Wydawca: Wydawnictwo IPS Kategoria: Poradniki Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 294 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Alkoholik - instrukcja obsługi - Jolanta Reisch-Klose, Ewelina Głowacz

"Życie z alkoholikiem boli – ta książka ma sprawić, by bolało mniej. Nie jest grzechem kochać alkoholika – grzechem jest kochać go głupio i podtrzymywać jego uzależnienie. Alkoholik to książka dla współuzależnionych kobiet. Daje przykłady rozwiązań, pokazuje jak wybrnąć z trudnych sytuacji, ale w żadnym przypadku nie mówi, że będzie łatwo. Łatwo nie będzie, ale może być spokojniej. Jest to książka dla każdego, kto w mniejszym lub większym stopniu spotkał się z problemem uzależnienia. A takich ludzi jest w Polsce blisko 10 mln. Wielu z nas ma kogoś takiego w rodzinie lub wśród znajomych. A co najważniejsze, jest to też książka o związkach, które potrzebują pomocy - bo tam gdzie jest alkohol pojawiają się problemy. Ta książka jest też dla osób samotnie, latami borykających się z problemem uzależnienia u swoich bliskich. By zobaczyły, że nie są same. Że inne/inni mają podobnie. Żeby też zrozumiały, że nikt z nas nie jest na tyle mądry, żeby pokonać alkoholizm. Ani swój, ani tym bardziej kogoś innego.(…) To tak, jakby ktoś chciał sam, bez pomocy fachowców, wyleczyć sobie zapalenie płuc czy samodzielnie przeprowadzić operację na otwartym sercu. Tego się po prostu nie da zrobić. Trzeba wiedzieć jak. Trzeba być uzbrojonym w wiedzę. Ta książka nie zastępuje terapii. Ma ona zachęcać do podjęcia terapii.(…) Spróbować zobaczyć, że może być inaczej. Że twoja miłość nie musi być cierpieniem. Możesz dalej kochać alkoholika i to nie musi tak boleć." (fragment)

Ewelina Głowacz (1974 – 2012) psychoterapeutka systemowa, certyfikowana specjalistka terapii uzależnień. Absolwentka (tytuł magistra) Uniwersytetu Śląskiego (Wydział Pedagogiki i Psychologii). Ukończyła ponadto: Studiom Pomocy Psychologicznej oraz studium Terapii Uzależnień w Instytucie Psychologii Zdrowia w Warszawie, kurs zastosowania ustawień systemowych w psychoterapii indywidualnej i grupowej akredytowany przez Polskie Towarzystwo Ustawień Systemowych oraz Międzynarodowy Kurs Mistrzowski Ustawień Systemowych prowadzony przez Berta Hellingera. W psychoterapii od 1995 r, najpierw jako terapeuta uzależnień a od 2003 r. jako terapeuta psychoterapii systemowej i indywidualnej. Prowadziła w Bielsku-Białej, w Żorach i w Rybniku prywatny gabinet psychoterapii indywidualnej i małżeńskiej.

Jolanta Reisch-Klose, dziennikarka prasowa i radiowa, laureatka ogólnopolskich nagród branżowych, autorka opowiadań dla dzieci. Długoletnia redaktorka Polskiego Radia Opole. Publikowała także w prasie ogólnopolskiej (Polska The Times), lokalnej (Nowa Trybuna Opolska) oraz w polskojęzycznej prasie w Wielkiej Brytanii (Polish Express, Goniec Polski, Link – Polska). Absolwentka dziennikarstwa na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Aktualnie kontynuuje edukację na studiach podyplomowych (Studium Literacko Artystyczne, tzw. Szkoła Pisarzy) na Uniwersytecie Jagiellońskim. Redaktor naczelna Magazynu Przedsiębiorcy Śląsk Cieszyński i Podbeskidzie. Inicjatorka bielskich Biznesowych Spotkań Śniadaniowych. Działaczka organizacji pozarządowych (Fundacja Lunita, Stowarzyszanie Wolna Szkoła Waldorfska ).

Opinie o ebooku Alkoholik - instrukcja obsługi - Jolanta Reisch-Klose, Ewelina Głowacz

Fragment ebooka Alkoholik - instrukcja obsługi - Jolanta Reisch-Klose, Ewelina Głowacz

Re­dak­cja

Ro­bert Wik­to­ro­wicz

Ko­rek­ta

Piotr Kró­lak

Do­ro­ta Ring

Pro­jekt okład­ki

Ma­riusz Ba­na­cho­wicz

Skład

Agniesz­ka Czu­liń­ska-Wen­do­łow­ska

Co­py­ri­ght © by Jo­lan­ta Re­isch-Klo­se, Ewe­li­na Gło­wacz, 2012

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two IPS, 2013

Wy­da­nie pierw­sze

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

ISBN: 978-83-62329-96-0

Wy­daw­nic­two IPS, War­sza­wa 2013

e-mail:wy­daw­nic­two­ips@gma­il.com

Ofi­cjal­ny sklep in­ter­ne­to­wy

www.te­tra­Eri­ca.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Ewe­li­nie,

któ­ra tę książ­kę dłu­go no­si­ła w so­bie.

Zamiast wstępuDla kogo jest ta książka?

Książ­ka jest dla każ­de­go, kto ze­tknął się z pro­ble­mem uza­leż­nie­nia w swo­im oto­cze­niu. W Pol­sce kil­ka mi­lio­nów osób, czę­ściej, np. co­dzien­nie w domu, czy rza­dziej, w pra­cy, w swo­im śro­do­wi­sku, sty­ka się z pro­ble­mem al­ko­ho­li­zmu. Przy­znaj­cie, każ­dy z nas ma ko­goś ta­kie­go albo w ro­dzi­nie: męża, żonę, tatę, mamę, bra­ta, szwa­gra… albo wśród zna­jo­mych: przy­ja­cie­la, ko­le­gę, są­sia­da, współ­pra­cow­ni­ka…

Pań­stwo­wa Agen­cja Roz­wią­zy­wa­nia Pro­ble­mów Al­ko­ho­lo­wych w za­le­ce­niach do Pro­gra­mu Roz­wią­zy­wa­nia Pro­ble­mów Al­ko­ho­lo­wych na lata 2010-2013 pod­kre­śla, że spo­ro pie­nię­dzy i po­mo­cy prze­zna­cza na po­moc dla osób uza­leż­nio­nych. Do­stęp­ność te­ra­pii oraz licz­ba cho­rych, któ­rzy się le­czą, jest co­raz więk­sza. Rze­czy­wi­ście, w Pol­sce co­raz le­piej funk­cjo­nu­je lecz­nic­two od­wy­ko­we oraz po­moc w śro­do­wi­sku lo­kal­nym na po­zio­mie gmi­ny. W każ­dym mie­ście dzia­ła co naj­mniej jed­na po­rad­nia le­cze­nia uza­leż­nień. W wie­lu mia­stach po­wsta­ją od­dzia­ły dzien­ne le­cze­nia uza­leż­nie­nia od al­ko­ho­lu. Czy­li nie trze­ba je­chać i spę­dzać kil­ku ty­go­dni w ośrod­ku sta­cjo­nar­nym, tyl­ko moż­na co­dzien­nie z domu przez dwa mie­sią­ce przy­cho­dzić na te­ra­pię. A ofer­ta po­mo­cy dla człon­ków ro­dzin nie jest zbyt bo­ga­ta.

Pa­cjen­tów uza­leż­nio­nych przy­by­wa, zmniej­sza się na­to­miast licz­ba współ­uza­leż­nio­nych bio­rą­cych udział w te­ra­pii: żon, człon­ków ro­dzin, DDA. Jest ich zbyt mało. W prze­szło­ści zda­rza­ło się, że w po­rad­ni od­wy­ko­wej dzia­ła­ły trzy gru­py al­ko­ho­lo­we i trzy gru­py dla współ­uza­leż­nio­nych. Nie wia­do­mo, dla­cze­go ostat­ni­mi cza­sy to się zmie­ni­ło. Te­raz bywa tak, że da­lej są trzy gru­py al­ko­ho­lo­we i tyl­ko jed­na dla współ­uza­leż­nio­nych, i na do­kład­kę nie­zbyt licz­na.

Zwią­zek z oso­bą uza­leż­nio­ną to trans­ak­cja wią­za­na – bio­rę ją/jego i jego pi­cie w pa­kie­cie. Ta książ­ka jest przede wszyst­kim dla tych, któ­rzy są bli­sko zwią­za­ni z uza­leż­nio­ny­mi. W ja­ki­kol­wiek spo­sób bli­sko zwią­za­ni: czy to jest przy­ja­ciel, mąż, żona – kto­kol­wiek. Dla tych, któ­rzy ko­cha­ją al­ko­ho­li­ków, dla któ­rych pi­ją­cy jest kimś bli­skim. Ko­cha­ją i chcą im po­móc. Gdy ko­cha się al­ko­ho­li­ka, jest się z nim bli­sko – taki ro­dzaj re­la­cji boli. Jest to mi­łość, któ­ra bywa cier­pie­niem.

Ko­chać al­ko­ho­li­ka to trud­na mi­łość. Może się wy­da­wać, że im bar­dziej się ko­cha, tym bar­dziej boli. Cza­sa­mi im bar­dziej oso­ba współ­uza­leż­nio­na sta­ra się, tym bar­dziej nie wy­cho­dzi. Wte­dy my­śli so­bie: im bar­dziej je­stem dla nie­go miła, im wię­cej mu po­ma­gam, wię­cej mu daję, tym on mnie go­rzej trak­tu­je i tym bar­dziej cier­pię. Ta książ­ka jest dla tych, któ­rzy na co dzień prze­ży­wa­ją tę trud­ną mi­łość.

Gdy się jest z pi­ją­cym, trze­ba czym prę­dzej przejść od mi­ło­ści cie­płej i wy­ba­cza­ją­cej do mi­ło­ści twar­dej. Trze­ba po­wie­dzieć: nie prze­sta­ję cię ko­chać, ale za­czy­nam ci tę mi­łość in­a­czej oka­zy­wać. Nie zga­dzam się na to, co mnie z po­wo­du two­je­go pi­cia spo­ty­ka. I też w tej mi­ło­ści za­czy­nam bro­nić sie­bie. W skró­cie: cie­bie ko­cham, ale two­je­go pi­cia nie, wo­bec two­je­go pi­cia będę twar­da. I po­przeć te sło­wa czy­na­mi.

Ta książ­ka jest też dla osób sa­mot­nie, la­ta­mi bo­ry­ka­ją­cych się z pro­ble­mem uza­leż­nie­nia u swo­ich bli­skich. By zo­ba­czy­ły, że nie są same. Że inne/inni mają po­dob­nie. Żeby też zro­zu­mia­ły, że nikt z nas nie jest na tyle mą­dry, żeby po­ko­nać al­ko­ho­lizm. Ani swój, ani tym bar­dziej ko­goś in­ne­go. Je­że­li ktoś nie kon­tro­lu­je swo­je­go pi­cia – nie jest w sta­nie za­pa­no­wać nad swo­imi za­cho­wa­nia­mi zwią­za­ny­mi z pi­ciem, nie kon­tro­lu­je oko­licz­no­ści, a cza­sem miej­sca zwią­za­ne­go z pi­ciem i robi wie­le rze­czy, któ­re są de­struk­cyj­ne – to tym bar­dziej nie jest w sta­nie kon­tro­lo­wać tego ko­goś, kto stoi obok. Je­że­li sam pi­ją­cy nad tym nie pa­nu­je, to nie za­pa­nu­je nad tym rów­nież oso­ba współ­uza­leż­nio­na. Nie za­pa­nu­je ani nad nim, ani nad jego pi­ciem. Tego się nie da zro­bić. To tak, jak­by ktoś chciał sam, bez po­mo­cy fa­chow­ców, wy­le­czyć so­bie za­pa­le­nie płuc czy sa­mo­dziel­nie prze­pro­wa­dzić ope­ra­cję na otwar­tym ser­cu. Tego się po pro­stu nie da zro­bić. Trze­ba wie­dzieć jak. Trze­ba być uzbro­jo­nym w wie­dzę.

Ta książ­ka nie za­stę­pu­je te­ra­pii. Ma ona za­chę­cać do pod­ję­cia te­ra­pii. Na­wet je­śli nie ca­ło­ścio­wej, to war­to cho­ciaż­by kil­ka razy skon­sul­to­wać się z te­ra­peu­tą. Spró­bo­wać zo­ba­czyć, że może być in­a­czej. Że two­ja mi­łość nie musi być cier­pie­niem. Mo­żesz da­lej ko­chać al­ko­ho­li­ka i to nie musi tak bo­leć.

Tę książ­kę war­to mieć pod ręką rów­nież po to, by bio­rąc udział w te­ra­pii, za­glą­dać do niej w jej trak­cie lub po za­koń­cze­niu. Gdy rze­czy­wi­stość znów za­cznie zgrzy­tać, gdy za­cho­wa­nie męża/part­ne­ra prze­sta­nie być ak­cep­to­wal­ne, war­to tę książ­kę otwo­rzyć, żeby so­bie pew­ne rze­czy przy­po­mnieć. To jest też książ­ka dla tych, któ­rzy już coś wie­dzą, są po te­ra­pii, żeby so­bie pew­ne za­cho­wa­nia mo­gli utrwa­lić.

Al­ko­ho­lizm jest sta­ry jak ludz­kość. Po­twier­dza­ją to opi­sy hi­sto­rycz­ne, z Egip­tu sprzed ty­się­cy lat przed na­ro­dze­niem Chry­stu­sa. Już wte­dy pro­du­ko­wa­no tam, po­pu­lar­ne do dzi­siaj, piwo psze­nicz­ne. A je­den z fa­ra­onów ska­zał na śmierć swo­je­go astro­lo­ga za to, że się upił i źle prze­wi­dział wy­lew Nilu. Wład­ca ka­zał go za to ściąć. Czy­li, na ów­cze­sne cza­sy, al­ko­ho­lik po­niósł kon­se­kwen­cje swo­je­go pi­cia.

Moc­ny al­ko­hol po­ja­wił się do­pie­ro w śre­dnio­wie­czu, gdy Ara­bo­wie wy­my­śli­li de­sty­la­cję. Na­tu­ral­na de­sty­la­cja, do 14%, jest wy­star­cza­ją­ca, żeby pro­du­ko­wać wino. I nie trze­ba było wód­ki, żeby pi­ją­cy byli uza­leż­nie­ni. Przy czym tak na­praw­dę do dzi­siaj nie wia­do­mo, dla­cze­go jed­ni uza­leż­nia­ją się od al­ko­ho­lu, a jed­ni nie.

Po­trze­ba osza­ła­mia­nia się ist­nie­je w lu­dziach od za­wsze. A al­ko­hol osza­ła­mia, po­pra­wia na­strój. W tej kwe­stii od cza­sów bi­blij­nych nie­wie­le się zmie­ni­ło. Je­den z pięk­nych opi­sów sta­nu upo­je­nia moż­na zna­leźć wła­śnie w Bi­blii, a mówi on: Zda­jesz się jed­no­cze­śnie prze­by­wać w głę­bi­nach i na szczy­cie masz­tu. Lu­dzie uwiel­bia­ją ten stan!

Nie­mal od za­wsze lu­dzie zma­ga­li się z al­ko­ho­lem. Za­wsze były ko­bie­ty ko­cha­ją­ce al­ko­ho­li­ków. Za­wsze były ko­bie­ty pra­gną­ce od­cią­gnąć al­ko­ho­li­ka od al­ko­ho­lu, bar­dziej za­in­te­re­so­wać ro­dzi­ną, spra­wić, żeby prze­stał pić. I lu­dzie za­wsze znaj­do­wa­li na to ja­kieś spo­so­by, bar­dziej lub mniej sku­tecz­ne. Do ści­na­nia gło­wy włącz­nie.

Spo­so­by wy­my­śla­ne la­ta­mi przez ko­bie­ty po­ku­tu­ją do dziś, bo ko­bie­ty wciąż po­słu­gu­ją się tymi tra­dy­cyj­ny­mi me­to­da­mi. No a ja­kie są tra­dy­cyj­ne me­to­dy „na al­ko­ho­li­ka”? Na przy­kład dziec­ko, żeby się męż­czy­zna bar­dziej przy­wią­zał i nie cho­dził do knaj­py. Inne? Pro­szę bar­dzo – pić z nim, za­bie­rać al­ko­hol, prze­szu­ki­wać kie­sze­nie, żeby nie miał za dużo na pi­cie. Kon­tro­lo­wać! To jest pierw­szy spo­sób, któ­ry przy­cho­dzi i za­wsze przy­cho­dził ko­bie­tom do gło­wy. Jak part­ner pije, trze­ba go trosz­kę przy­trzy­mać. Trze­ba trosz­kę za nim po­dą­żyć, trze­ba moc­niej go kon­tro­lo­wać. Przy­kła­dy mamy w li­te­ra­tu­rze, np. w Chło­pach. Ko­bie­ty za­wsze cho­dzi­ły po męż­czyzn do knaj­py, za­wsze ich pi­ja­nych z szyn­ku wy­cią­ga­ły. Cza­sem same, cza­sem z dzieć­mi na ręce lub u boku.

Oso­by, któ­rym przy­szło żyć z uza­leż­nio­nym, nie mają ła­two. I za­wsze będą mia­ły tro­chę trud­niej niż ro­dzi­ny, w któ­rych nie ma pro­ble­mu al­ko­ho­li­zmu. Ale one też mogą mieć swo­ją nor­mal­ność. Tyl­ko mu­szą się tro­chę po­sta­rać, mu­szą wło­żyć w to wię­cej pra­cy. Pra­cy nad sobą i nad swo­im związ­kiem – i ta książ­ka może być w tym po­moc­na.

„Ta książ­ka zmie­ni two­je ży­cie” – gdy ktoś tak pi­sze, pi­sze nie­praw­dę. Jesz­cze żad­na książ­ka nie zmie­ni­ła czło­wie­ko­wi ży­cia. Tyl­ko on sam może to zro­bić. To, co zmie­nia na­sze ży­cie, to dzia­ła­nie. Moż­na zmie­nić swo­je ży­cie pod wpły­wem in­nej oso­by, smut­nych lub ra­do­snych oko­licz­no­ści, do­świad­czeń. Moż­na też za­pra­gnąć je zmie­nić pod wpły­wem lek­tu­ry. Mamy wiel­ką na­dzie­ję, że ta książ­ka po­mo­że za­chę­cić ko­bie­ty do dzia­ła­nia. Dzia­ła­nie spra­wi, że zwią­zek z al­ko­ho­li­kiem nie bę­dzie tak moc­no bo­leć, a rze­czy­wi­stość nie bę­dzie tak da­le­ko od­bie­gać od ma­rzeń. Spra­wi, że bę­dzie bar­dziej nor­mal­nie.

W maju 2007 roku w ty­go­dni­ku „Po­li­ty­ka” (19/2007) opu­bli­ko­wa­no ra­port o ko­bie­tach współ­uza­leż­nio­nych, na­zy­wa­jąc ich spo­sób funk­cjo­no­wa­nia „cho­ro­bą do­brych żon”. Jed­nak w kry­te­riach me­dycz­nych taka cho­ro­ba jak „współ­uza­leż­nie­nie” nie ist­nie­je. Me­dycz­nie roz­po­zna­je się naj­czę­ściej za­bu­rze­nia ad­ap­ta­cyj­ne, prze­wle­kłą re­ak­cję na stres czy ze­spół stre­su po­ura­zo­we­go. W prak­ty­ce te­ra­peu­tycz­nej uży­wa się de­fi­ni­cji współ­uza­leż­nie­nia au­tor­stwa Zo­fii So­bo­lew­skiej, któ­ra po­da­je, że współ­uza­leż­nie­nie to utrwa­lo­na for­ma uczest­nic­twa w dłu­go­trwa­łej i trud­nej lub nisz­czą­cej sy­tu­acji ży­cio­wej ogra­ni­cza­ją­cej w spo­sób istot­ny swo­bo­dę wy­bo­ru po­stę­po­wa­nia, pro­wa­dzą­ca do po­gor­sze­nia wła­sne­go sta­nu i utrud­nia­ją­cą zmia­nę wła­sne­go po­ło­że­nia na lep­sze” (Z. So­bo­lew­ska, J. Mel­li­bru­da, Kon­cep­cja i te­ra­pia współ­uza­leż­nie­nia, „Al­ko­ho­lizm i Nar­ko­ma­nia” 3/97).

De­fi­ni­cja ta brzmi bar­dzo su­cho. Pro­ściej moż­na po­wie­dzieć, że współ­uza­leż­nie­nie to ro­dzaj nie­pra­wi­dło­we­go, nie­słu­żą­ce­go da­nej oso­bie przy­sto­so­wa­nia się do trud­nej, pro­ble­mo­wej sy­tu­acji nad­uży­wa­nia przez part­ne­ra/part­ner­kę al­ko­ho­lu. Nie­pra­wi­dło­we­go, po­nie­waż pra­wi­dło­we przy­sto­so­wa­nie spo­wo­do­wa­ło­by, po roz­po­zna­niu pro­ble­mu i oce­nie moż­li­wo­ści jego roz­wią­za­nia, szyb­kie wyj­ście z ta­kiej sy­tu­acji. Co waż­ne, współ­uza­leż­nie­nie do­ty­czy je­dy­nie do­ro­słych osób, ta­kich, któ­re w re­la­cje z pi­ją­cym wcho­dzą do­bro­wol­nie, któ­re teo­re­tycz­nie mogą wy­brać inną for­mę po­ra­dze­nia so­bie z pro­ble­mem al­ko­ho­lo­wym w ro­dzi­nie. Współ­uza­leż­nie­nie nie do­ty­czy dzie­ci, do­ty­czy zaś żony, męża, part­ne­ra, wspól­ni­ka – oso­by świa­do­mej, do­ro­słej, zdol­nej do sa­mo­dziel­ne­go funk­cjo­no­wa­nia. Sed­nem współ­uza­leż­nie­nia jest to, że wcho­dzi się w nie jako oso­ba wol­na, ma­ją­ca inny wy­bór i mimo szkód, pro­ble­mów, trud­no­ści tkwi się w tej re­la­cji cią­gle, pró­bu­jąc ją zmie­nić. Dzie­ci nie mają wy­bo­ru, są ska­za­ne na taką ro­dzi­nę, jaką stwo­rzy­li dla nich do­ro­śli. Ce­chą współ­uza­leż­nie­nia jest to, że im bar­dziej ktoś sku­pia się na roz­wią­za­niu pro­ble­mu z al­ko­ho­lem part­ne­ra, po­dej­mu­je de­cy­zje i robi rze­czy, któ­re nie tyl­ko pi­cia nie roz­wią­zu­ją, ale je pod­trzy­mu­ją. Czy­li mąż, za­miast za­prze­stać, pije co­raz wię­cej, bo za­cho­wa­nie żony to pi­cie pod­trzy­mu­je. (Wię­cej o współ­uza­leż­nie­niu w roz­dzia­le 6).

Co jest sed­nem współ­uza­leż­nie­nia, jego osią? Isto­tą jest skon­cen­tro­wa­nie na uza­leż­nio­nym, czy­li pro­wa­dze­nie ży­cia w od­nie­sie­niu do in­nej oso­by – moje ży­cie jest uza­leż­nio­ne od in­nej oso­by, moje emo­cje za­le­żą pra­wie wy­łącz­nie od tego, co robi, mówi, jaki jest mój part­ner. To jak być czy­imś sa­te­li­tą, on jest gwiaz­dą, a ja pla­ne­tą na jego or­bi­cie. Sta­ty­stycz­nie rzecz uj­mu­jąc, le­czy się tyl­ko od 5 do 10 pro­cent al­ko­ho­li­ków (jak wy­ni­ka z da­nych sza­cun­ko­wych Pol­skiej Agen­cji Roz­wią­zy­wa­nia Pro­ble­mów Al­ko­ho­lo­wych), a współ­uza­leż­nio­nych jesz­cze mniej. Ostat­nio na­wet ten od­se­tek się zmniej­sza. Do­strze­ga­ją to prak­ty­cy, pro­wa­dzą­cy te­ra­pię w po­rad­niach le­cze­nia uza­leż­nie­nia i współ­uza­leż­nie­nia.

Dla­cze­go tak się dzie­je? Le­cze­nie, sama te­ra­pia nie są atrak­cyj­ne, a ko­bie­ty współ­uza­leż­nio­ne znaj­du­ją so­bie wspar­cie w róż­ne­go ro­dza­ju gru­pach, na przy­kład sa­mo­po­mo­co­wych. Poza tym czę­sto nie tra­fia­ją na te­ra­pię współ­uza­leż­nie­nia, lecz na te­ra­pię ner­wic. Część z nich po­dej­mu­je te­ra­pię in­dy­wi­du­al­ną u psy­cho­te­ra­peu­tów. Część współ­uza­leż­nio­nych szu­ka in­ne­go ro­dza­ju po­mo­cy – nie w po­rad­niach od­wy­ko­wych, tyl­ko w po­rad­niach zdro­wia psy­chicz­ne­go. Opar­cia szu­ka­ją w In­ter­ne­cie, a pew­na gru­pa tra­fia wła­śnie do po­rad­ni le­cze­nia uza­leż­nień.

W na­szym kra­ju – jak oce­nia PAR­PA – jest oko­ło 800 ty­się­cy osób uza­leż­nio­nych i 2 do 2 i pół mi­lio­na osób pi­ją­cych szko­dli­wie, nad­mier­nie. Li­cząc, że więk­szość ma ro­dzi­nę, moż­na bez wa­ha­nia za­ło­żyć, że w mniej lub bar­dziej bez­po­śred­ni spo­sób z al­ko­ho­li­zmem lub nad­uży­wa­niem al­ko­ho­lu sty­ka się na­wet 10 mi­lio­nów lu­dzi. Dzie­ci, żony, mę­żo­wie, ro­dzi­ce osób pi­ją­cych nad­mier­nie i uza­leż­nio­nych. Jed­na trze­cia spo­łe­czeń­stwa.

Ko­chać al­ko­ho­li­ka to nie grzech, grze­chem jest tyl­ko ko­chać go głu­pio, czy­li w taki spo­sób, któ­ry wspie­ra jego uza­leż­nie­nie. Więk­szość rze­czy pi­sa­nych do tej pory na te­mat al­ko­ho­li­zmu była ab­so­lut­nie se­rio, czę­sto ubra­na w skom­pli­ko­wa­ne na­uko­we sfor­mu­ło­wa­nia. I do­brze, bo to te­mat nie­zwy­kle po­waż­ny. Jed­nak w tej książ­ce, pi­sa­nej na pod­sta­wie wie­dzy i wie­lo­let­nie­go do­świad­cze­nia te­ra­peu­tycz­ne­go, praw­da o pi­ciu, uza­leż­nie­niu, współ­uza­leż­nie­niu i spo­so­bach ra­dze­nia so­bie z tym jest po­wie­dzia­na sło­wa­mi pro­sty­mi, zro­zu­mia­ły­mi, choć nie­raz ostry­mi i kry­tycz­ny­mi. Do­kład­nie tak jak na pro­wa­dzo­nych przez te­ra­peut­kę gru­pach, by prze­kaz był pro­sty, krót­ki i zro­zu­mia­ły.

Hi­sto­rie współ­uza­leż­nio­nych ko­biet są solą tej książ­ki. Nie­mal każ­da z czy­ta­ją­cych znaj­dzie w nich cząst­kę sie­bie. Wszyst­kie opi­sa­ne tu­taj hi­sto­rie zda­rzy­ły się na­praw­dę. Nie­mniej są przed­sta­wio­ne w spo­sób unie­moż­li­wia­ją­cy iden­ty­fi­ka­cję. Ale czy­ta­jąc tę książ­kę, wie­le ko­biet może po­my­śleć – tak było! To moja hi­sto­ria! To mnie tu­taj opi­sa­no! I za­wsze bę­dzie to praw­dą, bo te hi­sto­rie, hi­sto­rie ko­biet współ­uza­leż­nio­nych, są bar­dzo do sie­bie po­dob­ne. Jak­by ktoś stał z boku, pod­słu­chi­wał i opo­wia­dał jako swo­ją.

Trze­ba moc­no za­ak­cen­to­wać, że nikt w tej książ­ce nie bę­dzie na­ma­wiał ko­biet współ­uza­leż­nio­nych, by wy­cho­dzi­ły z ta­kie­go związ­ku. Zwią­zek, któ­ry trwa kil­ka czy kil­ka­na­ście lat, nie­ła­two opu­ścić. Poza tym tak na­praw­dę rzad­ko jest to ab­so­lut­nie nie­zbęd­ne. Je­że­li ko­bie­ta zde­cy­du­je się na za­koń­cze­nie związ­ku, jest to jej sa­mo­dziel­na de­cy­zja. Waż­niej­sze, by zro­zu­mia­ła, co się w tym związ­ku dzie­je. Ja­kie me­cha­ni­zmy nim kie­ru­ją? Ży­cie z pi­ją­cym boli! Cza­sem bar­dziej, cza­sem mniej. Trze­ba zro­bić wszyst­ko, żeby bo­la­ło jak naj­mniej.

Nie ma na to rad uni­wer­sal­nych. Ta­kich, któ­re za­wsze, na 100 pro­cent za­dzia­ła­ją. In­struk­cja za­war­ta w tej książ­ce bę­dzie sku­tecz­na wte­dy, gdy ży­ją­ca z al­ko­ho­li­kiem ko­bie­ta zro­zu­mie, dla­cze­go on robi to, co robi, mówi, co mówi i po­stę­pu­je w taki, a nie inny spo­sób. In­struk­cja ta do­ty­czy nie tyl­ko sa­me­go uza­leż­nio­ne­go, ale też i współ­uza­leż­nio­nej. Pa­mię­taj­my, że współ­uza­leż­nie­nie two­rzy się w re­la­cji, więc oby­dwo­je mają w tym me­cha­ni­zmie swój udział. Me­cha­ni­zmy uza­leż­nie­nia i współ­uza­leż­nie­nia są do sie­bie przy­sta­ją­ce, pa­su­ją jak puz­zle. Za­war­te w tej książ­ce wska­zów­ki na­le­ży trak­to­wać jak po­my­sły na inne po­dej­ście do pro­ble­mu nad­uży­wa­nia al­ko­ho­lu w swo­jej ro­dzi­nie.

Rozdział 1Gdzie jest mój puzzel?

Więk­szość nas przy­najm­niej raz w ży­ciu ukła­da­ła puz­zle. Po kil­ku go­dzi­nach sta­rań mamy już nie­mal cały ob­ra­zek. Bra­ku­je tyl­ko jed­ne­go ele­men­tu. Nie­ste­ty, bez tego puz­zel­ka ob­ra­zek jest nie­peł­ny, nie­kom­plet­ny. Trze­ba go ko­niecz­nie zna­leźć!

Po­dob­nie bywa ze związ­ka­mi, w któ­rych po­ja­wia się pro­blem al­ko­ho­lo­wy. W jaki spo­sób roz­po­czy­na się zwią­zek z trud­ną oso­bą? Być może wy­ja­śni to teo­ria bra­ku­ją­ce­go puz­zla.

Wzmian­ki, może nie do koń­ca na ten te­mat, ale po­ru­sza­ją­ce po­dob­ne wąt­ki, po­ja­wia­ją się w li­te­ra­tu­rze psy­cho­lo­gicz­nej. Na przy­kład w Poza za­sa­dą przy­jem­no­ści Zyg­mun­ta Freu­da1 czy w Żyć w ro­dzi­nie i prze­trwać au­tor­stwa Ro­bi­na Skyn­ne­ra i Joh­na Cle­ese’a2. Z pol­skich au­to­rów te­mat po­ru­szał Ja­cek San­tor­ski w Jak żyć, żeby nie zwa­rio­wać.

We­dług nie­go, po­zna­jąc oso­bę prze­ciw­nej płci i wcho­dząc z nią w re­la­cje, trak­tu­je­my ją jak ekran, na któ­rym wy­świe­tla­my film o ide­al­nym związ­ku. Part­ne­rzy nie po­tra­fią za­ak­cep­to­wać tego, że w pew­nym mo­men­cie film się koń­czy i oka­zu­je się, że wy­bra­na oso­ba nie jest ide­al­na. Wią­żą się z na­stęp­ną oso­bą i na niej „wy­świe­tla­ją” swój film. Ale wciąż nie wi­dzą jej taką, jaka ona jest, tyl­ko pro­jek­tu­ją na nią swo­je ide­al­ne wy­obra­że­nie.

Rzecz ocie­ra się o ba­nał – mło­da ko­bie­ta (choć może być też star­sza, „po przej­ściach”) spo­ty­ka męż­czy­znę. I ten męż­czy­zna pa­su­je do jej ży­cia jak bra­ku­ją­cy puz­zel do nie­do­koń­czo­nej ukła­dan­ki. Wpa­so­wu­je się. Tę hi­sto­rię te­ra­peu­ci sły­szą set­ki razy. Po­wta­rza się w opo­wie­ściach ko­lej­nych pa­cjen­tek. Zwią­zek z trud­nym fa­ce­tem, fa­ce­tem pi­ją­cym lub nar­ko­ma­nem, za­czy­na się od pew­ne­go ro­dza­ju olśnie­nia. Jest wiel­kie „Łup!”. I dziew­czy­na (ko­bie­ta) za­ko­chu­je się na śmierć i ży­cie. Jest tak, jak­by wszyst­ko w jej ży­ciu wła­śnie tyl­ko na tego fa­ce­ta cze­ka­ło. Oto sce­na­riusz, we­dług któ­re­go moż­na pi­sać ko­lej­ne hi­sto­rie związ­ków pi­ją­ce­go męż­czy­zny i współ­uza­leż­nio­nej ko­bie­ty.

Współ­cze­sne kon­cep­cje tłu­ma­czą­ce współ­uza­leż­nie­nie pod­kre­śla­ją, że aby do nie­go do­szło, po­trzeb­nych jest kil­ka ele­men­tów. Tymi ele­men­ta­mi są:

♦ zwią­zek z al­ko­ho­li­kiem,

♦ oso­bo­wość przed­wspó­łu­za­leż­nie­nio­wa,

♦ przy­sto­so­wa­nie się do pa­to­lo­gicz­nej sy­tu­acji.

Jed­nak fak­tycz­ną przy­czy­ną ta­kie­go związ­ku jest wiel­ki,

lecz nie­za­spo­ko­jo­ny głód mi­ło­ści. Stoi za tym pra­gnie­nie by­cia ko­cha­ną, ak­cep­to­wa­ną oraz po­trzeb­ną. Inną rze­czą, któ­ra rów­nież stoi za tym, że ko­bie­ta wej­dzie w de­struk­cyj­ny zwią­zek z pi­ją­cym męż­czy­zną, jest jej spo­sób wy­cho­wa­nia, a szcze­gól­nie prze­ko­na­nia, któ­re z domu wy­nio­sła. Prze­ko­na­nia są bar­dzo trwa­łym two­rem, czę­sto na­wet nie wie­my, że je mamy. U ko­biet współ­uza­leż­nio­nych po­ku­tu­ją prze­ko­na­nia, np. że ko­bie­ta nie może żyć bez męż­czy­zny; że sa­mot­na ko­bie­ta jest nie­peł­no­war­to­ścio­wą oso­bą; że za to, co dzie­je się w ro­dzi­nie, od­po­wie­dzial­na jest je­dy­nie ko­bie­ta; że je­śli coś w mał­żeń­stwie nie wy­cho­dzi, to pew­nie ona za mało się sta­ra­ła, itp.

Zwią­zek z al­ko­ho­li­kiem

Mło­de dziew­czę­ta zwy­kle wy­bie­ra­ją part­ne­ra w spo­sób bar­dzo, bar­dzo nie­świa­do­my. Waż­ne są ich pierw­sze do­świad­cze­nia, to, co „wy­nio­sły” z domu. Ich oj­ciec może na­wet nie­ko­niecz­nie pił, ale był trud­nym czło­wie­kiem. Na przy­kład nie­wie­le się od­zy­wał, był wy­co­fa­ny, za­wsze nie­obec­ny, bar­dziej za­in­te­re­so­wa­ny sie­dze­niem po go­dzi­nach w pra­cy lub dłu­ba­ni­ną w ga­ra­żu. I na­gle spo­ty­ka­ją męż­czy­znę, któ­ry mówi: „Ja cze­goś ta­kie­go nig­dy nie zro­bię!”. Któ­ry mówi: „Mój oj­ciec po­pi­jał, ale ja nig­dy bym nie za­fun­do­wał moim dzie­ciom tego, co mnie spo­tka­ło”. Męż­czy­zna mówi do­kład­nie to, co chcą usły­szeć. Tra­fia w ich głód mi­ło­ści. Wła­śnie tak wy­obra­ża­ły so­bie ide­al­ne­go męż­czy­znę.

Po­tem, już pod­czas te­ra­pii, te ko­bie­ty mó­wią: „Całe ży­cie na ta­kie­go męż­czy­znę cze­ka­łam”. Po­tra­fią tak mó­wić na­wet dwu­dzie­sto­kil­ku­lat­ki: „Był zu­peł­nie inny niż moi ko­le­dzy, ró­wie­śni­cy. Wie­dział, cze­go chce, był kon­kret­ny”.

A więc sie­dem­na­sto – czy osiem­na­sto­let­nia dziew­czy­na spo­ty­ka męż­czy­znę. Są to pew­nie jej pierw­sze mi­ło­sne unie­sie­nia. Ona na­wet nie ma spe­cjal­nych ocze­ki­wań wo­bec męż­czyzn. Nie za­wsze po­tra­fi je na­zwać. Mogą to być sła­bo okre­ślo­ne na­dzie­je typu: „Chcia­ła­bym, żeby był inny niż mój oj­ciec” albo: „Żeby był po­dob­ny do mo­je­go ojca”.

Zwy­kle są to ko­bie­ty o ob­ni­żo­nym po­czu­ciu wła­snej war­to­ści. A na­wet je­że­li tak nie jest, to w ro­dzin­nym domu więk­szo­ści z nich – w cza­sie te­ra­pii to się ujaw­nia – pa­no­wał więk­szy ry­go­ryzm lub brak po­chwał. Sta­wia­no im za to wy­so­kie ocze­ki­wa­nia, mu­sia­ły na przy­kład do­brze wy­glą­dać i świet­nie się uczyć. Wy­cho­dząc z ta­kie­go domu, bar­dziej po­tra­fią speł­niać ocze­ki­wa­nia in­nych, a nie za­wsze mają po­mysł na sie­bie. W tej sy­tu­acji zwią­zek, ro­dzi­na, dzie­ci są atrak­cyj­nym roz­wią­za­niem.

I na­gle spo­ty­ka­ją chło­pa­ka lub męż­czy­znę, któ­ry mówi do nich tak, jak nikt do tej pory nie mó­wił. Mówi na­wet nie­ko­niecz­nie miłe rze­czy. Po pro­stu mówi, jak chce żyć. Ma spre­cy­zo­wa­ną wi­zję przy­szło­ści. Mówi o tym, że chce mieć ro­dzi­nę i snu­je wi­zje „nor­mal­nej” ro­dzi­ny. W tak mło­dym wie­ku, mó­wiąc o ro­dzi­nie „nor­mal­na”, my­śli się – ide­al­na. Czy­li taka, w któ­rej wszyst­ko do­brze się ukła­da, w któ­rej mąż i żona są dla sie­bie do­brzy, wspie­ra­ją­cy, mają gro­mad­kę uśmiech­nię­tych dzie­ci – ob­ra­zek jak z re­kla­my. Zwy­kle jest tak, że wszyst­ko to pa­su­je do wy­obra­żeń dziew­czy­ny lub mło­dej ko­bie­ty ni­czym bra­ku­ją­cy puz­zel.

Na­tych­miast ro­dzi się mię­dzy nimi pe­wien ro­dzaj wię­zi. Ona od razu my­śli o nim in­a­czej – wi­dzi tyl­ko jego za­le­ty, wi­dzi go „wiel­kim”, w swo­jej wy­obraź­ni do­da­jąc mu ta­len­tów, uro­dy, moż­li­wo­ści. Wie­le ko­biet już po pierw­szym spo­tka­niu czu­je się za­an­ga­żo­wa­nych.

Ide­ał na wy­cią­gnię­cie ręki

Star­sze ko­bie­ty, po nie za­wsze do­brych do­świad­cze­niach z męż­czy­zna­mi, ta­kie­go pana puz­zla mogą spo­tkać po ko­lej­nym roz­cza­ro­wa­niu, ko­lej­nym za­wo­dzie. Kie­dy obie­cu­ją so­bie, że już nig­dy żad­ne­go fa­ce­ta, żad­nej mi­ło­ści, żad­nych związ­ków. Na­gle zja­wia się on, ni­cze­go od niej nie chce, mówi, że sam dużo prze­szedł i ro­zu­mie. Jest po­moc­ny, miły, przy­nie­sie jej nie­spo­dzie­wa­nie ja­kiś dro­biazg, któ­ry ją roz­czu­li. Po­tem po­mo­że w ja­kiejś drob­nej spra­wie, przyj­dzie na her­ba­tę, a tak do­brze się z nim roz­ma­wia, że za­sie­dzi się do ja­kiejś nie­przy­zwo­itej go­dzi­ny. I tak po kil­ku ty­go­dniach ma u niej cały do­by­tek w po­sta­ci nie­wiel­kiej wa­li­zecz­ki i sa­mo­cho­du pod blo­kiem.

Czę­sto ko­bie­ty nie wie­dzą, jak to się sta­ło, że na­gle zu­peł­nie obcy fa­cet pa­no­szy się na ich ka­na­pie, za­ja­da ko­la­cję i dys­po­nu­je ich kon­tem. On może na­wet nie­ko­niecz­nie pa­so­wał do ich ży­cia. Nie­ko­niecz­nie na­wet na nie­go cze­ka­ły. To bar­dziej on wpa­so­wał się w ich ży­cie w taki spo­sób, że na­wet nie za­uwa­ży­ły zmia­ny. Wła­śnie jak bra­ku­ją­cy puz­zel.

Wie­dza psy­cho­lo­gicz­na wska­zu­je, że je­śli coś ta­kie­go się zda­rzy, ta­kie „Łup! I jak grom z ja­sne­go nie­ba”, to na­le­ży ucie­kać. Teo­rie psy­cho­dy­na­micz­ne mó­wią o tym, że to jest ro­dzaj nar­cy­stycz­nej pro­jek­cji. Prze­cież tego czło­wie­ka nie znasz. To skąd ta więź? Tym­cza­sem dziew­czy­ny po la­tach wciąż z za­chwy­tem wspo­mi­na­ją: „O rany! Jak on mó­wił! Ja już na trze­cim spo­tka­niu czu­łam się tak, jak­by­śmy się zna­li od lat…”.

Jed­na z pa­cjen­tek wspo­mi­na­ła, że kie­dy po jed­nym z pierw­szych spo­tkań chło­pak od­wiózł ją do domu, na­tych­miast za­dzwo­ni­ła do przy­ja­ciół­ki z wie­ścią, że spo­tka­ła może nie tego je­dy­ne­go, ale ab­so­lut­ne nie­zwy­kłe­go i wspa­nia­łe­go męż­czy­znę.

Na czym więc po­le­ga ta nar­cy­stycz­na pro­jek­cja? Dziew­czy­na czy chło­pak w ja­kiś spo­sób wy­obra­ża­ją so­bie swo­je­go wy­ma­rzo­ne­go męż­czy­znę lub ko­bie­tę – jaki (jaka) bę­dzie, jak bę­dzie się za­cho­wy­wał (za­cho­wy­wa­ła), ja­kie bę­dzie miał (mia­ła) ce­chy. I dziew­czy­na spo­ty­ka męż­czy­znę, któ­ry wła­śnie taki jest, przy­najm­niej w ja­kiejś czę­ści. Od­po­wia­da temu, co ona pro­jek­tu­je, czy­li w jej oczach sta­je się wła­śnie ta­kim męż­czy­zną, ja­kie­go so­bie wy­ma­rzy­ła. Wte­dy tyl­ko to się li­czy. Nie wi­dzi in­nych cech, nie wi­dzi re­al­nie tego męż­czy­zny. Wi­dzi tyl­ko te ce­chy, któ­re od­po­wia­da­ją jej wy­obra­że­niu. Za­ko­chu­je się więc bar­dziej w swo­jej ilu­zji, w swo­im we­wnętrz­nym ob­ra­zie ide­al­ne­go męż­czy­zny niż w nim sa­mym. Jed­na z pa­cjen­tek, Jo­an­na, mó­wi­ła o swo­im part­ne­rze, że miał wszyst­kie ce­chy, któ­re ce­ni­ła u męż­czyzn. Gdy­by, wy­obra­ża­jąc so­bie ide­ał, mia­ła do­dać jesz­cze ja­kieś wa­lo­ry, on już je miał. Na­wet prze­wyż­szał jej ide­al­ne wy­obra­że­nie męż­czy­zny.

To dość ła­two za­uwa­żyć. Kie­dy po dru­gim spo­tka­niu dziew­czy­na za­sta­na­wia się, jak na imię będą mia­ły ich wspól­ne dzie­ci i my­śli: „Jaka ja będę z nim szczę­śli­wa”, to w grę wcho­dzi wła­śnie ten ro­dzaj re­la­cji. Stąd teo­ria puz­zla. Fa­cet pa­su­je do ży­cia ko­bie­ty wła­śnie jak bra­ku­ją­cy ele­ment ukła­dan­ki. Dziew­czy­na (ko­bie­ta) my­śli: „Ten męż­czy­zna! To jego bra­ko­wa­ło w moim ży­ciu. Z nim będę czu­ła się speł­nio­na. To jest ten je­dy­ny, któ­re­go ko­cham. Wy­bra­łam go so­bie, on jest naj­lep­szy na świe­cie. Jest the best”. I na za­sa­dzie puz­zla on jej, na pew­nym po­zio­me, bar­dzo od­po­wia­da. Mówi, robi i za­cho­wu­je się do­kład­nie tak, jak ona chce. Jak w po­niż­szej hi­sto­rii.

Dziew­czy­na, Ma­rio­la, po­zna­je męż­czy­znę (oczy­wi­ście „puz­zel”), któ­ry od chwi­li po­zna­nia nie tyle jest męż­czy­zną jej ma­rzeń, ile te ma­rze­nia prze­wyż­sza.

Opo­wia­da­ła póź­niej:

On miał wszyst­kie te ce­chy, któ­re chcia­łam, żeby męż­czy­zna miał. Mało tego, jak­bym jesz­cze kil­ka mia­ła wy­my­ślić, to on już je miał. Za­cho­wy­wał się i funk­cjo­no­wał do­kład­nie tak, jak chcia­łam, żeby było.

Ma­rio­la mia­ła dość ory­gi­nal­ne za­in­te­re­so­wa­nia, w tym mu­zycz­ne i te­atral­ne. Ma­ciek in­te­re­so­wał się do­kład­nie tym sa­mym. Gdy opo­wia­da­ła o ulu­bio­nej sce­nie w ulu­bio­nym fil­mie, oka­zy­wa­ło się, że Ma­ciek uwiel­biał do­kład­nie to samo. Dzwo­nił do niej wie­czo­rem i mó­wił: „Wiem, cze­go słu­chasz”. I nig­dy się nie po­my­lił! Do tego stop­nia, że pew­ne­go dnia gdzieś się umó­wi­li i przy­szli ubra­ni w po­dob­nym sty­lu i po­dob­nej ko­lo­ry­sty­ce. Co so­bie może taka dziew­czy­na po­my­śleć? Taki męż­czy­zna! Ta­kie­go jak się po­ko­cha to na całe ży­cie! Ta­kie­go męż­czy­zny nic nie prze­bi­je.

Emo­cje prze­ży­wa­ne w re­la­cji z ta­kim fa­ce­tem mu­szą być eks­tre­mal­ne. Bo to jest ab­so­lut­nie ten! Nie moż­na być już prze­cież bar­dziej szczę­śli­wą. Bar­dziej od­po­wied­nie­go męż­czy­zny nie moż­na zna­leźć. Mr Ri­ght na 100 pro­cent. A po­tem co­raz czę­ściej zda­rza się, że ów męż­czy­zna od­ma­wia szczę­ścia, bo nie za­cho­wu­je się tak, jak się za­cho­wy­wał. Był ide­ałem, a tu na­gle mówi ko­bie­cie coś przy­kre­go albo się upi­ja. To ją uniesz­czę­śli­wia­ło.

Ma­rio­la wy­ba­cza­ła swo­je­mu fa­ce­to­wi bar­dzo wie­le, bo ta­kie­mu wy­ba­czy się wszyst­ko. Zdra­dy, kłam­stwa, ży­cie na jej koszt… Ma­ciek to był taki gość, któ­ry wiecz­nie szu­kał pra­cy, a żad­na nie była dla nie­go wy­star­cza­ją­co do­bra.

Po­dob­ne sy­tu­acje zda­rza­ją się dziew­czy­nom wy­kształ­co­nym, za­ra­bia­ją­cym na sie­bie. Nie wi­dzą pro­ble­mu w tym, że męż­czy­zna nie pra­cu­je. „No prze­cież on jest wiel­ki gość i nie pój­dzie za 1200 ze­tów na mie­siąc pra­co­wać. Szu­ka dużo lep­szej oka­zji”. A to, że jed­no­cze­śnie ona go utrzy­mu­je, to cóż ta­kie­go? Ta­kie­mu się wy­ba­cza. Prze­cież to jest TEN męż­czy­zna!

Dziew­czy­ny (ko­bie­ty) czę­sto chcą wie­rzyć w mit: je­ste­śmy ide­al­ną parą! Je­ste­śmy po­nad to wszyst­ko. Dwie po­łów­ki jabł­ka. Żeby tyl­ko! Wy­jąt­ko­we dwie po­łów­ki jabł­ka. Nie ja­kieś tam zwy­kłe, zwy­kła dziew­czy­na i zwy­kły chło­pak, któ­rzy spo­tka­li się na dys­ko­te­ce. My je­ste­śmy lep­si. In­te­re­su­je­my się lep­szą li­te­ra­tu­rą, słu­cha­my lep­szej mu­zy­ki i mamy bar­dziej wy­su­bli­mo­wa­ny gust te­atral­ny.

Związ­ki tego ro­dza­ju spa­ja pro­jek­cja nar­cy­stycz­na. Na po­cząt­ku prze­cież ona nie zna tego męż­czy­zny (on nie zna tej ko­bie­ty). Wza­jem­nie pro­jek­tu­ją na sie­bie ide­al­ny ob­raz part­ne­ra (part­ner­ki). Gdy pa­su­ją do swo­ich pro­jek­cji, zwią­zek two­rzy się bar­dzo szyb­ko. I jest bar­dzo sil­ny. Jak więk­szość związ­ków współ­uza­leż­nie­nio­wych.

Para w ta­kim związ­ku ma po­czu­cie ogrom­nej bli­sko­ści, wy­jąt­ko­wo­ści swo­jej re­la­cji, szcze­gól­nie ona z nim. Jest to ide­al­ne po­ro­zu­mie­nie na po­zio­mie cia­ła, emo­cji, in­te­lek­tu i du­szy. Więc gdy w tym związ­ku coś jest nie tak, ko­bie­ty bar­dzo sil­nie to prze­ży­wa­ją, szu­ka­jąc winy w so­bie (bo prze­cież nie w ide­al­nym fa­ce­cie). Uwa­ża­ją, że są do ni­cze­go, cier­pią, mają kry­zy­sy i sta­ny de­pre­syj­ne, do my­śli sa­mo­bój­czych włącz­nie. Na dłuż­szą metę są po pro­stu wy­koń­czo­ne. Do­świad­cza­ją emo­cji, ja­kich zwy­kły czło­wiek do­zna­je za­le­d­wie kil­ka razy w ży­ciu. A one prze­ży­wa­ją je co­dzien­nie. I to przez kil­ka lat. Emo­cji tych nie da się po­tem tak po pro­stu usu­nąć. Nie daj Boże, aby dziew­czy­nę spo­tka­ło to w mło­dym wie­ku. Po­tem bę­dzie jej trud­no z kim­kol­wiek się zwią­zać. Je­że­li naj­pierw oczy­wi­ście wyj­dzie ze związ­ku uza­leż­nie­nio­we­go.

Ma­ry­sia po­cho­dzi z domu, w któ­rym obo­je ro­dzi­ce byli pi­ją­cy. Od kil­ku lat jest z Szy­mo­nem. Wcze­śniej była zwią­za­na z Ada­mem, uza­leż­nio­nym od nar­ko­ty­ków. I mimo że od sied­miu lat jest w re­la­cji z kimś in­nym, cza­sem mówi:

Ta­kich rze­czy jak z Ada­mem w moim no­wym związ­ku nie prze­ży­wam. Tak sil­nych emo­cji, tak sil­nych do­znań. Za­rów­no unie­sień, jak i wręcz prze­ciw­nie.

Oczy­wi­ście Ma­ry­sia cie­szy się z tego, że nie wy­szła za nar­ko­ma­na i nie musi się z nim dzi­siaj mę­czyć, ale ma cią­gle w pa­mię­ci emo­cje, któ­re w niej po­przed­ni zwią­zek wy­zwa­lał. Tę siłę. Moż­na na­wet śmia­ło po­wie­dzieć, że część ko­biet jest wręcz uza­leż­nio­na od sil­nych prze­żyć, ja­kich uza­leż­nio­ny part­ner im do­star­cza.

Wię­zi moc­ne jak lina okrę­to­wa

Pa­ra­dok­sal­nie, związ­ki z męż­czy­zna­mi uza­leż­nio­ny­mi są sza­le­nie moc­ne. To związ­ki o sil­nej dy­na­mi­ce, w któ­rych cią­gle coś się dzie­je. Zwy­kle ta­kie związ­ki pręd­ko się za­wią­zu­ją.

Szcze­gól­nie ko­bie­ta szyb­ko czu­je się za­an­ga­żo­wa­na. Moż­na też ta­kie związ­ki okre­ślić in­a­czej: ten kon­kret­ny męż­czy­zna jest od­po­wie­dzią na pew­ne de­fi­cy­ty dziew­czy­ny (ko­bie­ty). Na przy­kład na jej ni­skie po­czu­cie wła­snej war­to­ści. Tro­chę tak jak­by ten fa­cet sta­no­wił od­po­wiedź losu na jej po­trze­by. Wie­le ko­biet okre­śla to tak: „To było jak pre­zent od ży­cia. Już my­śla­łam, że za­wsze bę­dzie tak ni­ja­ko, że nic się w moim ży­ciu nie zmie­ni i na­gle… go spo­tka­łam”.

Ale są też przy­pad­ki od­mien­ne. Dziew­czy­ny, któ­re od po­cząt­ku wi­dzą, że ży­cie z tym męż­czy­zną bę­dzie trud­ne. Może im się wy­da­wać, że w dzi­siej­szych cza­sach już tak jest, bo prze­cież daw­no mi­nął ro­man­tycz­ny XIX wiek; obec­nie każ­dy fa­cet ma ja­kiś pro­blem. „Ale – my­ślą – ja go zmie­nię!”. My­ślą so­bie: „Nikt mu nie dał szan­sy…To do­bry czło­wiek, tyl­ko tro­chę pije… On na pew­no przy mnie się zmie­ni… Moja mi­łość to po­ko­na!”.

Ka­sia le­ża­ła w szpi­ta­lu po po­waż­nej ope­ra­cji. Na są­sied­nim od­dzia­le le­żał Sła­wek, dwa­dzie­ścia lat od niej star­szy. Ka­sia po­cho­dzi­ła z pi­ją­cej ro­dzi­ny i była dziew­czy­ną w ty­pie sza­rej mysz­ki. Na­wet je­śli po­do­ba­ła się ró­wie­śni­kom, to nig­dy nie przyj­mo­wa­ła tego do wia­do­mo­ści. Czu­ła się brzyd­ka i nie­chcia­na. Dla­te­go aten­cję Sław­ka trak­to­wa­ła naj­pierw z nie­pew­no­ścią, a po­tem się w nim na­tych­miast za­ko­cha­ła. Sła­wek przy­no­sił jej kwia­ty, pra­wił kom­ple­men­ty i opo­wia­dał o wspól­nym wspa­nia­łym ży­ciu. Zwią­zek ich trwał po wyj­ściu ze szpi­ta­la, a Kasi nie zra­zi­ło na­wet to, że na pierw­szą rand­kę przy­je­chał z go­dzin­nym opóź­nie­niem i kom­plet­nie pi­ja­ny. Na po­cząt­ku wy­my­śli­ła so­bie – moja mi­łość go ule­czy, spra­wi, że nie bę­dzie pił. Na fali wiel­kiej mi­ło­ści przy­ję­ła jego oświad­czy­ny i od­był się hucz­ny ślub. Po­tem była z nim dla­te­go, że prze­cież nie opusz­cza się bli­skiej oso­by w nie­szczę­ściu. Zno­si­ła upo­ko­rze­nia, wstyd by­cia żoną al­ko­ho­li­ka w ma­łym mia­stecz­ku. Da­wa­ła się szan­ta­żo­wać emo­cjo­nal­nie groź­bą sa­mo­bójstw. Zwią­zek trwał po­nad 10 lat, za­nim Ka­sia zde­cy­do­wa­ła się z nie­go wyjść i była to – jak dzi­siaj mówi – naj­trud­niej­sza de­cy­zja w jej ży­ciu.

Po­ko­chać po­ten­cjał

Ce­chą współ­cze­snych dziew­czyn jest pa­trze­nie na zwią­zek z trud­nym fa­ce­tem z per­spek­ty­wy: „Ja wi­dzę w nim po­ten­cjał! To jest sza­le­nie zdol­ny fa­cet. Z po­czu­ciem hu­mo­ru…”. I nic w tym dziw­ne­go. Bo jaki bywa al­ko­ho­lik? Jest du­szą to­wa­rzy­stwa. Ma fan­ta­zję. Jak ża­den męż­czy­zna wcze­śniej wy­rwie wy­bran­kę w środ­ku nocy na sza­lo­ną za­ba­wę ta­necz­ną. Dla­te­go dziew­czy­na wi­dzi w nim po­ten­cjał. Za­ko­chu­je się nie w nim, tyl­ko w tym, kim on mógł­by być, gdy­by nie pił. Do­strze­ga jego wady, ale pa­trzy nie­ja­ko po­nad nimi. Chce wi­dzieć w nim to, co naj­lep­sze.

Świet­nym przy­kła­dem może być hi­sto­ria Be­aty. Dy­na­micz­na mło­da ko­bie­ta, z suk­ce­sa­mi za­wo­do­wy­mi, ro­bią­ca bły­sko­tli­wą ka­rie­rę. Za­ko­cha­ła się w męż­czyź­nie, któ­ry chciał zo­stać pi­sa­rzem. W ta­kim nie­speł­nio­nym ar­ty­ście. Gdy się po­zna­li, pra­co­wał jako dzien­ni­karz. Po­tem zwol­nio­no go z pra­cy. Wy­da­wać by się mo­gło, że taka dziew­czy­na jak Be­ata nie zwią­że się z trud­nym męż­czy­zną. Speł­nio­na, świa­do­ma swo­jej war­to­ści. Świet­nie ra­dzą­ca so­bie w pra­cy. I co bar­dzo waż­ne, nie­ma­ją­ca pro­ble­mów w re­la­cjach z in­ny­mi ludź­mi. Zaj­mu­ją­ca kie­row­ni­cze sta­no­wi­sko. Wy­da­wa­ło­by się – gdzie temu fa­ce­to­wi do niej?

Ona po­ko­cha­ła jego po­ten­cjał. Ko­cha­ła jego ro­man­tycz­ną aurę. Ja­kie to on pięk­ne rze­czy na­pi­sze (kie­dyś, w nie­okre­ślo­nej przy­szło­ści) i wte­dy bę­dzie z nie­go dum­na, sto­jąc u jego boku! Tym­cza­sem on nie był w sta­nie utrzy­mać się w żad­nej re­dak­cji. To ona, pra­cu­jąc w po­krew­nej bran­ży, uma­wia­ła go na ko­lej­ne roz­mo­wy kwa­li­fi­ka­cyj­ne, po­ma­ga­ła zdo­by­wać ko­lej­ne zle­ce­nia. Po­szła na­wet na te­ra­pię i mia­ła świa­do­mość, że zbu­do­wa­ła so­bie świat ułu­dy. Ale wciąż ko­cha­ła go ta­kim, ja­kim mógł­by się stać. A wca­le nie był, bo męż­czy­zna mimo mło­de­go wie­ku, czy­li oko­ło trzy­dziest­ki, był już zde­kla­ro­wa­nym al­ko­ho­li­kiem. Jego po­ziom de­struk­cji był tak duży, że bez dłu­go­trwa­łe­go pro­fe­sjo­nal­ne­go le­cze­nia nie było szans, żeby zro­bił coś kon­struk­tyw­ne­go ze swo­im ży­ciem.

To wła­śnie ten typ związ­ku, gdzie ko­bie­ty za­ko­chu­ją się w po­ten­cja­le, jaki wi­dzą w męż­czyź­nie. W prze­ko­na­niu, że on jest taki świet­ny, taki faj­ny, tyl­ko pi­cie mu prze­szka­dza. Ten ro­dzaj za­ko­cha­nia jest cha­rak­te­ry­stycz­ny dla dziew­czyn, któ­re ro­bią ka­rie­rę, idą do przo­du i gdzieś „przy­plą­tu­je” im się taki wła­śnie męż­czy­zna. Faj­ny, gdy­by nie jego pi­cie. A że w ży­ciu po­ra­dzi­ły so­bie z wie­lo­ma rze­cza­mi – skoń­czy­ły do­bre stu­dia, utrzy­ma­ły się w ob­cym mie­ście, zdo­by­ły do­brą pra­cę – to uwa­ża­ją, że po­ra­dzą so­bie z uza­leż­nie­niem ko­cha­ją­ce­go i ko­cha­ne­go męż­czy­zny. Tak bar­dzo za­ko­chu­ją się w jego po­ten­cja­le, że po kil­ku spo­tka­niach czu­ją się moc­no za­an­ga­żo­wa­ne w zwią­zek.

Je­śli po pierw­szym spo­tka­niu z męż­czy­zną masz wra­że­nie, że jest su­per, jest do­sko­na­ły, to jest to ra­czej wska­zów­ka, by le­piej mu się przyj­rzeć, a nie od razu tra­cić gło­wę. Taki wnio­sek pły­nie z do­świad­czeń wie­lu lat pra­cy te­ra­peu­tów z uza­leż­nio­ny­mi i współ­uza­leż­nio­ny­mi. „Łup i cza­ry mary” nie może być re­al­ne. Po pierw­szym, dru­gim spo­tka­niu moż­na w so­bie co naj­wy­żej wzbu­dzić za­in­te­re­so­wa­nie.

Tym­cza­sem je­że­li po pierw­szym, dru­gim spo­tka­niu masz wra­że­nie, że ten męż­czy­zna pa­su­je jak bra­ku­ją­cy puz­zel, że jest tym, któ­re­go tak bar­dzo ci w ży­ciu bra­ko­wa­ło, to zna­czy, że pa­trzysz na nie­go z per­spek­ty­wy wła­snych de­fi­cy­tów. Wte­dy wła­śnie zo­sta­je speł­nio­ny pierw­szy wa­ru­nek, ko­niecz­ny, by w przy­szło­ści do­szło do współ­uza­leż­nie­nia.

In­a­czej mó­wiąc, ko­bie­ta musi być „go­to­wa” na spo­tka­nie ta­kie­go męż­czy­zny. Musi mieć swo­iste „wy­po­sa­że­nie” oso­bo­wo­ścio­we (rysy oso­bo­wo­ści za­leż­nej, za­ni­żo­ne po­czu­cie wła­snej war­to­ści), w jej ży­ciu zda­rzy­ły się okre­ślo­ne rze­czy (np. po­cho­dzi z ro­dzi­ny al­ko­ho­lo­wej), żeby aku­rat ten fa­cet był dla niej ni­czym bra­ku­ją­cy ele­ment ukła­dan­ki.

Oso­bo­wość przed­wspó­łu­za­leż­nie­nio­wa

Pierw­szym ele­men­tem jest oso­bo­wość przed­wspó­łu­za­leż­nie­nio­wa, czy­li to, co dzia­ło się przed za­ko­cha­niem. Taka suma do­tych­cza­so­wych do­świad­czeń. U bar­dzo mło­dych dziew­czyn suma wcze­śniej­szych do­świad­czeń spro­wa­dza się do tego, z czym spo­tka­ły się w domu ro­dzin­nym. Wie­le z dziew­czyn lub ko­biet wią­żą­cych się z uza­leż­nio­ny­mi – z wie­lo­let­niej prak­ty­ki te­ra­peu­tycz­nej wy­ni­ka, że jest to zwy­kle oko­ło 60% – mia­ła rów­nież uza­leż­nio­nych oj­ców.

Samo ży­cie z oso­bą uza­leż­nio­ną, miesz­ka­nie z nią pod jed­nym da­chem nie musi do­pro­wa­dzić do tego, że za­ist­nie­je współ­uza­leż­nie­nie. Cza­sem jest tak (cho­ciaż nie­zmier­nie rzad­ko), że ko­bie­ta żyje z uza­leż­nio­nym i nie ma cech współ­uza­leż­nie­nia. Zwy­kle jest to ko­bie­ta w mia­rę sta­bil­na emo­cjo­nal­nie, sa­mo­ste­row­na, czy­li taka, któ­ra jest w sta­nie sama po­dej­mo­wać de­cy­zje.

Mał­żeń­stwo czy zwią­zek, w któ­rym jest pro­blem al­ko­ho­lo­wy, to ro­dzaj re­la­cji za­leż­no­ścio­wej. Co jest ko­niecz­ne, aby za­ist­nia­ło współ­uza­leż­nie­nie? Przy­najm­niej jed­na oso­ba musi mieć rysy oso­bo­wo­ści za­leż­nej (oso­bo­wość może być za­leż­no­ścio­wa z róż­nych po­wo­dów, np. ko­bie­ta mia­ła bar­dzo sil­ną re­la­cję z mat­ką, co też sta­no­wi ro­dzaj za­leż­no­ści; w do­ro­słym ży­ciu też bę­dzie wcho­dzi­ła w re­la­cje za­leż­no­ścio­we z męż­czy­zna­mi). Oso­bo­wość za­leż­no­ścio­wa to wa­ru­nek ko­niecz­ny, żeby współ­uza­leż­nie­nie za­ist­nia­ło.

Ty­pem oso­bo­wo­ści przed­wspó­łu­za­leż­nie­nio­wej jest oso­bo­wość za­leż­na. Mar­tin Se­lig­man, je­den z naj­lep­szych ame­ry­kań­skich psy­cho­pa­to­lo­gów, w Psy­cho­pa­to­lo­gii3 okre­śla oso­bo­wość za­leż­ną jako taką, któ­ra uni­ka od­po­wie­dzial­no­ści. Waż­ne ży­cio­wo de­cy­zje po­dej­mu­ją za nią inni. To inni mó­wią jej, co ma ro­bić, gdzie ma pra­co­wać, z kim się przy­jaź­nić, w co się ubie­rać, jak się za­cho­wy­wać. Taka oso­ba pod­po­rząd­ko­wu­je swo­je po­trze­by po­trze­bom in­nych lu­dzi. Wła­śnie tych, od któ­rych jest za­leż­na. Boi się, że je­śli po­sta­wi na swo­im, to znisz­czy re­la­cję. W oba­wie przed od­rzu­ce­niem zga­dza się na zno­sze­nie krzywd fi­zycz­nych i psy­chicz­nych, na by­cie ofia­rą. Kie­dy zo­sta­je sama, od­czu­wa nie­po­kój i bez­rad­ność. Ma bar­dzo ni­ską sa­mo­oce­nę.

Ten typ oso­bo­wo­ści jest dużo czę­ściej spo­ty­ka­ny u ko­biet niż u męż­czyzn. U bar­dzo wie­lu współ­uza­leż­nio­nych obec­ne są rysy oso­bo­wo­ści za­leż­nej. Więk­szość ma ni­ską sa­mo­oce­nę, boi się, że zo­sta­nie opusz­czo­na, zga­dza się na złe trak­to­wa­nie i nie wal­czy o swo­je pra­wa.

A więc zda­rzy­ło się: „taka” dziew­czy­na spo­ty­ka „ta­kie­go” fa­ce­ta. Co da­lej? W tego ro­dza­ju związ­kach ele­men­tem moc­no łą­czą­cym parę emo­cjo­nal­nie jest ja­kieś nie­co­dzien­ne wy­da­rze­nie. Jed­na z pa­cjen­tek, Łu­cja, po­zna­ła męż­czy­znę i za­czę­ła się z nim spo­ty­kać. Byli do­pie­ro po dru­giej lub trze­ciej rand­ce, gdy za­cho­ro­wał oj­ciec Łu­cji. I ten nowo po­zna­ny męż­czy­zna na­tych­miast się nią za­opie­ko­wał. Przy­jeż­dżał, po­cie­szał, po­le­cił le­ka­rza. Wte­dy ona po­my­śla­ła: „To ten…”.

Nie­co­dzien­ne zda­rze­nia mogą przy­bie­rać róż­ny cha­rak­ter. Oto inna hi­sto­ria. Sta­ni­sła­wa, dzi­siaj pani w śred­nim wie­ku, po­cho­dzi­ła z trud­nej ro­dzi­ny: pi­ją­cy oj­ciec, nie­to­le­ran­cyj­na mat­ka, kil­ko­ro ro­dzeń­stwa. Spo­ty­ka męż­czy­znę, Ma­ria­na, i po krót­kim cza­sie oka­zu­je się, że jest w cią­ży. Re­ak­cja mat­ki: „Masz dwa­dzie­ścia lat, za mło­da je­steś na dziec­ko. Żad­ne­go dziec­ka!”. Mat­ka na­le­ga na abor­cję i ją pla­nu­je. Sta­ni­sła­wa nie mówi o cią­ży chło­pa­ko­wi. Tym­cza­sem w dzień, kie­dy miał się od­być za­bieg, Ma­rian nie­spo­dzie­wa­nie przy­jeż­dża. I sta­now­czo mówi: „Żad­nej abor­cji nie bę­dzie”. W tym mo­men­cie Sta­ni­sła­wa po­ko­cha­ła go na całe ży­cie. I dzi­siaj, cho­ciaż ma pra­wie pięć­dzie­siąt lat, a w jej ro­dzi­nie jest prze­moc i wciąż leje się mnó­stwo al­ko­ho­lu, Sta­ni­sła­wa czu­je się moc­no z Ma­ria­nem zwią­za­na. Po­tem, w te­ra­pii, oka­za­ło się, że to był wła­śnie ten mo­ment, to wią­żą­ce zda­rze­nie. Po tym, jak on wy­ra­to­wał ją przed mat­ką chcą­cą do­ko­nać abor­cji na jej dziec­ku, ona bę­dzie go ko­chać do koń­ca ży­cia.

W wie­lu mi­ło­snych hi­sto­riach współ­uza­leż­nio­nych to się po­wta­rza. Nie­zwy­kłe zda­rze­nie, sy­tu­acja, w któ­rej on się spraw­dził. Albo od­wrot­nie: on do niej za­dzwo­nił, kie­dy w jego ży­ciu dzia­ło się ja­kieś nie­szczę­ście i to ona go ura­to­wa­ła. I tak się za­czę­ło…

Ko­lej­ny przy­kład. Igna­cy moc­no po­pi­jał już od wcze­snej mło­do­ści. Krót­ko po tym, jak za­czął spo­ty­kać się z Au­re­lią, zmarł mu oj­ciec. Nie­spo­dzie­wa­nie. Igna­cy przy­szedł do niej, mó­wiąc o tym smut­nym fak­cie. Za­czął opo­wia­dać, że jego tato za­wsze był taki da­le­ki, rzad­ko by­wał w domu. Pła­kał przy tym rzew­ny­mi łza­mi, za­pew­nia­jąc wy­bran­kę o mi­ło­ści do ojca i o tym, jak sza­le­nie mu przy­kro, że nie po­tra­fi­li się do­ga­dać. Łka­jąc, mó­wił, że w jego wła­snej ro­dzi­nie, w tej no­wej ro­dzi­nie bę­dzie in­a­czej. Za­pew­niał, że bę­dzie ko­chał swo­je dzie­ci, że nig­dy nie po­stą­pi tak jak jego oj­ciec. Że nie do­pu­ści, by jego dzie­ci czu­ły się od­su­nię­te, jak on czuł się od­rzu­co­ny przez swo­je­go ojca, gdy uro­dził się młod­szy brat. Au­re­lia (bar­dzo mło­da oso­ba) po­my­śla­ła na­tych­miast: „To jest od­po­wied­ni kan­dy­dat na męża”. Oczy­wi­ście po­ma­ga­ła mu i bar­dzo go wspie­ra­ła po śmier­ci ojca. Ich mał­żeń­stwo prze­trwa­ło po­nad 20 lat. Póź­niej roz­wie­dli się, a po­wo­dem był al­ko­ho­lizm Igna­ce­go.

To jest wła­śnie ten błysk, coś nie­spo­dzie­wa­ne­go, sil­ne, nie­ty­po­we zda­rze­nie, któ­re na­tych­miast prze­sta­wia zwią­zek na inne tory. Z fa­scy­na­cji – na my­śle­nie o tej dru­giej oso­bie w ka­te­go­rii „To ten (ta) na za­wsze!”. To jest ha­czyk, na któ­ry ła­pie się więk­szość osób wcho­dzą­cych w związ­ki z trud­ny­mi part­ne­ra­mi. Więk­szość ko­biet, któ­re przy­cho­dzą na te­ra­pię, mówi: „On zro­bił to…, on po­wie­dział tam­to…”. Opi­su­ją przede wszyst­kim za­cho­wa­nie męża (part­ne­ra), a nie mó­wią o so­bie.

Przy­sto­so­wa­nie do pa­to­lo­gicz­nej sy­tu­acji

Trze­cim nie­odzow­nym ele­men­tem współ­uza­leż­nie­nia jest przy­sto­so­wa­nie do pa­to­lo­gicz­nej sy­tu­acji. Ży­cie z oso­bą uza­leż­nio­ną od al­ko­ho­lu po­le­ga na tym, że co­dzien­nie zda­rza­ją się nie­zwy­kłe rze­czy. Nie­zwy­kłe w ne­ga­tyw­nym sen­sie. Nie­zwy­kłe, bo dziw­ne. Nie­zwy­kłe, bo trud­ne. To nie są zda­rze­nia, któ­re zwy­kli lu­dzie spo­ty­ka­ją co­dzien­nie.

Jed­na ze współ­uza­leż­nio­nych opi­sy­wa­ła, że ży­cie z uza­leż­nio­nym part­ne­rem to jak­by co­dzien­nie mieć wy­pa­dek sa­mo­cho­do­wy. Jak­by każ­de­go dnia od nowa prze­ży­wać ka­ta­stro­fę.

Gdy ob­ser­wu­je­my ko­bie­tę współ­uza­leż­nio­ną, do gło­wy przy­cho­dzą py­ta­nia: „Jak ona daje radę? Jak to moż­li­we, że sen­sow­na oso­ba, któ­ra do­brze ra­dzi so­bie w pra­cy, wy­cho­wu­je dzie­ci, świet­nie go­tu­je, ma wy­sprzą­ta­ne miesz­ka­nie, zga­dza się być tak źle trak­to­wa­ną? Zga­dza się na to, że w jej domu dzie­ją się rze­czy, któ­re się tam ab­so­lut­nie dziać nie po­win­ny? Zga­dza się, żeby fa­cet był w domu nie­obec­ny, nie brał udzia­łu w ży­ciu ro­dzi­ny, w wy­cho­wa­niu dzie­ci?”. Od­po­wie­dzą jest wła­śnie ten trze­ci ele­ment po­trzeb­ny do za­ist­nie­nia współ­uza­leż­nie­nia, czy­li przy­sto­so­wa­nie do pa­to­lo­gicz­nej sy­tu­acji.

Każ­dy z nas ma pew­ną to­le­ran­cję na nie­prze­wi­dzia­ne za­cho­wa­nia in­nych. Na przy­kład to­le­ran­cja na­uczy­cie­lek ze szkół spe­cjal­nych na nie­ty­po­we za­cho­wa­nia pod­opiecz­nych jest ogrom­na. Ktoś inny po kil­ku mi­nu­tach miał­by dość. Po­dob­nie oso­ba, któ­ra wie­le lat prze­pra­co­wa­ła na od­dzia­le psy­chia­trycz­nym. Dla niej ist­nie­je inna gra­ni­ca „nor­mal­no­ści”, gdzie nie­co­dzien­ne sta­je się co­dzien­ne, a za­cho­wa­nie na po­gra­ni­czu nor­my prze­sta­je się po­strze­gać jako nie­ty­po­we. Inny czło­wiek był­by zdu­mio­ny: „O rany, co się dzie­je?”. Do­kład­nie tak samo moż­na „wy­ćwi­czyć” to­le­ran­cję na dziw­ne i pa­to­lo­gicz­ne za­cho­wa­nia w związ­ku.

Lu­dzie mają dużą zdol­ność ad­ap­ta­cji i jest to ce­cha, któ­ra im bar­dzo po­ma­ga. Ale tak jak je­ste­śmy w sta­nie przy­zwy­cza­ić się do rze­czy do­brych, tak samo je­ste­śmy w sta­nie przy­zwy­cza­ić się do róż­ne­go ro­dza­ju pa­to­lo­gii.

Uza­leż­nio­ny męż­czy­zna nie fun­du­je żo­nie czy part­ner­ce od razu wszyst­kich ostrych nu­me­rów. Nie za­cznie od prze­pi­cia ca­łej wy­pła­ty albo po­chop­ne­go wzię­cia kre­dy­tu… Naj­pierw są drob­ne rze­czy. Spóź­ni się, nie przyj­dzie na im­pre­zę albo przyj­dzie i na tej im­pre­zie się upi­je. Albo któ­re­goś dnia za dłu­go z ko­le­ga­mi gdzieś so­bie po­sie­dzi. Po ty­go­dniu, dwóch, mie­sią­cu wy­da­rzy się ja­kaś ko­lej­na przy­kra hi­sto­ria. Tych mo­men­tów bę­dzie z bie­giem cza­su co­raz wię­cej. Im dłu­żej uza­leż­nio­ny bę­dzie pił, tym ta­kich sy­tu­acji bę­dzie wię­cej.

Ale ko­bie­ta uczy się so­bie z tym ra­dzić. Wy­brnę­ła raz, dru­gi, pią­ty… Po­ra­dzi­ła so­bie i przy­zwy­cza­iła się, że na męża (part­ne­ra) nie może li­czyć. Przy­zwy­cza­iła się, że jak gdzieś wy­cho­dzą, to ona musi o wszyst­ko za­dbać. Naj­waż­niej­sze jest, żeby on przy­szedł o okre­ślo­nej go­dzi­nie i nie był pi­ja­ny, całą resz­tą ona się zaj­mie.

Spra­wa fi­nan­sów. Każ­da para