Aurea. Na Krańcu Świata. Tom 1 - Mania Kokowska - ebook

Aurea. Na Krańcu Świata. Tom 1 ebook

Mania Kokowska

0,0

Opis

Po miesiącach spędzonych w więziennej celi druidka Ren otrzymuje szansę na wolność. U boku czwórki nieznajomych – gnomki, krasnoluda, elfki i diablęcia – wyrusza w podróż przez świat rozdarty dawną wojną i uprzedzeniami. Razem podejmują się karkołomnego zadania odnalezienia kamieni żywiołów, rzucając wyzwanie samemu władcy Aurei.
Królestwo stoi na krawędzi zagłady. Matka Natura, od wieków czczona niczym bóstwo, wymyka się spod kontroli, a kolejne katastrofy zwiastują przebudzenie siły, która nigdy nie powinna powrócić. Z każdym krokiem bohaterowie odkrywają, że historia, którą znali, została zbudowana na przemilczeniach, a to, co miało pozostać zapomniane, wciąż wpływa na los całego świata.
W świecie, gdzie po wojnie każda rasa nosi własne blizny, a prawda skrywa się za kłamstwami i politycznymi intrygami, największe bitwy nie toczą się o władzę, lecz o nadzieję, że nawet na krańcu świata nie wszystko zostało jeszcze stracone. Bo niektóre wojny nie kończą się nigdy – tylko zmieniają swoją formę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 476

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Aurea. Na Krańcu Świata

Aurea. Na Krańcu Świata. Tom 1

Copyright © Mania Kokowska

Copyright © Wydawnictwo Excalibur

Wydanie I, Wrocław 2026

ISBN: 978-83-981060-4-7

Redakcja: Joanna Karyś

Korekta: Jolanta Augustyniak

Skład i łamanie: Piotr Mańturzyk

Ilustracja na okładce: Martyna Starczewska

Mapa: Mania Kokowska

Ilustracje w tekście: Wojciech Kokowski

Opracowanie graficzne okładki: Mania Kokowska, Joanna Karyś

Wektory: Magnific (rawpixel.com, pch.vector)

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w Internecie.

All right reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

instagram.com/powolneczytanie/

instagram.com/wydawnictwoexcalibur

tiktok.com/@powolneczytanie

tiktok.com/@wydawnictwoexcalibur

www.wydawnictwoexcalibur.pl

fb.com/wydawnictwoexcalibur

PROLOG

Brak nadziei objawiał się często tym samym, co nieustająca wiara. Te dwa przeciwstawne uczucia łączyło jedno: niewyobrażalne cierpienie. I to właśnie ono, kłębiąc się w jego podświadomości, sprawiało, że pruł dalej poprzez tunele, mimo bólu rozsadzającego nogę.

Szedł tak długo, że zraniona kończyna w końcu nie wytrzymała. Kolana ugięły się pod nim i z niemym krzykiem na ustach runął na ziemię, w ostatniej chwili wyciągając przed siebie ręce. Górną część jego pleców przeszył intensywny ból przypominający uderzenie pioruna. Cienka strużka krwi spływała po ramieniu aż do nadgarstka i wsiąkała w spragnione podłoże.

Ciężko oddychając, przykląkł i sięgnął za plecy, z trudem powstrzymując jęk. Wiedział jednak, że jeśli go usłyszą, nie zdoła uciec. Przemógł więc chęć rozdarcia ciszy wrzaskiem i przejechał wierzchem dłoni po wilgotnej koszuli. Nie miał pojęcia, jak głęboko sięgało rozcięcie, ale szybko zorientował się, że nóż wciąż tkwił pod lewą łopatką.

Zagryzając zęby, doczołgał się do ściany i oparł głowę o rozgrzany granit. W dłoni wciąż ściskał niewielką, zakrwawioną kopertę.

Nie miał siły wstać ani nawet się czołgać, zastygł więc w miejscu. Jego ciałem wstrząsnął gwałtowny dreszcz. Niewiele brakowało, a dotarłby do celu, ale teraz… Mógł jedynie czekać i, o ironio, mieć nadzieję.

Przy kolejnym obezwładniającym spazmie pozwolił powiekom opaść. Skupił się na jednej twarzy. Tej, która dawała mu siłę do walki i bez której dawno by się poddał. To ona była jego nadzieją, a on – jej przeciwieństwem. A jednak wspólnie cierpieli za całe królestwo.

Jego oddech zwolnił, ciało zaś nieco się rozluźniło, choć krew nieustannie przesiąkała przez jasną tkaninę. Z trudem otworzył oczy i spojrzał na odległy koniec tunelu. Obiecała mu, że przyjdzie. Obiecała…

W chwili, gdy niemal utracił wiarę, przymknął powieki i wziął ostatni wdech. Ból odpłynął na dobre, kiedy Matka zagarnęła go w swe ramiona.

Zaledwie kilka minut później podziemia wypełniły ciche kroki. Niebieskooka goblinka w czarnej jak noc zbroi przyklękła nad nieruchomym ciałem i wydobyła list spomiędzy zesztywniałych palców.

– Obiecuję, że do niej trafi – szepnęła, wyciągając zza pazuchy dębowy liść.

Wcisnęła go pod koszulę zmarłego i odmówiła krótką modlitwę. Potem czmychnęła w ciemność, zanim ktokolwiek zdołał ją zauważyć.

ROZDZIAŁ 1

Szczęśliwy zbieg

Ventus „Kraniec Świata”, rok 9576

Liczne konsekwencje wojny zakończonej przed trzema laty oraz mrożące krew w żyłach opowieści o bandytach czających się w ciemnych zaułkach skutecznie odwodziły mieszkańców miasta od nocnych eskapad. Nie było zatem nic dziwnego w tym, że późną deszczową porą Księżycowe Place w Ventus świeciły pustkami, a najgęściej zatłoczone za dnia uliczki tonęły w ciszy nocy. Już od zachodu słońca okiennice wszystkich domostw pozostawały zatrzaśnięte, drzwi zaś pozamykane na cztery spusty. Albo i pięć – tak dla bezpieczeństwa.

Początkowo nic nie wskazywało na to, by tej nocy miało być inaczej. Nic – aż księżyc, wbrew swym zwyczajom, wyłonił się zza gęstej zasłony chmur, a wskazówki zegara na wieży ratusza zastygły w bezruchu. Zupełnie jakby czas na moment się zatrzymał, wyczekując nadchodzących wydarzeń. Złamanie tych dwóch, z pozoru nic nieznaczących zasad, było jednak początkiem lawiny, która pogrążyła miasto w chaosie.

Brakujące kończyny, wciąż niezagojone rany, pozbawione blasku oczy i posępne twarze były jednymi z wielu dowodów na okrucieństwo, jakie spotykało przeciwników korony. Wszyscy ci, którzy narazili się władzy, prędzej czy później kończyli w ten sam sposób – prowadzeni przez strażników i strażniczki w długim, więziennym pochodzie.

Nie inaczej było tej nocy.

Krasnolud imieniem Noran szedł w długiej kolumnie i co jakiś czas rzucał ukradkowe spojrzenia na okiennice najbliższych domostw. Jeśli któryś z mieszkańców usłyszał nadejście straży, nikt nie miał odwagi wyjrzeć przez okno.

Wkrótce jednak pochód opuścił miasto i wkroczył na most prowadzący do głównej bramy więzienia. Rozpostarte wrota przywodziły na myśl paszczę gotową pożreć żywcem każdego, kto przekroczy jej próg, a las włóczni na murach jedynie dopełniał to wyobrażenie. Ponadto blisko setka strażników i strażniczek przemieszczała się tam i z powrotem po kamiennych murach, a drugie tyle zajmowały drewniane krużganki oplatające wzniesioną wewnątrz fortyfikacji wieżę.

Jakże dobrze znał te liczby i jak beznadziejne wydawało mu się jego położenie na ich tle. Obstawiona ze wszystkich stron Łomka stanowiła więzienie doskonałe. Nie istniała w niej żadna potencjalna droga ucieczki – poza tą, która na zawsze oddzielała ciało od duszy.

By ujrzeć szczyt wieży, krasnolud musiał zadrzeć głowę i spojrzeć w samo serce nieba, ale przy mglistej pogodzie, jaka panowała tej nocy, niewiele dostrzegał. Górna część budowli nikła w mlecznej zasłonie, a skalne zbocza rozświetlone księżycowym blaskiem dodawały scenie upiorności.

Gdy więzienny pochód dotarł na szczyt wykutych w skale schodów, pierwszy ze strażników podpalił przygotowane przy wejściu łuczywa, tymczasem pozostali ustawili skazańców w długim szeregu. Kazano im się rozebrać aż do bielizny, a następnie odziać się w obszyte czerwoną nicią koszule i spodnie. Wszystkie łachmany spalono w głębokim dole, więźniów podzielono na kilkuosobowe grupy.

Przestrzeń przed wejściem powoli pustoszała, aż w końcu u wylotu korytarza zostali jedynie: Noran, rudowłosa elfka, zdecydowanie za młoda na przestępczynię gnomka oraz diablę, na którego widok w sercu krasnoluda wróciły wspomnienia niedawnych przewin. Strażnicy przeprowadzili ich przez pierwszą kratę, a wyższy, dzierżąc w dłoni pochodnię, ruszył na przedzie kolumny.

Noran zadrżał.

Pośród pustych korytarzy wieży było jeszcze chłodniej niż na zewnątrz. Ściany pokrywał wieloletni grzyb, a czarne zacieki w spękaniach wzbudzały w nim niepokojącą myśl, że budowla w każdej chwili może się zawalić i pogrzebać go w swych ruinach. Choć gdyby tak było, a kamień z łatwością poddawałyby się destrukcyjnemu działaniu czasu, część więźniów już dawno by się stąd wydostała.

Przejścia były wąskie, więc poruszali się gęsiego. Z okratowanych cel wyciągały się w ich kierunku wychudzone dłonie i blade, pozbawione koloru twarze. Co parę chwil upiorną ciszę przerwały donośne jęki, lecz milkły zbyt szybko, by krasnolud mógł ustalić ich źródło.

W odczuciu Norana po niespełna kwadransie monotonna wędrówka dobiegła końca. Pochodnia przestała się poruszać, a głośne kroki strażników ucichły. Szczęknął zamek, krata zapiszczała, więźniowie zaś zostali kolejno wepchnięci za próg celi z szacunkiem należnym robactwu. Wyższy ze strażników zatrzasnął wejście, przekręcił klucz i oddalił się wraz ze swym kompanem. Ich kroki jeszcze przez chwilę niosły się echem, ale gdy zagłębili się w labirynt korytarzy, we wnętrzu wieży znów zapanowała grobowa cisza, przerywana jedynie pluskiem kapiącej z sufitu wody.

– Cholera jasna. – Noran uderzył ręką w kratę, jakby dopiero teraz uświadomił sobie, że to koniec.

Próbował sforsować żelazne pręty, lecz bez skutku. W jego czarnych oczach czaiła się desperacja. Był gotów drzeć się, kopać i walić w ściany, dopóki ktoś po niego nie przyjdzie, a wtedy… a wtedy… no właśnie. Tu pojawiał się problem.

Spojrzał spode łba na pozostałych, ale ci milczeli, bezceremonialnie przyglądając się jego wysiłkom.

Przez całą drogę traktem handlowym – prowadzącym z Tenebris przez mniejsze wioski aż do podnóża Gór Północnych – nie rozmawiał zbyt wiele z innymi więźniami. Niektórzy dołączyli do pochodu dopiero niedawno, a i on z czasem przestał zwracać uwagę na konkretne twarze. Łatwiej było nie nawiązywać bliższych znajomości. Nie w takich okolicznościach.

– A wy to kto, do jasnej cholery?

Usłyszał głos dobiegający z przeciwnej strony celi. Należał do kobiety, której obecności nie był dotąd świadomy.

– A gdzie jakieś uprzejmości? – zakpił, kiedy nieznajoma znalazła się tak blisko, że wyczuwał jej cuchnący oddech.

Po chwili pomieszczenie wypełniło światło płomieni wydobywających się z trzymanego przez nią sztyletu.

– Bardzo. Ładnie. Proszę. Żeby. Mości pan. Się przedstawił – wycedziła z sarkastycznym uśmiechem, patrząc mu w oczy.

Noran nie odpowiedział, a tylko przyglądał się jej uważnie. Była raczej drobną, wychudłą kobietą, ledwie dobiegającą trzydziestki, lecz podkrążone oczy i przezroczysta jak pergamin skóra dodawały jej lat. Długie kasztanowe włosy miała splątane w kołtuny przypominające zbite grudy ziemi, a za lewym uchem wyraźnie odcinał się pojedynczy srebrny kosmyk. Twarz miała brudną i wyraźnie zmęczoną długim pobytem w celi, lecz jej oczy płonęły żywą, turkusową poświatą, podobną do tej widywanej w oczach diabląt.

Skupiając wzrok na kratach, kobieta ruszyła naprzód i mocniej zacisnęła palce na rękojeści broni, jakby ta była jej jedyną deską ratunku.

– Zapytam inaczej: co tu robicie i kto was wpuścił?

Noran parsknął głośniej, niż zamierzał.

– Głupia jesteś czy jak? To pieprzone więzienie, a nie prywatna kwatera.

Żyła na skroni nieznajomej zapulsowała. Wyglądała, jakby zaraz miała rzucić się na nich w krwiożerczym szale.

– Skąd to masz? – wtrąciła elfka, wskazując na sztylet.

– Nie twój interes – odwarknęła kobieta, cofając rękę z bronią.

– A jednak mój, skoro jest nas tu pięcioro, a tylko ty posiadasz broń – podsumowała, co pozostali, włącznie z Noranem, zaaprobowali głośnym pomrukiem.

Kobieta zacisnęła zęby i nie przejmując się podążającymi za nią spojrzeniami, podeszła do krat, przyłożyła skroń do ciasno osadzonych prętów i rozejrzała się na boki.

Noran zerknął na pozostałych, ale najwyraźniej nikt prócz niego i elfki nie kwapił się do dyskusji. Musiał wziąć sprawy w swoje ręce.

– Słuchaj, jeśli życie ci miłe, oddaj mi to i…

– Ćśśś! – weszła mu w słowo.

Tym razem nie zaprotestował. Wszyscy w celi zamilkli, słuchując pobrzękiwania niosącego się echem po pustych korytarzach więzienia. Kroki były coraz głośniejsze. Wystarczyła sekunda, by korytarz rozświetliła pomarańczowa łuna bijąca od pochodni przybysza.

Gdy nieznajoma na chwilę się rozproszyła, Noran spróbował wyrwać broń z jej rąk, ale odskoczyła z zaskakującą zwinnością.

– Nawet nie próbuj – warknęła.

– Chcę nas tylko stąd wydostać.

– Więc zostaw to mnie.

Przez chwilę walczyli na spojrzenia. Krasnolud odpuścił, gdy za rogiem korytarza pojawił się czyjś cień.

Był przygotowany na dwa scenariusze. Pierwszy zakładał, że strażnik minie ich celę i zignoruje krzyki, jak to zwykle mieli w zwyczaju jego koledzy po fachu. Drugi – że nieznajoma zwabi go do krat i jakimś niemożliwym, zakrawającym na szaleństwo sposobem, poderżnie mu gardło, zdobywając klucz.

Kolejna bezcenna wiedza, którą zdobył podczas szkolenia: wieża więzienna w Ventus była na tyle dobrze strzeżona, że nikt nie zawracał sobie głowy różnymi zamkami. Każdy strażnik nosił przy sobie przynajmniej jeden klucz pasujący do wszystkich cel. Dzięki temu oszczędzano sobie zachodu z szukaniem właściwego, gdy trzeba było wynieść trupa i uprzątnąć klitkę.

Niemniej Noran nie wziął pod uwagę trzeciego scenariusza. Tego, który właśnie zaczął rozgrywać się na jego oczach.

Strażnik zatrzymał się przed ich celą. W jego hełmie, tuż pod królewskim herbem przedstawiającym splecione pnie brzóz, widniało długie nacięcie, przez które widać było tylko oczy i krzaczaste, zmarszczone brwi.

Kobieta, widząc go, głośno odetchnęła. Wartownik nie wyglądał jednak na zadowolonego.

– Co to ma być, Ren? – spytał, rozkładając ręce. – Skąd tu, u licha, ta cała banda?

– Zadaję sobie to samo pytanie – odparła z rozdrażnieniem. – Ale nie zmienia to chyba naszych planów, prawda?

Strażnik przytaknął bez przekonania, ale kiedy jego dłoń powędrowała w stronę kieszeni, ostatecznie się zawahał.

– Nie, Ren, nie mogę wypuścić ich wszystkich – powiedział, ściszając głos.

– To wypuść tylko mnie.

Mimo szeptu Noran wszystko usłyszał i rzucił w jej stronę podejrzliwe spojrzenie.

– Jesteś z nim w zmowie, jak mniemam? Masz zamiar stąd uciec?

– Nie, tak tylko gawędzimy – prychnęła Ren, przewracając oczami. – Oczywiście, że zamierzam stąd uciec, więc, jeśli łaska, nie utrudniajcie tego.

– Nie ma sprawy, o ile zabierzesz nas ze sobą – wtrąciła elfka.

Kobieta z trudem powstrzymała śmiech. Dopiero pod naporem wyczekujących spojrzeń, spoważniała.

– Żartujesz sobie? – spytała dla pewności.

– Skoro już postanowiłaś zabrać stąd swoje dupsko, też chętnie skorzystamy z okazji – dorzucił Noran. – Uciekasz z nami albo wcale.

– Wypowiadacie się w imieniu wszystkich? – Odwróciła się twarzą do reszty, a światło jej sztyletu zatańczyło na ścianie celi.

– Nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby tutaj zostać – odparła gnomka, wzruszając ramionami.

– Tyle że spełnianie waszych kaprysów nie jest moim obowiązkiem – wycedziła Ren. – Nie miało was tu być, więc…

– Więc co? – Noran posłał w jej kierunku pogardliwe spojrzenie. – Zagrozisz nam tym swoim, pożal się Bogini, mieczykiem i rozkażesz, żebyśmy tu zostali, bo inaczej…

– Spokój – rzucił strażnik, a choć nie powiedział tego głośno, ton jego głosu ciął jak brzytwa.

Rozejrzeli się z niepokojem po korytarzu.

– Rozumiecie w ogóle, z czym wiąże się ta ucieczka? – wyszeptała Ren, wykorzystując chwilę ciszy. – Jeśli nas schwytają, zawiśniecie. Nie mogę wam zaoferować nic ponad opuszczenie tej wieży, a i tak nie ma pewności, czy wyjdziemy z niej w jednym kawałku. Jeśli nie jesteście zdesperowani, dla własnego dobra zostańcie tutaj.

Noran prychnął z niesmakiem.

– Wolę śmierć przy próbie ucieczki niż powolne gnicie w tym szambie. Jeśli spróbujesz stąd wyjść, nic mnie nie powstrzyma przed ruszeniem za tobą. Rozumiesz?

Elfka i gnomka zaczęły przytakiwać i głośno wymieniać między sobą uwagi.

Strażnik, chcąc podkreślić swoją przewagę, położył dłoń na rękojeści miecza.

Ren pokręciła głową, a potem zwróciła się do wszystkich:

– Jesteście tego pewni?

Elfka spojrzała przelotnie na strażnika, ale zaraz na jej twarzy pojawiła się determinacja.

– To wybór między pewną śmiercią tutaj a szansą na przeżycie tam – rzekła. – Więc zgadzam się z nim. – Wskazała na Norana. – Pozostanie tutaj byłoby głupotą.

Nikt inny nie zaprotestował, ale strażnik wciąż przyglądał się im bez przekonania, intensywnie rozmyślając nad decyzją. Po kilku sekundach zbliżył się do krat i oparł napierśnik o pręty. Rozległ się charakterystyczny brzdęk.

– Dobrze wiesz, że jak otworzę zamek, to żadne z nas nie zapanuje nad tą bandą – szepnął.

Noran z trudem dosłyszał jego słowa, a jeszcze trudniej było mu zachować kamienny wyraz twarzy.

– To ich nie wnerwiaj – odparła równie cicho Ren. – Jak chcą, mogą iść, mnie jest wszystko jedno. Będą moją tarczą, a w mieście rozstaniemy się na dobre i po kłopocie.

– Gówno, nie po kłopocie – syknął. – Nie mogę wypuścić całej piątki. Jeden zbieg może umknąć uwadze góry, ale cholera, Ren! Cała grupa? Na pewno będą chcieli to z kimś powiązać. Zaczną węszyć i w końcu dojdą do tego…

– Cała ich czwórka jest warta tyle, co ja sama, Jandar – przerwała mu. – Jak chcesz, żeby ten pieprzony koszmar dobiegł końca, to mnie wypuść. O resztę zadbam sama. A jak tak się boisz, to uciekaj z nami.

Strażnik zacisnął szczękę i nie odpowiedział, ale jego wzrok powędrował ponad ramieniem Ren i spoczął na wykutej z żelaza twarzy krasnoluda.

– Ren… – Pokręcił głową. – Ty uparta babo.

ROZDZIAŁ 2

Pobrzękiwanie stali

Jeśli ktoś spróbuje się odłączyć, to nie ręczę za siebie – ostrzegła Ren. – Nie ufam wam ani trochę, ale wszyscy mamy jeden cel. Wyjść z tej przegniłej wieży w jednym kawałku. Trzymać się za mną. Zrozumiano?

– Panna nie będzie mi rozkazywać – mruknął pod nosem krasnolud.

Ren obrzuciła go lodowatym spojrzeniem i wystąpiła wyzywająco naprzód.

– Jak ci na imię?

– Noran z Tenebris – odparł, wypinając pierś.

– Świetnie, Noran – powiedziała z naciskiem na jego imię. – Tak się składa, że jeśli chcesz się stąd wydostać, to jesteś skazany na moją łaskę, więc uprzejmie proszę… – Uśmiechnęła się, choć z jej oczu wciąż biły złowrogie iskry. – …stul pysk i trzymaj się tyłów.

Zanim krasnolud zdołał się odgryźć, odwróciła się w stronę kraty i nie patrząc na pozostałych, zapytała nieco głośniej:

– Ktoś jeszcze chce wygłosić niezbędny komentarz?

Odpowiedziała jej cisza.

– Wspaniale – skwitował Jandar i z niechęcią wyciągnął z kieszeni drobny, nieco zardzewiały klucz. – Jeśli przez ciebie wpadnę, Ren, to wierz mi, wytropię cię nawet na końcu świata i uduszę własnymi rękami.

– Nie będzie takiej potrzeby – odparła. Zamek szczęknął, a drzwi celi ustąpiły z głośnym piskiem, otwierając przed nimi drogę ku wolności. – Wszak już jesteśmy na Krańcu Świata.

Wyminęła go z wyrazem satysfakcji na twarzy, a cała czwórka przekroczyła próg zaraz za nią.

– Ani słowa – ostrzegł Jandar, a chwilę później wszyscy ruszyli za wątłym płomieniem jego pochodni.

Napięcie zaciskało się wokół ich gardeł niczym stryczek, ale na szczęście Jandar już od pierwszych kroków pewnie prowadził ich przez niekończący się labirynt korytarzy. Przy rozwidleniach nie zwalniał ani na moment, bezbłędnie wybierając kolejne odnogi.

Ren skupiała wzrok na wyznaczającym im drogę płomieniu, byle nie patrzeć na zatopione w agonii twarze mijanych więźniów.

– Czemu tyle to trwa? – zniecierpliwił się Noran, gdy minęli kolejny, niemal identyczny hol.

– Czysto – odpowiedział półszeptem Jandar, sprawdzając bezpieczeństwo drogi. – Nie możecie wyjść głównym wylotem. Prowadzę was do wschodniego tunelu odpływowego. Stamtąd będziecie mogli wydostać się na wzgórze.

– Mhm… – mruknął z niezadowoleniem krasnolud. – Masz nadzieję, że mgła uchroni nas od spojrzeń tych tam z góry?

– Nie bez powodu czekaliśmy na taką pogodę – odrzekł Jandar i w tym samym momencie uniósł dłoń, nakazując wszystkim stanąć.

Zamarli w milczeniu, wsłuchując się w bicie własnych serc i świst rozedrganych oddechów.

Chwilę później usłyszeli przepełniony powagą głos elfki:

– Ktoś się zbliża.

Jandar przytaknął i położył sobie palec na ustach, a potem przemówił niemal bezgłośnie:

– Odciągnę ich, ale na wszelki wypadek podążajcie dalej w prawo, tym korytarzem. – Wskazał ciemny tunel, którego końca nie byli w stanie zobaczyć, a następnie zwrócił się bezpośrednio do Ren i szeptem przekazał jej resztę wskazówek.

– Nie spamiętam tego wszystkiego – powiedziała, szeroko otwierając oczy. – Powtórz to jej. – Wskazała na elfkę. – Ona z pewnością lepiej to przyswoi, a ja…

– Nie ma czasu. Poradzisz sobie – wtrącił, ignorując jej prośbę. – Zatrzymam ich.

Teraz i ona wyraźnie słyszała pobrzękiwanie ciężkich, stalowych zbroi. Na samą myśl, że mogliby wpaść w ręce wrogów, zimny dreszcz oblał jej ciało od stóp do głów.

– Weź to. – Jandar obejrzał się za siebie i wcisnął w jej dłoń żeliwny klucz. – Jeśli wpadniecie na straż, ukryjcie się w celach. W tamtej części większość z nich stoi pustych albo są w nich nieuprzątnięte trupy.

Ren zacisnęła palce na podarku i skinęła głową.

– Jeśli uda mi się opanować sytuację, to do was wrócę – obiecał. – Idźcie. – Popchnął ją w stronę ciemnego tunelu, a sam skierował kroki ku źródłu niepokojących odgłosów.

– To chyba jakieś żarty – skwitował Noran, obserwując oddalającego się Jandara.

Ren spuściła wzrok na klucz, a potem wzięła głęboki wdech.

– Ty? – Zwróciła się do elfki. – Jak cię zwą?

– Ursa z Gór Elfich.

– Dobrze, w takim razie posłuchaj… – Pośpiesznie i nieco chaotycznie powtórzyła elfce to, co przekazał jej Jandar.

Pewność, że dobrze zapamiętała jego instrukcje, prędko uleciała, ale i tak nie traciła nadziei.

– Będziesz szła przede mną – dorzuciła, po czym podwinęła rękawy i uniosła płonący sztylet. – A ty, mała – zwróciła się do gnomki – pójdziesz na samym przodzie, by sprawdzać bezpieczeństwo korytarzy.

– Nazywam się Fazah – odrzekła tamta z urazą.

– Nikogo to nie obchodzi – mruknął Noran, ustawiając się za plecami Ren.

– Tak samo jak twoja opinia – odgryzła się gnomka, nadymając policzki. – Wy, krasnoludy, nie wiecie, co to dobre maniery.

– Doprawdy? – Uniósł brew, choć jego mina wskazywała raczej na rozbawienie niżeli urazę.

Ren zignorowała ich słowną potyczkę. Puszczając przed siebie Ursę, dostrzegła w półmroku, że Fazah mierzy ją intensywnym spojrzeniem. Wielkie oczy gnomki błysnęły w cieniu, ale przyłapana na gorącym uczynku, prędko odwróciła głowę.

– Będę oświetlać wam drogę – dorzuciła Ren, tłumiąc bezpodstawne obawy. – A ty – wskazała na Norana – trzymaj się mnie i bądź blisko w razie potrzeby.

Krasnolud zmarszczył czoło.

– Niby w jakim celu?

– Muszę mieć cię na oku. Nie chcemy kłopotów.

Ostatecznie Noran przystał na ten układ, choć nie szczędził przy tym przekleństw i paru wybitnie niemiłych słów kierowanych pod adresem Ren.

– To ja może będę pilnował tyłów – dorzucił nieznajomy głos.

– Chłopie, weź mnie nie strasz! – powiedział Noran, niemal podskakując. – Myślałem, że z ciebie niemota jakaś. Przez trzy dni drogi słowem się nie odezwać?

W chaosie, który zapanował po zniknięciu Jandara, Ren kompletnie zapomniała o obecności diablęcia. Stwór dotychczas trzymał się na uboczu, z dala od płomienia jej sztyletu.

Jednak kiedy się odezwał, uniosła dłoń z orężem, po raz pierwszy mając szansę nieco lepiej przyjrzeć się ostatniemu z więźniów. Spomiędzy gęstych białych włosów wyrastały dwa czarne jak węgiel rogi. Twarz miał gładką i bladą z mocno podkrążonymi oczami, lecz resztę widocznego ciała pokrywało gęste, jasne futro.

– Byliśmy przekonani, że te chore patałachy wyrwały ci język – dodała Ursa z głębi korytarza, choć spojrzenie, którym obrzuciła diablę, sugerowało, że nie byłoby to dla niej zaskakujące.

– Na pogaduszki znajdziecie czas później – wtrąciła Ren, wskazując mu miejsce za Noranem.

Nikt nie zaprotestował. Po zajęciu pozycji ruszyli w głąb korytarza. Odnalezienie właściwej drogi okazało się jednak nie lada wyzwaniem. Korytarze wiły się, rozdwajały i zbiegały, by nagle urwać się głęboką przepaścią, którą musieli przeskoczyć. Co jakiś czas wysyłali Fazah na zwiady, lecz z każdą mijaną krzyżówką, klatką schodową czy holem utwierdzali się w przekonaniu, że idą na oślep.

W końcu wspięli się po kilku stopniach i stanęli na środku niewielkiej, wielokątnej salki, w której ścianach ziały ciemne, puste cele.

Ren zaklęła pod nosem.

– Nie masz pojęcia, gdzie iść dalej? – domyśliła się Ursa, przystając parę kroków przed nią.

– Zielonego – wyznała zgodnie z prawdą, na co odpowiedziało jej tylko długie westchnienie.

– Do diabła z tymi korytarzami – prychnął Noran, z frustracji kopiąc obskurną kratę. – Jesteśmy skończeni! Słyszycie?! Skończeni!

– Nie drzyj się tak – syknęła elfka, nadstawiając uszu. – Jedyne, czego nam brakuje, to strażników. Poza tym sam chciałeś iść. Mogłeś domyślić się, że nie będzie to popołudniowy spacerek przez łąkę.

– I, jeśli łaska, nie wzywaj diabła – napomknęła z wyraźnym oburzeniem Fazah.

Reszta pokiwała głowami z aprobatą.

Noran warknął groźnie, ale odwrócił się, nim ktokolwiek dostrzegł cień zawahania wpełzający na jego twarz.

– W tej zapyziałej części wieży nie ma ani jednej żywej duszy – mruknął już zdecydowanie ciszej. – Nie mamy bladego pojęcia, jak się stąd wydostać, więc proponuję…

Ursa uciszyła go gestem ręki.

– Słyszycie?

Gdy wszyscy zgodnie zamilkli, do ich uszu rzeczywiście dotarł cichy śmiech. Daleki od wesołości, przepełniony był kpiną, której towarzyszył rzężący oddech, przypominającym stukot kół zębatych.

– Tak ci wesoło, że zostałeś przymknięty? – warknął Noran, podchodząc do najbliższej celi i uderzając wyzywająco w kraty. To jeszcze bardziej ośmieliło jej mieszkańca i wzmogło jego szaleńczy chichot. – Co cię tak śmieszy? Do reszty żeś oszalał w tych pieruńskich ciemnościach?

– Banda popaprańców – mruknął starzec chrapliwym głosem.

– Co żeś powiedział? – Rozjuszony krasnolud zacisnął dłonie na metalowych prętach i przymknął lekko oczy, próbując wypatrzeć mieszkańca celi.

– Ale przyznaję, przyznaję – dodał nieznajomy – że to zaiste ciekawy przypadek. Błąkający się po korytarzach. Tacy odważni, tacy lekkomyślni… – Ponownie zachichotał.

Ren poczuła, jak włosy na jej karku stają dęba.

– Czy wiesz, jak się stąd wydostać? – spytała, uprzedzając kolejny wybuch krasnoluda.

W tym samym momencie Fazah wyminęła ją i stanęła obok Norana, jednocześnie mocno wytężając wzrok.

– Może wiem, może nie – odparł wymijająco starzec. – Każda informacja ma swoją cenę. Zabierzcie mnie ze sobą, a wskażę wam najkrótszą drogę do wyjścia. W innym wypadku mógłbym niechcący zacząć krzyczeć, a wtedy…

– Tylko spróbuj – prychnął Noran, nie pozwalając starcowi dokończyć – to samodzielnie utoruję ci drogę do Matki.

– Daj mu coś powiedzieć – zgromiła go Ren. – Groźbami nie zdobędziesz sojuszników.

Starzec odchrząknął, ale nadal nie wszedł w zasięg światła sztyletu, więc Ren sama zbliżyła się do kraty. Cela wydawała się pusta, lecz gdzieś z jej odległego końca dochodził rzężący oddech. Widziała zarys sylwetki, nic poza tym.

– Zanim nasz szalony król… oszalał – kontynuował starzec – byłem tym po drugiej stronie, a wtedy… wtedy wszystko było na swoim miejscu. Brzozy były synonimem przywiązania i wsparcia, a…

– Skończ z tymi płaczliwymi wyznaniami – przerwał mu Noran. – Zamierzasz się na coś zdać, czy zapraszasz nas na herbatkę wspominkową?

– Dobra, koniec tego. – Ursa pociągnęła krasnoluda za kołnierz koszuli, choć on szybko się wyrwał, obrzucając ją nienawistnym spojrzeniem. – Musimy podjąć decyzję – wyjaśniła, a Ren skinęła i przywołała wszystkich na drugi koniec pomieszczenia, z dala od wścibskich uszu starca.

– Czas nas goni i nie mamy nic do stracenia. Zbłądziliśmy i prędzej zemrzemy tu z głodu, niż odnajdziemy Jandara albo tunel. Sprawa jest prosta.

– A decyzja jednogłośna – podsumowała Ursa, zanim Noran zdążył otworzyć usta.

Przez moment byli pewni, że krasnolud znów zacznie kląć, ale on tylko wymamrotał coś pod nosem, a potem przytaknął. Już mieli oznajmić starcowi swoją rezolucję, gdy usłyszeli odbijające się od ścian i powracające do nich jak bumerang echo szczęku stali.

ROZDZIAŁ 3

Trupi wyłaz

Ren zgasiła sztylet i wraz z resztą przywarła plecami do wilgotnej ściany w głębi pustej celi. Pogłos metalicznych kroków powoli przybierał na sile, a to oznaczało, że strażnicy znajdą się w ich polu widzenia za zaledwie kilka sekund. Przez echo Ren nie potrafiła określić liczebności napastników, lecz gdy mężczyźni wyłonili się zza zakrętu wraz z pochodniami, okazało się, że jest ich tylko dwóch.

Zacisnęła skostniałe palce na rękojeści sztyletu i z bijącym sercem przełknęła ślinę. Teoretycznie byli bezpieczni, ale jeśli Jandarowi się nie udało lub, co gorsza, podniesiono alarm, straż będzie wyczulona na każdą anomalię. A pięcioro zdrowych na umyśle więźniów zajmujących celę w opuszczonej części Łomki z pewnością do takich należało.

Gdy strażnicy minęli miejsce ich schronienia, światło z pochodni wlało się pomiędzy kraty, rzucając na podłogę długie, pionowe cienie. Ich krawędzie zahaczały o czubki stóp Ren, ale poza tym prawie w całości była skryta w mroku.

Mężczyźni zatrzymali się parę kroków dalej i mrucząc coś z niezadowoleniem, wetknęli żagiew w metalowy uchwyt wystający ze ściany.

– Mam gdzieś taką robotę – powiedział jeden z nich, majstrując przy zamku. – Chcę przeniesienia, bo dłużej w tym bagnie nie wytrzymam.

– Przestań narzekać… – odparł drugi znacznie spokojniej, a ich dalszą rozmowę przytłumiło szuranie.

Fazah na paluszkach podkradła się do kraty i przywarła ciałem do zimnego metalu. Nikt nie zaprotestował, choć twarz Ren najpewniej pobladła ze strachu.

– Nie słyszałeś? – burknął znów ten pierwszy, gdy wytaszczyli z więzienia podgniwającego trupa. Powietrze przesiąkło jeszcze potworniejszym smrodem, powodującym u Ren odruch wymiotny. – Nawet góra ma gdzieś takie działania. Kapitan Dorian pisał listy do stolicy, ale gówno ich to obchodzi. A ciebie sumienie nie gryzie? Niektórzy z nich byli Bogini ducha winni.

Drugi mruknął pod nosem coś niezrozumiałego, po czym wyszarpnął pochodnię ze ściany i wrócił do swego kompana. Kiedy zaczęli się oddalać, ich głosy rozmyły się, a z czasem ucichły na dobre.

– Poszli – dała znać Fazah, a wszyscy zgodnie odetchnęli z ulgą.

– Bierzmy starucha i w drogę – zarządził Noran.

Kiedy Ren oznajmiła nieznajomemu, jaką podjęli decyzję, mężczyzna z trudem dowlekł się do krat i oparł o nie, by nie stracić równowagi. Skórę miał ziemistą i obwisłą, pokrytą plamami, wypustkami i zgrubieniami. Był wychudzony i łysy, pomijając kilka pojedynczych włosków sterczących z kurzajki na brodzie. Aparycją nie pasował do przebiegłego i rozchichotanego głosu, z którym jeszcze chwilę temu dyskutowali. Mowa jego ciała sugerowała coś wprost przeciwnego. Marzył o ucieczce z tego miejsca.

– Ostrzegam cię – powiedziała Ren, ostrożnie wkładając klucz w dziurkę. – Jeśli nas oszukasz, obedrę cię ze skóry i wywieszę na murze, żeby cię sępy zeżarły.

Starzec uśmiechnął się w wyjątkowo niepokojący sposób, ukazując przy tym rząd poczerniałych zębów, ale nic nie powiedział i powłóczystym krokiem opuścił klitkę.

– Prowadź – nakazała Ren, sztyletem wskazując ciemny korytarz.

Ruszyli w tym samym ustawieniu – z Fazah i nowym towarzyszem na czele.

– Mam dziwne przeczucie, że on nie ma pojęcia, dokąd nas prowadzi – szepnął Noran, pochylając się nad ramieniem Ren, a ona, choć zgadzała się z tą teorią, nie chciała potwierdzać tego na głos.

– Przynajmniej nie będziemy sobie wyrzucać, że nie spróbowaliśmy – odparła beznamiętnie.

Po paru minutach staruszek rozruszał się i zaczął iść dość powolnym, ale miarowym krokiem. Co prawda Noran walczył ze sobą za każdym razem, gdy mężczyzna zatrzymywał się na skrzyżowaniach korytarzy i dumał nad wyborem trasy, ale poza tym wszyscy byli już w znacznie lepszych nastrojach i z nadzieją pokonywali dalsze odcinki więzienia.

W końcu staruszek wprowadził ich wąskim przesmykiem do ciasnego pomieszczenia o niskim suficie i szorstkich ścianach pozbawionych okien.

– Jesteśmy – oznajmił z zadowoleniem.

– Co to ma być? – fuknął Noran, obracając się wokół własnej osi.

Z pewną dozą niepewności Ren podeszła do wydrążonej w ścianie dziury. Ze środka zionął chłód, a gdy nieco przybliżyła do niej twarz, usłyszała dziwny, kojący szum przywodzący na myśl wiatr.

– Wyrzucają tędy trupy – domyśliła się Ursa, dotykając lepkiej powierzchni tunelu. – Krew.

– Prowadzi wprost do morza – wyjaśnił starzec. – To jeden z trzech takich zsypów. Ten jest najniższy i stosunkowo najbezpieczniejszy.

– Nie będzie trzeba przedzierać się przez mur – mruknęła pod nosem Ren.

Jeśli istniało lepsze rozwiązanie niż ucieczka tunelem kanalizacyjnym, to właśnie stanęli przed jego wyborem. Mieli szansę uniknąć starcia ze zgrają strażników obserwujących z blanek skaliste wzgórze i umknąć z więzienia niczym niedostrzegalne cienie. Rozumiała jednak, czemu Jandar sam nie zaproponował im tego rozwiązania. Szanse na przeżycie były nikłe i w dużej mierze zależały od łaski Bogini.

– To wysoce ryzykowne – zastrzegł Noran, wkładając głowę do środka tunelu. – Nie znamy kąta spadku ani wysokości, z jakiej wpadniemy do wody.

– O ile wpadniemy do wody – wtrąciła Ursa.

– Wpadniecie do wody – zapewnił starzec.

Popatrzyli po sobie, wciąż niepewni, choć pełni nadziei.

– Nie mamy wyboru – podsumował krasnolud – zatem pójdę przodem. Jeśli ktoś z was zwali mi się na łeb, to przeżyję, a sam nie chciałbym was zmiażdżyć.

Kiedy nikt mu się nie sprzeciwił, podwinął rękawy więziennej koszuli i zasiadł na krawędzi przepastnego szybu. Ren z zainteresowaniem przyjrzała się jego rękom. Zdobiły je nie tylko liczne blizny, ale również wytatuowane wzdłuż przedramion ciemne symbole. Kształty nie były przypadkowe. Nie znała znaczenia większości z nich, ale jeden konkretny wzór przykuł jej uwagę.

Zanim odwróciła wzrok, Noran podłapał jej spojrzenie i zrozumiał, że stała się powierniczką jego sekretu. W przeszłości poznała kogoś, kto miał na rękach identyczne tatuaże. Nie miała zatem wątpliwości, kim był jej towarzysz.

– Później ja – zastrzegł starzec i popchnął Ren, stając za plecami krasnoluda.

Nie zwlekając ani chwili dłużej, ustawili się jeden po drugim w oczekiwaniu na swoją kolej. Noran obejrzał się na nich po raz ostatni, a potem odepchnął się i zjechał po pochyłym podłożu.

W ślad za nim podążył starzec.

– Aż zatęskniłam za celą – mruknęła Ursa, wpychając nogi do szybu. Długie rude włosy zawinęła w ciasny kok i bez wahania odepchnęła się od ściany.

– Zamknę tyły – oświadczyła Ren, puszczając pozostałych.

Chwilę później Fazah pomknęła w dół z głośnym piskiem.

Zostali w pomieszczeniu tylko we dwoje – diablę i ona – ale otaczała ich atmosfera tak gęsta, że Ren miała wrażenie, iż zaraz oboje uduszą się w oparach własnej niepewności.

Jej towarzysz wpatrywał się w tunel z wyraźnym obrzydzeniem, ale zapewne, podobnie jak pozostali, miał świadomość, że to ich jedyna szansa na odzyskanie wolności.

Ren na moment podłapała jego spojrzenie i wówczas dotarło do niej, że… on się boi.

– Jak ci na imię? – spytała, gdy zaczął pakować się do środka dziury.

– Nadarr z Ventus – odparł niskim, ale wyraźnym głosem, głębokim jak uderzanie bębna marszowego.

Przez cały czas Ren uważnie obserwowała jego przygotowania do zjazdu. Wiercił się i ocierał o brudne ścianki, jakby nie mógł zdecydować, czy to odpowiedni moment na rzucenie swego życia na szalę. Zostać tu i zgnić czy zaryzykować i odzyskać wolność?

Swym zachowaniem zaprzeczał odwadze, ale jego oczy błyszczały iskrami niespotykanej przez nią dotąd determinacji. Cokolwiek kotłowało się w jego umyśle, pozostawało to poza zasięgiem domyślności Ren. Był otwartą księgą, lecz w języku, którego w żaden sposób nie mogła rozszyfrować, a to ją samą napełniało lękiem. Być może to, co dostrzegła w jego spojrzeniu i uznała za przejaw strachu, było jedynie lustrzanym odbiciem jej własnych obaw.

– Do zobaczenia na dole – powiedział w końcu, po czym odepchnął się i puścił dłońmi krawędź wylotu.

Kiedy zniknął w ciemnościach tunelu, Ren z bijącym sercem zasiadła na jego miejscu. Patrząc w czerń pod sobą, widziała jedynie śmierć.

– Ocal nas, Matko, błagam – szepnęła, po czym mocno ściskając w dłoni sztylet, odepchnęła się i pomknęła w dół.

ROZDZIAŁ 4

Liść dębu

Wynurzyła głowę ponad powierzchnię i, panicznie machając rękami, zaczerpnęła potężny haust powietrza. Fale zalewały jej twarz i powoli spychały ją w stronę kamiennej ściany, o którą rozbijały się, bryzgając w górę pianą. Próbowała płynąć w stronę brzegu, ale szalejący żywioł nie dawał za wygraną.

Słona woda piekła w oczy, a jej posmak w ustach przywodził Ren na myśl wszystkie podróże, które odbyła za czasów młodości. Tęskniła za morzem, za zimnem, które otulało jej ciało aż po szyję, jak zdradliwy lodowy koc, i za otwartą, niczym nieograniczoną przestrzenią. Walcząc o oddech i chłonąc masę zapomnianych w ostatnich miesiącach odczuć, czekała na odpowiedzi fal, co jakiś czas z trwogą obserwując zbliżające się skały.

Ostatecznie prąd zniósł ją na niedaleki, porośnięty lasem brzeg. Z trudem wyczołgała się z wody, na przemian plując i charkając. Odrzuciła zlepione włosy do tyłu i uklękła, spoglądając przed siebie.

Ursa siedziała w cieniu wysokiego dębu, bawiąc się dwoma znalezionymi w poszyciu krzemieniami. Po jej twarzy wciąż ściekały pojedyncze strużki wody, ale nie wyglądało na to, by się tym przejmowała.

– Dwoje z sześciorga to już duży sukces – stwierdziła, gdy Ren resztką sił stanęła na nogi.

– Gdzie reszta? – zapytała, rozglądając się dookoła.

Brzeg zarastała tak gęsta roślinność, że w głębi lądu nie sposób było dostrzec, co znajdowało się w odległości dalszej niż kilka stóp. Niskie paprocie wyłaniały się spomiędzy głazów, a wąski pas piasku pokrywały zgniłe wodorosty, wyrzucane raz po raz na brzeg przez wzburzone morze. Deszcz zacinał delikatnie przy mocniejszych podmuchach wiatru, a mlecznobiała mgła przysłaniała wierzchołki odległych gór, widocznych na linii horyzontu.

– Powinniśmy ich poszukać – dodała, wyżymając rękawy. Woda sprawiła, że krwistoczerwona nić, którą obszyto mankiety oraz kołnierz, przybrała ciemniejszą barwę i stała się mniej rzucająca w oczy.

– Nie będzie takiej potrzeby. – Ursa podniosła się z miejsca i obeszła nabrzeżne skały. – Jeden jest tu.

Ren powędrowała wzrokiem w tym samym kierunku. Ciało starca leżało w płyciźnie bezwładne i przerażająco blade.

– Szkoda człowieka – stwierdziła elfka. Przykucnęła i dotknęła jego ramienia. – Powinnyśmy go pochować.

– Nie mamy na to czasu – odparła Ren, na co Ursa zareagowała gniewnym pomrukiem.

– Każdy zasługuje na pożegnanie pod gwiazdami i koroną dębu – upomniała ją.

– Wiem, ale nie powinnyśmy ryzykować, zostając tu dłużej niż to konieczne – westchnęła, choć i jej szkoda było zostawiać starca w wodzie bez należytego pogrzebu. – Ruszajmy w stronę miasta.

Nie miała pojęcia, gdzie są i co stało się z resztą, ale mogła podejrzewać, że – podobnie jak ten tu – nie przeżyli starcia ze wściekłymi falami Wietrznych Wód.

W chwili kiedy myśl ta zakiełkowała w jej umyśle, zza zarośli po drugiej stronie skał wyłonił się przemoknięty do suchej nitki Noran. Więzienna koszula przykleiła mu się do ciała, wyraźnie zarysowując mięśnie brzucha oraz uwidaczniając tatuaże pokrywające pierś. Starcie ze skałami dodało mu paru zadrapań na dłoniach i twarzy, lecz poza tym wyglądał na szczęśliwego.

– Słona kąpiel w dniu pełni! – Zatarł ręce, a na jego ustach pojawiło się coś na kształt uśmiechu ledwie dostrzegalnego spod gęstej, czarnej brody. – Tego mi brakowało!

– Navianie mają specyficzne potrzeby – stwierdziła Ursa, krzywiąc się na widok jego zadowolenia.

Elfy nie cierpiały słonej wody i szerokich mórz, a ponad wszystko kochały góry i bezpieczne, pełne przejrzystych jezior doliny. Krasnoludy zaś wywodziły się z zupełnie innej krainy na wschód od Aurei, zwanej Fortaną, gdzie ich pobratymcy wznosili podziemne królestwa z kamienia, złota i miedzi. Niektórzy Fortanie porzucili jednak życie pod ziemią i złaknieni przygód opuścili rodzinne strony. Część z nich, zwana Navianami, ponad dwa tysiące lat temu osiedliła się na północnych ziemiach Aurei, wznosząc na nich największy port, potocznie okrzykniętym Skyllą. Parę pokoleń później nie sposób było wyobrazić sobie naviańskie krasnoludy żyjące inaczej niż na statkach. Były urodzonymi wilkami morskimi i tak też często na nich wołano. Ręce miały silne, ciała potężnie zbudowane, a serca pełne zapału do poznania świata, choć z czasem na dobre osiadły w Zjednoczonym Królestwie, parając się handlem morskim z sąsiednimi krainami.

– Widziałeś Fazah i Nadarra? – spytała Ren, gdy Noran zaczął odklejać z szyi zielonkawo-brązowe wodorosty.

– Niemota wyjawił swe imię? – zarechotał, a ona przez ułamek sekundy zatęskniła za jego rozgniewanym i kwestionującym rozkazy obliczem.

– Widziałeś ich czy nie? – powtórzyła, lecz tym razem Noran spoważniał i omiótł spojrzeniem wysokie fale.

– Skoro nadal nie wypłynęli, to nie robiłbym sobie wielkich nadziei. Dzieciak był za mały. Fale zniosły go pewnie wprost na te ostre skaliska.

– Wypraszam sobie! – Piskliwy głos Fazah dobiegł wprost zza pleców Ren.

Gnomka wyłoniła się z gęstwiny ze zmarszczonym czołem, ale przy okrągłej, pucołowatej buzi musiała się mocno natrudzić, by wyglądać na groźną. Otrzepała się niczym skąpany w kałuży kundelek i prychnęła, wykręcając brzeg poszarpanej przez skały koszuli. Gnomy także nie przepadały za morzem. Od smaku soli i grzmiących fal wolały podmokłe tereny pełne bagien oraz czyste strumienie, wypełnione zdatną do picia wodą.

Zaraz za nią zza krzewów wyszedł Nadarr. Cały i zdrowy, ale ociekający wodą. Nie był ranny, więc wyglądało na to, że wszyscy prócz starca wydostali się z wieży bez większego uszczerbku na zdrowiu.

Wykorzystując wolną chwilę, Ursa wywlekła ciało nieszczęśnika z płycizny i złożyła pod koroną dogorywającego dębu. Kora była spróchniała, a liście pożółkłe i dziurawe, ale wedle tego, co stwierdził Noran, dąb to dąb. Jakby tego było mało, niebo nadal zasnuwały gęste chmury, ale na to nic nie mogli poradzić. Bogini musiała wybaczyć im to niedopatrzenie.

– Niech Matka Natura wchłonie twe ciało, a duszę przyjmie w szeregi swych dzieci. Twój duch stanie się światłem na niebie, a kości darem życia dla przyszłych pokoleń – wyszeptała Ursa, kładąc na twarzy starca zerwany z drzewa liść.

Zetknęła czubki palców i wykonała dłońmi falisty ruch nad głową. Pozostali zebrali się nad ciałem zmarłego i powtórzyli modlitwę.

– Kiedyś i my staniemy się ziemią – dodała na sam koniec, po czym wstała z klęczków i przysypała ciało starca mokrym listowiem.

„Kiedyś i my staniemy się ziemią”, powtórzyła w głowie Ren.

Byli sobie obcy i nie obdarzali się nawet krztą zaufania, ale gdy żegnali człowieka, który dał im wolność, żaden z tych aspektów nie miał dla nich znaczenia.

– Musimy się zbierać – westchnęła Ursa, przerywając podniosłą ciszę.

Wraz z tymi słowami nad szczytem Łomki błysnęło oślepiające światło, a po nim potężna błyskawica przecięła niebo po drugiej stronie murów. Rozpętała się burza.

ROZDZIAŁ 5

Skrytka

Choć droga przez las do obrzeży miasta była krótka, wyczerpanie, głód i zimno drastycznie spowalniały ich tempo.

Ren wiedziała, że nikt nie prowadził dokładnego rejestru więzionych stworzeń, ale zajęte cele skrupulatnie zaznaczono na planie, do którego Jandar nie miał dostępu. Pytanie brzmiało zatem: kiedy ktoś zauważy, że cela widniejąca na papierze z przypisaną cyfrą pięć stoi całkowicie pusta? Mogły minąć godziny, tygodnie, a nawet miesiące. Nie było na to reguły. Wszystko sprowadzało się do łutu szczęścia.

Kiedy na ich drodze pojawiły się pierwsze oznaki zabudowy, Ren zastrzegła, że niebawem każdy ruszy w swoją stronę.

Noran wyczuł w tym podstęp.

– To ty miałaś zaplanowaną ucieczkę! – Wytknął ją palcem. – A nas zostawiasz w tym kurwidołku, żebyśmy znów zostali złapani.

– Mówiłam, że wyprowadzę was z wieży i na tym koniec – przypomniała, gdy pod ich stopami zaczęła wić się brukowana droga. – Nie wychylajcie się, a nic wam nie grozi. Wróćcie do domów i żyjcie tak, jakby król Ansgar był najwspanialszym władcą, na którego dobroć i szczodrość nie zasługujemy.

Noran splunął, a Ursa pokręciła głową, najwyraźniej uznając jej pomysł za coś odrażającego.

– Nie będę płaszczył się przed jakimś durniem, co życia nam wszystkim zgnoił – żachnął się krasnolud. – Z niego taki król, jak ze mnie sokół bojowy.

– Odpuść – przerwała mu Ren. – Każdy z nas chce tylko przetrwać. Mnie też nie podobają się trwające rządy i wciskanie społeczeństwu gówna przystrojonego wstążką, ale nic na to nie poradzę, więc nie szczekam jak rozeźlony kundel i wam radzę to samo.

– Skoro tak, to co robiłaś w lochach? – spytała Ursa, zagradzając jej drogę.

– Co?

– Co robiłaś w lochach? – powtórzyła, tym razem wyraźnie wypowiadając każde ze słów. – Skoro nie szczekasz jak rozeźlony kundel, czemu cię przymknęli?

– Nie będę się nikomu tłumaczyć – odparła buńczucznie Ren.

Zaparła się, chcąc wyminąć elfkę, ale ta zablokowała jej przejście ręką.

– Nic do ciebie nie mam, ale jesteś naszą jedyną nadzieją na przetrwanie – powiedziała dużo spokojniej. – Potrzebuję srebra i broni. Potem znikam.

– A ja nie pogardzę dobrym mieczem – wtrącił Noran.

– Ktoś jeszcze ma jakieś życzenia? – prychnęła z ironią w głosie Ren, na co jej uszy zalała fala próśb.

Fazah zaczęła wyliczać coś na palcach, Noran prezentował dłońmi długość preferowanej klingi, a Ursa napomknęła coś o przekąskach i Bogini wie, czym jeszcze. Spodziewali się cudów, nad którymi Ren jako śmiertelniczka nie miała władzy.

– Dobra. Już! Dość! – przerwała im głośno. – Zabiorę was do… sami zobaczycie. Nie, to nie żadne sztuczki! Załatwię wam broń, ale na srebro nie liczcie.

– Lepsze to niż nic – odparła Ursa, zabierając rękę i usuwając się z drogi.

– Ty! – Ren wskazała na Nadarra, który obejrzał się przez ramię, będąc przekonanym, że z kimś go pomyliła. – Jesteś stąd. Zaprowadź nas do „Zalanego Kufla”.

Diablę kiwnęło głową i ruszyło jako pierwsze szeroką, wybrukowaną na szaro ulicą.

Ventus nie wyróżniało się niczym szczególnym na tle innych aureańskich miast, ale jako jedyne zostało wzniesione na planie ośmiokąta, co zawsze Ren fascynowało. Parterowe i piętrowe domostwa z kamienia piętrzyły się na niewysokim wzgórzu poprzecinanym siatką węższych i szerszych uliczek wychodzących na osiem Księżycowych Placów. Pustą przestrzeń wypełniały uśpione o tej porze stragany, stare beczki i liczne kałuże w miejscach, gdzie droga się wyszczerbiła.

Drewniane okiennice mijanych budynków były pozamykane, a jedynym oświetleniem pozostawał wiszący na niebie księżyc oraz ściskany przez Ren sztylet.

Szli w milczeniu, aż w końcu dotarli do obskurnej, zabitej dechami karczmy, na której szyldzie widniał napis: „Zany Kufl”.

– Chyba parę literek im wcięło – zauważył Noran, bacznie przyglądając się widocznym spod desek resztkom powybijanych szyb i zalegającemu na parapetach brudowi.

W istocie „Zalany Kufel” już parę lat temu przestał pełnić funkcję wewnątrzmiastowej tawerny i stopniowo popadał w ruinę. Podobny los spotkał wiele zajazdów, karczm i oberży, zwłaszcza na północy Aurei, gdzie żyła większość diabląt. Z tego właśnie powodu wybrano to miejsce na jedną z tajnych skrytek Złotego Przymierza.

– Zamknęli go pod koniec wojny – wyjaśnił Nadarr.

Ren zadrżała.

Wojna, o której wspomniał, w historii zapisała się jako Diabelski Wyrok. Było to jedno z najokrutniejszych wydarzeń w dziejach Aurei i choć trwał niespełna rok, jego żniwo przyszło im zbierać aż po dziś dzień.

Teoretycznie wojna skończyła się trzy lata temu, ale jak to zwykle z teorią bywa, ma ona niewiele wspólnego z rzeczywistością, o czym Ren wielokrotnie się przekonała. Tak też w Zjednoczonym Królestwie Aurei można było ulec złudnemu wrażeniu, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. I owszem – wedle niektórych – było. Diablęta wypełniały coraz to bardziej zatłoczone więzienia, a podchmieleni władcy wznosili toasty za zażegnany konflikt i wspaniałe czasy, w jakich przyszło im żyć.

Mniej uważni mieszkańcy, by nie powiedzieć ignoranci, pokusiliby się o stwierdzenie, że nigdy nie było lepiej. Bo w końcu nadeszły przynoszące obfite plony, deszczowe lata, lordowie nie wszczynali bezsensownych walk, a sam król był tak wspaniałomyślny, że dzielił się swym majątkiem z uboższymi klasami.

Lecz ci, których oczy były stale otwarte, a uszy nadstawione, nie potrafili przejść obojętnie obok rozchodzących się po królestwie jak zaraza podziałów rasowych. Głośne akty oporu brutalnie uciszano, a śmiałków, którzy odważyli się sprzeciwić królowi, czekał los równie okrutny, co cały diablęcy gatunek. W najlepszym przypadku gnili w celach, gdzie często dokonywali swego żywota, w ostateczności zaś… Cóż, o tym nie wolno było mówić głośno.

– Za mną – rozkazała Ren, w duchu przekonując samą siebie, że postępuje właściwie. – I przypominam. Żadnych pytań.

Obeszli tawernę i po kolei przecisnęli się między jej ścianą a początkiem drugiego budynku, będącego zamkniętym zakładem stolarskim. O ile Ren, Fazah, Ursa i Nadarr bez problemu zmieścili się w wąskim przesmyku, tak Noran musiał się dość mocno natrudzić, by nie utknąć. Nie szczędził sobie przy tym przekleństw i wyzwisk, ostatecznie jednak udało mu się przejść i dołączyć do reszty, która rozpierzchła się po niewielkim placu.

Podwórze „Zalanego Kufla” otaczały ściany sąsiednich zabudowań, dzięki czemu na tyłach karczmy powstało coś na kształt dziedzińca. Na ziemi leżało parę dziurawych beczek, a gnijące bele siana ułożono obok zabitych dechami drzwi. Pod zadaszeniem przyległym do zakładu stolarskiego piętrzyły się pocięte na krótkie odcinki pniaki i parę ogołoconych z liści gałęzi. Gdzieniegdzie walały się też porozbijane butelki, ale poza tym było tu pusto i cicho. Jedynym powtarzalnym dźwiękiem pozostawała kapiąca z rynien woda, będąca pozostałością po niedawnej ulewie.

W końcu wzrok Ren ponownie padł na ułożone pod ścianą bele z sianem. Podeszła do nich i zaczęła ściągać jedną po drugiej, ledwie utrzymując przy tym równowagę. Noran w mgnieniu oka pojawił się u jej boku, w ostatniej chwili ratując ją przed upadkiem.

Wspólnymi siłami odrzucili pozostałe, a w wówczas im oczom ukazały się niewielkie drewniane drzwiczki. Były tak małe, że nawet Fazah musiałaby się przez nie wczołgać, by nie zaryć głową o framugę.

Ren przyłożyła dłoń do gładkiej powierzchni i na moment przymknęła oczy, czując przepływające pod palcami ciepło. Gdy odpieczętowała zamek, otworzyła schowek porządnym szarpnięciem i z pomocą Ursy wyciągnęła ze środka zwój grubego, szarego materiału. Rozwinęła go na ziemi, sztyletem oświetlając całkiem pokaźny zbiór wszelakiej broni, zarówno białej, jak i dystansowej.

Znaleźli tam długi miecz dwuręczny z szeroką klingą i wysadzaną ametystami rękojeścią, drobne sztylety z głowicami rzeźbionymi w kształt lisich pysków, zakończone idealnie ostrym sztychem, a także nieco przetarty łuk wykonany z jednego kawałka hebanowego drewna.

Reszta sprzętu prezentowała się równie wspaniale. Nie brakowało noży do rzucania, toporów i drobnych dmuchawek wykonanych z przywiezionego zza morza bambusa. Broń była wyraźnie wysłużona, ale wciąż niezawodna.

Noran bez wahania chwycił skórzaną pochwę wraz ze schowanym w niej mieczem i zapiął pas na biodrach. Po chwili z dumą dobył oręża. Ze stalą w dłoni wzbudzał znacznie większy respekt.

Ren zadrżała. Właśnie tak prezentował się najprawdziwszy aureański wojownik, choć wedle starych zwyczajów, powinna zwać go sir Noranem. Rycerzem Ostatniej Godziny Świata.

– To, to ja rozumiem. – Sprawdził stan ostrza, po czym wykonał nim parę popisowych cięć.

Fazah zadowoliła się jednym z lisich sztyletów oraz dmuchawką z zestawem maleńkich strzałek nasączonych trucizną. Ren zabrała drugi sztylet i przytroczyła go do bioder razem z pasem, a Ursa zgodnie z przewidywaniami sięgnęła po hebanowy łuk i z wprawą zaczęła naciągać na niego cięciwę. Dobrała również kołczan pełen strzał zakończonych orlimi piórami. Groty były ostre i drobne, wykonane z czarnego szkła wulkanicznego. Za ich produkcję odpowiadały gobliny zamieszkujące Góry Skaliste. To właśnie tam, w paśmie Nagiej Perci, znajdowały się największe złoża obsydianu, z którego wytwarzano nie tylko groty do strzał i włóczni, ale także kastety i broń miotaną.

Gdy Noran, Ursa i Fazah odsunęli się od przenośnej zbrojowni usatysfakcjonowani doborem oręża, Ren spojrzała wyczekująco w stronę Nadarra.

– Bierzesz coś? – spytała.

On jednak milczał.

– Znowu mu jęzor wcięło – stwierdził Noran, kręcąc głową.

– To pacyfista – mruknęła Ursa i zakładając kołczan na plecy, podniosła się z ziemi.

Noran o mało nie wypuścił miecza z dłoni.

– Pacyfista? – prychnęła Ren. – W obecnych czasach tacy nie istnieją.

– A jednak – powiedziała Ursa, oglądając się na diablę przez ramię.

Nadarr przysłuchiwał się im uważnie i choć nie wypowiedział ani jednego słowa, to niechęć w jego oczach potwierdzała słowa elfki.

– Zginiesz przy pierwszej lepszej okazji, synu – zawyrokował Noran. Chwycił za krótki miecz o lekkim ostrzu, podszedł do diablęcia i przycisnął mu klingę do klatki piersiowej.

Nadarr syknął cicho, kiedy zimna stal zetknęła się z jego torsem. Nie spuszczając wzroku z krasnoluda, wychrypiał:

– Nie jestem twoim synem.

Noran wytrwał parę sekund w tej pozycji, ale gdy dotarło do niego, że diablę nie ma zamiaru chwycić za rękojeść, skapitulował.

– Nie dość, że pacyfista, to głupiec – mruknął, odkładając miecz, ale Nadarr nie dał się sprowokować.

Ren prędko zawinęła pozostałą broń w materiał i – po tym jak po raz ostatni upewniła się, że Nadarr nic nie chce – wcisnęła ją z powrotem do skrytki. Wstając, poczuła, jak Ursa delikatnie trąca ją ramieniem i nachyla się, by coś jej wyszeptać.

– Bez gwałtownych ruchów – ostrzegła, akcentując sylaby w przeciągły, charakterystyczny dla elfów sposób. – Ktoś nas obserwuje.

Ren mimochodem rozejrzała się po dziedzińcu i wówczas zrozumiała niepokój swej towarzyszki.

Zaledwie parę kroków od nich, w zaułku tuż obok szczeliny, którą się tu dostali, stała wysoka, zakapturzona postać.

ROZDZIAŁ 6

Złote Przymierze

Obserwator wystąpił z cienia i pozwolił obszernemu kapturowi opaść na ramiona. Srebrna łuna podkreśliła jego ostry podbródek i długie, spiczasto zakończone uszy wyłaniające się spod kosmyków brązowych włosów. Na czole miał diadem uzbrojony w obsydianowe kolce, a dłoń zaciskał na rękojeści zatkniętej za pas broni. Szczupłe ciało kontrastowało z umięśnionymi rękami i szerokimi barkami, które przykrywał obszerny płaszcz.

Ren zaniemówiła.

– Anrai – szepnęła, kiedy w końcu odzyskała władzę nad krtanią. – Ile minęło od…?

– Rok z nawiązką – odparł, zbliżając się i obejmując ją ramionami.

– Ale… – zawahała się. – Myślałam, że spotkamy się na Nowiu.

– Gdy przez długi czas się nie pojawiałaś, uznałem, że może przyszłaś po broń – dodał, nadal nie wypuszczając jej z objęć. – Nie myliłem się.

Ren tylko przytaknęła, ignorując fakt, że zapewne znów skorzystał z magii, by wyczuć jej aurę. A kiedy oderwali się od siebie, Anrai położył dłonie na jej szczupłych ramionach i uważnie się jej przyjrzał.

– Wyglądasz, jakby cię ktoś pokroił, zjadł, przetrawił i zwrócił – stwierdził z uśmiechem.

– Szczery jak zwykle – mruknęła, ale kąciki jej ust również drgnęły.

Przez bardzo krótką chwilę niemal zapomniała, gdzie się znajduje. Na ziemię sprowadziło ją dopiero ostentacyjne chrząknięcie Norana.

– Co to za jeden?

Ren odwróciła się, a potem – gdy ponownie spojrzała na przyjaciela – serce zalała jej fala ciepła. Wdzięczność nie wyparła jednak obaw i nie pozbawiła jej wyuczonej ostrożności.

– Mój… przyjaciel. Anrai – rzekła po chwili wahania.

Druh Ren pokłonił się im z szacunkiem. Obsydianowe kolce z diademu błysnęły w świetle księżycowej łuny.

Noran zmarszczył brwi.

– Dlaczego nosisz naviański diadem?

– Ponieważ tak nakazuje tradycja. Jestem kapitanem…

– Nie ucz mnie zwyczajów własnego ludu – wycedził, wchodząc mu w słowo. – To zawłaszczenie.

– Wychowałem się wśród Navian – oznajmił. – Więc choć uszy mam spiczaste, serce zostawiłem na morzu.

Krasnolud tylko prychnął w odpowiedzi, Ursa zaś przekrzywiła głowę, uważnie przyglądając się swemu pobratymcowi.

Oboje, podobnie jak wszystkie aureańskie elfy, wywodzili się z tej samej linii krwi Wielkiego Merona – Pierwszego ze Spiczastouchych, którego nauki przekazywano z pokolenia na pokolenie od tysięcy lat. Elfy wierzyły, że duch Merona czuwa nad ich ludem, a gdy nadchodzi odpowiedni moment, wskazuje im właściwą drogę poprzez przepowiednie. Zdaniem Ren tego typu wierzenia można było włożyć między bajki.

– Pamiętasz zieloną zarazę – powiedziała Ursa. Nawet na sekundę nie odrywała spojrzenia od twarzy Anraia.

On tylko pokiwał głową.

Choroba, o której wspomniała, po dziś dzień pozostawała dla Aurean zagadką. Niektórzy śmiałkowie byli zdania, że zesłała ją sama Bogini Życia jako karę dla elfów, które po upadku piekła chroniły diablęta przed odwetem aureańskiej armii. Ognisko zapalne pojawiło się w Górach Elfich, w okolicach wioski Fenesdum, i okazało się niezwykle zabójcze dla tamtejszej społeczności. Zaraza dotykała głównie dorosłych, tak też, w czasach plagi, wiele dzieci zostało osieroconych.

Chorzy popadali w stan otępienia. Przestawali reagować na bodźce, nie pili i nie jedli, co doprowadzało do wyniszczenia ich organizmów. Znalezienie lekarstwa zajęło uzdrowicielom dobre trzy lata.

– Na nas już czas – oznajmił Anrai, wyciągając z torby suche ubrania. – Przebieraj się i znikamy. Kendra czeka na ciebie na pokładzie.

Ren poczuła, jak całe jej ciało wypełnia niewysłowiona ulga.

– Skoro żeście już sobie pogawędzili, gołąbeczki moje, to żegnam – oznajmił Noran, chowając miecz do pochwy i wycofując się z podwórza.

Ursa podążyła za krasnoludem, ale Fazah ani drgnęła.

– Zabierzcie nas ze sobą! – poprosiła, choć brzmiało to bardziej jak rozkaz. – Tu nie jest bezpiecznie, a ja nie dam rady wrócić sama do domu. – Spojrzała błagalnie na Anraia.

Ren nie odpowiedziała, zajmując się ściąganiem przemoczonej koszuli. Poza tym nie mogła pomóc żadnemu z nich, bo to stwarzało ryzyko ujawnienia przynależności do Złotego Przymierza. A wszyscy wiedzieli, co o jego członkach mawiało się w królestwie. Rozbójnicy, wandale, złodzieje, podpalacze...

Oczywiście nikt nie miał na to dowodów, a jedynym miastem, pod które podłożyli ogień, był Libar – stolica Zjednoczonego Królestwa. Jednak powód wywołania pożaru był zgoła inny, niż chęć zagrabienia dóbr materialnych i złota.

Niemniej plotki były silniejsze od prawdy, a Przymierze zażarcie strzegło swych tajemnic. Ujawnienie położenia jednej z dziesiątek skrytek rozsianych po królestwie nie stanowiło dużego zagrożenia. Co innego zaproszenie na okręt, pod którego pokładem planowali wszystkie swe posunięcia.

Już miała odmówić Fazah pomocy, gdy do jej uszu dotarło przeciągłe i donośne wycie rogu. Spojrzała na Anraia, jego wzrok zaś powędrował w kierunku górującej nad miastem więziennej wieży.

ROZDZIAŁ 7

Avis Alba

Tylko jedyna myśl zaprzątała głowę Ren, gdy biegli ulicami miasta w stronę znajdującego się na wschodnich brzegach portu: „Anrai ma zbyt dobre serce”. Nie powinni proponować nikomu pomocy, a tym bardziej zapraszać na pokład „Avis Alby” obcych. Równie dobrze mogli od razu wprowadzić ich w szeregi Przymierza i zdradzić wszystkie strzeżone latami tajemnice.

Anrai sam prosił się o kłopoty, lecz z uwagi na to, że dzierżył tytuł kapitana statku, jego zdanie było decydujące.

– Pożałujesz tego – ostrzegła go na wstępie.

Oczywiście sprawa nie prezentowała się wcale tak kolorowo. O ile Fazah z wielką chęcią i błyskiem w oku zgodziła się na podróż statkiem, tak Ursa wzdrygnęła się na samą myśl o wypłynięciu na szerokie wody. Niemniej ani ona, ani Nadarr – a już na pewno nie Noran – nie byli głupcami. Wiedzieli, że zostając w mieście, przypieczętują swój los, a wspomnienie ciężkich zbroi i zaostrzonych mieczy straży więziennej spowodowało, że podjęli decyzję jednogłośnie. Intuicja nakazała wybrać im przetrwanie, nawet jeśli oznaczało to powierzenie życia nieznajomej.

– Miasto jest zbyt rozległe, żeby nas znaleźli – uspokoił ich Anrai, gdy przecięli plac z kostką ułożoną w kształt półksiężyca.

Ren zwieńczyła jego wypowiedź słowami:

– Ale lepiej nie kusić losu.

Nikomu z obecnych nawet nie przeszło to przez myśl. Gnali przed siebie co sił, zupełnie zapominając o trawiącym kończyny zmęczeniu. Mieli jednak pełną świadomość, że kiedy dotrą do statku, nie będą w stanie ustać na nogach ani chwili dłużej.

Gdy wpadli do portu, już świtało. Strzępy szarych chmur odsłaniały fragmenty zaróżowionego nieboskłonu, a trwający wschód wyrwał ventuwiański port z nocnego letargu.

Oni zaś, dopiero w świetle poranka, zerkając na siebie nawzajem, zorientowali się, jak nędznie wyglądają. Brudni i przemoknięci, z ciemnym brudem pod paznokciami oraz zadrapaniami lub sińcami będącymi pamiątkami po ucieczce. I choć póki co poranny gwar działał na ich korzyść, to więzienne odzienie prędzej czy później mogło przyciągnąć czyjąś uwagę.

By zniwelować podejrzliwość mijanych ludzi, starali się iść pewnym siebie, żwawym krokiem. Na szczęście cel ich wędrówki znajdował się już w zasięgu wzroku.

„Avis Alba” górowała nad innymi okrętami, a jej lśniące deski wyróżniały się spośród zaniedbanych, pomniejszych łajb zacumowanych wzdłuż pomostu, choć nie na tyle, by wzbudzić powszechne zainteresowanie. Statek ten był własnością Anraia, który od zawsze traktował go jak pierworodne dziecko i wielokrotnie sam latał ze szczotką i szmatą, szorując pokład, maszty, trapy i swoje ukochane koło sterowe. Efekty jego starań widać było gołym okiem nawet z dużej odległości.

Brzegi burt „Avis Alby” wymalowano na złoto. W tym samym kolorze lśnił także napis umiejscowiony nad klauzą kotwiczną, a dopełniał go rzeźbiony nektarnik złotobrzuchy, zwany w całym królestwie słonecznym ptakiem. Mawiano, że gdy ktoś ujrzy owo drobne stworzenie, powinien mieć się na baczności, spogląda bowiem na niego sama Matka Natura.

Był on także tajemnym symbolem Złotego Przymierza.

Poza tym dwa najmniejsze żagle okrętu „Avis Alba” były tymczasowo zwinięte, ukazując sterczące jak kikuty maszty. Kłęby jasnej tkaniny przecinały miodowopomarańczowe smugi, a pokład rufowy wznosił się o kilka stopni ponad głównym pokładem, po którym uwijała się dość pokaźna załoga Anraia.

– Świeże dorsze! – zagadnął ich jeden z przydrożnych sprzedawców, w pędzie rozkładający swój niewielki kramik. – Skosztuje pani! Palce lizać!

Ursa z odrazą odsunęła się od wyciągniętej ręki, w której rybak ściskał błyszczącą rybę. W tym samym momencie Anrai obejrzał się za siebie, zaklął pod nosem i przyspieszył kroku.

– Kapitanie! – Nie zdołał uciec przed wzrokiem rosłego, starszego mężczyzny z włosami oprószonymi siwizną i gęstym wąsem, zakręconym na rybim smalcu. – Kogo moje oczy widzą! Toż to sam Anrai, Piekielnych Mórz Władca!