Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 05.01.2027
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Czy można odnaleźć światło, gdy wszystko wokół pogrążyło się w mroku?
Jagoda wyjeżdża na północ, licząc na to, że biały puch przykryje jej bolesną przeszłość. Paweł, brat jej przyjaciółki, zaszył się tam, by uciec przed światem i zapomnieć o muzyce, która kiedyś była jego życiem. Oboje niosą bagaż doświadczeń, który nie pozwala im uwierzyć w szczęście.
Jednak magia świątecznych dni zaczyna działać. Długie zimowe wieczory, zapach cynamonu i ciepło kominka sprawiają, że krok po kroku zaczynają otwierać przed sobą serca.
Czy będą mieli odwagę pokazać sobie to, co od dawna skrywają przed światem?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 226
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Katarzyna Leśniak, 2026
Copyright © by Grupa Wydawnicza filia, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofi lmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: Daniel Rusiłowicz
Elementy okładki powstały z użyciem AI
Zdjęcie na okładce: Des Panteva/Trevillion
Redakcja: Paulina Jeske-Choińska
Korekta: Agnieszka Czapczyk, Lidia Kozłowska
Skład i łamanie: Teodor Jeske-Choiński
PR & marketing: Andżelika Wojtkiewicz
ISBN: 978-83-8441-815-4
Grupa Wydawnicza Filia Sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
Dla tych, którzy patrzą w lustro i widzą więcej braków niż siebie. Dla tych, którzy ukrywają swoje rany przed całym światem. I dla tych, którzy wciąż mają nadzieję, że ktoś zobaczy ich naprawdę. Obyście spojrzeli na siebie z taką czułością, na jaką zasługujecie.
Są takie historie, które zaczynają się od niewinnego spotkania, i są również takie, które zaczynają się dużo wcześniej, w chwilach, kiedy uczymy się ukrywać to, co w nas najbardziej kruche. Uśmiechamy się wtedy trochę szerzej, niż tak naprawdę czujemy. Mówimy, że wszystko w porządku, choć w środku coś pęka, i przyzwyczajamy się do milczenia. Staramy się nie zadawać pytań i nie oczekiwać odpowiedzi. O wiele łatwiej jest udawać, że nic się nie stało, niż przyznać, że coś w nas już dawno się zmieniło. I potem przychodzi moment, którego się nie spodziewamy. Jedno spojrzenie, jedno słowo, jeden gest, jedna obecność. Nagle okazuje się, że ktoś widzi więcej, niż chcieliśmy pokazać, i zostaje z nami mimo wszystko.
Walizka od trzech dni stała otwarta na środku sypialni, a ja wciąż nie potrafiłam się spakować. Za każdym razem, gdy próbowałam cokolwiek do niej wrzucić, kolejne ubrania, kosmetyki, zatrzymywałam się w połowie ruchu i zastanawiałam, czy to rzeczywiście jest mi potrzebne. Może dlatego, że problem nie tkwił w ubraniach ani w wyjeździe, tylko we mnie? Nie miałam pojęcia, czy podróż do Norwegii rzeczywiście jest tym, czego potrzebowałam w tym momencie. Czułam wewnętrzne rozdarcie: z jednej strony rodzice, którzy na święta zostaną sami, a z drugiej moja przyjaciółka Kalina, której nie widziałam dwa lata i która kupiła mi bilet lotniczy w ramach prezentu urodzinowego. Miałam spędzić tam miesiąc. Ale może właśnie to okaże się dla mnie najlepsze? Zmiana miejsca i cisza, chwilowe zapomnienie o wszystkim, co wydarzyło się kilka miesięcy wcześniej?
Postanowiłam przerwać pakowanie i pojechać do galerii kupić Kalinie i rodzicom prezenty na święta. Kilka minut później siedziałam już w samochodzie i wmawiałam sobie, że zakup prezentów skutecznie zajmie moje myśli. I nie myliłam się. Galeria handlowa tonęła w bożonarodzeniowych dekoracjach, a z głośników płynęły świąteczne kawałki. Ludzie chodzili pomiędzy sklepami uśmiechnięci, wybierając drobiazgi. Patrzyłam na to wszystko i miałam wrażenie, że ja od miesięcy żyję gdzieś obok tego świata.
Kochałam święta i to się oczywiście nie zmieniło, ale już drugi rok z rzędu nie czułam radości z wybierania prezentów, wręcz miałam problem ze zdecydowaniem się na cokolwiek. W końcu dla Kaliny wybrałam książkę kulinarną, ponieważ uwielbia gotować, a mamie i tacie zafundowałam tygodniowy pobyt w Zakopanem. To takie zadośćuczynienie, że mnie z nimi nie będzie. Lot do Norwegii miałam jutro z samego rana, więc w drodze powrotnej wstąpiłam do rodziców. Mama otworzyła mi drzwi z szerokim uśmiechem i zaprosiła do środka.
– Jagódka… Wejdź, właśnie jemy kolację – powiedziała łagodnie i przytuliła mnie do siebie.
– Ja tylko na chwilę, mamo, jutro już lecę, a jeszcze się nie spakowałam, nie mam jakoś do tego głowy – odpowiedziałam, ściągając z siebie płaszcz.
Weszłam do kuchni, gdzie przy stole siedział tato i zajadał się sałatką z kurczakiem. Zapach grillowanego mięsa wymieszany z oliwą i warzywami od razu przywołał we mnie wspomnienia rodzinnych wieczorów.
– Cześć, tato – przywitałam się i usiadłam obok niego, łapiąc talerz i nakładając sobie trochę sałatki. – Mmm, moja ulubiona, idealnie trafiłam.
– Jedz, jedz. – Uśmiechnął się czule.
– Opowiadaj – rzuciła mama. – Jak się czujesz? Wszystko dobrze?
– Tak, tak – odpowiedziałam, wsadzając kawałek kurczaka do ust.
Mama przyglądała mi się chwilę zbyt uważnie, sprawdzała, czy naprawdę wszystko ze mną w porządku. Sięgnęłam dłonią do torby i wyciągnęłam telefon, pokazując im na bookingu rezerwację hotelu w Zakopanem.
– A co to jest? – zdziwił się tato.
– Wasz prezent na święta, zarezerwowałam wam tygodniowy pobyt w hotelu z wyżywieniem, z wigilią, kuligiem i imprezą sylwestrową. Nie będziesz musiała stać na święta przy garach, mamo. Tam będzie dużo osób w waszym wieku, dzwoniłam już i się zorientowałam.
– Córciu, nie trzeba było, naprawdę nie musiałaś. – Złapała moją dłoń i mocniej ścisnęła.
– Chciałam, mamo, wam jakoś wynagrodzić, że w tym roku nie będzie mnie z wami.
– Nie martw się, kochanie, jesteś z nami codziennie, więc przerwa od rodziców jak najbardziej ci się należy. – Tato się zaśmiał.
Mama wstała od stołu, żeby zrobić herbatę. Przez chwilę słychać było tylko cichy szum gotującej się wody i taty stukanie sztućcem o talerz.
– Czy na pewno dobrze się czujesz z tym wyjazdem? – zapytała nagle, nie odwracając się w moją stronę.
– Mamo… – Westchnęłam cicho. – Lecę tylko do Kaliny, przecież nic wielkiego się nie dzieje.
Odwróciła się powoli i objęła mnie swoim spojrzeniem pełnym troski i obawy.
– Wiem, kochanie, po prostu martwię się o ciebie.
Uciekłam wzrokiem w stronę okna i patrzyłam w milczeniu na prószący śnieg.
– Potrzebuję trochę odpocząć i przestać myśleć, chociaż na chwilę – odpowiedziałam w końcu.
Mama podeszła do mnie i przytuliła mnie mocno.
– Masz rację, a miesiąc szybko zleci. I dziękujemy za cudowny prezent. – Złapała w dłonie moją twarz i ucałowała mnie w czoło.
– Mogę cię jutro zawieźć na lotnisko – zaproponował tato.
– Nie trzeba, dziękuję. Zamówię taksówkę, nie będziesz się poniewierał z samego rana i to jeszcze w taką pogodę.
– Dla mnie to żaden problem, jeśli tylko zmienisz zdanie, dzwoń, daleko nie mam.
Za oknem śnieg padał coraz mocniej, a ja patrzyłam na rodziców przeglądających zdjęcia hotelu, który im zarezerwowałam. Byli uśmiechnięci i szczęśliwi, że zobaczą Zakopane, w którym ostatni raz byli jako nastolatkowie.
– Muszę się zbierać, ale będę dzwonić codziennie i wysyłać zdjęcia – powiedziałam, sięgając po płaszcz.
– I bardzo dobrze, dzwoń koniecznie. – Mama spojrzała na mnie z czułością i zawinęła mi swój szalik wokół szyi. – Żebyś nie zmarzła, jest naprawdę cieplutki.
– Mamo, mieszkam w bloku obok. – Zaśmiałam się.
– Nieważne, weź go, ja mam jeszcze inne w szafie.
– Dziękuję. – Przytuliłam mocno oboje rodziców, którzy razem odprowadzili mnie do drzwi.
Mroźne powietrze od razu otuliło moją twarz, a śnieg cicho skrzypiał pod butami. Spojrzałam w rozświetlone okna rodzinnego domu i przez krótką chwilę pomyślałam, że może wcale nie powinnam nigdzie wyjeżdżać, tylko zostać z nimi. Westchnęłam głośniej i ruszyłam w kierunku klatki.
„Co ma być, to będzie, Jagodo”, powiedziałam sobie w myślach, zaciskając mocniej dłonie w kieszeniach płaszcza. Kilka minut później siedziałam już na podłodze sypialni, pośród porozrzucanych ubrań. Kalina właśnie wysłała mi wiadomość, żebym zabrała dużo swetrów, bo w Norwegii jest już bardzo zimno. Uśmiechnęłam się pod nosem i zaczęłam w końcu układać rzeczy w walizce, spoglądając na zegarek i mając w głowie, że jutro o tej porze będę już w Norwegii z moją najlepszą przyjaciółką. Gdzieś w środku pojawiała się myśl, że ten wyjazd zmieni coś w moim życiu, ale nie wiedziałam jeszcze, jak bardzo.
***
Dopiero kiedy samolot oderwał się od ziemi, poczułam, że naprawdę wylatuję. Oparłam głowę o chłodną szybę i spojrzałam na znikające pod nami światła miasta. Warszawa wyglądała z góry spokojnie, cicho, zupełnie inaczej niż moje życie przez ostatnie miesiące.
Westchnęłam ciężko i zacisnęłam dłonie na fotelu, ponieważ samolotem delikatnie zatelepało. Nie lubiłam latać zimą. Wszystko wydawało się wtedy bardziej niepewne – niepokoiły mnie śliskie pasy startowe, burze śnieżne i turbulencje, które pojawiały się w najmniej odpowiednim momencie. Zamknęłam oczy i odchyliłam głowę do tyłu, próbując choć na chwilę zapomnieć o obawach. Pomyślałam o Kalinie i mimowolnie się uśmiechnęłam. Cieszyłam się, że w końcu po tak długim czasie ją zobaczę. To właśnie ona była jedną z niewielu osób, przy których nie musiałam udawać, że wszystko jest w porządku, nawet jeśli nie wszystko wiedziała. Przy niej zawsze mogłam być sobą. Ostatnie wydarzenia w jej życiu spowodowały, że nie powiedziałam przyjaciółce prawdy o sobie, ale na to jeszcze przyjdzie czas. Muszę tylko znaleźć odpowiednią porę.
Uchyliłam powieki i spojrzałam ponownie za okno. Chmury wyglądały jak miękka, nieskończona przestrzeń, odcinająca mnie od wszystkiego, co zostawiłam w Polsce. Może właśnie tego potrzebowałam? Kilku tygodni z dala od codzienności? Wsłuchiwałam się w cichy szum silników, mając nadzieję, że ta podróż okaże się plastrem na moje rany.
Po wyjściu z lotniska skierowałam się w stronę parkingu, ponieważ Kaliny nie było w środku. Od razu poczułam mroźne powietrze szczypiące w policzki, i to nie nasze polskie, to było o wiele mroźniejsze. Owinęłam mocniej wokół szyi szal, który dostałam od mamy, i zrobiłam kilka kroków do przodu, wsłuchując się w cichy skrzyp śniegu pod butami. Rozglądałam się nerwowo w poszukiwaniu przyjaciółki. Pogoda nie sprzyjała podróżom, miałam nadzieję, że Kalinie nic się nie stało. Sięgnęłam do kieszeni płaszcza po telefon, ale nagle ktoś zasłonił mi oczy od tyłu.
– Zgadnij kto? – usłyszałam znajomy, rozbawiony głos.
Uśmiechnęłam się od razu i złapałam zimne dłonie przyjaciółki. Jej głos rozpoznałabym wszędzie.
– Kalina. – Odwróciłam się w jej stronę i przez chwilę przyglądałyśmy się sobie. – Nic się nie zmieniłaś. – Przytuliłam ją mocno.
– Ty też – powiedziała szczęśliwa.
Stałyśmy tak pośrodku odśnieżonego parkingu, obejmując się i próbując nadrobić dwa lata rozłąki jednym uściskiem. Cieszyłam się, że w końcu znów jesteśmy razem i spędzimy w swoim towarzystwie tyle czasu.
– Gotowe do drogi? – usłyszałam za plecami niski głos.
Odwróciłam się i spojrzałam na mężczyznę, który stał przy samochodzie z rękami złożonymi na piersiach i nas obserwował. Zerknęłam na Kalinę, nie bardzo rozumiejąc, kim on jest.
– To twój nowy facet? – zapytałam zdziwiona.
– Daj spokój, dopiero co się rozwiodłam, myślisz, że po takim palancie jak mój były mąż związałabym się tak szybko?
– To kto to jest? Sąsiad?
Kalina zaśmiała się głośno.
– Mój brat, Pawła nie poznajesz?
Zerknęłam raz jeszcze na niego i zmrużyłam oczy. Znałam brata Kaliny bardzo dobrze w młodości, ale nie widziałam go dobre dziesięć lat. Był od nas młodszy około pięciu lat, więc zapamiętałam go jako młodego chłopaka. Kalina wyprowadziła się do Norwegii jako dwudziestopięciolatka, a jej brata od tamtego czasu nie widziałam.
– Chodź, zapomniałam ci o nim powiedzieć przez telefon – odezwała się Kalina. – Przyleciał kilka tygodni temu i na razie mieszka u mnie, dopóki nie znajdzie czegoś swojego, chociaż jak dla mnie może ze mną zamieszkać na stałe.
– Kilka tygodni temu? I zapomniałaś mi o tym powiedzieć?
– Bo jego jakby w ogóle nie było.
– Nie rozumiem… – Zdziwiłam się. – Chce się tutaj przeprowadzić na stałe?
– Nie wiem. – Kalina wzruszyła ramionami. – Nie chce za dużo ze mną rozmawiać, zamyka się całymi dniami w piwnicy, prawie w ogóle się nie widujemy, mam wrażenie, że coś się wydarzyło. Ledwo go wyciągnęłam po ciebie, bo jak tak sypie mocno śniegiem, to ja jeździć nie lubię. Chodź. – Złapała mnie pod rękę. – Porozmawiamy później, niech na nas nie czeka.
Ruszyłyśmy w stronę samochodu, a śnieg zaczął padać jeszcze mocniej, osadzając się na naszych płaszczach i włosach. Kalina wrzuciła walizkę do bagażnika, a ja zatrzymałam się na chwilę obok Pawła, nie bardzo wiedząc, jak powinnam się zachować.
– Miło cię znowu widzieć po tylu latach – odezwałam się w końcu pierwsza.
Paweł skinął jedynie lekko głową.
– Ciebie też – odpowiedział krótko.
Jego głos był niski i spokojny, ale coś w nim sprawiło, że poczułam dziwny ścisk w żołądku. Może przez sposób, w jaki na mnie patrzył? To nie był już ten młodziutki chłopiec, którego pamiętałam z dawnych lat. Paweł miał teraz około trzydziestki, był wysoki, szczupły i miał ciemne włosy opadające niedbale na oczy. W jego spojrzeniu było coś, czego nie potrafiłam nazwać. Coś ciężkiego i jednocześnie cholernie smutnego. Patrzyłam na niego przez krótką chwilę i próbowałam coś wyczytać z jego oczu, lecz on odwrócił wzrok i bez słowa usiadł za kierownicą. Wymieniłam krótkie spojrzenie z Kaliną, po czym obie zajęłyśmy miejsce z tyłu.
W samochodzie było przyjemnie ciepło, pachniało kawą i męskimi perfumami. Silnik cicho zamruczał, auto powoli ruszyło spod lotniska. Przez pierwsze minuty się nie odzywałam. Kalina rozmawiała z kimś głośno przez telefon, a ja obserwowałam ją z szerokim uśmiechem na twarzy. Moja przyjaciółka od zawsze była moim przeciwieństwem. Głośna, spontaniczna i wiecznie pogodna, potrafiła rozmawiać z każdym. Poznałyśmy się jeszcze w podstawówce i od tamtej pory byłyśmy właściwie nierozłączne. To ona siedziała ze mną po nocach, płakała po moim pierwszym rozstaniu z chłopakiem i zawsze potrafiła wyczuć, kiedy było coś nie tak, nawet jeśli uparcie twierdziłam, że wszystko w porządku. Mimo dzielących nas kilometrów nigdy tak naprawdę się od siebie nie oddaliłyśmy. Chociaż przez ostatnie miesiące nie powiedziałam jej najważniejszego…
Patrzyłam na ośnieżone ulice za oknem, próbując oswoić się z nowym miejscem. Nie miałam pojęcia, ile kilometrów dzieliło lotnisko od Røros, ale im bardziej oddalaliśmy się od miasta, tym silniejsze miałam wrażenie, że trafiłam do zupełnie innego świata. Po obu stronach drogi ciągnęły się lasy przykryte grubą warstwą śniegu, a niewielkie drewniane domy wyglądały jak wyjęte z zimowej pocztówki. Wszystko było tutaj spokojniejsze, cichsze.
Kalina skończyła rozmowę telefoniczną i w chaotycznych słowach usiłowała streścić mi ostatnie dwa lata swojego życia, ale ja momentami odpływałam gdzieś daleko. Może to przez zmęczenie, a może przez to, że pierwszy raz od bardzo dawna naprawdę zwolniłam. Paweł zaś milczał, skupiony chyba na prowadzeniu. Dopiero po chwili zauważyłam, że co jakiś czas zerka na mnie w lusterku, ale gdy tylko nasze spojrzenia się krzyżowały, odwracał wzrok. I choć próbowałam wmówić sobie, że tylko mi się wydaje, jego spojrzenie dziwnie nie dawało mi spokoju. To był dopiero pierwszy dzień w Norwegii, a ja już czułam, że ten wyjazd będzie wyglądał zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałam…
***
Samochód zatrzymał się przed drewnianym, piętrowym domem otoczonym grubą warstwą śniegu. Przez chwilę patrzyłam przez szybę, podziwiając ten uroczy widok i próbując uwierzyć, że naprawdę jestem kilka tysięcy kilometrów od domu. Kalina wysiadła z auta, a ja zaraz za nią. Paweł został w aucie i gdy tylko wyciągnęłam walizkę i zamknęłyśmy bagażnik, odjechał bez słowa. Spojrzałam na Kalinę, która pokręciła tylko głową.
– Nie mam pojęcia, co się dzieje z tym chłopakiem. Chodź do środka, pokażę ci dom i twój pokój. – Złapała mnie za rękę i skierowałyśmy się w stronę chaty.
Gdy tylko weszłyśmy do środka, od razu otuliło mnie ciepło i zapach drewna wymieszany z cynamonem. Dom Kaliny wyglądał dokładnie tak, jak sobie wyobrażałam. Wszędzie dominowało jasne drewno, a na kanapie i fotelach w salonie leżały miękkie koce. Przy ścianie stał ogromny kamienny kominek, w którym trzaskał ogień. Przy oknach, choć do świąt zostały jeszcze trzy tygodnie, wisiały już świąteczne lampki. Kuchnia była niewielka, ale przytulna. Jasne drewniane szafki idealnie komponowały się z ciemnym blatem i lampami wiszącymi nad stołem.
Kalina zaprowadziła mnie do mojego pokoju, który znajdował się na piętrze. Pod ścianą stało szerokie łóżko, przykryte kremowym, grubym kocem, a obok znajdowała się szafka nocna z lampką. Najbardziej jednak podobał mi się widok z okna. Piękny ośnieżony lasek i kilka małych domów w oddali. Przez chwilę stałam w ciszy, wsłuchując się w dziwny spokój tego miejsca.
– Jest idealnie. – Odwróciłam się do Kaliny i podziękowałam jej, szeroko się uśmiechając.
– Rozgość się i zejdź do kuchni, przygotujemy coś do jedzenia i porozmawiamy, tak długo się nie widziałyśmy. – Podeszła bliżej i mnie przytuliła.
– Dziękuję za zaproszenie – szepnęłam jej do ucha.
– To ja dziękuję, że zgodziłaś się przyjechać.
Rozpakowałam walizkę, poukładałam ubrania w szafie, a potem dołączyłam do Kaliny. Od razu poczułam zapach kawy unoszący się w powietrzu. Kalina stała w kuchni przy blacie i kroiła pieczywo, na widok którego zaczęło burczeć mi w brzuchu. Zerknęłam na zegar, dochodziła godzina jedenasta, a ja przecież jeszcze nic nie jadłam.
– Jestem głodna jak wilk – powiedziałam i podeszłam bliżej.
– To dobrze się składa, bo zrobiłam jedzenia chyba dla całego miasteczka. – Zaśmiała się.
Zerknęłam na stół, na którym stały już rozłożone talerze, kosz, do którego włożyła pieczywo, wędzony łosoś, różnego rodzaju sery i wędliny oraz jajecznica, a obok parował dzbanek kawy.
– Widzę, że Norwegia ci służy. – Raz jeszcze rozejrzałam się po kuchni. – To nie to małe mieszkanko, które wynajmowałaś wcześniej.
– Tak, ten dom jest ogromny w porównaniu do mojego poprzedniego mieszkania, i cieszę się, że kupiłam go, zanim wyszłam za tego idiotę. – Westchnęła. – Jeszcze by sobie rościł teraz jakieś prawa do niego, a tak dostał kopa w tyłek i się wyprowadził.
Złapałam kubek z czarnym płynem, przyłożyłam do ust i zamyśliłam się trochę.
– Słuchaj, ale poradziłaś sobie z tym doskonale, dobrze, że dowiedziałaś się o zdradzie, zanim pojawiło się dziecko. – Skrzywiłam się na samą myśl o tym, że Mikołaj zdradził taką super kobietę jak Kalina.
– Wiesz, gdy sobie pomyślę, jaki był dla mnie kochany, czuły, jak mi pomagał we wszystkim, to aż trudno uwierzyć, że miał drugą kobietę.
– Ja też w to nie wierzę. – Pokręciłam głową. – Mówiłaś przez telefon, że ten romans trwał długo, nie zauważyłaś niczego wcześniej?
– Jagoda, ja niczego nie podejrzewałam, dopóki nie wzięłam jego telefonu do rąk. Akurat wtedy przyszedł od niej esemes, ta jedna wiadomość, która w kilka sekund rozwaliła całe moje życie. Kiedy człowiek kocha, często widzi tylko to, co chce widzieć. Wracał normalnie do domu po pracy, pytał, jak minął mi dzień, oglądaliśmy filmy, planowaliśmy przyszłość… I nagle okazało się, że prowadził drugie życie prawie rok. Spotykał się z nią, kiedy byłam w pracy, nocami, kiedy miałam nocne zmiany. Jak się dowiedziałam, byłam w szoku.
– I co zrobiłaś? – zapytałam cicho. – Do mnie, nie wiem czemu, zadzwoniłaś dopiero wtedy, jak go już wyrzuciłaś.
Kalina westchnęła ciężko.
– Wiem, kochana, ale musiałam przejść przez to sama. Najpierw płakałam przez tydzień, dosłownie tydzień. On chodził za mną, przepraszał mnie, błagał, żebym wybaczyła, przynosił kwiaty, ale nie mogłam na niego patrzeć. Za każdym razem widziałam jego kłamstwa. I wyrzuciłam go z domu. – Uśmiechnęła się smutno. – Najgorsze jest to, że nadal czasami tęsknię za człowiekiem, za którego go miałam, nie za tym, kim był. – Wypuściła głośno powietrze. – Nie gniewaj się na mnie, że powiedziałam ci po fakcie.
Odłożyłam kubek z kawą i podeszłam do Kaliny. Przytuliłam ją mocno do siebie, a ona od razu wtuliła twarz w moje ramię.
– Myślisz, że mogę się na ciebie gniewać? – Odchyliłam głowę i spojrzałam prosto w zaszklone oczy przyjaciółki. – Nigdy nie będę się na ciebie gniewać za to, że próbowałaś sobie poradzić. Jestem i zawsze będę po twojej stronie, niezależnie od wszystkiego, rozumiesz?
– Dziękuję – wyszeptała. – Nawet nie wiesz, jak bardzo było mi to potrzebne.
Usiadłyśmy przy stole, a Kalina zaczęła nakładać sobie na talerz jajecznicę. Ja wzięłam kromkę pieczywa i plasterek szynki. Zerknęła na mnie i zmarszczyła brwi.
– Poważnie? Jedna kanapka? Jedz, bo wyglądasz, jakbyś od tygodnia żyła wyłącznie kawą – stwierdziła.
– Nie przesadzaj. – Machnęłam ręką.
– Znam cię już tyle lat i zawsze byłaś tą, co jadła więcej. – Zaśmiała się. – A tak właściwie, jak udało ci się wyrwać z pracy na cały miesiąc?
– Przecież na tyle mnie zaprosiłaś. – Na moment zesztywniałam.
– Tak, tak, i bardzo się cieszę, że jesteś, ale zawsze mówiłaś, że w okresie świątecznym macie w firmie urwanie głowy.
– Nie brałam urlopu, dostałam dłuższe zwolnienie lekarskie.
– Zwolnienie? – Zmrużyła oczy. – Co się dzieje?
Wbiłam wzrok w kubek i na moment się zamyśliłam.
– Jagoda?
– Ach, to nic wielkiego, od kilku miesięcy miałam problemy z kręgosłupem, wiesz, siedzenie tyle godzin przed komputerem nie jest najlepszym pomysłem.
– Aż tak cię rozłożyło? Nic nie wspominałaś.
Kalina przyglądała mi się uważnie i dokładnie przetwarzała każde moje słowo.
– Nie było o czym mówić, rehabilitacja, lekarze, ćwiczenia, nic ciekawego. – Uśmiechnęłam się lekko.
– I teraz jest już lepiej?
– Zdecydowanie lepiej – skłamałam szybko. – Lekarz stwierdził, że powinnam trochę odpocząć i zwolnić tempo.
– No i bardzo dobrze, przecież od lat ci to powtarzam.
– Wiem. – Zaśmiałam się.
– Nawet nie masz czasu, żeby kogoś poznać.
Wywróciłam oczami, ponieważ nie miałam najmniejszej ochoty o tym rozmawiać.
– Kalina, to nie te czasy, w których kobiety wychodziły za mąż, mając dwadzieścia lat, i rodziły dzieci, więc myślę, że nie musimy o tym rozmawiać. Sama jestem szczęśliwa.
– Chyba nie wierzysz w to, co mówisz, ale niech ci będzie.
Nie wyglądała na przekonaną, ale na szczęście nie ciągnęła tematu. Siedziałyśmy i jadłyśmy śniadanie, rozmawiając o planach na najbliższe tygodnie. Wtedy gdzieś z dołu, z piwnicy, dobiegły nas ciche dźwięki gitary. Usłyszałyśmy spokojny, melancholijny akord, potem kolejny i kolejny. Spojrzałam na Kalinę, która wsłuchiwała się melodię.
– To Paweł?
– Tak, odkąd przyjechał, pierwszy raz słyszę, jak gra.
– Jest naprawdę dobry.
– Wiesz przecież, że gra od dziecka. Chyba wcześniej nauczył się trzymać gitarę niż chodzić.
– Pamiętam, że zawsze z nią gdzieś biegał. – Uśmiechnęłam się szeroko.
– Chyba nadal biega, tylko trochę mniej się odzywa.
Zerknęłam w stronę okna i przysłuchiwałam się dźwiękom, szukałam w nich czegoś więcej, jakichś informacji, czegokolwiek o człowieku, który je wydobywał.
– Co właściwie się stało? – zapytałam zaciekawiona.
– Gdybym ja to wiedziała. – Wzruszyła ramionami.
– Nic ci nie powiedział?
– Nic. – Pokręciła głową i oparła się wygodniej o krzesło. – Jeszcze kilka miesięcy temu wysyłał mi zdjęcia z koncertów. Raz Berlin, raz Sztokholm, ich zespół naprawdę dobrze sobie radził, rozkręcał się, byli coraz bardziej rozpoznawalni.
– Pamiętam, wrzucałaś coś kiedyś na media społecznościowe, widziałam u mamy na Facebooku, bo ja nie mam.
– Jeszcze trochę, a byliby sławni na cały świat, ale nagle zadzwonił i zapytał, czy może na jakiś czas u mnie zamieszkać, tak po prostu, bez żadnego wyjaśnienia.
– Dziwne to wszystko.
– Bardzo dziwne, ale nie chce nic mówić, a przecież na siłę nic nie wyciągnę.
– Może go to przerosło? Coś się wydarzyło złego? A może przez dziewczynę?
– Może. – Wzruszyła ramionami. – Tak jak mówiłam, wciąż siedzi w tej swojej piwnicy. Tam sobie zrobił pokój.
Znów rozległ się dźwięk gitary, tym razem dłuższy i smutniejszy. Nagle melodia się urwała. Można było odnieść wrażenie, że ktoś przeciął strunę. Usłyszałyśmy głuche uderzenie. Coś ciężkiego z impetem łupnęło w ścianę, aż podskoczyłyśmy wystraszone.
– Co to było? – zapytałam.
Kalina westchnęła ciężko, miałam wrażenie, że dokładnie wie, co się wydarzyło.
– Pewnie gitara – odpowiedziała spokojnie.
– Myślisz, że rzucił gitarą o ścianę? Może coś się stało?
– Ostatnio u niego wszystko jest możliwe, lepiej dać mu chwilę.
Patrzyłam na Kalinę przez dłuższą chwilę, ale już się nie odezwała, tylko wróciła do jedzenia, nie zwracając uwagi na swojego brata. Miałam wrażenie, że takie sytuacje nie były dla niej niczym nowym. Dokończyłam śniadanie, ale myślami byłam gdzieś indziej. Kim był człowiek, który jeszcze kilka miesięcy temu podróżował po świecie ze swoim zespołem, a teraz zamykał się całymi dniami w piwnicy własnej siostry? Co musiało się wydarzyć? Spojrzałam mimowolnie w stronę drzwi, za którymi widać było schody prowadzące na dół, ponieważ ciekawość nie dawała mi spokoju.
– Jagoda, nie przejmuj się – powiedziała cicho Kalina. – Przejdzie mu, kiedyś na pewno mu przejdzie.
– Jasne – odpowiedziałam krótko.
– Znam cię i wiem, że będziesz dążyć do tego, żeby ci o wszystkim powiedział.
– Mam na to miesiąc. – Uniosłam do góry brew.
– Ha! Jak ja cię dobrze znam. – Pokiwała głową z szerokim uśmiechem.
– Może uda mi się z nim pogadać – odpowiedziałam i wróciłyśmy do rozmowy, ale z tyłu głowy wciąż słyszałam urwaną melodię gitary i ten dziwny huk. Za zamkniętymi drzwiami piwnicy kryła się historia, o której Paweł nie chciał nikomu opowiedzieć, przynajmniej na razie.
Po późnym śniadaniu Kalina nie dała mi nawet chwili odpoczynku. Kazała mi się ciepło ubrać, założyć gruby sweter, szalik i odpowiednie buty zimowe i zabrała mnie do miasteczka. Kilka minut później spacerowałyśmy już ośnieżonymi uliczkami. Mróz szczypał mnie w nos, ale wcale mi to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie. Zimowe powietrze wyganiało z mojej głowy wszystkie myśli, które nie dawały mi spokoju. Śnieg skrzypiał pod naszymi butami przy każdym kroku, ten dźwięk zaczynał mi się podobać. Po obu stronach ulicy stały drewniane domy pomalowane na czerwono, żółto i biało. Ich dachy przykrywała gruba warstwa śniegu, a z kominów leniwie unosiły się smugi dymu.
Przez chwilę miałam wrażenie, że znalazłam się na świątecznej pocztówce. Kilka okien było już ozdobionych świecącymi gwiazdami i girlandami. Powoli mijałyśmy niewielkie sklepiki i kawiarnie, a po kilkunastu minutach dotarłyśmy do centrum, które wyglądało równie świątecznie. Ludzie mijali nas niespiesznie, owinięci grubymi szalami. Dzieci, śmiejąc się głośno, biegały i rzucały się śnieżkami. Nie widziałam tu pośpiechu, tłoku ani nerwowych spojrzeń, jak w Warszawie. Był za to spokój, taki prawdziwy, i byłam zachwycona tym widokiem.
– Tutaj jest jak w bajce – powiedziałam, wciąż rozglądając się dookoła.
– Wiedziałam, że ci się spodoba – odparła Kalina. – Wiesz, że to miejsce jest wpisane na listę UNESCO?
– Naprawdę? – zdziwiłam się.
– Tak, a zobaczysz, co się będzie działo bliżej świąt… Będzie jeszcze bardziej magicznie.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
WSTĘP
ROZDZIAŁ I
ROZDZIAŁ II
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Dedykacja
Meritum publikacji
