Banda z Burej. Tajemnica lasu - Magdalena Witkiewicz - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Banda z Burej. Tajemnica lasu ebook i audiobook

Magdalena Witkiewicz

4,6

26 osób interesuje się tą książką

Opis

Banda z Burej powraca, by rozwikłać nową tajemnicę! Z nastaniem wiosny miasteczko budzi się do życia. A wraz z nim rezolutna banda z Burej. Tymon jest zupełnie zwyczajny. Tak przynajmniej uważa. Szybko jednak okazuje się, że przez wydarzenia w miasteczku i okolicznym lesie, w rzeczywistości jest zupełnie inaczej, a ciekawa historia może uratować życie. Banda z Burej kolejny raz docieka, dopytuje i przeszukuje. Z uśmiechem na twarzy i energią postanawia odkryć tajemnicę lasu. Opowiedziana z humorem najnowsza odsłona Bandy z Burej jest nie tylko doskonałą rozrywką dla najmłodszych, ale też dla tych którzy tęsknią za dzieciństwem i przygodami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 114

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 3 godz. 20 min

Lektor: Magdalena Witkiewicz

Popularność



Podobne


RedakcjaAnna Sakiewicz
KorektaAnna Mieczkowska
Projekt graficzny okładkiŁukasz Silski
Skład i łamanieAgnieszka Kielak
IlustracjeŁukasz Silski
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2021 © Copyright by Magdalena Witkiewicz, Warszawa 2021
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66644-83-0
Wydawca Agencja Wydawniczo-Reklamowa Skarpa Warszawska Sp. z o.o. ul. Borowskiego 2 lok. 24 03-475 Warszawa tel. 22 416 15 [email protected]
Konwersja: eLitera s.c.

Dla Ani, Stasia i Antka Łybackich –liczę na to, że kiedyś wspólniepójdziemy szukać skrytek ze skarbami!A może i sami coś ukryjemy?

ROZDZIAŁ PIERWSZY

W KTÓRYM USIŁUJĘ ZACZĄĆ OD WSTĘPU,ALE KIEPSKO MI IDZIE, A POZA TYM ODKRYWAMY ASPEKTY ZDROWOTNE PEWNEJ MYSZY

Nazywam się Tymon. I jestem zupełnie zwyczajny. Chociaż ostatnie wydarzenia pokazały mi, że nawet ktoś, kto myśli, że jest zupełnie zwyczajny, taki nie jest. Dziwne, prawda?

Bo tak naprawdę to nie ma ludzi zupełnie zwyczajnych. Wszyscy są nadzwyczajni i każdy ma w sobie „to coś”, jak mawia babcia Jasia. I nie chodziło jej o to sztuczne biodro, które ma. Bo chyba nie wiecie, ale babcia Jasia ma endoprotezę, czyli sztuczny staw w swoich kościach. Brzmi z jednej strony strasznie, a z drugiej – nowocześnie. Bo babcia Jasia jest nowoczesna, tylko zupełnie na taką nie wygląda.

No ale zacząłem tak jakoś bez ładu i składu. Nasza polonistka, pani Magda, twierdzi, że trzeba mówić tak, by było po kolei – wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Myślałem, że to nam się przyda tylko na języku polskim, ale okazało się, że w życiu również jest to pomocne. Bo ciekawa historia może uratować życie...

Moja mama, która pracuje w marketingu, mówi, że ciekawa historia może nawet uratować firmę od upadłości. Gdy jakiś produkt nie sprzedaje się dobrze, można wymyślić jego historię, opowiedzieć o tym w reklamie, a potem taki produkt staje się bestsellerem. I wtedy to się nie nazywa „ciekawa historia”, tylko „storytelling”.

Takie to jest dziwne, że wszystko jest opowieścią. Niezależnie od tego, czy piszemy wypracowanie, czy oglądamy reklamę w telewizji, czy próbuję poukładać to, co się wydarzyło, i jakoś wam to sensownie przekazać. Cóż, za bardzo mi to na razie nie wychodzi, jednak się postaram.

Im dłużej się zastanawiam, tym bardziej jestem przekonany, że wszystko jest opowieścią, nawet nasze życie. I ja chcę wam właśnie o tym życiu opowiedzieć. No nie o całym życiu oczywiście, bo tam jest całkiem sporo nudnych momentów, ale o tym, co się wydarzyło wiosną.

Na razie to wiecie tylko tyle, że każdy ma w sobie to coś, a babcia Jasia ma nawet sztuczne biodro i że historia może się nazywać storytelling i uratować firmę oraz życie. Ale uwierzcie mi, to jest naprawdę ważna część tej historii (może ta część o nodze nie jest tak ważna dla fabuły, ale dla babci Jasi jest bardzo ważna, bo dzięki temu może chodzić).

***

We wstępie powinno się przedstawić i powiedzieć, o co chodzi. W rozwinięciu to, co się działo, a potem, w zakończeniu, to ma się po prostu okazać, jaki jest finał, czy wszyscy przeżyli albo się zakochali w sobie. U nas chyba się nikt nie zakochał (chociaż do końca też tego nie wiadomo), ale na szczęście wszyscy przeżyli i z tej całej historii wyszli bogatsi. Nie tylko o nowe doświadczenia, ale też o inne rzeczy, na przykład zawartość zielonego kalosza.

I znowu coś chyba źle zacząłem. Powiem wam, że to wcale nie jest łatwe. Pani Magda mówiła mi też, że kiedyś rozmawiała z taką bardzo mądrą panią, która uczy, jak pisać książki, i ta pani twierdzi, że nie można czytelnikowi powiedzieć na początku, jak się skończy książka. Bo przecież gdyby ten czytelnik wiedział, czy się skończy dobrze, czy źle, to nie chciałoby mu się już czytać. Ja myślę, że to nieprawda. Moja mama zawsze zagląda na ostatnią stronę książki. Mówi, że nie lubi czytać takich ze złym zakończeniem, bo wystarczająco w życiu się denerwuje. Coś w tym chyba jest, bo kiedy w moim życiu istniało ryzyko złego zakończenia, denerwowała się bardzo! Pół Dziury postawiła na nogi, choć w zasadzie afera była już wcześniej...

I znowu zakręciłem za bardzo! Chyba nigdy się nie nauczę, jak powinienem opowiadać historię. Ale chyba najważniejsze jest to, by było ciekawie, prawda?

***

Dziura to miejsce, w którym mieszkam. Oczywiście miejscowość nie nazywa się Dziura, ale tak ją nazywaliśmy my, czyli banda z Burej. W zasadzie to nie jesteśmy żadną bandą, tylko zwykłymi dziećmi, ale tworzymy zgraną paczkę i chodzimy do szkoły przy ulicy Burej. My, czyli Julka, najmniejsza z nas, ale chyba najbardziej ogarnięta (tak mówi moja mama), Jurek, Wiktor i ja. Oczywiście nie tylko chodzimy do szkoły, bo po lekcjach często można nas spotkać w bibliotece.

W zasadzie w bibliotece przesiadujemy prawie cały czas, aż Tołstoj, narzeczony pani Frani, powiedział nam któregoś dnia, że będziemy chuchrami, jeśli nie będziemy chodzić do lasu. Z tym narzeczonym to też była niezła historia, bo na początku myśleliśmy, że on jest przestępcą, a potem się okazało, że jednak nie. I nawet podawał prawdziwe nazwisko, mimo iż nazywa się tak, jak ukochany pisarz pani Frani. Tylko ten ukochany pisarz pani Frani już umarł, a ukochany Tołstoj, w sensie narzeczony, jeszcze na szczęście żyje i dlatego może być aktualnym ukochanym. I nie pisze książek. Ja nawet widziałem, jak raz zrobił błąd w słowie „sweter”, więc chyba nie mógłby pisać książek, skoro robi takie błędy. Może on w ogóle nie lubi literatury i dlatego chce nas odciągnąć od tej biblioteki?

W każdym razie powiedział nam, że idzie wiosna i mamy spędzać więcej czasu na świeżym powietrzu. I że nie wykorzystujemy potencjału tego miejsca. W sensie Dziury potencjału nie wykorzystujemy. Zupełnie nie rozumieliśmy, co to znaczy. Dopiero pani Frania nam to wytłumaczyła. A po prostu chodziło o to, że jak mamy w pobliżu las, to trzeba chodzić tam na spacery, jak mamy jezioro, to powinniśmy w nim pływać.

Na to Julka powiedziała:

– Ależ pani Franiu! My wykorzystujemy potencjał biblioteki! Mamy bibliotekę, to chodzimy do niej i czytamy książki.

– No racja. – Pani Frania spojrzała niepewnie na Tołstoja, zwanego pieszczotliwie Mareckim.

Zawsze ilekroć oni stali obok siebie, zaskakiwało mnie to, jaka pani Frania jest mała i drobna. Kiedy byłem obok niej sam, wydawała mi się zupełnie normalna, czyli normalnie wysoka. Kurczyła się czy co? Bo gdy Marecki stał obok niej, to wyglądała jak Calineczka. Z tej bajki. Albo liliput z opowieści o Guliwerze. Dopiero po jakimś czasie dotarło do mnie, że może to dlatego, że po prostu Tołstoj był wielki. Jego wytatuowany biceps był tak gruby jak talia pani Frani! Ja nie wiem do końca, czy mi się takie coś podoba, ale pani Frania zdawała się zachwycona. Chociaż ona była tak w nim zakochana, że nawet jakby miał chude ramię, toby się jej podobało – tak przynajmniej twierdzi Julka. Może pani Frania zakochała się w Mareckim właśnie dlatego, że on jest taki wielki?

Ja się nie znam na miłości. Julka mówi, że nie powinno się zakochiwać w kimś dlatego, że jest ładny. Kiedyś zapytałem o to babcię Jasię (tę, co ma sztuczne biodro) i ona przyznała Julce rację. To tylko potwierdziło, że takie romantyczne sprawy są dla dziewczyn, nie dla chłopaków.

– Zobacz, Tymon... Najpierw ktoś jest piękny, a potem nie. Jak jest stary, to ma różne sztuczne rzeczy w sobie. Na przykład biodro.

– Albo oko?

– Albo oko.

– Mama Julki ma sztuczne rzęsy.

– No widzisz. I potem można się nieźle zdziwić. Kładziesz się spać koło kogoś ładnego, a jak się rano budzisz, masz obok kogoś starego i sztucznego. Jeśli na dodatek ten ktoś ma fatalny charakter, to tylko można gorzko zapłakać.

– Czyli lepiej się zakochać w kimś bardzo brzydkim?

– Tego nie powiedziałam. Ale w kimś, kogo charakter nam odpowiada. Wygląd zawsze można zmienić. Na przykład doczepić te rzęsy.

– Babciu, a mówiłaś, że to źle.

– Nie, mówiłam tylko, że to tak naprawdę jest nieistotne.

– Czyli myślisz, że pani Frania nie zakochała się w Mareckim dlatego, że ma wytatuowanego lwa na ramieniu?

– Wiesz, synek, to na pewno zwróciło jej uwagę. Ale gdyby Frani nie odpowiadał jego charakter, to nic by z tego nie wyszło. Choćby nawet miał wytatuowane stado lwów.

– Okropnie skomplikowana jest ta miłość – westchnąłem.

– Fakt – zgodziła się babcia Jasia.

– To po co ludzie to sobie robią?

– Co?

– No zakochują się.

– Bo to fajne jest przecież! – stwierdziła babcia Jasia z wyraźnym zdumieniem.

Ja naprawdę już nic z tego nie rozumiałem. Niby ta miłość fajna, ale skomplikowana, niby jest wszystko okej, a jednak się człowiek denerwuje, czy ten, w kim się zakocha, nie będzie potem miał sztucznego biodra. Gdy tylko sobie o tym pomyślałem, w tym momencie wszystko mi się rozjaśniło w głowie. Wreszcie pojąłem, dlaczego powinniśmy się zakochiwać w charakterze, a nie w wyglądzie. Na przykład gdyby ktoś się zakochał w biodrze babci Jasi, a potem ona to biodro by wymieniła na sztuczne, mogłoby mu być przykro. A jak tata Julki zakochałby się w krótkich, normalnych rzęsach mamy Julki, to gdy doczepiła sobie te sztuczne, z pewnością też by rozpaczał. Albo jakby się zakochał w długich, a potem okazałoby się, że one tak naprawdę są krótkie...

Ta argumentacja mnie przekonała. Postanowiłem zakochać się z zamkniętymi oczami. Albo wtedy, kiedy będę nosił opaskę na oczy (tę, której mama używa do medytacji). Ale to dopiero w dalekiej przyszłości.

Chociaż z tą miłością były same problemy, i to nie tylko dla tych zakochanych. Na przykład na razie miłość pani Frani i Mareckiego uniemożliwiała nam spokojne spotkania bandy z Burej, bo ciągle się o coś czepiali.

– Całą wiosnę tu przesiedzicie?

Wzruszyliśmy wszyscy ramionami, jakbyśmy mieli doczepione do tych ramion jakieś sznurki, za które ktoś pociąga.

Marecki westchnął.

Frania westchnęła jeszcze głośniej, bo ona z dziwnych powodów też uważała, że powinniśmy się więcej ruszać, a nie tylko siedzieć w bibliotece. Naprawdę zdziwiło mnie jej podejście, bo przecież jak my nie będziemy siedzieć w bibliotece, to mogą ją zamknąć i wtedy pani Frania straci pracę.

A zresztą my przecież przez cały czas nie siedzimy w bibliotece. Czasem stoimy, a czasem nawet się tam w tej bibliotece ruszamy. Na przykład gdy chcemy iść po jakąś ciekawą książkę do regału, który stoi najdalej, albo gdy pomagamy pani Franciszce wycierać kurze z górnych półek.

Pewnie się zdziwicie, gdy wam o tym powiem, ale któregoś dnia panie Frania i Franciszka miały w pracy tyle ruchu, że nie spociłyby się bardziej na żadnym treningu w siłowni. W bibliotece była mysz i one na jej widok tak się mocno ruszały, że pani Frania aż weszła na biurko, a pani Franciszka na drabinę. Bardzo nas to zaskoczyło, bo pani Franciszka cały czas twierdziła, że ma stare kości i nie może wchodzić na drabinę. Moim zdaniem to dobrze, że ta mysz się pojawiła w bibliotece, bo przynajmniej uzdrowiła panią Franciszkę! Cudownie uzdrowiła!

Zupełnie nie wiem, dlaczego panie bibliotekarki zdecydowały się pożyczyć kota od babci Jasi. Przecież ta mysz zdecydowanie miała działanie lecznicze! Chociaż można by mieć nadzieję, że jak kot babci Jasi zjadłby tę mysz, to też miałby działanie uzdrawiające, a może nawet pozarażałby tym uzdrawianiem inne koty i wtedy wszyscy bylibyśmy zdrowi. I nie musielibyśmy się ruszać dla zdrowia, tylko moglibyśmy siedzieć w bibliotece i czytać książki.

Kiedy to powiedziałem Mareckiemu, miał taką minę, jakby nic z tego nie rozumiał. Dorośli czasami naprawdę nie wiedzą, o co chodzi.

Ale znowu nie zacząłem od początku. Pani Magda nie byłaby zadowolona. Potrząsałaby tymi swoimi drobnymi loczkami i oczywiście nie powiedziałaby nic, bo ona nie krytykuje, tylko wspiera, ale i tak wszyscy by wiedzieli, że jest niezadowolona. A jak pani Magda jest niezadowolona, to wszyscy się bardzo staramy. Chociaż ona cały czas nam powtarza, że trzeba być z siebie zadowolonym, a nie patrzeć, jak oceniają nas inni. Ja się wciąż tego uczę. Na razie mam tak, że jak pani Magda jest zadowolona, to myślę, że jestem super.

Mama mi powiedziała kiedyś, że jestem super niezależnie od tego, czy ktoś jest ze mnie dumny czy nie. Dodała, że to ja powinienem wiedzieć, tam w środku, czy mam powód do dumy. Czasem wiem, a czasem zupełnie nie. No bo wszystkiego trzeba się nauczyć...

***

Dostałem od mamy kalendarz na nowy rok. Tam piszę sobie najważniejsze rzeczy. Mama mówi, że poprzedniego dnia trzeba zaplanować to, co się będzie robiło jutro. Nie zawsze mi to wychodzi, ale się staram. Najczęściej się staram, gdy sobie przypomnę, czyli raz w miesiącu. Ale to i tak lepiej, niż jakbym sobie przypomniał raz na rok i kalendarz byłby zapisany tylko na jednej stronie.

Dlatego też czasem sobie piszę w tym kalendarzu różne rzeczy. Takie ważne. Na przykład to, że pożyczyłem Julce gumkę. Albo to, że nie można się zakochiwać w czyimś wyglądzie, bo to NIE POPŁACA. Tak mówi babcia Jasia.

I dzisiaj postanowiłem zapisać w kalendarzu najważniejsze punkty oraz to, co powinienem jeszcze wam opowiedzieć.

NAJWAŻNIEJSZE PUNKTY:

1. Zakochiwać się trzeba w człowieku, a nie w jego wyglądzie (ale to za jakieś 50 lat, kiedy już będę stary i dojrzały oraz będę miał ochotę się zakochać).

2. Sport to zdrowie (ale czytanie też jest dobre).

3. Mysz i kot, który zjadł mysz, to też pewnie zdrowie i takie leczenie kotem nazywa się FELINOTERAPIA. Ja bym to nazwał KOTOTERAPIA.

NA JUTRO:

– Opowiedzieć o nowym, dziwnym nauczycielu.

– Odrobić lekcje.

– Przypomnieć Julce, żeby oddała mi tę gumkę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki