Antyk - Hanna Johansson - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Antyk ebook i audiobook

Hanna Johansson

1,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Elegancka, wymykająca się jednoznacznym ocenom i prowokacyjna powieść „Antyk”  autorstwa nagradzanej szwedzkiej pisarki Hanny Johansson to queerowa historia w duchu „Lolity” – opowieść o pożądaniu, władzy, obsesji i przekraczaniu tabu.

Na greckiej wyspie przesyconej dziedzictwem antyku samotna trzydziestolatka burzy relację łączącą matkę z nastoletnią córką. Fascynacja seksualna i podziw dla Heleny – szykownej, dojrzałej artystki – przywodzą bezimienną narratorkę do Ermupoli; tam córka Heleny, Olga, początkowo wydaje się jedynie trudną do zniesienia humorzastą nastolatką, przeszkodą w swobodnym dostępie do uwielbianej kobiety. Jednak nieprzewidywalne siły ego i pożądania biorą górę, sprowadzając narratorkę na niebezpieczną ścieżkę i zacierając granice między kochanką a ukochaną, dzieckiem a dorosłym, obcą osobą a kimś intymnie bliskim. W miarę upływu miesięcy delikatna sieć powiązań między trzema kobietami staje się coraz bardziej napięta, a złowieszcze konsekwencje ich uwikłania zaczynają wyłaniać się tuż za horyzontem kończącego się lata.

Choć w „Antyku” odnajdziemy echa takich dzieł jak „Śmierć w Wenecji” czy „Tamte dni, tamte noce”, jest to powieść całkowicie oryginalna i współczesna, zgłębiająca tajniki pamięci, piękna, moralności oraz narracji kształtujących nasze postrzeganie świata.

 

„Fascynująco zwodnicza. Pięknie nakreślony portret, w którym nic się nie zgadza.”

„Los Angeles Review of Books”

 

„Wyśmienita, niespieszna medytacja nad pragnieniem, zazdrością, językiem i pamięcią.”

„Vulture”

 

„Debiutancka powieść Johansson – hipnotyzująca podróż do źródeł intymności – nadaje samotności kunsztownie nakreślone, wyraziste oblicze. To refleksja nad tym, jak pragnienie ludzkiej bliskości drugiego człowieka zaciera granice między „ja” a „innym”.”

„Booklist”

 

„Nastrojowe studium samotności i obsesji, osadzone w scenerii zachwycająco pięknej greckiej wyspy. Spostrzeżenia Johansson są trafne i przenikliwe.”

„Publishers Weekly”

 

„Debiut literacki zgłębiający relację między pożądaniem a władzą. Johansson umiejętnie wykorzystuje wybrane przez siebie tło akcji. Jej bohaterowie, choć otoczeni bogactwem bodźców zmysłowych, pozostają odizolowani, a owa izolacja potęguje uczucie nadciągającej katastrofy. Autorka, na którą warto zwrócić uwagę.”

„Kirkus Reviews”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 166

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 4 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Magdalena Dębicka

Oceny
1,0 (1 ocena)
0
0
0
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
biedronka51

Nie polecam

60 stron.....nuda ..opisy opisy...nie dalam rady....a ksiazka ma tylko 165 stron
00



s. 192 – P. Louÿs, Pieśni Bilitis, przełożył Robert Stiller, Oficyna Naukowa, Warszawa 2010.

 

Tytuł oryginału Antiken

Przekład Diana Hassoni-Abood

Redakcja Ewa Pawłowska

Korekta Marcin Grabski, Anna Gądek

Zdjęcie na okładce Maria Yakimova, projekt Catapult Books/Catapult LLC

Projekt stron tytułowych Tomasz Majewski

 

ANTIKEN

Antiken © Hanna Johansson, first published by Norstedts, Sweden, in 2020.

Published by agreement with Norstedts Agency and Booklab Literary Agency.

All rights reserved.

Copyright © for the Polish translation by Diana Hassoni-Abood, 2026

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Pauza, 2026

Zdjęcie autorki na okładce Copyright © Märta Thisner

 

Przekład współfinansowany ze środków Swedish Arts Council.

 

Skład i łamanie Dariusz Ziach

 

ISBN 978-83-981585-3-4 (EPUB); 978-83-981585-3-4 (MOBI)

 

Wydawnictwo Pauza

Warszawa 2026

Wydanie pierwsze

 

Wydawnictwo Pauza

ul. Meksykańska 8 m. 151

03-948 Warszawa

 

[email protected]

+48501177119

www.wydawnictwopauza.pl

WydawnictwoPauza

wydawnictwo_pauza

 
 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

 
1. PERSEFONIS
 
 

Przez trzy dni na placu przed ratuszem rozwijano codziennie ekran i wyświetlano na nim Mistrzostwa Świata w Łowiectwie Podwodnym. Postawiono scenę dla zawodników i stalowe rusztowanie, które odbijało promienie słońca, rzucając kręgi światła na pracowników obsługi przygotowujących plac na wieczór, każdego dnia w tej samej kolejności, jakby odprawiali jakiś rytuał. Były też białe namioty, wysokie stoły, butelki wody mineralnej i szampan od sponsora, głośniki, podium i lampki, które później zapalano. O zachodzie w przystani cumowały żaglówki i pojawiali się ojcowie z synami. Ojcowie mieli wzdęte brzuchy, okulary założone na głowie zamiast na oczach, synowie zaś – kościste kolana, różowe policzki, gęste włosy i smutne oczy. Bogaci nastolatkowie w bluzach i luźnych kąpielówkach. Dobrze wychowani i znudzeni. To było wspomnienie z wakacji, które miało się pomieszać z wieloma innymi, o zabawkach plażowych z białej siatki, o Coli z lodem i plasterkami cytryny, o kalmarach i frytkach, o nudnościach na morzu, o brązowej butelce z napisem „Piz Buin” i o zielonym opakowaniu aloesu po opalaniu.

Ojcowie śledzili wszystko z najwyższą powagą. Niebieski prostokąt pod palmami, podwodne nagrania, ryby ważone na scenie. Mistrzostwa odbywały się w innej części wyspy, na morzu, które rozlewało się od surowego wybrzeża. Nurkowie z nagrań przypominali bogów, mieli wysportowane ciała, harpuny i skafandry, w których wydawali się gładcy, nadludzcy. Gdy oświetlali jaskinie latarkami, morskie dno przypominało krypty wypełnione klejnotami i złotem.

Synowie przesiadywali ospale przy stołach, ale potem jeden po drugim znikali. Zostawiali ojców i wylewali się na plac, snuli się z miejsca na miejsce i sprawiali wrażenie, jakby brakowało im czegoś, czego mogliby się uczepić, kierownicy od roweru albo ogrodzenia przy szkolnym dziedzińcu. Wymachiwali rękami, jakby czekali na kogoś, kogo będą mogli pobić albo przytulić. Znajdowali się u schyłku dzieciństwa, na początku życia, sam na sam z niecierpliwym znużeniem. Nieznośnie dojrzewające ciała, ostatnie tygodnie lata w portowych barach, plaże, żaglówki, kawiarnie i smak pierwszej kawy: z dużą ilością spienionego mleka i cukru, jakby pili piasek.

Usiadłyśmy pod arkadami, z dala od tłumu. Piłyśmy białe wino oraz Colę z lodem i cytryną. Wszystkie trzy miałyśmy widok na plac, scenę, ekran, ludzi i oświetlony reflektorami ratusz. Zostałyśmy do późnej nocy, aż plac opustoszał, a ludzie wrócili do portu, do żaglówek, do hoteli. Zostałyśmy, aż obsługa sprzątnęła stoły, głośniki, podium, a pozostało jedynie rusztowanie – gołe i nieme w ciemnościach, niczym ruiny.

 
 

Wracałyśmy wzdłuż morza. Helena z Olgą szły przede mną, pod rękę, dziwnie splecione. Idąc za nimi, czułam się jak intruz, ktoś, kto postanowił śledzić dwie przypadkowe osoby, groźny cień. Byłam jak stróż, dopasowywałam się do ich tempa. Helena i Olga miały swoje prywatne nazwy i granice, matka i córka, miały swoje role i obowiązki, swoją historię. Ja nie miałam nic. Byłam tylko gościem.

Helena szła bliżej morza, jakby w roli obrończyni lub strażniczki. Po winie była powolna i cicha.

W trakcie tego spaceru wzdłuż wybrzeża Olga odwróciła się i spojrzała na mnie tylko raz, przeraziłam się na myśl, co musiała zobaczyć, gdy wtedy na nią popatrzyłam, samotna, zdemaskowana. Ja też byłam powolna i cicha.

 
 

Przez trzy dni... Wróciłam myślami do tego obrazu. Wróciłam na plac nocą. Wróciłam do początku mojej opowieści, który wcale nie był początkiem.

To nie było moje lato. Nie moje dzieciństwo.

Sama opowiadałam sobie tę historię, była wspomnieniem, które przygotowywałam na później, liczyłam, że kiedyś przyniesie mi wiele radości, ale także dużo smutku. Była jak wybrzeże, gdy się je opuszcza, wybrzeże widziane z rufy łodzi, ostatni obraz, punkt, który maleje i maleje, aż w końcu go nie widać, niknie na horyzoncie, jest granicą między „przed” i „po”.

Byłam na horyzoncie, byłam w morzu pod słońcem. Byłam na placu nocą, nisko nade mną brązowe niebo.

Gdy wróciłam do tego obrazu, zobaczyłam nierówną kolumnadę palm, ale nie z dołu, tylko na wysokości koron, jakbym była olbrzymem albo bogiem.

 
 

W nocy na placu było ciepło. W drodze powrotnej wzdłuż brzegu morza było ciepło. Później, jesienią, gdy opuściłyśmy Ermupoli, było mi zimno. Siedziałyśmy w ciemnościach na pokładzie, wiało, a Olga bała się, że wypadnie za burtę, że porwie ją wiatr, Helena: „Nie wygłupiaj się”. Ale ja rozumiałam jej strach. Między niebem a morzem nie było granicy, wszystko było czarne jak czereśnie, jakbyśmy płynęły przez czas albo nicość. Siedziałam między nimi.

Zmierzałyśmy ku końcowi, było mi niedobrze. Miałam nudności na promie. Obca i nieobecna. Uciekałam we wspomnienia, a może to one uciekały we mnie. Zobaczyłam siebie, osobę, dla której nie było już nadziei. Dostrzegałam kontury nie tyle własnej śmierci, ile życia, które do tej pory przeżyłam, czasu i doświadczeń, które wyparły moje fantazje. Rozczarowanie. Byłam rozczarowana.

Zobaczyłam wzlatujące gołębie, nastolatków, oświetlone palmy. Ujrzałam pływającą w ciemności ośmiornicę. To nie było prawdziwe wspomnienie, ale i tak wydawało się rzeczywiste, w zasadzie nie do odróżnienia. Usłyszałam własny głos, który mówi: „Słońce świeciło tak mocno, że ciągle trzeba było mrużyć oczy”. Czułam, jak rzeczywistość mnie opuszcza. Już mnie tam nie było.

Olga nawet na mnie nie spojrzała. Patrzyła przed siebie z rękami w kieszeniach, wpatrywała się w noc, pokład i morze, które się przed nami rozciągało, mimo że go nie widziałyśmy. Czekały nas nic nieznaczące godziny: nie było już nic do powiedzenia. Zostało tylko oczekiwanie.

Mimo zimna siedziałyśmy na zewnątrz. To był pomysł Heleny. Chciała zostać na pokładzie, miało być przyjemnie, rześko. Helena usiłowała coś powiedzieć, ale nie było jej słychać, głos tonął w hałasie, wibracjach z komina, które przypominały dźwięk potężnego pożaru. Musiała krzyknąć: „Kiedyś pokażę wam ruiny na Delos, nigdzie nam nie uciekną, stoją tam od tysiącleci!”.

 
 

Gdy rozpoczęły się Mistrzostwa Świata w Łowiectwie Podwodnym, byłam w Ermupoli od kilku tygodni, one dłużej. Helena pojechała tam, żeby odpocząć. Wezwała mnie, gdy była już na miejscu, gdy zaczynałam oswajać się z rozczarowaniem, że zostałam sama, że mnie opuściła, że nie brała mnie pod uwagę. Ale myliła się, bo gdy nie było mnie w pobliżu, tęskniła, potrzebowała mojej obecności, i tak jak wiele razy wcześniej podczas naszej krótkiej przyjaźni, jej skrucha dała mi nową siłę: udowodniła moją rację. Helena poprosiła, żebym przyjechała i dotrzymała jej towarzystwa. Dni się dłużyły, nudziło się jej, była niespokojna. Czuła się samotna. Pozwoliłam jej uwierzyć, że naprawdę zastanawiam się nad propozycją, chciałam, żeby wyznała więcej. Miała zapłacić za podróż: „Możesz spać w najładniejszym pokoju – wysłała mi zdjęcia – musisz go zobaczyć na własne oczy”. Mogłam zostać tak długo, jak chciałam. Kilka tygodni. I tak krótko, jak chciałam – wystarczy choćby kilka dni. Negocjowałam milczeniem. W końcu przyjęłam zaproszenie, o którym tak długo marzyłam.

Olga pojechała z nią tylko dlatego, że była jej córką, nie potrzebowała żadnego zaproszenia, podążała za Heleną, dokądkolwiek ta się wybrała, czy tego chciała, czy nie.

 
 

Jeszcze zanim Helena poprosiła, żebym przyjechała, spędziłam mnóstwo czasu na wyobrażaniu sobie miejsca, do którego tak długo miałam dostęp tylko dzięki jej opowieściom. Widziałam miasto pełne ruin, śladów początku historii. Widziałam miasto, które było spokojnym punktem zakotwiczonym w mglistej przeszłości. Bez samochodów. Bez dźwięków i kolorów. Ermupoli miało ładną nazwę: miasto Hermesa. Dzieliło ją z miejscem, w którym Hadrian kazał zabalsamować ciało Antinousa, z ostatnim miejscem widzianym przez niego przed śmiercią, miejscem, w którym czczono jego piękno i młodość, jego przymierze z bogami śmierci. „Ermupoli” zapisywano zwykle ze znakiem przydechu „’E”. Zapowiadał spółgłoskę, nie tyle literę, co dźwięk wdechu: „h”.

Właśnie dlatego założyłam, że to bardzo stare miasto. Wkrótce dowiedziałam się jednak, że Ermupoli było młode, młodsze od Szwecji i Stanów Zjednoczonych, zbudowano je w XIX wieku w trakcie wojny o niepodległość Grecji. Niemiecki architekt wzniósł kosztowny ratusz w neoklasycystycznym stylu. Ten sam architekt zaprojektował Teatr Narodowy i Pałac Prezydencki w Atenach, setki budynków w całym kraju, szkołę dla dziewcząt, stację kolejową i willę przy Alei Vasilissis Sofias, w której, gdy po raz pierwszy o niej usłyszałam, od wielu lat mieściło się Muzeum Sztuki Cykladzkiej, pełne marmurowych figurek ze skrzyżowanymi rękami, pochodzących z tego archipelagu, z prehistorii, ciemnych i niemych czasów, jak wspomnienia, które poprzedzają język: urodzić się, być karmionym, otworzyć oczy. Ermupoli było okazałe jak Europa, ta zaś okazała jak antyczna Grecja. Przez kilka dekad w mieście znajdował się największy port w kraju, cumowały w nim wszystkie parowce kursujące między Europą i Lewantem. Przez dekady stanowiło centrum, punkt na mapie świata, tylko po to, żeby w XX wieku stracić swoje znaczenie, ponownie stać się odległym miasteczkiem na wyspie na Morzu Egejskim. Czas świetności krótszy niż życie człowieka. Ta historia do mnie przemawiała.

Gdy Helena oznajmiła, że chce wyjechać z Olgą, zostawić wszystko, spędzić w Ermupoli kilka tygodni, może nawet miesięcy – powiedziała to latem, po tym, jak pochowała ojca, pamiętam, że siedziałyśmy na zewnątrz, choć było zimno, że piłyśmy wytrawne Martini, że raz po raz dźgałam oliwkę plastikowym patyczkiem, a ona mówiła – często wyobrażałam sobie, że siedzi wieczorami w domu: nogi na taborecie, książka i kieliszek wina. Z jakiegoś powodu widziałam zapaloną świeczkę, choć w rzeczywistości pewnie jej nie potrzebowała. Wyobrażałam sobie, że jest bardzo samotna, i zastanawiałam się, czy kiedykolwiek czuła się tam samotnie. Nie umiałam umieścić w tej wizji jej córki. Po części dlatego, że mało o niej wiedziałam – jak wygląda, jak się porusza, jaki ma głos, co lubi robić. Moje wyobrażenia o niej były mętne, ciągle się zmieniały, widziałam ją to jako dziesięciolatkę, to jako dorosłą kobietę – a po części dlatego, że mnie to bolało: Helena wcale nie była samotna, matka i córka, miały siebie. Równie trudno było mi sobie wyobrazić dom. Nie wiedziałam, jak są połączone pokoje, czy dom jest duży, czy mały, jasny, a może ciemny. A gdy myślałam o Helenie wieczorami: taboret, książka, wino, świeczka, i próbowałam zobrazować sobie szczegóły (jak wyglądały taboret, kieliszek, świeczka), scena się rozpadała, zostawały tylko książka na kolanach i dłonie Heleny, które widziałam z góry, jej oczami.

Później powrót do tych wczesnych fantazji o mieście, domu, Oldze stał się niemożliwy. Rzeczywistość zwyciężyła i wyparła wszystko, co sobie wyobraziłam, a niebawem, i dobrze o tym wiedziałam, to pamięć miała zniekształcić rzeczywistość. Po wszystkim, co przez kilka tygodni wydawało się oczywiste, łatwo dostępne (droga do morza, wyraźne wspomnienie śliskiego chodnika pod stopami, odgłos zamykanych drzwi do sypialni), miały zostać tylko fragmenty, rekonstrukcje, nowe fantazje miały zająć miejsce wspomnień.

To zaczęło się już w drodze powrotnej, na promie, w mroku, hałasie i wibracjach, wtedy, gdy wróciłam myślami do placu nocą, do obrazu, który we mnie tkwił, powiększał się, był mitologiczny, obezwładniający, sprawił, że poczułam, jak oddalam się od Heleny i Olgi, mimo że wciąż byłam blisko nich, między nimi. Nie widziałyśmy horyzontu. Zdawało się, jakby świat poza oświetlonym pokładem promu się skończył, ale nie nastąpiła nicość, tylko wieczność, przestwór, który przemierzałyśmy bez celu. Nie czekały nas żadne zmiany. Nie czekały żadne wydarzenia. Wspomnienie nocnego placu, zawodów, arkad, palm i ojców to słabło, to się wyostrzało, zmieniało się, było takie samo. Niektóre rzeczy wyglądały tak samo. Ten obraz nie dawał mi spokoju przez cały długi rejs. Był to ostatni obraz oczekiwania, niepewności, można to nazwać niewinnością.

 
 

Moja podróż do Ermupoli miała trzy etapy: dwa loty i jedną przeprawę promem. Pierwszy zaczynał się jeszcze przed świtem – na tyle wcześnie, że na zewnątrz wciąż było ciemno. Gdy wychodziłam z domu, mżyło, późne lato okazało się lodowato zimne, zielone, czarne. Czekałam, aż samolot wystartuje, migoczące światła na skrzydłach: czerwone. Gdy stewardesa, która demonstrowała instrukcję bezpieczeństwa – maska z tlenem, kamizelka ratunkowa, gwizdek – mówiła po niemiecku, jej głos był piękny, za to gdy odzywała się po angielsku, bulgotał, wydawał się zrozpaczony. Brzmiała jak osoba zdenerwowana, jakby zaraz miała się rozpłakać. Ostrzegła nas przed turbulencjami. Pokonywaliśmy ciemność przez chmury, które przypominały kłęby dymu, a odgłosy mknącego samolotu, ryk silnika, migające światła na skrzydłach sprawiały, że obraz za oknem przypominał burzę z piorunami na deskach teatru, król Lear na wrzosowisku. Lampki nad głowami zgasły, mężczyzna obok mnie puszczał muzykę z telefonu, który wsadził do kieszeni fotela, przezroczyste dźwięki na tle głuchego, uporczywego szumu samolotu.

W Monachium umyłam ręce. W lotniskowej toalecie puszczano melodię jak z pianoli, podłoga lśniła, cała mokra, pachniała silnym środkiem czyszczącym, przez co pomieszczenie wydawało się paradoksalnie niehigieniczne, brudne. Wszystko było tam kanciaste: szerokie umywalki z imitacji marmuru, płytki, cienkie drzwi kabin, nowoczesne suszarki do rąk, które wisiały na ścianie i przypominały bankomaty. Gdy wsunęłam dłonie do jednej z nich, melodię przyćmił ogłuszający strumień powietrza, który włączył się na mój ruch, był tak intensywny, że skóra marszczyła mi się falami na knykciach. Suszarka przyprawiła mnie o mdłości. Nie mogłam znieść hałasu, gwałtowności, niebieskiego światła, które mierzyło czas i zgasło, gdy po zaledwie kilku sekundach moje dłonie były zupełnie suche. Nie mogłam znieść tego, co ta maszyna z nimi zrobiła. Sprawiła, że wyglądały jak starcze dłonie, kościste, żylaste. Były zapowiedzią moich martwych dłoni.

Kiedy czekałam na drugi samolot, do Aten, nudziłam się. Byłam zniecierpliwiona. Pełna oczekiwań. Poszłam do sklepu bezcłowego, tam lśniące półki, bogactwo i brud: rzędy papierosów, wielkie butelki z alkoholem, ciężkie opakowania kosmetyków do makijażu i próbki, tłuste od niezliczonych testujących dłoni – nadmiar wszystkiego. Spryskałam się perfumami Heleny – Opium. Wymawiała nazwę Yves Saint Laurent po angielsku: „Iw Sejn Loron, zaczęłam ich używać w latach osiemdziesiątych, nie mogę mieć innych, bo nie czuję się sobą”.

Kusiło mnie, żeby je wypróbować za każdym razem, gdy widziałam buteleczkę w łazience jej sztokholmskiego mieszkania, czerwień i złoto. Chciałam przetestować jej zapach na sobie, być choć trochę jak ona. Podobało mi się, jak pachniały na niej, na jej ubraniach, w jej mieszkaniu, w które się wgryzły, korzenne, balsamiczne. Jednak na lotnisku, gdy nie było jej obok, tylko przyprawiły mnie o mdłości. Najpierw wydawały się ostre, później ciężkie, duszące. Gdy tak czekałam, miałam wrażenie, że ktoś mnie śledzi, ciągle uderzał mnie zapach, którego źródła nie umiałam zlokalizować, myślałam, że ktoś się czai, jest tuż za mną, odwracałam się, zdezorientowana, zaniepokojona, aż w końcu zrozumiałam, że czułam samą siebie.

Tuż przed drugim etapem podróży, tym środkowym, nastąpiła nagła zmiana i samolot, który miał mnie zabrać do Aten, został podmieniony na znacznie większy, było w nim więcej foteli niż pasażerów. Miałam przydzielone miejsce, ale powiedziano mi, że mogę usiąść, gdzie zechcę. Wybrałam pusty rząd przy oknie, które w chmurach pokryło się szronem, na końcu, z dala od pasażerów rozsianych z przodu.

Czas się kurczył, dystans rósł. Jazda metrem do portu, po drodze szarobiała plaża, roślinność, brudne markizy. Podziemna podróż równolegle z torami innego, a jednocześnie tego samego czasu co mój. Historia, której mnie nauczono, stanowiła fundament wszystkiego. W oczekiwaniu na prom weszłam do kościoła, chciałam się schłodzić. Tabliczka na zewnątrz zawierała informacje po angielsku i francusku, języki turystów: „Oto dom Boży...”, tuż obok znajdował się sklep ze świecami i kadzidłami – Orthodox Church Supplies. Obserwowałam, jak ludzie wchodzą i wychodzą z kościoła, całują ikony, gładzą dziecięcą twarz Jezusa.

Gdy wyruszyłam, miałam na sobie kilka warstw. Sweter, bluzkę i ciężki płaszcz, który zwykle nosiłam jesienią. Podczas tygodni spędzonych w Ermupoli nawet go nie tknęłam, dopiero kiedy wyjeżdżałyśmy. Pociłam się. Kleiłam się pod pachami, biustem i na karku, do którego przylepiły mi się włosy. Nad morzem zapadł zmrok, ale wciąż było ciepło. Zbliżałam się do celu i obierałam kolejne warstwy: płaszcz, sweter, a gdy już dotarłam na miejsce, gdy furta dziobowa, która dzieliła mnie od miasta, w końcu się otworzyła, niosłam wszystko w rękach.

 
 

Ermupoli przypominało amfiteatr. Tej nocy, gdy przypłynęłam, gdy prom zbliżał się do portu i światła miasta wyłoniły się z ciemności, budynki wyglądały jak strumienie rozżarzonej lawy. Jakby wylały się z gór dwiema wstęgami, widownia pod sceną, którą było morze – w nocy czarna kurtyna, za dnia błękitny przestwór rozciągający się pozornie w nieskończoność, do końca świata.

Tej nocy, gdy przypłynęłam, Helena czekała na mnie w porcie. W pierwszej chwili nie dostrzegłam jej wśród ludzi, którzy albo opuszczali prom, albo czekali, by na niego wejść, żeby popłynąć na kolejne wyspy: Mykonos, Naksos – i poczułam, jak ogarnia mnie panika (Helena się nie pojawiła, znalazłam się w złym miejscu, musiałam się pomylić, zostałam sama) pomieszana z ekscytacją (los przywiódł mnie do obcego kraju, byłam o krok od odkrycia czegoś nowego, zostałam sama). Wtedy ją ujrzałam i zawołałam. W światłach z promu jej twarz była zielona i tłusta, jak z wosku. Rozpuściła kręcone włosy, na stopy wsunęła klapki, zauważyłam, że ma bardzo długie paznokcie. Pomogła mi z bagażem. Prowadziła mnie od morza do schodków wiodących do miasta, minęłyśmy biuro podróży i kasę biletową, kosze wypełnione nugatem i lukumi, następnie kasyno tuż przy kaplicy, sklep z instrumentami muzycznymi i wyludniony dziedziniec szkolny oświetlony przez latarnie. Szła szybciej niż ja, stawiała dłuższe, szersze kroki.

Miałam wrażenie, że widzimy się po raz pierwszy, Helena była uprzejma, podenerwowana. Gdy wchodziłyśmy po schodkach, wyznała, że przyjmowanie tu gości jest dla niej zawsze surrealistyczne, przypomina, że to miejsce nie istnieje tylko w jej świadomości, ale także w świadomości innych, i że nie przestaje istnieć, kiedy jej tu nie ma. „To dziwna myśl, nie sądzisz? Podobnie jest z dziećmi, którym się wydaje, że gdy zasłonią oczy, będą niewidzialne, być może sama jestem trochę dziecinna. – Powiedziała, że dawno nikt jej nie odwiedzał. Nie pamiętała, kiedy ostatnio ktoś do niej przyjechał. – Wiele lat temu, wiele, wiele lat temu”. Przestraszyłam się: może pożałowała swojej decyzji. Nie wiedziałam, czy ten lęk wynikał z jej słów, czy może z niepewności, która od zawsze towarzyszyła naszej relacji.

Helena pochodziła z rodziny armatorów, to dlatego poruszała się, jakby świat należał do niej. Powiedziała, że mężczyzna, od którego kupiła dom, pracował wcześniej w stoczni. „I wtedy – dodała – wtedy pomyślałam, że to znak, to tutaj jest nasze miejsce, to nasz dar”. Szansa na szczęśliwe wakacje w białym słońcu dla jej małej córki.

Doszłyśmy do Persefonis, krótkiej uliczki, przy której stał dom Heleny, wciśnięty między alejkę i jakąś ruinę. Otworzyła drzwi – nie były zamknięte na klucz – i zaprowadziła mnie przez nieoświetlone wnętrze do spiralnych metalowych schodów, po których zaczęła się teatralnie skradać, jakby naśmiewała się z własnych wysiłków, żeby iść cicho.

Tamtej nocy nie poznałam jej córki, mojej rywalki, której nigdy wcześniej nie widziałam i której obraz wciąż był dla mnie niejasny, rozmyty. Gdy przyszłyśmy, już spała, za zamkniętymi drzwiami na piętrze, gdzie tylko wąski podest dzielił jej pokój od mojego.

 
 

Nie lubiłam, gdy Helena mówiła „moja córka”. Nie lubiłam, gdy wypowiadała imię „Olga”. Chodziło o intymność w artykułowaniu imienia, które się komuś nadało. Później dowiedziałam się, że imię Olgi pochodziło od strony jej ojca, było częścią jego rodziny, wiązało ją z jego historią. Ale wtedy miało już dla mnie zupełnie inne znaczenie niż na początku.

Olga to imię dla córek artystów. Dla księżniczek i bezwzględnych świętych. To imię dla małej pizdy.

Nie znosiłam jej imienia, jeszcze zanim ją poznałam, nie znosiłam go, choć wiedziałam o niej tylko tyle, ile powiedziała mi Helena. Wzbudzało we mnie nienaturalnie silne emocje. Palącą wściekłość. Dziwne, niewytłumaczalne poczucie wykluczenia. Zawstydzało mnie jego piękno. Nienawidziłam jej imienia, ponieważ było piękne.

Nocami wypowiadałam je do siebie z zamkniętymi ustami. Smakowałam je na języku, który lgnął do podniebienia przy głosce „g” i robił z niej „k”, Olka, ale najpierw „o”, wdech. Nie dało się go wypowiedzieć bez małego oddechu przed „o”, jakby na cześć jego genezy: Helga, święta. Jednak w zamkniętych ustach, bez dźwięku, „Olga” była tylko głośnym przełknięciem.

Wyobraziłam sobie, jak dosięga ją echo, jak nawiedza ją w snach. Wyobraziłam sobie, że tak jak ja leży i słucha otaczających nas odgłosów: kotów, nocnego promu, morza, zapowiedzi innego ciała, które porusza się w innym łóżku, w innym pokoju.

Już wtedy na nią czekałam. Nie wiedziałam o tym, ale czekałam.

 

[...]

 
 
 
 
 
 
 

Wydawnictwo Pauza powstało jesienią 2017 roku

na Saskiej Kępie w Warszawie. Zrodziło się z pasji –

do czytania i dobrej prozy zagranicznej.

 

Pauza specjalizuje się w literaturze z wyższej półki,

która wciąga, pochłania, wywołuje emocje.

Czytelnicy znajdą u nas znane i nagradzane książki

z całego świata, ale też mocne debiuty literackie.

Antyk to sto czwarta książka

Wydawnictwa Pauza.

 

Wcześniej ukazały się:

 

2018

Legenda o samobójstwie – David Vann

Pierwszy bandzior – Miranda July

Nasz chłopak – Daniel Magariel

Historia przemocy – Édouard Louis

Tirza – Arnon Grunberg

 

2019

Pasujesz tu najlepiej – Miranda July

O zmierzchu – Therese Bohman

Piękna młoda żona – Tommy Wieringa

Czekaj, mrugaj – Gunnhild Øyehaug

Floryda – Lauren Groff

Przyjaciel – Sigrid Nunez

Madame Zero i inne opowiadania – Sarah Hall

Mój rok relaksu i odpoczynku – Ottessa Moshfegh

Brud – David Vann

Koniec z Eddym – Édouard Louis

 

2020

Zgiń, kochanie – Ariana Harwicz

Linia – Elise Karlsson

Nocny prom do Tangeru – Kevin Barry

Ta druga – Therese Bohman

Dorośli – Marie Aubert

Turbulencje – David Szalay

Nikolski – Nicolas Dickner

Fauna Północy – Andrea Lundgren

Witajcie w Ameryce – Linda Boström Knausgård

Pełnia miłości – Sigrid Nunez

Przejście – Pajtim Statovci

Niebieska Księga z Nebo – Manon Steffan Ros

Dziennik upadku – Michel Laub

 

2021

Halibut na Księżycu – David Vann

Zabierz mnie do domu – Marie Aubert

Utonęła – Therese Bohman

Koniec dnia – Bill Clegg

Sempre Susan. Wspomnienie o Susan Sontag – Sigrid Nunez

Tęsknota za innym światem – Ottessa Moshfegh

Ostatnie stadium – Nina Lykke

Niepoprawna mnogość – zbiór opowiadań pod redakcją Lucy Caldwell

Wyznanie – Domenico Starnone

Za otrzymane łaski – Valeria Parrella

Trzymam wilka za uszy – Laura van den Berg

Kto zabił mojego ojca – Édouard Louis

Archiwum zagubionych dzieci – Valeria Luiselli

 

2022

Komodo – David Vann

Londyn – David Szalay

Wyspa kobiet – Lauren Groff

Wizyta – Katharina Volckmer

Ostatni wywiad – Eshkol Nevo

Strega – Johanne Lykke Holm

Intymności – Lucy Caldwell

Coś nie tak. Kobiecość i wstręt – Eimear McBride

Pomniejsi wędrowcy – Eimear McBride

Dla Rouenny – Sigrid Nunez

Zmagania i metamorfozy kobiety – Édouard Louis

 

2023

Odmawiam myślenia – Lotta Elstad

Elmet – Fiona Mozley

Mleko krew żar – Dantiel W. Moniz

Urugwajka – Pedro Mairal

Andromeda – Therese Bohman

Czy muszę odchodzić? – Yiyun Li

Wcale nie jestem taka – Marie Aubert

Fatum i furia – Lauren Groff

Nędza – Andrzej Tichý

Długa odpowiedź – Anna Hogeland

W lasach ludzkiego serca – Antje Rávik Strubel

Zmiana – Édouard Louis

Dostatek – Jakob Guanzon

Lapvona – Ottessa Moshfegh

Ptaki – Samanta Schweblin

 

2024

Słabsi – Sigrid Nunez

Eileen – Ottessa Moshfegh

Ostatni dzień na Ziemi – David Vann

Szczegóły – Ia Genberg

Fuga – Lauren Groff

Miałam tak wiele – Trude Marstein

Soho – Fiona Mozley

Zaproszona – Emma Cline

System – Amanda Svensson

Niewidzialni – Pajtim Statovci

Psychiatrzy i masażyści – Arnon Grunberg

Na czworakach – Miranda July

Dzikie bezkresy – Lauren Groff

Lot – Lynn Steger Strong

 

2025

Śmierć w jej dłoniach – Ottessa Moshfegh

Metry na sekundę – Stine Pilgaard

Gdzie indziej – Yan Ge

Nie jesteśmy tu dla przyjemności – Nina Lykke

Stan raju – Laura van den Berg

Goście – Agnes Ravatn

Tłusty róż – Fernanda Trías

Teo od 16 do 18 – Raluca Nagy

Góra prawdy – Therese Bohman

Wonderland – Hanna Nordenhök

Siedem pustych domów – Samanta Schweblin

 

2026

Wymieranie Ireny Rey – Jennifer Croft

Oto słońce – Gunnhild Øyehaug

Awanturnica – Lauren Groff

Czesanie kota – Jane Campbell

Nie, po prostu nie – Nina Lykke

Gdzie są dorośli? – Nina Lykke

Rozmowy są nagrywane – Katharina Volckmer

Ciało – David Szalay

Dobre i złe – Samanta Schweblin

Lato bez końca – Franziska Gänsler

Doggerland – Agnes Ravatn