rzyn w gar­ni­tu­rze w prąż­ki po­ka­zał mu przez aż do prze­sa­dy czy­stą szy­bę wy­cią­gnię­tą z kie­sze­ni le­gi­ty­ma­cję służ­bo­wą. To ten drań wa­lił pię­ścią. Stra­szył lek­ką nad­wa­gą. W dru­giej dło­ni trzy­mał od­bez­pie­czo­ny pi­sto­let. Wspar­ty o la­tar­nię ro­sły blon­dyn z kró­ciut­ko przy­strzy­żo­ny­mi wło­sa­mi przy­glą­dał się chłod­no tej sce­nie. Pew­nie nie­źle się ba­wił. Jego wy­dat­ne szczę­ki ryt­micz­nie się po­ru­sza­ły. Bez­na­mięt­nie żuł gumę i nie za­mie­rzał wy­jąć rąk z kie­sze­ni.

Nie miał in­ne­go wyj­ścia, mu­siał in­tru­zom otwo­rzyć drzwi.

— Da­vid O’Con­nor? — za­brzmia­ło to ra­czej jak stwier­dze­nie niż jak py­ta­nie. Nie mie­li wąt­pli­wo­ści, komu wła­żą na od­ci­ski.

Mil­czą­co przy­tak­nął. Bły­ska­wicz­nie prze­biegł w pa­mię­ci zda­rze­nia z ostat­nich kil­ku dni, ale nie zna­lazł ni­cze­go, co do­wo­dzi­ło­by, że wszedł w ko­li­zję z ame­ry­kań­skim pra­wem sta­no­wym lub fe­de­ral­nym. Głę­bo­ko ode­tchnął i wpu­ścił obu fi­lu­ją­cych agen­tów do środ­ka.

Blon­dyn prze­pa­ra­do­wał bez­czel­nie przez sa­lon i za­szył się w nie­wiel­kiej kuch­ni, lu­stru­jąc tam wścib­skim wzro­kiem wszyst­kie kąty. Na­wet zaj­rzał do lo­dów­ki, w któ­rej sta­ły bu­tel­ki z wodą mi­ne­ral­ną. Po­tem bez py­ta­nia wpa­ro­wał do ła­zien­ki. Mu­rzyn po­pro­sił ho­te­lo­we­go go­ścia o pra­wo jaz­dy. Nie­do­kład­nie obej­rzał do­ku­ment i nie­dba­łym ru­chem od­rzu­cił na łóż­ko. Po­pra­wił kra­wat przy śnież­no­bia­łej ko­szu­li, z nie­za­do­wo­le­niem krę­cąc szy­ją. Było wi­dać, że za­czy­na się po­cić.

— I co?!

Blon­dyn ze wzgar­dą wzru­szył ra­mio­na­mi.

— I nic!

Po­ro­zu­mie­li się ocza­mi. Nie byli za­chwy­ce­ni jego spo­ko­jem. Na­wet nie ich spy­tał, czy mają na­kaz. Li­czy­li za­pew­ne na to, że Erw się prze­stra­szy i że po­peł­ni ja­kiś błąd, któ­ry go zdra­dzi. Może rzu­ci się do uciecz­ki lub sko­czy na nich z roz­dar­tą mor­dą i za­cznie im wy­gra­żać pię­ścia­mi? Albo wy­cią­gnie splu­wę i wy­mie­rzy w ich stro­nę, pró­bu­jąc ich na­stra­szyć? Ten jed­nak nie usi­ło­wał się wca­le bro­nić. Na­praw­dę nie miał przed czym.

— Pew­nie ja­kaś po­mył­ka? — układ­nie za­uwa­żył, spo­glą­da­jąc na nich nie­co z góry. Wcie­lił się w rolę dys­tyn­go­wa­ne­go dżen­tel­me­na, któ­ry roz­ma­wia z kel­ne­rem lub ho­te­lo­wym chłop­cem na po­sył­ki.

Mu­rzyn za­trzy­mał się w wyj­ścio­wych drzwiach. Przez uła­mek se­kun­dy wa­hał się nad od­po­wie­dzią.

— Chy­ba tak — gład­ko wy­łgał się kłam­stwem. — Myl­nie nam po­da­no ten ad­res — wy­stę­kał na po­że­gna­nie.

Wy­szedł za blon­dy­nem, usa­tys­fak­cjo­no­wa­ny wi­docz­nie tym, co po­wie­dział. Sło­wo „prze­pra­szam” nie prze­szło mu przez usta.

Erw wyj­rzał jesz­cze za agen­ta­mi przez okno, a na­stęp­nie po­wo­lut­ku przy­siadł na łóż­ku. Nie­spiesz­nie za­ło­żył kre­mo­we skar­pet­ki, naj­pierw lewą, po­tem pra­wą, a wresz­cie sznu­ro­wa­ne ja­sno­brą­zo­we pół­bu­ty. Z przy­zwy­cza­je­nia włą­czył od­bior­nik te­le­wi­zyj­ny. Le­cia­ła po­wtór­ka me­czu rug­by. Nie miał jed­nak ocho­ty na oglą­da­nie żad­nej sta­cji. Tu pro­gram był zaj­mu­ją­cy do­pie­ro wie­czo­rem. Za­marł, kon­cen­tru­jąc my­śli na czymś nie­uchwyt­nym, na co za­to­nię­ci w ja­zgo­cie ży­cia lu­dzie na tej pla­ne­cie zwy­kle nie zwra­ca­li uwa­gi, a po­tem pod­niósł się i ostroż­nie za­pu­ścił żu­ra­wia do kuch­ni bun­ga­lo­wu. Mi­nia­tu­ro­wy mi­kro­fon był umiesz­czo­ny pod spodem wi­szą­ce­go na ścia­nie apa­ra­tu te­le­fo­nicz­ne­go. Skrzy­wił się z od­ra­zą, od­ry­wa­jąc elek­tro­nicz­ną plu­skwę i wy­no­sząc ją do ła­zien­ki. Mie­wał już w rę­kach po­dob­ne szka­radz­twa. Spły­nę­ła rurą ka­na­li­za­cyj­ną w gło­śnych stru­gach wody.

— Co za idio­ci? — pod­su­mo­wał pół­gło­sem nie­pro­szo­nych go­ści. Wy­nie­śli się i przy­jął to z nie­skry­wa­ną ulgą. Miał te­raz coś waż­niej­sze­go na gło­wie.

Wy­cią­gnął ze skó­rza­nej tor­by po­dróż­nej skła­da­ną mapę, rzu­cił się na łóż­ko, roz­ło­żył ją i po raz ko­lej­ny przyj­rzał się za­pla­no­wa­nej tra­sie. Nie za­mie­rzał z po­wo­du tych dwóch szem­ra­nych agen­tów re­zy­gno­wać z za­da­nia, któ­re przed sobą po­sta­wił, ani zmie­niać przy­ję­tej stra­te­gii. Wbił so­bie dro­gę w pa­mięć, po­tem pod­niósł się, sta­nął z za­ło­żo­ny­mi rę­ka­mi i z iście fi­lo­zo­ficz­ną za­du­mą za­pa­trzył się w okno.

Z Pa­ry­ża przy­le­ciał do Wa­szyng­to­nu jako pa­ra­ją­cy się na Sor­bo­nie sta­ro­żyt­ną i śre­dnio­wiecz­ną fi­lo­zo­fią trzy­dzie­sto­let­ni na­uko­wiec fran­cu­ski, Yves Du­qu­oc. W dwa dni póź­niej był już jed­nak­że czter­dzie­sto­pię­cio­let­nim Ame­ry­ka­ni­nem, Da­vi­dem O’Con­no­rem, tu­zin­ko­wym ka­sje­rem jed­ne­go z licz­nych no­wo­jor­skich ban­ków. W przy­pad­ko­wej to­a­le­cie w nie­speł­na dzie­sięć mi­nut upo­rał się z prze­dziw­ną nie­ziem­ską trans­for­ma­cją. Była ona da­le­ka od pom­pa­tycz­nej i po­wierz­chow­nej cha­rak­te­ry­za­cji te­atral­nej. Prze­mo­de­lo­wał po pro­stu wła­sne cia­ło, świa­do­mie de­cy­du­jąc się na inną fi­zys. Mógł so­bie na to po­zwo­lić, ba­zu­jąc na reszt­kach mocy z Bet­ta­ta­rii. Ener­gia z niby-dali już wpraw­dzie nie pły­nę­ła, a to na sku­tek po­dej­rza­nych za­wi­ro­wań i pęk­nięć w nur­cie cza­so­prze­strze­ni, ale tym się nie za­mar­twiał. Uznał, że to przej­ścio­we. Już wcze­śniej brał pod uwa­gę taką przy­krą ewen­tu­al­ność i wpadł na to, jak so­bie z tym po­ra­dzić. Nie było to wca­le trud­ne. Na­le­ża­ło umie­jęt­nie się­gać do tu­tej­szych źró­deł, cho­ciaż te nie były aku­rat za ob­fi­te. Zdą­żył na czas, od­by­wa­jąc nie­spiesz­ną po­dróż po wy­bra­nych sta­nach USA i za­trzy­mu­jąc się na krót­ko przy du­żych elek­trow­niach. Im więk­sze, tym lep­sze. Za­ku­mu­lo­wał w so­bie spo­ry za­pas prze­two­rzo­nej ener­gii elek­trycz­nej, któ­rą mógł się te­raz swo­bod­nie po­słu­gi­wać. Wpraw­dzie ta ziem­ska róż­ni­ła się tro­chę od bet­ta­ta­riań­skiej, przy­po­mi­na­ła wy­młó­co­ne ziar­no z do­dat­kiem plew, ale prze­cież na bez­ry­biu i rak był rybą. Za­zna­czył w my­ślach na ma­pie trzy ostat­nie obiek­ty, ja­kie mu jesz­cze zo­sta­ły — zgod­nie z pla­nem — do od­wie­dze­nia, a po­tem po­now­nie sku­pił uwa­gę na do­cie­kli­wych agen­tach FBI.

Zmarsz­czył brwi, usi­łu­jąc do­ciec, o co im po­szło.

— Cze­go ci dwaj szu­ka­li? — żon­glo­wał nie­po­ko­ją­cym py­ta­niem, któ­re po oso­bli­wym zaj­ściu tego po­ran­ka było naj­zu­peł­niej na miej­scu. — Wła­śnie. Cze­go?!

Ci dra­nie nie po­win­ni byli wpaść na jego trop. Czy też od­kryć, że jest wred­nym ko­smi­tą. To ostat­nie w ogó­le nie wcho­dzi­ło w grę. Zresz­tą, gdy­by uzna­li, że jest ob­cym z ko­smo­su, nie pcha­li­by się do nie­go bez­myśl­nie tyl­ko we dwój­kę. Przy­cią­gnę­li­by ze sobą uzbro­jo­ną po zęby ar­mię.

Spa­ko­wał bez po­śpie­chu swo­je rze­czy, z fleg­mą przy­go­to­wu­jąc się do wy­jaz­du. Przy­po­mniał so­bie, że dwa dni wcze­śniej w są­sied­nim sta­nie za­pła­cił man­dat za nie­fra­so­bli­we par­ko­wa­nie w nie­do­zwo­lo­nym miej­scu. Wy­rów­nał go­tów­ką, któ­rej miał pod do­stat­kiem. Czy jed­nak było praw­do­po­dob­ne, by w po­li­cyj­nym kom­pu­te­rze do­strze­żo­no nie­ści­sło­ści, zwią­za­ne z jego pra­wem jaz­dy? O to, żeby wszyst­ko zga­dza­ło się z kar­to­te­ka­mi, za­dbał za­raz po przy­lo­cie do USA. A może w tym sa­mym cza­sie praw­dzi­wy O’Con­nor spo­wo­do­wał wy­pa­dek w No­wym Jor­ku? Roz­draż­nio­ny wzru­szył ra­mio­na­mi, czu­jąc, że agen­ci FBI nie wy­nie­śli się na do­bre i że wa­ru­ją gdzieś w po­bli­żu jak char­ty, go­to­we po­gnać za umy­ka­ją­cą im zdo­by­czą.

— Cze­go ci skur­wie­le szu­ka­li? — nie­spo­koj­nie po­wtó­rzył py­ta­nie.

Za­mknął ci­cho drzwi apar­ta­men­tu, wsiadł do tro­chę już sfa­ty­go­wa­ne­go chry­sle­ra i pod­je­chał wą­ską as­fal­to­wą szo­są mię­dzy drze­wa­mi do re­cep­cji, aby od­dać klucz. Sie­dzą­ca za kon­tu­arem miła bru­net­ka z krót­ko przy­cię­ty­mi wło­sa­mi po­sła­ła za nim tę­sk­ne spoj­rze­nie. Wła­śnie po­pra­wia­ła so­bie ma­ki­jaż. Nie wstą­pił jed­nak do ho­te­lo­wej re­stau­ra­cji, żeby zjeść śnia­da­nie.

— A może na­kry­li mnie przez sa­te­li­tę? — mruk­nął, za­pusz­cza­jąc zno­wu sil­nik wozu. — Je­że­li tak, to bę­dzie nie­cie­ka­wie.

Skrę­cił przy wy­jeź­dzie w stro­nę mia­sta, włą­cza­jąc się w sznur ja­dą­cych sa­mo­cho­dów, a po­tem prze­sko­czył na szyb­szy pas ru­chu i do­dał gazu. Ana­li­zo­wał swój przy­pa­dek i od tej stro­ny, lecz i tu nie zna­lazł moż­li­wo­ści de­kon­spi­ra­cji. Ener­gia, któ­rą w so­bie zma­ga­zy­no­wał, była do­kład­nie wy­ze­ro­wa­na, in­ny­mi sło­wy wy­czysz­czo­na z plew, a jej cały za­pas bez­piecz­nie zre­du­ko­wa­ny do po­zio­mu sub­kwan­to­we­go. Nie emi­to­wał więc ni­czym ta­kim, co mo­gły­by wy­chwy­cić i za­re­je­stro­wać czu­łe oka oko­ło­ziem­skich szpe­ra­czy. Z ulgą od­sap­nął, od­rzu­ca­jąc to przy­pusz­cze­nie. Po­tem sku­pił się na szo­sie. We wstecz­nym lu­ster­ku uj­rzał ści­ga­ją­cy go wóz. Tam­ci dwaj nie próż­no­wa­li. Zmie­nił kil­ka razy pa­smo ru­chu, ale bez wi­docz­ne­go skut­ku. Dra­nie bez prze­rwy wi­sie­li mu na ogo­nie. A może umie­ści­li mu ma­leń­ki na­daj­nik w sa­mo­cho­dzie? Przed od­jaz­dem po­wi­nien był obejść do­oko­ła wóz i spraw­dzić pod­wo­zie. Z pew­no­ścią coś mu przy­cze­pi­li.

— Nie man­dat, nie dane z sa­te­li­ty — eli­mi­no­wał pół­szep­tem moż­li­we przy­czy­ny. — Za­tem co?! — Szu­kał da­lej wy­ja­śnie­nia i do­znał rap­tow­ne­go olśnie­nia. Przed oczy­ma prze­su­nę­ły mu się ka­dry z fil­mu sen­sa­cyj­ne­go, któ­ry po­przed­nie­go wie­czo­ra z wy­pie­ka­mi na twa­rzy oglą­dał w te­le­wi­zji. — A gdy­by do­szli do mnie ja­koś dro­gą de­duk­cji? — zma­gał się z ko­lej­ną hi­po­te­zą. Pu­ścił wo­dze fan­ta­zji, pró­bu­jąc so­bie uzmy­sło­wić, jak mo­gło­by to wy­glą­dać. Wy­obra­ził so­bie zwo­ła­ny na­pręd­ce w Bia­łym Domu sztab an­ty­kry­zy­so­wy. I cały ta­bun agen­tów nie­źle się tru­dzą­cych, by po­przez ostrą se­lek­cję dojść do spraw­cy. Mu­sie­li­by ja­kimś cu­dem od­kryć, że wę­szy w po­bli­żu wiel­kich elek­trow­ni za­wsze wte­dy, kie­dy w nich coś na­wa­la. Skrzy­wił się, brzyd­ko za­klął i od­rzu­cił tę su­po­zy­cję jako zu­peł­nie nie­do­rzecz­ną. Stra­ty, któ­re wy­wo­łał, nie były prze­cież hor­ren­dal­ne. O nie­groź­nych awa­riach elek­trow­ni trą­bi­ły lo­kal­ne środ­ki prze­ka­zu, ra­dio i te­le­wi­zja, ale re­por­te­rzy przy­pi­sy­wa­li za­zwy­czaj wy­kry­te uster­ki nie­spraw­nej apa­ra­tu­rze, w jed­nym przy­pad­ku wy­ka­zu­jąc brak na­le­ży­te­go nad­zo­ru.

Za­trzy­mał się przed ga­ra­ża­mi, oglą­da­jąc się za sie­bie, a po­tem wol­no skrę­cił na opa­da­ją­cy w dół be­to­no­wy pod­jazd. Od­dał wy­po­ży­czo­ne­go chry­sle­ra, re­gu­lu­jąc na­leż­ność. Za­pła­cił kar­tą kre­dy­to­wą, po­dzię­ko­wał i wy­do­stał się na po­wierzch­nię, mru­żąc oczy od słoń­ca. Tor­bę zo­sta­wił w sa­mo­cho­dzie niby to przez za­po­mnie­nie, za­bie­ra­jąc z niej tyl­ko mapę, do­ku­men­ty i pie­nią­dze. Tam­ci ster­cze­li w swo­im wo­zie po prze­ciw­nej stro­nie jezd­ni. Za­ło­ży­li oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne, jak­by li­cząc na to, że utrud­nią w ten spo­sób iden­ty­fi­ka­cję. Osten­ta­cja czy głu­po­ta? Uda­wał, że ich nie wi­dzi. Pod jego no­sem za­igrał fi­lu­ter­ny pół­u­śmiech. Wie­dział, że spła­ta im te­raz fi­gla. Na­le­ża­ło tym waż­nia­kom dać na­ucz­kę.

Miesz­czą­cy się prze­czni­cę da­lej ho­tel za­po­wia­dał nie lada luk­su­sy i kie­dy tam wszedł, mu­siał stłu­mić w so­bie żal, że nie za­trzy­mał się w nim na noc­leg. Jego sta­ran­nie opra­co­wa­na stra­te­gia nie po­zwa­la­ła mu za czę­sto po­ka­zy­wać się w ta­kich miej­scach. Nie po­wi­nien był zwra­cać na sie­bie uwa­gi. Im mniej osób go pa­mię­ta­ło, tym le­piej. Opadł na jed­ną z mięk­kich skó­rza­nych sof, bio­rąc do rąk przy­pad­ko­wą ga­ze­tę. Nie­uważ­nie ją prze­glą­dał, prze­bie­ga­jąc wzro­kiem je­dy­nie duże na­głów­ki. Gdy wy­czuł, że śle­dzą­cy go agen­ci we­szli za nim do środ­ka i zna­leź­li się gdzieś za jego ple­ca­mi, pod­niósł się ocię­ża­le i nie­mal de­fi­la­do­wym kro­kiem udał się w stro­nę wind. Po­win­ni byli wi­dzieć, że pcha się na górę. Na chy­bił tra­fił wy­brał jed­no z wy­so­kich pię­ter. Tam kie­ru­jąc się in­tu­icją wtar­gnął w za­ka­mar­kach dłu­gie­go ko­ry­ta­rza do po­ko­iku służ­bo­we­go, w któ­rym aku­rat ni­ko­go nie było.

— Za­tem do dzie­ła! — szep­nął z prze­ję­ciem. — Uda się, nie może się nie udać! — po­krze­pił się tą my­ślą.

Chwi­lę trwa­ło, nim pół­pla­stycz­ny su­ro­wiec, z któ­re­go zo­sta­ły utwo­rzo­ne jego or­ga­ny we­wnętrz­ne, mu­sku­la­tu­ra, skó­ra, wło­sy i ko­ści, spro­stał rzu­co­ne­mu mu wy­zwa­niu. Pod­sta­wą suk­ce­su była do­sko­na­ła wier­ność ory­gi­na­ło­wi. Nikt nie mógł mieć wąt­pli­wo­ści, że stoi przed nim zwy­czaj­ny czło­wiek, nie ja­kaś nie­wy­da­rzo­na ma­szy­na ga­da­ją­ca czy pla­sti­ko­wy an­dro­id z fil­mu fan­ta­stycz­no-na­uko­we­go. Obej­rzał w du­żym lu­strze wy­nik me­ta­mor­fo­zy i omal nie gwizd­nął z uzna­niem. Był z sie­bie dum­ny. Miał na­praw­dę świet­ną pa­mięć, a prze­cież tę nie po­zba­wio­ną sek­sa­pi­lu bab­kę wi­dział bar­dzo krót­ko. Otarł się o nią w są­sied­nim sta­nie i mu­siał uznać, że go za­chwy­ci­ła swą nie­po­spo­li­tą uro­dą.

— Wi­taj, słod­ki cu­kie­recz­ku! — cmok­nął do swo­je­go no­we­go od­bi­cia. — Nie je­steś już tym wstręt­nym fa­ce­tem z owło­sio­nym dup­skiem.

Uzmy­sło­wił so­bie, że taj­ni­kom bu­do­wy or­ga­ni­zmu ludz­kie­go po­świę­ci­li wię­cej uwa­gi niż osła­wio­ny Włoch, Le­onar­do da Vin­ci. Ten re­ne­san­so­wy my­śli­ciel i wy­na­laz­ca wy­ko­nał ty­sią­ce ry­sun­ków, przed­sta­wia­ją­cych ludz­kie cia­ło i po­szli jego śla­da­mi, do­pro­wa­dza­jąc zna­jo­mość szcze­gó­łów ana­to­micz­nych oraz zło­żo­nej mo­to­ry­ki ko­ści i mię­śni do nie­spo­ty­ka­nej per­fek­cji. Mu­sie­li oprzeć się na nie­do­ści­głym ar­ty­zmie w kre­acji ludz­kie­go wi­ze­run­ku i spo­ro ich to kosz­to­wa­ło. Bez tego nie mo­gli­by się wto­pić w ludz­ki tłum. Ale war­to było...

Od­bi­cie uka­zy­wa­ło cał­kiem atrak­cyj­ną dwu­dzie­sto­kil­ku­let­nią blon­dyn­kę. Tej nie bra­ko­wa­ło po­wa­bu i cza­ru, a poza tym na­praw­dę mia­ła czym od­dy­chać. Dla pew­no­ści ob­ma­cał dłoń­mi twarz i po­pra­wił dłu­gie wło­sy. Z uzna­niem po­gła­skał wy­dat­ne i peł­ne, ale nie opa­da­ją­ce pier­si oraz lek­ko wklę­sły brzuch z ład­nie za­ry­so­wa­nym pę­pusz­kiem. Nie­znacz­nie wy­mię­ta z tyłu u dołu, jed­nak czy­sta czer­wo­na su­kien­ka mini, któ­rą wy­cią­gnął ze służ­bo­wej szaf­ki, była odro­bi­nę za cia­sna, więc nim się zde­cy­do­wał w nią wbić, po­ku­sił się jesz­cze na przy­spie­szo­ną ku­ra­cję od­chu­dza­ją­cą. Bez żad­nej die­ty cud w oka­mgnie­niu uby­ło mu w bio­drach ze trzy cale. Przy­szło mu rap­tem do gło­wy, że o czymś ta­kim ma­rzy­ły całe ta­bu­ny ko­biet, mę­czą­cych się z nad­wa­gą. Po­ży­czył so­bie rów­nież kil­ka dro­bia­zgów, któ­rych się do­szu­kał, grze­biąc po pół­kach. Prze­bie­ra­ją­ca się tam mło­da sprzą­tacz­ka lub po­ko­jów­ka po­zo­sta­wi­ła pan­to­fle wyj­ścio­we, pa­sek, ze­ga­rek na rękę i to­reb­kę. Tak uszy­ko­wa­ny chwi­lę się jesz­cze cer­to­lił ze swo­im pra­wem jaz­dy.

I wte­dy sta­ła się rzecz strasz­na. Uchy­li­ły się drzwi i do służ­bów­ki nie­spo­dzie­wa­nie zaj­rza­ła gar­de­ro­bia­na. Dziew­czy­na wy­glą­da­ła na krew­ką osób­kę. Zro­bi­ła wiel­kie oczy i za­bul­go­ta­ła ze zło­ści.