A jeśli to my - Adam Silvera, Becky Albertalli - ebook

26 osób właśnie czyta

Opis

Po raz pierwszy na świecie, pióro w pióro, Adam Silvera i Becky Albertalli! Twórca głośnej, adaptowanej przez HBO, powieści Nasz ostatni dzień w duecie z autorką zekranizowanego Twój Simon!

Bestsellerowi autorzy, Becky Albertalli i Adam Silvera, łączą swoje umiejętności, tworząc błyskotliwą opowieść o dwóch kompletnie różniących się od siebie chłopakach, którzy nie są do końca pewni, czy los chce ich złączyć, czy rozdzielić.

Arthur jest w Nowym Jorku tylko na wakacje, a jeśli Broadway nauczył go czegoś, to tego, że wszechświat potrafi zesłać zapierający dech w piersiach romans w najmniej oczekiwanym momencie. Ben natomiast uważa, że wszechświat powinien zająć się swoimi własnymi sprawami. Jeśli faktycznie byłby po jego stronie, chłopak nie szedłby teraz na pocztę z pudłem pełnym rzeczy swojego ex.

Kiedy Arthur i Ben spotykają się na poczcie, nie wiedzą co szykuje dla nich los.
Być może nic – zostaną rozdzieleni.
Być może wszystko – spotkają się ponownie.

Ale co jeśli nie potrafią zorganizować swojej pierwszej randki tak, jak trzeba, nawet po trzech próbach? Co jeśli Arthur stara się za bardzo, a Ben wcale? Co jeśli życie to nie jest broadwayowski musical? A może wręcz przeciwnie, może ten musical jest właśnie o nich?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 366

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

Tytuł oryginału: What If It’s Us

 

Copyright © 2018 by Becky Albertalli and Adam Silvera

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Copyright © for the Polish translation

by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

 

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Redakcja: Natalia Szczepkowska

Korekta: Magdalena Wójcik

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Martyna Wilner

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66278-17-2

 

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca

i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo

do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

 

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla Brooks Sherman,

agentki wszechświata, który nas ze sobą złączył.

Oraz Andrew Eliopulosa i Donny Bray,

którzy uczynili nasz wszechświat większym.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Część pierwsza

 

A JEŚLI

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

ARTHUR

 

Poniedziałek, 9 lipca

 

 

 

 

Nie jestem nowojorczykiem i chcę do domu.

W tym mieście obowiązuje strasznie dużo niepisanych zasad. Na przykład nigdy nie można przystawać na środku chodnika, aby pogapić się marzycielsko na wysokie budynki czy też odczytać graffiti. Żadnych ogromnych składanych map, żadnych nerek u pasa, żadnego kontaktu wzrokowego. Nie ma mowy, żeby sobie zanucić publicznie piosenkę z musicalu Drogi Evanie Hansenie. A już na pewno nie można robić selfiaczków na rogu ulicy, nawet jeśli stoi tam budka z hot dogami i cały szereg żółtych taksówek w tle, a to przecież niesamowicie bliskie temu, jak zawsze wyobrażałeś sobie Nowy Jork. Dozwolony jest co najwyżej milczący podziw, ale i wtedy trzeba być cool. Coś mi się wydaje, że na tym polega cały sens Nowego Jorku: bycie cool.

Ja nie jestem cool.

Weźmy na przykład dzisiejszy poranek. Popełniłem błąd i spojrzałem w niebo, tylko na chwilę, a teraz nie mogę oderwać od niego wzroku. Kiedy się patrzy pod tym kątem, świat jakby miał się zaraz przewrócić: słońce oślepia, a wysokie budynki przyprawiają o zawrót głowy.

Nowy Jork jest piękny. Muszę mu to przyznać. Piękny i surrealistyczny, a do tego zupełnie inny niż Georgia. Ustawiam telefon i pstrykam fotkę. Nie na Instagrama, bez żadnych filtrów.

Prosta, szybka fotka.

Przechodnie natychmiast się wściekają: Chryste. Ruszże się. RUCHY. Cholerni turyści. Nie ściemniam, dwie sekundy na zdjęcie i już jestem uosobieniem blokady ruchu. Nagle staję się odpowiedzialny za każde spóźnienie metra, każdy zator uliczny, za samo zjawisko oporu wiatru.

Cholerni turyści.

Ja nawet nie jestem turystą. W pewnym sensie tu mieszkam, przynajmniej podczas wakacji. Nie jestem teraz na radosnym spacerku, nie zwiedzam miasta w poniedziałkowe południe. Jestem w pracy. No, właściwie jestem w drodze do Starbucksa, ale to też się liczy.

I może faktycznie wybrałem dłuższą drogę. Może potrzebuję kilku minut więcej poza kancelarią mamy. Normalnie bycie stażystą jest raczej nudne niż straszne, ale dzisiaj mam wyjątkowo gówniany dzień. Wiecie, jak to jest – w drukarce brakuje papieru, w magazynie też go nie ma, więc próbujesz podebrać trochę z ksera, ale nie możesz wysunąć szuflady, naciskasz zły guzik i nagle ksero zaczyna piszczeć. A ty stoisz i myślisz, że wynalazca tej piekielnej maszyny powinien dostać wciry. Od ciebie? Od mierzącego metr sześćdziesiąt siedem żydowskiego dzieciaka z ADHD, wściekłego jak tornado? Znasz taki dzień? No, właśnie.

Najchętniej bym to wszystko wywalił Ethanowi i Jessie, ale jeszcze nie nauczyłem się pisać i iść jednocześnie.

Schodzę na bok, przystaję przy wejściu na pocztę – i wow. Takiej poczty nie ma w Milton w Georgii. Wejście jest wykończone białym kamieniem, z kolumnami i elementami z mosiądzu. Miejsce ma taką klasę, że aż się czuję źle ubrany. A przecież włożyłem krawat.

Wysyłam słoneczne zdjęcie Ethanowi i Jessie. Ciężki dzień w biurze!

Jessie odpisuje od razu. Nienawidzę Cię i chcę być Tobą.

Tak się sprawy mają: Jessie i Ethan to moi najlepsi przyjaciele od zarania dziejów i zawsze byłem przy nich Prawdziwym Arthurem. Samotnym Pogubionym Arthurem, innym niż Radosny Instagramowy Arthur. Jednak z jakiegoś powodu czuję, że moje nowojorskie życie musi im się wydawać niesamowite. Tak po prostu. Dlatego od tygodni dostają esemesy od Radosnego Instagramowego Arthura. Tylko nie wiem, czy jestem wystarczająco przekonujący.

I tęsknię za Tobą, dopisuje jeszcze Jessie, wysyłając też całą linijkę buziaczków. Jest jak moja babcia w ciele szesnastolatki. Zostawiłaby na moim policzku esemesowy ślad szminki, gdyby tylko mogła. Co dziwne, nigdy nie łączyła nas ta słodkomdląca przyjaźń – a przynajmniej do czasu balu na zakończenie szkoły. Zupełnie przypadkiem właśnie wtedy wyznałem Jessie i Ethanowi, że jestem gejem.

Ja też za Wami tęsknię, przyznaję.

WRACAJ DO DOMU, ARTHUR.

Jeszcze cztery tygodnie. Oczywiście, przecież wcale nie liczę.

Ethan wreszcie dołącza do rozmowy, wrzucając najbardziej niejednoznaczną emotkę świata: grymas. No, bez kitu. Grymas? Jeśli studniówkowa Jessie jest jak moja babcia, to studniówkowy Ethan pisze niczym mim. Właściwie przez większość czasu na czacie grupowym jest nawet spoko, ale w rozmowie jeden na jednego? Powiem tylko tyle, że mój telefon przestał pikać od nadchodzących wiadomości jakieś pięć sekund po tym, jak się wyautowałem. Nie będę kłamał: to najgorsze uczucie świata. Któregoś dnia w końcu mu to powiem, i to niedługo. Może nawet dzisiaj. Może…

Zaraz jednak otwierają się drzwi poczty i ze środka wychodzą – nie żartuję – bliźniaczo podobni mężczyźni w takich samych kombinezonach. Z zakręconymi wąsami. Ethan oszalałby z radości. Wkurzające. Ciągle tak mam z tym kolesiem. Minutę temu byłem gotowy dać mu przyjacielskiego kosza za te jego emotki. A teraz tylko chcę usłyszeć jego śmiech. Emocjonalne sto osiemdziesiąt stopni w raptem sześćdziesiąt sekund.

Bliźniacy mijają mnie i widzę, że obaj mają męskie koczki. Oczywiście, że mają męskie koczki. Nowy Jork to inna planeta, przysięgam, bo nikogo to nie dziwi.

No, ale.

W stronę wejścia idzie chłopak, trzymając karton, i dosłownie zatrzymuje się w pół kroku, widząc bliźniaków. Wydaje się zbity z tropu, a ja śmieję się w głos.

A potem patrzy mi w oczy.

Uśmiecha się.

O cholera.

Serio. Cholera jasna, największe ciacho świata. Może to jego włosy, może to piegi, może zaróżowione policzki. A mówię to jako ktoś, kto nigdy wcześniej nie zwrócił uwagi na czyjeś policzki. Ale te zdecydowanie warto zauważyć. Wszystko w nim jest godne uwagi. Idealnie zwichrzone jasnobrązowe włosy. Dopasowane dżinsy, pozdzierane buty, szara koszulka – z napisem Dream & Bean Coffee ledwo widocznym znad krawędzi kartonu. Jest wyższy ode mnie – no, dobra, większość chłopaków jest ode mnie wyższa.

Wciąż na mnie patrzy.

Ale dwadzieścia punktów dla Gryffindoru, bo udaje mi się do niego uśmiechnąć.

– Myślisz, że zostawili swój tandem przed salonem barbera?

Jego śmiech zaskoczenia jest tak uroczy, że aż kręci mi się w głowie.

– Zdecydowanie przed salonem barbera będącym jednocześnie minibrowarem i galerią sztuki – mówi.

Przez chwilę szczerzymy do siebie zęby bez słowa.

– Eee, wchodzisz? – pyta w końcu.

Podnoszę wzrok na drzwi.

– No.

I wchodzę. Ruszam za nieznajomym do wnętrza budynku poczty. To nie tak, że podjąłem tu jakąś decyzję. Jeśli już, to podjęło ją moje ciało. W tym chłopaku jest coś takiego. Coś mnie tak ciągnie w piersi. Mam takie wrażenie, że muszę go poznać, że to nieuniknione.

Dobra, zaraz się do czegoś przyznam i pewnie się od tego wzdrygniesz. Pewnie już się krzywisz, ale nieważne. Posłuchaj.

Wierzę w miłość od pierwszego spojrzenia. Los, wszechświat, wszystko. Ale nie tak, jak ci się wydaje. Nie w takim sensie, że nasza dusza została podzielona, a ty jesteś moją drugą połówką na wieczność. Po prostu uważam, że naszym przeznaczeniem jest poznać pewnych ludzi. Myślę, że wszechświat popycha nas w ich stronę.

Nawet w zwyczajny lipcowy poniedziałek. Nawet na poczcie.

Ale bądźmy szczerzy – to nie jest normalna poczta. Jest wystarczająco duża, by posłużyć za salę balową, ma lśniące podłogi i rzędy numerowanych skrzynek, i prawdziwe rzeźby, jak w muzeum. Chłopak z kartonem podchodzi do lady niedaleko wejścia, stawia przesyłkę obok i zaczyna wypełniać druczek.

Dlatego zabieram kopertę na priorytet ze stoiska i ruszam do lady. Sto procent luzu. Wcale nie musi być dziwnie. Muszę tylko znaleźć idealny sposób na poprowadzenie tej rozmowy. Szczerze mówiąc, zazwyczaj naprawdę łatwo przychodzi mi rozmawiać z nieznajomymi. Nie wiem, czy wszyscy w Georgii tak mają, czy może tylko ja, ale jeśli w sklepie natknę się na staruszka, zaraz sprawdzam dla niego ceny soków z suszonych śliwek. Jeśli na pokładzie samolotu znajdzie się kobieta w ciąży, jeszcze przed lądowaniem w myślach nazywa swoje nienarodzone dziecko moim imieniem. To taka moja supermoc.

A przynajmniej do dzisiaj. Teraz nagle nawet wymówienie sylaby to dla mnie za dużo. Jakby gardło mi się zapadło. Muszę rozbudzić w sobie Nowojorczyka – wyluzowanego, nonszalanckiego. Posyłam chłopakowi nieśmiały uśmiech. Robię głęboki wdech.

– Ale duży.

No i… wtopa.

Następne słowa wyrywają mi się nieproszone.

– Znaczy karton duży. Masz duży karton.

Rozkładam ręce, żeby mu to zademonstrować. Bo przecież to nie jest sugestywne. I wcale nie wygląda, jakbym mierzył mu siurka.

Chłopak z Kartonem ściąga brwi.

– Wybacz. Ja nie… Przysięgam, że normalnie nie komentuję wielkości pudełek nieznajomych.

Spogląda mi w oczy i uśmiecha się, troszeczkę.

– Fajny krawat – rzuca.

Spuszczam wzrok, rumieniąc się. Wiadomo, nie mogłem założyć normalnego krawata. Nie. Mam na sobie egzemplarz z kolekcji taty. Granatowy, ze wzorkiem w maleńkie hot dogi.

– Przynajmniej nie uniform, co? – mówię.

– Słuszna uwaga. – Znowu się uśmiecha, więc oczywiście zwracam uwagę na jego usta. Które mają taki sam kształt jak usta Emmy Watson. Usta Emmy Watson. Na jego twarzy.

– Czyli nie jesteś stąd – rzuca Chłopak z Kartonem.

Podnoszę na niego wzrok, zaskoczony.

– Skąd wiesz?

– Stąd, że jeszcze do mnie mówisz. – Po tych słowach się rumieni. – To źle zabrzmiało. Chodziło mi o to, że zazwyczaj to turyści zagadują.

– Aha.

– Ale nie przeszkadza mi to – zapewnia.

– Nie jestem turystą.

– Nie jesteś?

– No dobra, właściwie to nie jestem stąd, ale mieszkam tu teraz. Tylko do końca wakacji. A pochodzę z Milton w Georgii.

– Milton w Georgii. – Uśmiecha się.

Czuję się niewytłumaczalnie zdenerwowany. Ręce i nogi mam jakoś dziwnie bezwładne, w głowie mnóstwo waty. I pewnie jestem czerwony jak burak. Nawet nie chcę wiedzieć. Po prostu nie mogę przestać mówić.

– No nie? Milton, bez kitu. Brzmi jak imię żydowskiego stryja.

– Nie chciałem…

– Właściwie to mam stryja o imieniu Milton, który jest Żydem. To właśnie w jego mieszkaniu się zatrzymaliśmy.

– Wy, czyli kto?

– Pytasz, z kim mieszkam u stryja Miltona?

Kiwa głową, a ja tylko patrzę na niego bez słowa. No bo niby z kim jego zdaniem miałbym tam mieszkać? Z chłopakiem? Z dwudziestoośmioletnim przystojniaczkiem z wielkimi tunelami w uszach i może kolczykiem w języku albo tatuażem z moim imieniem na piersi? Na całej klacie?

– Z rodzicami – odpowiadam szybko. – Moja mama jest prawniczką i pod koniec kwietnia przyjechała tutaj pracować nad najnowszą sprawą, a ja totalnie dołączyłbym do niej już wtedy, tylko że oczywiście rzuciła to swoje: Jasne, Arthur, ale masz jeszcze miesiąc szkoły. Nawet na dobre wyszło, bo chyba myślałem, że Nowy Jork będzie jakiś, a okazał się zupełnie inny, i teraz utknąłem tutaj i tęsknię za przyjaciółmi, za samochodem i za Waffle House.

– W tej kolejności?

– No, najbardziej za samochodem. – Szczerzę zęby. – Zostawiliśmy go u mojej babci w New Haven. Mieszka tuż przy Yale, czyli, mam nadzieję, mojej przyszłej uczelni. Trzymajmy kciuki. – No po prostu nie mogę się zamknąć. – Pewnie nie chcesz słuchać historii mojego życia.

– Nie przeszkadza mi to. – Chłopak z Kartonem waha się, opierając pudełko o biodro. – Stajesz w kolejce?

Kiwam głową i ruszam za nim. Obraca się do mnie twarzą, ale pudełko nas odgradza. Jeszcze nie przykleił druczku, który leży na kartonie. Próbuję zerknąć na adres, niestety chłopak ma okropny charakter pisma, a ja nie umiem czytać do góry nogami.

Zauważa moje spojrzenie.

– Strasznie jesteś ciekawski, co? – pyta, patrząc na mnie zmrużonymi oczami.

– Och. – Przełykam głośno ślinę. – No, może trochę. Tak.

Moja odpowiedź wywołuje uśmiech na jego twarzy.

– To nic interesującego. Resztki po zerwaniu.

– Resztki?

– Książki, prezenty, różdżka Harry’ego Pottera. Wszystko, czego nie chcę dłużej oglądać.

– Nie chcesz oglądać różdżki Harry’ego Pottera?

– Nie chcę oglądać niczego, co dostałem od byłego chłopaka.

Byłego chłopaka.

Co oznacza, że nieznajomy umawia się z chłopakami.

Okej. Wow. Mnie się nie przydarzają takie rzeczy. Po prostu nie i kropka. Ale może wszechświat w Nowym Jorku działa inaczej.

Chłopak z Kartonem spotyka się z chłopakami.

JA JESTEM CHŁOPAKIEM.

– Naprawdę super – mówię. Zupełnie swobodnie. Ale potem on jakoś dziwnie na mnie patrzy i zaraz zakrywam usta. – Nie, nie super. Boże. Rozstania nie są super. Eee… Moje kondolencje.

– On nie umarł.

– Tak, jasne. Pewnie. Ja już… – Wypuszczam powietrze, opierając na chwilę dłoń o słupek odgradzający z taśmą.

Chłopak z Kartonem uśmiecha się sztywno.

– Jasne. Czyli jesteś jednym z tych kolesi, którzy spinają się w obecności gejów.

– Słucham? Nie, ani trochę.

– Jasne. – Przewraca oczami, zerkając za moje ramię.

– Serio nie – mówię szybko. – Słuchaj. Sam jestem gejem.

I cały świat nagle się zatrzymuje. Mój język staje się gruby i ciężki.

Chyba niezbyt często wymawiam te słowa na głos. Jestem gejem. Moi rodzice wiedzą, Ethan i Jessie wiedzą, a do tego zupełnie przypadkiem przyznałem się wakacyjnym pracownikom z firmy mamy. Ale nie jestem kimś, kto rozgłasza takie rzeczy na poczcie.

Tylko że najwyraźniej jednak jestem.

– Och. Serio? – pyta Chłopak z Kartonem.

– Serio, serio. – Brakuje mi tchu. To dziwne, bo teraz nagle chcę to udowodnić. Chciałbym mieć jakiś gejowski identyfikator, który mógłbym zaprezentować jak policjant swoją odznakę. Albo mógłbym to pokazać w jakiś inny sposób. Boże, z radością bym mu zademonstrował.

Chłopak z Kartonem uspokaja się, jego ramiona się rozluźniają.

– Spoko.

Ja pierdolę. To się naprawdę dzieje. Ledwo mogę oddychać. Zupełnie jakby tę scenę wymyślił sobie sam wszechświat.

Zza lady rozlega się donośny głos:

– W kolejce czy nie? – Podnoszę wzrok i widzę, że kobieta z przekłutą wargą posyła nam naprawdę groźne spojrzenie. Babka ma wszystko w dupie. – Ej, Piegowaty. Ruszże się.

Chłopak z Kartonem daje mi znak, żebym został, a sam podchodzi do lady. Za mną już zdążyła uformować się kolejka. No, dobra, serio nie podsłuchuję go. Nie do końca. Raczej po prostu jego głos przyciąga moje uszy. Ręce ma skrzyżowane na piersi, ramiona napięte.

– Dwadzieścia sześć pięćdziesiąt za priorytet – oznajmia Przekłuta Warga.

– Dwadzieścia sześć? Dwadzieścia sześć dolarów?

– Nie. Dwadzieścia sześć pięćdziesiąt.

Chłopak z Kartonem kręci głową.

– To dużo.

– Inaczej nie będzie. Bierzesz albo nie.

Chłopak z Kartonem zamiera na chwilę, a potem zabiera swoje pudełko i przyciska do piersi.

– Przepraszam.

– Następny – rzuca Przekłuta Warga i pokazuje na mnie, ale wychodzę z kolejki.

Chłopak mruga.

– Jak to możliwe, że wysłanie paczki kosztuje dwadzieścia sześć dolarów?

– Nie wiem. To porąbane.

– Chyba wszechświat chce dać mi znak, żebym to zatrzymał.

Wszechświat.

Jasna cholera.

On jest wierzący. Wierzy we wszechświat. I nie chcę wyciągać pochopnych wniosków, ale wiara Chłopaka z Kartonem we wszechświat to zdecydowanie znak od wszechświata.

– Okej. – Mój puls przyśpiesza. – A co, jeśli wszechświat tak naprawdę chce, żebyś to wyrzucił?

– To tak nie działa.

– Czyżby?

– Zastanów się. Pozbycie się pudełka to plan A, nie? Wszechświat opowiada się przeciwko planowi A tylko po to, żebym zdecydował się na inną wersję planu A? Bez sensu. Wyraźnie widać, że wszechświat chce planu B.

– A plan B to…

– Pogodzenie się z faktem, że wszechświat to palant…

– Wszechświat wcale nie jest palantem!

– Właśnie, że jest. Uwierz mi.

– A niby skąd możesz to wiedzieć?

– Wiem, że wszechświat ma jakiś popieprzony plan na to pudełko.

– Ale właśnie w tym rzecz! – Patrzę na niego surowo. – Tak naprawdę nie wiesz. Nie masz zielonego pojęcia, jaki wszechświat ma w tym cel. Może jesteś tutaj tylko dlatego, że chciał, żebyś spotkał mnie, żebym ja mógł ci kazać to wyrzucić.

Uśmiecha się.

– Myślisz, że wszechświat chciał, żebyśmy się spotkali?

– Słucham? Nie! To znaczy, nie wiem. Właśnie w tym rzecz. Nie da się tego przewidzieć.

– No to chyba zobaczymy, jak się sprawy potoczą. – Spogląda na druczek, potem przedziera go na pół, macha nim i rzuca do kosza. A przynajmniej celuje w kosz, ale świstek ląduje na podłodze. – Tak czy inaczej, eee… czy ty…

– Przepraszam. – Z głośnika rozlega się głos mężczyzny. – Mogę prosić o uwagę?

Zerkam z ukosa na Chłopaka z Kartonem.

– Czy to…

Nagle słychać pisk sprzężenia i fortepianowe intro.

I do środka wchodzi, bez kitu, orkiestra marszowa.

Ludzie wlewają się strumieniem do budynku poczty, niosąc ogromne bębny, flety i puzony, wygrywając nieco skopaną wersję Marry You Bruno Marsa. I nagle dziesiątki ludzi – staruszków i takich, którzy niby przyszli kupować znaczki – rozpoczyna układ taneczny, machając wysoko nogami, wypychając biodra i wyciągając ręce. Praktycznie każdy, kto akurat nie tańczy, filmuje wszystko, ale ja jestem zbyt zdumiony, żeby wyjąć telefon. Nie chcę się za bardzo nakręcać, ale rety: poznaję fajnego chłopaka i pięć sekund później znajduję się pośrodku flashmobowych oświadczyn? Czy znak od wszechświata mógłby być wyraźniejszy?

Tłum rozchodzi się na boki i wjeżdża wytatuowany chłopak na desce, po czym zatrzymuje się przed okienkiem. Trzyma w ręku pudełeczko na biżuterię, ale zamiast uklęknąć, opiera łokcie o ladę i uśmiecha się szeroko do Przekłutej Wargi.

– Kelsey. Skarbie. Wyjdziesz za mnie?

Czarna mascara Kelsey spłynęła aż do jej kolczyka.

– Tak! – Chwyta twarz narzeczonego i składa mu na ustach słonego buziaka, a tłum zaczyna wiwatować.

Czuję coś głęboko w piersi. To jest to nowojorskie uczucie, o jakim mówią w musicalach – szczera, głośna radość w technikolorze. Ja tu całe wakacje chodzę i marudzę, tęskniąc za Georgią, a teraz nagle jakby ktoś przełączył we mnie jakiś prztyczek.

Ciekawe, czy Chłopak z Kartonem też to czuje. Odwracam się do niego, już uśmiechnięty i z ręką przyciśniętą do serca…

Ale jego nie ma.

Ręka opada mi bezwładnie. Nie ma śladu ani po nim, ani po jego pudełku. Rozglądam się, patrząc na każdą twarz. Może ktoś go odepchnął na bok w trakcie flash moba. Może wziął udział w tańcu. Może miał jakieś pilne spotkanie – tak pilne, że nie mógł poczekać i wziąć ode mnie numeru telefonu. Nie zdążył nawet się pożegnać.

Nie mogę uwierzyć, że nie zdążył się pożegnać.

Myślałem – wiem, że to głupie, ale myślałem, że coś nas połączyło. No bez kitu, wszechświat praktycznie nas sobie przedstawił. Bo to się właśnie stało, prawda? Już nie wiem, jak inaczej można by to zinterpretować.

Tylko że Chłopak z Kartonem zniknął. Jak Kopciuszek o północy. Jakby nigdy nie istniał. A teraz już nie poznam jego imienia ani nie dowiem się, jak moje brzmi w jego ustach. Nigdy nie pokażę mu, że wszechświat nie jest palantem.

Zniknął. Przepadł. A rozczarowanie jest tak silne, że prawie zgina mnie wpół.

Dopóki mój wzrok nie pada na kosz.

Okej. Nie twierdzę, że przekopałbym się przez śmieci. Oczywiście, że nie. Mam może bałagan w głowie, ale brudasem nie jestem.

Może Chłopak z Kartonem ma rację. Może wszechświat wzywa do planu B.

Oto moje pytanie: czy jeśli świstek papieru technicznie nie trafił do kosza, można go w ogóle nazwać śmieciem? Bo wyobraźmy sobie – i mówię czysto hipotetycznie – że na podłodze leży zgnieciony druczek pocztowy. Czy to śmieć?

A co, jeśli to szklany pantofelek?

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI

 

BEN

 

 

 

 

Wróciłem do punktu wyjścia.

Miałem jedno zadanie. Wysłać rozstaniowe pudło. Nie wybiec z nim z budynku poczty. Na swoją obronę powiem tylko, że dużo się działo. Był ten fajny i uroczy Arthur, który najwyraźniej jeszcze się nie sparzył, bo naprawdę uważał, że wszechświat chciał, byśmy się spotkali. W dniu, w którym zamierzałem odesłać Hudsonowi jego rzeczy. Założę się, że Arthur zmienił swoją śpiewkę na temat wszechświata po tym, jak rozdzieliła nas orkiestra marszowa.

Wskakuję do pociągu i wracam do Alphabet City, żeby spotkać się z najlepszym kumplem, Dylanem. Mieszkam na Avenue B, a Dylan na Avenue C. Nasza historia łączy się z naszymi nazwiskami, Alejo i Boggs. Siedział za mną w trzeciej klasie i bez przerwy trącał mnie w ramię, żebym mu coś pożyczył, od ołówka po kartkę. To się nie zmieniło z wiekiem, bo gdy padała mu bateria, Dylan potrzebował mojego o dwie wersje za starego iPhone’a, żeby napisać do dziewczyny, z którą akurat w danym tygodniu się bujał. Jedyne, co ja od niego czasami niby pożyczam, to pieniądze na lunch. I mówię, że niby, bo rzadko kiedy mogę mu je oddać, ale jego to nie obchodzi. Dylan to dobry chłopak. Ma gdzieś to, że spotykam się z facetami, a ja mam gdzieś, że on woli dziewczyny. Żółwik dla mojego kumpla za nasz piękny bromansik.

Wysiadam z pociągu i zatrzymuję się przed rzędem pojemników na śmieci, przytrzymując nad nimi rozstaniowe pudło, ale brakuje mi odwagi, żeby faktycznie wyrzucić to cholerstwo.

Chyba nie spodziewałem się, że rozstanie będzie takie słabe, ponieważ to ja zerwałem. Ale skoro to Hudson kogoś pocałował, czuję, jakby tak naprawdę to on zakończył ten związek. Nie układało nam się od rozwodu jego rodziców, ale byłem cierpliwy. Na przykład pozwoliłem mu zaplanować moje urodziny i zabrał mnie na koncert swojej ulubionej kapeli. Odpuściłem mu wtedy, bo to był mój pierwszy koncert, a The Killers są super. Potem nie pojawił się na ważnym obiedzie z okazji rocznicy moich rodziców. To też odpuściłem, bo świętowanie małżeństwa moich rodziców po tym, jak jego się rozwiedli, mogło go przerosnąć. A kiedy poszliśmy do kina na komedię romantyczną o dwóch nastolatkach i zaczął marudzić, że nasza miłość nie nadawałaby się nawet do Hollywoodu, zostawiłem go wkurzony i myślałem, że pójdzie za mną, przeprosi albo zawoła chociaż, no, zrobi cokolwiek, co powinien zrobić chłopak dla swojego chłopaka.

Cisza przez trzy dni. W końcu zapytałem go, czy jeszcze porozmawiamy. Potem pojawił się niespodziewanie w moim mieszkaniu i oznajmił, że uznał tamtą kłótnię za rozstanie, więc całował się z jakimś przypadkowym kolesiem na imprezie. Rozpaczliwie prosił o drugą szansę, ale nie było mowy. Zerwałem z nim. Nawet jeśli uważał, że między nami wszystko skończone, nie mógł odczekać chociaż tygodnia? Trudno nie poczuć się bezwartościowym po czymś takim.

Docieram do budynku Dylana i wybieram numer jego mieszkania na domofonie, a on od razu mnie wpuszcza. No i super, bo akurat dzisiaj nie mam ochoty czekać. Noszę ze sobą pudło z rzeczami byłego chłopaka. W plecaku czeka praca domowa na wakacje. Mam dzisiaj naprawdę fatalny dzień.

Ziewam w windzie. Musiałem wstać o siódmej, bo mam lekcje wyrównawcze w szkole letniej. Co za życie. Wszechświat nie przestaje walić – stalowym kastetem w serce i ego.

Wysiadam z windy i bez pukania wchodzę do mieszkania Dylana, bo jesteśmy aż tak zakumplowani. Ale już się nauczyłem, że do jego pokoju lepiej jednak zapukać, bo parę miesięcy temu przyłapałem go na robieniu sobie dobrze.

– Rączki na wierzchu? – pytam.

– Niestety – odpowiada Dylan z drugiej strony.

Otwieram drzwi. Kumpel siedzi na łóżku, pisze coś na komórce. Ostatni raz widzieliśmy się na wczorajszym obiedzie i od tego czasu obciął włosy. To jedyny koleś w moim wieku, jakiego znam, który nosi brodę. Strasznie długo wydawało mi się, że jestem do tyłu w tym całym dojrzewaniu, skoro nawet wąs mi nie urósł, ale tak naprawdę to Dylan jest tu odszczepieńcem – przystojnym odszczepieńcem.

– Big Ben – intonuje Dylan, odkładając komórkę. – Światło mego życia. Ten, Który Utknął w Szkole.

Lekcje latem są podwójnie do bani, bo Dylan rzuca żarcikami na ten temat, odkąd wyszedłem z gabinetu pedagoga i ogłosiłem złe wieści. Gość ma fart, że żadna z jego dziewczyn nie przekonała go, by przestał się uczyć i czekał, aż właściwe stopnie same się pojawią.

– Hej – mówię krótko. Urocze ksywki nie są w moim stylu.

Dylan pokazuje na moją pierś.

– Piękna jest ta koszulka, prawda?

W jego szafie można znaleźć głównie koszulki z niezależnych kawiarni z całego miasta, a tę z Dream & Bean dał mi zeszłego wieczoru, kiedy wpadł na obiad. Oddaje mi swoje rzeczy, gdy kończy mu się miejsce. Zazwyczaj nie te najbardziej ulubione, tak jak Dream & Bean, ale nie narzekam.

– Nie miałem nic czystego – wyjaśniam. – To nie jest fajna koszulka, wiesz.

– Bolało, ale domyślam się, że nie jesteś w dobrym nastroju, bo niesiesz pudło z rzeczami, które miałeś oddać Hudsonowi. Co się stało?

– Nie przyszedł dzisiaj do szkoły.

– Wagary pierwszego dnia letnich zajęć to chyba kiepski początek.

– No, zapytałem Harriett, czy zaniesie to do niego, ale odmówiła. Potem pomyślałem, że wyślę pocztą, tylko że priorytet strasznie drogo wychodzi.

– A niby dlaczego musiał być priorytet?

– Bo chcę się jak najszybciej pozbyć tego pudła.

– Paczką ekonomiczną też byś to załatwił. – Dylan unosi brew. – Nie mogłeś tego zrobić, prawda?

Odstawiam karton, który powinienem był wysłać albo wyrzucić, albo przywiązać do kotwicy i wrzucić do rzeki.

– Przestań wytykać mi nieścisłości, mam prawo do okłamywania samego siebie.

Dylan wstaje i przytula mnie.

– Ciii – mówi, głaszcząc mnie kolistymi ruchami po plecach.

– Twój kojący głos wcale mnie nie koi.

Dylan całuje mnie w policzek.

– Już dobrze, mój Słodziaku.

Siadam po turecku na jego łóżku. Kusi mnie, żeby sięgnąć po telefon i sprawdzić, czy Hudson coś do mnie pisał, albo zerknąć na Instagrama, czy nie wrzucił nowego selfika. Ale wiem przecież, że nie będzie żadnych nowych esemesów, a wywaliłem go ze wszystkich mediów społecznościowych.

– Nie chciałbym, żeby zawalił szkołę letnią, bo mnie unika. Wyrzucą go za trzy nieobecności.

– Może. Ale to jego problem. Jeśli się nie pojawi, nie będziesz musiał spędzać z nim wakacji. Sprawa rozwiązana.

Jeszcze niedawno spędzenie z Hudsonem całego lata było moim marzeniem. Przesiadywać z nim na basenie, w parku, w jego lub moim pokoju pod nieobecność rodziców – a nie jako eks w letniej szkole, bo w roku szkolnym więcej czasu poświęcaliśmy chemii między nami niż chemii z podręcznika.

– Szkoda, że nie jesteś ze mną w okopach – mówię. – On ma swoją najlepszą przyjaciółkę, więc ja powinienem mieć najlepszego przyjaciela.

– O, stary. Muszę pamiętać, żeby nigdy nie popełniać z tobą żadnego przestępstwa. Dasz się złapać i od razu mnie wydasz. – Dylan zagląda w komórkę, jakbyśmy wcale nie rozmawiali, co strasznie mnie wkurza. – Zresztą te lekcje to i tak tylko dramy. Nie mogę tam siedzieć z moją byłą, to niebezpieczne.

– Przecież ja tam siedzę z moim byłym, Dylan.

– Nie, wcale nie. Nie przyszedł, a jeśli przyjdzie, nie zapomnij, że masz przewagę. Jako zrywający wygrałeś to rozstanie. Byłoby podwójnie słabo, gdyby to on rzucił ciebie.

Oddałbym swoje biedne królestwo za wszechświat, w którym pojedyncze słabe rozstanie nie jest żadnym zwycięstwem. Ale cóż.

Ostatnie zerwania są dowodem, że nie powinniśmy byli mieszać w naszej przyjacielskiej paczce jakimś randkowaniem. Nie chcę pokazywać palcem, ale to Dylan i Harriett wszystko zaczęli. Dobrze nam szło we czwórkę, dopóki ci dwoje nie pocałowali się na sylwestra. Mnie się trochę Hudson podobał i wydawało mi się, że ja jemu też, ale tamtego wieczora nie całowaliśmy się; pokręciliśmy tylko głowami, bo każde z nas znało swoich najbliższych przyjaciół. To nie miało szans. Może nawet nie postanowilibyśmy jednak dać sobie z Hudsonem szansy, gdybyśmy nie zostali sami wtedy, gdy Dylan i Harriett zaczęli spędzać weekendy we dwoje.

Brakuje mi naszej paczki.

Wstaję i włączam Wii, bo muszę trochę się rozerwać i porzucać przekleństwami, żeby poprawić sobie humor. Rozlega się triumfalne otwarcie Super Smash Bros. Dylan woli Luigiego, bo jego zdaniem Mario jest przereklamowany. Ja wybieram Zeldę, bo potrafi się teleportować, odbija pociski i strzela kulami ognia z dużej odległości, co jest idealne dla gracza unikającego bezpośredniej walki.

Bierzemy się za granie.

– W skali smutku, jak się dzisiaj czujesz? – pyta Dylan. – Początek Odlotu? Czy śmierć matki Nemo?

– Ej, no weź. Zdecydowanie nie początek Odlotu. To gówno mnie zniszczyło. Chyba jestem gdzieś pomiędzy, trochę jak ostatnie pięć minut Toy Story 3. Potrzebuję po prostu czasu, żeby dojść do siebie.

– Nie wątpię. Dobra, muszę ci coś powiedzieć.

– Zrywasz ze mną? – pytam. – Bo to nie jest fajne.

– W pewnym sensie – odpowiada Dylan. Robi wielką, dramatyczną pauzę, znęcając się nad przyciskiem strzału, żeby Luigi nawalał w Zeldę zielonymi kulami ognia. – Poznałem w kawiarni taką jedną laskę.

– To najbardziej dylanowate zdanie, jakie kiedykolwiek wypowiedziałeś.

– No nie? – Jego śmiech jest czarujący. – Słuchaj, po wizycie u lekarza wczoraj poszedłem do takiej jednej kawiarni.

– Oczywiście po wyjściu od kardiologa od razu popędziłeś do kawiarni. Czasami jesteś trochę za bardzo sobą.

– Coroczny rytuał – odpowiada.

Dylan ma taką przypadłość, która nazywa się wypadaniem płatka zastawki mitralnej, co wcale nie jest takie straszne, jak może się wydawać – a przynajmniej nie w jego przypadku. Nie wiem, co by zrobił, gdyby lekarze w końcu faktycznie zabronili mu pić kawę.

– Tak czy inaczej, szedłem obok Kool Koffee, a zawsze omijałem to miejsce, bo wiesz, jak nie lubię tej słodko pierdzącej alternatywnej ortografii, ale ona wyszła, żeby wyrzucić śmieci, więc dla niej sam stałem się śmieciem.

– Jak to masz w zwyczaju.

– Tylko że nie mogłem tam wejść w koszulce Dream & Bean.

– Dlaczego nie?

– A wchodzisz do Burger Kinga z Happy Mealem? Nie. To po prostu niegrzeczne. Miej ty trochę rozumu, stary.

– Mój rozum podpowiada, że każesz mi znaleźć sobie nowych przyjaciół.

– Po prostu nie chciałem być niegrzeczny.

– Dopiero co byłeś niegrzeczny dla mnie.

– Przecież o niej mówię.

– Oczywiście, że o niej. Czekaj. To dlatego oddałeś mi tę koszulkę wczoraj?

– Tak. Spanikowałem.

– Jesteś taki dziwny. Mów dalej.

– Zaryzykowałem dzisiaj i poszedłem do Kool Koffee odpowiednio ubrany… – Dylan pokazuje na swoją gładką niebieską koszulkę. Całkiem neutralną. – …a ona nuciła piosenkę Elliotta Smitha, parząc komuś espresso, i zupełnie odpadłem. Big Ben, słuchaj, w jednej chwili zyskałem przyszłą żonę i nieograniczony dostęp do kawy.

Naprawdę trudno cieszyć się z czyjegoś zakochania, kiedy sam dopiero co zaliczyłem sercową skuchę, ale to w końcu Dylan.

– Nie mogę się doczekać, kiedy poznam przyszłą bratową.

– Pamiętasz tamten post z BuzzFeeda ze ślubem w stylu Harry’ego Pottera? My z Samanthą zrobimy takie coś z kawą. Wszyscy będą ubrani w fartuchy baristów. Wznosić toasty kubkami. Moja twarz będzie na każdym espresso.

– Przesadzasz.

– Jest tylko jeden minus.

– Już ma jakiś minus?

– Jest wierną fanką Kool Koffee, bo część zysków przeznaczają na jakieś fundacje, a jej zdaniem poważni kawosze powinni starannie dobierać miejsce, gdzie kupują kawę. Rozumiesz, nie jestem jeszcze gotowy na monogamię z Kool Koffee.

– A czy ona wprost cię o to poprosiła?

– Nie, ale… poprosiła bez proszenia. A kiedy Ta Jedyna pojawia się na horyzoncie, trzeba być gotowym na poświęcenia.

– Nie ma mowy, żebyś zrezygnował z kawy z Dream & Bean.

– Nigdy w życiu. Przestanę ją pić na oczach Samanthy. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.

– Tylko ty potrafisz uczynić z picia kawy coś nikczemnego.

– Tak czy inaczej, dodałem inne koszulki kawiarniane do twojej szuflady, żeby mnie nie kusiło.

Sprawdzam je, bo a nuż trafi się tam jakiś skarb. No i tak, mam swoją szufladę w jego pokoju, a on ma swoją u mnie. Tak często u siebie nocujemy, że to ma sens. Kiedy zacząłem przyznawać się w szkole do bycia gejem, czułem się strasznie speszony w szatni przed wuefem. Bałem się, że wszyscy pomyślą, że będę ich obczajał czy coś. Super jest mieć takiego kumpla jak Dylan, który ma wyrąbane, że się przy mnie przebiera. Mam nadzieję, że nie stracę znowu tej jego superanckości, tak jak zawsze, gdy poznaje kolejną Tę Jedyną.

– Czekaj. Dlaczego nie powiedziałeś mi o spotkaniu z Samanthą wczoraj, kiedy przyszedłeś? – pytam.

– Nie wiem – odpowiada, jakby mi to miało wystarczyć. Jakbym miał rzucić tylko „a, to spoko” i wrócić do łojenia mu skóry w Super Smash.

– Nigdy mi nie mówisz od razu, kiedy się w kimś zabujasz.

– Podaj chociaż jeden przykład.

– Gabriella, Heather, Natalia…

– Miał być jeden.

– …i Harriett. To po prostu dziwne. Przecież mówimy sobie o wszystkim.

Dylan kiwa głową.

– Chyba nie chcę zapeszać. Wiesz, jak mój ojciec ciągle ględzi o tym, jak to od razu wiedział, że ożeni się z mamą, kiedy poznał ją w pierwszej klasie? Ja mam tak samo z Samanthą.

Udaję, że już tego nie słyszałem, że wcale nie mówił tego choćby o Harriett, z którą zerwał w marcu. Może tym razem mu się uda. Gramy dalej, a Dylan opowiada, na cześć jakiego gorącego napoju powinni nazwać z Samanthą swoje pierwsze dziecko, a ja nie zamierzam być wujkiem Benem dla żadnego malucha o imieniu Cydr.

Trochę zazdroszczę Dylanowi tej pierwszej fazy nowej miłości, kiedy wszystko wydaje się możliwe. Jakby Samantha mogła faktycznie być miłością jego życia. Sam myślałem, że Hudson będzie moją. I nie mogłem się doczekać, aż obudzę się obok niego – obok tych pięknych leniwych oczu, tego małego garba na nosie, sugestywnych ciemnych brwi, które nie pasują do kasztanowych włosów. Zmieniał moje podejście do świata, kiedy odgrywał się na idiotach w szkole, którzy czepiali się go za kobiece maniery; naprawdę pomógł mi zapomnieć o własnych głupich poglądach na temat tego, jak każdy mężczyzna powinien wyglądać. I te nerwy przed naszym pierwszym razem w marcu, gdy nie wiedzieliśmy, czy będzie dobrze czy nie. Spojler: było super.

Może jeśli naprawdę dam czadu w tym tygodniu w szkole, nauczyciele zrozumieją, że nie muszę tam siedzieć przez kolejny miesiąc i ostatecznie uwolnię się od Hudsona.

Chociaż muszę być wobec siebie szczery, pewnie i tak skończyłbym na zajęciach latem, nawet gdyby nie pojawił się Hudson. Nie rwałem się do nauki.

– Zawsze będziesz dla mnie najważniejszy, Big Benie – stwierdza Dylan. – Do czasu, aż urodzi się mały Cydr.

– Brachole przed bachorami – oznajmiam.

– Umowa stoi?

Wzruszam ramionami.

– Stoi.

– Nie będziesz długo sam – mówi Dylan, jakby był chodzącą szklaną kulą. – Jesteś wysoki, twoje włosy są gotowe na Hollywood i potrafisz być stylowy bez wysiłku. Gdybym nie miał Samanthy Nazwisko-Której-Muszę-Dopiero-Odkryć-Zanim-Dodam-Do-Niego-Swoje, na pewno w ciągu roku przeszedłbym na drugą stronę.

– To słodkie. Wiesz, że gdyby ktoś zmienił dla mnie orientację, umarłbym szczęśliwy.

Nie zabiegam o chłopaków hetero, ale jeśli któryś chciałby ze mną poeksperymentować, żeby przekonać się, jak to jest? Pan Alejo zaprasza. Proszę zostawić buty przed wejściem albo zabrać je do łóżka, jeśli lubisz.

Wygrywam pierwszą rundę, bo tak już mam, a potem włączamy drugą.

– Pogadajmy o tym, dlaczego naprawdę nie wysłałeś tej paczki – rzuca Dylan, jakby zamierzał wystawić mi rachunek za tę rozmowę.

– Tylko jeśli przestaniesz gadać jak terapeuta – odpowiadam.

– Może zacznijmy od tego, dlaczego mój ton ci przeszkadza. Czy ja ci wyglądam na poważnego człowieka?

Zadaję ostateczny cios jego postaci i pokazuję mu faka.

– Chodzi o to… Naprawdę liczyłem na to, że oddam mu te rzeczy osobiście, żeby mieć poczucie, że to już koniec. Ale potem on nie przyszedł do szkoły i nagle znalazłem się na poczcie, gadałem z jakimś gościem o Hudsonie, kiedy zaczął się flash mob i…

– Czekaj. Cofnij trochę.

– Tak, flash mob. Grali ten kawałek Bruno Marsa…

– Nie, do tego kolesia. Kto to i skąd? – Dylan odwraca się do mnie, raz jeszcze rezygnując z magicznej mocy wciśnięcia guzika pauzy. – Dupek z ciebie. Ja tu się zamartwiam, a ty już kręcisz z kimś nowym.

– Co? Nie. Nic z tych rzeczy. Z nikim nie kręcę.

– Dlaczego nie? Kim on jest? Chcę jego imię, nazwisko i adres. I numer ubezpieczenia. I znajdź mi go na Twitterze i Instagramie.

– Arthur. Nazwiska nie znam. Zdecydowanie nie znam też adresu. Nie wiem, jak go wyszukać na Twitterze i Instagramie. Ale skoro już o tym mowa, dlaczego ludzie nie mogą wszędzie wpisywać się tak samo?

– Ludzie są skomplikowani. – Dylan kiwa głową jak mędrzec. – Co wiesz na jego temat?

– Jest w mieście od niedawna. Przyleciał z Georgii. I miał na sobie najbardziej idiotyczny krawat świata.

– Gej?

– Tak. – Fajnie jest od razu wiedzieć, czy przystojny koleś jest gejem. Szukanie odpowiedzi na to pytanie nie jest miłe i rzadko przynosi pożądane rezultaty.

– Coś tu się gorąco zrobiło – rzuca Dylan, wachlując się dłonią.

– Jest fajny, no. Tylko niski trochę. Jakieś metr sześćdziesiąt siedem, metr sześćdziesiąt sześć bez butów. I ma oczy niebieskie jak podkolorowane, jak kosmita.

Dylan klaszcze.

– Okej. Kupiłeś mnie. Totalnie widzę cię z kolesiem, którego poznałeś w dniu, w którym miałeś pozbyć się reliktów po byłym.

Kręcę głową i odkładam pada.

– D., nie. Po prostu w tej chwili nie jestem najlepszym pomysłem. Na jakiś czas muszę odpuścić temat.

– Ty nigdy nie jesteś nie najlepszym pomysłem, Big Benie.

– To miłe, stary. Dzięki.

– W nie tak odległej przyszłości, kiedy wypijemy za dużo drinków, wproszę się do ciebie o drugiej w nocy i… będziemy się przytulać jak pojebani. I obiecuję, że następnego ranka nie nazwę tego nienajlepszym pomysłem.

– No i zepsułeś.

– Sorki. Dobra, a tak na serio. Za bardzo się przejmujesz. Może Hudson jest idiotą, który nie zabiegał o ciebie, ale to nie znaczy jeszcze, że następny facet też taki się okaże. No i cholera, poznałeś ciacho w żenującym krawacie w dniu, kiedy miałeś ostatecznie zamknąć temat byłego. To znak.

Teraz zaczynam myśleć o naszej rozmowie o wszechświecie i przed oczami znowu staje mi Arthur. Nie przypomina tych przystojniaczków, którzy stają się bohaterami moich fantazji o epickiej miłości, a za chwilę zapominam, jak się nazywali. Zęby Arthura były bardzo białe, miał też ukruszony kieł. Rozczochrane brązowe włosy. Był zbyt elegancko ubrany jak na kogoś w naszym wieku; kosmita pewnie tak by się ubrał, gdyby przybył z innego układu i próbował udawać dorosłego, ale nie zdawał sobie sprawy, jaką ma dziecinną twarz. Nie powinienem był wybiegać tak szybko z poczty. Może Dylan ma rację, a ja po prostu zignorowałem znak.

– Muszę spadać – mówię. Jestem teraz nieźle zdołowany. – Praca domowa.

– W poniedziałek w wakacje. Żyjesz pełnią życia. – Dylan wstaje z łóżka i ściska mnie.

– Zadzwonię później.

– Odbiorę, jeśli akurat nie będę rozmawiał z Samanthą.

Nie jestem taki pewien. Naprawdę liczę, że nie stracę tego samego lata chłopaka i najlepszego przyjaciela.

Już ruszam do wyjścia, kiedy Dylan woła za mną:

– Nie zapomniałeś o czymś? – Spogląda wymownie na pudło z resztkami po Hudsonie. – Celowo zostawiasz? Mogę się tym zająć, jeśli chcesz. Wezmę gogle narciarskie, jakieś rękawice i zajmę się tym sukinsynem w środku nocy. Nikt nie musi wiedzieć, że to my.

– Potrzebujesz specjalisty – mówię i podnoszę karton. – Załatwię to.

Jeszcze nie wiem, czy kłamię czy nie.

 

Siadam przy biurku i włączam laptopa. Uruchomienie systemu zajmuje kilka minut, bo zdecydowanie nie jest to najnowszy model, ani nawet nie raczej nowszy niż starszy. Granie w Simsy byłoby łatwiejsze, gdybym zrobił jakiś upgrade.

Naprawdę powinienem wziąć się do pracy domowej, ale skupienie się na chemii było trudne już wtedy, gdy nie było obok kartonu z pamiątkami po związku, który miał być wszystkim, a przestał być czymkolwiek. Czasami skupiam się na tym, co nam się udało, żeby się tak nie wkurzać. Na przykład na tym, jak Hudson opierał szczękę na moim ramieniu, gdy przytulaliśmy się na pożegnanie, zupełnie jakby nie chciał wracać do domu, ani nawet odchodzić ode mnie na choćby kilka kroków. I jaki czułem się przy nim zauważony, nawet jeśli akurat jego brązowe oczy spoglądały gdzieś indziej, bo wiedziałem, że tak naprawdę patrzył na mnie. Lubiłem też czytać z nim książki. I ładować telefon w listwie o kształcie pioruna, żebyśmy mogli do późna prowadzić rozmowy wideo.

Niestety tamten Hudson odszedł pierwszego kwietnia, kiedy po dwudziestu latach małżeństwa rozwód jego rodziców został sfinalizowany. Hudson przysięgał, że to jakiś absurdalny żart jego matki z okazji prima aprilis, bo liczył, że jeszcze do siebie wrócą. Nawet kiedy ogłosili separację i jego matka przeprowadziła się z Brooklynu na Manhattan, Hudson wciąż miał nadzieję, że się zejdą. Był jak ten dzieciak z filmu, który wymyśla skomplikowany plan, by jego rodzice znowu się w sobie zakochali.

To, że musiał patrzeć, jak miłość, w którą naprawdę wierzył, wygasa, nie miało na nas dobrego wpływu. Totalnie nie potrafiliśmy się dogadać. Bywały chwile, kiedy nie chciał, żebym go pocieszał, a innym razem gadał jakieś chamskie rzeczy o miłości. Tylko że nie da się bez końca przyjmować ciosów w serce. Musiałem odejść. Dawałem mu wiele szans – dawałem nam wiele szans. Po prostu nie byłem dość dobry, żeby pokazać mu, że miłość ma sens.

Laptop wreszcie się uruchomił. Muszę spuścić trochę pary przed nauką, więc otwieram plik z powieścią fantasy, nad którą pracuję od stycznia. Pierwszy raz w życiu dotrzymałem noworocznego postanowienia i mam prawdziwą obsesję na punkcie swojej historii. Wojna złych magów na razie pozostaje tylko dla mnie, ale może kiedyś podzielę się nią ze światem. A przynajmniej z Dylanem, który nie może się doczekać, aż zobaczy bohatera wzorowanego na mnie samym.

Skaczę do miejsca, w którym skończyłem.

To scena z postacią Hudsona i zaczyna się dość banalnie. Ben-Jamin i Hudsonien wykradają się z Zamku Zen w nocy i udają się do Ciemnego Lasu na schadzkę.

Wtedy Ben-Jamin rozprasza mgłę siłą umysłu, a tu nagle pojawia się banda Połykaczy Życia, którzy chcą skrócić Hudsoniena o głowę. Jaka szkoda. Szczegółowo opisuję ogromną gilotynę, której zamierzają na nim użyć, bo chcę zadziałać na wyobraźnię czytelnika, wiesz. I gdy Połykacze spuszczają ostrze, przerywam.

Nie mogę tego zrobić.

Nie jestem gotów, żeby zabić Hudsona-Hudsoniena.

Ani wyrzucić karton.

Może uda nam się jeszcze wszystko przegadać. Zamknąć jakoś tę sprawę. Zostać przyjaciółmi.

Chcę wiedzieć, jak on się trzyma.

Serce bije mi jak szalone, gdy wchodzę na jego profil na Instagramie, @HudsonJakRzeka. Godzinę temu wrzucił swoje zdjęcie. Nie wiem, dlaczego Harriett powiedziała, że jest chory, bo wygląda cholernie zdrowo. Pokazał gest pokoju i dał hasztag #życietoczysiędalej. To oczywiste, który palec powinien był pokazać zamiast tego.

Hudson na pewno wie, że przestałem go obserwować. Tak samo jak doskonale wie, że i tak sprawdzę jego profil, bo ma publiczny, tak jak ja. Skoro jednak jego życie toczy się dalej, nie powinien mieć problemu z tym, by pokazać się w szkole.

Ciekawe, czy faktycznie zamknął za sobą ten rozdział. Powiedział, że tamten chłopak z imprezy nie mieszka w Nowym Jorku, ale może utrzymują kontakt na odległość. Czasami wydaje mi się, że Hudson mógł się podkochiwać w Dannym z matematyki, ale przysięgał, że Danny nie jest w jego typie – zbyt umięśniony, za bardzo jara się samochodami. Może chodzi o kogoś zupełnie innego.

No bo w sumie też mogę wrzucić taki hasztag i co z tego. Wszechświat zdecydowanie nie chciał mi dzisiaj pomóc, inaczej pewnie pisałbym z Arthurem, zamiast sprawdzać Instagrama byłego. Ale Hudson naprawdę zakręcił mi w głowie. Przemówił do mojej natury romantyka. Rozstaliśmy się, bo Hudson uznał, że mam za wysokie oczekiwania i czasami za dużo marzę. Nie rozumiem, dlaczego to coś złego. Dlaczego miałbym nie chcieć być z kimś, przy kim czuję się dowartościowany? Z kimś, kto chciałby być ze mną do końca życia?

Nie wiem, jak znaleźć przystojnych nieznajomych w Nowym Jorku. Normalnie widuję ich raz i tyle. Ale z Arthurem rozmawiałem. Poznałem jego imię. Wychodzę z Instagrama Hudsona i wpisuję „Arthur” w wyszukiwarkę, no i kto by pomyślał, wszechświat jednak nie ułatwia mi życia, pokazując tamtego Arthura na szczycie listy wyników. Nie mam pojęcia, czy Arthur w ogóle ma profil na Instagramie, ale jeśli jest jak wszyscy moi znajomi ze szkoły, na pewno wrzuca na bieżąco wieści z życia na Twittera. Wpisuję „Arthur krawat z hot dogami”, żeby zobaczyć, czy napisał cokolwiek na temat swojego idiotycznego krawata. Nie znajduję nic poza tweetem o konkursie jedzenia hot dogów z jakimś kolesiem o imieniu Arthur, który postanowił włożyć koszulę i krawat. Wpisuję „Arthur Georgia” i widzę tylko przypadkowe wyniki, na przykład jakąś Georgię oglądającą wszystkie filmy z królem Arturem po kolei. Nic o Arthurze z poczty, który przeprowadził się na wakacje do Nowego Jorku.

Cholera.

To Nowy Jork, więc Pocztowy Arthur nie pojawi się już w moim życiu. Mówi się trudno. Przecież i tak nic by nas nie połączyło.

Dzięki za nic, wszechświecie.

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ TRZECI

 

ARTHUR

 

Wtorek, 10 lipca

 

 

 

 

Hudson. Tak jak rzeka.

Lol, odpisuje Jessie. Ale wiesz, że to podwędzenie druczku jest creepy?

Emoji z płaczącą buźką. Wiem, przysięgam, że nie jestem stalkerem.

A nawet gdybym był – chociaż nie jestem, nigdy w życiu – to pewnie najgorszym w historii. Nawet nie zabrałem całego druczka. Jest porwany i pognieciony tak, że nie wiem, czy patrzę na adres nadawcy czy odbiorcy. Jest przedarty w połowie, a nazwiska nie da się rozczytać. Ale i tak wysyłam zdjęcie na grupowy czat, czekając na pociąg. Dwójka jak zwykle jest zapchana. Wciskam się między kolesia w koszulce Cats i kobietę z wytatuowanymi rękawami.

No, to na pewno Hudson, pisze Jessie.

Przytulam się do rury. No nie? Ale czy Hudson to ten chłopak czy jego były?

Ciągle wyrzucam sobie, że go puściłem. Stoję w metrze i kopię się z frustracji w piętę. Wystarczyło poprosić o numer telefonu. Tylko tyle. Miałem jedną rzecz do zrobienia.

Dlaczego jestem takim kretynem?

Co??? pisze Jessie. O czym Ty gadasz? I tak jesteś kozak. Ja bym nie miała odwagi zagadać do fajnego chłopaka, którego dopiero co poznałam. Wymiatasz.

Boże, ale był przystojny. Nawet nie wiecie, jak bardzo.

Mówię poważnie, Arthur, przez to podziwiam Cię jeszcze bardziej. Emoji z umięśnioną ręką.

Pełna zgoda, wtrąca Ethan. Zagadałeś do przystojniaka, propsy.

Okej, wiesz, co jest wkurzające? Gadanie o facetach z Ethanem. A fakt, że pisze wszystko, co trzeba, tylko pogarsza sprawę. Bo nie wiem już nawet, który Ethan jest prawdziwy. Wspierający Przyjaciel Ethan z grupowego czata? Czy może ten z naszego prywatnego, gdzie jest ściana moich wiadomości bez odpowiedzi? I wiem, że to tylko czat i głupio się na tym skupiać. Mama twierdzi, że powinienem z nim po prostu porozmawiać. Ale ja nawet nie wiem, co miałbym powiedzieć. I założę się, że i tak nie przyznałby, że coś jest nie tak.

Wchodzę w galerię zdjęć. Jest we mnie coś takiego, że chciałbym po prostu się nad sobą poużalać, że jak jestem smutny, to od razu przychodzą mi do głowy fragmenty Nędzników. Nie potrafię tego opanować. Jeśli mam coś poczuć, chcę to poczuć.

Przeglądam fotki z przeszłości. Pierwsza klasa. Jessie czytająca książkę w czasie meczu Milton–Roswell. Ethan nie do końca ironicznie noszący fedorę. Jessie drzemiąca na fotelu pasażera w moim samochodzie. Skroluję dalej. Drugi rok. Ethan przed budką King of Pops. Łyżwy w Avalonie. Zbliżenie na gofry obficie polane syropem czekoladowym, bo zawsze przemycam syrop czekoladowy w Waffle House.

Potem przełączam na filmiki i widzę milion klipów ze śpiewającym Ethanem. Czasami naprawdę głośno. Powiem tylko, że to przez Ethana długie lata wydawało mi się, że wszyscy faceci hetero lubią musicale.

Trochę go nienawidzę.

Naprawdę za nim tęsknię.

Podnoszę wzrok znad telefonu i widzę, że jakaś staruszka na mnie patrzy, a gdy nasze spojrzenia się spotykają, kobieta nie odwraca wzroku. Nie uśmiecha się. Po prostu gapi się na mnie i głaszcze swoją wielką torbę, jakby to był kot. Nowy Jork to bardzo dziwne miejsce.

Chociaż czasami jest pozytywnie dziwaczny. Wczoraj miałem tego dobry przykład. Ciągle wracam myślami do Chłopaka z Kartonem. Hudsona. Głównie pamiętam jego uśmiech – a dokładnie to, jak się uśmiechnął, kiedy powiedziałem, że jestem gejem. Przysięgam, że ucieszył się na tę wiadomość. I wiem, że mogło chodzić raczej o solidarność, trochę jak przy Tiarze Przydziału Kinseya. „Lepiej, żebyś był… GEJEM!” »a teraz wiwaty i machanie tęczową flagą przez Hudsona z Gejwartu«

Ale może chodziło o coś więcej niż solidarność. Wcale nie czułem, że w tym rzecz. Czułem raczej, że to przeznaczenie i porozumienie dusz, i takie wyprostowanie się, i Och helou! Żaden ze mnie ekspert, ale mógłbym przysiąc, że mu się spodobałem. Nie mogę tylko pojąć, dlaczego sobie poszedł.

Wysiadam z pociągu w nieznośny żar. Oto coś, czego się po Nowym Jorku nie spodziewałem: upały są gorsze niż w Georgii. To znaczy, jasne, w Georgii są wyższe temperatury, ale tutaj czuje się każdy stopień. Trzydzieści stopni w cieniu, idziesz. Ulewa, idziesz. W Georgii latem nie przechodzimy nawet przez parking. Stawiasz samochód przy Targecie i wchodzisz. Potem przestawiasz auto z klimatyzacją sto metrów do Starbucksa. Za to tutaj koszula robi mi się cała mokra, a gorąco jest nawet już o dziewiątej rano. Zgadnij, jak bardzo lubię być spoconym stażystą. W dodatku pracuję w najelegantszym biurze świata.