8,2 sekundy - Maxime Chattam - ebook + książka

8,2 sekundy ebook

Chattam Maxime

0,0
50,00 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Constance przyjeżdża do domku letniskowego, w którym jako dziecko spędzała wakacje ze swoją rodziną. W samotności, daleko od zgiełku miast, pośrodku wielkich jezior w pobliżu granicy z Kanadą Constance mierzy się z własną przeszłością i próbuje uporać się z powracającymi wspomnieniami. W końcu jest tutaj po to, aby podjąć najważniejszą decyzję: żyć dalej czy skończyć ze sobą. May jest nowojorską policjantką na tropie seryjnego mordercy. Metropolia tętni życiem w nieustannym pędzie, a żeby przetrwać w miejskiej dżungli, May polega przede wszystkim na swoim instynkcie. Jeszcze nigdy się na nim nie zawiodła. Kiedy w jej życiu pojawia się Jack, wszystko w niej krzyczy, że powinna uciekać. Ona jednak zostaje. May i Constance nie miały okazji się poznać. A mimo to wiele je łączy. I kładzie się cieniem na ich życiu. W 8,2 sekundy Maxime Chattam wciąga czytelników w psychologiczną intrygę pełną hitchcockowskiego suspensu, który trzyma w napięciu do ostatniej strony. Doskonały thriller dla wielbicieli Freidy McFadden i Ruth Ware.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 470

Rok wydania: 2026

Data ważności licencji: 2/11/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



8,2 secondes

© Éditions Albin Michel – Paris 2025

Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2026 for the Polish translation by Krystyna Szeżyńska-Maćkowiak

(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Projekt graficzny okładki: Magdy2 Studio Projektowe Sp. z o.o.Grafika na okładce: © Max Mishin/pexels; © schneeknirschen/pixabay; © REFLEX_PRODUCTION/pixabay; © Vladimir Srajber/pexels; © HelgaKa/pixabayZdjęcie autora: © Pascal Ito

Redakcja: Jolanta Olejniczak-Kulan

Korekta: Joanna Habiera, Iwona Wyrwisz, Edyta Malinowska-Klimiuk

ISBN: 978-83-68544-46-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, e-mail: [email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2026

1.

Pachniało życiem.

Drewnem, wilgocią, zamkniętym pomieszczeniem i kurzem, ale przede wszystkim wspomnieniami. Chata jej dzieciństwa.

Constance upuściła torbę na podłogę i dźwięk uderzających o deski metalowych nóżek pod skórzanym dnem odbił się echem w całym wnętrzu, rozdzierając ciszę i tym samym dając jej znak, by nabrała tchu. To był niekończący się wdech, jakby tu wreszcie wolno jej było żyć. Onieśmielona przełknęła ślinę. Przez kilka sekund widziała przesuwające się sylwetki rodziców, siebie jako małą dziewczynkę… Nawet ich kolejne psy… Zastanawiała się, czy zjawy nie są w istocie projekcją naszych wspomnień, okruchami nas samych, wyrzucanymi z przemożnej potrzeby powiązania przeszłości z teraźniejszością. To czas nas nawiedza, a nie miejsca czy osoby.

– Jestem w domu – powiedziała głośno, bardziej aby przypomnieć o tym sobie, niż zaanonsować komuś innemu, zwłaszcza że oprócz niej nie było w tych czterech ścianach nikogo. Zaskoczyła ją kruchość własnego głosu, jakby speszonego echem, które jeszcze mocniej uświadomiło jej, że jest samotna.

Dziecko, którym niegdyś była, wciąż w niej istniało. I wtedy Constance zobaczyła się w stojącym lustrze wciśniętym pomiędzy wieszak ścienny a szafkę na buty, którą ojciec robił przez całe wakacje, kiedy miała szesnaście lat. Ale ta młodziutka dziewczyna już dawno zniknęła. Odeszła w okamgnieniu. Utracona niewinność, potem zmarszczki, najpierw subtelne, później – z upływem dziesięcioleci roztrwonionych na tworzenie siebie i zapominanie o dawnej sobie – wyżłobiły bruzdy na twarzy. Constance nie patrzyła na siebie jak na prawie pięćdziesięciolatkę, w swojej głowie bardzo często nadal była czułą kobietą z młodości, trochę beztroską, trochę lekkomyślną, ładną i błyskotliwą. Aż do chwili, kiedy zobaczyła swoje odbicie w witrynie albo spoczęło na niej czyjeś bezlitosne spojrzenie. Gdzie się podział ten czas? Kiedy mijała młodsze kobiety, piękne za sprawą tej ulotnej świeżości, zdarzało jej się czuć nieuprawnioną zazdrość, jakby uważała, że wykorzystują jej utracone lata, że kradną jej witalność.

Na szczęście nadal uważała się za seksowną, mimo że jej blond włosy pociemniały, wpadając w żółtawy odcień sznurka, i nie miały już dawnego blasku. To, co psuły fałdki i zwiotczenia, dodawało jej uroku, ociosując nieco za twardą, za surową bryłę jej twarzy i przydając łagodności jej rysom. Constance wiedziała, że potrafi nadrobić pewnością siebie, osobowością i inteligencją fizyczność, która przestała być najpotężniejszą bronią w jej arsenale uwodzicielki. Ale czy warto było jeszcze o tym myśleć?

Odsunęła od siebie to perfidne, natrętne pytanie i wzruszyła ramionami.

Krążyła po głównym pokoju chaty. Dała sobie czas, by przywołać wspomnienia o każdej znajdującej się tu rzeczy. Dzban na skamieliny na kredensie – rodzinnym rytuałem, który towarzyszył jej od najmłodszych lat, były wyprawy na niewielkie kredowe klify w lesie, gdzie poszukiwali w szczelinach tych małych skarbów z przeszłości. Ona sama kontynuowała ten zwyczaj z Tomem i Lennym. Wiszący na ścianie wampum, o który ojciec targował się przez trzy godziny z pewnym Onondagą, gdzieś na poboczu drogi, bo koniecznie chciał podarować ozdobę matce Constance podczas popołudniowego spaceru w duszny, skwarny dzień. Dwie stojące naprzeciw siebie sofy – wytarte, poplamione, ale przecież pamiętające tyle ich rozmów, tyle lektur, drzemek, tyle drobnych przekąsek, że nikomu nie przyszłoby do głowy wymieniać ich na nowe. Poprzestali na kupowaniu nowych poduch i robili to praktycznie co lato. Lampa Granny Mo wyrzeźbiona w korzeniu czerwonego cedru, który proklamowali starszym od Deklaracji Niepodległości kraju – ten „cedr, nie samą lampę, a już na pewno nie babcię Mo”, powtarzał ojciec Constance co najmniej raz podczas każdego pobytu w chacie. Kominek z granitu z Adirondacks, jeszcze noszący czarne ślady tysięcy ciepłych, przyjemnych płomieni, które go osmaliły. Pstrokaty zapotecki dywan, na którym wylegiwały się wszystkie psy; barowe krzesła, na których matka siadała, żeby sączyć ulubioną cytronadę; długi dębowy stół, miejsce ich posiłków. Gdziekolwiek zatrzymało się spojrzenie Constance, natychmiast wyłaniały się niezliczone wspomnienia.

Zadarła głowę, spoglądając w stronę przeszklonej ściany, za którą rozpościerał się wspaniały widok na jezioro Skaneateles. Na całej długości tylko szkło i to wrażenie, że unosisz się nad wodą. Dom stał tuż nad dziesięciometrowym urwiskiem, które zanurzało się w głębokiej zieleni fal, i miał trzy tarasy-piętra opadające niemal do samej tafli akwenu: wchodziło się od góry, z poziomu codziennego życia, z miejsca dominującego nad całym pejzażem i nadającego ton. Tu należało poszerzać horyzonty, myśl biegła daleko. Taka właśnie była doktryna chaty. „Patrz w swoim rytmie, ale zobacz wszystko”, powtarzała stara Mo.

Constance zachowała skąpe wspomnienia o babce ze strony matki – Mo odeszła, kiedy wnuczka miała zaledwie jedenaście lat, ale ten czas wystarczył, żeby staruszka wpłynęła na tkankę jej percepcji i żeby do umysłu dziewczynki przeniknęły słowa wypowiadane schrypniętym głosem, w którym niemal słyszało się, jak kłęby dymu z tysięcy papierosów palonych do końca życia zdzierają jej gardło i porażają struny głosowe. To Mo nazywała ją Connie i choć Constance nie znosiła tego zdrobnienia, nie próbowała nawet sprzeciwiać się Granny Mo. Oczy starej Mo były jak jej głos: sfatygowane, ale żywe, wyblakłe, ale przenikliwe – dwie kuleczki z ciemnozielonego jaspisu, niesamowicie podobne do wód Skaneateles. Ta falująca zieleń, w której zawsze jest coś do zobaczenia, coś do wzięcia, do przemyślenia. Utkana z życia wewnętrznego, niewidocznego, ale wszechobecnego. Znów jak to jezioro.

Mo żywiła duszę Constance. Mówi się, że dorosły nie przestaje szukać dziecka, którym był, bo chce zrozumieć samego siebie. Granny Mo ułatwiła jej zadanie, wkładając do plecaka jej doświadczeń wnioski z własnych przeżyć i swoją mądrość, a wszystko w tobołkach zamkniętych tak przemyślnymi węzłami, że nastolatka, a potem młoda kobieta i ta, którą stała się dziś, wytrwale je rozsupływały, żeby za każdym razem odkryć nową i cenną na każdym etapie życia naukę. „Patrz w swoim rytmie, ale zobacz wszystko” – to powtarzała najczęściej, była jednak cała masa podobnych zdań, które utkwiły w korze mózgowej Constance i które co jakiś czas wynurzały się na powierzchnię, niekiedy budzone przez świadome skojarzenia, innym razem zaś przywoływane w nieprzyjemnym kontekście przez podświadomość, która usiłuje pokazać człowiekowi coś, czego sam wolałby nie zauważyć.

Constance przez długie minuty wpatrywała się w jezioro rozpościerające się aż po horyzont, umykające przed siebie, ku ledwie widocznej linii mgły, tej, która wytycza subtelną granicę odległości, przyszłości; jego brzegi otulała i wyściełała roślinna wata ciągnąca się bez końca, jakby wszystkie lasy świata zaczynały się po jednej stronie, by obiec cały glob i zakończyć się na drugim brzegu, na wprost, tak by początek i koniec rozdzielała tylko cienka linia życia: niezgłębiona zieleń.

Dobrze się składa, bo to tutaj teraz będzie mój świat, pomyślała Constance. Od jednego brzegu Skaneateles do drugiego.

Porzuciła miasto, swoje mieszkanie, swoje zawodowe podróże, żeby przyjechać tutaj, schronić się bliżej własnej przeszłości, ukryć w kokonie wspomnień. A przecież dwupoziomowe mieszkanie na Brooklyn Heights, coraz bardziej przytulne z biegiem lat, podczas których gromadziła meble vintage, starannie dobierając najdrobniejsze detale wystroju, zapewniało jej nie tylko nieprzyzwoity komfort, ale także niesamowity widok na Manhattan i tamtejszą linię horyzontu.

To nie miejsce stało się problemem, ale jego mieszkanka.

A przede wszystkim pustka, która je wypełniła.

Constance westchnęła.

Gwałtowny dreszcz przebiegł z szybkością emocji jej ciało i zawładnął mózgiem.

– To miejsce potrzebuje solidnego ognia – stwierdziła, nie wiedząc do końca, czy to tylko wrześniowy chłód, czy może jednak coś bardziej wisceralnego, bardziej osobistego przyprawiło ją o drżenie.

Zrobiła krok w bok i obróciła się, żeby spojrzeć z perspektywy na salon, otwartą kuchnię i pięterko nad nimi. To miejsce tak znajome. Tak swoje.

Właśnie tego teraz potrzebowała.

Zanurzyć się w kokonie dzieciństwa, wrócić do korzeni, żeby zrozumieć, co powinna zrobić. Kontynuować czy przestać. I dlaczego. To była życiowa decyzja. Przesądzająca o wszystkim.

Nie miała już prawa do błędu i doskonale o tym wiedziała.

Constance przyjechała tu, żeby dokonać skomplikowanego wyboru, który sprowadzała do dwóch czasowników. Jeden, niedokonany, można było odmieniać bez końca; drugi niósł nieodwracalne skutki.

Żyć czy umrzeć.

2.

Pachniał życiem.

Kwiatowa woń silnego dezodorantu przemieszała się z pierwotnymi – albo ostatecznymi, zależnie od punktu widzenia – wyziewami życia, które usiłowały wydostać się przez wszystkie pory: najpierw zapach świeżego potu złagodzony nutką wosku (saponifikacja ciała), a dopiero potem cząsteczki żelaza – surowego mięsa.

Krew zalegała pod zaskakująco różowymi w tej sytuacji tkankami.

– Jak na nieboszczyka pachnie całkiem ładnie – stwierdziła May, prostując się nad stołem sekcyjnym, na którym czekały zwłoki.

Lekarz sądowy nie słuchał, zajęty czytaniem esemesów i równoczesnym wciąganiem ostatniej warstwy plastikowych rękawic.

May skorzystała z okazji, by zlustrować zadek doktora Lernera, który uchodził za ikonę mody. Mówiło się też, że zręczność, z jaką operuje wewnątrz ciała, nie ogranicza się wyłącznie do zmarłych. Niestety w tej chwili osłaniał go obszerny fartuch, który nikomu nie dodałby uroku.

Wielki niebieski kondom. Doktor Lerner jest gotowy do użycia, pomyślała May.

Trzydziestolatek odsunął telefon komórkowy i odwrócił się w stronę stołu sekcyjnego i inspektorki. Obdarzył ją szerokim, uwodzicielskim uśmiechem żywcem wyjętym z reklamy drogiego gabinetu stomatologicznego, którego usługom zawdzięczał idealny wygląd uzębienia.

– Nigdy pani nie widziałem – powiedział zaintrygowany. – Nowa?

Jego źrenice przesuwały się po May, bez najlżejszego zażenowania lustrując ją od stóp do głów. W epoce #MeToo takie spojrzenia były anachroniczne, ale May na to gwizdała. Co więcej, poczuła pewnego rodzaju dumę. Zadawała sobie piekielny trud, rzeźbiąc swoje ciało, skoro więc nie mogła go wykorzystać inaczej, niech chociaż przyniesie jej odrobinę uznania, podbudowując ego.

– Nie, po prostu zazwyczaj wykazuję się w kontakcie z żywymi.

Lerner zmarszczył brwi.

– Chrzest bojowy?

– To mój dziesiąty.

Lekarz odzyskał wystudiowaną pogodę ducha.

Trzydziestoczteroletnia May była doświadczoną pracownicą nowojorskiej policji, jednak na liczniku miała stosunkowo mało zabójstw. Większość spraw powierzano bardziej doświadczonym śledczym, o ile nie chodziło o przypadki skomplikowane lub wrażliwe, które z jej rejonu trafiały bezpośrednio do One Police Plaza, siedziby elitarnych jednostek, w tym Manhattan South Homicide Squad. Poza tym pracowała w Szóstym Komisariacie na Manhattanie, obejmującym Greenwich Village i West Village, spokojne dzielnice, gdzie rzadko dochodziło do morderstw.

– Kto jest pani partnerem?

– Rudzielec.

– Alexander? – zaśmiał się koroner. – To dlatego wysłał panią samą.

Teraz to May zmarszczyła brwi.

– Co pan ma na myśli?

Doktor Lerner wskazał niebieskim palcem denata.

– Prawdopodobnie nie jest to ofiara zabójstwa. Alexander nigdy się nie fatyguje, jeśli ma pewność, że to bezcelowe. Był na miejscu zdarzenia?

– Tak, to on kierował operacją.

– W takim razie widział wystarczająco dużo. To wypadek, a on wie, że autopsja doprowadzi do takiego wniosku. Sam zgadnę: pracujecie razem od niedawna, prawda?

– Od dwóch miesięcy.

Lerner zarechotał, jakby chciał powiedzieć: „Młody padawanie, nic jeszcze nie wiesz”.

A ja mam cię w dupie, świński Smerfie!

May musiała w pośpiechu zmienić partnera. Poniosła konsekwencje romansu z poprzednim, mężem adwokatki, która miała wystarczająco rozległe znajomości w NYPD – Departamencie Policji Nowego Jorku – żeby May wylądowała na ulicy z bloczkiem do wystawiania mandatów. Na szczęście zdradzona małżonka wolała zająć się mężem – z dnia na dzień przeniesiono go do parzenia kawy w sferach administracyjnych, na drugi koniec miasta.

W efekcie May trafiła na Rudzielca – brzuchatego najstarszego funkcjonariusza Detective Squad w „Szóstce”. Miał wąsy opadające na wąziutkie wargi, a jego ognista niegdyś czupryna zamieniła się w wytartą słomiankę w kolorze sinożółtym. Rudzielec nie był ani miły, ani życzliwy. Był ponurakiem, facetem wyniszczonym przez lata służby i doświadczenia, którymi jak dotąd raczej nie dzielił się z nową partnerką.

– Ale Gerry Alexander nie jest koronerem, mógł się pomylić!

Lerner leniwie uniósł brew, przybierając wymowną minę, zasłonił maseczką doskonałe usta i podszedł do stolika, na którym leżały skalpele.

Starannie przeprowadził pierwszą część badania, jakby nie miał żadnych wstępnych założeń. Nagrywał wszystkie ustalenia, mówiąc do mikrofonu zawieszonego nad stołem i podłączonego do komputera, który znajdował się nieco dalej w wentylowanej sali. Pomruk potężnego napowietrznika zwrócił uwagę May.

– Wydawało mi się, że lepiej nie używać go od samego początku, żeby móc „poczuć” zmarłego – powiedziała.

Lerner pokręcił głową.

– To dawna medycyna. Ja już nie zmuszam się do tego rodzaju głupot. Teraz brudną robotę odwalają za nas maszyny. Jeżeli w jego krwi jest jakakolwiek substancja, wykaże to toksykologia, my nie musimy już katować nabłonka węchowego przez czterdzieści lat pracy ani borykać się ze zboczeniem zawodowym, kiedy w gronie rodzinnym, biorąc na ręce własne dziecko, bezwiednie porównuje się zapach jego szyi z wonią trupa krojonego przed południem na tym stole.

May wydała z głębi gardła dźwięk, który miał chyba oznaczać aprobatę. Była to jakaś wizja pracy… Pewnie nie spodobałaby się większości starych koronerów, którzy najbardziej wierzyli własnej intuicji.

– Ten zawód i bez tego wystarczająco działa na człowieka – ciągnął Lerner, wbijając skalpel w mięsień uda, żeby wyciąć w nim długi szkarłatny rowek. – Wie pani, że po sekcji na ogół człowiek robi się głodny? I ma apetyt nie na byle co. Chce mu się mięsa! Czerwonego. Surowego. Na przykład tatara albo krwistego steka. Nie zwróciła pani na to uwagi?

– Hm… nie.

– To dlatego, że zamknęła się pani na swoje zmysły, żeby się chronić. Klasyczne.

W przeciwieństwie do niego May uznała taką reakcję za raczej uspokajającą.

– To zwierzęce. Jesteśmy owocem milionów lat ewolucji: kiedy polowaliśmy, zjadaliśmy białko ofiar, które ćwiartowaliśmy. Tysiąc czy dwa tysiące lat cywilizacji to za mało, żeby wymazać to zachowanie z naszych pierwotnych komórek. Jeżeli spędza się średnio dwie i pół godziny nad górą mięsa, to musi doprowadzić do rozbudzenia pierwotnych instynktów.

May stłumiła westchnienie. Chęć, żeby zerwać z niego ten fartuch, nagle zniknęła bez śladu.

Kontynuował nacinanie kończyn w poszukiwaniu niewidocznych na skórze krwiaków. Potem otworzył ciało, nacinając je w „Y” od obojczyków do wzgórka łonowego i starannie omijając pępek. Była to konsekwentnie przestrzegana tradycja wszystkich lekarzy sądowych na świecie – nie niszczy się węzła, który przypomina, że dano nam życie.

Mimo warczącej wentylacji zapach żelaza i psującego się mięsa był coraz silniejszy i May kilka razy przełykała ślinę, żeby powstrzymać odruch wymiotny. Żałowała, że nie założyła maseczki, aby trochę złagodzić ten odór.

Lerner właśnie wyciągnął kawałek płuca, kiedy zastygł w bezruchu i krzyknął:

– Już wiem! Linda Fiorentino!

– Słucham?

– Pani! Jest pani sobowtórem Lindy Fiorentino! Naprawdę! To aktorka z lat dziewięćdziesiątych. Grała w Fatalnym romansie, Facetach w czerni, Jade… Po prostu jest pani do niej podobna! Z okresu jej kinowego debiutu.

– Skoro pan tak uważa.

May nie miała pojęcia, kim jest ta Linda Fiorentino, ale po cichu powtórzyła jej nazwisko, żeby je zapamiętać i po wyjściu stąd sprawdzić, jak wygląda. Miała nadzieję, że aktorka jest ładna. Choć May robiła duże wrażenie otwartością, z jaką rozmawiała z ludźmi, mimo że biła od niej pewność siebie, kiedy działała z nieustępliwością, chociaż nigdy nie spuszczała oczu, a czasem nawet prowokowała, to w rzeczywistości w jednej sferze brakowało jej wiary w siebie: powątpiewała w swoją zdolność uwodzenia. Uważała, że jest zbyt surowa, ma za twarde spojrzenie, za gęste czarne włosy, no i tę bliznę na wardze – pamiątkę po ataku psa w dzieciństwie. Po prostu wydawała się sobie zbyt męska. Dlatego porównanie do aktorki zaintrygowało ją. Oby okazała się zmysłowa!

Doktor Lerner, przechodząc już do innego tematu, zapytał:

– Zajmuje się pani WZW?

– Nie. Sprawę prowadzą ludzie z South Homicide Squad. Nazywamy ich One Plaza, od ich adresu.

– Wiem, znam One Plaza. Ale myślałem, że cała nowojorska dochodzeniówka w tym czy innym momencie nad nią pracowała. To takie niesamowite.

– Po prostu powołali specjalną grupę, która się skupia na tym przypadku – wyjaśniła May.

Osiem potwierdzonych ofiar w ciągu pięciu lat. Nigdy żadnych śladów. W czasach, kiedy zdradza DNA, a wszędzie są kamery, wydawało się to niemożliwe. WZW, Wielki Zły Wilk… Taki przydomek nadał mu dziennikarz z „New York Post”, a to z powodu ugryzień, jakie stwierdzano na ciałach jego ofiar. To były liczne ugryzienia, do krwi.

Ale gdyby prasa znała szczegóły… May od czasu do czasu chodziła na obiad z pewnym supergliną z One Police Plaza i od niego się dowiedziała, że WZW gryzł sutki aż do ich częściowego odcięcia.

– Ciągle nic nie mają? – zdziwił się koroner.

May nie odpowiedziała. Dzielenie się takimi informacjami albo – co gorsza – szerzenie plotek nie było w jej stylu.

– Tak czy inaczej, ten WZW to jawny dowód, że seryjni mordercy nadal istnieją – dodał Lerner niemal z zadowoleniem. – Wmawiają nam, że to już się skończyło, że to było zło minionego wieku, a tymczasem nie! Fakt, jest ich mniej, to…

– Nie, wcale nie jest ich mniej – wpadła mu w słowo May. – Po prostu zatrzymujemy ich, zanim zrobią to ponownie. Teraz większość trafia za kraty po pierwszej zbrodni. Dlatego z definicji nie ma już serii. Ale moim zdaniem jest ich nawet więcej.

– Przynajmniej nie zabijają po osiem ofiar każdy!

– Na razie.

Lerner uniósł dłoń w poczerwieniałej rękawiczce, która przed chwilą zanurzała się w ciele, pod nerwem kulszowym, i patrzył na May, czekając na doprecyzowanie.

– Ponieważ dają się złapać po pierwszej zbrodni – podjęła – większość z nich kiedyś wyjdzie. A wie pan równie dobrze jak ja, że seryjny morderca nigdy się nie wyleczy.

– Kiedy odzyskają wolność, znów przejdą do czynu.

– A statystycznie wielu z nich uda się to za kilka lat.

Przygnębiony Lerner głęboko odetchnął, a potem wrócił do pracy.

– Przynajmniej nie zabraknie mi roboty – mruknął.

W zimnej sali rozbrzmiała piosenka Jay-Z Empire State of Mind. „New Yooooooooork!”, śpiewała Alicia Keys.

– No nie, tylko proszę mi nie mówić, że to… – jęknął Lerner.

May skinęła głową, wyciągając telefon z kieszeni dżinsów z udawanym zażenowaniem.

– Owszem. Przykro mi.

– Jest pani wzorcowym stereotypem.

May odeszła, żeby odebrać.

– Dzwonił do nas dozorca z budynku, od niego dowiedzieliśmy się o powrocie lokatora spod cztery B – poinformował ją ślamazarny głos Gerry’ego Alexandra.

– Dlaczego nie powiedział mi pan, że to nie zabójstwo?

– Bo tego nie wiemy.

– Ale pan nie wierzy w taką możliwość.

– Zawsze mogę się mylić.

May miała ochotę zripostować, cisnąć Rudzielcowi prosto w twarz, że jest równie znany z podłego charakteru, co z przenikliwości, ale się powstrzymała.

– Kiedy skończy się to krojenie – powiedział – jedź pogadać z cztery B, to jedyny sąsiad, którego zeznań jeszcze nie mamy.

Na nic się to nie przyda, May już to zrozumiała, ale poprzestała na krótkim „Oczywiście”, a Rudzielec rozłączył się, zanim skończyła. On był najstarszy, ona najmłodsza w wydziale i tak to już wyglądało.

Podeszła do stołu sekcyjnego, gdzie doktor Lerner ważył wątrobę pobraną i ułożoną na szalce.

– Piękny egzemplarz. Twardy w dotyku. I już prawie żółty. Przyjrzymy się temu bliżej – oznajmił. – To obiecujący kierunek. Higiena gównianego życia gwarantowana.

May właściwie już go nie słuchała, urażona zachowaniem kolegi podczas rozmowy telefonicznej. W końcu powiedziała, może tylko do siebie:

– Wie pan, jaką zaletę mają stereotypy? One przynajmniej nigdy nie rozczarowują.

3.

Jej zegarek wskazywał jedenaście minut po pierwszej.

Było jeszcze wcześnie, miała dość czasu, żeby się rozpakować.

Constance przyjechała z Brooklynu bez problemów, w niespełna cztery i pół godziny dotarła do chaty. Wyruszyła przed szczytem, żeby uniknąć stania w korkach, choć i tak kierowała się pod prąd i podczas gdy ludzie zmierzali do miasta, ona starała się z niego uciec. Dla niej, zawodowo nadającej ukryty sens wszystkiemu, co robiła, „uciec od cywilizacji” nie mogło być frazą przypadkowo wybraną przez umysł.

Wzruszyła ramionami, nie mając w tej chwili ochoty na bolesną introspekcję. Właśnie wtedy usłyszała drapanie do drzwi. Zachowała się jak posłuszny odźwierny i biały golden retriever przestał dyszeć, stawiając uszy i wpatrując się w panią zza progu, gdzie się zatrzymał.

– No co? Podle wyglądam? Szanowny pan już po spacerku? No już, wchodź, Solace, do nogi!

Usłyszawszy swoje imię, pies wykonał polecenie i natychmiast zabrał się do obwąchiwania każdego kąta dużego pokoju dziennego. Constance skorzystała z okazji, żeby zabrać torbę, a potem ruszyła schodami na niższe piętro.

– Tylko spróbuj nasikać w domu, a utnę ci jaja, znasz zasady.

Ledwie pies uniósł pysk, żeby spojrzeć na nią z oburzeniem, pani zniknęła na schodach.

Niżej korytarz był ciemny, bo tylko przez wąskie okno docierało tu światło, przed którym dom osłaniały gęste drzewa lasu porastającego zbocze. Główna sypialnia znajdowała się nieco dalej, po lewej. Constance przez całą drogę obawiała się właśnie tej chwili. Wróciła tu po ponadrocznej nieobecności. Delikatnie pchnęła drzwi, a one uchyliły się po cichu, jakby też czuły lęk.

Pokój jak zawsze pachniał drewnem. Okiennice były zamknięte, przepuszczały tylko wąską smugę światła, które tworzyło cienką linię na parkiecie, szlak, którym można było podążyć. Życie stałoby się prostsze, gdyby istniał taki świetlny przewodnik pokazujący, jaką drogę wybrać, kiedy ogarnia nas ciemność, pomyślała Constance. Otworzyła okiennice, żeby wpuścić do sypialni światło i świeże powietrze, a potem pociągnęła suwak torby i wyjęła z niej małe zdjęcie w ramce. Roześmiani Tom i Lenny, trzymający lody na patyku. Na nosie syna biały ślad lodów, na policzku męża znak po takim samym ataku. Może nie wyglądali na tej fotografii najładniej, ale wspomnienie tamtego dnia było w pamięci Constance tak żywe, że po prostu je uwielbiała. Była to jedna z tych chwil, kiedy zdołała wyjść poza siebie i nabrać odpowiedniego dystansu, aby powiedzieć sobie, że jest szczęśliwa. Że jest jej dobrze i po prostu czuje szczęście. Chwyciła za telefon, chcąc uwiecznić to uczucie. Oczywiście, że nie wyglądali tak ładnie, jak na innych zdjęciach, ale czuło się między nimi największą bliskość, byli najprawdziwsi, a ich radość promieniała ze zdjęcia, dodając mu realizmu. Aż błyszczało wewnętrznym światłem.

Constance ustawiła fotografię na sosnowym stoliku nocnym. To będzie jej kryjówka, kotwica, której będzie się trzymać. Rozpakowała resztę rzeczy i włożyła je do szafy, a potem posłała łóżko, żeby mieć to już z głowy. Było jej ciężko na sercu, czuła jego bicie, uderzenia w klatce piersiowej, jakby chciało zadawać jej ból. Skarżyło się. Przypominało jej, że cierpi. Wszystko w swoim czasie. Najpierw pragnęła się tu odnaleźć. Nie dopuszczała do siebie mnóstwa wspomnień, które tłoczyły się u wrót pamięci, dobijały się, pragnąc nią zawładnąć. Ale to nie była odpowiednia chwila.

Constance przebrała się w kostium kąpielowy i zeszła na najniższą kondygnację wychodzącą wprost na jezioro. Otworzyła drzwi tarasu. Widok zadziałał na nią równie silnie jak za każdym razem. Stojąc w tym miejscu, tuż nad taflą zielonej wody, przyjmowała eksplozję piękna i majestatu z taką niewinnością, jakby nigdy wcześniej tego nie widziała, i to natychmiast dodało jej otuchy. Po tylu latach nie zobojętniała na ten spektakl, nie uznała go za codzienny. Czuć się tak małą wobec bezkresu gładkiej wody, która rozpościerała się jak okiem sięgnąć pomiędzy zalesionymi zboczami, tak kruchą u stóp tej nieposkromionej natury, odwiecznej i będącej tu, żeby – można by pomyśleć – trwać bez końca: te doznania towarzyszyły Constance od dziecka, gdy stawała na deskach przed pomostem. Nie zobojętniała na ten pejzaż, a dopiero po latach nauczyła się nie bać. W dzieciństwie, kiedy wychodziła z pralni, czuła strach: obawiała się przejścia z zamkniętej przestrzeni, gdzie była chroniona, w tę otwartą, bezkresną, ogromną i przyprawiającą o gęsią skórkę. Miała wrażenie, że cała dolina zwraca się w jej stronę, aby ją obserwować, że tysiące drzew iglastych z ciekawości stroszy igły, a życie z głębiny jeziora wynurza się na powierzchnię, by ją szpiegować, i czeka na jej pulchne stópki, delikatne łydki i na całe kruche ciałko, by je pochłonąć, kiedy tylko ona odważy się zejść po szczeblach drabiny.

Kąpiel w jeziorze była udręką. Ciężka próbą. I Constance błogosławiła niebo za cierpliwych rodziców, którzy nigdy jej do tego nie zmuszali. Na szczęście Lenny nie odziedziczył po niej lęku, nie miał w sobie atawistycznego strachu, a może po prostu nie wszystkie lęki są dziedziczne.

Łódź nie była zacumowana przy pomoście, nie wyciągnięto jej jeszcze ze schowka na bocznej ścianie chaty. Constance zdecydowała, że później sama ściągnie ją na wodę. Szła po drewnianym pomoście wysuwającym się na jezioro. Dotarła do końca, tam gdzie woda była głęboka, ciemnozielona, i położyła ręce na drabinie ze stali nierdzewnej. To ta drabina niegdyś tak ją przerażała.

Odwrócona plecami do jeziora, powoli zanurzała się w zimnej cieczy, która chwytała ją jak paszcza. Tak, Skaneateles było potworem gryzącym do krwi lodowatymi, ostrymi jak igły kłami, które wbijały się w ciało. Gigantycznym pająkiem. Właśnie tym było jezioro. Bo po kilku minutach jego jad zaczynał działać i człowiek nie czuł już własnego ciała, odrętwiały, gotowy dać się powoli pożreć i strawić tej bezkształtnej bestii, w której pływał. Niczego nieświadom. Cichy wielki pająk czekał cierpliwie, aż śmiałek sam wpadnie w płynną sieć.

Constance doskonale pamiętała swoje dziecięce lęki i zdarzało się, że po przyjeździe nad jezioro znów je przeżywała, ale już bez emocji, tylko jako utrwalone wspomnienia. Czas zrobił swoje. Dorastanie to nauka, jak wyzbyć się pierwotnych strachów, żeby rozwinąć inne, bardziej racjonalne, bardziej rozproszone obawy dorosłych. A starzenie się to po trosze powrót do tamtych, prawda?, zastanawiała się często. Do stanu niewinności i wrażliwości, do powiązań z pierwotnymi emocjami człowieka, z ancestralnymi fobiami – przed ciemnością, przed zamkniętą przestrzenią, przed owadami w mroku… Przed wszystkim, co czeka nas po śmierci. Nie, prawdopodobnie nie. Ona w każdym razie niczego takiego nie odczuwała. Bo nie jesteś stara. A jednak śmierć była coraz bliżej, prawda?

Constance wolała zanurzyć twarz w zimnej wodzie, niż odpowiadać sobie na to pytanie. Teraz lubiła tu pływać. Był to rytuał powitalny, żeby zmyć z siebie miejskie skażenia, złą energię, które przywiozła ze sobą.

Wykonała kilka płynnych ruchów, aby się odprężyć i oswobodzić, a kiedy już poczuła spokój, wróciła na pomost, by wysuszyć się na deskach, ale dygotała w promieniach nie dość ciepłego wrześniowego słońca. Solace wykorzystał fakt, że zostawiła uchylone drzwi, i wyszedł na taras, gdzie teraz wylegiwał się, obserwując ją z zadowoleniem tego, kto wie, że wszystko jest w porządku, bo widzi swoją panią. „Nie, wygląda jak głupek, bo jest głupkiem”, powtarzał z lubością Tom, kiedy Constance mówiła o Solasie jak o istocie inteligentnej. Pozwoliła ukołysać się szumowi lekkiej bryzy, poruszającej gałęziami wokół niej, cichemu pluskowi wody uderzającej o słupy pod nią, świergotowi ptaków… Prawie zasnęła, ale poderwała się, przypominając sobie, że zostawiła w samochodzie lodówkę.

Przebrała się szybko i zamierzała właśnie otworzyć bagażnik swojego SUV-a, kiedy usłyszała warkot silnika zbliżającego się pojazdu. Westchnęła. To mógł być tylko Ezra Sommers. Używali tej samej leśnej drogi, a ponieważ on mieszkał na samym jej końcu, jadąc do siebie, musiał minąć dom Hollowayów. Gdyby się pospieszyła, mogłaby jeszcze spróbować uciec do domu. Ale niewiele by to dało, bo stary Ezra i tak zobaczyłby zaparkowanego SUV-a i wiedziałby, że ona tu jest. Prędzej czy później przyszedłby ją odwiedzić. Zdecydowała już teraz zmierzyć się z jego spojrzeniem.

Niebieski pick-up był prawie tak stary jak jego właściciel. Kiedy pojawił się za szpalerem dębów czerwonych, zwolnił: Ezra zauważył Constance i zatrzymał się przy niej. Irytująco wolno opuścił szybę. Powitała starego sąsiada gestem ręki.

– Wróciłaś – stwierdził.

Jego owalna, wydłużona twarz była bardziej pomięta niż nieprasowana lniana koszula, krótkie białe włosy wyglądały jak twarda słoma, a idealnie białe zęby lśniły między wąskimi wargami, było jednak coś, czego nie dało się Ezrze odebrać: życzliwość w jego oczach. Nigdy nie mierzył nikogo spojrzeniem, zwykł zwracać na ludzi oczy pełne uspokajającej delikatności. Można było się domyślać, że robił to z pełną świadomością, że był to efekt pracy nad sobą i zdecydowania – jeszcze w jego najlepszych czasach – by nikogo nie urazić, nie prowokować, jedynie musnąć spojrzeniem i cierpliwie czekać, co z tego wyniknie.

– Wiedziałem, że cię tu zastanę – powiedział z tajemniczym uśmiechem.

Usłyszawszy te słowa, Constance zmarszczyła brwi: A więc wiedział.

– Jak to?

– Intuicja. Zbyt długo cię tu nie widziałem, to do ciebie niepodobne. Każdy potrzebuje od czasu do czasu nabrać energii.

– Głos rozsądku.

– Raczej doświadczenie. Przyjechałaś pisać kolejny scenariusz?

– Być może.

Najbardziej osobisty i intymny.

– Obejrzałem sobie znowu Sarkazm wrażliwców, jest naprawdę świetny. Uważam, że to twój najlepszy.

– Dopracowany przez aktorów i reżysera.

– Nie bądź taka skromna! Dopiero przyjechałaś? Wczoraj nie było tu samochodu.

– Przed tobą niczego nie da się ukryć.

– Pojadę już, rozgość się, wpadnę któregoś dnia z butelką, żebyś opowiedziała mi najnowsze hollywoodzkie ploteczki.

– Rozczarujesz się, nadal mieszkam w Nowym Jorku i nadal nie obracam się w towarzystwie gwiazd kina.

– Zawsze tak mówisz i zawsze masz mnóstwo anegdot do opowiedzenia. Dobra, przewietrz tu porządnie, a gdybyś czegoś potrzebowała, wiesz, gdzie mnie szukać!

Nie czekając na odpowiedź, uruchomił silnik i odjechał.

Constance cofnęła się, depcząc po dywanie igliwia, i lekko się skrzywiła. Wyglądało na to, że o niczym nie wiedział. Zaskoczyło ją to, ale i uspokoiło. Ezra trzymał się z dala od wiadomości ze świata, skupiał się na sobie i swoim życiu tutaj, daleko od wszystkiego.

A więc nie wiedział. Było jej to na rękę.

Mogła zachowywać się przy nim, jakby nic się nie stało.

Potrzebowała odrobiny normalności. Czasu na uporządkowanie wszystkiego. Chciała wiedzieć, co dalej robić.

Scenarzystka otworzyła lodówkę turystyczną stojącą w bagażniku. Jedzenie, które ze sobą zabrała, było jeszcze zimne, pojemniki z lodem się nie rozmroziły. Wyjęła dwie torby, żeby dostać się do pudełka waniliowo-czekoladowych lodów Good Humor. Ulubionych lodów Lenny’ego.

Wzięła tekturowe pudełko do ręki i otworzyła je, żeby wyjąć pistolet, Glocka 17. Broń była naładowana. Gotowa do strzału.

Constance uniosła głowę i popatrzyła na drogę, którą odjechał pick-up Ezry.

Glock miał swój ciężar.

Ciężar wątpliwości.

4.

Jej zegarek wskazywał jedenaście minut po pierwszej. May opuściła centrum patologii sądowej przy Pierwszej Alei 520, gdzie miał swoje biuro koroner Manhattanu, bocznymi drzwiami prowadzącymi na Trzydziestą Ulicę, żeby uniknąć oblegających hol dziennikarzy. Najlepiej zorganizowani z nich dysponowali galerią zdjęć inspektorów z półwyspu i kiedy któryś rozpoznał policjanta, ten mógł być pewien, że nie wymknie się bez grillowania, bo w pogoni za byle okruchem informacji dziennikarze stawali się agresywni i natarczywi bardziej niż kiedykolwiek.

Dwa wozy transmisyjne stacji informacyjnych parkowały przy ulicy, wciśnięte między czarne Fordy vany biura koronera. Te samochody miały być dyskretne, ale teraz znali je już wszyscy. May wskoczyła do swojego nierzucającego się w oczy Dodge’a Chargera Pursuita i ruszyła jak w serialu kryminalnym – za ostro, za szybko, byle tylko się stąd oddalić.

Młoda policjantka miała dwadzieścia minut na przemyślenia – tyle czasu potrzebowała na dotarcie do celu. Doktor Lerner nie chciał ryzykować, przedstawiając wnioski, które mogły się okazać pochopne, ale z sekcji nie wynikło nic, co można by uznać za podejrzane, i choć na tym etapie nie zamierzał się wypowiadać co do przyczyn zgonu, to podkreślił, że zapewne toksykologia okaże się bardzo pomocna. „To i badanie wątroby”, rzucił jednak, zanim pozwolił May odejść.

Rudzielec miał nosa, to był wypadek. Śmierć naturalna.

– Po co każą nam marnować czas? – burknęła głośno.

Żeby uspokoić pospólstwo. Bo szefowie chcieli zrobić dobre wrażenie w tej dzielnicy, zamieszkiwanej głównie przez wpływowych ludzi, których głos mógł się liczyć podczas najbliższych wyborów.

May jechała wbrew sobie, zirytowana świadomością, że nie może być użyteczna. Ten ostatni świadek nie miał żadnego znaczenia, tu chodziło o zwykłą formalność, o upierdliwe działania administracyjne. Ale zebrali już zeznania całej kamienicy z wyjątkiem tego… Jak on się właściwie nazywa? May sięgnęła po telefon komórkowy, trzymając kierownicę jedną ręką.

Jack Tettler.

Nazwisko aktora. Nie, raczej pisarza. Trochę intelektualista, trochę adwokat. Upierdliwy gość.

Mieszkanie ofiary – czy jednak można było nadal mówić o ofierze?, chyba że o ofierze własnego niedbalstwa, może w żywieniu, może w innych kwestiach – usytuowane było z boku budynku, od Charles Street, a główne wejście znajdowało się przy Bleecker Street 350, tuż obok komisariatu, w którym pracowała May. Policjantka dotarła tam pod koniec operacji, kiedy zespół koronera zabrał już zwłoki. Choć oględzin miejsca dokonał Rudzielec, May pamiętała, że mieszkanie było przytulne, z widokiem na dziedziniec jednostki saperskiej na Manhattanie, graniczącej z jej jednostką, co początkowo wprawiało jej kolegów w stan podenerwowania. Potem doszli do wniosku, że to prawdopodobnie zwyczajny zbieg okoliczności.

Gerry Alexander nie był miłośnikiem pracy w parach, choć taka koncepcja cieszyła się uznaniem w ich instytucji. Jego wizja tandemu ograniczała się do dzielenia się zadaniami tak, żeby pracować szybciej, przy czym te niewdzięczne zadania zrzucał na May, sobie zaś zostawiał te, które pozwalały mu nie ruszać tyłka z biura. Wieloletnia służba i bliskie relacje z kapitanem Hillroyem dawały mu pewne przywileje, co sprawiało, że przymykano oczy na metody jego pracy, dopóki przynosiła zadowalające rezultaty.

W windzie May wybrała przycisk czwartego piętra i czekała, aż zamkną się drzwi. Jej spojrzenie mimowolnie powędrowało na lustro. Przez chwilę przyglądała się sobie, potem poprawiła włosy, wsuwając długi czarny kosmyk za prawe ucho. Lubiła swoją asymetryczną fryzurę i uważała, nie wiedzieć czemu, że doskonale do niej pasuje. Czyżbym była niezrównoważona? A może to coś mniej tragicznego, subtelniejszego. Połowa mnie mówi pełnym głosem, trzymając drugą w cieniu, i dlatego osłaniam się przed ludzkimi spojrzeniami. Coś w tym stylu wydawało jej się bardziej prawdopodobne. Obciągnęła skórzaną kurtkę, poprawiła bluzkę, której dekolt za dużo odsłaniał, i wyjęła wizytownik oraz odznakę policyjną.

Mieszkanie ofiary było zapieczętowane i zabezpieczone taśmami NYPD, samoprzylepnymi pasami w rzucającym się w oczy kolorze odblaskowej zieleni. May zadzwoniła do drzwi na wprost, pod 4B, a potem trzykrotnie mocno w nie zapukała, dając wyraz swojemu zdecydowaniu: otwieraj, nie wkurzaj mnie.

Po chwili w progu pojawiła się zamazana sylwetka mężczyzny. Policjantka szybkim gestem pokazała mu odznakę:

– Policja nowojorska, inspektor Malkasian. Jack Tettler?

Mężczyzna z zaskoczenia cofnął głowę, lekko kuląc ramiona. May nie widziała go wyraźnie, bo oślepiało ją światło wpadające przez duże okno za jego plecami, ale wydawało jej się, że jest wysoki, szczupły i starszy od niej.

– Pan Tettler? – powtórzyła.

– O co chodzi? – odezwał się w końcu seksownie niskim głosem.

– Zna pan pana Ribeira spod 4A, naprzeciwko?

– Słabo. Zmarł, tak? Przed chwilą powiedział mi o tym sąsiad, którego spotkałem w windzie.

– Mogę zadać panu kilka pytań?

Mężczyzna poczuł się chyba skrępowany, jakby uważał, że to, co ma do powiedzenia, niewiele znaczy.

– Zajmę panu tylko parę minut, to rutynowa czynność – wyjaśniła May.

Miała ochotę dokładnie mu się przyjrzeć, nie w tych światłocieniach. To idiotyczne, zwłaszcza że zdawała sobie sprawę, że rozmowa z nim do niczego nie posłuży, ale ta sylwetka i głos zaintrygowały ją, a nie czekały na nią pilniejsze zajęcia i pozostałoby jej wrócić do biura. Potem będzie mogła powiedzieć, że to intuicja kazała jej wejść do mieszkania. Ta kobieca, bo na pewno nie intuicja gliny.

Drzwi otworzyły się szeroko, a Jack Tettler się cofnął, żeby ją wprowadzić do salonu. To miejsce wzbudziło w niej niepokój, choć nie potrafiłaby wyjaśnić dlaczego. Było dość przyjemne, ale zdumiewająco neutralne.

– Lepiej powiem to od razu: tak naprawdę nie znam pana Ribeira, zdarzyło mi się spotkać go na korytarzu pięć, może sześć razy w ciągu dwóch lat, to wszystko.

May rozglądała się po długim pokoju, którego okna wychodziły na Bleecker Street, zerknęła na otwartą kuchnię z boku i drzwi prowadzące prawdopodobnie do strefy sypialnej. Wszystko idealnie uporządkowane i czyste.

Odwróciła się, żeby stanąć przodem do gospodarza, i tym razem to ona szybko odchyliła głowę do tyłu: Jack Tettler stał tuż obok i był bardzo przystojny. Zauważyła to natychmiast. Nie był wyjątkowy, ale po prostu bardzo przystojny. Harmonijne rysy twarzy, ciemne, siwiejące na skroniach i starannie uczesane włosy, zaokrąglone, budzące zaufanie policzki, usta może zbyt wydatne, ale apetyczne, a przede wszystkim orzechowe oczy połyskujące zielenią, trochę jak Grand Prismatic Spring z Yellowstone. Spojrzenie przenikliwe, a zarazem emanujące dobrocią i rozbrajającą słodyczą. Właśnie takich oczu trzeba się strzec, pomyślała May. Za piękne, żeby mogły być szczere.

– Czy… Czy powiedziałem coś głupiego? – spytał zdzwiony milczeniem pani inspektor.

– Nie, po prostu… nie wygląda pan jak Jack.

Odetchnął rozbawiony, a jego zmarszczki podkreśliły mimowolnie czarujący uśmiech, który zamienił jego twarz w słońce rozwagi i życzliwości.

– W takim razie na kogo wyglądam?

– Nie mam pojęcia, ale nie na Jacka.

– Ale przecież Jack to na przykład Kerouac, przygoda, podróże i wolność…

– Nie, to do pana nie pasuje.

– Obraża mnie pani – powiedział, ale nic nie wskazywało, żeby naprawdę poczuł się urażony. – W takim razie Jack London i jego Martin Eden: człowiek, który chce odmienić swój los, konflikt jednostki ze społeczeństwem.

– Tym bardziej nie. Nie, wełniane polo, płócienne spodnie, wysportowany i zadbany – wygląda pan na adwokata.

– Ups…

Dawała mu najwyżej pięćdziesiątkę. Nowoczesny pięćdziesięciolatek, który o siebie dba, a przystojniał z upływem czasu. Najgorsi. Nie mieli czasu wyrosnąć na arogantów, nawet nie mają pełnej świadomości, że robią tak duże wrażenie. To typ niebezpiecznie pociągający.

May machnęła w duchu ręką, żeby odsunąć od siebie te osobiste doznania, i skupiła się na powodach swojej wizyty, wciąż rozglądając się po salonie.

– Był pan tu przez ostatnie trzy dni?

– Nie, byłem w Kalifornii w związku z pracą. Wylądowałem na La Guardii dziś rano. Jeżeli pani chce sprawdzić, to w torbie mam bilet. A w Los Angeles dziesiątki świadków, którzy potwierdzą, że byłem z nimi od czwartku.

Jego brwi uniosły się lekko nad nosem, ale spojrzenie pozostało niezmienione.

– Czy chce mi pani powiedzieć, że pan Ribeiro mógł zostać… zabity? Mam rację? – rzucił.

– Nie, niczego takiego nie zamierzałam powiedzieć. Po prostu wypytujemy sąsiadów, to o niczym nie świadczy. A zatem nie zauważył pan niczego szczególnego?

– Pomijając fakt, że zmarł, tak? Nie… Jak już pani mówiłem, praktycznie go nie znałem.

– Jak opisałby pan wasze stosunki?

– Z nim? Żadne. Widzi pani, rzadko tu bywam i prawdę mówiąc…

Żadnych zdjęć. Żadnych roślin. Nic osobistego.

I właśnie to ją zdziwiło. Zrozumiała to dopiero teraz. Salon wyglądał jak w luksusowym apartamencie hotelowym, jak miejsce, w którym każdy mógłby się poczuć mile widziany, nie miał w sobie żadnej prywatności, tylko dekoracje pasujące wszędzie. Dobry gust, ale totalnie bezosobowy.

– Wynajmuje pan to mieszkanie? – domyśliła się. – Airbnb?

– Powiedzmy, że zdarza mi się je wynajmować, żeby trochę dorobić. Tak.

– A ostatnio?

– Nie. Nie od ostatniego Dnia Dziękczynienia, więc minęło już sporo czasu.

– Ma pan kartotekę z nazwiskami najemców?

– Chyba będę mógł dostarczyć pani ich dane. Ale proszę mi powiedzieć… on naprawdę został…? To morderstwo?

– Nie powiedziałam tego.

– Zadaje pani dużo pytań.

– To moja praca. A czym pan się zajmuje?

– Nie jestem adwokatem – odparł z uśmieszkiem, który miał prowokować.

May postanowiła nie dopuścić, żeby poczuł się za swobodnie, i zaostrzyła ton, przybierając chłodny wyraz twarzy:

– Czyli? Kim pan jest?

– Czy naprawdę muszę to mówić?

– Jeżeli nie chce pan wzbudzać moich podejrzeń, radziłabym odpowiedzieć.

Jack Tettler rozciągnął usta w szerokim uśmiechu, nie rozchylając warg. Był po prostu rozbawiony, ale nie okazywał śladu złośliwości.

– Jestem szefem kuchni. Pracuję w domach.

– Pojechał pan do Kalifornii, żeby gotować?

– Cóż za przenikliwość.

– Niech pan nie bawi się ze mną w uszczypliwości – odparła sucho.

Jednak jej rozmówca nie starał się jej prowokować ani drwić, po prostu bardzo chciał się bawić, rozmawiając. Tymczasem May wypełniała swoje zadania i absolutnie nie zamierzała żartować. Powiedzmy sobie szczerze, że niewiele trzeba, bym zaczęła się wdzięczyć do tego faceta… Musiała przykręcić śrubę – bardziej sobie niż jemu, żeby zachować kontrolę nad sytuacją.

– Wie pan może, czy uprawiał sport?

– Ribeiro? Nie, nie sądzę, to nie ten typ człowieka, rozumie pani, co mam na myśli. Nie żebym miał coś przeciwko grubasom, ale…

– Zrozumiałam. A jacyś wrogowie? Może konflikty z kimś z mieszkańców?

– Nic mi o tym nie wiadomo.

May rzuciła okiem na kuchnię. Nieskazitelnie czysta. Domyślała się, że w szafach i szufladach kryje się cała armia sprzętów i narzędzi. Na jej profesjonalnym pancerzu pojawiły się rysy, kiedy pozwoliła sobie pofantazjować i wyobraziła go sobie przygotowującego wieczorny posiłek, przy włączonym telewizorze do towarzystwa. Nie, nie ogląda telewizji, słucha muzyki.

May skupiła uwagę na rękach Tettlera – nie nosił obrączki. Czy mieszkał tu sam? Widać, że nie ma dzieci. Gej? Tylko dlatego, że ma pięćdziesiątkę i nie jest żonaty? A może to rozwodnik. Nie, gej. Za dobrze się ubiera i dba o siebie. Na pewno jest gejem.

May uprzejmym skinieniem głowy dała mu znak, że to już wszystko, i podeszła do drzwi.

– Skończyliśmy? – zdziwił się pan domu.

– Przecież mówiłam, że to nie potrwa długo. Dziękuję za współpracę, panie Tettler.

May była już za progiem, kiedy zawołał:

– Pani inspektor Malkasian, tak?! Nie zostawi mi pani wizytówki?

– Słucham?

– Chyba tak właśnie robią ci z seriali. Gdyby coś mi się przypomniało… Żebym mógł zadzwonić.

Jego szczerość była rozbrajająca. May wzięła się w garść i wyjęła z kieszeni wizytówkę. Podała mu ją.

– Proszę pamiętać o liście osób, które wynajmowały od pana mieszkanie przez ostatnie miesiące – powiedziała. – Ma pan tu mój adres mejlowy.

Podziękował skinieniem głowy i wziął wizytówkę.

Kiedy drzwi się zamknęły, a May odwróciła się do nich plecami, żeby iść do windy, zastanawiała się, czy obserwuje ją przez wizjer, nie wiedziała jednak, czy to jej schlebia, czy ją niepokoi.

5.

Ogień strzelał w kamiennym kominku, a po chacie rozchodziła się kojąca woń palonego drewna. Constance kończyła zamiatanie szerokich desek podłogowych w głównym pokoju. Wcześniej usunęła wszystkie pajęczyny, starła kurz i ustawiła miski Solace’a – w tym jedną pełną zimnej wody. Torby były rozpakowane, okiennice otwarte, dom przewietrzony, lodówka zapełniona i zbliżał się moment, którego scenarzystka tak się bała. Kiedy nie będzie już miała nic do zrobienia i pozostanie jej zmierzyć się z własnymi myślami.

Odstawiła szczotkę na miejsce w kuchni otwartej na resztę piętra i oparła się o drewniany słupek, który wyznaczał granicę z pokojem.

Co teraz?

Została już tylko skórzana torba, w której przywiozła laptopa. Przed wyjazdem powtarzała sobie pytanie: po co właściwie chce go zabrać? Czy naprawdę będzie pracowała? Czy sama w to wierzyła?

Zwróciła spojrzenie na stary zegar w dębowej obudowie. Jego stalowe wskazówki od niepamiętnych czasów wskazywały dwadzieścia dwie minuty po dziesiątej. Trwało to od tak dawna, że nikogo już nie dziwiło, a Constance wytłumaczyła tylko, że dla niej to ważne, więc Tom nie próbował ani ustawiać godziny, ani tym bardziej czegokolwiek naprawiać. Mierniki czasu, które nagle stanęły, od zawsze fascynowały Constance, jakby w ten sposób sama mogła go zatrzymać.

Solace spał niedaleko kominka, przy jednej z sof. Snem niewinnego. Prawie słyszała głos Toma, który ją poprawia: Snem kretyna! Nie mówił tego złośliwie, tak naprawdę był bardzo przywiązany do ich psa, a takie uwagi stanowiły swoisty rytuał, prowokację, jakby w skrytości ducha liczył, że pewnego dnia pies mu odpowie, że sam jest głupkiem, a potem skrzyżuje łapy i znowu zaśnie. Constance wolała przyznawać ich golden retrieverowi prawo do domniemania niewinności. Wątpliwości nierozstrzygniętych. Zawsze, w każdej sytuacji, pozostawały te nierozstrzygnięte wątpliwości.

Jak teraz?, zwróciła się do samej siebie. Nierozstrzygnięte wątpliwości czy po prostu strach przed przejściem do czynu?

Splotła ręce na piersiach i westchnęła – głęboko, przeciągle. To było westchnienie, które wypływa z samego wnętrza, które stara się wydobyć to, co ukryte, co przeszkadza. Chciałoby się wierzyć, że takie westchnienie jest skuteczne, ono jednak zawsze okazuje się daremne.

Rocznica nieubłaganie się zbliżała.

Rok to nie tylko pragmatyczna miara wymyślona przez ludzi. Rok to czas, jakiego potrzebuje Ziemia, żeby okrążyć Słońce. Trzysta sześćdziesiąt pięć przejść dnia w noc, by zatoczyć pełny krąg. To gwiezdna rewolucja. Pętla kosmiczna. W ludzkiej koncepcji czasu ta jednostka miary odpowiada przynajmniej czemuś konkretnemu, pozostaje w zgodzie z uniwersalnym prawem, które przerasta lichy gatunek zwierzęcia, jakim jest człowiek. Pełny obrót wokół Słońca. Pętla energetyczna. Pokonanie wszystkich etapów, Ziemia gotowa do rozpoczęcia nowego cyklu.

Wkrótce upłynie rok.

Cykl zakończony.

Dla Constance był to nieprzekraczalny termin. Nie tylko data. Nigdy nie wierzyła w horoskopy, w astrologię jako taką, a jednak – skoro zostało dowiedzione, że Księżyc ma ogromny wpływ na morza i oceany, bo to on powoduje pływy na naszej planecie, a ciało ludzkie składa się w sześćdziesięciu procentach z wody (mózg nawet w siedemdziesięciu pięciu procentach), to założenie, że nasz satelita może bezpośrednio oddziaływać na nas, nie wydawało się wcale pozbawione sensu. Istniała korelacja między nami a tym, co wykraczało poza percepcję naszych zmysłów. Constance nie wiedziała, w co dokładnie wierzy, domyślała się jednak, że ścierają się w niej siły, które ją przerastają, i że pychą byłoby uważać, że wiemy już wszystko o wszystkim, także o tym, czym jest życie, jego pochodzenie, a zatem i następstwo, czyli śmierć.

Natomiast była absolutnie, fizycznie pewna, że prawa wszechświata odnoszą się do wszystkiego i wszystkich. Nic nie powstaje z niczego, wszystko składa się z materii, wszystko się przetwarza, podlega kolejnemu cyklowi. Podstawowa zasada fizyki, chemii, prawdę mówiąc – wszystkich nauk. Najdrobniejsza mikrocząsteczka nie może definitywnie zniknąć, cokolwiek by się z nią działo. Żadna nie może uniknąć przetworzenia w coś innego, by służyć inaczej. Absolutny rozpad nie istnieje. Nigdzie.

Z duchem nie mogło więc być inaczej. Dusza czy osobowość – nie miało dla niej znaczenia, jakim słowem nazwano to, co nas tworzy, to, co gromadzimy powoli na przestrzeni życia, żeby uzyskać swoją odrębność i wyjątkowość, i nie może zniknąć na pstryknięcie palcami. Nie, Constance nie wyobrażała sobie ani Raju, ani Piekła, ani żadnego świata równoległego, w którym chroniłyby się nasze nieśmiertelne dusze, w żadnym razie, w jej oczach wszystko to były bardzo ludzkie wizje koncepcji tworzonych po to, by dodać nam otuchy i uchronić nas przed koniecznością uznania, że jesteśmy za głupi, żeby zrozumieć śmierć. Kiedy poruszała ten temat w rozmowach z Tomem, zwłaszcza na początku ich związku, gdy mieli jeszcze czas, cierpliwość i ochotę, by dyskutować całymi wieczorami, jej mąż się unosił i podkreślał, że człowiek wykazuje niewyobrażalną butę, pozwalając sobie głosić, że cały świat jest zrobiony na jego podobieństwo. Jesteśmy tylko mrówkami, które przypisują sobie zdolność uczenia się teorii względności, ale nie zdajemy sobie sprawy z ograniczeń naszych małych mózgów. Nie tak dawno, podczas jednej z rzadkich rozmów, wskazał na Solace’a i stwierdził: „Każdy z nas jest czyimś głupcem”, a potem zaczął mówić o tym, co nas przerasta, o działających siłach, których istnienia istota ludzka nawet sobie nie wyobraża.

Wrażenie, że żyjemy otoczeni przez energie, które wymykają się naszej percepcji, w końcu przeniknęło i przekonało Constance. Powtarzała sobie, że jeśli nie potrafimy czegoś pojąć, to możemy wyczuwać to dzięki instynktowi.

A jej instynkt przekonywał ją, że cykl zakończy się z upływem pełnego roku.

Cykl śmierci. Cykl życia. Żałoby.

Tak jak czuła potrzebę wykąpania się w jeziorze, kiedy wracała do chaty, bo chciała się oczyścić, zmyć z siebie cywilizację i w ten sposób przygotować się do pobytu tutaj, tak samo była przekonana, że musi zestroić się z samą sobą, zanim wkroczy w kolejny cykl.

Zanim się pogodzi z faktem, że to koniec.

Wkrótce upłynie rok od chwili, gdy Lenny i Tom umarli.

Pełny cykl.

Wydawało jej się, że ten czas minął w okamgnieniu, a zarazem, że upłynęła cała wieczność nieobecności.

To nie było tak, jakby rozpędzona ciężarówka walnęła ją prosto w twarz. To nie był nawet samolot ani mknący z ogromną prędkością pociąg. Nie. To była asteroida. Gigantyczna. Coś tak ogromnego, że przykryło ją duszącym cieniem, że przywaliło ją brutalnym ciężarem całej przestrzeni kosmicznej, z morderczą siłą, zdolną wyplenić w jednej chwili cały gatunek. To było co najmniej to.

Przeszła podręcznikowe etapy żałoby. Najpierw osłupienie, które brutalnie zrywa wszystkie połączenia z emocjami, kiedy przekazano jej wiadomość. Potem wyparcie, żeby się chronić, żeby mózg się nie rozpadł. Gniew, kiedy nie mogła już odpychać od siebie tej bezlitosnej prawdy, bo miała przed oczyma obraz dwóch ciał. Wściekłość tak silna, że zdarłaby z siebie skórę, żeby szarpać palcami nerwy, by wyłączyć wszystko, co sprawia, że czuje; i pokusa, żeby roztrzaskać krzesło biurowe na głowie faceta, który kazał jej patrzeć na zmarłych syna i męża, na obraz, który później pozostał na jej siatkówce na zawsze, po kres jej dni: ich nienaturalnie zaróżowiona skóra, usta, jakby jedli czereśnie. Tacy martwi, a jednak pozornie tak żywi.

Potem nastąpiło długie chemiczne falowanie, żeby to jakoś wytrzymać. Forma depresji, która przeistoczyła się w rozproszony permanentny smutek, aż nieśmiało wynurzyła się rezygnacja.

I na tym etapie była. Między rezygnacją a akceptacją.

I oczywiście tonęła we łzach. W strumieniach łez. Ale nie bez przerwy. Na samym początku szloch chwytał ją za gardło bez uprzedzenia, gwałtownie wybuchał z brzucha i piął się, aż wykrzywił jej twarz, zgiął ją wpół, podciął nogi, był jak hak wymierzony przez zawodowego boksera, który dokładnie wie, jak i gdzie uderzyć, żeby cios okazał się najbardziej niszczycielski. Potem śluzy się zamknęły, ale Constance nie miała pojęcia, dlaczego ani jakim cudem, po prostu już nie płakała, i trwało to bardzo długo. Prawdopodobnie pomagały jej pigułki, chociaż nie chciała ich zażywać ani długo, ani dużo. Wróciły spazmy, polały się łzy, ale inne, bardziej niespodziewane, krótsze, wciąż tak samo gwałtowne. Napady stawały się coraz rzadsze, nieprzewidywalne; wywoływały je skojarzenie, gest, zapach, słowo przypominające syna i męża, a wtedy zalewały ją emocje. To już nie były bokserskie walki, z czasem ból zaczął przypominać kąpiel, w której się zanurzała, wannę pełną serum prawdy, która konfrontowała ją z najgorszym, żeby potem musiała suszyć się godzinami, bo przemakała do szpiku kości i zostawała wycieńczona i drżąca.

Kiedy przydarzyło się jej ostatnie załamanie? Jakiś czas temu… Constance otrząsnęła się już z patosu, nie dygotała na lada wzmiankę o Lennym czy Tomie, czasami nawet zdarzało jej się wykazywać cynizmem, a nawet jakąś namiastką czarnego humoru – trzeba przyznać, że rzadko z powodzeniem. Zresztą i tak robiła to głównie ze względu na siebie, aby udowodnić sobie, że jest do tego zdolna i, prawdę mówiąc, nie był to żaden sukces.

No i stale ten sam refren: życie absolutnie nie jest już takie samo, a żaden krok wstecz nie jest możliwy. Po ich odejściu na świat spadła zasłona i pozbawiła go blasku, sprawiła, że zrobił się nudny i okrutniejszy. Constance czuła się tak, jakby wydarto jej ostatnie okruchy marzeń, które przetrwały od dzieciństwa, te rozmigotane chwile, które przydają życiu szczypty magii, a może zapowiadają niemożliwe. Straciła syna i męża, musiała więc raz na zawsze przyjąć do wiadomości, że niemożliwe nigdy się nie zdarza, że już ich nie ma i nie będzie. Że życie przestało istnieć. Bo oni nigdy nie wrócą. A żywym pozostała tylko rzeczywistość definitywnej nieobecności. Żadna inna opcja nie istniała. Żadna. Absolutnie żadna.

Constance musiała żyć z tą tęsknotą do ostatniego tchnienia. Albo odrzucić życie. Miała wybór i zrozumiała to bardzo szybko. Prawie natychmiast, jak oczywistość. Po co to ciągnąć, skoro została bez dwóch osi swojego życia? Bez celu swojego życia.

„Bo oni chcieliby, żebyś żyła”. Tego typu frazesy wyłaniały się z jej własnych myśli, niczym głos zdesperowanego instynktu przetrwania. Przychodziły też od innych – jakby dziesiątki ludzi stały na brzegu, krzycząc, żeby płynęła, kiedy ona już się topiła; słyszała to od zjaw, które tłoczyły się w jej głowie, bo początkowo w myślach ożywiała Lenny’ego i Toma, prowadziła z nimi w duchu wyimaginowane rozmowy, które pomogły jej nie oszaleć, chyba że już była oczywistym ucieleśnieniem nieuleczalnego obłędu.

Minęły miesiące. Filtry, które przesłoniły świat, nie zniknęły, ale może nie były już tak silne, a może tylko ona do nich przywykła. Do wszystkiego można się przyzwyczaić, prawda?, powtarzała sobie. Nawet do niedopuszczalnego. I w końcu Constance przyznała, że wegetuje w stanie agonalnym, w wiecznej stagnacji, która mocno jej doskwiera. A wszystko dlatego, że nie potrafiła podjąć decyzji. Żyć czy umrzeć.

Cykl roku Lenny’ego i Toma właśnie się zamykał.

Pytanie brzmiało następująco: czy ma dość energii, żeby kontynuować bez nich, żeby podjąć próbę odbudowania się – wejść w końcowy etap żałoby, czy też ma aż tak mało elan vital i tyle śmiercionośnej siły, że pozostało jej tylko zatopić swoje ja w ich szczątkach, zanim te rozproszą się na zawsze w nowym cyklu?

Po długich tygodniach błądzenia przyjechała tutaj, żeby to rozstrzygnąć. Żeby wybrać to, z czym jest gotowa się zmierzyć.

Solace uniósł łeb, nie wstając. Ledwie uchylił powieki, snując smakowity sen, a może coś odruchowo węsząc.

Constance spojrzała na psa.

– I żeby zdecydować, co zrobię z tobą – powiedziała półgłosem.

Pies był problemem. Miała tego świadomość. Nie potrafiłaby go skrzywdzić.

Był problemem. A może był rozwiązaniem.

6.

May Malkasian pokonała dziesięciokilometrową trasę biegu wokół East River Park – języka zieleni wciśniętego między autostradę Federal Drive a rzekę, z gwarantowanym widokiem na elektrownię albo na most Williamsburg. Daleko do ideału, ale było to najbliższe miejsce, w którym mogła wyładować energię blisko domu.

Było jeszcze wcześnie i widno, toteż zdecydowała wrócić Jedenastą Ulicą, swoją ulicą, czego unikała zimą albo kiedy było ciemno, preferując dłuższą drogę przez Houston Street, ponieważ ta na pierwszym odcinku wiodła przez dwa stosunkowo bezpieczne rejony, a dalej stawała się deptakiem, praktycznym, ale czasami trochę za bardzo wyludnionym jak na jej gust. May była odważna, ale nie głupia.

Wracała szybkim, wydłużonym krokiem, żeby mobilizować energię. Mieszkała w East Village, za Tompkins Square Park, niegdyś znanym jako ulubiona kryjówka narkomanów – i to tych najbardziej hardcorowych – na południu Manhattanu. Potem dzielnica bardzo się zmieniła, stała się artystyczno-kosmopolityczna i widywało się tu zarówno mieszczańską bohemę, jak i ludzi z marginesu, niezepchniętych jeszcze na obrzeża przez zamożnych mieszkańców.

May mieszkała tu od otrzymania przydziału do Szóstego Komisariatu, gdzie trafiła jako inspektor. Zasada NYPD – nowojorskiej policji – była prosta: policjant nie powinien mieszkać w dzielnicy, w której pracuje. Chodziło i o to, żeby nie mieszać stref życia, i o bezpieczeństwo funkcjonariusza. May zresztą i tak nie mogła sobie pozwolić na Greenwich Villge, a udało jej się znaleźć lokum w rozsądnej cenie – jak na nieprzyzwoite opłaty za wynajem na Manhattanie – oddalone o niespełna pół godziny drogi od biura, a w dodatku podobał jej się eklektyzm dzielnicy. Czuła się tu otoczona życiem, prawdą. Atmosfera przypominała jej to, co najlepsze w dzielnicy, w której się wychowała, w Meatpacking District, między Chelsea a West Village, za czasów, kiedy nie był to jeszcze zakątek pełen luksusowych butików, galerii sztuki i modnych klubów, jak teraz. May pamiętała ubojnie i olbrzymie chłodnie, na pół ukryte za fasadami z czerwonej cegły i schodami pożarowymi z rdzewiejącej stali, stojące na miejscach do parkowania wielkie kontenery, do których rzeźnicy wyrzucali kości i nieliczne ochłapy mięsa niezdatne do obróbki, korpusy obsiadane natychmiast przez krzykliwe mewy, które biły się o każdy kawałek mięsa. Lód zalegał w rynsztokach, pokrywał posadzki hal ubojni, zabarwiony krwią. To dlatego May jeszcze jako dziesięciolatka uważała, że wodnisty róż jest naturalnym kolorem lodu. Meatpacking District na końcu świata stanowił ślepy zaułek Manhattanu. Cuchnął mięsem i potem. Zanim High Line stała się pieszą promenadą na wysokości, pełną turystów przechadzających się wśród nowoczesnej zieleni, May widziała ją jako rozsypującą się drogę kolejową dla pociągów towarowych, które co tydzień dostarczały tysiące indyków i wołów, żeby wykarmić miasto; High Line była swoistą pępowiną śmierci, szlakiem łączącym łąki z rzeźniami, przerażającą dla dziewczynki takiej jak ona. Przejście pod wiaduktem Czternastą Ulicą było trudnym doświadczeniem, bo May wiedziała, że poczuje woń smarów, zapach bydła, siana i strachu zwierząt. Aż w końcu pewnego dnia dostała ataku histerii, nie chciała już przekraczać tej nieludzkiej bariery, wolała nadkładać drogi, okrążając dzielnicę. Jej rodzice, z pochodzenia Ormianie – drugie pokolenie imigrantów – wywodzili się (ze strony jej ojca) z gminy Molokan i byli ubodzy. Ojciec pracował jako rozbieracz-wykrawacz, a matka jako kucharka w stołówce robotniczej. Życie rodzinne w skromnym mieszkanku niedaleko wiaduktu kolejowego podlegało ścisłym rygorom, w duchu religijnej surowości, którą ojciec wlókł jeszcze jak ciężki bagaż powodujący nerwicę, a której nie mogła zrekompensować cicha miłość matki. Z dzieciństwa May zachowała wspomnienie modlitw, krwi zaschniętej pod paznokciami ojca, jego brody pachnącej papierosami, ramion matki i bardzo rzadkiego pod ich dachem śmiechu. Radość panowała na zewnątrz. Wśród innych. Na ulicy. W okolicy mieszkało wiele rodzin imigrantów, nie miały łatwego życia, więc chciały to sobie jakoś wynagrodzić, toteż zabawa była tu codziennością, a każdy miał swoje tradycje, którymi chętnie się dzielił. Ludzie muzykowali, czasem tańczyli, a dzieciaki bawiły się na podwórkach. Właśnie to May odnalazła na Tompkins Square, ten eklektyzm świętowania.

Od tamtego czasu Meatpacking bardzo się zmienił. Ubojnie zamknięto, biedacy musieli się wynieść ze względu na coraz wyższe czynsze. Teraz na mieszkanie tam mogli sobie pozwolić milionerzy i już nikt nie słuchał melancholijnych piosenek w obcych językach, nie było adapterów ani dźwięku duduków spływającego z balkonów, ani głosu Johnny’ego Casha z trzeszczącego radia tranzystorowego. Nie, jeśli już, to grał najmodniejszy didżej.

Spocona May zamknęła za sobą drzwi mieszkania i odłożyła klucze do fajansowej miseczki z karykaturą Donalda Trumpa i napisem: „Rzeczy, które do niczego nie służą”. Bieganie pozwalało jej gruntownie się oczyścić, oderwać od pracy. To właśnie wydawało się najtrudniejsze: nie przynosić jej do domu, nie zabierać ze sobą rzeczy, ofiar, dociekań. Początkowo mózg May nie potrafił przerwać po zakończeniu dnia pracy na wysokich obrotach i zdarzało jej się odtwarzać film z dochodzenia o drugiej nad ranem. Czasem kusiło ją, żeby w środku nocy jechać do biura, bo chciała sprawdzić jakiś szczegół albo porównać zeznania dwóch osób. Potem bieganie stało się jej rytuałem odcięcia. Śledztwa zostawiała razem z bronią służbową.