Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Francis Durbridge to bez wątpienia jeden z najbardziej znanych obok Agathy Christie i Dicka Francisa, przedstawicieli starej brytyjskiej szkoły kryminału .Klasyczny, brytyjski kryminał do ostatniej strony trzymający w napięciu....
[opis okładkowy]
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Słupsku
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 222
Rok wydania: 2006
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
W SERII POWIEŚCI
Francisa Durbridge'a:
JAK BŁYSKAWICA TEN DRUGI MOJA ŻONA MELIS SA NIEZNAJOMA BUTY MODELKI UMARŁY DLA ŚWIATA JAGUAR I LALKA WARKOCZ ŚMIERCI
Przekład: VIOLETTA DOBOSZ
C&T
TORUŃ
Copyright © 1981 by Serial Productions Ltd.
Copyright © for the Polish edition by„C&T', Toruń 2006 Copyright © for the Polish translation by Violetta Dobosz
Opracowanie graficzne:
MAŁGORZATA WOJNOWSKA
Redaktor wydania:
PAWEŁ MARSZAŁEK
Korekta:
MAGDALENA MARSZAŁEK
70 &OJ
Skład i łamanie: /
KUP „BORGIS" Toruń, teJ. 0-56 654-82-04
MBP Słupsk F.8
8-78801
ISBN 10: 83-7470-059-9 ISBN 13: 978-83-7470-059-7
Wydawnictwo „C&T" ul. Św. Józefa 79, 87-100 Toruń, tel./fax 0-56 652-90-17.
Toruń 2006. Wydanie I. Ark. wyd. 8,5; ark. druk. lO. Druk i oprawa: Wąbrzeskie Zakłady Graficzne Sp. z o.o. ul. Mickiewicza 15, 87-200 Wąbrzeźno.
11
4
7
m
11
Pikanie zegarka na ręce brutalnie przywróciło Sama Harveya do rzeczywistości. Było dwadzieścia po dziewiątej. Musiał się pospieszyć Jeśli chciał zdążyć na dworzec Waterloo. Szybko wystukał ostatnie zdanie i wyciągnął kartkę z maszyny do pisania. Odłożył ją zadrukowaną stroną w dół na stertę innych, które zapisał od szóstej rano, kiedy to rozpoczął pracę.
Jego mieszkanie znajdowało się na drugim piętrze przerobionego wiktoriańskiego domu przy spokojnym placu w pobliżu stacji metra South Kensington. Wykuszowe okno przestronnego pokoju dziennego wychodziło na niewielki park. Właśnie przy tym oknie umieścił swoje biurko. Teraz panował na nim pozorny chaos, na który składały się różne papiery i pootwierane książki. Znajdowały się tam zebrane w pliki notatki, wycinki z czasopism, zdjęcia i rysunki zwierząt. Postacie ludzkie widniały tylko na dwóch oprawionych w ramki zdjęciach. Jedno przedstawiało rodziców Sama stojących przed „Ani-groszem", domem na obrzeżach Guildford, gdzie się wychował. Z drugiego patrzyła jego młodsza siostra, jej mąż Australijczyk i dwójka małych dzieci przed niskim domem w ranczerskim stylu koło Bro-ken Hill.
Meble w kawalerskim mieszkaniu były nowe, kupione dzięki niespodziewanemu zastrzykowi gotówki od ojca, który sprytnie zainwestował na giełdzie. W całym pokoju panował nieopisany bałagan. Książki nie mieściły się na biurku ani na półkach, walały się po wszystkich stolikach i fotelach. Sam, kiedy wchodził, miał zwyczaj zdejmować marynarkę i przewieszać ją przez oparcie fotela. Kubek po porannej kawie stał na telewizorze, a talerz z resztkami masła i marmolady na ldapie adaptera.
Ubranie Sama wyglądało równie niedbale jak jego otoczenie. Miał na sobie koszulę bez krawata i rozpinany sweter z zamszowym przodem, zapięty tylko na jeden guzik. Był wysoki, jasnowłosy i chudy. Większość ludzi nie dawało mu trzydziestu pięciu lat, które w istocie miał. Jego twarz była czujna i wrażliwa, wargi w każdej chwili gotowe wygiąć się w cierpłam uśmiechu.
Odsuwał się akurat z krzesłem od biurka, gdy ujrzał policyjny wóz jadący dookoła placu i zatrzymujący się naprzeciwko. Tylne drzwi otworzyły się i wyłoniła się z nich przysadzista postać. Nawet z góry Sam nie miał trudności z rozpoznaniem nadinspektora Berta Sinclaira. Zdziwił się, widząc go tak prędko. Wysłał swój list do komendanta zaledwie dwa dni wcześniej.
Zdążył tylko odnieść brudny talerzyk i kubek do kuchni, gdy zadzwonił dzwonek.
Bert Sinclair był o dobre dwadzieścia lat starszy od Sama. Zaczynały mu się już tworzyć zakola, pozostawiając wyraźne owłosione V skierowane w dół, do czoła. Miał gęste brwi i głębokie zmarszczki na policzkach. I zwinność w palcach. Ubrany był w ciemny garnitur, który mimo upływu lat całkiem dobrze się trzymał. Jego sposób bycia dobrego wujaszka mógł być niebezpiecznie zwodniczy.
— Siemasz, Sam.
— O... witaj, Bert. — Sam udał zdziwienie, stojąc w uchylonych drzwiach.
— Mogę wejść?
— Cóż... tak, jasne. — Sam odsunął się i otworzył drzwi szerzej. — Ale nie mam wiele czasu. O dziesiątej muszę być na Waterloo.
Nadinspektor wparował przez przedpokój do pokoju dziennego, strzelając dokoła czujnymi oczkami, niczego nie pomijając.
— O dziesiątej? Jest dopiero dwadzieścia pięć po dziewiątej.
— No tak. Umówiłem się z rodzicami — wyjaśnił Sam, podążając za Sinclairem do pokoju. — Lecą dziś do Australii. Mamy razem pojechać na lotnisko.
— Do Australii?
— Dzwoniłem do nich wczoraj wieczorem. Mama prawie nie mogła mówić z podniecenia. W zasadzie trudno się dziwić. Już sześć lat nie widziała Meg.
— Przyjeżdżają z Guildford pociągiem?
— Tak. — Sam znacząco spojrzał na zegarek. — Mają być na Wa-terloo pięć po dziesiątej.
— Mogę usiąść? — Sinclair dostrzegł na twarzy Sama wahanie. _Nie martw się. Dopilnuję, żebyś zdążył na Waterloo.
Nie czekając na zaproszenie, zdjął z fotela kilka książek i usiadł. Podniósł na Sama pytający wzrok.
Usta Sama wygięły się lekko w delikatnym uśmiechu. — Widzę, że masz już wieści od komendanta.
— Tak. Przekazał mi informację przez tego swojego skwaszone-go sługusa. Sam, o co w tym wszystkim chodzi?
— Jeśli przeczytałeś mój list, to wiesz, o co chodzi. Postanowiłem wystąpić ze służby.
— Ale dlaczego? — Sinclair nie potrafił dłużej ukryć zniecierpliwienia. — Na miłość boską, dlaczego? Wiem, że jesteś finansowo niezależny, ale zawsze wkładałeś w tę robotę wiele serca i jesteś jednym z najmłodszych komisarzy w londyńskiej policji. Z pewnością w twoim wieku...
— To nie ma nic wspólnego z niezależnością. — Sam odwrócił się do biurka. — Prawdziwy powód... To nie ma sensu, Bert, nie zrozumiałbyś tego.
— Spróbujmy.
— Cóż, powinieneś wiedzieć, że zamierzam napisać kolejną książkę.
— Co znaczy, kolejną książkę? Nie wiedziałem, że już coś napisałeś.
— Napisałem ją pod pseudonimem. Powiedziałem o tym tylko moim rodzicom.
— Mój Boże! — Sinclair zmarszczył brwi, nawiedzony przez przerażającą myśl. — Nie nawypisywałeś chyba tych zjadliwych bzdur opublikowanych przez...
— Nie, nic z tych rzeczy. Za bardzo szanuję kolegów ze Scotland Yardu. Zawsze tak było. Wiesz przecież. — Sam zawahał się chwilę, po czym wyznał z pewną nieśmiałością: — To książka dziecięca.
— Dziecięca?
Sam uśmiechnął się, widząc zdumioną minę Sinclaira. — Tak.
Nastąpiła chwila ciszy.
— To znaczy... taka dla dzieci?
— Zgadza się.
Nadinspektor potarł czoło palcami. — Chyba żartujesz.
— Nie.
— I została wydana?
— Tak. Została wydana.
Sinclair westchnął, gotów wreszcie zaakceptować tę okropną prawdę. — Co, u diabła, skłoniło akurat ciebie do napisania takiej książki? Przecież ty nie masz dzieci! Nie jesteś nawet żonaty.
— Moja siostra, Meg, była ode mnie o dziesięć lat młodsza. Opowiadałem jej bajki, głównie o zwierzętach. Potem, kiedy sama miała dzieci, zacząłem wysyłać im opowiastki w listach. Ktoś zasugerował, żebym zebrał je w książkę, i tak zrobiłem. Zawsze o tym marzyłem i miałem szczęście, bo mój zbiór został przyjęty przez wydawcę. Teraz chcę napisać drugą książkę.
Oczy Sinclaira świdrowały Sama tak, jak w swoim czasie świdrowały tysiące podejrzanych.
— Chyba się ze mnie nie nabijasz, co, Sam?
— Nie nabijam się. — Wciąż z uśmiechem Sam wyjął z szuflady w biurku książkę i podał ją nadinspektorowi. Miała sztywną i błyszczącą, niesłychanie barwną okładkę. Grupa zwierząt, ubranych nienagannie we współczesne stroje, siedziała wokół okrągłego stołu. Gospodarzem był lew.
Sinclair patrzył w oszołomieniu, po czym powoli odczytał tytuł. — Kolacja w zoo. Ależ to napisał Sam Kaye!
— Kaye to panieńskie nazwisko mojej matki.
Sam odebrał książkę, zanim Sinclair zdążyłby się w nią zagłębić. — Bert, naprawdę muszę już jechać.
Było dziesięć po, kiedy policyjny wóz z piskiem opon wjechał na postój taksówek przed stacją Waterloo. Sam otworzył drzwi i wyskoczył z samochodu, gdy tylko ten się zatrzymał. Machając na pożegnanie Bertowi Sinclairowi i kiwając głową, by podziękować wprawnemu policyjnemu kierowcy, odwrócił się i pognał do dworcowej hali przyjazdów.
Nie miał problemów z zauważeniem rodziców. Opuścili już peron i stali, przeczesując wzrokiem tłum w poszukiwaniu syna. Bagażowy z wózkiem, na którym spoczywały ich walizki, wyraźnie się niecierpliwił. Jason Harvey był dobrze po sześćdziesiątce, ale nadal trzymał się prosto i dziarsko. Porządne, wyglądające na nowe ubranie przydawało mu wytworności. Trzymał w ręku skórzaną teczkę z wytłoczonymi inicjałami J.H., zabezpieczoną szyfrowym zamkiem. Hannah Harvey dla odmiany, choć młodsza od męża, wyglądała na podenerwowaną. Obie ręce zdawały się nie wystarczać do zmagań z futrem i wielką torebką, którą ze sobą zabrała. Kiedy ujrzała Sama, jej różowa, pyzata twarz rozpromieniła się w pełnym ulgi uśmiechu.
Sam ucałował matkę, a ojciec poklepał go po ramieniu.
— Spóźniłeś się, mój drogi — złajała go Hannah. — Już się zastanawialiśmy, czy nic ci się nie stało.
— Mówiłem jej, żeby przestała panikować — rzekł Jason. — Wiedziałem, że w końcu się pojawisz.
— Tak, wiem, że się spóźniłem. Przepraszam, mamo. Proszę, pozwól, że wezmę twój płaszcz i torebkę. No, jak się czujecie? Podekscytowani?
— Podekscytowani? — ironicznie skwitował Jason. — To eufemizm roku.
Bagażowy nie miał czasu na ich rodzinne pogawędki. Ruszył już z wózkiem na postój. — Życzy pan sobie taksówkę?
— Nie — odparł Jason. — Zamówiłem auto już wcześniej. Powinno na nas czekać.
Gdy cała czwórka ukazała się w wyjściu z dworcowej hali, po drugiej stronie ulicy otworzyły się drzwi zaparkowanego tam białego forda granada. Wyłoniła się z nich szczupła noga w zgrabnym czółenku, a po chwili cała postać bardzo atrakcyjnej dziewczyny. Trzymała w dłoni podkładkę do pisania i wydawała się bardzo opanowana, idąc przez jezdnię w stronę Harveyów. Ubrana była w ciemnofioletowy kostium złożony z sięgającego nieco poniżej talii żakietu i spódniczki z jedną fałdą na przedzie. Miała też skórzaną torebkę na przełożonym przez piersi długim pasku.
Podeszła prosto do Jasona. — Pan Hogarth?
— Nie. Nazywam się Harvey.
— Harvey? — Dziewczyna wyglądała na skonsternowaną. Zajrzała do kartki na podkładce. — Zamawiał pan samochód od Braci Brewster w Hammersmith?
— Owszem, zamawiałem. Ale nazywam się Harvey, nie Hogarth.
Najwyraźniej zakłopotana, spojrzała nerwowo na Sama.
— Tak, tak, oczywiście. — Wydobyła na twarz uśmiech. — Przepraszam, panie Harvey. Wybieracie się państwo na lotnisko? — Jason skinął. — Pan Hogarth był moim poprzednim pasażerem. Dopiero co wysiadł. Jeśli państwo zaczekają, przyprowadzę samochód.
— Nie ma potrzeby. Przejdziemy na drugą stronę.
— Nie, pozwoli pan, że jednak go przyprowadzę — rzekła dziewczyna stanowczo. Zabrzmiało to tak, jakby zawsze wszystko działo się po jej myśli. — Zechcecie państwo tutaj zaczekać.
Posłała Samowi szybki uśmiech, mniej wymuszony niż ten, którym obdarzyła przed chwilą Jasona. Kiedy przechodziła przez jezdnię, spojrzenia Sama i bagażowego podążyły za nią z podziwem. Widząc minę syna, Jason uniósł znacząco brwi do żony.
Hannah uśmiechnęła się z pełną wyrozumiałości czułością. — Dobrze, że ona ma nas zawieźć tylko na lotnisko...
Krótko przed południem w terminalu numer 3 londyńskiego lotniska tłoczno było od ludzi z różnych kontynentów. Sam wraz z matką znaleźli miejsca do siedzenia na galerii. Popijając kawę, obserwowali barwne kłębowisko w dole. Od czasu do czasu ich rozmowę zakłócały dudniące w głośnikach komunikaty. Twarz Hannah była ściągnięta niepokojem.
— Nie mam pojęcia, co się z tym twoim ojcem dzieje. Nie ma go już przynajmniej pół godziny.
— Nie martw się, mamo.
— Zawsze to samo! Jak mamy już ruszać, on zwykle znika. Zwariować można! Pamiętam, jak raz...
— Już idzie — przerwał jej Sam.
Jason pojawił się na schodach za ich plecami. Gdy do nich dołączył, wydawał się rozdrażniony.
— Niestety, jest opóźnienie.
— Opóźnienie — powtórzyła Hannah, jakby skądś znała to słowo, lecz nie wiedziała dokładnie, co znaczy.
— Tak. I mówią, że odprawa zacznie się dopiero za parę godzin.
— O Boże! Tego się obawiałam.
— Nie ma się czym przejmować, mamo — pocieszał ją Sam. — To nic niezwykłego.
— Oczywiście. — Jason zwrócił się do Sama, który wstał, ustępując miejsca ojcu. — Posłuchaj, synu... nie ma potrzeby, żebyś tu z nami siedział. Naprawdę.
— Naturalnie! — przytaknęła Hannah. — Twój ojciec choć raz ma rację. Bez sensu, żebyś tkwił tutaj przez całe przedpołudnie.
— Cóż... jeśli nie macie nic przeciwko, chyba faktycznie będę się zbierał. — Sam miał już ucałować matkę, gdy klepnął się ręką po kieszeni. — Wielkie nieba, byłbym zapomniał! —Wyjął łańcuszek ze złotym wisiorkiem. — To dla Meg, mamo. Wycałuj ją ode mnie i powiedz, że jak jej się nie spodoba, to może go nosić ten jej wielki jak byk mąż.
— Sammy, ależ to śliczne! — Hannah wcisnęła swoje futro Jaso-nowi, by wziąć do ręld to cacko.
— Miło, że ci się podoba. Nie miałem pojęcia, co jej kupić.
— To cudowny prezent. Meg będzie zachwycona. Dlaczego mi nigdy nie kupujesz talach ładnych rzeczy?
— Bo tylko byś je gubiła, mamo. Dlatego. — Sam wziął łańcuszek i rozpiął, by założyć jej na szyję.
— Nie zdejmuj go, mamo — wtedy na pewno nie zgubisz.
— Nie znasz swojej matld — stwierdził Jason.
Sam uśmiechnął się radośnie do Hannah, która wpatrywała się w wisiorek na swojej piersi. — Bawcie się dobrze. I przyślijcie mi telegram, jak tylko dotrzecie na miejsce.
— Dobrze, mój drogi. — Hannah wstała, by dać się ucałować. — Przyślemy.
— Trzymaj się, Sam — rzucił surowym głosem Jason, gdy podali sobie ręce.
— Wytęż.
Przechodząc przez halę w dole, Sam podniósł wzrok. Stali obok siebie przy poręczy galerii. Z tyłu dwoje Azjatów już zajęło ich miejsca. Hannah i Jason wydawali się strasznie bezbronni, stojąc tak pośród hordy obcych. Podniósł rękę, by pomachać, po czym odwrócił się i zdecydowanym krokiem wyszedł przez automatyczne drzwi.
Biuro nadinspektora Berta Sinclaira znajdowało się na trzecim piętrze w nowej siedzibie Scotland Yardu i wychodziło na Victoria Street. Dominowały w nim stonowane szarości i zielenie obowiązujące w całym budynku. Na ścianach wisiały zdjęcia, wykresy i listy spraw, którymi zajmował się Sinclair. Surowość wnętrza przełamywał nieco kalendarz przedstawiający inny model starodawnego auta na każdy miesiąc roku. Biurko zarzucone było dokumentami. Nadinspektor starał się nadgonić nudną papierkową robotę będącą zmorą każdego funkcjonariusza policji.
Oderwał się od pracy, słysząc stukanie do drzwi, i obrócił się z fotelem. Odwiedził go komisarz śledczy Norman Ferris, oficer w tym samym stopniu co Sam Harvey, ale starszy i bardziej praktyczny, wręcz przyziemny. Sinclair natychmiast odłożył długopis.
— No, jak poszło?
— Zjedliśmy kapitalny lunch i Sam uparł się, żeby za niego zapłacić. Ale obawiam się, że nic z tego. Był po prostu nieugięty.
— Powiedziałeś mu, że dostanie miesięczny urlop, żeby sobie to wszystko przemyśleć?
— Tak.
— I co on na to?
— Nic. — Ferris pokręcił głową. — To niczego nie zmieni, Bert.
— Nie, pewnie nie zmieni.
Sinclair oparł się o brzeg biurka i pokazał Ferrisowi, by zajął jedyny w pokoju głęboki fotel.
— Jak zamożny jest Sam? — spytał Ferris. — Zawsze sprawia wrażenie dobrze sytuowanego. Czy ma jakiś prywatny dochód?
— Owszem, ma. Sześć czy siedem lat temu zmarł jego wuj, pozostawiając Samowi i jego siostrze pokaźną sumkę. Nie wiem dokładnie ile, ale był to z pewnością całkiem miły prezencik. Starowina był kawalerem i miał o Samie bardzo wysokie mniemanie.
— Mój wujek zostawił mi rakietę do tenisa. — Ferris roześmiał się wcale nie wesoło. — I trzeba ją było dać do naciągnięcia! A zdaje się, że rodzice Sama są właśnie w drodze do Australii.
— Tak, wylecieli dziś rano. Też całkiem nieźle. Dużo bym dał, żeby móc tam lecieć z nimi. — Twarz Sinclaira spoważniała. — Mamy trudne czasy, Norman. Yard nie może sobie pozwolić na to, by uciekali tacy ludzie jak Sam Harvey.
— Cóż — Ferris westchnął i wstał. — Tak to już jest. Wygląda na to, że nie stać nas też, żeby ich zatrzymać.
Policyjny wóz stał u wylotu bocznej drogi krzyżującej się z jedną z autostrad na południowy wschód od Londynu. Dwaj konstable zsunęli na tył głowy swoje czapla i rozsiedli się wygodnie, od niechcenia obserwując pojazdy i zgadując wyniki mających się rozegrać wieczorem meczów piłki nożnej. W radiu przez cały czas skrzeczał głos dyspozytora. Byli czujni, gdyby tylko wywołano ich numer. Konstabl Newman dopiero co przekroczył dwudziestkę, a różowe policzki i rudawe włosy sprawiały, że wyglądał jeszcze młodziej. Konstabl Speers był starszy i bardziej doświadczony; zapuścił sobie ciemne wąsy.
Obaj mężczyźni wyprostowali się, bo w polu widzenia ukazał się jaguar E, zwalniając gwałtownie, gdy tylko spostrzegawczy kierowca zauważył radiowóz. Zjechał na wolniejszy pas, przed białą furgonetkę, której już nie wyprzedził. Z boku i z tyłu furgonetki widniał ozdobny napis MARIUSZ ZNAD MORZA.
— Co za dziwna nazwa — zauważył Speers, notując to w swej słoniowej pamięci.
— Jaka?
— Mariusz znad Morza. — Speers kiwnął głową w stronę odjeżdżającego pojazdu.
— Gonimy tego jaguara?
— Nie, odpuść biedakowi. To mini pewnie stwarza większe zagrożenie dla życia i zdrowia niż tamten jaguś.
Śmignęło im przed oczami jaskrawoczerwone mini, którego kierowca wyciskał zapewne, ile fabryka dała.
— Czy nie czerwone mini zostało użyte przy napadzie na bank w Tunbridge? — Newman skupił bystry wzrok na rejestracji auta. Zanotował numer w notesie, który trzymał na kolanach. — Sprawdzimy go w Centralnym Rejestrze?
Newman wciąż był na tyle młody, że ekscytował się korzystaniem z systemu. By mu sprawić przyjemność, Speers przekazał numer rejestracyjny do centrali. Odpowiedź nadeszła w ciągu pięciu sekund.
„MCG 898T. Czerwony mini clubman. Właściciel: D. Blackmore, Highbury Villas 17, Croydon."
— To nie ten. Nie ma słowa o zgłoszeniu jego kradzieży... Co to za hałas? Słyszysz?
— No. Brzmi jak helikopter. — Newman opuścił szybę i spojrzał w niebo. — O, jest! Ale nisko leci!
Przyglądali się, jak śmigłowiec zmierza na południe, równolegle do drogi. Zaraz schował się za kępą wysokich drzew. Newman oparł się znów wygodnie i z kieszeni służbowej kurtki wyciągnął list od swojej dziewczyny. Był w połowie pierwszej strony, gdy z wiatrem dotarł do jego uszu głośny, przerywany huk.
— Co to, u diabła, było?
— Na moje ucho zabrzmiało jak karabin maszynowy — orzekł Speers.
— Jedziemy.
Newman pospiesznie schował list, uruchomił silnik i włączył niebieskiego koguta. Wjechał na drogę i wcisnął w roverze gaz do dechy. Z wyjącą syreną zmuszał do ustąpienia z drogi inne pojazdy i pędził z prędkością stu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę.
W niecałą minutę dotarli na miejsce wypadku. Czerwone mini stało zaparkowane krzywo na poboczu drogi. Dennis Blackmore stał obok, machając do policjantów. Gdy radiowóz zahamował ostro koło mini, Speers ujrzał białą furgonetkę leżącą na boku, częściowo schowaną w przydrożnym rowie. Jeszcze kręciły się jej koła. Na jezdni widać było czarne ślady opon i potłuczone szkło, pokazujące wyraźnie, którędy auto zjechało na pobocze.
Newman i Speers wyskoczyli. Newman podniósł klapę bagażnika, podczas gdy Speers poszedł porozmawiać z Blackmorem.
— Co się stało?
— Właściwie to nie wiem. — Blackmore był wstrząśnięty i oszołomiony. — Dojeżdżałem akurat do furgonetki, gdy nadleciał ten śmigłowiec. Zobaczyłem, jak się opuszcza i zawisa tuż przed furgonetką... to znaczy, poruszał się z tą samą prędkością co samochód. W otwartych drzwiach ujrzałem tam po chwili mężczyznę z karabinem. Widziałem jego czarną brodę. Posłał serię w stronę furgonetki — hałas był ogłuszający. Furgonetka zjechała z drogi, a ja musiałem się nieźle napocić, żeby zapanować nad własnym samochodem. Nie pójdziecie sprawdzić, czy ktoś nie jest ranny?
— Jak tylko ustawimy znaki — odparł mu spokojnie Speers. — Chyba nie chcemy, żeby wydarzył się następny wypadek, prawda? Jeden wystarczy. I niech pan nie wychodzi na jezdnię.
Kiedy Newman pobiegł, by ustawić ostrzegawcze pachołki i niebieską tablicę z napisem POLIC JA-WYPADEK, Speers machał, każąc jechać dalej kierowcom, którzy zwalniali, wiedzeni ciekawością. Dopiero po zabezpieczeniu miejsca wypadku obaj policjanci przebiegli przez jezdnię do furgonetki.
Widząc przednią szybę, Speers od razu się domyślił, że została rozbita przez kule. Newman wspiął się, by zajrzeć przez otwarte okno po stronie pasażera. Widział już sporo wypadków, które powinny go zahartować, ale to było coś innego.
— O Boże! — Obejrzał się na Speersa z twarzą wykrzywioną niemiłosiernie.
— Co jest?
— Chodź i sam zobacz.
Kiedy Newman zszedł, jego miejsce zajął Speers, zaglądając do kabiny. Kierowca został wgnieciony w kąt za swoim siedzeniem przez kolumnę kierowniczą. Głowę miał roztrzaskaną przez kule, a ze zmiażdżonej piersi lała się krew. Speers spostrzegł jednak, że jest zaskakująco stary i dobrze ubrany jak na kogoś, kto jeździ dostawczą furgonetką. Pasażerką była kobieta. Ona z kolei nie krwawiła mocno. Z boku jej głowy widniała tylko zgrabna dziurka. Ciało osunęło się na kierowcę, lecz w ręce wciąż ściskała leżące na kolanach futro. Złoty wisiorek, zawieszony na łańcuszku zapiętym wokół szyi, zjechał na bok i spoczął na klapie żakietu.
Pani Carr rozejrzała się z zadowoleniem po mieszkaniu Sama. Wglądało teraz o wiele porządniej niż rankiem, kiedy tu przyszła. Umyte naczynia ze sterty w zlewie odnalazły swe miejsca w szafkach. Sypialnia i pokój dzienny zostały odkurzone i posprzątane. Biurka pani Carr nie tknęła nawet palcem, choć ją korciło. Sam ostrzegał ją, że pod żadnym pozorem nie wolno jej tam niczego ruszać.
Była typem mateczki — dobrze po sześćdziesiątce, o miłej twarzy i korpulentnej figurze. Nie potrzebowała tak naprawdę pieniędzy, ale była szczęśliwa, mogąc wyświadczyć przysługę takiemu miłemu dżentelmenowi jak młody komisarz. No i można się było dowiedzieć ciekawych rzeczy, pracując dla oficera policji.
Założyła kapelusz, płaszcz i zbierała swoje rzeczy, gdy usłyszała klucz w zamku i w drzwiach stanął Sam. Trzymał pod pachą teczkę z rysunkami.
— Witam, pani Carr. Myślałem, że już tu pani nie będzie.
— Dopiero co skończyłam sprzątać pańską sypialnię.
— Obawiam się, że zostawiłem w niej okropny bałagan.
— Nie gorszy niż zwykle. Przyszło do pana kilka listów. Położyłam na biurku. Nawet go nie tykając, rzecz jasna.
Sam przeszedł przez pokój, wziął do ręki plik kopert i szybko je przejrzał. — Widzę, że jest telegram. Kiedy przyszedł?
— Jakąś godzinę temu. Może mniej.
Pani Carr kręciła się po przedpokoju, gdy Sam rozrywał kopertę. Odkąd tylko przyszedł ten telegram, ciekawość nie dawała jej spokoju. Zobaczyła, jak zmienia się wyraz twarzy młodego komisarza, kiedy go czytał.
— Mam nadzieję, że nic złego się nie stało.
Sam opuścił telegram i patrzył zdumiony. — To od Meg... mojej siostry z Australii. Rodziców nie było w samolocie z Londynu.
— Cóż się mogło stać?
— Nie rozumiem. Sam odwiozłem ich na lotnisko.
Sam przeczytał telegram raz jeszcze, jakby tym razem mógł dowiedzieć się z niego czegoś innego.
— Czy... czy mogę coś dla pana zrobić?
— Nie, nie. Dziękuję, pani Carr.
Wahała się jeszcze chwilę, po czym wzięła torebkę i przeszła przez przedpokój. Usłyszał, jak otwiera drzwi, po czym dobiegł go pomruk głosów. Za moment pani Carr wróciła, a za nią wszedł wyraźnie zmartwiony Bert Sinclair.
— Ma pan gościa.
— O, witaj, Bert! Wejdź. Co cię sprowadza?
Sinclair przystanął niepewnie w drzwiach. Za nim Sam dostrzegł zaniepokojoną twarz pani Carr.
— Sam... Obawiam się, że mam złe wieści.
— Złe wieści? Co to ma znaczyć? Co za złe...?
Sam urwał. Jego wzrok padł na czarną teczkę w dłoni Sinclaira. Miała zamek szyfrowy i wytłoczone inicjały.
Wypij to. Lepiej się poczujesz.
— Powiedz mi jeszcze raz, Bert. Powiedz mi, co się stało.
Pani Carr poszła sobie w końcu, aczkolwiek niechętnie, i dwaj mężczyźni byli sami. Sam siedział w fotelu z głową schowaną w dłoniach. Sinclair musiał wziąć go za rękę i opleść palce wokół szklanki. Wrócił do barku, by nalać drugą porcję whisky, dla siebie. Czuł, że na nią zasłużył.
— Nie wiemy, co się stało tak dokładnie. W jednej chwili furgonetka jechała drogą, a w następnej pojawił się śmigłowiec i — według młodego mężczyzny o nazwisku Dennis Blackmore, który jechał swoim mini — ktoś wystrzelił serię z karabinu maszynowego, a furgonetka nagle zjechała z drogi... Posłuchaj, Sam, pojedź ze mną i przenocuj u mnie w domu, a pogadamy o tym później. Może nawet będę miał wtedy więcej informacji.
— Nie. — Sam ostro pokręcił głową. — Chcę porozmawiać o tym teraz. — Spojrzał na trzymaną w ręku whisky, lecz się nie napił. — Proszę, Bert. Za chwilę dojdę do siebie, obiecuję.
— No dobrze... ale najpierw się napij. Wtedy porozmawiamy.
Sam skinął głową, po czym nagłym gestem wychylił połowę whisky. — A co to było za imię, Bert? To, które wymieniłeś... na furgonetce?
— Mariusz.
— Mariusz?
— Mariusz znad Morza.
— Pierwszy raz słyszę. Co to za firma?
— Nie wiemy. Mieliśmy nadzieję, że ty pomożesz nam ją namierzyć. Nie ma jej w książce telefonicznej, a miejscowa policja też nigdy o niej nie słyszała. — Sinclair wziął łyk ze szklanki, w zamyśleniu obserwując Sama. — Nigdy nie obiła ci się ta nazwa o uszy?
Sam pokręcił głową.
— Jesteś pewny?
— Absolutnie. Ale powiedz mi... co było w tej furgonetce?
— Nic. Była pusta. Może coś było ukryte pod karoserią, nie wiem. Nasi ludzie dokładnie ją sprawdzają, będziemy mieli więcej informacji, ale nieco później. — Sinclair przeszedł i stanął przed fotelem, w którym siedział Sam. — Sam, kiedy ty żegnałeś się z rodzicami na lotnisku, jacy ci się wydali?
— Podekscytowani... ale poza tym najzupełniej zwyczajni.
— Nie zasugerowali w żaden sposób, że być może zrezygnują z podróży?
— Wielkie nieba, skąd!
— A co się stało z ich bagażem?
— Wydaje mi się, że został odprawiony i umieszczony w samolocie. — Sam podniósł głowę. — Choć muszę przyznać, że nie widziałem, by go odprawiano.
— Jak to?
— Była kolejka do odprawy, więc poszedłem na górę, żeby zadzwonić. Spotkaliśmy się w barze jakieś dziesięć minut później.
— I co się wtedy wydarzyło?
— Ojciec dowiedział się, że lot będzie opóźniony, a ponieważ wydawało się bez sensu, żebym tkwił na lotnisku, postanowiliśmy się pożegnać.
Sinclair skinął głową. Podszedł do biurka i wziął do ręki teczkę, którą wcześniej tam położył.
— W furgonetce była ta aktówka. Są na niej inicjały twojego ojca, więc domyślam się, że należała do niego.
— Podarowałem mu ją — potwierdził Sam. — Na urodziny.
— Czy to znaczy, że znasz szyfr?
— Tak... jeśli nie został zmieniony.
Sinclair podał aktówkę Samowi. — Mógłbyś ją otworzyć?
Sam przymknął oczy, by przypomnieć sobie skojarzenie, które naprowadziłoby go na szyfr zamka. Położył teczkę na podłodze i przekręcił sześć fazowanych kółek. Zamek puścił. Sztuka po sztuce wyjmował zawartość i układał na ławie. Były tam dwa paszporty należące do Jasona i Hannah Harvey, okulary przeciwsłoneczne w etui ze sztucznej skóry, egzemplarz Kolacji w zoo autorstwa Sama, pęk kluczy, opakowanie tabletek na niestrawność, mocno zużyta fajka i duża nie zaklejona koperta.
Bert Sinclair podniósł kopertę i obracał ją w dłoniach. Nie znalazł na niej żadnego napisu.
— Widziałeś już kiedyś tę kopertę?
— Nie.
Sinclair podniósł klapkę i wyjął duże błyszczące zdjęcie. Poza nim w kopercie nic nie było. Przyglądał się fotografii z twarzą bez wyrazu, po czym odwrócił ją i pokazał Samowi.
Była to niezwykle ostra, czarno-biała fotka białej furgonetki. Napis z boku wydawał się jeszcze wyraźniejszy niż w rzeczywistości. MARIUSZ ZNAD MORZA.
Od podwójnego morderstwa upłynęły dwa dni. Bert Sinclair siedział za swoim biurkiem, już czwarty raz tego dnia napełniając fajkę. Norman Ferris stał ze zdjęciem furgonetki w dłoni i wpatrywał się w napis, jakby mógł się z niego dowiedzieć czegoś nader ważnego. Sinclair pracował teraz nad sprawą Mariusza znad Morza pełną parą, a pomagał mu komisarz Ronald Bellamy. Wszelkie materiały nie związane ze śmiercią Harveyów znikły z tablicy na jego ścianie i zostały zastąpione przez zdjęcia z miejsca przestępstwa, ujęcia białej furgonetki pod różnymi kątami, wielką, szczegółową mapę okolicy oraz ujęcie z lotu ptaka tego fragmentu drogi, na którym doszło do strzelaniny. Na jego biurku spoczywały meldunki z rozmów przeprowadzonych przez zespół jego śledczych we wszystkich bazach, gdzie można wynająć śmigłowiec, raport z Krajowego Laboratorium Kryminalistycznego w sprawie furgonetki, lista potencjalnych właścicieli z Centralnego Rejestru Pojazdów w Swansea, zeznania naocznych świadków, okolicznych mieszkańców, którzy widzieli helikopter bądź słyszeli strzały.
Helikopter przepadł jak kamień w wodę, wydawał się równie zagadkowy jak furgonetka, która pojawiła się nagle nie wiadomo skąd.
— Przez minione dwie doby nie posunęliśmy się naprzód ani o krok— stwierdził sfrustrowany Ferris. — Kim, u diabła, są ci ludzie? Mariusz znad Morza! Jeśli to jakaś firma, powinniśmy wiedzieć o nich już dosłownie wszystko.
— Ale nikt nic o nich nie wie. Nikt nawet o nich nie słyszał. A oględziny furgonetki praktycznie niczego nie wykazały.
Ferris odłożył zdjęcie na stertę na biurku. — Bellamy na nic nie natrafił?
— Znasz Bellam/ego. — Sinclair machnął ręką na papiery na swoim biurku. — Większość czasu spędza, pisząc notatki służbowe! Ma na tym punkcie fioła. Podejrzewam, że nawet własnej żonie wysyła notatkę, zanim pójdzie z nią do łóżka.
— Nie wiem, dlaczego, u licha, przydzielono go do tej sprawy. On i Sam nigdy się w niczym nie zgadzali. Rozmawiałeś ostatnio z Samem?
— Wpadłem do niego dziś rano.
— I jak on się czuje?
Sinclair wzruszył ramionami. — Chyba w porządku, zważywszy na okoliczności. Wybierał się właśnie do Guildford.
— Do Guildford?
— To tam mieszkali jego rodzice.
— Paskudna sprawa. — Ferris ze współczuciem pokręcił głową.
— To musiał być dla niego cholerny szok.
Rozległo się stukanie do drzwi. Do pokoju wszedł komisarz Bella-my. Obaj obecni mężczyźni zdołali zapanować nad grymasami rozbawienia i nie spojrzeli sobie znacząco w oczy. Bellamy był wysoki, małomówny i miał mroczną, pozbawioną humoru twarz, na której malowało się wieczne niezadowolenie człowieka, który bardzo się stara, a mimo to nigdy nie zostaje nagrodzony, choć we własnym mniemaniu na to zasługuje. Trzymał w ręku formularz notatki służbowej.
— Przepraszam, sir — zaczął, spoglądając nerwowo na Ferrisa.
— Miałem przesłać panu tę notatkę, ale pomyślałem, że lepiej... — Jego chmurna twarz rozpogodziła się na moment. — W końcu na coś trafiliśmy, sir. Furgonetka została skradziona z warsztatu samochodowego w St. Albans.
— Kiedy?
— Jakiś tydzień temu. Należała do sieci pralni chemicznych Drakę and Waters. Mają własny park samochodowy. Ten wóz akurat oddano na rutynowy przegląd. Miał być odebrany tego dnia, gdy został skradziony. Oczywiście ani w warsztacie, ani w firmie nikt nie słyszał o Mariuszu znad Morza.
„Anigrosz" stał na osiedlu domków jednorodzinnych jakieś półtora kilometra od centrum Guildford. Prowadząca przez osiedle uliczka budziła lekko amerykańskie skojarzenia, a to przez wychodzące wprost na drogę ogrody. Klauzula w umowie dzierżawy zabraniała właścicielom stawiania wysokich płotów z drewna i sadzenia wysokich żywopłotów.
Sam Harvey przyjechał z Londynu swoim porsche 911E, rocznik 1973, czekając z rozpoczęciem podróży, aż minie najgorszy poranny ruch. Wjechał na zbudowany w kształcie U podjazd i stanął dokładnie na wprost drzwi. Wysiadł, zamknął samochód i stał, opierając rękę
0 dach. Posesja wydawała się taka pusta. Garaż z boku był zamknięty
1 chociaż zasłonki w oknach nie zostały zaciągnięte, to dom wyglądał na kompletnie opuszczony. Dostawy mleka i gazet zostały najwyraźniej odwołane.
Sam bał się wejść do domu. Jego wzrok powędrował ku drzewu, na którego grubej gałęzi wisiała kiedyś jego dziecinna huśtawka. Dotarło też do niego, że jest^obserwowany z sąsiedniego ogrodu. Przy różanym krzewie stała z sekatorem w ręku atrakcyjna kobieta w średnim wieku. Widząc, że ją zauważył, zawahała się przez moment, po czym podniosła dłoń w nieco nieśmiałym powitalnym geście.
Wchodząc, Sam spodziewał się napotkać opór ze strony sterty korespondencji, jednak drzwi otworzyły się całkiem łatwo. Nie zamknął ich za sobą, tylko przeszedł prosto przez hol.
Drzwi pokoju dziennego były otwarte i wylewało się z nich wpadające przez okna słoneczne światło. Na progu przystanął, ociągając się z wejściem. Mimo woli nawiedziło go wspomnienie tego pokoju w dniu ślubu Meg... Pozbył się go. Ktoś zamordował Jasona i Hannah Harveyów. Sentymenty i emocje nie pomogą mu dowiedzieć się, kto to zrobił.
