Alabastrowe panny - Dorota Pasek - ebook

15 osób właśnie czyta

Opis

Dwa odrębne światy, które ze sobą żyć nie umieją, a bez siebie żyć nie mogą.

Wielkie starcie dwóch potężnych sił. Wysokie rody z Kharu i draińskie Przewodniczki. Żołnierze i wiedźmy. Intrygi i porywy serca.

Wejdź w ich świat, ale nie zapomnij - jedną rękę zaciśnij na mieczu, drugą na Wstędze Życia.

Na zamieszkaną przez Drainów Aberię razem z wodą z topniejących wiosną śniegów spływają z gór hordy uzbrojonych po zęby Kharów. Wojska obu nacji ścierają się w kilku bitwach, ale pokojowo nastawieni Draini nie mają żadnych szans z urodzonymi wojownikami, którzy splądrowali pół kontynentu.

Do spokojnego, dostatniego Agneis przybywa sztab kharskich wojsk z najważniejszą osobą – dowódcą. Khaben Khar to człowiek surowy i zdecydowanie dążący do celu. Naprzeciwko niego staje Sinka, właścicielka Agneis, Przewodniczka o niepojętych dla Kharów zdolnościach. Sinka pokaże Khabenowi świat, którego istnienia nie podejrzewał, i zada pytanie, na które Khar nie zechce lub nie będzie umiał odpowiedzieć: kim jest i czego szuka?

Miesiąc przejdzie za miesiącem, lato przeminie, jesień odfrunie z liśćmi, a zimowe śniegi będą padać dzień za dniem. Co wydarzy się w Agneis, posiadłości odciętej od świata, kiedy naprzeciwko siebie staną kharscy wojownicy i draińskie Przewodniczki?

Dorota Pasek – autorka dobrze przyjętych przez czytelników powieści Czas gniazdowania i Dziewczyna od trawnika. Alabastrowe panny to pierwsza część cyklu fantasy pt. Królowe Kharu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 571

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dorota Pasek Alabastrowe panny ISBN Copyright © by Dorota Pasek, 2019All rights reserved Redaktor Paulina Kaczmarek Projekt okładki i stron tytułowych Mariusz Kula Ilustracje Mariusz Kula Opracowanie graficzne i techniczne Barbara i Przemysław Kida Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

1

Sinka kochała ten sad nie tylko dlatego, że uwielbiała zjadać kruche, soczyste owoce. Gdy wchodziła w szpaler drzew, miała wrażenie, że jabłonie czują to samo co ona i dzielą się swoją siłą. Gałęzie dotykały jej twarzy i ramion, jakby pieściły je muśnięciami. Uśmiechała się do nich i co chwila przystawała, by je trącać i głęboko wdychać słodki zapach unoszący się w powietrzu. Białoróżowe płatki ścieliły się u jej stóp i wplatały we włosy. Ich napowietrzny taniec rozweselił ją tak, że zaśmiała się radośnie. Lekki podmuch wiatru przyniósł kolejną falę płatków, zatańczyła więc i z nimi. Uniosła suknię i zawirowała, drobiąc stopami w mało skomplikowanej sekwencji kroków. Kolejne piruety, zmrużone oczy i wyrzucone w górę rozpostarte ramiona mówiły o niej wszystko. Tu, wśród drzew, Sinka czuła się wolna. W końcu stanęła, oparła ramię o pień i pogłaskała chropawą korę. Cisza, spokój, zapach drzew, ciepło słońca... Mogłaby tak trwać wiecznie.

Ale przecież była jak ptak w klatce. Gdy ostatni płatek upadł na ziemię, w jej sercu drgnęła nuta strachu. Pozostała w Domu, mimo że miał się do niego wprowadzić wysoko postawiony najeźdźca. Dowódca. Oderwała się od drzewa i ruszyła w stronę skarpy. Znała miejsce, z którego widać było całą posiadłość. Rozległe sady, łąki i pola zieleniące się wzeszłym niedawno zbożem, dalekie połyskiwanie jeziora, dachy domków rozrzuconych to tu, to tam. Na jasnym niebie słońce powoli kończyło swoją dzienną wędrówkę. Wszystko, co można byłoby zobaczyć z tej odległości, tchnęło spokojem, a jednak...

Sinka przyszła do sadu, by odpocząć od smutku, jaki czuła wszędzie wokół. Chciała spędzić tu godzinę w spokoju, samotnie kontemplując piękno otaczającego świata. Zeszła w dół pagórka i zatrzymała się niepewnie. Kilkanaście kroków od niej stał mężczyzna. O ile dobrze widziała pod słońce, był potężnie zbudowany i miał bardzo ciemne włosy. Ich kolor zaniepokoił Sinkę. W posiadłości nie było nikogo o aż tak ciemnych włosach. Zaintrygowana podeszła cicho; trawa tłumiła kroki. Stanęła obok i nie spojrzawszy na przybysza, zagadnęła:

— Piękny widok, prawda? O tej porze roku sady są takie malownicze.

Nie odpowiedział, tylko popatrzył zaskoczony, jakby wcześniej nie usłyszał, że się zbliża. Uśmiechnęła się do niego. Miał czarne oczy, długi nos i nieco zbyt dużą dolną wargę. W mroku tęczówek zalśniło pomarańczowo słońce. Oblizał spękane usta. Serce kobiety trwożliwie kołatało w piersi, krew odpłynęła z jej policzków. Wiedział, że rozpoznała, kim jest. Blask w ciemnych oczach przygasł i mężczyzna odwrócił głowę. Czyżby naprawdę westchnął?

— Owszem, draińskie posiadłości są malownicze, a ta wprost olśniewa — odpowiedział.

Głos miał gardłowy, a słowa wymawiał chropawo jak wszyscy Kharowie zza gór. W wypowiedzianym zdaniu pobrzmiewał zachwyt, ale Sinki nie obchodziły jego uczucia. Wrócił strach, przed którym chciała uciec, przychodząc do sadu, a serce ścisnęło się na nowo. Zrobiła krok do tyłu.

— Mieliście przybyć za kilka dni — powiedziała z wyrzutem. — Z jakiego powodu zmieniono plany?

Nie patrzył na nią, kiedy padła jego cicha odpowiedź:

— Być może nowy właściciel nie mógł się doczekać i przyspieszył swoje przybycie? Być może jest zmęczony i pragnie spokoju w takim ustronnym miejscu? Albo po prostu jest ciekaw, co tu zastanie?

Nie odezwała się, bo przecież nie znała odpowiedzi na te pytania. Spojrzała przenikliwie na obcego. Nie był pierwszym Kharem, jakiego widziała. Już wcześniej miała okazję słuchać ich niewyraźnej wymowy i przyglądać się ich twarzom. Ten, który stał na skarpie, mówił wyraźnie. Poza tym był wysoki i potężny w barach, władczy i niemal dystyngowany.

Prychnęła poirytowana, kiedy zrozumiała, że Khar wydał jej się interesujący, a nie chciała, by tak było.

— Jesteś nowym właścicielem? — zapytała wprost.

— A kim ty jesteś?

— Rozkazano mi zarządzać tym domem i dbać o ludzi, którzy w nim zostali.

— Dbać o Khara, który w nim zamieszka? — Jego ton sugerował, że było to oczywiste.

— Nie było mowy o dbaniu, bo pojęcie to zakłada chęć, zgodę i przyjazne uczucia. Czy służący musi mieć przyjazne uczucia? Czy niewolnicy w twoim domu dbają o ciebie, czy tylko ci służą?

— Nic nie wiem o niewolnikach — patrzył na nią bystro, lekko przekrzywiając głowę w prawo. — Nie mam niewolników, choć wiem, że w niektórych kharskich domach nadal panuje taki zwyczaj. Uważam, że to przestarzały sposób służenia. Wolę pracę ludzi wolnych, którzy wybierają swój los i się z nim godzą. A jak jest z tobą?

— Ze mną?

— Zostałaś tu... Wybrałaś?

Zezłościło ją to idiotyczne pytanie. Co niby miała mu odpowiedzieć? Że nakazano jej zostać, a nie tylko kurtuazyjnie zapytano o zgodę? Że nakazano wykonać delikatną misję? Poważną i trudną? Że ma nad sobą nadzorców, którzy będą pilnować każdego jej kroku? Że z tej rozmowy pewnie też zda relację? Uśmiechnęła się ironicznie.

— Wybór? Co to za wybór, gdy nie masz na nic wpływu? To nie wybór, lecz konieczność. — zamilkła, bo spojrzał zaskoczony jej tonem. Po chwili podjęła już spokojniej: — Mogłam odejść, ale zdecydowałam się tu zostać. Ta posiadłość jest dla mnie ważniejsza niż jakiś obcy zza gór i jego świta. Nie godzę się z tym, że tu będzie. To ponad moje siły pogodzić się z tym, że zamieszka w domu jednego z najwspanialszych rodów, wypędziwszy z niego prawowitych właścicieli — mówiąc to, zauważyła, że jego oczy niebezpiecznie się zwężają.

— Uważaj, kobieto... — ostrzegł.

— Jednak — kontynuowała, jakby nie słysząc ostrzeżenia — nie uczynię nic, co wymagałoby złamania moich zasad. Nigdy nie podniosę na niego ręki, tego wymagają ode mnie przekonania i wiara przodków; mam nadzieję, że również przyszłych pokoleń. Chcę pozostać im wierna, więc przywitam go z godnością i zapewnię spokój, mimo że moje serce nie godzi się z tym, co on i jego rodacy robią wokół nas. Czy on może zapewnić mi to samo?

— Czyli? — Nie wiedziała, czy nie rozumie, czy po prostu potrzebuje czasu na wymyślenie odpowiedzi.

— Zapewni mi spokój i pozwoli zachować godność?

Patrzył na nią, a coś w jego oczach mówiło, że nie spodziewał się takiego pytania.

— Gardzisz nim — powiedział wreszcie.

— Nie znam go. Jak mogę gardzić kimś, kogo nie znam? Po prostu nie mam powodów, by mu ufać.

— Podejrzewasz go o złe intencje.

— A o co innego mogę podejrzewać? — Zaśmiała się ironicznie. — Jest jednym z dowódców obcych wojsk, które zabijają moich rodaków.

— Jest Generalnym Dowódcą Wojsk Inwazyjnych.

— Jest obcym, który napadł na moją ziemię.

— Jest żołnierzem, który wykonuje rozkazy swojego króla.

— Jest żołnierzem, którego rozkazy wykonują inni.

— Nie rozkazuje: „Idźcie i mordujcie”.

— Żaden porządny dowódca tak nie powie. On mówi jedynie: „Za godzinę ta posiadłość ma być nasza”.

— A porządny podwładny wykona rozkaz.

— A porządny, lecz niepotrzebny właściciel posiadłości, a także jego żona i dzieci oraz wierna służba będą martwi.

— Pozostają ci, którzy godzą się na nowe warunki. Nic im nie grozi, póki wykonują obowiązki — skwitował chłodno.

— Taak. Nowe warunki... — mruknęła. — Żałuję, że cię spotkałam. Popsułeś tak miło zapowiadający się wieczór — powiedziała z goryczą. — Cóż, panie żołnierzu, czas mi wracać do życia na nowych warunkach. Skoro przybył zmęczony inwazją dowódca obcych wojsk... — w jej głosie, oczach, załamaniu ramion były rezygnacja i smutek.

— Nie przybył i nie poznałaś go jeszcze. Ciesz się swoją wolnością, póki możesz. Kilka tygodni, nie dłużej — powiedział, patrząc na sad.

— Kilka tygodni — powtórzyła. — Wybacz, że cię opuszczę — skinęła głową. Miała odejść, ale jeszcze raz obrzuciła go uważnym spojrzeniem. — Proszę, odpowiedz na moje pytanie, kiedy przybędziesz tu oficjalnie.

— Z pewnością odpowiem. Lubię jasne sytuacje — stwierdził, a w jego oczach błysnęło zaskoczenie, że domyśliła się, kim jest. Jak większość wojowników zza gór zapewne gardził Drainami oraz ich sposobem życia. Kharowie nigdy nie rozumieli draińskich zwyczajów, śmiali się z ich zasad oraz szydzili z wiary w siłę dobra i przemiany.

— Wierzę, jesteś przecież żołnierzem...

Nie było już nic do powiedzenia, więc skinęła głową, odwróciła się i odeszła szpalerem kwitnących jabłoni. Jeszcze przez chwilę czuła na sobie wzrok Khara. Niewielka gałązka jabłoni musnęła jej twarz, ale tym razem nie sprawiło jej to przyjemności — nie czuła wiosennej radości drzew ani ich wiecznej siły. W odruchu nagłej rozpaczy wyciągnęła rękę i odepchnęła gałązkę ze zniecierpliwieniem. Radość i siła, jaką ta ziemia dawała Drainom, minęły bezpowrotnie, a wszędzie wokół były tylko śmierć i smutek. Słońce zaszło, nadciągała ciemność. Sinka nie wiedziała, że gdy odchodziła w gęstniejącym mroku, Khar przeniósł spojrzenie na odepchniętą gałąź. Jego twarz wyrażała niedowierzanie, zobaczył bowiem, jak opadają z niej umierające i czerniejące w oczach kwiaty.

Zza zakrętu na ścieżkę wyszedł rosły młodzieniec i podszedł do Khara. Cała jego postawa wyrażała szacunek.

— Panie, czas jechać. Spóźnimy się na spotkanie.

— Widziałeś, Monah? Dotknęła gałęzi i mógłbym przysiąc, że ta natychmiast zaczęła umierać, tak jakby ból widoczny w jej oczach poraził drzewo.

— Matka zawsze mówiła, że to wiedźmy.

— Wiedźmy? Co za bzdury, chłopcze!

Zaśmiał się i ruszył w kierunku koni, które czekały za pagórkiem i z apetytem skubały młodą, soczystą trawę.

2

Rozmowa z Kharem nie dawała Since spokoju. Gdy emocje już opadły, stwierdziła, że zupełnie niepotrzebnie się uniosła. Leżała teraz na łóżku z rękoma pod głową i analizowała każde wypowiedziane słowo. Jak mogła się tak zapomnieć! A gdyby się rozmyślił, zmienił plany i wybrał inną posiadłość? Co wtedy powiedziałaby Radzie? „Zatrzymaj swoje mądrości dla siebie!”, pouczała się w myślach, dobrze wiedząc, że to bardzo trudne. Nawet jeśli wygłaszane opinie były nie w smak rozmówcy, często mówiła wprost. Taka szczerość w stosunku do najeźdźców mogła ją drogo kosztować.

Rozmyślała również o Kharze. Jak większość mężczyzn tej nacji był dobrze zbudowany; przypomniała sobie węzły mięśni na jego nogach i ramionach, szerokie barki i mocny kark. Z pewnością był wyćwiczonym żołnierzem, sprawnym i zdrowym, a do tego inteligentnym i opanowanym. Mówiła z nim nad wyraz otwarcie, ale się nie zdenerwował, nie podniósł głosu ani nie zareagował złością. Stwierdziła, że jeśli on okaże się Generalnym Dowódcą, to wyciągnięcie od niego informacji nie będzie łatwe.

Sinka ziewnęła. Dzień obfitował w wydarzenia i ciężką pracę, ale się wydawało, że posiadłość jest już odpowiednio przygotowana na przyjazd Kharów. Dochodziły do nich wieści, że Kharowie wywożą z zajmowanych posiadłości cenniejsze przedmioty, a Sinka nie miała zamiaru oddawać bandzie barbarzyńców rodowego dziedzictwa. Rozkazała swoim ludziom ukryć wszystko, co wartościowe, w tajemnych składach albo wywieźć pojedyncze sztuki do odległych gospodarstw, gdzie nie rzucały się w oczy. Skarbiec pod Domem był wypełniony po brzegi.

Właśnie zamierzała wstać, by umyć się przed snem, gdy jej młodszy brat, Klenis, z hukiem otworzył drzwi. Miał dziewiętnaście lat, burzę miedzianych loków i szerokie ramiona. Choć szybko doroślał i z miesiąca na miesiąc stawał się coraz bardziej męski, czasami wydawał jej się taki dziecinny.

— Sinko! Żołnierze! — wysapał, ale nie potrafiła powiedzieć, czy z emocji, czy z powodu zadyszki. — Są tu żołnierze, dziesięciu gwardzistów! Chcą się z tobą widzieć! Żądają widzenia natychmiast!

Kiwnęła głową na znak, że słyszy, ale nadal leżała z rękoma pod głową.

— Oni żądają...!

— Pewnie — mruknęła. — Już lecę! Wracaj i powiedz im, że za chwilę przyjdę.

— Ale oni... że zaraz... — z nadmiaru emocji aż brakło mu słów.

— Klenis, przestań już! I się uspokój! — rozkazała. — Wpadłeś tu, jakby się paliło, a przecież mówiłam: zachowuj dystans! Dys-tans! — przesylabizowała. — Idź i powiedz im, że jestem zajęta, ale zaraz przyjdę.

— Czym zajęta?

— Jem, śpię, kąpiel biorę, używam życia... Wszystko jedno — wzruszyła ramionami. — Idź, nie biegnij! Musisz być spokojny, gdy do nich wrócisz. Rozumiesz?

Widziała, że jest zbyt zdenerwowany, by logicznie myśleć. Mimo to posłuchał i odszedł spokojnym krokiem, choć dałaby sobie rękę odciąć, że za zakrętem znowu zacznie gnać na złamanie karku. Odkąd poinformowano ich, kto zamieszka w posiadłości, Klenis przez cały czas był pobudzony. Teraz była już niemal pewna, że chłopak nie jest gotów na spotkanie z najeźdźcami i że prędzej czy później będą z nim kłopoty. Emocje brały górę, jak to u młodzika. Emocje i popędy... Aż strach pomyśleć, jak zareaguje, gdy któryś z Kharów zrobi coś, co mu się nie spodoba.

W tym momencie Sinka zdecydowała, że odeśle brata do najodleglejszego zakątka posiadłości. Było tu wiele miejsc, gdzie mógł spokojnie przeczekać i pobierać nauki, które się przydadzą, gdy jakimś cudem pozbędą się najeźdźców. Ona tymczasem będzie spokojniejsza, że ten zwariowany młokos nie napyta sobie biedy. Ich ród stracił już tak wielu młodych mężczyzn...

Nie spieszyła się na spotkanie. Zmieniła suknię na mniej strojną i nieco zszarzałą, uznając, że taka będzie lepsza. Uczesała niesforne pukle, zwilżając je lekko, by ułożyły się w loki. Włożyła zdeptane pantofle i próbowała przybrać znudzony wyraz twarzy. Na próżno! Podniecenie Klenisa udzieliło się i jej. Stanęła w oknie i wpatrywała się w noc, nucąc melodię, która zawsze pomagała jej wyciszyć rozedrgane serce. Wiedziała, co robić. Rozumiała, po co ją tu zostawiono, choć w głębi duszy pobrzmiewała nuta niezgody. Westchnęła i spojrzała na swoje odbicie w szybie.

— Chcesz mi powiedzieć, Przewodniczko, że wystraszyłaś się kilku tępych Kharów machających mieczami? Chyba żartujesz!

Mówiła do siebie drwiącym tonem, ale niestety nie zadziałało to tak, jak chciała. Niezadowolona pokręciła głową. Wiedziała, że Generalny Dowódca nie jest tępym Kharem, lecz godnym przeciwnikiem. Zamknęła oczy, wspominając ostatnie słowa matki przed wyjazdem:

— Jesteś Przewodniczką, Sinko, i żaden dziki Khar tego nie zmieni!

— Wiem, mamo — odpowiedziała wtedy.

Otworzyła oczy i potrząsnęła lokami. Trochę pomogło, czuła się pewniej. Postanowiła raz jeszcze zmienić suknię — na niezbyt strojną, ale nową, z błękitnej wełny, i porządne pantofle. Nie będzie udawać kogoś, kim nie jest.

Kilka chwil później weszła pewnym krokiem do głównego holu i od razu zauważyła, jacy są źli, zmęczeni i pyszni.

— Długo kazałaś na siebie czekać... — warknął jeden z nich, robiąc krok w jej stronę.

— Pani — dopowiedziała, gdy zamilkł.

Mierzyli się spojrzeniami. Sinka starała się nie okazać ani złości, ani strachu. Myślała o kwitnących jabłoniach, tańcu płatków opadających na trawę, o podmuchu aromatycznego wiatru. Złagodniała, a on natychmiast to dostrzegł. Uchwyciła spojrzenie ciemnych oczu, wdarła się w jego myśli i po chwili oporu z jego strony snuła w nich wizję relaksującego spaceru — blasku słońca na skórze, lśnienia rosy, śpiewu ptaków i śmiechu, dobiegającego z oddali śmiechu kobiet. Czuła, jak znika jego poirytowanie spowodowane długim oczekiwaniem. Wreszcie zamrugała.

— Pani — powtórzył z szacunkiem, ale jakby wbrew sobie. — Jestem Monah, adiutant Generalnego Dowódcy. Przybyliśmy, by przygotować dom. Czy możesz nam go pokazać?

— Nie — odpowiedziała z uśmiechem, ale zdecydowanie, a gwardziści wpatrywali się w nią zaskoczeni. — Jest noc, moi ludzie śpią. A wam, jak widzę, przydadzą się kąpiel, posiłek i sen.

— Pani...

— Dokładnie w takiej kolejności! Przecież śmierdzicie stajnią! Jesteś, panie, pewien, że twój dowódca będzie wdzięczny za ten zapach w swoich komnatach? — zapytała i odczekała kilka sekund na jego reakcję. Uśmiechnęła się, gdy dostrzegła, jak powoli zaczyna przyjmować jej punkt widzenia za swój. — Widzę, panie Monahu, że rozumiesz. Klenis zaprowadzi was do łaźni, a za godzinę podamy kolację.

Skinęła głową i nie czekając na kolejne sprzeciwy, odwróciła się i ruszyła do wyjścia.

— Zapraszam panów, o tej porze łaźnia na pewno jest pusta — usłyszała jeszcze Klenisa.

W kuchni wydała polecenia, by przygotować dla Kharów zwykły posiłek. Po kolacji mieli udać się na nocleg w przeznaczonym dla nich skrzydle Domu. Upewniła się, że wszyscy dobrze zrozumieli instrukcje, a potem wróciła do swojej komnaty. Właśnie skończyła się jej wolność. Klamka zapadła.

Kharowie przez tydzień przetrząsali Dom, szczególnie tę część, w której miał zamieszkać dowódca. Sinka była na to przygotowana. Poinformowano ją, że zanim zamieszka tu najważniejszy z Kharów, wszystko zostanie dokładnie zbadane przez specjalny oddział gwardzistów. Wokół dudniły kroki podkutych żołnierskich butów, których z dnia na dzień przybywało. Na łąkach za Domem, nieopodal stajni, stodół i przetwórni owoców stanęły wojskowe namioty. Kharskie pokrzykiwania dobiegały stamtąd dzień i noc. Wreszcie dano jej znać, że aleją dojazdową ciągnie sznur wozów i konnych. Monah zarządził zebranie wszystkich mieszkańców Domu w głównym holu.

Sinka wyczuwała napięcie panujące wśród Drainów, więc krążyła między nimi, aby dodać wszystkim otuchy. Przypominała, uspokajała i prosiła na przemian, z tym zamieniła słowo, tamtego poklepała, kogoś objęła, a komuś rzuciła pokrzepiające spojrzenie. Dłuższą chwilę poświęciła też kobietom zebranym w małym holu zachodniego skrzydła Domu. Były tam kucharki, ogrodniczki, pokojówki, tkaczki i krawcowe, wysokie, niskie, chude i pulchne, rude oraz blond. Wszystkie stały i w skupieniu nuciły tę samą melodię. Bojaźliwe obejmowały te odważniejsze, zamieniały kilka słów, pokrzepiały się wzajemnie uściskiem dłoni. Sinka uśmiechała się, widząc ich siłę i wolę.

— Wiecie, co robić? — Upewniła się raz jeszcze, a one spokojnie pokiwały głowami. — A zatem chodźmy — westchnęła.

Kobiety rozstąpiły się na boki, by mogła przejść środkiem, a potem poprowadzić je za sobą. Korytarz wypełniły szum spódnic i zamierająca melodia. Kharowie stojący w głównym holu zamilkli, zaskoczeni pojawieniem się grupy kobiet, ale Drainki szybko wmieszały się między stojących tu rodaków. Sinka zatrzymała się obok dwóch staruszek, które tydzień wcześniej przedstawiła Kharom jako swoje pomocnice, zbyt wiekowe do ciężkiej pracy i samotnego życia z dala od Domu.

Gdy tłum Drainów przed nią zafalował, podniosła głowę i wpatrzyła się w oddział gwardii, który właśnie wkroczył do holu. W centrum dostrzegła Khara, z którym rozmawiała w sadzie. Zauważyła wymięty mundur polowy i liczną eskortę złożoną z gwardzistów, którzy bardzo szybko i sprawnie wykonywali swe zadanie, delikatnie torując dowódcy drogę wśród mrowia głów.

Przemówił gardłowym głosem, jednak draińskie słowa brzmiały w jego ustach naturalnie, jakby język sąsiadów zza gór był jego rodzimym.

— Jestem Khaben Khar — rzekł z dumą. — Zajmuję tę posiadłość na swoje potrzeby. Chcę, by nasze wzajemne relacje ułożyły się na tyle dobrze, żeby zapewnić obu stronom spokój i godność. Kto z was jest najważniejszy?

— Ja. Jestem Sinka. — Spojrzała mu w oczy, ale nie znalazła w nich choćby śladu wspomnienia tamtej rozmowy. Zrobiła szybki krok w jego stronę, ale drogę zagrodził jej gwardzista z eskorty.

— Nie podchodź — warknął rozkazująco.

Khaben Khar spojrzał na nią, jak się jej zdawało, bez większego zainteresowania i skinął głową.

— Sinka — powtórzył jej imię. Może dodałby coś więcej, ale w tym momencie podszedł Monah, aby wyszeptać coś do dowódcy. Sinka zacisnęła pięści i opuściła wzrok, urażona tą obojętnością. Przecież już się poznali i wtedy, na skarpie, wydał się przystępniejszy, skory do rozmowy, zrozumienia i ustępstw. Ale teraz...

Khaben Khar przez chwilę stał nieruchomo, a potem bez słowa się odwrócił i odszedł wraz z kolumną żołnierzy w czarnych mundurach z czerwonymi wypustkami. Kilku postawnych Kharów w mundurach gwardii ruszyło za nim. Gdy przekroczyli próg kharskiej części domu, żołnierze asystujący dowódcy rozproszyli się, a drzwi zamknięto. Strzegło ich teraz dwóch strażników w pełnym rynsztunku.

Sinka westchnęła. Miała przygotowaną ładną mowę, która na pewno podniosłaby Drainów na duchu, a ledwo pozwolono jej wypowiedzieć swoje imię. Nowe warunki wcale się jej nie podobały, lecz już wiedziała, że żadnego z Kharów nie interesowały odczucia jakiejś ochmistrzyni.

3

Odgłosy podkutych żołnierskich butów ucichły i zapadła noc. Khaben odprawił Monaha i jak co wieczór zasiadł nad niewielką kartką, by zapisać kilka spostrzeżeń z minionego dnia — takich, którymi z nikim by się nie podzielił. Nie dlatego, że były głupie, wprost przeciwnie! Gdy już skończył pisać, czytał je kilka razy, by lepiej zrozumieć siebie i okoliczności, a potem podpalał kartkę i pozostawiał, by spłonęła.

Dawno temu jeden z nauczycieli w Mordowni — szkole na szczycie góry, okropnym miejscu, gdzie wśród wichru i śniegu wykuwano charaktery arystokratycznych młodzieńców — kazał mu co wieczór przed snem spisywać swoje wrażenia. Analizowali je wspólnie zaraz po porannym żołnierskim treningu. Poobijany i głodny musiał dyskutować na temat własnych uwag dotyczących poprzedniego dnia. Zgrzytał zębami na ten obowiązek, ale teraz, po latach, był wdzięczny staremu Lunhowi za tę naukę. Wieczorem zrzucał z siebie ciężar dnia, zostawiał za sobą to, co w ogóle nie błoby mu potrzebne. „Zostaw przeszłość w przeszłości”, mówił Lunh i Khaben wiedział, że ma rację. I choć w minionym dniu nie zdarzyło się nic naprawdę ważnego, chwycił za pióro.

Pierwszy dzień w domu rodu Agneis minął tak, jak przewidywałem. Ponuro. Tłum Drainów zebrany w holu, gotów skoczyć nam do gardeł. I słusznie. To właśnie powinni zrobić. Albo dodać trutki na gryzonie do potrawki. Wybić nas, zanim zdążymy się zadomowić. Gdyby wiedzieli, jak kruche są podstawy mojej władzy w Kharze, na pewno by to zrobili. Wywołaliby w ten sposób wojnę domową, ale przynajmniej ze spokojem mogliby patrzeć, jak sami się wyrzynamy.

Ale nie. Draini myślą całkiem inaczej. Stoją cicho w holu i patrzą na nas, z tym swoim przysłowiowym spokojem.

Tłum Przewodniczek. Oczywiście, spodziewałem się ich, ale nie aż tylu. No i Sinka... I Klenis, jej brat — ten młodzik, którym po moim oświadczeniu aż zatrzęsło. Dzieciak jeszcze... Trzeba pamiętać, że to ostatni mężczyzna z głównej linii rodu.

Sinka nie drgnęła, gdy udałem, że widzę ją pierwszy raz. To szkolona Przewodniczka, więc umie nad sobą panować. Nawet nie zbladła, chociaż spuściła oczy, jakby ją to dotknęło. Gdybym mógł w nie zajrzeć w tamtej chwili, pewnie dostrzegłbym tylko pogardę. A może złość. Strach? A może i nie, w końcu jest Przewodniczką, a one bywają szalone.

Dzieciaka trzeba się pozbyć, a jej unikać. Może i są ostatnimi z rodu, ale...

Nigdy nie wolno mi zapomnieć, że płynie w nas ta sama krew. Krani, pierwsza królowa, żona Deighera, była Agneis. Z niej my wszyscy.

Khaben odłożył pióro i spojrzał na plamy atramentu na skórze. Już słyszał marudzenie Monaha, który jutro spróbuje wywabić je z palców i jednocześnie się dowiedzieć, co takiego znowu dowódca wieczorem pisał. Khaben przebiegł wzrokiem niechlujny tekst, wspomniał oczy Sinki w kolorze burzowego nieba, po czym wstał od stołu. Wrzucił kartkę do paleniska i patrzył, jak płonie to, co niepotrzebnie zaprzątałoby jego uwagę w kolejnym dniu inwazji wojsk Kharu na Aberię. Szybko zdjął ubranie, zdmuchnął świecę i zmienił postać. Uwolnił kharib i pozwolił im na trochę szaleństwa. Potem, dla wprawy, ukrył je i nakazał sobie chwilę medytacji.

Mimo że wyciszył w ten sposób swoje myśli, nie mógł zasnąć. Stojące we wnęce łóżko było odrobinę za krótkie, poza tym czuł, że zaraz się udusi w nagrzanym, stojącym nieruchomo powietrzu. Pragnął zasnąć i o niczym już nie myśleć, sen jednak nie nadchodził. Wreszcie się poddał.

Spośród wielu kłębiących się w głowie myśli wybrał tę o Deigherze. Wygnaniec, król bez ziemi i poddanych, założyciel najpotężniejszego państwa na kontynencie, ożenił się z Krani, młodą dziewczyną z rodu Agneis, z którą spłodził gromadkę dzieci. Ten potężny władca, jako jeden z nielicznych królów Kharu, zmarł w podeszłym wieku, spokojnie, we własnym łóżku, nocą, śpiąc obok ukochanej kobiety.

Czasami Khaben marzył, by i jego spotkało coś równie wspaniałego. Długie lata życia owocujące rozwojem, budowaniem potęgi Kharu... A nie nędzna wegetacja, szamotanie się w sieci zależności, kłanianie Rodowym.

Dlatego coraz częściej myślał o Deigherze i jego woli, by zmienić królestwo Kharu — to odległe, zza morza. Jego wola zmiany doprowadziła do krótkiej i krwawej walki, w której wiele rodów zginęło, a młody wówczas król trafił do więziennej celi i na statek Wygnanych, ostatecznie zaś przybył na nowy ląd.

Khaben wybrał posiadłość Agneis nie dlatego, że była malownicza i dostatnia, ale właśnie ze względu na Deighera. Gdy statek Wygnanych rozbił się na podwodnych skałach w Zatoce Darena, draińscy rybacy z ubogiej i nędznej wioski uratowali ich, opatrzyli rany, dali suche ubranie i ciepłą strawę — mimo że bali się obcych i przerażał ich twardy język, którym do nich mówili. Skoro jednak Pani Morza podarowała życie tym obcym, kim byli oni, nędzni rybacy, by się sprzeciwiać jej woli? Posłali chłopaka na jedynym we wsi koniu po Przewodniczki, które zabrały Kharów w głąb lądu, do krainy mlekiem i miodem płynącej — posiadłości rodu Agneis.

Pozwoliły im tu żyć, obserwowały ich, a ostatecznie zmusiły do opuszczenia Aberii. Dały wówczas wozy pełne wszelakich dóbr, mapy ziem leżących na zachodzie, pasm gór, rozległej doliny spływającej aż do morza, dały nawet kobiety... Rody Przewodniczek, które zgodziły się na wyprawę w nieznane z dzikimi Kharami, otrzymały zadośćuczynienie, tak jakby zmarły. Jakby zginęły, poświęcając się dla dobra rodzinnej ziemi.

Deigher Wspaniały pisał o tym w swoich wspomnieniach. Niewiele oryginalnych kart przetrwało, ale Khaben znał je wszystkie niemal na pamięć.

Nie wybrał więc posiadłości rodu Agneis dlatego, że była bogata i piękna; wybrał ją, bo tu zaczął się Khar. I choć Khaben nigdy nie powiedziałby tego głośno, to uważał, że teraz, wiele wieków później, Kharowi potrzebny był nowy początek. Nie wiedział jeszcze ani jak, ani kiedy, ani jakim sposobem, ale rosło w nim przekonanie, że trzeba coś zmienić, by ich świat nie umarł.

4

Sinka nie rozmawiała z Dowódcą przez wiele tygodni. Czuła się zagubiona, kiedy myślała o spotkaniu w sadzie i późniejszym powitaniu. Oczekiwała, że coś się stanie, on jakoś zareaguje... Ale widać była bardziej naiwna, niż chciałaby przyznać. Jak mogła myśleć, że kretyńsko nieudana rozmowa z jakimś dowódcą — żołnierzem, który przez pół życia stoi na baczność — cokolwiek zmieni? Roiła sobie, że zanim on tu zamieszka, wszystko się odmieni i nie zobaczy go w swoich progach. Ganiła się teraz za te nierozsądne myśli i marzenia, bo przyniosły tylko gorycz.

Jabłonie dawno straciły kwiaty, wśród liści zaczynały już błyszczeć owoce, a w jej życiu — nędznym i zabieganym — nie zdarzyło się nic, co pozwoliłoby myśleć, że cokolwiek ulegnie poprawie. Rozczarowana unikała go, jak długo się dało. Ostatecznie musiała jednak stawić się przed obliczem Khaben Khara „w czerwonym gabinecie”, jak powiedział z ukłonem Monah, wiecznie gadający o niczym młodzieniec, z którym załatwiała najważniejsze codzienne sprawy.

„W gabinecie ojca”, pomyślała, mrużąc oczy. Pamiętała, jak pewnego wieczora wpadł do niej Klenis i z wściekłością opowiadał, że Khaben Khar wybrał właśnie ten gabinet. W nim przyjmował żołnierzy, posłańców, a teraz i ją.

— Siedzi tam, jakby był panem Domu. Sypia w pokoju ojca! Mam ochotę powiedzieć mu... — wykrzykiwał Klenis.

— Nic mu nie powiesz. Spakujesz się i wyjedziesz do Korina.

— Do Korina?! On jest sztywny jak kołek w płocie! Nie pojadę! — powiedział butnie.

— Pojedziesz, bez dyskusji. Obiecałeś, jak wszyscy w Domu i w całej posiadłości, robić, co powiem. Pamiętasz?

— Tak. Ale...

— Nie ma ale, Klenis. Nie chcę cię tu. Jesteś za bardzo — nie wiedziała, jak nazwać jego zachowanie — szalony!

— Szalony?! To ty jesteś szalona, że chcesz im usługiwać!

Klenis był zły; wylewały się z niego wściekłość i upokorzenie, więc wrzeszczał na nią, dając upust przytłaczającym go uczuciom. Sinka miała dość własnych problemów, więc odcięła się od emocji brata i odetchnęła z ulgą. Teraz mogła spokojnie z nim rozmawiać.

— Wiesz dobrze, że robię to, co muszę. I proszę cię, nie dodawaj mi zmartwień. Jeśli tu zostaniesz, to pewnego dnia w przypływie emocji zrobisz coś, co ściągnie na twoją głowę ich gniew.

— Wcale nie! — krzyknął i wydął wargi.

— Och, Klenis — uśmiechnęła się, bo naburmuszona mina małego chłopca w zestawieniu z męskim już meszkiem na policzkach nagle ją rozczuliły. — Znam cię od urodzenia i wiem, jaki jesteś. Ty też wiesz, braciszku. Powiesz coś albo zrobisz i będą kłopoty. Za wielu już straciliśmy, nie będziesz kolejny. Wyjedziesz, gdy tylko dostanę zgodę.

Awanturował się jeszcze, próbował ją szantażować i przekonywać. W końcu jednak, zły i pomrukujący pod nosem obraźliwe słowa, wyjechał, a ona odetchnęła. Wiedziała, że Korin — Mistrz mądry, rozsądny, wyważony i twardy jak skała — zadba o niego, przypilnuje i wiele go nauczy. Ufała mu i wierzyła, że Klenis zyska na jego bezpośredniej bliskości. Czasami myślała, że matka pozwalała bratu na zbyt wiele, bo przypominał jej ojca z czasów młodości. W końcu poznali się, gdy był takim młokosem jak Klenis przed inwazją. Pokochali się, ale ona musiała jechać do szkoły w Kort. Potem, po latach nauki, wróciła do domu i na nowo odkryła ojca. Jarun — Mistrz Barw oraz Malera — Przewodniczka i Uzdrowicielka. Kochali się jak szaleni i byli szczęśliwi aż do czasu jego choroby. Po śmierci ojca matka już tylko czekała na swoje odejście. Może dlatego poszła pod szczyt Orlicy? Sama podjęła decyzję i oznajmiła ją dzieciom, wyznaczając Sinkę na opiekunkę majątku aż do pełnoletności Klenisa, i poszła dać się zabić. Jej przyjaciółka, Prodia, pisała, że walczyła bezkompromisowo, jak lwica, i dlatego ją zabili. Dwóch się przyczaiło i dopadło ją, gdy została na chwilę sama, bez innych Przewodniczek. Prodia pisała, że pewnie nawet nie widziała napastników, bo podeszli z boku. Zaskoczyli ją i zginęła. Szybko, nawet nie krzyknęła. Dla Sinki właściwie nie miało to znaczenia, choć w rozpaczy po śmierci matki ta informacja przyniosła nieco ulgi. Widziała miesiące strasznych cierpień ojca i cieszyła się, że matka nie płakała z bezsilności, nie wiła się z bólu. To ważne, że nie umierała godzinami jak inni ranni na polu bitwy.

Wiele razy od jej śmierci Sinka myślała, co matka zrobiłaby w danej sytuacji, jak by zareagowała, co by powiedziała... Teraz też. Co by zrobiła piękna Malera, gdyby musiała oglądać Khara siedzącego w fotelu ukochanego męża, w jego gabinecie? Zachowałaby godność — to na pewno. Godność i dystans. Tyle że Sinka nie była matką i nie potrafiła na zimno oceniać tego, co tak bolało i wypalało piętno na sercu.

Tak jak się spodziewała, na widok obcego w ojcowskim fotelu poczuła ból. Czytał właśnie jakieś pisma. Nie podniósł głowy, gdy stanęła przed nim, od razu poczuła się więc jak namolna, prosząca o coś petentka, uzależniona od humoru oficjela, który ma wysłuchać uniżonej prośby, a tymczasem lekceważy jej istnienie, udając, że jest zajęty. Zrozumiała, o czym mówił Klenis. By nie rzucić się i nie wyszarpnąć mebla spod kharskiego tyłka, odtworzyła w myślach obraz, który ją uspokajał, i zaczęła wspominać miłe, spokojne chwile. Milczała i czekała, patrząc za okno, na rozciągający się w dali letni krajobraz pól i łąk. Czuła na sobie wzrok Monaha stojącego za fotelem, ale udawała, że nie jest świadoma jego uważnej lustracji. Wreszcie Khaben złożył podpis, podniósł wzrok i zauważył ją.

— Ach, tak — mruknął gardłowo. — Prosiłem, byś przyszła. Usiądź, jeśli łaska.

Wskazał fotel obity czerwonym puszystym materiałem, stojący z boku biurka. Opuściła głowę, by nie dostrzegł bolesnego skurczu twarzy. Fotel należał do matki. W nim spędzała wolne chwile, w nim siedziała, gdy rozmawiały po raz ostatni. Sinka spojrzała na rozległe pola i łąki za oknem. Wysoko w chmurach unosił się drapieżnik. Wisiał nad ziemią całkiem nieruchomo. „Jak on to robi?”, przemknęło jej przez głowę.

Khar czekał bez słowa, aż Sinka odwróci wzrok i skupi na nim swoją uwagę.

— Dziękuję — odpowiedziała uprzejmie. — Czym mogę służyć?

— Za kilka dni — zaczął, odprawiając ręką Monaha — zostaną przywiezione meble. Pragnę, byś dopilnowała ich rozładunku. Pragnę również, byś znalazła dogodne dla nich miejsce: pokój na parterze, najlepiej bez okna. Nie musi być duży i najlepiej na uboczu, trudno dostępny i spokojny. Cichy i z małym pomieszczeniem do toalety. Meble będą rozłożone, ale przyślę żołnierzy, by je poskładali. Są dość specyficzne i obawiam się, że twoi ludzie mogą sobie z nimi nie poradzić — rzucił dla wyjaśnienia.

Zapytała, dla kogo przygotowuje ten specjalny pokój, i w głębi serca była pewna, że dla jakiejś kobiety. Tymczasem się okazało, że komnata ma służyć jemu. Dotychczasowe lokum, jak twierdził, zaspokaja jego potrzeby, ale jest zbyt łatwo dostępne, za dużo osób się po nim kręci, a on potrzebuje spokoju, bo ma wiele do przemyślenia.

— Potrzebuję ciszy. Nie da się pracować w ciągłej wrzawie — dodał.

Zastanawiała się przez chwilę, analizując układ domu, a także własne potrzeby i możliwości. Oczywiście było takie pomieszczenie, ale ulokowanie w nim Khara mogło się okazać ryzykowne. „Bardziej ryzykowne od życia z kilkoma setkami Kharów na głowie?”, zadrwiła z siebie.

— Jest takie pomieszczenie — kiwnęła wreszcie głową. — Niedaleko mojego pokoju w zachodnim skrzydle domu. Chcesz zobaczyć?

— Już teraz?

Był zaskoczony tak szybkim rozwiązaniem problemu. Myślał, że każe mu czekać parę dni, tymczasem... Wstał ze swego miejsca, a ona poczuła to samo, co w sadzie — wydała się sobie bardzo mała. Był od niej o wiele wyższy, w całej posiadłości z pewnością nie było równie potężnego Draina. Musiała podnieść głowę, by spojrzeć mu w twarz. Miał takie ciemne oczy, rzadkie u Drainów. I wysuszoną, zbyt mocno opaloną twarz.

— Chyba zbyt długo ostatnio przebywałeś na słońcu. Poparzyłeś skórę, więc przyślę ci maść.

— Słucham?! — Nie od razu pojął, o czym mówi, ale potem niespodziewanie uśmiechnął się pod nosem. — Łowiliśmy ryby w jeziorze... Będę wdzięczny za ratunek. Faktycznie trochę piecze i swędzi.

— Generalny Dowódca Kharu łowi ryby?

— Solone mięso może zbrzydnąć... A w Kharze ryb jest niewiele. Poza tym czasami potrzebuję kilku chwil wytchnienia. A ty nie, pani?

Nie chciała słuchać o dowódcy szukającym wytchnienia przed podjęciem ważnych wojennych decyzji. Zmrużyła oczy, odczuwając ból i żal o gabinet, o Kharów za domem, o wojnę i śmierć. Zacisnęła dłonie na poręczach fotela i spojrzała na Khabena. Przyglądał się jej, czekając na odpowiedź.

— Odetchnę, kiedy Kharowie opuszczą mój kraj.

Mężczyzna nie okazał irytacji czy gniewu.

— Tak — powiedział z namysłem i w gabinecie zapadła cisza. Sinka poczuła się nagle dziwnie zagubiona. Znowu powiedziała coś nieprzemyślanego, choć dobrze wiedziała, że nie wolno jej prowokować Khara. Co zyskają Draini, jeśli zabije ją lub wygna z posiadłości? Spojrzała w okno. Jastrząb wisiał na bezchmurnym błękitnym niebie, czekając na ofiarę: cierpliwy i skupiony, bezwzględny. — Tak — powiedział Khar raz jeszcze i odwrócił się w stronę okna, jakby chciał zobaczyć, czemu tak uważnie przygląda się Sinka. — Mówiliśmy o pokoju dla mnie — przypomniał.

Sinka podniosła się z matczynego fotela i skinieniem dłoni dała znak, by Khaben poszedł za nią. Odwróciła się w stronę drzwi, które natychmiast otworzył żołnierz stojący na korytarzu. Wyprężył się i patrzył na wprost.

— Powiedz Monahowi, że poszedłem z ochmistrzynią do draińskiej części domu.

— Tak, panie.

Khaben spojrzał na Sinkę i teraz on ruchem dłoni nakazał, by prowadziła. Szedł pół kroku za nią, a wszyscy Kharowie milkli na ich widok i usuwali się na bok. Przez chwilę czuła się tak, jakby czynili to na jej widok, ale zaraz przypomniała sobie, że jest tylko ochmistrzynią: niewiele znaczącą kobietą, która wykonuje rozkaz kharskiego dowódcy. Gdy zamknęli drzwi prowadzące do draińskiej części domu, otoczyła ich cisza. Korytarz, całkiem inaczej niż u Kharów, świecił pustkami. Były tu tylko sypialnie, puste o tej porze dnia, ponieważ pracujący w Domu Draini byli teraz zajęci gdzie indziej.

Sinka prowadziła Khabena siecią korytarzy. Wiedziała, że był tu po raz pierwszy. Ku radości Drainów Kharowie rzadko opuszczali swoją część domu.

— Nie wiedziałem, że ten dom jest aż tak duży i skomplikowany. Istny labirynt korytarzy — stwierdził Khaben.

Odwróciła głowę, by na niego spojrzeć. Nie ukrywał zainteresowania. Jego oczy błądziły po ścianach i mijanych pomieszczeniach. Większość drzwi była zamknięta, ale niektóre specjalnie otwierano, by oświetlić korytarz. Sinka nie lubiła mroku, a rozstawianie świec było zbyt drogie. Nie mieli wystarczająco dużo wosku, by oświetlić każdy fragment ciemnych korytarzy.

— Jest bardzo stary — wyjaśniła. — Wiele razy go rozbudowywano, dodawano nowe pomieszczenia, przejścia i skrzydła. To, do którego idziemy, jest najstarsze. Nie mieszka w nim nikt oprócz mnie i dwóch kobiet, które dbają o moje rzeczy. Nie jest tu tak komfortowo jak w nowszych częściach domu, ale ja lubię tę atmosferę, meble i bibliotekę... — Przystanęła. — To tutaj.

Otworzyła szeroko drzwi. Wewnątrz panował mrok, ale nie było czuć wilgoci.

— To składzik, przechowalnia różnych sprzętów, ale wyniesiemy je, jeśli będzie trzeba. Nie pamiętam, by kiedykolwiek ktoś tu mieszkał. Nie ma okna, więc spełnia warunki, jakie, panie, postawiłeś. Tam — wskazała na lewo — jest małe pomieszczenie, które też można wykorzystać. Poszukam kluczy, na pewno gdzieś są.

Rzucił okiem, nie wchodząc. Rozejrzał się po korytarzu i jeszcze raz zajrzał do pomieszczenia.

— Wydaje się dobry — powiedział, patrząc w mrok. — Może być — zdecydował ostatecznie. — A gdzie jest twój pokój?

— Za tamtym zakrętem. Ostatnie drzwi — wyjaśniła i od razu wyczuła jego oczekiwanie. — Chcesz go zobaczyć?

— Nigdy nie byłem w pokoju tubylca — stwierdził, chyba zainteresowany możliwością, jaka się przed nim otworzyła.

— Tubylca! — prychnęła. — Mówisz o nas jak o plemieniu z lasów Południowych Wysp! Tubylca!

Spojrzał na nią tak, jakby chciał coś dodać; jego usta drgnęły, ale ostatecznie nie skomentował tego. Chwilę później zapytał, jak długo mieszka w tym domu. Mruknęła coś mało składnego o nastroju starych budynków, wymigując się od sensownej odpowiedzi do chwili, gdy dotarli do starych, ciężkich drzwi z nietypowym zamkiem. Otworzyła je i przepuściła go przed sobą, zapraszając gestem dłoni.

Szybko zlustrował wszystkie kąty. Pokój był dość duży, a niewielkie okna — z szybami podzielonymi na kilka małych prostokątów — wychodziły na ogród ze starymi drzewami owocowymi, kwitnącymi różowo krzewami, alejkami wyłożonymi kamiennymi płytami, trawą, kępami kwiatów i sadzawką. Woda wypływała chyba spod ziemi, bo nie było widać żadnego wodociągu. Przypomniał sobie, że był w tym miejscu na inspekcji kilka dni po przyjeździe i ten cichy zakątek, ta sadzawka wyłożona białymi płytami marmuru zauroczyły go. Usiadł wtedy na brzegu cembrowiny, zanurzył dłoń w zimnej, krystalicznie czystej wodzie i zapatrzył się na mur okalający od wschodu najważniejsze zabudowania posiadłości. Był częścią starej fortyfikacji, rozebranej już bardzo dawno temu. Teraz jego pozostałości zachowały się tylko z tej strony. Od kiedy Khaben zamieszkał w Domu, żołnierze pełnili przy nim nieustanną wartę. I nie zabytkowy mur, porośnięty gęsto bluszczem, był przyczyną ich obecności. Gwardziści pilnowali raczej tego, co znajdowało się pod nim — wejścia do jakiegoś podziemnego tunelu, który kończył się nieoczekiwanie starą, kamienną ścianą. Khaben pamiętał ze swojego zamku pewne ściany, które ścianami wcale nie były, a ta nieoczekiwana przeszkoda w podziemnym przejściu wyglądała podejrzanie.

Sinka chrząknęła cicho, jakby chciała mu przypomnieć, że jest tuż obok. Khar oderwał wzrok od muru i rozejrzał się po pokoju. Musiał zajmować narożnik domu, bo miał kształt fajki. W krótszej części stało dość szerokie łóżko i niewielka szafka oraz krzesło z przerzuconym przez nie wełnianym pledem tkanym w biało-niebieski wzór. Mały dywanik uszyty z gałganków w różnych odcieniach błękitu leżał na podłodze przy posłaniu. Za łóżkiem wisiała kotara, nie mógł więc dojrzeć, co znajdowało się za nią. Może po prostu miska i dzbanek z wodą? W drugiej, większej części był stół z ciężkimi rzeźbionymi nogami i trzy wygodne krzesła z podłokietnikami. Z boku wielka szafa rzeźbiona w finezyjny wzór roślinny z motywem kwitnących jabłoni. Wzór i mistrzostwo rzemieślnika zrobiły na nim wrażenie.

— Piękna rzecz — pochwalił.

Zauważył, że Sinka się uspokoiła i cierpliwie znosiła jego ciekawskie spojrzenia. Nie drgnęła nawet, gdy pochylił się nad stolikiem stojącym pod oknem i przerzucił strony leżącej na nim książki. Krainy nieznane Brossa — Draina, który przed kilkoma stuleciami objechał niemal cały kontynent. Khaben czytał jego wspomnienia w szkole. Książka Sinki była bardzo stara, z grubymi i sztywnymi kartami oraz nieco wyblakłym atramentem. Mężczyzna pochylił się i dostrzegł, że ktoś napisał ją ręcznie, zapewne przed wiekami. Do tego na pergaminie! A te ilustracje...

— Stare dzieło.

— Stare — potwierdziła.

Uśmiechnął się i usiadł wygodnie w fotelu. Wybrał go, bo wydał mu się rzadziej używany. Miał ochotę zapytać, czy to oryginał dzieła Brossa, ale coś go powstrzymało. Powtórzył za to pytanie z korytarza. Ochmistrzyni przysiadła na brzegu niewielkiej kanapy, obitej grubą materią tkaną w różnokolorowe pasy. Wyprostowała plecy, dłonie złożyła na udach i dumnie uniosła głowę. Pomyślał, że siedzi jak dystyngowana kharska dama, a nie jak tańcząca z jabłoniami Przewodniczka. Spojrzała za okno, a potem znowu na niego. Zastanawiała się, co odpowiedzieć.

— To mój dom rodzinny, dowódco wojsk inwazyjnych. Mieszkasz w Domu jednego z najstarszych draińskich rodów. Domu rodu Przewodniczek. Ja też nią jestem. Do niedawna była tu moja matka, ale zabiłeś ją pod szczytem Orlicy. I nigdy ci tego nie wybaczę.

Patrzył ze spokojem i nawet nie drgnął, gdy wyjawiła, kim jest. Odwróciła twarz do okna, jakby wolała bujną zieleń wewnętrznego ogrodu od jego osoby. Zauważył, że w chwilach napięcia właśnie tak robiła: uciekała spojrzeniem za okno. W gabinecie też wpatrywała się w niebo. Czego tam szukała, spokoju? Spojrzał na zieleń za oknem. Nie rozumiał, jak drzewa i krzaki mogą kogoś uspokajać. On szukał spokoju w sobie, choć tak naprawdę już od wielu lat nie umiał go znaleźć.

— Wiedziałeś o tym. — w głosie wyczuł nutkę wyrzutu.

— Oczywiście. Chciałem się tylko przekonać, co odpowiesz. Wiedziałem, czyj to dom, gdy decydowałem się w nim zamieszkać. Wiem też, kim jesteś — zawiesił głos i zaryzykował, tak jak ona przed chwilą. — Nie zabiłem twojej matki. Nie był mi dany ten zaszczyt. Byłaby godnym przeciwnikiem, chociaż co mogą gołe dłonie w starciu z ostrą klingą?

— Zaszczyt?! — Zerwała się z kanapy na równe nogi. — Zabić to zaszczyt?

Teraz przepełniał ją gniew, a emocje grały na jej twarzy. Nie umiała ich ukryć — a może nie chciała? Odwróciła się wreszcie, aż zafurkotała spódnica, i podeszła do tego samego okna, przy którym on rozmyślał o murze.

— Twoja matka na pewno była dzielna — dodał z uznaniem w głosie. — Wszyscy wasi żołnierze byli. Nie mieli jednak szans, po prostu nie potrafili nas pokonać. Nikt z waszych żołnierzy nie wiedział, jak się do tego zabrać. Próbowali, z pełnym poświęceniem próbowali was chronić, ale naprawdę żadni z nich wojacy — powtórzył spokojnie. — Równie dobrze mogli zostać w domach, ale rozumiem, że to niehonorowe. Jestem pełen szacunku dla ich odwagi.

Nie rozumiała, o czym mówi, nie pojmowała sensu tej przemowy. Słuchała zgrzytliwego głosu i zaciskała pięści. Kusiło ją, by go obrazić, napluć mu w twarz, uderzyć, wydrapać mu te chłodne oczy. Obezwładnić kilkoma przywołaniami, zadusić powoli, tak by zetrzeć z tej obojętnej gęby lodowaty spokój! Mogłaby to zrobić! Umiałaby go pokonać w kilka minut w tym dalekim, odosobnionym pokoju... Tylko co by to dało? Chwilę satysfakcji z wygranej?

Widziała jego niewyraźne odbicie w szybce. Siedział w fotelu i chyba na nią patrzył. Zacisnęła pięści. Dlaczego on tu jest? Dlaczego przyszedł do jej sypialni? Dlaczego wybrał jej Dom? Dlaczego jest w Aberii? Została tu, by poznać odpowiedź na ostatnie z tych pytań. Nie, nieprawda, nakazano jej zostać. Paznokcie wbiły się w jej ciało. Chciała krzyczeć, zbuntować się, zerwać nałożone kajdany i uciec z tego więzienia, ale nic nie mogła zrobić. Była bezsilna, podobnie jak setki draińskich żołnierzy stała naprzeciw wroga i drżała z niemocy.

Podmuch wiatru zmarszczył powierzchnię wody w sadzawce. Ostry, świetlisty błysk przez chwilę poraził oczy Sinki. Zamknęła je, a gdy ponownie otworzyła, postać z szybki zniknęła. Widziała już tylko bujną zieleń ogrodu. Kwitły krzewy glicei. Pachniały tak słodko, że ich aromat wypełniał cały pokój. Wokół unosiła się chmura pszczół — będzie dużo miodu. Sinka oparła czoło o szybę i zauważyła tęczowego węża sunącego wśród trawy. Przesuwał swe piękne ciało między wysokimi kępami kwiecia. To dobrze, że zamieszkał w jej ogrodzie — nie będzie w nim szkodników; cebulki wiosennych kwiatów są bezpieczne.

Khaben poruszył się tuż za nią i ten ruch odbity w szybie kazał jej wrócić do rzeczywistości i czekającego Khara. Odepchnęła od siebie gniew i bezsilność. Przyznała sama przed sobą, że Generalny Dowódca był szczery, boleśnie szczery. Nie drwił, nie szydził ani nie wywyższał się nad pokonanych, mówił tylko prawdę. Na swój okrutny i bezwzględny sposób oddał im cześć.

— Po co tu przybyliście, Khaben Kharze? — odezwała się o wiele spokojniej.

— Szukamy.

— Czego? — zapytała, śledząc węża.

Milczał, wpatrując się w ogród. Potem spojrzał na nią z góry i ruszył do drzwi.

— Meble do pokoju będą już wkrótce. Liczę, że zajmiesz się ich ustawieniem — powiedział, trzymając dłoń na klamce, a jego głos zabrzmiał bardziej zgrzytliwie niż wcześniej.

Nie wydusiła z siebie nawet słowa, a on natychmiast wyszedł. Gdyby był kimś innym, powiedziałaby, że jest dobrze wychowany i ma szacunek dla jej bólu. Tyle że nie była jej potrzebna uprzejmość dowódcy żołnierzy, którzy zabili jej matkę. Wolałaby już jego pogardę czy nienawiść. Tak, nienawiść byłaby o wiele łatwiejsza. Sama mogłaby go wtedy nienawidzić. Ale czy ona w ogóle umiała nienawidzić? Znała nienawiść, wiedziała, jak smakuje i wygląda, jak kaleczy od środka. Matka uważała, że to niskie uczucie. Uczyła, że trzeba je od siebie odsuwać. „Nienawiść zabija w człowieku więcej, niż myślisz, córeczko. Przewodniczka próbuje zrozumieć i pomóc”, tak mówiła. Ale mówiła też, że nie wolno zabijać, a poszła na wojnę i zabiła wielu, zanim sama zginęła. Sinka czuła się zagubiona. Nie miała siły iść między ludzi. Wymknęła się do ogrodu i przytuliła twarz do szorstkich źdźbeł trawy. Z daleka napływały odgłosy wojskowego obozu, ale wyrzuciła je z głowy. Skupiła się na szumie wody w sadzawce, brzęczeniu pszczół i szeleście liści. Zza kępy glicei wypełzł tęczowy wąż. Zbliżył się na odległość ramienia i zamarł w smudze słonecznego blasku. Powietrze wokół niego pulsowało świetlistą energią zdrowego, silnego zwierzęcia. Sinka powoli przesunęła ramię i wyciągnęła dłoń w jego kierunku. Rozwidlony język zbadał powietrze wokół i znieruchomiał. Cienka niteczka blasku oplotła palec kobiety, rozjarzyła skórę, zamigotała i znikła. Sinka cofnęła dłoń. Nie chciała skrzywdzić tęczowego węża. Dzięki niemu cebulki wiosennych kwiatów były bezpieczne. „Kiedy ja poczuję się bezpieczna?”, pomyślała z goryczą. Słyszała, że ktoś wszedł do ogrodu, ale zauważył ją, przeprosił i odszedł. Draini w Domu szanowali jej chwile odosobnienia i rozumieli je.

Po zachodzie słońca Karina przyniosła kolację, postawiła tacę na stoliku i spojrzała pytająco. Sinka opowiedziała wszystko po kolei.

— On nie jest taki zły — stwierdziła przyjaciółka, popijając napar z liści malin. — Nie pozwala na okrucieństwo, mordy czy grabieże. Paru najgorszych skurwieli odesłał do domu pod eskortą żołnierzy.

— Za co?

— Rozboje, kradzieże, pobicia, gwałty. Był na północy taki oddział, który robił straszne rzeczy. Podobno, gdy się dowiedział, jednego z tych sadystów zaszlachtował na miejscu. Drugiego pozbawił ręki. A resztę odesłał do domu. Tak jak stali, bez niczego. Kazał im wsiąść na konie i jechać albo odda ich katu. Ludzie nie mogli uwierzyć!

— Podobno? — Since też trudno było w to uwierzyć, więc uczepiła się tego słówka.

— Livia pisała, była tam. Pisała też, że on walczy jak nikt inny, wiruje tak szybko, jest jak smuga koloru. Wszyscy byli w szoku, nawet jego żołnierze. Siedział i słuchał tych zbójów; zapytał ich o coś ze spokojem, a oni odpowiedzieli butnie. Livia pisała, że wysoko trzymali głowy i pyskowali. A potem jeden leżał martwy, a drugi wył, patrząc na kikut ręki. Dłoń i kawałek ramienia leżały na podłodze w kałuży krwi. Wyobrażasz sobie? Siedzieć spokojnie, rozmawiać z kimś, a potem nagle jednym ciosem odciąć mu łeb? Livii wcale nie żal tamtych. Pisała, że byli wstrętni, obleśni i nienasyceni. Nieobliczalni. Ci nasi są całkiem inni, co nie? Ale i tak ludzie gadają, że ten Khaben to krwawy demon.

— Demon... — mruknęła Sinka jakoś bez przekonania. — Jaki demon, Karina? Demony to bajki zza mórz, a on jest z krwi i kości, je, śpi, gada...

Rozmawiały długo w nocy i Sinka stwierdziła, że Karina, tak samo jak ona, nie wiedziała, co myśleć o Kharach. Najechali Aberię, napadli i zabili tylu, jednak tu, w posiadłości, którą Generalny Dowódca wybrał na swój tymczasowy dom, zachowywali się porządnie. Ale co z tego, skoro takie oddziały jak ten na północy nie należały do rzadkości. Zdarzały się brutalne i okrutne ekscesy, dzikie napaści i mordy. Nagminne były kradzieże, plądrowanie rodowych dóbr i wywożenie wszystkiego, co miało jakąś wartość. Kharowie byli jak szarańcza, spadli na nich z gór i pustoszyli dom po domu, pole za polem. Na zachód ciągnęły karawany wozów obładowanych draińskim dobytkiem. Aberia, ziemia Przodków, jęczała pod kharskimi buciorami, odzierana z piękna i dostatku.

Karina straciła starszego brata. Zabito go w jakiejś lokalnej potyczce z dala od domu. „Matka trzymała w ramionach jego Nici”, wyszeptała Karina wśród łez. Młodszy brat, wspaniały łucznik i myśliwy, ciągle był w armii albo w tym, co z niej zostało. Podobno zbierali się na Polach Księżycowych. Karina się bała, że jeśli dojdzie do kolejnej bitwy, straci również drugiego brata. Płakały nad wszystkimi utraconymi mężczyznami, nad panią Malerą, nad sobą i usnęły zmęczone jak za szkolnych czasów, w jednym łóżku. Nie mogły niczego zmienić w tym dalekim świecie, ale mogły próbować pomóc sobie nawzajem.

5

Kilka dni po spotkaniu z Khabenem Sinka siedziała wśród kilkunastu innych kobiet w pokoju staruch, który przylegał do jej własnego, i uważnie słuchała relacji nieznanej Przewodniczki. Przedstawiła się jako Wana, ale równie dobrze mogła być Maną czy Haną. Imię nie miało znaczenia. Ważne były wieści, które przyniosła. Sinka nie słuchała zbyt uważnie kurtuazyjnych pytań o podróż, tylko przyglądała się zebranym. Część z nich przed inwazją nie była mieszkankami posiadłości rodziców. Niektóre Sinka znała ze szkoły w Kort. Były młode, ładne i doskonale wykształcone. Od wiosny pracowały jednak w posiadłości, poświęcając swój czas na tkanie, gotowanie, sprzątanie i leczenie. Przysłano je z Kort, gdy tylko rozeszła się wieść, że osiądzie tu Khaben.

Razem z nimi przyjechały dwie staruchy. Sinka doskonale pamiętała je ze szkoły; były jak złe duchy, straszydła z nocnych koszmarów. Na samą myśl, że te jędze mają osiąść w Domu i nadzorować Przewodniczki, Since robiło się zimno. Walczyła ze strachem i niechęcią, szybko jednak zauważyła, że staruchy z dala od Rady zachowywały się o wiele lepiej. Na ogół siedziały w swoim pokoju, udając, że coś robią, naprawiają czy cerują, a tak naprawdę czekały tylko na kolejne raporty. Wysłuchiwały ich, czytały, odszukiwały interesujące i ważne informacje, by słać je do Rady w Kort przez posłańców takich jak Wana.

O czym pisały, nikt nie wiedział i to niepokoiło Sinkę chyba tak samo jak Kharowie żyjących pod jej dachem. Oni umieli się zachować, Markusza i Drawi — niekoniecznie. Obie nienawidziły Kharów z całej mocy swoich mrocznych serc i na pewno przedstawiały ich w jak najgorszym świetle. Sinka wielokrotnie rozmawiała z Przewodniczkami i prosiła, by w raportach koncentrowały się na faktach, zamiast analizować je czy oceniać. „Nie ułatwiajmy im zadania. Siedzą w komnacie, nic nie robią, jedzą i śpią, ale zawsze znajdą dla ciebie ordynarne słowo”, mówiła tym, których lojalności była pewna.

— Nie rozumiem, dlaczego Rada przysłała te suki, tyle mądrych kobiet zostało w Kort — stwierdziła Karina.

— Są bezwzględne. Dobrze wiesz, że nie cofną się przed niczym. Jeśli zajdzie potrzeba, zmuszą nas do działania odpowiednią groźbą. Zawsze bezbłędnie potrafią trafić w czułe miejsca, prawda?

Karina przyznała jej rację i dodała, że kilka Przewodniczek, które przysłano z Kort, wysyła swoje własne sprawozdania, kiedy tylko nadarza się okazja. O czym lub o kim piszą, nie wiedziała. Sinka pamiętała, jak to działało w szkole. Pod pozorem nauki otwartości i prawdomówności każda uczennica obserwowała każdą. Jeśli nauczycielki kazały pisać relacje z jakichś spotkań, to otrzymywały całą prawdę, bo nigdy nie było wiadomo, kto jeszcze dostał takie samo zadanie.

— Może nadejdzie moment, gdy zapytam o te tajemnicze notki, ale jeszcze za mało je znam — wyznała.

Podczas rozmowy z przyjaciółką Sinka utwierdziła się w przekonaniu, że musi być ostrożna nie tylko w stosunku do Kharów. Była pewna, że Wana wyjedzie z listami i głową pełną wiadomości, do których Sinka nie będzie miała dostępu. Na szczęście sama też mogła przekazać kilka informacji i zamierzała to zrobić, choćby po to, by zrównoważyć te wysłane przez staruchy. Wana na pewno zapamięta wszystko słowo w słowo i dostarczy, komu trzeba. Na razie zagajała rozmowę, opowiadając najnowsze, niewiele znaczące wydarzenia z Kort.

— Cieszę się, że Rada w Kort ma się dobrze — z uśmiechem skomentowała Sinka. — Zdrowie członkiń Rady w tak trudnych czasach jest niezwykle ważne, ale bardziej mnie interesuje, co dzieje się w kraju. Czego możemy się spodziewać?

— Kolejnej bitwy. Nasze wojska gromadzą się na Polach Księżycowych — zaczęła Wana.

— Raczej to, co z nich zostało. Niepotrzebnie Rada zezwoliła na stworzenie tej armii — powiedziała rozgoryczona Karina. — Tak wielu już zginęło, a co będzie dalej? Nie jesteśmy narodem żołnierzy.

— Bzdura! — warknęła Markusza, drobniejsza ze staruch. Uczennice w Kort nazywały ją Kulawką, bo od wielu lat utykała na prawą nogę. — Przy odpowiednim wyćwiczeniu każdy może zostać porządnym żołnierzem. Zawsze mówiłam, że trzeba wychowywać żołnierzy, ale mądrale w Radzie ciągle tylko nie, nie i nie. Teraz mają. W kilka miesięcy cały kraj zalała barbarzyńska hołota zza gór, a my nie umiemy się bronić. Nie mamy Przewodniczek, nie mamy żołnierzy. Jak owce na rzeź!

— Nigdy nie mieliśmy wielu żołnierzy — nieśmiało wtrąciła Leonia, córka Mistrza Łowczego z posiadłości.

— Ale mieliśmy armię Przewodniczek. Jeszcze dwieście lat temu było ich trzy razy więcej niż na początku inwazji! A ile już zginęło? — Markusza walnęła pięścią w udo. Tak łatwo się irytowała i wylewała swą złość na wszystkich wokół. — Połowa szkoły w Kort stoi pusta. Rody nie posyłają córek na naukę, nie szkolą ich. Nie widzą potrzeby! Za długo panował pokój! Kharowie zamknęli granice, a przecież z nikim innym nie walczyliśmy. Dawne Przewodniczki doskonale wiedziały, jaką bronią pokonać Kharów, jak obezwładnić tych dzikusów! Czterysta lat temu dały im niezłego łupnia! Uciekli za góry jak kundle z podkulonymi ogonami. A teraz się odegrają, bo my niczego nie umiemy! Niczego! Absolutnie! Ile z was przeszło kurs walki? No ile? Nawet nie połowa! To był najbardziej idiotyczny pomysł, żeby ograniczyć szkolenie! I-dio-tycz-ny! — wyskandowała i rozkaszlała się przeraźliwie.

— No, nareszcie się zamkniesz! — Wtrąciła się zaraz druga starucha, tęgawa Drawi. — Już mi się nie chce słuchać twojego jojczenia. Wana, mów, co tam jeszcze?

Wana zmrużyła oczy i po chwili z jej ust popłynęły kolejne zapamiętane informacje.

— Nie ustalono, czy król Kharów bierze udział w inwazji. Na razie nikt nie wie, jak on wygląda. Istnieją pewne przesłanki, że znajduje się w posiadłości Sinki, ale trudno jednoznacznie je potwierdzić. Przesłuchiwani żołnierze nie umieli na ten temat powiedzieć niczego oczywistego. Co dziwniejsze, opisy króla, jakie zdołano z nich wydobyć, różnią się od siebie. Raz jest zuchwałym młokosem, innym razem dojrzałym mężczyzną. Wiemy jednak, że to bzdury. Ma ponad trzydzieści pięć lat, więc żaden z niego młokos. Problem w tym, że widywano go niemal wszędzie. Jakby był w wielu miejscach naraz. Rada uważa, że po prostu ma wielu sobowtórów. Nie potrafimy go zlokalizować. Równie dobrze może siedzieć w Kharze, choć to mało prawdopodobne, bo zawsze wyrusza ze swoją armią. Więc istnieje prawdopodobieństwo, że Generalny Dowódca to król Kharu. Ale to tylko przypuszczenia.

— Nie wiemy, jak wygląda, nie wiemy, gdzie jest... Bo wszędzie to znaczy nigdzie. Może tu być, ale równie dobrze może go nie być. Zresztą czy to ważne? — zapytała Karina. — Za krótko u nas są. Nauczyłam się rozpoznawać co ważniejszych oficerów, a jest ich tu z setka.

— Jeśli jest tu ich król, to na pewno nie pracuje jako stajenny, głupia dziewucho — mruknęła Drawi. — Jest kilkunastu najważniejszych oficerów. Na nich skupcie swoją uwagę. Najważniejszy jest Khaben, potem ci, co najczęściej się koło niego kręcą. Obserwujcie, wypytujcie, spisujcie informacje i spostrzeżenia. Rada nakazała zbierać informacje, więc je zbierajmy. Zawsze znajdzie się sposób, by je przekazać. Co jeszcze, dziewczyno? — zapytała Wanę.

— Kazano mi podkreślić, że nie wydano rozkazu zabicia ani króla, ani głównego dowódcy, ani żadnego z ludzi, którzy tu zamieszkali. Po wojnie sprzed czterystu lat wiemy, że jeśli podniesiemy rękę na ich króla, to wdepczą nas w ziemię, posypią solą i odtańczą swój triumf na naszych kościach. — Wana mówiła, jakby recytowała czyjeś słowa, przymykała oczy, a jej głos matowiał.

— Te dzikusy czczą króla jak boga. Jest nietykalny — mruknęła Drawi.

— Nie wiemy ani jak wygląda, ani jak ma na imię? — spytała Alura.

— Królowie Kharu noszą tylko jedno imię, nieuku! — krzyknęła Markusza. — Od tysiąclecia jedno imię! Askhar! A obecny ma przydomek Nadzieja. Askhar Nadzieja.

— Żaden z naszych Kharów nie ma na imię Askhar — stwierdziła Misa. — Jest Askharid. Mogli go trochę przemianować?

— W życiu, te skurwysyny trzymają się tradycji. Król to Askhar, nie inaczej.

— Czyli go u nas nie ma.

— Niekoniecznie. Mamy tu synów najstarszych kharskich rodów. Ten Askharid, Nepril, Luridh, Oklang... Nie wiem, z jakiego rodu jest Khaben, więc może to ten ich król, górski troll. Musi być uroczy, skoro woli ukrywać się w draińskim ciele! — kpiła Markusza.

— Głupoty — przerwała jej Drawi. — Gadasz głupoty! Jest młody, silny i wytrenowany! Może wyglądać...

— Jak może wyglądać z tą swoją chamską gębą, otoczoną obleśnymi mackami?! — szydziła dalej Markusza.

Sinka westchnęła; znała staruchy i ich nieustanne kłótnie. Nie było sposobu, by nad nimi zapanować, okiełznać obelżywe słowa płynące jak potok nieczystości. Czasami się zastanawiała, dlaczego te dwie nieustannie są razem. Czy trzymała je przy sobie obopólna nienawiść? Rozważania Sinki i kłótnię staruch przerwała Misa, blondynka o bujnych kształtach i niesłychanej wiedzy genealogicznej.

— Doskonale się maskują — wtrąciła, nie zwracając uwagi na wściekłe spojrzenie Drawi. — Nie widziałam kolorów ani jednego gwardzisty. Kontrolują przemianę. Podobno gdzie indziej coraz częściej można ich podziwiać w całej okazałości, są oddziały, które do tego stopnia lekceważą królewskie rozkazy, że grasują z rozwianymi kharib, ale nie ci u nas... — westchnęła. — Nie możemy liczyć na to, że się ujawnią. Trzeba powoli, krok za krokiem dochodzić prawdy. Jeśli mogę prosić, wypytujcie ich o krewnych, koligacje, Drainki, z jakimi żenili się ich dziadowie. Prędzej czy później trafimy na jakiś ślad i będę mogła określić, z kim mamy do czynienia.

Sinka coraz mniej uważnie słuchała rozmowy. Wszystko to już wiedziała. Te ustalenia poczyniono jeszcze przed przybyciem obcych do Domu. Od tego dnia w klepsydrze przesypało się sporo piasku, a one stały w miejscu. Kharowie zajęli większą część Domu, przebudowywali na swoje potrzeby spichlerz tuż za nim i prawie nie kontaktowali się z Drainami. Skrzydło, które zajmowali, wrzało nieustanną pracą, kroki dzień i noc dudniły na korytarzach, a konni posłańcy wyjeździli już kilka nowych dróżek z traktu do drzwi głównego holu i spichlerza.

Wielu Kharów na co dzień kontaktowało się z Drainami, ale nigdy nie wychodzili poza pewne granice. Rozkazywali, nakazywali, żądali i odchodzili. Since nawet się wydawało, że pozostawali nieczuli na kobiece wdzięki. Markusza twierdziła, że pewnie dodają im czegoś do jedzenia, bo nie jest możliwe, by normalny chłop, do tego żołnierz od miesięcy pozbawiony domu i własnej baby, nie wyruchał chętnej dziewuchy. Wulgarność staruch powodowała, że Sinka z coraz większą niechęcią podchodziła do zdawania im relacji ze spotkań z Kharami.

— Cycki na wierzch — taką radę usłyszała pewnego dnia od Drawi.

— Nie jestem dziewką uliczną.

— Ależ jesteś, jesteś. Każda Przewodniczka jest jak dziwka. Zrobi, co jej każe alfons z Rady — rechotała starucha. — Ale tobie, dziewucho, bliżej do alfonsa niż jego kurwy, co?! — Zaśmiała się uradowana obleśnym konceptem.

Sinka tylko zaciskała pięści i unikała staruch, jednak czasami po prostu się nie dało. Musiała uczestniczyć w spotkaniach z kurierkami, które tak jak Wana przynosiły wieści i rozkazy od Rady. Musiała słuchać zaleceń Drawi i Markuszy. Nienawidziła ich sposobu mówienia, patrzenia i myślenia. Nie było w nich nic, na co Sinka mogłaby spojrzeć z podziwem lub aprobatą. A jednak znosiła ich obecność, słuchała ich mądrości i nakazów. Chciała wierzyć, bardzo się starała wierzyć, że naprawdę wiedziały, co robią.

— Sinko!

Krzyk Drawi wyrwał ją z zadumy.

— Wana potrzebuje odpoczynku, świeżego ubrania i prowiantu na drogę. Dopilnuj tego.

— Ależ oczywiście — mruknęła i z ulgą wstała ze swojego miejsca. — Chodź, zaprowadzę cię w bezpieczne miejsce. Jak długo chcesz zostać?

Wyszły na korytarz.

— Powinnam jutro wyruszyć, ale... — zawahała się, lecz zaraz podjęła wątek: — Zmokłam kilka razy i nieustannie kaszlę, a w moim fachu to bardzo niebezpieczne. Powinnam się wygrzać i odpocząć. Moim zadaniem było dotrzeć do was, ale wokół posiadłości jest tyle wojska... Patrol na patrolu. Przedarcie się zajęło mi sporo czasu. Jechałam lasem, dzikimi wykrotami bez jednej ścieżki, a i tam widziałam dwóch Kharów. Na szczęście byli na polowaniu. Szli tropem jakiegoś jelenia.

Sinka pchnęła drzwi do niewielkiego pokoiku, zamknęła je dokładnie i przeszła na drugą stronę pomieszczenia. Wspięła się na palce i po chwili macania drewnianej listwy pchnęła dźwignię, która blokowała ukryte przejście.

— Chodź, mamy tu kilka pokoi. Niewiele osób o nich wie, więc proszę, zachowaj to dla siebie. Przejście jest wąskie i ciemne, około dwudziestu kroków. Gotowa? — Wana skinęła głową. Weszły w mrok. Sinka znała te korytarze na pamięć; biegała po nich od dzieciństwa, często ukrywała się dla psoty. Umiała przebiec nimi cały Dom. Z Klenisem robili nawet zawody, kto szybciej, niezauważony przez nikogo, pokona odległość od głównego holu, przez gabinet ojca, aż do najdalszych drzwi kuchennych. Od czasu inwazji Kharów kilka niewielkich pokoików, ukrytych przed niepowołanymi oczyma, służyło kurierkom. — Odpocznij, w nocy ktoś zaprowadzi cię do łaźni. Niestety, teraz mamy tylko kilka godzin dostępu do łaźni, oczywiście w środku nocy, gdy Kharowie już śpią. Ale przynajmniej masz pewność, że nie natkniesz się na któregoś z nich. Możesz zostać tak długo, jak chcesz. Przyniosą ci ciepły posiłek. Masz się w co przebrać czy potrzebujesz czegoś?

Wana poprosiła o nowe pończochy i dodatkowy ciepły koc. Stała na środku niewielkiego pokoiku i zastanawiała się, do czego przodkom Sinki potrzebne były ukryte pokoje, o nic jednak nie pytała. Gdy gospodyni odwróciła się, by wyjść, Wana powstrzymała ją.

— Mam wiadomość dla ciebie od dwóch ważnych członkiń Rady, przyjaciółek twojej matki. Wiesz o kim mówię, prawda? — Sinka skinęła głową. — Prosiły przekazać ci, byś nie ufała staruchom i kierowała się własnym osądem. „Przewodniczki są po to, by pomagać zagubionym. Kharowie szukają, pomóż im znaleźć”. Tak powiedziały.

Sinka patrzyła przez chwilę na zmęczoną twarz Wany, jakby chciała odgadnąć, czy na pewno mówi prawdę, nie dostrzegła jednak żadnej oznaki, która wskazywałaby na to, że dziewczyna kłamie.

— W Radzie nie ma jedności?

— Nigdy nie było. Ale w konieczności zachowania równowagi, w szukaniu wspólnej drogi jest jej siła.

— Tak nas uczono.

— Tak. I nadal w to wierzę. A ty?

Sinka przytaknęła i objęła Wanę.

— Dziękuję, Przewodniczko. Dziękuję za tę wiadomość. Teraz odpocznij, a ja przyślę kogoś do pomocy. Mów, czego ci trzeba. Muszę wracać do swoich obowiązków, bo mam spotkanie z adiutantem Khabena. Porozmawiamy wieczorem.

Sinka próbowała zarządzać Domem i posiadłością, ale było to niezwykle trudne zadanie, bo Kharowie wprowadzili liczne obostrzenia. Jednym z najdotkliwszych była konieczność nieustannego ubiegania się o zezwolenia na wyjazd poza miejsce zamieszkania. Jeśli chciała wysłać kilku mężczyzn choćby na sianokosy, musiała myśleć o tym przynajmniej tydzień wcześniej, sporządzić imienną listę, napisać wyjaśnienie i złożyć te dokumenty u oficera zajmującego się bezpieczeństwem. Z Monahem załatwiała rzeczy związane z Domem oraz przylegającym do niego gospodarstwem i na ogół nie było żadnych problemów. Jednak z Askharidem, wielkim i tępym oficerem odpowiedzialnym za porządek w całej posiadłości, była w nieustannym konflikcie. Był uparty i niechętny do jakiejkolwiek współpracy. Ledwo pojawił się w Domu, zażądał, by się u niego stawiła, i ponad dwie godziny wypytywał o gospodarstwa mieszczące się w majątku. Zauważyła wtedy, że najbardziej interesowały go tkalnia i farbiarnia. Zresztą o tym, że Kharowie szukali ich niebieskiej wełny, dowiedziała się, gdy tylko przyjechali. Przetrząsnęli magazyny i zdecydowanie nie byli zadowoleni, że nic w nich nie znaleźli. Askharid przy okazji jednej z rozmów zapytał ją o produkcję błękitnej materii, ale zaśmiała mu się w twarz.

— Szanowny pan życzy sobie błękitnej wełny? — zapytała całkiem jak przekupka na dorocznym targu barwierskim, gdzie obok barwników można było kupić gotowe materie. — A na co? Na płaszcz, spodnie czy suknię dla żony? Bo cena zależy od splotu, grubości i odcienia. A szanowna małżonka jakiego wzrostu i wagi?

Khar popatrzył jej w oczy, po czym nagle wstał i wyszedł. Nie wiedziała, czy się obraził, czy wściekł. Dość, że unikał jej przez kilka dni, a potem odrzucił kilka bardzo ważnych próśb. Pomyślała, że odgrywa się za ten kąśliwy żart, ale nie miała zamiaru przepraszać. Przeczekała kolejny tydzień i zarzuciła go plikiem podań, rozwlekłych wyjaśnień i nudnych spisów. Połowę odrzucił. Ku jej zaskoczeniu nie wyraził zgody na wyjazdy naprawdę potrzebne, a zgodził się na idiotyczne. Najpierw się wściekła, ale potem dostrzegła w tym przewrotną inteligencję Khara. Wysłała ludzi z niepotrzebnymi misjami, a to na pastwisko, by mierzyli wysokość trawy, a to do lasu na poszukiwanie nieistniejącej rośliny o nazwie purchawa zadnia. Pięciu Drainów pływało łodzią po jeziorze i wypatrywało chmur. Wszyscy pukali się po głowach i pytali, czy coś nie tak z jej rozumem, ale ona zdawała się nie dostrzegać ich min. Pewnie długo jeszcze bawiłaby się z Kharem w te podchody, gdyby w całej posiadłości nie zaczęło brakować najpotrzebniejszych rzeczy. Ludzie jeździli liczyć owoce na śliwie, a w tkalni brakowało przędzy, bo nie miał jej kto zawieźć.

Poszła wreszcie do Askharida i po krótkiej, dość ogólnikowej rozmowie oboje zawiesili broń. Ona nie pisała idiotycznych podań, on godził się na prawie wszystkie prośby. Aż nagle, zupełnie bez powodu, jego przychylność się skończyła i znów musiała walczyć o każde pozwolenie.

Teraz chciała, by do sianokosów pojechało dziesięciu mężczyzn, a dostała zgodę na pięciu, i to zaledwie na trzy dni zamiast na tydzień. Pięciu Drainów miało pilnować trzech kharskich żołnierzy. Ona sama nie mogła jechać, dokąd chciała i kiedy chciała. Tłumaczyła Askharidowi, że musi załatwiać wiele spraw, choćby związanych z czesaniem przędzy, jej farbowaniem, tkaniem materii czy dywanów, ale nie rozumiał lub nie chciał pojąć, że jej obecność w niektórych miejscach jest nieodzowna. Kiedy kolejny raz nie wydał zgody na podróż po posiadłości, Sinka zagotowała się ze złości i postanowiła, że nie będzie gadać z odpornym na jej argumenty Askharidem, ale z przychylnym jej Monahem.

— Panie Monahu — zaczęła w dniu przyjazdu Wany — potrzebuję zgody na pracę ludzi poza ich miejscem zamieszkania, jak to nazwaliście. Mam dość latania po każdą przepustkę i czekania godzinami lub przez kilka dni, aż ktoś ją wystawi. Posiadłość jest rozległa, wiele w niej pracy... Teraz powinnam robić drugie pokosy traw, zbierać kwiaty na barwniki, zioła na lekarstwa, a siedzę tu jak kwoka na grzędzie, bo oficer Askharid nie chce wydać zgody na kilkudniową podróż. Jeśli tak się boi, choć nie rozumiem czego, to niech jedzie ze mną.

— Nie pojmuję, pani, czego ode mnie oczekujesz. To naprawdę nie jest w mojej mocy zmienić postanowienia szlachetnego Askharida — stwierdził Monah, który od pierwszego zdania uważnie się w nią wpatrywał.

— Chcę, by moi ludzie mogli poruszać się po posiadłości bez tych idiotycznych przepustek — stwierdziła Drainka zdecydowanie.

— Przepustki nie są idiotyczne...

— Są — przerwała mu — jeśli trzeba jechać do spichlerza na pół dnia, a czekasz dwa dni na zgodę, bo jakiemuś Kharowi się nie spieszy. Albo musisz jechać na tydzień na plantację zbierać kwiaty, a przepustkę dostajesz codziennie. I jeździsz jak wariat w tę i z powrotem zamiast siedzieć na miejscu i pracować. Kwiaty nie poczekają. Jeśli nie zerwie się ich w oznaczonym czasie, to można dać sobie spokój.

— Co ty, pani, z tymi kwiatami? Po co te kwiaty? — zakrzyknął, jak się jej zdawało, poirytowany adiutant.

— Kwiaty? — Westchnęła, jakby chciała dać mu w ten sposób do zrozumienia, jak mało wie o czymkolwiek. — Panie Monahu, kwiaty mogą służyć do bardzo wielu rzeczy. Taką ketmię można wsadzić we włosy, idąc na spotkanie z miłym sercu mężczyzną, ale na ogół kwiaty suszymy i zimą przygotowujemy z nich pyszny, kwaskowy napar. Wystarczy dodać trochę suszonych jabłek, porzeczek lub soku malinowego i ratuje przed przeziębieniem, rozgrzeje, gdy przemarzniesz, doda sił. Rumianek pijemy leczniczo, robimy z niego okłady na rany, które dzięki temu szybciej się goją. Wasze też. Specjalne rośliny hodujemy na barwniki. W tym samym celu zbieramy łupiny orzechów, żołędzie i korę niektórych drzew! Po żołędzie i korę trzeba jechać do lasu. Bierzemy wóz, dziesięciu ludzi i zbieramy żołędzie, korę dębu, bo dają piękny brąz, korę olchy, bo można nią barwić na żółto. Pan myśli, że te spodnie, które ma na sobie, to czym pofarbowano? Na moje oko właśnie korą dębową, a może...

— Dość, pani — przerwał jej. — Nie mam zamiaru zostać rolnikiem i farbować spodni. Wystarczy tego wykładu. Rozumiem, o czym pani mówi, przekażę dowódcy.

— I o to właśnie chodzi. Khaben Khar wydaje się człowiekiem rozsądnym, więc mam nadzieję, że zniesie te bezsensowne utrudnienia. Kiedy mogę oczekiwać odpowiedzi?