Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 330 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Awaria małżeńska - Natasza Socha, Magdalena Witkiewicz

Komedia o dwóch słomianych wdowcach. A może jednak tragedia?
Czasem wystarczy potrącić kota, by życie małżeńskie stanęło na głowie.
Jak wygląda dom bez żon? Pewnego dnia Mateusz i Sebastian, dwaj obcy faceci, stają się sobie bliscy niczym syjamskie bliźnięta, złączone wspólnym losem samotnych ojców. Tylko czy dadzą radę sprostać wyzwaniom?

Ta błyskotliwa, współczesna „komedia małżeńska”, napisana z dużym poczuciem humoru nie tylko demaskuje problemy zapracowanych i zabieganych polskich rodzin, ale też uczy jak bardzo ważna jest w życiu tolerancja, kompromis i codzienna porcja miłości.

Opinie o ebooku Awaria małżeńska - Natasza Socha, Magdalena Witkiewicz

Cytaty z ebooka Awaria małżeńska - Natasza Socha, Magdalena Witkiewicz

Ewelina, niedobrze mi – wystękał do słuchawki Sebastian. –  Ja co prawda leżę w  szpitalu i  mam tu leków pod dostatkiem, ale raczej na odległość nie zdołam ci pomóc. –  Ewelina, nie żartuj. Naprawdę źle się czuję. Zeżarłem coś z  niebieskiego opakowania. –  Z  lodówki? –  No… Leżało w  dolnej szufladzie. Ewelina zamilkła. Wyglądało na to, że jej mąż zjadł przeterminowany twarożek. Przeterminowany leciutko już w  dniu wypadku. Żal jej było wyrzucić, wymieszała go więc wtedy z  wanilią i  zamierzała wieczorem upiec sernik. –  Będziesz żył – orzekła. – Tylko żyj blisko ubikacji, bo możesz nie zdążyć.
Dżesika odstawiła na bok pustą miseczkę po budyniu i  machnęła ręką. –  Proszę się nie przejmować. To w  sumie żadne zboczenie. Koleżanki opowiadały mi o  facetach, których podniecają falochrony albo dziuple w  drzewach. To jest dopiero przechlapane. Idzie pani z  facetem na spacer do lasu, a  on zalicza wszystkie dziuple po wiewiórkach. Justyna ani Ewelina nie tknęły już kolacji. I  wcale nie dlatego, że była niesmaczna.

Fragment ebooka Awaria małżeńska - Natasza Socha, Magdalena Witkiewicz

Trzeciej Małpie – Lilianie Fabisińskiej.

Dziękujemy za wszystko. Łi law ju!

PROLOG

Badanie MRI prawego stanu kolanowego: niewielka ilość płynu przy więzadle pobocznym bocznym, płyn w przedniej części torebki stawowej, obrzęk tylnej części kłykcia bocznego kości udowej, kłykcia bocznego kości piszczelowej oraz obrzęk przedniej części kłykcia przyśrodkowego kości udowej, stłuczenie w dolno-bocznej części stawu rzepkowo-udowego, wieloczęściowe pęknięcie rogu tylnego i trzonu łąkotki przyśrodkowej oraz pogrubiałe więzadło krzyżowe przednie.

Badanie MRI stawu barkowego prawego: cechy podwichnięcia w stawie barkowo-obojczykowym, częściowo zerwane więzadło kruczo-barkowe, ślad wysięku w kaletce podbarkowej.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

CZASAMI WSZYSTKO ZACZYNA SIĘ OD KOTA

Ktoś kiedyś napisał, iż bardzo prawdopodobnym jest, że w naszym życiu zapoczątkowaliśmy łańcuch wydarzeń, który doprowadził do czyjejś śmierci. Każdy z nas może więc być potencjalnym mordercą.

Kierowca autobusu numer 122 we wtorek o godzinie 17.31 już wiedział, że mordercą właśnie został, choć tak naprawdę nie była to jego wina. Lub przynajmniej nie tylko jego. Bo przecież to wszystko nie wydarzyłoby się, gdyby jego żona nie spóźniła się z obiadem. Spóźniła się jednak, wskutek czego miał siedmiominutowy poślizg i musiał mocno przyspieszyć, by dojechać na kolejny przystanek zgodnie z rozkładem jazdy. Trudno też winić tylko żonę – jej leczo z dodatkiem młodych patisonów oraz cukinii z działki nie przypaliłoby się, gdyby nie listonosz, który przyniósł paczkę z zamówionym z katalogu wysyłkowego wazonem z namalowanymi na nim niezapominajkami. Paczka ta wydawała bardzo podejrzane dźwięki. Po rozpakowaniu okazało się, że wazon składa się z tysiąca jeden odłamków, a sklejenie go zajęłoby osobie z zacięciem jakieś osiemdziesiąt lat. Za stan wazonu odpowiedzialny był jednak nie listonosz, tylko pracownik poczty, który łupnął paczką o bagażnik samochodu, całkowicie ignorując napis: „Uwaga, szkło”. Przyczyną łupnięcia była niejaka Klaudia, która akurat tego dnia rano wyprowadzała się z domu pracownika poczty, twierdząc, iż „odkochała się nagle i beztrosko”, a raczej „zakochała na nowo” i naprawdę „to było silniejsze od niej”. Silniejsze, przystojne i lubieżnie seksowne, zwłaszcza gdy napinało mięśnie w jednym z gdańskich centrów fitness, gdzie było trenerem personalnym. Klaudii również.

Naprawdę trudno wskazać jednoznacznie winnego. Faktem jednak pozostaje, że – wskutek kolejnych zbiegów okoliczności – pod kołami autobusu numer 122 zginął rudy kocur. A więc albo było to jego dziewiąte życie, albo pora skończyć z tym przesądem. To, co wydarzyło się później, całkowicie zmieniło życie dwóch rodzin. Autobus bowiem prawie stanął dęba. Kotu i tak to nie pomogło, za to podróżujący pojazdem ludzie na moment stracili kontakt z podłożem.

Osiem sekund później wnętrze autobusu przypominało rollercoaster, z którego odczepiły się wagoniki. Niemal wszyscy pasażerowie leżeli, przy czym dość często leżeli jedni na drugich, a na nich dodatkowo jeszcze siatki z zakupami. Jednej z kobiet wylądowały na głowie winogrona, podczas gdy inna poczuła, jak jej dekolt okleja coś lepkiego, co okazało się jogurtem ananasowym z żywymi kulturami bakterii.

– Przepraszam, czy to pani ręka? – do uszu drobnej blondynki dobiegło nagle ciche pytanie. Powędrowała zatem wzrokiem za swoją dłonią i zobaczyła, że spoczywa ona na dość jędrnej piersi kogoś, komu głowę zakrywała spódnica.

– A kto pyta?

– Ja. – Zduszony głos chyba dobiegał spod spódnicy.

– Nosi pani czerwone majtki z białą kokardką na środku?

Pupa odziana w takąż właśnie bieliznę poruszyła się zaniepokojona.

– Tak, to moje. Mam nadzieję, że nie są brudne?

– Nie, proszę się nie martwić. Już zabieram rękę i spróbuję odkleić spódnicę z pani głowy. Pewnie ciężko się pani oddycha.

Czerwone majtki potwierdziły, ale same niewiele mogły zrobić, bowiem ich właścicielka leżała zablokowana między dwoma siedzeniami, a jedna z jej nóg była nienaturalnie wygięta.

Drobna blondynka zrozumiała, że noga jest złamana, ale kobieta leżąca obok, w tej dziwnej pozie, najwyraźniej była w szoku, który nie pozwalał jej jeszcze na werbalne ogłoszenie bólu. Sama blondynka poczuła zaś, że jej ręka, spoczywająca na piersi obcej kobiety, jest dziwnie obca, nieposłuszna, drętwa i ciężka. W tym właśnie momencie impuls bólu został przekazany przez zakończenie nerwowe prosto do mózgu, wskutek czego drobna blondynka zaczęła przeraźliwie wrzeszczeć. Chwilę później wrzeszczała również właścicielka czerwonych majtek, do której nagle dotarło, że kolano nie ma prawa znajdować się z tyłu jej ciała.

Dwie wrzeszczące kobiety uspokoiły dopiero zastrzyki znieczulające, podane dość sprawnie przez lekarza pogotowia ratunkowego.

Gdy umilkły, położono je na noszach i rozdzielono, zanosząc do dwóch karetek zaparkowanych po dwóch stronach jezdni, zamkniętej już przez stojące w poprzek migające kogutami radiowozy.

Drobna blondynka z dziwnie nieposłuszną drętwą ręką, odjechała z miejsca wypadku jako pierwsza. Właścicielka czerwonych majtek, która blondynką była w dzieciństwie, a od kilkunastu lat nosiła ogniście rude loki, sklejone obecnie miodem wielokwiatowym oraz posypane ziarnami białego sezamu, czekała w karetce prawie kwadrans. Tyle bowiem zajęło sanitariuszom ustalenie, który oddział urazowy ma jeszcze wolne łóżko.

Obydwie kobiety niemal w tej samej chwili poprosiły sanitariuszy prawie identycznym błagalnym tonem, by zawiadomili o wypadku rodziny, a dokładnie mężów.

Sanitariusze w obu karetkach zareagowali dokładnie tak samo, zgodnie z procedurą, którą długo ćwiczyli na szkoleniach.

– My tylko zawozimy do szpitala – poinformowali, unikając kontaktu wzrokowego.

Dwie połamane i odrobinę nieprzytomne kobiety, słysząc to, usiłowały poderwać się z noszy.

Sanitariusze błyskawicznie zmienili więc zasady. Tak, dobrze, oczywiście, zaraz zadzwonią.

Kota w międzyczasie uprzątnięto, a kierowcy obiecano, że zostanie pociągnięty do odpowiedzialności. I naprawdę nikogo nie obchodziło przypalone leczo z młodymi patisonami.

ROZDZIAŁ DRUGI

ROZMIAR MA ZNACZENIE

Justyna obudziła się z dziwnym przeczuciem, że równowaga jej życia została w jakiś sposób zakłócona. Nie docierało do niej jeszcze, w jakim stopniu, ale to prawdopodobnie dlatego, że ciągle miała zamknięte oczy.

Ostrożnie zatem je otworzyła.

Białe ściany ze śladami po zabitych komarach. Białe, duże okno, brak zasłon. Biała pościel w żółte, nieregularne paski, wyprana w jakimś bezzapachowym proszku i stanowczo zbyt sztywna. I jeszcze coś białego…

Gips.

Gips zaczynał się w połowie uda, a kończył – o ile nie mylił jej wzrok – gdzieś w okolicach stopy. Towarzyszył mu lekko uśpiony ból, stępiony zapewne tym czymś, co kapało z kroplówki.

– Kurwa! Autobus! – przypomniała sobie nagle.

Z prawej strony coś się poruszyło.

– Dzień dobry. U mnie to samo. Kurwa i autobus – usłyszała osłabiony głos.

Zerknęła na współpacjentkę. Miła blondynka o zielonych oczach.

Blondynka…

No tak! Poznały się kilka godzin wcześniej, leżąc jedna na drugiej, macając sobie nawzajem piersi oraz podziwiając bieliznę.

– Cześć! – stęknęła Justyna. – Nie skończyło się to dla nas zbyt dobrze, ale cieszę się, że chociaż leżymy w jednej sali. Co z tobą? – spytała, zerkając na gipsowy naramiennik kobiety, której dłoń spoczywała nie tak dawno na jej piersi. Jej palce Justyna znała więc doskonale. W przeciwieństwie do imienia.

– Ewelina – powiedziała blondynka, jakby odgadując jej myśli. Po czym wymieniła na jednym wdechu: – Bark, obojczyk i coś tam jeszcze, a dodatkowo cała lista stłuczeń oraz podejrzenie wstrząśnienia mózgu. Zupełnie nie w porę – dodała, pstrykając palcami zdrowej ręki.

Justyna roześmiała się na tyle, na ile pozwolił jej stłumiony ból.

– A kiedy wstrząśnienie mózgu byłoby w porę? – zapytała, próbując odrobinę podciągnąć się na szpitalnym łóżku.

Bezskutecznie. Aktualnie była bowiem drewnianą kłodą.

– Sama nie wiem, ale na pewno nie teraz. Nie tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego. Poza tym niedawno wyrzuciłam męża z domu, dzieci oczywiście zostały ze mną. Teraz wszystko stanie na głowie. To będzie gorsze niż awaria pralki, lodówki i odkurzacza naraz! Kumulacja stresu i chaosu, doprawiona całkowitym brakiem organizacji mojego męża, mam nadzieję, że niebawem byłego… – Ewelina chciała coś jeszcze dodać, ale w tym momencie do pokoju weszła lekarka w asyście pielęgniarki z zestawem do mierzenia ciśnienia, temperatury i ogólnego stanu zdrowia pacjenta oraz jakaś dziwna pani z różowymi loczkami na głowie.

– Józuś? – zapytała, rozglądając się nerwowo na boki.

– Józuś, wnioskując z imienia, leży na męskim – wyjaśniła jej pani doktor, wskutek czego różowe loczki zniknęły wszystkim z pola widzenia.

– A paniom dzień dobry. – Lekarka uśmiechnęła się do Justyny i Eweliny, a następnie wygłosiła szczegółową diagnozę, na tyle skomplikowaną i naszpikowaną medycznym słownictwem, że nie ma sensu przytaczać jej treści.

*

Gdy zadzwonił telefon, Sebastian Wiśniewski (dla przyjaciół „Wiśnia”, dla żony ostatnio najczęściej „Burak”) siedział w studzience kanalizacyjnej i sprawdzał szczelność połączeń betonowych kręgów.

Telefon jak zwykle był wsunięty w tylną kieszeń spodni, opinających jego fajny tyłek. O, właśnie! „Fajny tyłek”. Ewelina zawsze używała tego określenia i nie ukrywał, że bardzo to lubił. Niestety – używała do czasu. Do czasu, gdy wywaliła go z domu bez żadnego ostrzeżenia i bez słowa również. Oczywiście ona twierdziła, że wywaliła go ze słowami powtarzanymi milion razy wcześniej i milion razy później. Może było w tym i trochę racji, ale wtedy za bardzo tych słów nie rozumiał, bo z ust jego – do tej pory przeważnie spokojnej – żony nagle wypłynął taki potok określeń, obelg i inwektyw, że nie powstydziłby się ich najbardziej zagorzały kibic Lechii wyzywający Arkę Gdynia od różnych takich. Takich, co to znajdują się w spodniach prawdziwego mężczyzny.

Piłką nożną Sebastian nie interesował się wcale, bynajmniej nie z powodów przekleństw na stadionach. Po prostu zupełnie go to nie bawiło.

Mężczyźni biegający po boisku za kawałkiem skórzanej szmaty od zawsze wydawali mu się bardzo idiotyczni. Prawdopodobnie dlatego też nigdy nie zagrał w piłkę ze swoim synem, sześcioletnim Brunonem. Nie zauważał w jego oczach tęsknoty za kawałkiem tejże szmaty, nie słyszał westchnień na widok innych grających dzieci. I oczywiście nie miał pojęcia, jakież to podstępne niespodzianki szykuje mu przeznaczenie. Nie spodziewał się, że gra w piłkę będzie tylko jedną z wielu rzeczy, które już niebawem zrobi po raz pierwszy. Na razie nie miał pojęcia o istnieniu nawet części z nich.

Telefon zadzwonił po raz kolejny.

I po raz kolejny Sebastian go nie odebrał, bo przecież wykonywał inne ważne zadanie. A jak wiadomo, mężczyźni nie mają podzielnej uwagi i gdy koncentrują się na jednym, to wszystko inne kuleje.

W tym wypadku kulał telefon, który właśnie zadzwonił po raz trzeci, po czym spokojnie się rozładował, a Sebastian, gdy już wyszedł ze studzienki, po prostu o nim zapomniał.

Lubił, gdy nie zawracano mu głowy i sam mógł w spokoju zająć się tym, co uważał za stosowne. W ogóle cenił sobie spokój, ład i harmonię. Gdy Ewelina wyrzuciła go z domu, w pierwszym momencie nawet się ucieszył, bo nocowanie w biurze (w wynajętym mieszkaniu w starym Wrzeszczu) oznaczać mogło trochę mniej harmidru w jego pracowitym życiu. Jednak to była tylko pierwsza myśl. Krótkotrwała.

Rodzina wprawdzie nie zapewniała mu ładu, spokoju i harmonii, które tak lubił. Wprost przeciwnie: wiązała się z chaosem oraz dezorganizacją jego uporządkowanego życia, ale przecież była rodziną.

Sebastian Wiśniewski był wielce uczciwym człowiekiem z zasadami i uważał, że skoro z żoną Eweliną zawarł traktat małżeński, czyli niejako umowę na całe życie, to jego obowiązkiem jest dotrzymywać tych warunków tejże umowy. Bardzo dziwił się więc Ewelinie, że postanowiła zerwać ją w tak brzydki sposób. Wyzywając od najgorszych. Wrzeszcząc i tupiąc. Podnosząc głos niczym przekupa handlująca jajami. Tak się po prostu nie robi.

Po dłuższym namyśle stwierdził też, że wyprowadzka do cichego biura, która z początku wydawała mu się odzyskaniem spokoju, tak naprawdę doprowadzi do jeszcze większego nieporządku w jego życiu. Jako człowiek z zasadami będzie miał obowiązek widywać się z dziećmi co najmniej raz na dwa tygodnie. A to oznacza, że będzie musiał zabierać je do swojego biura, w którym to jego dzieci (kochane, choć krnąbrne) będą siedziały przez cały weekend, bałaganiąc tak, jak tylko one potrafią. Już sobie wyobrażał te tłuste odciski palców na białych, dopiero co wymalowanych ścianach (syn) i rozrzucone wszędzie kredki (córka). Widział plastelinę wgniecioną w jego jasnoszarą wykładzinę (syn) i długopisy oraz ołówki, znikające nie wiadomo kiedy z równo poukładanego zapasu artykułów piśmienniczych na jego biurku (córka).

Oczyma wyobraźni nie dostrzegał na szczęście wybitych szyb, bo też zupełnie nie przeczuwał, że jego sześcioletni syn zapała miłością do piłki nożnej na tyle wielką, że będzie w nią grał niezależnie od tego, gdzie się znajdzie, i kopał wszystko, co kopnąć się da. I to coś wcale nie będzie musiało przypominać piłki.

Dlatego gdy Ewelina wyrzuciła go z domu (dwa tygodnie przed dniem, w którym tak nachalnie dzwonił wspomniany telefon), stwierdził, że musi coś zrobić, by odzyskać żonę, rodzinę, jak również – a może przede wszystkim – miejsce, gdzie ta rodzina będzie miała wstęp tylko w ściśle uzasadnionych przypadkach. Jego spokojne, czyste, zadbane i uporządkowane biuro ma takim pozostać, a on znowu będzie mógł w spokoju posłuchać najnowszej składanki Fitness Beats, trochę popracować, ale też po tej pracy nieco odpocząć. Bo to przecież bardzo istotne dla zdrowia psychicznego.

– Ty w ogóle nie jesteś empatyczny! – krzyczała jego żona, pokazując mu drzwi. – Poczytaj sobie trochę o konstrukcji psychiki człowieka! Może będziesz się wreszcie umiał dogadać z innymi ludźmi! Ale ze mną już nie! Na mnie jest za późno! Za późno, słyszysz?

To niewiarygodne, ile siły drzemało w tej drobnej blondynce.

Sebastian lubił jasne, precyzyjne komunikaty. KONSTRUKCJA. To słowo, jako inżynier z krwi i kości, zrozumiał i po prostu wziął do siebie. Postanowił zainwestować w wiedzę o konstrukcji psychiki ludzkiej. Jeszcze tego samego dnia wykupił prenumeratę „Charakterów”, reklamowanych jako magazyn psychologiczny dla wszystkich. Dla wszystkich, a więc i dla niego, prawda? Zamierzał przeczytać je od deski do deski. A raczej od pierwszego do ostatniego znaku, bo zgłębiał to pismo na iPadzie, z którym w zasadzie nigdy się nie rozstawał.

Postanowił też wszystkie zdobyte informacje psychologiczne od razu wprowadzić w życie. Przez dwa tygodnie zsyłki do biura z pełnym sukcesem stosował jedną bardzo ważną zasadę, o której się dowiedział podczas lektury. Zaczął mianowicie fundować sobie trzydziestominutowe drzemki w pracy, gdyż „sen oczyszcza synapsy oraz stymuluje wzrost kolców dendrytycznych w neuronach mózgu”. A jak wiadomo, w przypadku kolców dendrytycznych, czymkolwiek one są, rozmiar ma znaczenie.

Ten dzień miał być taki sam jak wszystkie poprzednie spędzone na wygnaniu. Dlatego Sebastian, gdy tylko wrócił do biura, podłączył telefon do ładowarki i udał się na zasłużony odpoczynek, czyli regenerującą drzemkę.

Włączył radio, bo zwykle lepiej mu się zasypiało, gdy coś z boku cicho do niego mówiło (mogła to być nawet żona), ale gdy usłyszał o paskudnej katastrofie autobusu na Grunwaldzkiej i kilkunastu rannych, skrzywił się i stwierdził, że nadmiar tragicznych wiadomości nie przyniesie mu spokoju ani nie pozwoli odpowiednio się odprężyć. Przełączył zatem na RMF Classic i kiwając nogą w rytm muzyki fortepianowej, błogo zasnął. Drzemka nieco się przedłużyła i Sebastian wstał po dwóch godzinach mocno połamany. Spanie na karimacie pamiętającej jego studenckie czasy nie należało jednak do najwygodniejszych. Trudno. Cały czas miał przecież wrażenie, że jego sytuacja lokalowa jest stanem przejściowym i wkrótce znowu będzie sypiał we własnym łóżku, pod własną kołdrą i przy własnej żonie. Może nawet z żoną? Tak jak to było zapisane. W kontrakcie. Tym kontrakcie o nieopuszczaniu aż do śmierci.

*

Podobno atak paniki pojawia się nagle, bez żadnej konkretnej przyczyny. W przypadku Justyny nie była to prawda. Jej atak miał przyczynę. A właściwie aż trzy: połamaną nogę, diagnozę lekarki oraz uświadomienie sobie sensu słów: „Minimum dwa tygodnie”.

Według specjalistów napad paniki to doświadczenie ekstremalnej trwogi o swoje życie. Niezupełnie. Justynie przed oczami stanęła nie własna śmierć, ale dwójka dzieci – Olga, lat jedenaście, oraz pięcioletni Kacperek – skazanych na swojego ojca, który nie do końca rozróżniał suszarkę od pralki.

– Muszę wyjść, muszę wyjść! – Jej oddech stawał się coraz szybszy, a ruchy coraz bardziej chaotyczne. Niestety, złamana noga była chwilowo unieruchomiona, co znacznie ograniczało możliwości przemieszczania się, a właściwie zupełnie je uniemożliwiało.

– Co jest? – spytała zaniepokojona Ewelina.

– On nie da rady. Nie nakarmi ich, a jeśli w ogóle, to źle i niezdrowo, będą nosić bieliznę tak długo, aż im sama odpadnie z brudu. On zapomni, że zaczyna się rok szkolny. Muszę stąd wyjść, rozumiesz? Ratunku!!!

– Ale masz złamaną nogę – zauważyła trzeźwo Ewelina.

Justyna zamachała w powietrzu rękami.

– Nawet gdybym miała połamane wszystkie kończyny, to i tak dam sobie lepiej radę niż mój obrzydliwie zdrowy mąż!

ROZDZIAŁ TRZECI

TO NIE MOŻE BYĆ TAKIE TRUDNE

Mateusz zerknął w lustro i uznał, że jest przystojny. To nie była megalomania, tylko stwierdzenie faktu. Ciemne, półdługie włosy układały się miękko wokół twarzy, a kilka siwych pasemek dodawało całości męskiego uroku, doprawionego czterdziestokilkuletnią dojrzałością. Gdyby Mateusz był egzaltowaną panienką, opisałby swoje oczy jako lustra, w których przegląda się niebo. A ponieważ miał bardziej prozaiczne podejście do życia, stwierdził tylko, że są zajebiście niebieskie. Gdyby dorzucić do tego prosty nos, lekko wystający podbródek oraz mądre, myślące czoło – całość zdecydowanie zmierzała w stronę przymiotnika „atrakcyjny”. Bo to nieprawda, że mężczyźni nie zerkają w lustro, nie oceniają samych siebie, nie wyszukują pierwszych oznak starości i lekceważąco podchodzą do własnego wyglądu. Oni to robią, tyle że… w ukryciu. Robią nawet „dzióbki” i puszczają oko do swojego odbicia.

Jakiś czas temu Mateusz wyczytał, iż na pewnej filipińskiej wyspie w bardzo krótkim czasie aż pięciokrotnie wzrosła liczba młodych chłopców cierpiących na zaburzenia odżywiania. Powód? Na wyspie postawiono przekaźnik telewizyjny i młodzież zaczęła przesiadywać przed ekranem. I szybko okazało się, że współczesny ideał męskiego piękna lansowany przez media jest dość jasny: pociągła twarz, wielkie oczy, szczupła sylwetka i pozycja zdobywcy. Chłopcy z Filipin zapragnęli zostać współczesnymi bogami. Mateusz słusznie podejrzewał, iż nie tylko młodzieńcy z egzotycznej wyspy, ale co najmniej trzy czwarte męskiego rodu pragnie wyglądać pięknie. Pozostała jedna czwarta również, tylko nie wiedzieć czemu wypiera to ze swojej świadomości.

Studiowanie własnej twarzy w lustrze brutalnie przerwał dzwonek telefonu. Mateusz odskoczył na pół metra w bok, odrobinę zdenerwowany, że zakłócono mu autooględziny i niechętnie nacisnął zieloną słuchawkę w swojej komórce.

– No tak, to ja… – potwierdził chwilę później imię i nazwisko.

– Pańska żona miała wypadek.

Mateusz zastygł na moment, a nawet upuścił telefon, który efektownym łukiem opadł na parkiet.

– Halo! Jest pan tam? – Głos w słuchawce był wyraźnie zaniepokojony.

– Jestem, przepraszam, komórka wypadła mi z ręki. – Mateusz pozbierał się przynajmniej w minimalnym stopniu i zaczął głęboko oddychać. – Nie żyje? – wystękał w końcu.

– Tak powiedziałem? – zaniepokoił się głos.

– Nie… Ale nie powiedział pan również, że żyje.

– A, to przepraszam. Żyje. Jest połamana i prosiła, żeby pan przyjechał do szpitala.

– Zna pan adres?

– No raczej. – Głos wydawał się być odrobinę rozbawiony. – Zawieźliśmy ją na Zaspę, na Jana Pawła. Szpital Specjalistyczny Świętego Wojciecha. Aha, jeszcze jedno…

Mateusz wstrzymał oddech. Teraz dowie się, że Justyna wprawdzie żyje, ale straciła pamięć. Albo wzrok. Albo jest w stanie krytycznym. Albo wycięto jej śledzionę.

– Żona prosiła, żeby nie robił pan tak zwanych pustych przejazdów.

– Nie zrozumiałem – przyznał odważnie Mateusz.

– Chodzi o to, żeby pan od razu wziął torbę z niezbędnymi damskimi rzeczami, a nie przyjeżdżał wyposażony wyłącznie we własny niepokój oraz tysiąc pytań z serii: „Jak to się stało?”.

– Zrozumiałem. A jak to się stało?

– Wypadek autobusowy. Kierowca nie chciał przejechać kota, odbił gwałtownie w bok. Niestety, kotu to nie pomogło, a przy okazji ucierpieli pasażerowie.

– Nie lubię kotów – powiedział Mateusz.

– No, to teraz pańska niechęć do tych zwierząt pewnie jeszcze bardziej się nasili. Proszę pamiętać o torbie.

Mateusz wziął kilka głębszych oddechów i postanowił ogarnąć rzeczywistość. Przynajmniej w najważniejszych jej aspektach. Dzieci. Olga była w szkole, ale nie miał pojęcia, do której godziny. A Kacper w przedszkolu. Pytanie, w jakim i czy w domu znajduje się numer telefonu oraz nazwisko przedszkolanki. Nie! Chwila! Przecież jest sierpień, zajęcia jeszcze się nie zaczęły. To gdzie są dzieci? Panika ustąpiła dzięki kilku kolejnym, jeszcze głębszym wdechom. Udało się trochę spowolnić gonitwę myśli. Spokojnie. Jest sierpień, czyli wakacje. Dzieci są u dziadków w górach, chyba aż do końca tygodnia. Czyli jeszcze całe dwa dni. Przez ten czas Justyna na pewno wróci do domu.

To teraz torba… A może lepsza będzie walizka? Mateusz widział ją niedawno w dużej szafie w przedpokoju. Był dumny, że o tym pamiętał. Tylko co to są „niezbędne damskie rzeczy”?

Do diabła! Nawet najbardziej przystojny filipiński chłopiec odrobinę by spanikował wobec takiego wyzwania.

*

Justyna była na silnych lekach przeciwbólowych i tylko dlatego nie wystarczyło jej sił, by sarkazmem i ironią podsumować to, co przyniósł do szpitala Mateusz. Nie miała też siły spytać, dlaczego przytaszczył ze sobą ogromną walizkę, której używali tylko podczas dalekich wakacyjnych wypraw.

– Czy ktoś ci pomagał w pakowaniu? – spytała tylko.

Mateusz dumnie wypiął pierś.

– Przyznaję, że początkowo byłem spanikowany, ale postanowiłem nie ulegać emocjom. Wygooglowałem to.

– Wygooglowałeś zawartość torby szpitalnej? A właściwie walizki?

– Poniekąd. Wszedłem na jakiś babski portal i wpisałem hasło: „pakowanie”. Nawet wydrukowałem sobie tę listę i postępowałem dokładnie według wskazówek. Dzięki temu masz tu absolutnie wszystko. – Mateusz sięgnął do kieszeni marynarki i podał żonie kartkę.

Ewelina spojrzała na nią znacząco, więc Justyna zaczęła głośno czytać.

– „Nie zabieraj zbyt dużo bielizny osobistej, zawsze przecież można ją uprać”. Tak, błyskotliwe, ale wyobraź sobie, że nie planowałam robić w szpitalu większej przepierki. No, chyba że zadbałeś również o proszek do prania? – spojrzała na męża pytająco.

Zaprzeczył.

– No, dobrze. Czytajmy dalej. „Weź kostium kąpielowy i plażowy. Wiele kobiet wykorzystuje ten drugi jako część garderoby (bluzkę lub top)”. Zwariowałeś? – Justyna próbowała nie denerwować się zbyt mocno, była w końcu połamana i mocno obita, ale lista Mateusza powoli doprowadzała ją do szewskiej pasji.

Wzruszył ramionami. Nie od dzisiaj wiadomo, że o babskiej niewdzięczności można by napisać kilometrowe eseje.

– „Nie bierz prześwitujących ubrań. Prawdopodobnie wyglądasz w nich świetnie, ale możesz niechcący sprowokować natrętnych facetów”.

Z prawej strony dobiegł śmiech, który zupełnie spontanicznie wyskoczył z gardła Eweliny.

Mateusz naburmuszył się jeszcze bardziej. Śmieszne? A niby dlaczego?

– „Przydadzą się też dwie pary spodni (wygodne są zwłaszcza bojówki, w których można upchnąć komórkę, aparat fotograficzny i pomadkę) oraz szorty”. Nie będę czytać dalej. Albo nie, jeszcze jedno, na zakończenie. – Ponownie rozłożyła kartkę. – „Nie pakuj tony kolorowych kosmetyków do makijażu. Przed wyjazdem zrób hennę brwi i rzęs i krótko obetnij paznokcie. Najlepszym podkładem będzie twoja opalenizna, a całość idealnie uzupełni błyszczyk do ust”.

Kiedy skończyła czytać, Ewelina pokiwała głową ze zrozumieniem.

Idiota.

Tylko idiota mógł skopiować z sieci zalecenia, jak zapakować walizkę przed wyjazdem na WAKACJE i wykorzystać je na potrzeby pobytu w szpitalu. Chociaż, w sumie, mogło być gorzej. Mógł jeszcze skompletować zawartość torby, którą zabiera się na porodówkę. W sieci krążyło sporo wersji tej listy. Gdyby dobrze poszukał, znalazłby w domu nawet laktator…

– Bez błyszczyka rzeczywiście nie dałabym rady. No i dziękuję, że nie przyniosłeś żadnej przezroczystej bluzki. Nie chciałabym niepotrzebnie prowokować lekarzy. – Justyna spojrzała na Mateusza z żądzą mordu w oczach. Nie mógł jednak tego zobaczyć, bo właśnie udawał, że zafascynowała go szpitalna lampa.

*

Tymczasem Ewelina chyba po raz dziesiąty próbowała dodzwonić się do męża. Co, jak zwykle, było niemożliwe. Nie dalej jak dwa tygodnie temu, podczas kłótni, która zakończyła się wyrzuceniem Sebastiana z domu, wykrzyczała mu dobitnie:

– Nigdy telefonów nie odbierasz! Jak się coś stanie i będę leżała nieżywa pod kołami jakiegoś samochodu, to też nie będę mogła się do ciebie dodzwonić!

– Nie będziesz – powiedział ze stoickim spokojem jej mało awanturujący się i niezwykle poukładany mąż.

– No widzisz, nie będę!

– Nie, bo będziesz nieżywa – oświadczył Sebastian, jak zwykle logiczny nade wszystko.

– Za słówka mnie łapiesz! Za słówka! Nie łap mnie za słówka! – wrzasnęła.

Sebastian spojrzał na nią wymownie. Oczywiście, wolałby ją łapać za coś innego, bo mimo dziesięciu lat małżeństwa wciąż mu się podobała i łapanie za różne części jej ciała sprawiało mu niesamowitą przyjemność. Do niedawna jeszcze było to miłe dla obojga.

Ewelina zauważyła jego wzrok i to doprowadziło ją do jeszcze większej wściekłości. Nawet jeśli przed chwilą wcale nie miała ochoty wyrzucać go z domu, łakome spojrzenie męża, podczas gdy ona była na niego wkurzona do granic wytrzymałości, tylko zaogniło sytuację. I w końcu kazała mu iść do wszystkich diabłów. A on, myśląc, że za chwilę jej przejdzie, po prostu wyszedł do biura, pomieszkać w nim tymczasowo.

Teraz zaś, leżąc w szpitalnym łóżku, walcząc z bólem i bezskutecznie wybierając numer do męża, Ewelina tylko utwierdzała się w przekonaniu, że Sebastianowi wyrzucenie z domu należało się za tak zwany całokształt. Człowiek, który od dziesięciu lat był jej mężem, najwyraźniej kompletnie się do tego nie nadawał. Do bycia ojcem również.

Kiedyś przeczytała w Internecie dowcip.

Żona pokazuje mężowi zdjęcie syna i pyta:

– Widzisz tego młodego człowieka na zdjęciu?

– Tak.

– To o szesnastej odbierzesz go z przedszkola.

Zupełnie jej ten żarcik nie śmieszył. Bo obawiała się, że jeszcze trochę i Sebastian nie rozpozna dzieci na ulicy, tak jak kiedyś nie zauważył jej samej, gdy przypadkowo minął ją w osiedlowej Biedronce.

– A co, ty już żony nie poznajesz? – zapytała, zatrzymując go na środku sklepu.

– Ojej! – zdziwił się szczerze. – A od kiedy ty masz takie jasne włosy?

Ha. Jasne włosy miała od roku, ale mąż jakoś nie zanotował tego w swoim mózgu. Tam notował tylko średnice rur i inne rzeczy związane z inżynierią sanitarną. Notował również makroskładniki pożywienia i ilość powtórzeń na siłowni, ale na to, czy jego żona jest blondynką, rudym wampem, czy też w ogóle nie ma włosów, w głowie Sebastiana Wiśniewskiego, magistra inżyniera z krwi i kości, zupełnie nie było miejsca.

Ewelina jęknęła, gdy po raz kolejny usłyszała w telefonie idiotyczną piosenkę, w której Pharrell Williams przekonywał ją, że jest szczęśliwy, i proponował, żeby klaskała, jeżeli czuje się tak samo.

Because I’m happy

Clap along if you feel like happiness is the truth.

Na klaskanie jakoś nie miała ochoty. W szczególności z ręką, która bolała jak cholera. Mimo środków przeciwbólowych.

O, telefon!

Mama…

Na rozmowę z mamą też nie miała ochoty. Wiedziała doskonale, że dzwoni tylko po to, żeby zapytać, kiedy wreszcie ktoś wyswobodzi ją od jej własnych wnuków. I dlaczego to tak długo trwa, bo przecież Ewelina miała wrócić do domu za godzinę. A minęły już co najmniej cztery.

– Cześć, mamo – powiedziała z rezygnacją. Z kimś w końcu musi przecież porozmawiać o tym, co się stało.

– Gdzie ty się podziewasz? – No tak, to pytanie przewidziała bardzo dokładnie. I wiedziała, że odpowiedź nie przypadnie jej matce do gustu.

Babcia Marysia kochała wnuki, ale tylko z rzadka. Na stałe mieszkała w Niemczech. Nie pojechała tam „za chlebem”, ale „za seksem”, jak to zwykł nazywać Sebastian. Taka współczesna emigracja seksualna.

Kiedy mama skończyła pięćdziesiąt lat i weszła w okres menopauzy, poznała o siedem lat młodszego Hansa, który menopauzę natychmiast przegnał i to na długie lata. Od blisko dwudziestu lat stanowili więc najszczęśliwszą parę pod słońcem, o czym to mama chętnie przypominała Ewelinie; niestety zwykle w momentach, gdy ta przeżywała kryzys we własnym małżeństwie. Co ostatnio zdarzało się bardzo często, a w zasadzie trwało przez cały czas.

Ogrom miłości babci Marysi i Hansa przejawiał się również tym, że babcia nie mogła opuszczać swojego ukochanego na dłużej niż kilka dni, bo tęsknota rozdzierała jej serce do tego stopnia, że Marysia stawała się nie do wytrzymania dla otoczenia. Wyżywała się wtedy na całej rodzinie, więc wszyscy mieli jej serdecznie dość i ku obopólnej radości odwozili ją na lotnisko. Teraz też się denerwowała, bo była u córki już od trzech dni i zaczynała mocno się niecierpliwić. Lada chwila miał przyjechać po nią Hans i zabrać na romantyczny weekend do spa. Prosto ze spa mieli zaś jechać do domu i, oczywiście, baraszkować w sypialni. Tymczasem co robi jej samolubna córka? Niszczy te cudowne plany swoim wypadkiem!

– Jak to w szpitalu? – Babcia Marysia nie kryła oburzenia.

– Mamo, to raczej nie moja wina. Kierowca nie chciał przejechać kota, zahamował, no i stało się…

– W takim razie poinformuj mnie proszę, o której przyjdzie Sebastian. Bo rozumiem, że ty na razie zostajesz?

– Na razie na pewno. Podejrzewam, że nawet na trochę dłuższe „na razie”.

Babcia Marysia ze świstem wypuściła powietrze.

– Cholera. Hans zaraz tu będzie.

Za każdym razem, gdy mama wspominała Hansa, w jej oczach pojawiały się gwiazdy. Ewelina naprawdę zazdrościła jej tego uczucia. Starała się wprawdzie bardzo stłumić tę zazdrość, ale nie mogła nic poradzić na to, że też chciałaby do spa, chciałaby te gwiazdy w oczach i inne objawy zakochania, które – jak się Ewelinie dotąd wydawało – przeznaczone były dla nastolatków. Często taksowała ich wzrokiem, gdy obłapiali się i całowali na przystankach autobusowych, skwerach, placach i w innych publicznych miejscach.

Miała prawie czterdzieści lat i gdyby poszukała głębiej w otchłani własnych wspomnień, odnalazłaby siebie samą, godzinami całującą się z Wojtkiem z trzeciej „b” w oczekiwaniu na autobus linii 139 na pętli w Oliwie. Ale, niestety, albo nie chciała, albo nie mogła sobie tego przypomnieć. I dlatego też, gdy ktokolwiek okazywał drugiej osobie w sposób widoczny uczucie zwane miłością, krzywiła się i z miną „co-ty-tam-człowieku-wiesz-o-życiu” odwracała się zdegustowana.

Zdegustowana była też babcia Marysia, gdy usłyszała, że jej własna córka nie może dodzwonić się do męża i ściągnąć go do domu, by wreszcie zajął się własnymi dziećmi.

Maria Kwiatkowska uważała, że w życiu trzeba być konsekwentnym i jak się narobiło dzieci, należy też wziąć za nie odpowiedzialność. Ona brała odpowiedzialność do końca studiów swojej jedynaczki, wykształciła ją, wychowała i doprawdy nie uważała za konieczne zajmować się teraz wnukami. Przeżywała drugą młodość, od niemal dwudziestu lat była szczęśliwie zakochana i nawet poważnie złamana ręka córki czy jej pokiereszowany bark nie były w stanie przeszkodzić tej miłości. Złamana ręka. Przecież od tego są specjaliści. A Maria Kwiatkowska specjalistom ufała.

Wierzyła, że każdy powinien zajmować się tym, co potrafi i do czego się zobowiązał.

Wychowywanie i niańczenie dwójki dzieci, lat sześć oraz osiem, naprawdę nie znajdowało się w zakresie jej obowiązków. Zapomniała już, jak bardzo dzieci potrafią być głośne, ile jedzą i jak dużo zamieszania i bałaganu robią wokół siebie. Po kilku dniach spędzonych u córki była wykończona. Owszem, mogła swoje wnuki rozpieszczać, dawać im prezenty, czekoladki, ale na Boga, nie OPIEKOWAĆ SIĘ nimi przez dwadzieścia cztery godziny na dobę! Z zawodu była przedszkolanką, przepracowała pół życia, użerając się z głośnymi bachorami, i gdy po raz ostatni zamknęła za sobą drzwi przedszkola, w którym pracowała, przyrzekła sobie, że nigdy więcej żadnymi dziećmi zajmować się nie będzie. I naprawdę miała zamiar tej obietnicy dotrzymać.

Ewelina ciężko westchnęła. Chyba już wolałaby faceta, który przytaszczył walizkę wypełnioną niepotrzebnymi rzeczami typu spodnie bojówki niż własnego męża ignorującego połączenia od żony.

Burak.

Podły, egoistyczny, samolubny i skandalicznie nieodpowiedzialny burak.

*

Tymczasem wyspany, choć obolały Sebastian uznał, że w artykule, który czytał, kryje się głęboka prawda. Wyraźnie czuł, że w czasie snu synapsy się oczyściły, kolce dendrytyczne wzrosły, a on sam stał się wręcz niewymownie rześki. Co więcej, życie wydawało mu się cudowne.

Drapiąc się tu i ówdzie oraz przeciągając niczym leniwy kocur, postanowił coś zjeść, bo – jak wiadomo od wieków – głodny mężczyzna to mężczyzna zły. Wiśnia nie miał wyjścia. Musiał dziś być w anielskim humorze, bowiem po raz pierwszy od dwóch tygodni miał zobaczyć swoje potomstwo. Anielski nastrój był mu potrzebny w szczególności do tego, by w jakiś sposób przekonać żonę, że jednak warunki w jego biurze nie są zbyt komfortowe dla dwójki jakże rozkosznych dzieci, i że tym razem chciałby się nimi opiekować w domu. A mówiąc dokładniej – w ich do niedawna wspólnym domu, do którego Sebastian miał zamiar z powrotem się wprowadzić. Mieszkał tam przecież ponad dziesięć lat, miał więc prawo w nim zostać, choćby przez zasiedzenie.

Bruno i Emilka wrócili kilka dni temu z wakacji, najwyższa pora się z nimi zobaczyć. Trochę się za nimi stęsknił, choć oczywiście bez przesady. Sebastian Wiśniewski był bowiem człowiekiem wygodnym i dwa tygodnie spokoju sprawiły mu dużo przyjemności. Zupełnie sobie nie wyobrażał, jak wytrzyma weekend w swoim nieskazitelnie czystym biurze z dwójką hałaśliwych stworzeń i ich lepkimi, brudnymi rączkami. Nie. Zdecydowanie nie. Musi jeszcze dziś przekonać żonę, że to niemożliwe. Chętnie zajmie się dziećmi, ale w domu, nie w biurze.

Spojrzał na telefon. Czternaście nieodebranych połączeń. Cóż, Ewelina zawsze była niecierpliwa. Zegar na wyświetlaczu komórki nie pozostawiał żadnych wątpliwości. Cholera, już dziewiętnasta. A umawiali się, że przyjedzie o siedemnastej, zaraz jak tylko skończy pracę. Nic dziwnego, że dzwoniła tyle razy. Nie będzie już teraz oddzwaniał, tylko szybciutko wsiądzie w auto i pojedzie do domu. Może dzieci będą już w piżamach i sytuacja sama się rozwiąże? Może wtedy będzie mógł zostać? Nawet jeśli Ewelina każe mu spać w salonie na kanapie, to i tak będzie to dużo lepsze niż tłuste palce na ścianach w jego biurze.

Spokojnie i powoli ubrał się, wyszedł i wsiadł do samochodu. A potem, słuchając muzyki z lat osiemdziesiątych, pomknął do ich wspólnego (jeszcze do niedawna) mieszkania. Ale co to? Na parkingu pod blokiem nie było samochodu Eweliny. Zmarszczył brwi. O tej porze wyszła z domu? Dopiero po chwili przypomniał sobie, że miała odstawić auto do warsztatu. Pokręcił głową. Chyba drzemka była jednak zbyt krótka, pamięć i koncentracja zdecydowanie mu się nie poprawiły. A może stosuje złe suplementy diety? Trzeba o tym poczytać. Ale to już później.

Stanął przed drzwiami z napisem: „Ewelina i Sebastian Wiśniewscy”. Piękna tabliczka, którą sam zrobił kilka dni po ślubie. Osobiście wypalał napis na jasnym drewnie. Uśmiechnął się pod nosem. Wtedy myśleli, że będą do końca życia razem. A teraz… Teraz to już nic nie wiadomo.

Zawahał się, czy nacisnąć klamkę. Przecież… Przecież już tam nie mieszka. Wreszcie się zdecydował. Zapukał i wszedł do środka.

W korytarzu stały walizki. Ktoś wyjeżdża? Ktoś przyjechał?

– Cholera. Mamusia – wyszeptał cicho.

Zupełnie zapomniał, że jego żona przywiozła z wakacji mamusię. Na szczęście, jak widać, mamusia już się zbierała.

Nie miał nic przeciwko teściowej (i wzajemnie), ale im rzadziej się widywali, tym lepsze panowały między nimi stosunki. Całkowity brak spotkań oznaczał wręcz sielankę. Żadnej okazji, by się pokłócić lub nawzajem wyprowadzić z równowagi.

Zajrzał do dużego pokoju. Dzieci rzeczywiście były już w piżamach, leżały na kanapie i jadły pączki, a teściowa siedziała przy stole, nerwowo bębniąc jedną ręką o blat. Po przeciwnej stronie siedział jej chłopak, jak pieszczotliwie mówiła o Hansie, i przykrywał swoją dłonią jej drugą rękę, której palce też z pewnością by uderzały rytmicznie w czystą powierzchnię stołu, gdyby tylko mogły.