Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Na Alasce nie ma miejsca na słabość, a moc międzyludzkich więzi mierzy się odwagą. Nad rzeką Kenai żyją rybacy, traperzy, myśliwi: nieustraszone kobiety i nie zawsze trzeźwi mężczyźni; zuchwałe dzieciaki i lokalni odszczepieńcy. Bohaterów u Moustakis jest wielu, a wszystkich łączy cięty język i determinacja. W jej opowieściach nawet zwierzęta wydają się mówić, tocząc tę samą walkę z żywiołami.
W opowiadaniach ze zbioru Alaskę masz we krwi, uhonorowanego Nagrodą im. Flannery O’Connor, Melinda Moustakis zaczerpnęła z dziedzictwa własnej rodziny osadników, by po mistrzowsku opisać surowe krajobrazy amerykańskiej Północy i równie surowe relacje między ludzmi. Dekonstruuje legendę Alaski, kreśląc mapę blizn jej najwytrwalszych mieszkańców.
„W swoim debiutanckim zbiorze opowiadań Moustakis prezentuje czytelnikom świat twardych bohaterów, zapierającej dech w piersiach przyrody i duchowej siły bezwzględnej jak alaskańska zima. [...] Moustakis jest niezwykle zdolna, a jej skupienie na detalu oraz bezkompromisowość jej prozy z pewnością zyskają uznanie czytelników.” „Publishers Weekly”
„Zbiór „Alaskę masz we krwi” zanurza czytelnika głęboko w poplątanych relacjach i pięknych krajobrazach. Niewielka tratwa spleciona z trzynastu powiązanych ze sobą opowiadań okazuje się wszystkim, co niezbędne, by przetrwać w lodowatych wodach Alaski […]. Melinda Moustakis posługuje się słowami uważnie i z humorem, ślizga się między tematami z gracją łyżwiarki, niezależnie, czy opisuje akurat tarło oszalałych łososi w rzece Kenai, czy rozkrzyczane dzieci ratujące ptaka, który wpadł do wychodka.” „High Country News”
„Opowiadania Moustakis wyrastają z krótkich obrazków, a traktują o trudnym dzieciństwie, łowieniu ryb, polowaniu, piciu i przeżywaniu smutku, tworząc przy tym sagę wielopokoleniowej rodziny osadników.” „Kansas City Star”
„Moustakis buduje zapadające w pamięć postaci [...], które muszą zbyt szybko – „na siłę” – dorosnąć wśród dziczy, o ile nie chcą uciec z podkulonym ogonem do „dolnych czterdziestu ośmiu stanów, do Nashville czy Omahy”.” „Shelf Awareness”
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 205
Data ważności licencji: 9/19/2031
Opowiadania są gatunkiem narodowym Ameryki, jej rdzeniem, nerwem, pulsem. Precyzyjne i gęste, znakomicie opisują rzeczywistość (a czasem nadrzeczywistość), chwytają historie i obrazy. Dla literatury są tym, czym jazz dla muzyki.
W serii prezentujemy zbiory opowiadań najwybitniejszych amerykańskich twórców – powstałe zarówno przed wieloma laty, jak i współczesne; książki ważne, głośne, nagradzane, ale także elektryzujące debiuty.
Dotychczas ukazały się:
Carson McCullers, Komu ukazał się wiatr? Opowiadania zebrane
Deesha Philyaw, Sekretne życie pobożnych kobiet
John Cheever, Wizja świata. Opowiadania wybrane
Lucia Berlin, Instrukcja dla pań sprzątających
Breece D’J Pancake, Trylobity. Opowiadania zebrane
Nicole Krauss, Być człowiekiem
Lorrie Moore, Ptaki Ameryki
Lydia Davis, Asortyment strapień
Tim O’Brien, To, co nieśli
Kolejna książka w serii:
Raymond Carver, O czym mówimy, kiedy mówimy o miłości / Katedra
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Tytuł oryginału angielskiego Bear Down, Bear North. Alaska Stories
Projekt okładki Agnieszka Pasierska
Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś
Ilustracja na okładce: Rie Muñoz, Tenakee Medivac (1993)
Copyright © 2011 by Melinda Moustakis
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2026
Copyright © for the Polish translation by Jarek Westermark, 2026
Opieka redakcyjna Dariusz Sośnicki
Redakcja Dorota Koman
Korekta Agata Milewska / d2d.pl, Monika Paduch / d2d.pl
Skład Małgorzata Poździk
Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl
ISBN 978-83-8396-348-8
Dla mojej matki i mojego ojca,
Constance i Michaela, za ich
miłość, wsparcie i rady
*
Dla wujka Sonny’ego, który zabiera
mnie na ryby i opowiada historie
*
Dla Mike’a, Melainy,
Sama i Kamala
Poczęto cię na zwyżce myśliwskiej, tak mówią.
To znaczy: nie mieliśmy innego miejsca.
Gospodarstwo wypełniają bracia i siostry mojej matki. Na kuchence gar kartoflanki tak wielki, że najadłoby się dwadzieścia osób. Oto więc moja matka, ostro rypana na drewnianej platformie wśród gałęzi. A to mój ojciec z palcem na spuście – na wszelki wypadek.
Mówią, że łosia trzeba od razu wybebeszyć, bo inaczej jego mięso zgnije pod skórą.
To znaczy: nie potrafiliśmy się powstrzymać.
W noc mojego poczęcia ojciec trafił łosia prosto w oko, przestrzelił mu czaszkę, mózg, kości na wylot. Matka znalazła pocisk z zabarwionym czerwienią czubkiem w gorącej ziemi tego słonecznego lata. Pocisk stoi teraz na kominku obok pożółkłej fotografii, na której matka z ojcem podtrzymują poroże martwego byka.
Mówią, że przyszłaś na świat z wielkim hukiem.
To znaczy: postaraj się na nas zasłużyć.
Stoi w szpitalnym holu, naga. Wabiki wahadłowe, obrotówki, gumy, muchy wędkarskie i haczyki pokrywają jej ciało. Metalowe błystki, lśniące, nakrapiane rippery, pióra, fragmenty futra, wiązanki z włosia, koraliki w jaskrawych odcieniach fioletu, czerwieni i żółci; wszystko to, co pozwala łowić żyjące w rzece Kenai pstrągi tęczowe, łososie czerwone czy królewskie.
Ktoś przychodzi z haczykiem wbitym w nos, wargę, szyję, rękę. Lekarka kręci głową. Haczyk sięga głęboko, ciągnie, zadzior grzęźnie w mięśniu, więc musi wypchnąć go na drugą stronę. Pacjent wzdycha z ulgą, gdy zakrwawiony haczyk ląduje na metalowej tacce. Bawełna nasiąka krwią, lekarka zmienia gazik. Czasem trzeba zszywać. Dziś wystarczy taśma opatrunkowa.
Po wyjściu pacjenta lekarka obmywa haczyk pod kranem. Zanurza go w płynie dezynfekującym. Mijając stanowisko pielęgniarek, rzuca:
– Mam kolejny.
Pielęgniarki ruszają za nią w swych białych butach z amortyzacją.
– Zgadujcie – mówi lekarka.
Pielęgniarki wskazują niezajęte punkty na ciele damskiego manekina. Tutaj. Nie, tutaj.
Lekarka dotyka sklepienia stopy.
– Tutaj.
Zostało niewiele wolnych miejsc.
– Czy oni kiedyś zmądrzeją? – pyta.
Jaki dźwięk wydaje rzeka? Dźwięk żyłki wędkarskiej, gdy wsuwa się pod powierzchnię? Kenai to tłusta arteria, rozdęta brązową wodą z górskich odwilży, ze strumienia Wally Creek i dolnego biegu rzeki Killey, owinięta wokół wyspy, na której stoi dom lekarki. Kenai to sznur, dusi połać ziemi w powolnym wężowym uścisku.
Łososie płyną z rzeki do oceanu. Na diecie z krewetek i kałamarnic nabierają ciała, rosną, osiągają dwukrotnie większy rozmiar. Tysiące mil później chwyta je rozdzierająca tęsknota za mlecznym błękitem wód Kenai. Ich ciała przebiega dreszcz, nagły impuls burzy krew i w jednej chwili zwracają się na północ, tam gdzie ich dom.
Dwóch kumpli idzie na pstrągi tęczowe, wybierają Kuchnię, czyli wyjątkowo rybny punkt na styku jeziora Skilak z rzeką Kenai. Jest wczesny ranek, wilgoć pokrywa skrzynkę ze sprzętem rybackim, siedzenia. Kumple dawno nie łowili, bo jeden z nich przewrócił się i paskudnie złamał nogę. Ma w kości metalową śrubę.
Piją kawę z whiskey. Ten ze złamaną nogą zacina pstrąga. Drugi zwija swój zestaw, unosi podbierak.
Pstrąg walczy. Rzuca się, skacze, rozrabia. Pierwszy mężczyzna napina mięśnie, przenosi ciężar na zdrową nogę.
– Jest tuż-tuż – mówi.
Jednak drugi nie trafia podbierakiem.
– Oślepłeś? – pyta pierwszy.
– Ale przynajmniej obie nogi mam dobre – odpowiada drugi.
– Tym razem go capnij.
Drugi czeka w gotowości z siatką w dłoni. Pstrąg skręca się pod wodą, wypluwa przynętę. Żyłka zwisa luźno. Pierwszy robi chwiejny krok, kładzie dłoń na oparciu siedzenia, żeby złapać równowagę. Ciska wędkę na pokład.
– Wyłowię następnego – mówi drugi.
Pierwszy prycha i wali pięścią w siedzenie.
– Dobra, dobra. – Zgina się, chce podnieść wędkę, ale źle staje, ślizga się na deskach i upada, trafiając przy tym głową w drugą wędkę, pozostawioną w uchwycie.
Drugi pomaga mu wstać. Widać krew. Pierwszy jest sczepiony z wędką – haczyk przebił mu czubek ucha.
– Przeszedł na wylot – stwierdza drugi. Przecina żyłkę i sięga, żeby odciąć zadzior.
– Zostaw – mówi pierwszy. – Będę mógł potem opowiadać, że złowiłem pstrąga, choć miałem haczyk w uchu.
Ciało manekina pokrywają muchy wędkarskie: kępki króliczego futra, fragmenty włóczki, nitek. Lekarka wbija haczyk po lewej stronie głowy, tam gdzie byłoby ucho. Mężczyzna przebił sobie prawe, ale ten bok manekina jest już zapełniony.
Jaki dźwięk wydaje rzeka? Dźwięk topnienia lodowców? Echo powietrza i światła? Kenai przybiera nudną barwę pyłu. Woda nieruchomieje przy brzegach – odbija drobne odpryski słońca. Nikt nie wie, gdzie kończy się rzeka, a rozpoczyna wyspa.
Gwiazdy, niebo i księżyc – oto koordynaty z rozszczepionego światła. I właśnie dzięki nim – oraz woni żwiru – wszystkie trafiają do ujścia Kenai. Ich skóra połyskuje jak ostrze noża, ich mięso czerwienieje. Po rzęsistych deszczach, gdy poziom wody wzrasta, napierają na rzekę. Zakrzywiają im się szczęki, rosną wilcze zęby.
Mężczyzna i jego syn są niezadowoleni. Dryfują na tratwie w dół Kenai. Żaden się nie odzywa. Mężczyzna wziął syna ze sobą w nadziei, że wreszcie znajdą słowa. Nie znaleźli ani słów, ani ryb. Tratwa jest załatana w dwóch miejscach – granatowe kwadraty wycięte z gumy. Linie kleju dookoła nich połyskują na wyblakłym drewnie.
Mężczyzna prowadzi tratwę wokół żwirowej łachy. Jego syn zaczyna zwijać żyłkę, która niespodziewanie drga. Syn szarpnięciem zacina rybę, po czym daje luz.
– Siedzi! – woła do ojca.
Pstrąg jest przepiękny – sześćdziesięcioośmiocentymetrowa samica z zaokrągloną głową, połyskująca jak żywe srebro. Chłopak ją wypuszcza.
– Przecież wolno nam złowić jedną na kolację – mówi mężczyzna.
– Za ładna – odpowiada chłopak. Patrzy, w którą stronę zarzucić wędkę.
Mężczyzna podchodzi od tyłu, chce rozłożyć sieć. Haczyk tnie powietrze, mężczyzna czuje ostry ból w oku. Zakrywa je dłonią.
– Nie dotykaj – mówi syn.
Haczyk sprawia, że oko mężczyzny nie domyka się, kiedy mruga. Każde mrugnięcie wywołuje falę bólu. Mężczyzna przytrzymuje powiekę kciukiem i palcem wskazującym.
– Kieruj – mówi.
Syn dobija do brzegu. Biegnie do drzwi najbliższej chaty, puka, zagląda przez okno. Pusto. Dopiero w następnym budynku znajdzie rozwiązanie problemu.
Mężczyzna stoi na brzegu. Widzi niewyraźnie, przez łzy. Wciąż czuje rwący ból, ale ten ból jest przyjemny.
Lekarka wyciąga haczyk. Zachowuje spokój. Kiedy tym razem staje przed manekinem, omiata wzrokiem jego barwną topografię – błystki, gumy, muchy.
– Przepraszam – mówi, po czym dźga manekina w oko.
Jaki dźwięk wydaje rzeka? Erozji brzegów? Znikania kamieni? Kenai przybiera odcień kurzu. Jej szeroki nurt brnie naprzód pod halkami wyspy, w bystrzach wirują gałęzie, patyki i różne śmieci. Pajęczyny rozłożonego, rozpulchnionego mięsa suną w dół rzeki, tworzą miękką pulpę.
Zmagają się z rzeką, kamieniami, niedźwiedziami, z haczykiem na żyłce. Łososie przestają jeść, ich żołądki zamykają się, skóra szkarłatnieje, głowy pokrywa zieleń.
Bracia stoją na starym molo. Jeden pokazuje drugiemu, jak filetować łososia, nie marnując mięsa. Nóż jest nowy.
Starszy robi krok w tył, podaje nóż młodszemu. Młodszy trzyma go, pochylają się nad łososiem. Pod ich stopami pęka spróchniała deska.
Młodszy spada pierwszy, nóż rozcina przedramię starszego. Lądują na kamieniach, spękane drewno ściska ich w pasie. Krew z rany kapie na molo.
Ojciec zawozi ich do szpitala na założenie szwów.
Lekarka mówi:
– Upiekło się wam. Czyste cięcie. Ominęło żyły i ścięgna.
Starszy nie wini młodszego. Młodszy wini drewno, próchnienie, molo – ale nie wini noża.
Lekarka mija kukłę – tego dnia nikt się na nic nie nabił. A gdyby nawet, gdzie umieściłaby haczyk? Kończy jej się miejsce. Nadchodzi czas nowego manekina.
Wyspa odbija się w wodzie, drży na powierzchni. Przychodzisz czy odchodzisz, rzeko? Kenai jest mlecznobiała, zdobiona wstęgami zieleni i brązu, szaleje, odpoczywa.
I rzeka pęka w szwach – kłębowisko łososi pełnych ikry, mleczu, mięśni. Przychodzisz czy odchodzisz?
Pewnego wieczoru przewodnik idzie do baru po całym dniu spędzonym na rzece i spotyka dziewczynę. To kelnerka z Suzie’s, odkłada pieniądze na studia i wyjazd z Alaski. Dostała stypendium za wyniki w biegu przez płotki. On dopiero co wrócił z wojska, stacjonował w Teksasie, ale mówi, że na Hawajach. Ona zawsze chciała wyjechać na Hawaje. W środę o siedemnastej zgarnia ją z pola kempingowego Bing’s Landing, żeby opowiadać jej o wyspach oraz o przezroczystej, lśniącej wodzie, którą zna wyłącznie z czasopism.
Ona przynosi ze sobą jedzenie z baru: kurczaka, frytki, bułeczki. On przynosi apetyt.
Łowią dwie palie dolly varden. On jedną zatrzymuje.
– Myślałam, że je wypuścimy – mówi ona.
– Jedną sztukę dziennie wolno złowić – mówi on.
Słońce pali jej ramiona. Jego ciekawi, czy zejdzie jej skóra, odsłaniając połacie bladego ciała. Zatrzymują się na ustronnej plaży, żeby coś zjeść.
– Uśmiechnij się – mówi on.
Ona zaciska zęby, ale usta jej drżą.
– Umiesz, prawda?
Usta są mu posłuszne, robią jej na złość.
On odpowiada uśmiechem.
– Na Hawajach jest pięknie – mówi. – Powinnaś tam ze mną polecieć.
– Na której wyspie mieszkasz? – pyta ona.
On przysuwa się bliżej, koniuszkiem palca kreśli kółko na jej zaróżowionym ramieniu.
– Boli?
Ona strząsa z siebie jego dłoń.
– Połówmy jeszcze ryby.
Chwyta ją za ramię.
– Zostańmy tu.
Mogłaby uciec. Wrzeszczeć. Podnieść kamień. Dostrzega stary haczyk na ziemi. Znów się do niego uśmiecha, siada, zakrywa haczyk lewą ręką. Całuje go, ściskając broń w lewej dłoni. Bada opuszkami palców jego usta, sięga do środka, dotyka zębów, odsłania błyszczącą czerwień jego dolnej wargi. Patrzy mu prosto w oczy. Potem uderza haczykiem z góry, przebija ciało. On zwija się z bólu, a ona zostawia go na brzegu, odchodzi. Jemu zostanie blizna, przez którą nigdy tego nie zapomni. Ona już nigdy nie wyjdzie z domu bez haczyka w kieszeni.
Chłopak przychodzi sam. Tłumaczy się mętnie. Przyjaciel przebił mu wargę, zarzucając wędkę. Lekarka widzi jego spojrzenie ślizgające się po jej ciele. Kiedy wyciąga haczyk, nie jest tak delikatna, jak powinna. Miejsce ukłucia sugeruje intymną sytuację, a stary haczyk obnaża kłamstwo chłopaka.
– To był wypadek? – pyta ona.
– Jak mówiłem – odpowiada on.
– Każ przyjacielowi kupić nowe haczyki.
Lekarka uśmiecha się, znajduje palcem odpowiedni punkt i wbija haczyk w ciało manekina, tuż pod wargą, nad brodą.
Jaki dźwięk wydaje rzeka? Bełkocze? Paple? Kenai jest zielona od mułu, jadeitowa, perłowa, zakorkowana splotem pni i gałęzi. Wyspa tonie, zapada się.
Pokonują bystrza, omijają głazy, dzień po dniu. Wpływają w zakole i nurt zwalnia. Tak. Tutaj. Ich najwcześniejsze wspomnienie rzeki. Żwir, w którym przyszły na świat. Samica drży, napręża grzbiet, a ikra opada, uwolniona, przezroczysta. Samiec podpływa i zapładnia jaja.
Dwaj kumple backtrollingują, łowią łososie królewskie. Rzucili kotwicę i wypili kilka piw w oczekiwaniu, aż gruba ryba weźmie przynętę.
– Widziałeś gdzieś mój zielony bączek spin’n’glow? – pyta Jay. – Chcę go założyć, kiedy zwiniemy żyłki.
– Szukałeś w pudełku? – odpowiada D.
– Musi gdzieś tu leżeć – mówi Jay.
– Pewnie jest wśród tych dwudziestu, które zakładałeś poprzednio. – D. kręci korbką kołowrotka. – Założyliśmy ich mnóstwo. Nie wiem, jakim cudem ryby nie chcą brać.
– Czekaj tylko, aż znajdę mój bączek – mówi Jay.
D. siada na krześle.
– Kimnę się. Trzeba korzystać z okazji.
– Śmiało – mówi Jay.
D. smacznie zasypia, chrapie jak niedźwiedź.
– Beznadzieja – mruczy Jay.
Żyłka D. napina się z trzaskiem.
– Masz branie – mówi Jay.
D. podrywa się natychmiast, zacina. Jay zwija swoją żyłkę, szykuje sieć.
– To mój zielony bączek – mówi nagle Jay.
– Nie, to mój żółty – mówi D.
– Na pewno?
– Wygląda na zielony, bo jest pod wodą.
Jay wyciąga łososia. Nieruchomieje z drewnianym młotkiem nad głową ryby.
– To mój bączek.
– Nie, mój – mówi D.
Ryba trzepocze się na pokładzie między nimi.
– Chcesz powiedzieć, że kupiłeś identyczny? Taki sam jak ten, który akurat mi zginął?
– Daj młotek – mówi D. – Potem wyjaśnimy.
– Kłamiesz – mówi Jay. – Zrobili mi go na zamówienie w Townie’s. Ze specjalnymi skrzydełkami z folii mylarowej. – Podchodzi do szalejącej ryby. – Nie zasługujesz na tego łososia.
– Ani mi się waż – mówi D.
Jay schyla się, chwyta rybę, ciska za burtę. D. wpada w furię, rzuca się na niego z pięściami. Tarzają się po dnie łodzi. D. nagle skowyczy jak pies i Jay go puszcza.
– W porządku?
D. obraca się na bok. Haczyk od przynęty wbił mu się głęboko w plecy.
Jay dotyka haczyka.
D. jęczy.
Ponieważ Jay uważa, że dobrze mu tak, ponownie dotyka haczyka i czeka, aż D. stęknie z bólu.
– Nie ruszaj się – mówi Jay. – Nic nie rób.
Jay pyta lekarkę, czy może zabrać zielony bączek.
– Decyzja należy do naszej grubej ryby – mówi lekarka, wskazując na D.
– Nie chcę go – mówi D. – I nie chcę, żeby on go dostał.
– W porządku – mówi ona.
– Wbij go w tę wielką lalę voodoo, co stoi w holu – mówi D.
Lekarka odczuwa każde ukłucie, każdy wbijany haczyk na własnym ciele, ukłucia spływają falą od jej głowy aż do stóp. Każdy haczyk jest przymocowany do żyłki, żyłka do wędki, do ciała trzymającego wędkę, a każde ciało pokrywają kolejne haczyki, które szarpią, rozwierają płaty mięsa, kieszonki z krwią – pajęczyna czerwieni.
Dwa dni później lekarka mija manekina, niosąc trzy karty pacjenta, i kątem oka dostrzega, że Jay wybiega z holu.
– Zatrzymać go! – woła i rusza w pogoń.
Mężczyzna we flanelowej koszuli chwyta Jaya i powala go na chodnik. Lekarka wyciąga dłoń.
– Oddawaj – mówi.
– Nie – mówi Jay.
Mężczyzna we flanelowej koszuli wyrywa mu z zaciśniętych palców zielony bączek.
Lekarka stoi nad Jayem i kręci głową.
– Nawet nie wiesz, co zrobiłeś – mówi.
Rzeka Kenai – turkusowa żyła, klarowna, szklana, niezmienna – tuli wyspę, kołysze drzewa do snu. To nie jest ani dzień, ani noc, ani poranek, a lekarka nadal czuwa, siedzi przy wygasłym palenisku, gdy po drugiej stronie rzeki mężczyzna zarzuca wędkę – rzut, spływ i prowadzenie, rzut.
Dni są długie i chude. Łososie trzymają się płycizny wśród gnijących drzew. Kenai sięga po ryby palcami, szarpie je za ogony, ściąga w główny nurt. Łososie walczą z wodą w takt ostatnich uderzeń serca, a kiedy rzeka odnosi zwycięstwo, spływają z nurtem, karmią sobą inne zwierzęta. Ich ciała płyną w dal, porozbijane, poddane rzece.
Mężczyzna płynie łodzią po jeziorze Skilak, tam gdzie rzeka Kenai bierze swój początek. Trzej chłopcy rzucają kamieniami z brzegu. Gdy mężczyzna podpływa bliżej, widzi ich cel – podtopioną kłodę. Tyle że to wcale nie jest kłoda. Przegania chłopców, każe im wrócić do domu. Jednak oni oddalają się tylko kawałek i wciąż obserwują. Słyszał o zaginięciu kobiety tydzień temu. Ciała topielców puchną i toną, by potem znów wypłynąć na powierzchnię. Ma na sobie zieloną kurtkę, mężczyzna chwyta ją prawą ręką za kołnierz, a lewą steruje. Włosy zasłaniają jej twarz. Mężczyzna płynie do brzegu i mówi chłopcom, żeby odwrócili wzrok, ale się gapią. Woda jest głęboka najwyżej na metr, mężczyzna wyłącza silnik, wyskakuje, trzyma i kobietę, i łódź, ciągnie obie w stronę lądu. Chłopcy podchodzą, żeby przytrzymać łódź. Mężczyzna nie ma wyboru, musi wyciągnąć ciało na brzeg. Ponieważ kobieta zaginęła tydzień temu i przez cały ten czas leżała w wodzie, odpada jej twarz. W czaszce widać krater – dziurę po kuli. Mężczyzna odwraca się plecami. Chłopcy zakryli już oczy. Mężczyzna mocuje się z zamkiem skrzynki na narzędzia. Mewy ogłaszają swoją obecność, przelatują im nad głowami, opadają całym stadem, a mężczyzna pośpiesznie rozwija brezent, żeby zakryć ciało. Wiatr szarpie za brezent, odsłania twarz bez twarzy, mężczyzna zbiera kamienie, żeby docisnąć rogi. Chłopcy rzucają kamieniami w mewy.
Manekin jest pełen – odziany we włosie jelenia, królika, łosia, w przepiórcze pióra, druty, haczyki, w wielobarwną suknię. Obok stoi nowy manekin, połać ziemi dziewiczej. Lekarka usłyszała już o dziewczynie znalezionej w rzece, o dziurze po kuli z tyłu jej głowy. Dziewczyna nazywała się Casey Bakten, mieszkała z matką w Sterling, miejscowości obok Soldotny. Lekarka patrzy na nowego manekina, jednak tej historii nie ma jak uwiecznić – jest zbyt wielka. Aż przysiada na myśl, że podobne rzeczy dzieją się na świecie właśnie teraz, gdy ona ma przed sobą chybotliwy stolik zasypany czasopismami. Wbija sobie pięść w brzuch i nagle przenosi się tam, na miejsce zdarzenia. Stoi w rzece, jej wodery wypełnia woda, robią się coraz cięższe, aż wreszcie podrywa je, robi krok do tyłu, w kierunku brzegu, ale ślizga się, wpada pod powierzchnię, znika, a prąd porywa ją, ciągnie za kostki, rzuca w sam środek wiru. Tam roztapia się, płynna, rozgrzana, jej członki stapiają się z resztą ciała, najpierw stopy, potem ramiona, palce. Wrzeszczy metalem, stygnąc, aż rozżarzone jądro przybiera kształt pocisku.
– Wyłącznie haczyki – oznajmia nowemu, pustemu manekinowi. – Sił starczy mi na tylko jedną walkę.
Lekarka siedzi na brzegu. Słońce skacze ze skalnej półki i rozsnuwa się w górach. Lekarka myśli o ciałach, o haczykach z metalu, najwcześniejszym wspomnieniu związanym z rzeką. Pierwszy posmak i pierwszy dźwięk – ciche szepty wokół aureoli jej szyi.
Lekarka wie, że nowy manekin już na nią czeka. Ale jak ma uwiecznić na nim tę historię? Mężczyzna ma wygodną chatę przy brzegu Kenai, mieszka sam. Jego dni na rzece biegną to zbyt wolno, to zbyt szybko. Podczas zbyt szybkich zatrzymuje ciężarówkę przy Good Time Charlie’s i zagaduje dziewczynę z przedziałkiem na bok. Najpierw zwraca uwagę na białą linię skóry na jej głowie. Czuje się dobry i bogaty, więc proponuje jej podwójną stawkę i zawozi do siebie. Spędzają razem mniej więcej godzinę, a śmiech dziewczyny wypełnia chatę, w której mieszka zupełnie sam. Gotuje dziewczynie posiłek. Potem zaprasza ją na pokład swojego małego samolotu – zrobił licencję pilota, żeby tropić z powietrza łosie i niedźwiedzie. Dziewczyna jest zachwycona widokiem rzeki i gór, popija wino z butelki, którą zabrał ze sobą. Mężczyzna ląduje w niewielkiej kotlinie i oferuje jej jeszcze więcej pieniędzy, żeby się rozebrała. Dziewczyna robi show, rzuca mu zieloną kurtkę, kiedy on nadal siedzi na fotelu pilota. Uśmiecha się, upuszcza jej rzeczy na ziemię. Ona stara się nie dygotać z zimna. kiedy staje przed nim naga, a on mówi:
– Zdejmij biżuterię.
Ona odpina bransoletkę, ściąga pierścionki, okrągłe kolczyki. On nadal się uśmiecha, ona nie wie, co robić dalej. On wyciąga strzelbę, strzela na lewo od niej.
– Co ty wyprawiasz?! – wrzeszczy ona.
Kolejny strzał.
– Biegnij – mówi on.
Ona odwraca się i rzuca do ucieczki. Wyżej na zboczu widzi osłonięte miejsce, macha rękami, żeby przyśpieszyć. On strzela tuż obok niej, żeby usłyszeć jej krzyk. A potem strzela jej w plecy. Ona pełznie w stronę drzew. Gdy on podchodzi bliżej, słyszy jej jęk. Myśli, że niedźwiedzie jęczą dokładnie tak samo.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.
WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.
czarne.com.pl
Wydawnictwo Czarne
@wydawnictwoczarne
Sekretariat i dział sprzedaży:
ul. Dukielska 83C, 38-300 Gorlice
Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa
Dział promocji:
al. Jana Pawła II 45A lok. 56
01-008 Warszawa
Opracowanie publikacji: d2d.pl
ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków
tel. +48 12 432 08 50, e-mail: [email protected]
Wołowiec 2026
Wydanie I
