Wydawca: Wydawnictwo Biobooks Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 169 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka 2065. Zatopione miasto - Jean-Michel Payet

Pierwsza część trylogii EKO science fiction, serii trzech fantastyczno-przygodowych powieści z wątkiem ekologicznej przyszłości Ziemi, dla czytelników w wieku 9-14 lat.

Emil, 15-letni bohater powieści Emil dowiaduje się, że jego dziadek odkrył i wypróbował sposób na przemieszczanie się w czasie. Ciekawy swej przyszłości, przenosi się do roku 2065 i poznaje świat inny, niż sobie wyobrażał. Odwiedza rodzinne miasto, przeżywa serię burzliwych przygód, w których towarzyszy mu piękna Alaska, poszukuje zaginionej siostry ekolożki, bierze udział w tajemniczej misji, jest śledzony, wreszcie staje oko w oko z realną katastrofą ekologiczną. Doświadczenia z podróży dają Emilowi wiele do myślenia i podpowiadają konkretne działania, bo przecież przyszłość nie istnieje, dopiero się staje...

Opinie o ebooku 2065. Zatopione miasto - Jean-Michel Payet

Fragment ebooka 2065. Zatopione miasto - Jean-Michel Payet

ROZDZIAŁ PIERWSZYGłupiec

Ty głupcze! – zawołała Melania.

Tak sobie, bez powodu. Czekaliśmy, aż otworzą szkołę, Melania ze swoją paczką, a ja, na boku, zabierałem się spokojnie za jedzenie bounty. Ledwo nagryzłem batonik, a ona odwróciła się do mnie i od razu: ty głupcze. Spojrzałem na nią, nic nie rozumiejąc.

O czo ci chodzi? – zapytałem

Głupi jesteś i tyle, o to mi chodzi.

Z głową masz. Nic do cziebie nie powiedziałem.

Bounty jest pyszny, ale w trakcie rozmowy sprawia drobne problemy z dykcją.

– Najgorsze w tym wszystkim, dorzuciła Melania, że ty sobie nawet nie zdajesz sprawy z tego, co robisz.

I wbiła wzrok w ziemię gdzie nie było niczego, na co można by patrzeć. No prawie niczego, poza niewyraźnymi plamami po oleju i pęknieciem w asfalcie. I papierka po bountym, którego właśnie usiłowałem połknąć.

– Opakowanie? O to czi chodżi?

– Trafiłeś. Zaśmiecasz Ziemię, psujesz świat.

– Przestań. Świat się nie zawali z powodu jednego papierka, nawet jeśli jest zatłuszczony.

– Gdybyśmy wszyscy tak robili jak ty, to żylibyśmy na wysypisku śmieci. Głupota ludzka nie ma granic!

Wyrzuciła to z siebie, marszcząc uroczo nos i ostentacyjnie strzepując ze swojego sweterka mikroskopijne drobinki wiórków kokosowych. Przełknąłem resztki batonika, wytarłem usta wierzchem dłoni i schyliłem się, żeby podnieść ten przedmiot obrazy, urągajacy wspaniałemu wyglądowi naszej szkoły.

– Proszę bardzo, powiedziałem wciskając papierek do kieszeni, Ziemia może się dalej spokojnie kręcić!

Ale kiedy się wyprostowałem, Melanii już nie było.

Wchodząc do budynku szkoły, czułem złość. Takie przedstawienie z powodu jednego kawałka papieru. Muszę przyznać, że środowisko naturalne i ptaszki interesują mnie tyle co uprawa niezapominajek na przedmieściach Winnipeg. Chcę przez to powiedzieć: nie za bardzo. Gdyby uwagę zwróciła mi na przykład Nolwenn albo Jennifer, zupełnie szczerze, tylko bym się uśmiał. Ale Melanie, z tymi jej wielkimi zielonymi oczami, błyszczącymi spod ciemnej grzywki... Tu sprawa wyglądała inaczej. Jej „ty głupcze” strasznie mnie wkurzyło.

Może mógłbym o tym zapomnieć. Ale w połowie popołudnia Bouton, nasz profesor od matematyki, oddając klasówkę, szepnął mi:

– Myślisz o swojej przyszłości, człowieku? Bo z takimi ocenami jak ta trudno mieć nadzieję, że będziesz mógł sobie kiedyś pozwolić na Lamborghini. Może na skuter...

Dumny, że mi dociął, przystąpił do rozdawania prac innym. Nie powiedziałem mu, gdzie może sobie włożyć swoje własne Lamborghini. Lepiej z nim nie zaczynać. Tak czy owak, samochody mnie nie interesują. Mimo to jego uwaga mnie zaintrygowała. Na dodatek wieczorem, kiedy dałem klasówkę rodzicom do podpisania, miałem przyjemność wysłuchać jeszcze jednego kazania.

– Zrozum Emil, zaczął ojciec niby spokojnie, chcę żebyś się dobrze bawił z kumplami, ale cała moja praca, ja, robię wszystko, żebyś miał super przyszłość. Żebyś nie musiał się męczyć jak ja na kutrze, wciągając ryby, które zaraz potem muszę wrzucać z powrotem do morza z powodu tych przeklętych limitów, które...

– Jean-Pierre! przerwała mu matka.

– No co? Nie mam racji? Merlany, śledzie, szproty, trzy czwarte trzeba z powrotem wrzucać do morza... Że nie wspomnę o sardelach!

– Nie o to chodzi...

– Ach tak? A co będziemy jeść w przyszłości? Bo chciałbym ci przypomnieć, że...

Przezornie pozostawiłem ich samym sobie i ich debacie na temat przyszłości połowów ryb w Saint-Port-sur-Mer, który powracał na tapetę jak w cyklu felietonów, i poszedłem schronić się u siebie w pokoju. A co, jeśli oni wszyscy mieli rację? Jeśli na końcu rzeczywiście okaże się, że byłem głupcem?

Przyglądałem się swojemu odbiciu w lustrze wiszącym za drzwiami. Co ten piętnastolatek z dużym pryszczem na nosie będzie robił, za, powiedzmy, trzydzieści lat? W roku 2040? Usiłowałem wyobrazić sobie siebie z wąsami i brodą. Ze zmarszczkami. Może łysego? Fuj... Przystojny facet w garniturze? Podziwiana gwiazda w tiszercie? A może bezdomny? Nie da się przewidzieć. Tylko pryszcz do tego czasu już na pewno zniknie.

Już chciałem pograć w Demon`s fights VII, ale musiałbym odpalić komp, co wziąwszy pod uwagę rodziców, nie byłoby posunięciem dyplomatycznym i pociągało za sobą ryzyko, że wieczór może stać się zbyt głośny. Więc poszedłem zobaczyć, co robi moja siostra bliźniaczka.

To poważna dziewczyna. Klementyna jest sympatyczna, ale poważna. Uważa, że jest ode mnie starsza i może dlatego myśli, że może udzielać mi rad, które często przybierają formę denerwujących poleceń. Wkurza mnie to. Przypominam jej wtedy, że to ja mimo wszystko jestem na Ziemi dłużej niż ona, ale to ją ani ziębi, ani grzeje. Mówi się, że starsze z bliźniąt jest to, które urodziło się jako drugie, ale mnie wydaje się to bardzo naciągane. W każdym razie Klementyna potrafi się doskonale tym argumentem posługiwać.

– Zagrasz partyjkę w scrable?

– Hmmnnie.

– No dalej, niedługo.

– Jestem zajęta, Emil.

– Pracujesz?

Moja siostra wydała z siebie westchnienie, wydychając na raz całe powietrze z obu pluc i, obracając się w moim kierunku, zamknęła leżący przed nią zeszyt w niebieskiej okładce. Moja siostra bliźniaczka nie jest do mnie podobna. Ona jest blondynką, ja szatynem, jej oczy są banalnie niebieskie, moje piwne, jej skóra pokryta jest uroczymi maleńkimi piegami, moja jest biała jak aspiryna... Kiedy ona nie odrabia lekcji, to troszczy się o przyszłość niedźwiedzi polarnych, walczy o usunięcie GMO, zbiera informacje na temat ocieplania się klimatu, alarmuje o wyczerpywaniu się kopalnych źródeł energii i topnieniu lodowców. Ja gram na kompie.

– Burza ze starszymi? – zapytała.

– Powiedzmy wzburzona atmosfera.

– Prognoza?

– Lodowaty wiatr. Zawinąłem do portu.

Zdusiła uśmiech, by natychmiast podjąć rolę starszej siostry.

– To normalne kotku, obijasz się.

– Nie mów do mnie kotku.

– Matma nie jest taka straszna...

– Sałata też nie, ale nie lubię. Obu.

– Posłuchaj. Na Ziemi rodzi się codziennie 353 tysięcy ludzi. Jeśli odjąć od tego jakieś 159 tysięcy tych, którzy umierają, to zostaje 200 tysięcy osób. Każdego dnia!

– No i co z tego?

– To, że co roku przybywa nas 73 miliony, 730 milionów w ciągu dziesięciu lat!

– To cię przeraża?

– To znaczy przede wszystkim to, że jeśli nie zginiemy do tego czasu z powodu wojny atomowej albo zestepowienia, to kiedy ty zaczniesz szukać pracy, będzie tutaj siedem i pół miliarda dziobów do nakarmienia i obiboki na pewno nie zostaną jako pierwsi zaproszeni do stołu.

Nie ma o czym mówić, moja siostra ma głowę. Skończy jako minister albo dostanie nobla, a kiedy zacznie rządzić światem, lepiej będzie dla tych siedmiu i pół miliarda, jeśli będą jej słuchać. Podczas gdy ja...

Ja? Co ze mną? Co oni wszyscy tak naprawdę o mnie wiedzą? Boże, jak chętnie bym im pokazał, tym wszystkim nauczycielom, rodzicom, kumplom, że nie, Emil nie jest neandertalczykiem, ofiarą, katastrofą, zerem. Tak! Chciałbym im pokazać, udowodnić na miejscu, że jest inaczej, żeby się odczepili. Ale kiełkująca, głęboko skrywana obawa przyprawiała mnie o ból brzucha: co, jeśli naprawdę moje zachowanie było głupie?

Najlepiej byłoby to sprawdzić.

To nie jakaś nowa myśl. Pojawiała się już w przeszłości, ale teraz zakotwiczyła się na dobre gdzieś w głębi mojego mózgu i nie dawała mi spokoju. Sprawdzić to. Niby kompletne szaleństwo. Ale tak naprawdę nie do końca. Bo jest Włodzimierz.

RODZIAŁ DRUGIWłodzimierz

Zabronił nam mówienia do siebie „dziadziu” albo „dziadku”. Kiedy pewnego razu spóbowałem szczęścia z „dziadziusiem”, o mało mi się nie oberwało – dłoń Włodzimierza prawie otarła się o moje lewe ucho, oczywiście specjalnie nie trafił. Włodzimierz prosi wszystkich by nazywali go Włodzimierzem – i kropka. Ja go rozumiem, to do niego pasuje. Zwłaszcza w połączeniu z tym śladem wschodniego akcentu, który słychać w jego głosie, i z jego jasnym spojrzeniem, zawsze odrobinę zagubionym, odkąd Marta (do niej wolno nam było zwracać się „babciu”) zmarła.

Tak więc w sobotę rano wsiadłem do autobusu z błogosławieństwem mamy, szczęśliwej, że ktoś jedzie rozerwać jej ojca. W torbie jeden tiszert na noc, szczotka do zębów i butelka najlepszego Bordeaux – podniebienie Włodzimierza wydelikatniało z wiekiem. Dwie godziny i dziewięćdziesiąt kilometrów później nogi moje stanęły na placu przed kościołem w miasteczku Dréanzé, 4800 mieszkańców, jeden camping, dwie piekarnie i jedno kino otwarte w weekend. Czasami. Dréanzé to spokojne miejsce.

Włodzimierz malował drzwi wejściowe. Jaskrawa czerwień rzucała się już z daleka w oczy – domyślałem się, że wybrał ten odcień specjalnie po to, by rozeźlić bigotki, które nie mogły mu wybaczyć, że czterdzieści lat temu kupił to stare probostwo, którego pierwotne przeznaczenie się skończyło. Zauważyłem również małe drzewko figowe podarowane mu przed dwoma miesiącami przez moich rodziców na urodziny. To wyrzucanie pieniędzy przez okno, to niczemu nie służy – narzekał wtedy. Ale ostatecznie, jak mogłem skonstatować, posadził drzewko na honorowym miejscu, a ono dumnie rozłożyło gałązki.

– Podasz mi rozpuszczalnik?

– Też się cieszę, że cię widzę, Włodzimierz.

– Szuka cię policja?

– Hm... nie.

– To dlaczego przyjechałeś szukać schronienia u starego człowieka?

– Żeby ci poprzeszkadzać.

– Wiedziałem.

Włodzimierz nie tracił czasu na czułości. Chwyciłem za pędzel żeby mu pomóc, co jemu od razu posłużyło za okazję, by skrytykować sposób, w jaki nakładałem farbę: za grubo albo za cienko, plamię. Normalka.

– Nocujesz tutaj? – zapytał, kiedy myliśmy pędzle.

– Jeśli się zgadzasz.

– Nie ma nic do jedzenia. Tylko jedna perliczka. I ziemniaki. Lubisz smażone?

– Nie cierpię.

Przepadam za smażonymi ziemniakami i Włodzimierz o tym dobrze wie.

– Przywiozłem coś, powiedziałem, wyjmując butelkę wina.

– Od kiedy pijesz alkohol?

– To dla ciebie.

– Aha, upijesz mnie, wyciągniesz ze mnie, gdzie mam oszczędności i dobierzesz się do nich.

– Dokładnie tak.

Perliczka smakowała nieziemsko, ziemniaki były chrupiące, z nutką czosnku, tylko niektórzy potrafią je tak przyrządzić. Włodzimierz pił swoje Bordeaux i – podkreślając, że jest to kulinarne przestępstwo – zgodził się, bym ja napił się coli. Każdemu według gustu.

Podając na stół orzechowo-czekoladową tartę, zapytał mnie w końcu:

– Więc powiesz mi wreszcie?

– Co?

– Dlaczego tu przyjechałeś.

– Już zgadłeś – żeby się dobrać do twoich oszczędności.

– Pytam poważnie.

– Chciałem, żebyś opowiedział mi o swoich odkryciach.

– O moich odkryciach? To nie jest interesujące.

I ugryzł kawałek tarty, wydając przy tym suche chrupnięcie, jakby chciał nim zakończyć dyskusję.

Jakieś dziesięć lat temu Włodzimierz przywiózł z pewnego wyjazdu w głąb kraju tajemnicze kamienie z wyrytymi na nich znakami. Historycy zidentyfikowali je jako oryginały pochodzące z epoki mezolitu. Kamienie mające 10 tysięcy lat były, jak się okazało, w zadziwiająco dobrym stanie, co wśród naukowców wzbudziło zdziwienie. Mój dziadek musiał zdradzić im, gdzie dokonał swego odkrycia i zaprowadził ich też do sąsiadującej groty, która została obfotografowana, przebadana, przeszukana – bez skutku, ponieważ nie znaleziono w niej żadnego kamienia czy innego śladu minionej kultury. Artykuły w lokalnej prasie obwołały Włodzimierza szczęściarzem, który przyczynił się do rozwoju nauki. Włodzimierz został honorowym członkiem miasta. Aż pewnego dnia wybitny historyk zlecił wykonanie badania metodą węgla C 14. I wstyd padł na miasteczko Dréanzé – kamyki okazały się współczesne! A przynajmniej nie tak stare, jak na początku twierdzono. Naukowiec, który je pierwszy badał, gdzieś zniknął, a ludzie uznali Włodzimierza za naiwnego nieboraka. Zareagował wtedy tak, jak zawsze robił, kiedy dręczył go jakiś problem – kurtyna w dół!

I otoczył się murem milczenia.

Włodzimierz był stolarzem, a później, kiedy osiedlili się z Martą w Dreanze, został człowiekiem do wszystkiego, majsterkował u jednych, zajmował się ogrodem u drugich. Ale jego skrywaną pasją pozostała historia. Nie było dnia, żeby nie zagłębił się w jedną z książek, których rzędy zajmowały półki na ścianach jego gabinetu, sypialni i całego domu. Nie było miesiąca, żeby nie udał się na polowanie na stare dokumenty, części umundurowania albo gazety z minionych czasów.

Właśnie kilka miesięcy temu zauważyłem u niego egzemplarz zatytułowany „Merkuriusz Wykwintny” w doskonałym stanie. Ta gazeta, uznawana za pierwszy dziennik o charakterze informacyjnym, prekursor naszej prasy codziennej, nosząca datę „May 1691 – Paryż, Galeria Nowa Pałacu”, zadedykowana „Jego Wysokości Delfinowi” wydała mi się zadziwiająco świeża. Jednak ani przez chwilę nie myślałem, że mógłbym mieć tu do czynienia ze współczesną kopią. I pewnie nie zwróciłbym na nią większej uwagi, gdyby Włodzimierz nie wyrwał mi jej z rąk i nie schował pospiesznie w jakiejś teczce. Nic dziwnego, że zacząłem snuć domysły...

Po dokładnym przyjrzeniu się, ta szabla z epoki napoleońskiej wyeksponowana dumnie na ścianie w salonie, błyszczała trochę za mocno; sesteriusy z czasów galijskich leżące w czarce wyglądały, jakby dopiero wczoraj zostały wybite, a średniowieczna waga stojąca na komodzie zdawała się być wykonana z miedzi, która nie poddaje się upływowi czasu. Krótko mówiąc, wszystkie te starocie wyglądały jak nowe.

W mojej głowie ruszyła machina domysłów. Od czasu zdarzenia z prehistorycznymi kamieniami Włodzimierz nie pokazywał się w żadnym klubie historycznym w okolicy.

Prawie nie wychodził z domu, a jeśli już, to tylko po niezbędne zakupy. Mimo to pasja, którą żywił dla przeszłości, nie opuściła go. Innym zastanawiającym zjawiskiem była łatwość, z jaką znosił nieobecność Marty: on, który nigdy nie oddalał się od niej na dłużej niż dwie minuty. Moje neurony iskrzyły: czy Włodzimierz coś ukrywał?

Podczas każdej wizyty mój mózg przełączał się na tryb radarowy, a oczy działały jak skaner – czatowałem na znaki albo na dowody.

Latem zeszłego roku dokonałem odkrycia, które potwierdziło moje domysły – Włodzimierz poprosił mnie, bym odmalował ławkę, na której moja babcia lubiła latem posiedzieć, w ogrodzie. On sam miał coś robić w piwnicy. W rzeczywistości Włodzimierz spróbował zaparkować mnie na dobre pół godziny z kubełkiem farby i pędzlem, ale niefortunnie zapomniał dać mi rozpuszczalnik. Poszedłem więc go o niego zapytać – a w piwnicy ani żywego ducha. Wszedłem na górę, zajrzałem do wszystkich pomieszczeń, sprawdziłem strych, wołałem, obszedłem ogród, zobaczyłem, czy nie ma go na ulicy, ponownie zszedłem do piwnicy, a kiedy wchodziłem na schody prowadzące na parter, usłyszałem kroki za plecami. Odwróciłem się. Z piwnicy wyłonił się Włodzimierz.

– Już skończyłeś? – zapytał.

Ostentacyjnie stanął do mnie plecami.

– Eee zapo... zapomniałeś dać mi rozpuszczalnik, wykrztusiłem.

– Jest w garażu.

– O.K.

Poszedłem na górę bez komentarza, przekonany, że stałem się właśnie świadkiem czegoś niewyobrażalnego. Piwnica nie była tak duża, żebym mógł w niej w trakcie poszukiwań przeoczyć własnego dziadka. A skoro nie było go tam, to znaczy, że musiał być gdzieś indziej. Jednym z najbardziej frapujących szczegółów było przy tym to, że za Włodzimierzem ciągnął się zapach niezapominajek. Nic nie powiedziałem, domyślając się, że nie jest to odpowiedni moment, ale wieczorem, pod koniec kolacji, spróbowałem dowiedzieć się więcej.

– Możesz pokazać mi kamienie? Te, które wtedy znalazłeś?

– To nie ma znaczenia.

– Chciałbym je sobie tylko obejrzeć.

– Nie wiem, gdzie się podziały.

Dwie minuty to za mało czasu, żeby tak twarda głowa trochę odpuściła. Włodzimierz był bardzo uparty i najwyraźniej źle się zabrałem za zagajenie tematu. Ukroiłem więc jeszcze jeden kawałek sera i zaatakowałem go z drugiej strony:

– Używasz perfum, Włodek?

– Czego?

– No perfum. Lubisz perfumy?

– Co za bzdury.

– To dlaczego pachniesz niezapominajkami?

Szybko podniósł się z miejsca, zbierając talerze ze stołu, i pilnując, bym nie widział jego twarzy, mruczał coś pod nosem po rosyjsku, zupelnie obcym obcym dla mnie języku. Poszedłem za nim do kuchni, zabierając butelki.

– Nic nikomu nie wydam, Włodek.

– Tu nie ma nic do wydania.

– Masz to w piwnicy, prawda?

Wkładał naczynia do zmywarki i nie odpowiadał mi. Włodzimierz nie należał do ludzi, którzy poddają się po pierwszym natarciu. Ale ja byłem od tej chwili przekonany – ta szalona hipoteza, która zaczęła rodzić się w mojej głowie i z powodu której przez chwilę zwątpiłem w stan własnego umysłu, potwierdzała się: mój dziadek potrafi podróżować w czasie. Gdybym opowiedział o tym moim kumplom, uznaliby mnie za wariata, ale w całym swoim szaleństwie ta hipoteza wydawała mi się od tego momentu zupełnie oczywista: Włodzimierz przywoził z przeszłości wszystkie eksponaty znajdujące się w jego kolekcji, ale przede wszystkim, kiedy smutek stawał się zbyt ciężki do zniesienia, przemieszczał się o parę lat wstecz, żeby spędzić kilka chwil z Martą, moją babcią niezapominajką, ktróra nigdy nie wychodziła z domu bez swojego ulubionego zapachu.

Nie upierałem się wtedy i ponieważ nie zależało mi na przymusowym przyjęciu różowych pigułek i wylądowaniu w wyściełanej celi w towarzystwie innych czubków, nikomu nic nie powiedziałem o moich domysłach. Ale teraz sprawa wyglądała inaczej i czułem, że muszę wrócić do tematu. Tak jak podczas tamtej próby wyjaśnienia sprawy, odczekałem, aż skończymy jeść i zaczepiłem Włodzimierza:

– Jak się ma babcia? – zaryzykowałem.

Skończyliśmy wkładać naczynia do zmywarki, Włodzimierz usiadł w swoim wysiedzonym fotelu z małym kieliszkiem wódki w ręku, pozostawiając dla mnie leżak, który podarowali mu moi rodzice i którego nie zaszczycił nigdy swoimi czterema literami. Nad jego głową wisiał kalendarz na rok 2010 ze zdjęciem wielkiego śliniącego się bernardyna i była to jedyna dekoracja, którą, odkąd zmarła babcia, pozwalał co roku zmieniać. Cała reszta stanowiła nienaruszalne dziedzictwo.

– Dlaczego mnie o to pytasz? odezwał w końcu.

Bałem się, że wybuchnie, tak osiem do dziewięciu w skali Beauforta, ale nie, unikniemy burzy. A z tonu jego głosu wnioskowałem, że się nie myliłem.

– Bo jeśli to prawda, jeśli się nie mylę, to to jest genialne!

– Zapomnij o tym, mój mały. To niebezpieczne. Bardzo niebezpieczne.

– Nie, ja niczego nie powiem. Nikomu.

– To szaleństwo. Wydaje ci się, że jesteś bezpieczny, a po chwili niebo wali ci się na głowę.

To oczywiście była aluzja do zdarzenia z kamieniami.

– Nie ma w tym nic dobrego – dodał.

– A babcia? Spotykasz się z nią?

Jeden łyk wódki, dwie minuty ciszy i:

– Strasznie za nią tęskniłem.

I znów cisza. Długa. Właśnie pośrednio przyznał się do tego, że on, Włodzimierz, mój dziadek, posiadał środek umożliwiający mu podróżowanie w czasie po to, by mógł odwiedzać swą zmarłą żonę. W tym momencie to mnie zrobiło się dziwnie. Ale musiałem pytać dalej, żeby się dowiedzieć, czy na końcu nie okaże się, że jednak byłem wielkim głupcem.

– Twoje kamienie też pochodziły stamtąd, a nie z jaskini, prawda?

– Głupie to było z mojej strony, że je pokazałem. Ludzie nie są jeszcze gotowi na takie rzeczy. Gdy nabędą odpowiedniej wiedzy, zniszczą wszystko albo będą próbowali zmienić bieg zdarzeń. Chcąc dobrze, będą czynić źle, chlopcze.

– A... szabla?

– Też stamtąd. Inne przedmioty też, całe mnóstwo. Na początku czułem się jak dziecko w sklepie z zabawkami. Wszystko chciałem zobaczyć, wszystkiego się dowiedzieć. Zabrać ze sobą, żeby pokazać, pochwalić się. Ale pewnego dnia...

– Pewnego dnia?

Włodzimierz obracał przez chwilę szklankę w ręce, mieszając wódkę:

– Pewnego dnia zrobiłem coś bardzo głupiego.

Czułem, że dotykamy wrażliwego miejsca. Połknąłem nasuwające mi się pytania, czekając, aż Włodek sam zdecyduje się opowiedzieć mi swoją historię. Teraz, kiedy zapanowało między nami to pełne zaufanie, słowa same się pojawią, więc lepiej go nie ponaglać. Zamknąłem usta i czekałem.

– Przypominasz sobie Sergieja?

– Sergieja?

– Mojego kumpla. Nauczył cię odróżniać grzyby, trzy czy cztery lata temu...

– Hmm, Włodek, o grzybach mam zero pojęcia, szczerze mówiąc, nic nie pamiętam z tych lekcji...

– To normalne, wszystko się wymazało z pamięci. A więc ta szabla.

– Z epoki napoleońskiej?

– Tak.

– Mam ją stamtąd. Zrobiono ją dla pewnego żołnierza, a ja mu ją ukradłem. Bardzo byłem z siebie dumny. I nie miałem żadnych skrupułów, przeciwnie, mówiłem sobie, że przeszkodziłem w zabijaniu. Tak, czułem się bardzo dumny, a byłem przede wszystkim głupi. Nigdy nie należy majstrować przy przeszłości. Kiedy powróciłem do teraźniejszości, wszystko wydawało się jakby po staremu. Co za szczęście. Wszystko było w porządku. Wszystko, z wyjątkiem Sergieja. Jego nie było. Nigdy się nie urodził. Nie istniał. Nikt niczego o nim nie wiedział, nikt nie znał jego rodziców.

– Jak to?

– Wszystko, co dotyczyło jego życia, było jak wymazane z mapy, znikło. Może ten żołnierz, któremu skradłem szablę, nie miał czym się bronić i zginął z rąk wroga, może był to jakiś jego przodek. Albo coś w tym rodzaju. Nie wiem. Ale bez wątpienia zmieniłem jego przeszłość. I mój przyjaciel już nie istnieje. I niemożliwe jest nawet porozmawianie o nim, bo nikt go nie zna! Jego nigdy nie było.

– Nie próbowałeś...

– Odnieść szablę na miejsce? To zbyt niebezpieczne. Kolejne ryzyko popełnienia kolejnego głupstwa. Może jeszcze gorzej – Marta, twoja mama, ty...

– Ale przecież tam wracasz?

– Tylko czasem, żeby zobaczyć się z twoją babcią.

Oczy Włodzimierza przybrały rozmarzony wyraz. Mój twardy dziadek wyglądał przez chwilę jak delikatny, zakochany młody mężczyzna.

– Pokażesz mi?

– Nic nie rozumiesz. To niebezpieczne. Strrrrrrasznie niebezpieczne! Nie wolno bawić się w ucznia czarnoksiężnika!

Wypłynął na wzburzone morze. Z piętnaście „r ” w jego „strasznie niebezpieczne” podkreślało ogrom tego niebezpieczeństwa. Włodzimierz kontynuował wygłaszanie swojej moralnej lekcji:

– Jeśli zdarzyło ci się popełnić jakieś piramidalne głupstwo, nie próbuj niczego zmieniać – musisz to zaakceptować, rozumiesz, przyjąć i zaakceptować!

– Kto tu mówi o zmienianiu przeszłości? Ja chcę się dowiedzieć czegoś o przyszłości.

Włodzimierz otworzył szeroko swe jasne oczy.

– Chcesz poznać przyszłość? Po co? Żeby wygrać na wyścigach konnych? Albo dowiedzieć się, kiedy kopnę w kalendarz, żeby dostać mój dom?

– Och Włodek, przestań. Chciałbym się dowiedzieć, kim będę, czy będę O.K.

– Ale ty jesteś O.K.

– Tego wcale nie jestem taki pewny...