Anielski kokon - Karolina Wilczyńska - ebook
Opis

Każdy z nas inaczej postrzega świat i otaczającą go rzeczywistość. Czy jeśli ktoś wykracza poza normy, możemy mieć pewność, że to szaleniec? A może to my nie wiemy wszystkiego?

 

Olga ma trzydzieści lat, pracę w dużej korporacji, własne mieszkanie. I uwielbia zbierać aniołki. Ku uciesze nadopiekuńczej mamy spotyka się z przystojnym i bogatym mężczyzną. Niczego nie powinno jej brakować do szczęścia, a jednak…

Pewnego dnia otrzymuje na służbową skrzynkę pocztową dziwnego maila: ,,Zostałaś wybrana, by stać się aniołem’’. Myśli, że to żart, ale później zauważa obcego mężczyznę, który ją obserwuje. Najpierw wzbudza to w niej strach, potem złość, ale w końcu Olga postanawia rozmówić się z tajemniczym obserwatorem. Mężczyzna przekonuje ją, że została wybrana, aby czynić dobro.

 

Karolina Wilczyńska, autorka bestsellerowych powieści obyczajowych, proponuje czytelnikom nieoczywistą i intrygującą podróż do wewnętrznego świata swojej bohaterki. Sami zdecydujcie, co jest prawdą, a co tylko złudzeniem – jeżeli potraficie…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 309

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Podobne


Copyright © Karolina Wilczyńska, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadząca: Sylwia Smoluch

Redakcja: Karolina Borowiec

Korekta: Joanna Pawłowska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki: Magda Bloch

Fotografia na okładce: egal / depositphotos.com

Fotografia autorki: Studio Fot Molly Polly

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-7976-102-9

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Człowieku! Gdybyś wiedział, jaka twoja władza!

Kiedy myśl w twojej głowie, jako iskra w chmurze

Zabłyśnie niewidzialna, obłoki zgromadza,

I tworzy deszcz rodzajny lub gromy i burze,

Gdybyś wiedział, że ledwie jednę myśl rozniecisz,

Już czekają w milczeniu, jak gromu żywioły,

Tak czekają twej myśli – szatan i anioły:

Czy ty w piekło uderzysz, czy w niebo zaświecisz (…)

A. Mickiewicz, Dziady, cz. III

I

„Masz nową wiadomość”.

Mała koperta na monitorze migotała, nie pozwalając Oldze skupić się na kolumnach cyfr. Dziewczyna westchnęła i próbowała zignorować mrugającą ikonkę. Musiała skończyć ważny raport, „na wczoraj”, jak powiedział szef, i nie po to została po godzinach w dusznym biurze, żeby zajmować się sprawdzaniem poczty.

Starała się skoncentrować na raporcie, ale jakby wbrew jej woli wzrok wciąż kierował się na ikonkę. Zrozumiała, że dopóki nie sprawdzi, kto do niej napisał, nie uda jej się skupić na niczym innym.

Z westchnieniem potarła dłońmi twarz i skierowała kursor myszy na „Odbierz”. Może to szef przesyła dodatkowe wskazówki, usprawiedliwiała się. Lepiej sprawdzić niż potem poprawiać.

Monitor zamigotał i oczom Olgi ukazało się tylko jedno zdanie napisane dużymi literami na błękitnym tle.

– ZOSTAŁAŚ WYBRANA, BY STAĆ SIĘ ANIOŁEM – przeczytała na głos, mając nadzieję, że to pomoże jej zrozumieć sens informacji, ale nadal nie bardzo wiedziała, o co chodzi. Spojrzała na adres nadawcy. Ananke – to słowo z niczym jej się nie kojarzyło. Taki adres elektroniczny mógł mieć każdy korzystający z poczty dużego portalu.

To jakiś głupi dowcip, zdecydowała.

Skoro już los chciał, żeby zrobiła sobie przerwę, postanowiła napić się kawy. Burczało jej w brzuchu, ale nie miała ochoty na jedzenie. Wiedziała z doświadczenia, że kiedy jest głodna, szybciej pracuje. Zresztą nigdy nie zabierała do pracy kanapek. Denerwowało ją to celebrowanie śniadań przez koleżanki. Poza tym nie lubiła jeść w miejscach publicznych, kiedy ktoś na nią patrzył, nie mogła przełknąć ani kęsa.

W pracy pozwalała sobie jedynie na wypicie kawy. Musiała być taka, jaką Olga lubiła najbardziej. Z dwóch łyżeczek, niezbyt czubatych, ale i nie płaskich – jeśli będzie jej zbyt dużo lub zbyt mało, to kawa do niczego. Potem woda. Trochę więcej niż pół kubka, ale mniej niż dwie trzecie. Olga oceniła poziom płynu w kubku i dolała jeszcze odrobinkę, dosłownie dwie krople. Teraz dobrze. Trzy łyżeczki cukru i uzupełnić mlekiem, ale takim zwyczajnym, z kartonu. Skondensowane lub śmietanka nie wchodziły w grę. Jeżeli nie miała mleka – rezygnowała z kawy. Dziś miała mleko i cukier – kawa była pyszna. Stanęła przy oknie z kubkiem w dłoni. Starała się nie zauważać pędzących samochodów, próbowała zatrzymać wzrok na koronach drzew rosnących wzdłuż ulicy. Lubiła patrzeć na zieleń, to zawsze ją uspokajało.

Po drugiej stronie pod kasztanowcem stał młody mężczyzna. Patrzył w kierunku biurowca; wyglądało, jakby na kogoś czekał. Olga wiedziała, że nikogo prócz niej już nie ma w biurze, poza portierem, rzecz jasna, ale wątpiła, by młody człowiek czekał właśnie na niego. Na mnie też nie czeka, pomyślała. To akurat wiem na pewno. Chociaż mógłby, bo z daleka wygląda całkiem zachęcająco.

Upiła łyk kawy i wróciwszy do biurka, odstawiła kubek jak najdalej od równiutko ułożonych wydruków tej części raportu, którą już skończyła. Nie chciała ryzykować katastrofy i dodatkowej straty czasu. Naczynie zadźwięczało w momencie zetknięcia z blatem, jakby chcąc zwrócić na siebie uwagę. Olga spojrzała na nie, zatrzymując wzrok kilka sekund dłużej niż zwykle. Na kubku, jej ulubionym zresztą i najlepszym do kawy, namalowany był aniołek.

Wszyscy znali tę słabość Olgi. Uwielbiała aniołki. Były wszędzie – na jej obrazkach, na naczyniach, nawet na pościeli. Zbierała ich figurki, więc znajomi nigdy nie mieli kłopotów z prezentem dla niej, a kolekcja powiększała się z roku na rok.

Zyskała pewność, że otrzymana wiadomość była żartem. Pewnie informatycy się nudzili.

Swoją drogą, to powinni raczej zająć się obowiązkami, pomyślała z przekąsem. Przeczytanie wszystkich wiadomości wysyłanych ze służbowych komputerów zajmuje przecież trochę czasu.

To, że poczta elektroniczna jest przeglądana przez kogoś poza nią, zauważyła już dawno. Bywało, że szef pytał ją o coś, o czym nie mógł wiedzieć, o sprawy rodzinne lub osobiste. Najpierw była zdziwiona, pytała, skąd o tym wie, a tłumaczenia, że musiała mu kiedyś o tym wspomnieć, w ogóle jej nie przekonywały. W końcu odkryła prawidłowość – ilekroć napisała e-mail do znajomych, tylekroć szef znał nowe szczegóły z jej życia. Dla uzyskania ostatecznej pewności zaczęła pisać peany na cześć przełożonego. Efekt był natychmiastowy – premia była wyższa niż zazwyczaj i szef lepiej ją traktował.

Skoro mogą czytać moje listy i jeszcze zachciewa im się głupich dowcipów, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby im się zrewanżować, zdecydowała Olga.

DZIĘKUJĘ, ALE BRAK CZASU NIE POZWALA MI NA PRZYJĘCIE DODATKOWYCH OBOWIĄZKÓW. TYM BARDZIEJ ŻE NIE MA ANI SŁOWA O WYNAGRODZENIU – wystukała na klawiaturze i wysłała do nadawcy głupiego listu. Proszę bardzo, niech ma nauczkę.

Spojrzała na zegarek i poczuła złość. Straciła prawie godzinę. Nie dotrze do domu przed ósmą, a Gabi czeka i jest już z pewnością bardzo głodny. Na dodatek, jak na złość, za nic nie mogła skupić się na raporcie.

Do roboty, do roboty, przywoływała się do porządku, bo jak dasz plamę, to jutro nie pomoże nawet najbardziej chwalebny e-mail o szefie.

Zerknęła w okno. Mężczyzna nadal stał pod drzewem. Wzruszyła ramionami i wróciła do pracy. Po chwili wystukiwała kolumny cyferek, dopisywała komentarze. Drukarka szumiała miarowo, wypluwając kolejne kartki.

Dwie godziny później raport był gotowy. Olga przeciągnęła się w fotelu i dopiła kawę, czekając na ostatnie strony wydruku. Równiutko ułożyła efekt swojej popołudniowej pracy i poszła do łazienki umyć kubek. Zawsze to robiła, nie zniosłaby rano widoku naczynia z zaschniętymi resztkami naparu. Teraz pozostało już tylko wyłączenie komputera…

„Masz nową wiadomość”.

BYCIE ANIOŁEM TO NIE PRACA, TO POWOŁANIE.

Tego już za wiele! Nerwowo pozamykała programy i wyłączyła komputer. Chwyciła torebkę i potrącając w biegu stosik ułożonych przed chwilą kartek, ruszyła w stronę drzwi.

Pozbieram rano, zdecydowała, zamykając pokój na klucz. Szybko, stukając obcasami, zbiegła po schodach do piwnicy, gdzie znajdowała się siedziba informatyków. Miała zamiar zrobić im najnormalniejszą w świecie awanturę. Nacisnęła klamkę, bez skutku. Spróbowała jeszcze raz i jeszcze, i jeszcze raz. Nic z tego. Zaklęła w myślach i z bezsilności kopnęła w metalowe drzwi. Ból palców sprawił, że emocje nieco opadły. Lekko utykając, wróciła na parter. Miała dość, chciała być już w domu, napić się herbaty.

– Czy informatycy dawno wyszli? – zapytała portiera, podbijając kartę pracy, co czyniła skrupulatnie, choć jeszcze nigdy nie zapłacono jej za nadgodziny.

– Dawno, pani Olgo, zaraz po szesnastej. – Pan Janek podniósł głowę znad gazety i przyjrzał się jej uważnie. – Jakiś problem ze sprzętem? Bo coś niewyraźnie pani wygląda…

– Nie, zmęczona jestem i tyle. Do jutra, panie Janku.

– Do widzenia pani. – Portier wrócił do kontemplacji wdzięków rozebranej panienki w gazecie.

Olga pchnęła ciężkie drzwi i z ulgą poczuła świeże powietrze. Nareszcie! Spacer do domu dobrze jej zrobi, a za rogiem pewnie czeka już Gabi. Kupi mu coś pysznego na kolację i spędzą miły wieczór.

Przechodząc przez ulicę, znowu zauważyła młodego mężczyznę. Stał tam, gdzie widziała go kilka godzin temu, pod tym samym drzewem. Patrzył na nią. Poczuła nieprzyjemny dreszcz na plecach. Odwróciła wzrok i szybkim krokiem ruszyła w stronę domu. Skręcając za róg, dyskretnie sprawdziła, czy mężczyzna za nią nie idzie. Nie, wciąż stał pod drzewem, na szczęście.

Co za dzień! Olga pokręciła głową z niedowierzaniem.

Wieczory, które spędzała w domu, właściwie nie różniły się od siebie. Prawdę powiedziawszy, większość z nich spędzała w domu. Te nieliczne, kiedy wychodziła gdzieś z Gaborem, zawsze były pełne wrażeń. Nazywała je nawet „przepełnionymi”, bo po kilku godzinach w modnych klubach lub restauracjach, w gwarze rozmów, przy hałaśliwej muzyce, z niezliczoną ilością przyjaciół i znajomych Gabora wracała do domu zmęczona. Jemu nigdy się do tego nie przyznała, bo bała się, że nie zrozumie, o co jej chodzi. Nie wyobrażała sobie, że zaakceptowałby sobotni wieczór w maleńkiej knajpce przy kieliszku wina i cichej muzyce, która nie przeszkadza w rozmowie. A tak właśnie Olga wyobrażała sobie spotkanie, podczas którego i po którym czułaby się szczęśliwa i zrelaksowana. I kochana. Nie żeby nie wierzyła w miłość Gabora, skądże! Tylko że on w takiej sytuacji zanudziłby się na śmierć.

Olga nigdy nie potrafiła w relacjach z Gaborem postawić na swoim. Było to o tyle zadziwiające, nawet dla niej samej, że zwykle nieźle sobie radziła, osiągała zamierzone cele. I chociaż najczęściej wiązało się to raczej z ciężką pracą niż wykrzykiwaniem swoich racji lub zmuszaniem ludzi do robienia tego, co ona chce, to i tak mogła nieskromnie mówić, że dobrze jej się w życiu układa.

Tak czy siak, z Gaborem było inaczej. Nie umiała się przeciwstawić temu wulkanowi energii, którą nieustannie tryskał. Obawiała się, że jeżeli i ona energiczniej zaczęłaby upierać się przy swoim zdaniu, ich związek mógłby eksplodować. Próbowała więc ostudzić nieco jego temperament, przystopować chęć wyrywania z życia tego, co najlepsze, jakby na zapas, żeby najeść się do syta, bo może braknąć albo nie wystarczy czasu. Studziła więc, ale bez większych efektów, za to w ciągu kilku wspólnie spędzonych godzin zużywała tak dużo energii, że długo nie mogła przyjść do siebie po każdej takiej eskapadzie.

Wydawało jej się, że Gabor wyczuwał jej niechęć do jego stylu życia. Może właśnie dlatego nie spotykali się często. I choć on nazywał ją „swoją dziewczyną”, to Olga miewała wątpliwości, czy tak powinien wyglądać związek dwojga kochających się osób. Kiedyś, na początku znajomości, podobała jej się ciągła zabawa, ruch, taniec, picie drinka za drinkiem, nawet poranny kac nie wydawał się straszny, bo warto było.

Kiedyś… bo od jakiegoś czasu coraz bardziej denerwowali ją ci wszyscy ludzie mówiący tylko o nic nieznaczących bzdurach, żyjący pracą i wieczornym wydawaniem zarobionych pieniędzy. Czuła, że to wszystko jest takie płytkie, że nie ma w tym szczerości, prawdziwych uczuć, w dusznych i hałaśliwych lokalach nie czuła się szczęśliwa ani kochana. Były tam tylko dym tytoniowy, alkohol i strach – przed przyszłością, starością, utratą pracy, partnera, i jeszcze wieloma innymi rzeczami. Tak, w tych wszystkich miejscach tak śmierdziało strachem, że nie mógł go zabić nawet zapach drogich perfum i dużych pieniędzy.

Nie sądziła, żeby w ten sposób można było długo żyć, nie uważała, żeby takie życie było cokolwiek warte. Nie chciała, żeby ten wstrętny zapach i za nią ciągnął się jak welon. Nie miała pojęcia, co się stanie z tymi wszystkimi ludźmi, ale przeczuwała, że nic dobrego. Niepokoiło ją to, denerwowało i potęgowało jej własny strach.

Gabor pojawił się w jej życiu zupełnie nieoczekiwanie. Wyskoczył niczym diabeł z pudełka pewnego wieczoru, kiedy w towarzystwie koleżanek jadła obiad w małym barze. Doskonale pamięta tamto popołudnie. Siedziały przy maleńkim stoliku, na którym z trudem mieściły się talerze. Ciągłe poszturchiwanie sąsiadek wywoływało serie chichotów. Prawdę mówiąc, pomyślała Olga, zachowywałyśmy się wtedy jak nastolatki. Nie rozumiem, co mogło go w nas zainteresować, bo nasze zachowanie musiało być raczej żenujące.

Przechodząc obok szafki nocnej, machinalnie wzięła do ręki zdjęcie Gabora i przysiadła na łóżku. Patrzyła w brązowe oczy, czarną, dobrze przystrzyżoną czuprynę i biel zębów widocznych w uśmiechu. Te zęby…

Od początku przykuły jej uwagę. Już wtedy, gdy podszedł do stolika i zapytał:

– Czy mają panie kartę?

Pytanie było zupełnie bez sensu, bo kto widział kartę dań w małym bistro. Ponieważ mężczyzna nie wyglądał na idiotę, zinterpretowały jego słowa jako próbę zawarcia znajomości. I zachichotały po raz kolejny. Wszystkie prócz Olgi, bo ta zamarła wpatrzona w jego uśmiech. Te zęby… Białe, równiutkie jak z reklamy pasty, tylko że było ich jakby za dużo. Skojarzyły jej się z rekinem, który ma ich kilka rzędów; na miejsce złamanych odrastają mu nowe. Tak, Olga doskonale pamięta, że na tę myśl zrobiło jej się nagle zimno i na jej rękach pojawiła się gęsia skórka. Nagle zorientowała się, że mężczyzna zwraca się do niej.

– Może pan powtórzyć? – poprosiła. – Nie słyszałam, co pan mówił.

– Pytałem, co pani może mi polecić. – Znowu szeroki uśmiech.

– Przy barze jest wszystko wypisane, chyba umie pan czytać?

– Zrobię, co w mojej mocy. Dzięki za radę.

Odszedł w kierunku baru, a koleżanki natychmiast na nią napadły:

– Jak mogłaś się tak zachować! Taki przystojniak! – Kaśka była niepocieszona. Wieczna łowczyni, kolekcjonerka mężczyzn, nie mogła ścierpieć, że taka okazja uciekła jej sprzed nosa.

– Oślepłaś czy coś cię ugryzło?! Ty widziałaś, jakie on ma oczy?! A jakie zęby?! Z przyjemnością dałabym się pogryźć! – Izka także była podekscytowana, co u niej objawiało się zawsze podniesionym tonem i nerwową gestykulacją.

Te zęby…

– Drogie panie, nie jestem istotą krwiożerczą… – Nieznajomy wrócił do ich stolika. – Ale jeśli którejś z pań zależy, to mogę delikatnie podgryźć.

Dziewczyny zachichotały po raz setny, a Oldze wydało się, że widzi przez ułamek sekundy, jak nowo poznany mężczyzna szarpie swoimi pięknymi zębami kawał surowego mięsa. Widziała strużki krwi płynące z kącików ust, dzikość oczu i te zęby… Zrobiło jej się niedobrze, czuła, że jeśli nie wyjdzie, to zwróci zjedzony przed chwilą obiad. Wstała, potrącając krzesło, i bez żadnych wyjaśnień, rzucając tylko ogólne „do widzenia”, wyszła z baru. Świeże powietrze otrzeźwiło ją nieco, ale wspomnienie krótkiej wizji nie dawało spokoju.

Wieczorny telefon od mężczyzny z baru przyjęła z niechęcią. Najpierw próbowała kłamać, że nie pamięta go, ale on był uparty. Poza tym okazał się czarującym rozmówcą i sama nie wiedziała, kiedy zgodziła się pójść z nim do kina. Spędziła bardzo przyjemny wieczór. Chociaż wtedy nie był jej chłopakiem, czuła ukłucia zazdrości, widząc, jak kobiety na niego patrzyły. Trudno jej było to zrozumieć, bo ciągle pamiętała przedpołudniowe skojarzenia, ale Gabor tak bardzo się o nią troszczył tego wieczoru i podczas kolejnych spotkań, że wkrótce wspomnienia zbladły. Zdarzało się jedynie, że miewała sny, których był bohaterem – i nie były to sny erotyczne, ale raczej koszmary. Chyba gdzieś głęboko w jej podświadomości wciąż istniał Gabor rekin…

W zamyśleniu pogłaskała zdjęcie i westchnęła. Słysząc to westchnienie, Gabi wskoczył na pościel i polizawszy Olgę po ręce, ułożył się, dotykając zimnym nosem jej uda.

– Dobry piesek. – Podrapała pupila za uchem. – Tak, tak, ty wiesz, kiedy jestem smutna…

Często zastanawiała się, dlaczego Gabor wybrał właśnie ją. Uważała, że koleżanki, z którymi była tamtego dnia w barze, są atrakcyjniejsze i bardziej warte zainteresowania mężczyzny takiego jak Gabor. Zresztą one podzielały ten pogląd i też się dziwiły. Straszyły ją czasem, że jeżeli nie będzie się bardziej starała, to z pewnością nie zatrzyma go przy sobie. A Olga jakoś nie chciała się starać. To Gabor się starał, a jej to bardzo odpowiadało. Wprowadził ją w świat najlepszych knajp w mieście, do towarzystwa młodych ludzi, którzy robili karierę w biznesie, mieli pieniądze i w wolnym czasie lubili je wydawać. Zasmakowała w tym i nawet zastanawiała się, dlaczego wcześniej nie przyszło jej do głowy, że można tak przyjemnie spędzać czas. Nikt z nowych znajomych nie miał kłopotów, a jeżeli nawet, to nie mówiło się o tym. Dobry alkohol, czasami dodatkowy doping czyniły świat kolorowym, zabawnym i pozwalały znaleźć dość sił, żeby z tego wszystkiego korzystać. Tak, wtedy bardzo jej się to podobało…

Olga zmarszczyła czoło, próbując sobie przypomnieć, kiedy to się zmieniło. Nie pamiętała dokładnie, ale chyba to były urodziny Gabora. Zaprosił najbliższych znajomych, tak twierdził, pojawiło się kilkadziesiąt osób. Nie było w tym nic dziwnego, bo wieści o imprezach rozchodzą się szybko, a klub to nie mieszkanie i przyjść może każdy. Na urodziny dostał od kogoś maskotkę. Olbrzymią. Pluszowego rekina.

– Dla najbardziej drapieżnego młodego rekina biznesu! – krzyczeli znajomi, o ona zbladła.

– Co ci jest? Słabo ci? – Gabor natychmiast zauważył zmianę na jej twarzy. Zawsze wszystko zauważał, jakby czuł to samo co ona.

Burknęła coś pod nosem i poprosiła o wezwanie taksówki. Kiedy czekała na jej przyjazd, Gabor troskliwie obejmował ją ramieniem. A ona zamiast radości czuła niepokój. Salę rozświetlały kolorowe reflektory, mnóstwo migających świateł, ale czuła, że w kątach jest mrocznie i niebezpiecznie. I ramię Gabora nie tłumiło tego lęku. A przecież powinno.

Jadąc taksówką przez miasto, widziała co innego niż zwykle. Neony nie świeciły tak jasno jak zawsze, latarnie uliczne przygasały. W bramach stali pijani mężczyźni, każdy zakamarek pełen był dziwnych cieni. W domu rzuciła się na łóżko, nawet nie zdejmując butów, i zasnęła głębokim, lecz pełnym koszmarów snem, w którym walczyła z rekinem w brudnej i śmierdzącej wodzie.

Nigdy więcej nie miała podobnych koszmarów, związek z Gaborem trwał i nie mogła mu właściwie nic zarzucić. Dlaczego wspomnienia wróciły właśnie dziś?

Dzwonek telefonu gwałtownie wyrwał ją z zamyślenia. Wzdrygnęła się, bo przez chwilę nie mogła zrozumieć, co się dzieje. Telefon dzwonił uparcie, więc odstawiła ramkę ze zdjęciem na miejsce i poszła do przedpokoju odebrać telefon.

– Dziecko kochane, dzwonię i dzwonię. Dlaczego nie odbierasz? – usłyszała głos matki. – Już myślałam, że coś się stało. Kiedyś zawału przez ciebie dostanę. – Potok wypowiedzianych z wyrzutem słów bombardował uszy Olgi. Matka zawsze tak zaczynała rozmowę; choćby Olga podniosła słuchawkę po pierwszym dzwonku, i tak usłyszałaby, że matka dzwoni i dzwoni…

– Przepraszam, mamo. Położyłam się na chwilę i chyba zasnęłam.

– Przed dziesiątą? To co ty w nocy będziesz robiła, jak teraz śpisz? Pamiętaj, żeby wypić szklankę ciepłego mleka, zanim znowu się położysz, bo inaczej jutro będziesz niewyspana.

– Dobrze, mamo, będę pamiętała. – Olga, wyrwana brutalnie z zamyślenia, wciąż jeszcze nie do końca powróciła do rzeczywistości.

– Masz jakiś dziwny głos. Źle się czujesz? Przeziębiłaś się? Zawsze ci powtarzam, że nie ubierasz się odpowiednio do pogody. Jak mieszkałyśmy razem, to jeszcze mogłam nad tym zapanować, ale teraz robisz, co chcesz. I sama widzisz, jakie są skutki. Wezwij lekarza, teraz łatwo o powikłania.

– Jestem zdrowa, mamo – Olga przerwała słowotok matki – tylko zmęczona. Pracowałam prawie do ósmej, kończyłam raport. Zadzwoń jutro, dobrze?

– Jutro, jutro, tylko tyle masz do powiedzenia matce? – Rozżalony głos po drugiej stronie sprawił, że dziewczyna zaczęła mieć wyrzuty sumienia. Jak zawsze podczas rozmowy z rodzicielką. – Ty za dużo pracujesz. Nie można tak. Zaharowujesz się, a i tak nikt tego nie docenia. Za taką pracę to już dawno powinnaś awansować albo chociaż podwyżkę dostać. Popatrz na Gabora, on sobie świetnie radzi. Tak jak on powinnaś iść śmiało do przodu, niech wreszcie inni pracują na ciebie. Kiedy porozmawiasz z szefem o podwyżce? Gabor mówił, że trzeba walczyć o swoje.

– Tak, Gabor, Gabor… – pomyślała na głos Olga.

– Pokłóciłaś się z nim? Nic nie mówił. Co ci się znowu w nim nie podoba? To wspaniały chłopak i ma czas, żeby do mnie zadzwonić. Częściej to robi niż moja własna córka. – Znowu płaczliwy ton. – Szanuj go, dziecko, bo lepszego nie znajdziesz. On mi co prawda złego słowa na ciebie nie powie, ale ja wiem, że lekko z tobą nie ma. Ty nigdy nie wiedziałaś, czego chcesz i co dla ciebie dobre. O wszystko to ja musiałam zadbać. A teraz jak ci się trafiło takie szczęście, jak ślepej kurze ziarno, to jeszcze grymasisz. Przeproś go natychmiast!

Olga przyzwyczajona była do tego, że matka w jednej sekundzie płacze, a zaraz potem twardym głosem wydaje rozkazy. Nie potrafiła pojąć, jak można tak szybko przechodzić z nastroju w nastrój, i zawsze ją to denerwowało.

– Nie pokłóciłam się z Gaborem, bądź spokojna. A teraz muszę kończyć, bo naprawdę jestem zmęczona. Chcę się położyć. Dobranoc, mamo – chłodno zakończyła rozmowę i zaraz po odłożeniu słuchawki znowu poczuła wyrzuty sumienia.

Relacje Olgi z matką ostatnio jeszcze się pogorszyły. Zwłaszcza od czasu, kiedy postanowiła wyprowadzić się z domu. Kiedy poinformowała rodzicielkę o swojej decyzji, ta zrobiła awanturę; płacz na przemian z wykrzykiwanymi wyrzutami i zakazami słychać było chyba w całej dzielnicy. Dopiero Gabor, którego matka darzyła niezwykłą sympatią, zdołał ją przekonać i Olga mogła zamieszkać w kawalerce odziedziczonej po dalekiej krewnej. Starsza z kobiet narzekała, że rodzona córka pozbawia ją części dochodu, bo dotąd wynajmowała mieszkanie studentom, ale kiedy Olga zaproponowała, że będzie jej dawać co miesiąc taką samą kwotę, matka obraziła się i szlochając, oznajmiła, że własna córka ma ją za potwora i że nie zamierza zabierać pieniędzy własnemu dziecku, i że prędzej będzie żebrać, niż weźmie od niej choćby grosz. Minął rok, a matka dotąd nie żebrała, nie wyglądało też, aby czegoś jej brakowało. Po prostu zawsze lubiła postawić na swoim, nie znosiła, kiedy ktoś sam decydował, a kiedy tym kimś była na dodatek Olga, to już w ogóle nie mieściło jej się to w głowie.

Zresztą, co tu kryć, samej Oldze trudno było to pojąć. Przyzwyczajona od dziecka do posłuszeństwa wobec matki, karmiona przypomnieniami, że winna jest matce wdzięczność za trud samotnego wychowywania, tylko dzięki wsparciu Gabora zdobyła się na pierwszy poważny bunt i pewnie gdyby nie jego interwencja, nigdy nie doprowadziłaby sprawy do końca. Zawsze ulegała. Tłumaczyła sobie, że to dla świętego spokoju, ale tak naprawdę nie czuła się na siłach, żeby walczyć z wyrzutami matki. Zwycięstwo przyszło nieoczekiwanie, a jego ceną były ciągłe telefony i konieczność wysłuchiwania mnóstwa dobrych rad, pouczeń i żalów. Oraz wyrzuty sumienia, których nie potrafiła się pozbyć.

Olga zerknęła na zegarek. Zrobiło się naprawdę późno i wiedziała, że jeżeli zaraz się nie położy, to jutro rzeczywiście nie zachwyci szefa swoim wyglądem. Wzięła prysznic i pomna obietnicy danej matce wypiła kubek ciepłego mleka. Oczywiście tamta nie mogła tego widzieć, ale wypicie mleka zmniejszyło nieco Olgowe poczucie winy. Zasnęła szybko, spała mocno, bez sennych marzeń, tak jak śpią ludzie, dla których sen jest prawdziwym odpoczynkiem od rzeczywistości.

Marianna z westchnieniem odłożyła słuchawkę. Było jak zawsze. Ta dziewczyna nigdy się nie zmieni. Prawie trzydzieści lat mordęgi na nic. A przecież każdego dnia starała się robić, co w jej mocy, żeby to dziecko wyrosło na ludzi. I nic! Żadnej wdzięczności, ani odrobiny starania, żeby nie zawieść matczynej nadziei. Zresztą niczego innego nie można było się spodziewać. Widać odziedziczyła geny po tym łajdaku, swoim, pożal się Boże, ojcu.

Marianna usiadła w ulubionym fotelu i sięgnęła w kierunku stoliczka, na którym stała szklanka z herbatą. Swoim zwyczajem nie piła wprost ze szklanki, ale nabierała płynu na łyżeczkę. Siorbała przy tym głośno, bo odkąd córka wyprowadziła się z domu, nie było już nikogo, dla kogo mogłaby być wzorem do naśladowania. No właśnie, tyle lat się starała i pilnowała na każdym kroku, żeby dziecko widziało odpowiedni wzorzec postępowania. Skoro już nie miała ojca, to matka powinna starać się za dwoje. Tak uważała Marianna.

Córka pytała o ojca raz czy dwa, ale nie mogła usłyszeć nic dobrego. Jak tu zresztą mówić dobrze o człowieku, który nie potrafi sprostać obowiązkom. Nie kazała mu przecież, żeby ją kochał. Dziecka też nie musiał, ale powinien stanąć na wysokości zadania. Spłodził, to niech wychowuje i pomaga. A ten łajdak nic. Kiedy tylko się dowiedział – zaraz zwiał. Zostawił Mariannę z brzuchem, bez pieniędzy i męskiego wsparcia.

Westchnęła ciężko i odstawiła szklankę na stolik, zamieniając ją na pilota od telewizora. Przycisnęła guzik i ekran zamigotał. Zmieniała kanały, próbując znaleźć coś, co pozwoli jej mile spędzić resztę wieczoru.

Ciekawe, czy posłucha i zacznie w końcu dbać o tego chłopaka. Gdyby wyszła za mąż, to Marianna wreszcie miałaby kłopot z głowy. Bo co tu kryć, wychowywanie dziecka to dla samotnej kobiety kłopot i nielekkie życie. Gdyby nie dziecko, to mogłaby jeszcze przynajmniej kilka lat używać życia, bawić się, a tak co? Zaraz pieluchy, przecieranie zupek i wytykanie palcami. Trzeba było zacisnąć zęby i mocować się z życiem. O pozbyciu się dziecka nie myślała, o oddaniu też, bo to przecież grzech. Trzeba dźwigać swój krzyż i tyle. Taki los jej Bóg dał, to musiała się z Jego wolą pogodzić.

Robiła, co mogła, Bóg świadkiem. I wychowywała jak najlepiej. Troszczyła się o każdy drobiazg, pilnowała na każdym kroku. I przekazywała wszystko, co sama wiedziała. Pragnęła tylko dwóch rzeczy: żeby córka nie dała się tak jak ona uwieść i nie została z brzuchem oraz żeby wyrosła na silną kobietę, która da sobie radę w życiu.

Tymczasem córka była od maleńkości zupełnie inna od Marianny i jej marzeń. Nieśmiała taka i cicha, z dziećmi nie bardzo chciała przebywać. Dużo płakała. Co ja się namęczyłam, wspominała Marianna, żeby ją tego beczenia oduczyć. Prośbą i groźbą, ale wreszcie stwardniała. Cóż z tego, kiedy nadal tylko jej w głowie niebieskie migdały były.Ciągle zamyślona, żyła w swoim świecie. Bóg mi świadkiem, że nic jej się nie udawało, zawsze chciałam być z niej dumna, ale się nie dało. Nawet nie było za co Olgi pochwalić. Jedno dobre, że się zawsze słuchała i nie wykłócała o nic, jak to inne dzieci potrafią. Mnie to nawet nie w smak było, bo dobrze, jakby charakter czasem pokazała, a tu nic. Gdzie ją poślesz, tam pójdzie. Takie cielę na niedzielę. I do tej pory tak samo. W pracy siedzi, robi, co każą, ale nie umie o swoje powalczyć. A całe życie jej powtarzam, że trzeba walczyć, bo inaczej to inni po tobie przejdą i pójdą dalej. Sama przecież wiem najlepiej, swoje przeżyłam.

Wzrok Marianny przykuł kolejny odcinek telenoweli o losach ubogiej dziewczyny, która łącząc urodę i wdzięk ze sprytem, robiła karierę u boku przystojnego i bogatego szlachcica.

Gdybym miała takie dziecko, to byłoby dobrze. Tego ją całe życie uczyłam, ale grochem o ścianę. Ja powinnam już w spokoju odpoczywać, a nie ciągle pilnować, żeby znowu czegoś nie popsuła. Za jakie grzechy mnie to spotyka, takie dziecko do niczego, ciepłe kluchy takie – pomyślała Marianna z niesmakiem i żalem.

Kilka sekund potem całym sercem kibicowała poczynaniom serialowej bohaterki, czując z nią więź dużo głębszą niż z własnym dzieckiem.

Co się stało?! Olga usiadła gwałtownie na łóżku. Nieprzytomnym wzrokiem rozejrzała się dokoła, starając się zrozumieć, gdzie jest i co właściwie się dzieje. Bez wątpienia była we własnym domu. Co to za dźwięk?! Budzik?! Alarm?! Ach, telefon… Przeczesała palcami włosy, nadal półprzytomna, jeszcze trochę w marzeniach sennych, ale jednocześnie już myśląca. No, próbująca myśleć. Tymczasem telefon nadal wygrywał dziwaczną melodyjkę, wygrywał ile sił.

Umarłego by obudził, pomyślała Olga i aż podskoczyła. Sąsiedzi jej tego nie darują. Która godzina? Fosforyzujące wskazówki odpowiedziały brutalnie – trzecia, środek nocy.

Nie musiała nawet ułamka sekundy tracić na zastanawianie się, kim może być osoba tak pragnąca kontaktu z nią o tej porze. Wiedziała, przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze: Gabi siedział przed komórką, którą zostawiła na fotelu, i warczał cichutko. Po drugie: upiorna melodyjka. Nigdy nie wiedziała, jak Gabor to robi, a jednak zawsze w jakiś sposób udawało mu się ustawić telefon tak, żeby jego numer miał przypisany podobną kakofonię dźwięków, i to najgłośniejszą, jak się dało. Dałaby głowę, że ostatnio nie miał możliwości pozostania sam na sam z jej telefonem, a jednak…

Stukanie w ścianę zmotywowało ją ostatecznie do działania. Zerwała się na równe nogi, jednym susem dopadła fotela i chwyciła aparat.

– Zwariowałeś! – krzyknęła, jednocześnie wciskając klawisz z zieloną słuchawką. – Wiesz, która jest godzina?!

– Wyluzuj, kocie. – Głos Gabora był spokojny i jedwabisty jak zawsze. – Po co te nerwy? Dzwonię, bo może wpadniesz na chwilę, świetnie się bawimy… – Ponieważ nie zareagowała, dodał kusząco: – Tęsknię za tobą, brakuje mi cię tutaj.

– Prosiłam, żebyś nie mówił do mnie: „kocie”. I jak ty to sobie wyobrażasz? Że teraz wstanę, ubiorę się i polecę się bawić? Za trzy i pół godziny muszę wstać do pracy, mam oddać ważny raport, rozmawiać z szefem, mówiłam ci przecież!

– No, przesadzasz jak zawsze. – Widziała oczami wyobraźni, jak siedzi i uśmiecha się do słuchawki. – Tyle razy ci powtarzam, żebyś rzuciła tę robotę. Znajdę ci coś lepszego, za większe pieniądze. Będziesz bliżej mnie i może trochę ci się humor poprawi. Zresztą skoro i tak niedługo musiałabyś wstać, to co to za różnica, te kilka godzin. Przyjedź, proszę…

– Nie ma mowy.

– Czuję się zaniedbywany. – W jego głosie usłyszała nutki zniecierpliwienia. Był zły, czuła to, ale na razie przyjął pozę rozkapryszonego dzieciaka. Doskonale zdawała sobie sprawę, że to tylko cienka warstwa pozorów, pod którą aż kipi. Ten człowiek nie rozumiał odmowy, ani w życiu zawodowym, ani prywatnym. Dążył do celu i nie uznawał porażki. Nie ukrywał tego, ba, był dumny ze swoich zwycięstw, szczycił się nimi i karmił. Biada temu, mówił, kto nie pozwoli mi osiągnąć tego, czego chcę. Olga zawsze czuła, że dotyczy to także jej, i chociaż Gabor nigdy wprost nie okazał niezadowolenia, kiedy odmawiała spotkania, to wiedziała, że dzieje się tak wyłącznie dlatego, iż w tym wypadku opór jest dla niego formą gry, zabawy ofiary z drapieżcą, w której z góry wiadomo, kto zwycięży.

Dziś wyjątkowo wyraźnie czuła powarkiwanie niezadowolenia, prawie słyszała je pomiędzy miłymi słówkami. W głowie miała dziwny mętlik, ale nie tak wielki, żeby stracić instynkt samozachowawczy. Nie miała ochoty na żadne konfrontacje. Nie teraz.

Przez kilka sekund, podczas których zastanawiała się, co odpowiedzieć Gaborowi, spojrzała w lustro. Pokój spowijał mrok, w szklanej tafli zobaczyła swoją twarz oświetloną jedynie światłem ulicznej latarni, które z trudem przebijało się przez zasłony. Twarz, którą zobaczyła, wydała jej się zupełnie obca, nierealna, nie jej. Nienaturalnie blada, z oczami jakby zapadniętymi w głąb oczodołów, z wąskim paskiem warg wygiętym w jakimś strasznym cierpieniu. To przecież nie ja, pomyślała przerażona. To ktoś inny, w innym pokoju, w innym świecie.

– Jesteś tam? – Zniecierpliwiony głos Gabora dotarł do ucha Olgi, która zamrugała szybko. Wszystko wróciło do normy, pokój znowu miał dawne proporcje, a ona była po prostu kobietą wyrwaną ze snu w środku nocy.

– Jestem – odpowiedziała. – I mam wielką ochotę być teraz z tobą, ale naprawdę nie dam rady. Nie mam tyle sił co ty, mój niepokonany bohaterze – szepnęła do słuchawki tonem panienki z sekstelefonu. Zazwyczaj działało, dziś nie przyniosło oczekiwanych rezultatów.

– Sądziłem, że dasz się skusić. – Głos Gabora był lodowaty. – Nie wiesz, co tracisz, ale twoja sprawa. Zadzwoń w tygodniu, jak będziesz chciała gdzieś wyskoczyć.

– Zadzwonię. – Marzyła o powrocie do łóżka i naprawdę nie miała ochoty przedłużać rozmowy.

– Znam wiele miejsc, które na pewno ci się spodobają – zakończył Gabor nieoczekiwanie zmysłowo. – I pomyśl o mnie, zanim zaśniesz.

O ile teraz w ogóle uda mi się zasnąć, pomyślała Olga. Odrzucając do tyłu niesforny kosmyk włosów, poczłapała do kuchni. Wyjęła z szafki tabletki, które w podobnych sytuacjach pomagały jej znaleźć się w objęciach Morfeusza, wysypała na rękę dwie i połknęła. Popiła wodą prosto z dzbanka, nie miała już sił na ceregiele ze szklanką.

Wróciła do pokoju. Gabi siedział przed drzwiami balkonowymi i merdał ogonem.

– A cóż ty tam widzisz, psie, o tej porze? – zapytała zwierzę i zaciekawiona podeszła do okna. Natychmiast z przerażeniem odskoczyła. Na ławce obok trzepaka ktoś siedział i patrzył w górę. W jej okno?! Dlaczego?! Kto?!

To niemożliwe, przywołała się do porządku. Zerknęła raz jeszcze, zza zasłony. Na ławce nie było nikogo.

W nocy widzi się rzeczy, których nie ma, uspokajała samą siebie, ale dla pewności sprawdziła, czy dobrze zamknęła drzwi. Na szczęście tabletki zrobiły swoje i zasnęła, gdy tylko przyłożyła głowę do poduszki.

Zasnęła tak skutecznie, że nie usłyszała budzika, i gdyby nie pies, z pewnością zaspałaby jeszcze bardziej. Od razu wiedziała, że musi zrezygnować ze śniadania. Poranną toaletę i makijaż wykonała błyskawicznie, żeby nadrobić stracone minuty. Za nic nie chciała się wyrzec kawy i papierosa. Tych pięć do siedmiu minut każdego poranka było jej niezbędne, żeby móc stanąć twarzą w twarz z rzeczywistością. Prędzej wyszłaby z domu nieumalowana, głodna, ubrana byle jak. Nalała więc kawy do kubka i postawiła na kuchennym stole. Zanim usiadła, podeszła jeszcze do parapetu, skąd zabrała figurkę aniołka. Schowała ją do szuflady, a na jej miejsce postawiła inną… figurkę aniołka. To był jej kalendarz. Inny aniołek na każdy dzień tygodnia. Tylko po nich czasami poznawała, że jest sobota lub niedziela i nie musi iść do pracy. Były niezwykle pomocne, pomagały jej odnaleźć się wśród jednakowych poranków.

A więc mamy wtorek, pomyślała, patrząc w stronę parapetu. Tak samo beznadziejny jak poniedziałek i środa.

Przypaliła papierosa i zaciągnęła się dymem. Gabi zaszczekał krótko i przenikliwie. Zawsze tak szczekał, kiedy paliła. Jakby tego nie lubił, jakby ostrzegał.

– Cicho, pies nie będzie mnie pouczał – uciszyła go, starając się nadać głosowi gniewny ton. Ale w głębi duszy cieszyła się tą psią troską. Nawet jeżeli po prostu nie lubił zapachu dymu, to przyjemnie było wierzyć, że zwierzę przejmuje się nią. Bezinteresownie. A dotąd nie zdarzało się jej, żeby ktoś interesował się nią właśnie tak, bez powodu, nie oczekując niczego w zamian. No, może Gabor, chociaż nie miała pewności. Co prawda nie widziała w sobie niczego, na czym mogłoby zależeć temu, który wszystko ma lub bez trudu mieć może, więc wyglądało na to, że niczego od niej nie chce, ale… pewna nie była. Szczególnie ostatnio. A może jestem przewrażliwiona? Może przesadzam? W końcu ciągle mnie gdzieś zabiera, zapewnia mnóstwo atrakcji, nie zwraca uwagi na koszty, czego jeszcze chcieć?

Zdusiła niedopałek w popielniczce, na której kiedyś, gdy próbowała rzucić palenie, napisała lakierem do paznokci „palenie bardzo szkodzi”. Popielniczka była jednym z niewielu przedmiotów w jej domu, na których nie było wizerunku anioła. Wydało jej się to niestosowne, nie umiałaby gasić papierosa aniołkowi na głowie.

Gabi już czekał przy drzwiach. Dobrze wiedział, że zaraz wyjdą. Dawniej, szczególnie zimą, próbowała namówić go do pozostania w mieszkaniu, ale za nic nie chciał. Drżała, wyobrażając sobie, jak marznie, wolałaby, żeby czekał na nią na kanapie, ale nie było na niego sposobu. Wychodzili razem, a kiedy wracała z pracy, zawsze spotykała go po drodze.

Poklepała psa po grzbiecie i podrapała za uchem. Pomachał radośnie ogonem. Mam jeszcze chwilę, więc może drugi papierosek? – zapytała w myślach samą siebie. I kawkę bym dopiła…

Gabi opuścił stanowisko przy drzwiach i wrócił na swoje posłanie. Wciąż miała wrażenie, że to zwierzę zna jej myśli, wie, co zrobi za chwilę. Oswajała się z tym uczuciem dosyć długo, bo Gabi był dziwnym psem.

Po raz pierwszy spotkała go jesienią. Wracała z jakiejś imprezy, mocno zakrapianej. Nieco chwiejnym krokiem weszła po schodach. Przed drzwiami zaczęła szukać kluczy w torebce. Nie mogła znaleźć…

…w głowie czuła lekkie wirowanie. No, może więcej niż lekkie. Nie takie, jakie lubiła, takie, które daje miłe uczucie pewności siebie, zadowolenia i dobrej zabawy, ale takie, które świadczy o przekroczeniu subtelnej granicy. Do tego zaczynało jej się robić duszno, szalik uciskał szyję, a kurtka zdawała się ważyć tonę. A kluczy nie było. Musiała je zgubić w klubie, może wypadły w toalecie, kiedy wyjmowała puderniczkę, żeby poprawić makijaż. Co teraz? Zapasowy komplet był w mieszkaniu, bo nie chciała dawać go matce w obawie przed niezapowiedzianymi wizytami, a gdyby dała je Gaborowi, mógłby to odczytać jako zachętę do zacieśnienia ich związku – na to zaś nie miała ochoty. Taki gest to jak oddanie komuś prawa do swojego całego życia, wyrzeczenie się prywatności. Nie była na to gotowa, a zresztą nie wiedziała nawet, jak mógłby zareagować Gabor. Przez te wszystkie obawy i wątpliwości stała teraz przed własnymi drzwiami i nie mogła dostać się do łóżka, łazienki i wody mineralnej.

Oparła głowę o olejną lamperię. Emalia była chłodna i ten chłód pozwolił Oldze przez chwilę pomyśleć logicznie. Dobrze, że jakiś zapominalski sąsiad nie zamknął drzwi na klatkę schodową. W przeciwnym razie stałaby teraz na zewnątrz i byłaby doskonałym celem zaczepek wyrostków włóczących się nocą po osiedlu. Szkoda, że nie chciałam, żeby Gabor odprowadził mnie na górę, pożałowała decyzji sprzed kilku minut. Teraz po prostu moglibyśmy pojechać do niego, a rano wezwać ślusarza. Wezwę taksówkę i sama pojadę, będzie miał niespodziankę.

W tym momencie zdała sobie sprawę, że nie wie, jaki adres podać taksówkarzowi. Nie miała pojęcia, gdzie mieszka jej chłopak! Znali się przecież już długo, a jednak nie wiedziała…

Może mówił, tylko nie mogła sobie przypomnieć? Doprawdy, ten ból głowy nie pozwalał rozsądnie myśleć.

Po raz kolejny włożyła rękę do torebki i wśród wielu drobiazgów odnalazła znajomy kształt telefonu. Wyciągnęła go, zdecydowana zadzwonić do Gabora, żeby jak najszybciej przyjechał i zabrał ją do siebie. Rozluźniła szalik, rozpięła kurtkę i usiadła na podłodze, opierając się plecami o ścianę. Spojrzała na ekran telefonu i zobaczyła, że z rozmowy nici. Komórka się rozładowała, jak zawsze, kiedy naprawdę jej potrzebowała.

Niech to szlag! Ze złością cisnęła aparat do torebki. Co teraz?

Alkohol powoli przestawał działać, ból głowy przybierał na sile. Zgasło światło na klatce schodowej, a ona była zbyt słaba, żeby wstać i nacisnąć guzik. Zaczynały jej marznąć nogi, bo buty włożyła odpowiednie do okazji, tylko że tą okazja miała być impreza w klubie, a nie nocleg na schodach. Zdjęła buty i owinęła stopy szalikiem. Tak lepiej, cieplej. Może uda się jakoś przetrwać do rana, kiedy będzie mogła zapukać do sąsiadki i poprosić o pomoc.

Żeby jeszcze głowa przestała boleć i ktoś poratował łykiem wody… Olga zapadła w dziwny sen nie sen, w którym kontury schodów i poręczy przeplatały się ze wspomnieniem świateł klubu i dotykiem ręki Gabora. Tak, Gabor zawsze miał zimne ręce, teraz też to czuła.

W jednej sekundzie zerwała się przerażona na równe nogi. Zapomniała, że stopy ma owinięte szalikiem, upadła na kolana, zerwała szalik i po raz kolejny poderwała się, rzucając nieomal na włącznik światła. To nie był sen, coś zimnego dotykało jej ręki. Na pewno szczur!

Błysnęło światło i Olga odważyła się spojrzeć na miejsce, w którym przed chwilą siedziała. Wybuch nerwowego śmiechu przyszedł razem z histerycznym szlochem. Chichotała, jednocześnie ocierając łzy. Na stopniu siedział mały pies. Kudłaty i niemiłosiernie brudny, ale z pewnością pies. Spod zbyt długiej sierści nie było widać oczu i tylko po kawałku różowego języczka z jednej strony i merdającym ogonku z drugiej mogła się zorientować, gdzie to stworzenie ma przód, a gdzie tył.

– Ale mnie przestraszyłeś – szepnęła do psa. – Nic dla ciebie nie mam, sama muszę tu jakoś przetrwać, więc lepiej idź sobie poszukać towarzystwa gdzie indziej.

Pies zamerdał ogonem i zbiegł na dół. Olga popatrzyła na swoje bose stopy, podarte rajstopy, wyobraziła sobie rozmazany makijaż i potargane włosy. Doszła do wniosku, że musi wyglądać strasznie. Na dodatek było jej niedobrze; z głodu, pragnienia i bólu głowy. Czekała przez chwilę, czy nie usłyszy ruchu za drzwiami sąsiadki. Czujna staruszka zawsze wszystko widziała i słyszała, więc hałas w środku nocy powinien ją zainteresować. Niestety, żaden dźwięk nie przerwał ciszy. Olga nie mogła wiedzieć, że pani Stanisława czterokrotnie tego wieczoru żądała interwencji policji, skarżąc się na głośne zachowanie młodzieży na podwórku. Wreszcie, zniechęcona brakiem satysfakcjonującej ją reakcji, włożyła stopery do uszu i spała spokojnie przykryta puchową pierzyną.

Dziewczyna postanowiła iść w ślady psa i wyjść na zewnątrz. Liczyła, że świeże nocne powietrze pomoże opanować nudności. Włożywszy buciki, powoli, starając się nie robić więcej hałasu, zeszła na parter i przecisnęła się przez drzwi, ledwo je uchylając, bo skrzypiały niemiłosiernie.

Stanęła przy kolumience podtrzymującej daszek nad drzwiami na klatkę. Omiotła wzrokiem podwórko. Było puste. Wiatr szarpał koronami drzew, zrywając z nich ostatnie liście. Gołe gałęzie schylały się w jej stronę, jakby drzewa chciały ją pochwycić. Wzdrygnęła się, a po kręgosłupie przeszedł jej nieprzyjemny dreszcz. Latarnia oświetlająca skwerek przed blokiem migotała resztkami sił, po chwili zgasła zupełnie. Z oddali dobiegł dźwięk policyjnej syreny. Gdzieś niedaleko trzasnęło okno, brzęk stłuczonej szyby zabrzmiał jak grzmot, a w ślad za nim rozległo się przekleństwo.

Poczuła strach. Lepiej chyba wrócić na schody; tutaj, na zewnątrz, narażona była na spotkanie z czymś groźnym. Ciemność mogła kryć wszystko i każdego.

Krótki szczek sprawił, że spojrzała niżej, zauważając w mroku znajome zwierzę. Pies siedział na krawężniku i merdał zachęcająco ogonem. Jego obecność ucieszyła Olgę, poczuła się pewniej.

– Chodź tu – powiedziała. – Miły jesteś, wiesz? Może nawet cię pogłaszczę. Mam nadzieję, że nie masz pcheł, co?

Pies nadal merdał ogonem, ale się nie ruszył. Olga wzruszyła ramionami i odwróciła się, żeby wrócić pod swoje drzwi. Zatrzymało ją piszczenie. Ciche, ale zdecydowanie proszące.

– Czego chcesz? Albo chodź tu, albo daj mi spokój, psie. Nie mam ochoty na droczenie się z tobą. Najlepiej idź do domu. Wystarczy, że ja nie mogę.

Pies nie przestawał merdać ogonem i nadal popiskiwał cieniutko. Olga westchnęła zrezygnowana, wzruszyła ramionami i podeszła do zwierzęcia.

– Niech ci będzie. W końcu nie mam nic lepszego do roboty, tych parę kroków niczego nie zmieni.

Myliła się, i to bardzo. Kiedy przykucnęła, żeby pogłaskać psiaka, zobaczyła, że obok niego w trawie leżą… jej klucze. W ciemnościach połyskiwał metalowy breloczek, w kształcie aniołka, rzecz jasna. Bez namysłu chwyciła zgubę.

– Dzięki, psie! – Szybko skierowała się w stronę budynku. Prysznic, mineralna i ciepła pościel nagle stały się na powrót realne. Przed drzwiami o czymś sobie przypomniała, odwróciła się i zobaczyła, że pies biegnie szybko w głąb ulicy.

– Hej! – krzyknęła – Poczekaj, psie! Należy ci się znaleźne!

Zwierzak przystanął, obejrzał się, szczeknął wesoło i pobiegł sobie tylko znanymi ścieżkami. W sąsiednim bloku ktoś otworzył okno i zaspany głos krzyknął w stronę Olgi:

– Może byś się tak nie darła, bo ludzie chcą spać! Środek nocy jest, ty lafiryndo!

Olga machnęła ręką na nieznanego sąsiada i stukając obcasami, wbiegła na piętro. Otworzyła drzwi i z ulgą przekroczyła próg.

Wiatr ustał, latarnia rozbłysła na nowo, a kiedy Olga następnego dnia wyspana i odświeżona wychodziła do sklepu, na wycieraczce przed drzwiami zastała kudłatego pieska merdającego ogonkiem na powitanie. W dziennym świetle okazał się jeszcze brudniejszy i bardziej kudłaty. Olga nie bardzo wiedziała, co z tym fantem zrobić. A fant wysunął koniec różowego języczka i nadal machał ogonem.

– A więc wróciłeś? I co ja