Wydawca: Wydawnictwo Galeria Książki Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2014

Złodziejska Magia. Księga Pierwsza. Prawo Milenium ebook

Trudi Canavan  

4.44444444444444 (36)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 694 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Złodziejska Magia. Księga Pierwsza. Prawo Milenium - Trudi Canavan

Pierwszy tom niecierpliwie wyczekiwanej nowej trylogii najpopularniejszej autorki fantasy ostatniego dziesięciolecia!

W świecie, w którym magia napędza rewolucję przemysłową, student archeologii Tyen odkopuje Vellę - księgę, która posiada zdolność odczuwania. Vella, niegdyś młoda czarodziejka zajmująca się introligatorstwem, została zmieniona w pożyteczne narzędzie przez jednego z najpotężniejszych czarnoksiężników wszech czasów. Od tamtej chwili zbiera informacje, między innymi kluczowe wskazówki na temat katastrofy czekającej świat Tyena.

Tymczasem w krainie rządzonej przez kapłanów córce farbiarza Rielle wpajano od dziecka, że używanie magii oznacza okradanie Aniołów. Dziewczyna wie jednak, że ma do tego talent i że w mieście przebywa pewien zdeprawowany człowiek, który chętnie ją nauczy, jak się posługiwać magią – jeżeli tylko odważy się zaryzykować gniew Aniołów.

Nie wszystko jednak jest zgodne z przekonaniami, w jakich wychowano Tyena i Rielle. Ani natura magii, ani prawa ich krajów.

Ani nawet ludzie, którym ufają...

Opinie o ebooku Złodziejska Magia. Księga Pierwsza. Prawo Milenium - Trudi Canavan

Fragment ebooka Złodziejska Magia. Księga Pierwsza. Prawo Milenium - Trudi Canavan

Trudi Canavan

ZŁODZIEJSKA MAGIA

PRAWO MILENIUM

KSIĘGA PIERWSZA

Przełożyła Izabella Mazurek

Wydawnictwo Galeria Książki

Kraków 2014

Tytuł oryginału

Thief’s Magic: Book One of The Millennium’s Rule

Copyright © 2014 by Trudi Canavan. All rights reserved.

Cover © Little, Brown Book Group Limited

Design: Duncan Spilling – LBBG

Images: Lee Gibbons/Tin Moon

Copyright © for the Polish translation by Izabella Mazurek, 2014

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Galeria Książki, 2014

Opracowanie redakcyjne i DTP

Pracownia Edytorska Od A do Z / oda-doz.com.pl

Redakcja

Katarzyna Kierejsza

Korekta

Barbara Turnau

Opracowanie okładki i DTP

Stefan Łaskawiec

Wydanie I, Kraków 2014

ISBN 978-83-64297-24-3

Wydawca: Wydawnictwo Galeria Książki

www.galeriaksiazki.pl

biuro@galeriaksiazki.pl

Opracowanie wersji elektronicznej:

Karolina Kaiser

CZĘŚĆ PIERWSZA TYEN

ROZDZIAŁ 1

Pomarszczone, nieustępliwe palce nieboszczyka niechętnie wypuściły zawiniątko. Wyszarpywanie go z rąk zmarłego człowieka wydawało się Tyenowi pozbawione szacunku, działał więc powoli. Delikatnie uniósł dłoń – poczerniały paznokieć mężczyzny zaczepił się o materiał paczuszki. Tyen dotykał zmarłych w pradawnych grobach tak często, że nie przyprawiali go już o mdłości ani nie wywoływali strachu. Ich wysuszone ciała dawno przestały być źródłem zaraźliwych chorób, a w duchy nie wierzył.

Gdy udało mu się wyswobodzić tajemnicze znalezisko, wyprostował się i uśmiechnął triumfalnie. Zbierając starożytne artefakty, nie był tak bezwzględny jak inni studenci i jego nauczyciel, gdyby jednak nie przywoził niczego z tych wypraw badawczych, nie miałby szans zdobyć tytułu maga archeologa. Siłą woli przysunął bliżej powstały z magii płomyczek.

Materiał paczuszki, podobnie jak skóra pochowanego w grobowcu człowieka, był sztywny i wysuszony. Na pierwszy rzut oka zawiniątko leżało tu w spokoju od około sześciuset lat. Gruba skóra z wiekiem pociemniała, nie było na niej żadnych symboli – żadnych ozdób, szlachetnych kamieni czy metali. Gdy próbował je otworzyć, materiał rozerwał się i coś zaczęło wysuwać się ze środka. Serce przyśpieszyło mu w piersi, gdy złapał przedmiot…

…a potem nieco zwolniło. W rękach nie miał skarbu. Tylko książkę. Nie była nawet wysadzana klejnotami ani ozdobiona złotem.

Oczywiście książki miały potencjalną wartość historyczną, jednak w porównaniu z błyszczącymi skarbami, które wydobyli dla Akademii pozostali dwaj studenci profesora Kilrakera, było to rozczarowujące znalezisko. Po tych wszystkich miesiącach podróży, badań, wykopalisk i obserwacji nie mógł się pochwalić imponującymi rezultatami swojej pracy. W końcu odkopał grobowiec, który nie został jeszcze splądrowany przez hieny cmentarne, i co w nim znalazł? Prostą kamienną trumnę, zwłoki bez ozdób i starą książkę.

Mimo wszystko ci wapniacy z Akademii nie pożałują, że sfinansowali jego wyprawę, jeżeli książka okaże się cennym znaleziskiem. Uważnie się jej przyjrzał. W przeciwieństwie do materiału, w który była owinięta, jej skórzana okładka pozostała miękka. Oprawa była w dobrym stanie. Gdyby przed chwilą nie zniszczył zawiniątka, z którego ją wyjął, oceniłby wiek książki na nie więcej niż sto lat. Nie miała tytułu ani tekstu na grzbiecie. Może wyblakł. Otworzył ją. Na pierwszej stronie nie było widać żadnych słów, więc przewrócił kartkę. Następna także była pusta, a gdy przekartkował książkę do końca, okazało się, że pozostałe strony wyglądają tak samo.

Wpatrywał się w nią z niedowierzaniem. Po co ktoś miałby wkładać w ręce pogrzebanego w grobowcu zmarłego tak starannie owiniętą pustą książkę? Spojrzał na zwłoki, ale nie pomogły mu znaleźć odpowiedzi na to pytanie. A potem coś z powrotem przyciągnęło jego wzrok do książki, wciąż otwartej na jednej z ostatnich stron. Przyjrzał się jej dokładniej.

Pojawił się jakiś znak.

Obok niego utworzyła się ciemna plamka, a potem powstało mnóstwo kolejnych. Rozciągnęły się i połączyły.

Witaj – mówił tekst. Mam na imię Vella.

Tyen wypowiedział słowo, które zszokowałoby jego matkę, gdyby jeszcze żyła. Rozczarowanie ustąpiło miejsca uldze i zaciekawieniu. Książka była magiczna. Choć księgi te z reguły wykorzystywały magię w niewielkim i błahym stopniu, stanowiły taką rzadkość, że Akademia dołączała do swojej kolekcji każdy odnaleziony egzemplarz. A więc ta wyprawa nie poszła na marne.

Co zatem potrafiła ta książka? Dlaczego tekst pojawiał się w niej, tylko gdy była otwarta? Dlaczego miała imię? Na kartce ukazały się kolejne słowa.

Zawsze miałam imię. Kiedyś byłam człowiekiem. Kobietą z krwi i kości.

Tyen wpatrywał się w te słowa. Po jego plecach przebiegł dreszcz, lecz jednocześnie poczuł znajomą ekscytację. Magia czasami potrafiła być niepokojąca. Często była niewytłumaczalna. Podobało mu się, że nie wszystko dało się w niej zrozumieć. Dzięki temu można było wciąż ją odkrywać. I właśnie dlatego postanowił – prócz historii – studiować także magię. W obu dziedzinach można było zyskać sławę.

Nigdy wcześniej nie słyszał o człowieku zamienionym w książkę. Jak to możliwe? – zastanawiał się.

Zostałam stworzona przez potężnego maga – pojawiła się odpowiedź. Wykorzystał moją wiedzę i ciało i z nich mnie stworzył.

Poczuł ciarki na skórze. Książka odpowiedziała na pytanie, które pojawiło się w jego myślach.

To znaczy, że te kartki powstały z twojego ciała? – zapytał.

Tak. Okładkę i kartki zrobiono z mojej skóry. Zszyto je moimi włosami, skręconymi i nawleczonymi na igły stworzone z moich kości, i sklejono klejem z moich ścięgien.

Zadrżał.

Posiadasz świadomość?

Tak.

Słyszysz moje myśli?

Tak, ale tylko gdy mnie dotykasz. Kiedy nie mam kontaktu z żywym człowiekiem, jestem ślepa i głucha, uwięziona w ciemności i nie mam poczucia czasu. Nie można tego porównać nawet do snu. Ani do śmierci. Lata mojego życia po prostu mijają – i przepadają.

Tyen wpatrywał się w książkę. Ciemne słowa na kremowym pergaminie wypełniały już niemal całą stronę. Stronę wykonaną z jej skóry…

Groteskowe, a jednak… pergamin przecież wyrabiano ze skór. Choć te kartki były ze skóry ludzkiej, niczym nie różniły się od tych wykonanych ze zwierzęcej. Były miękkie i przyjemne w dotyku. Książka nie była odpychająca jak stare, wysuszone zwłoki.

I była o wiele ciekawsza. Rozmowa z nią była jak rozmowa ze zmarłym. Jeśli wiekiem dorównywała temu grobowcowi, to znaczy, że znała czasy sprzed pochówku. Tyen uśmiechnął się. Może i nie odnalazł złota i klejnotów, żeby jakoś spłacić swój udział w tej ekspedycji, ale książka mogła to wynagrodzić dzięki historycznej wiedzy.

Dostrzegł kolejne linijki tekstu.

Wbrew pozorom nie jestem przedmiotem.

Może to przez padające na kartki światło, ale tym razem słowa były jakby większe i ciemniejsze od poprzednich. Tyen poczuł, że lekko się rumieni.

Przepraszam, Vello. Zachowałem się niegrzecznie. Zapewniam, że nie chciałem cię urazić. Nie codziennie człowiek ma okazję porozmawiać z książką, więc nie do końca wiem, jak powinienem postępować.

Przypomniał sobie, że przecież była kobietą. Powinien zatem trzymać się zasad etykiety, których go uczono. Choć rozmowy z kobietami bywały diabelnie niebezpieczne, nawet jeśli przestrzegało się wszystkich reguł dobrego wychowania. Nieładnie byłoby zaczynać znajomość od wypytywania o przeszłość. Zasady konwersacji głosiły, że powinien zapytać o jej samopoczucie.

No dobrze… czy miło jest być książką?

Miło, gdy miła jest osoba, która trzyma mnie w dłoniach i czyta – odparła.

A kiedy nikt nie trzyma cię w rękach, nie jest przyjemnie? Rozumiem, że w twoim stanie może to być pewien dyskomfort, choć zapewne dało się go przewidzieć, zanim zostałaś książką.

Przewidziałabym, gdybym wiedziała, jaki los mnie spotka.

Więc to nie ty zdecydowałaś, że zostaniesz książką. Dlaczego twój stwórca ci to zrobił? Za karę?

Nie, choć może dosięgła mnie sprawiedliwość za wygórowane ambicje i próżność. Chciałam zwrócić na siebie jego uwagę i dostałam jej więcej, niż oczekiwałam.

Dlaczego chciałaś, żeby zwrócił na ciebie uwagę?

Był sławny. Chciałam mu zaimponować. Pomyślałam, że przyjaciele będą mi zazdrościć.

I za to zamienił cię w książkę. Jaki człowiek mógłby postąpić tak okrutnie?

Najpotężniejszy mag swoich czasów – Roporien Bystry.

Tyenowi zaparło dech w piersi, a po plecach przebiegł mu dreszcz.

Roporien! Ale przecież on umarł ponad tysiąc lat temu!

W rzeczy samej.

W takim razie masz…

Przynajmniej tyle lat, od ilu on nie żyje. Choć za moich czasów niegrzecznie było komentować wiek kobiety.

Uśmiechnął się.

To nadal jest niegrzeczne – i chyba zawsze tak będzie. Jeszcze raz przepraszam.

Jesteś uprzejmym młodym człowiekiem. Miło mi będzie, jeśli zostaniesz moim właścicielem.

Chcesz, żebym był twoim właścicielem?

Tyen nagle poczuł się nieswojo. Zdał sobie sprawę, że teraz postrzegał książkę jako osobę, a posiadanie kogoś na własność to niewolnictwo – niemoralne i barbarzyńskie praktyki, których zakazano ponad sto lat temu.

Lepsze to niż trwać w zapomnieniu. Książki nie są wieczne, nawet te magiczne. Zatrzymaj mnie. Wykorzystaj. Mogę przekazać ci bogatą wiedzę. W zamian chciałabym tylko, żebyś jak najczęściej trzymał mnie w dłoniach, żebym mogła żyć świadomie.

Nie wiem… Człowiek, który cię stworzył, popełnił mnóstwo złych uczynków – sama zresztą wiesz najlepiej. Nie chcę pójść w jego ślady. Po chwili nasunęła mu się pewna myśl, która przyprawiła go o dreszcz. Wybacz, że mówię tak wprost, ale jego książka – lub jakiekolwiek z jego narzędzi – mogła zostać stworzona w niegodziwych celach. Czy ty jesteś takim narzędziem?

Nie zostałam stworzona do takich celów, ale to nie znaczy, że nie można mnie w ten sposób wykorzystać. Narzędzie staje się złe tylko wówczas, gdy trafi w niepowołane ręce.

To znajome powiedzenie zaskoczyło go, ale i nieoczekiwanie uspokoiło. Lubił je profesor Weldan. Stary historyk zawsze był podejrzliwy wobec magicznych przedmiotów.

Skąd mam wiedzieć, że nie kłamiesz, mówiąc, że nie jesteś zła?

Nie potrafię kłamać.

Naprawdę? A jeśli kłamiesz, mówiąc, że nie potrafisz kłamać?

Sam musisz do tego dojść.

Tyen zmarszczył czoło, zastanawiając się, jak ją sprawdzić, a potem uświadomił sobie, że coś bzyczy mu nad uchem. Uchylił się, po czym odetchnął z ulgą, gdy dostrzegł, że to Żuczek – jego małe mechaniczne stworzenie. Był czymś więcej niż zabawką, a jednak nie nazwałby go swoim zwierzątkiem. Okazał się użytecznym towarzyszem w czasie tej ekspedycji.

Przypominające owada stworzenie wylądowało na jego ramieniu, złożyło opalizujące niebieskie skrzydełka i trzykrotnie zagwizdało. W ten sposób ostrzegało go przed…

– Tyenie!

…Mikiem, jego przyjacielem – także studentem archeologii.

Głos odbił się echem w krótkim korytarzu prowadzącym z zewnątrz do grobowca. Tyen zaklął pod nosem. Rzucił okiem na kartki.

Przepraszam, Vello. Muszę kończyć.

Słyszał zbliżający się do grobowca odgłos kroków. Nie miał czasu wsunąć książki do torby, więc wetknął ją sobie pod koszulę, gdzie wsparła się o pasek jego spodni. Była ciepła – co odrobinę go niepokoiło, skoro już wiedział, że była świadomym przedmiotem powstałym z ludzkiego ciała – nie miał jednak czasu się nad tym zastanawiać. Odwrócił się do drzwi w chwili, gdy Miko pojawił się u wylotu korytarza.

– Nie pomyślałeś, żeby przynieść lampę? – zapytał.

– Nie miałem czasu – odparł drugi student, dysząc. – Kilraker mnie po ciebie przysłał. Pozostali wrócili do obozu, żeby się spakować. Opuszczamy Mailand.

– Teraz?

– Tak. Teraz – zapewnił Miko.

Tyen z powrotem spojrzał na niewielki grobowiec. Choć profesor Kilraker lubił nazywać te zagraniczne wyprawy poszukiwaniami skarbów, pozostali wykładowcy oczekiwali, że studenci dostarczą dowodów także na edukacyjną wartość tych ekspedycji. Gdyby przerysowali niewyraźne dekoracje ze ścian grobowca, nauczyciele mieliby co oceniać. Rozmarzył się na myśl o tych nowych szybkorylcach, dzięki którym co zamożniejsi profesorowie i podróżnicy, samodzielnie finansujący własne wyprawy, zapisywali swoją pracę. Ich cena znacznie przekraczała jego skromne fundusze. A nawet gdyby było inaczej, Kilraker nie zabrałby takich narzędzi na wyprawę, były bowiem ciężkie i kruche.

Tyen podniósł swoją torbę i otworzył klapę.

– Żuczku. Do środka. – Insektoid pomknął do torby po jego ramieniu. Tyen zarzucił sobie pasek przez głowę na ramię i wysłał swój płomień do korytarza.

– Musimy się śpieszyć – rzekł Miko, ruszając przodem. – Tubylcy dowiedzieli się, gdzie kopiesz. Pewnie powiedział im jeden z tych chłopaków, których Kilraker wynajął do przynoszenia jedzenia. Idą tu doliną i grają na tych wojennych rogach, które przy sobie noszą.

– Nie chcieli, żebyśmy tu kopali? Nikt mi o tym nie powiedział!

– Kilraker nie pozwolił. Uznał, że po tych wszystkich swoich badaniach znajdziesz coś imponującego.

Dotarł do dziury, przez którą Tyen przebił się do korytarza, i przecisnął się na zewnątrz. Tyen ruszył za nim, a gdy wygramolił się na jasne popołudniowe słońce, pozwolił, by płomień zgasł. Ogarnął go suchy skwar. Miko wdrapał się po zboczu wykopu. Idący jego śladem Tyen odwrócił się i przyjrzał miejscu swojej pracy. W grobowcu nie zostało nic, co mogłoby się spodobać rabusiom, nie potrafił jednak zostawić go na pastwę robaków, a w dodatku miał poczucie winy, że odkopał grób, który według miejscowych należało zostawić w spokoju. Otworzył umysł i zaczerpnął magii, po czym przesunął skały i ziemię z obu stron z powrotem do wykopu.

– Co ty wyprawiasz? – spytał Miko z rozdrażnieniem.

– Zasypuję go.

– Nie mamy na to czasu! – Miko chwycił go za rękę i pociągnął, po czym obaj spojrzeli w dół na dolinę. Wskazał na coś. – Widzisz?

Stoki doliny były niemal pionowe, a w miejscach gdzie upływający czas skruszył ich powierzchnię, powstały rumowiska tworzące strome zbocza. Tyen i Miko stali właśnie na szczycie jednego z nich.

Dnem doliny gęsiego szli ludzie i przechylając głowy, wzrokiem przeszukiwali górujące nad nimi rumowisko. Jeden z nich uniósł rękę, wskazując na Tyena i Mika. Pozostali zatrzymali się, a po chwili ich pięści powędrowały w górę.

Tyena przeszył dreszcz – po części ze strachu, po części z poczucia winy. Choć mieszkańcy odległych wiosek Mailandu nie byli spokrewnieni ze starożytnym ludem, który chował swoich zmarłych w grobowcach, uważali, że nie należy zakłócać spokoju w miejscach związanych ze śmiercią, by nie budzić duchów. Wyrazili się w tej kwestii jasno, gdy pojawił się tu Kilraker i inni archeolodzy przed nim, ale sprzeciwiali się zawsze tylko werbalnie i dawali do zrozumienia, że niektóre obszary są mniej istotne od innych. Widocznie tubylcy musieli naprawdę się rozzłościć, skoro Kilraker przerwał ekspedycję.

Tyen już otwierał usta, żeby zadać pytanie, gdy ziemia obok niego eksplodowała. Obaj unieśli ręce, osłaniając twarze przed pyłem i kamieniami.

– Możesz nas ochronić? – spytał Miko.

– Tak. Daj mi chwilę… – Tyen ponownie zaczerpnął magii. Tym razem uspokoił powietrze wokół nich. W większości wypadków magia polegała na poruszaniu lub uspokajaniu. Ogrzewanie i schładzanie także było formą poruszania i uspokajania, lecz bardziej intensywną i skoncentrowaną. Gdy kurz opadł za podniesioną osłoną, Tyen dostrzegł, że miejscowi zgromadzili się wokół jaskrawo ubranej kobiety, która była ich kapłanką i magiem. Zrobił krok w ich stronę.

– Oszalałeś? – spytał Miko.

– Co jeszcze możemy zrobić? Jesteśmy w pułapce. Powinniśmy pójść z nimi porozmawiać. Wyjaśnić, że nie…

Kolejna eksplozja, tym razem znacznie bliżej.

– Chyba nie mają ochoty na rozmowy.

– Nie zrobią krzywdy dwóm synom Imperium Lerackiego – przekonywał Tyen. – Mailand wiele zyskuje dzięki temu, że jest jedną z bezpieczniejszych kolonii.

Miko prychnął.

– Myślisz, że wieśniaków to obchodzi? Oni nic z tego nie mają.

– Cóż… Rządcy ich ukarzą.

– Nie sądzę, żeby się tym w tej chwili przejmowali. – Miko odwrócił się i spojrzał na klif, który mieli za plecami. – Nie mam zamiaru stać tu i czekać, żeby sprawdzić, czy blefują. – Ruszył wzdłuż krawędzi zbocza, w miejsce, gdzie stykało się ono z klifem.

Tyen poszedł w jego ślady, trzymając się jak najbliżej, żeby nie rozciągać daleko chroniącej ich obu osłony. Rzuciwszy okiem na ludzi w dole, dostrzegł, że pośpiesznie wdrapują się na zbocze, ale osuwające się rumowisko ich spowalniało. Będąca magiem kobieta szła za nimi wzdłuż dna doliny. Z nadzieją uznał to za dowód, że skoro użyła magii, musiała odejść z miejsca, z którego jej zaczerpnęła, by mieć dostęp do kolejnych jej pokładów. A to by oznaczało, że nie miała takiego zasięgu jak on.

Przystanęła, powietrze przed nią zafalowało i w kierunku ­Tyena wystrzelił impuls. Uświadomiwszy sobie, że Miko wysunął się naprzód, Tyen sięgnął po kolejną porcję magii i rozciągnął osłonę, by ochronić przyjaciela.

Rumowisko eksplodowało w niedużej odległości od jego stóp. Tyen zignorował odbijające się od osłony kamienie i kurz i ruszył pośpiesznie, by dogonić Mika. Przyjaciel dotarł do pęknięcia w ścianie klifu. Znalazł oparcie dla stóp na nierównych ściankach wąskiej szczeliny i chwyciwszy się jej krawędzi, zaczął się wspinać. Tyen odchylił głowę do tyłu. Choć szczelina ciągnęła się wysoko w górę ściany, nie dochodziła do szczytu klifu. W odległości równej mniej więcej wzrostowi trzech ludzi rozszerzała się, tworząc wąską jaskinię.

– To chyba nie najlepszy pomysł – mruknął. Nawet jeśli nie ześlizgną się i nie połamią, albo i gorzej, jaskinia stanie się pułapką.

– To nasza jedyna szansa. Jeśli zejdziemy, złapią nas – odparł zdenerwowany Miko, nie przestając się wspinać. – Nie patrz w górę. W dół też nie. Po prostu się wspinaj.

Choć szczelina była niemal pionowa, jej brzegi tworzyły zagłębienia i nierówności skały, dzięki czemu z łatwością dało się znaleźć oparcie dla dłoni i stóp. Tyen z trudem przełknął ślinę i przerzucił sobie torbę na plecy, żeby nie przygnieść Żuczka do ściany. Zaparł palce rąk i nóg o chropowatą powierzchnię i podciągnął się.

Z początku było łatwiej, niż się spodziewał, wkrótce jednak palce, ramiona i nogi rozbolały go z wysiłku. Powinienem był więcej ćwiczyć, zanim się tu wybrałem. Powinienem był chodzić do jakiegoś klubu sportowego. Po chwili pokręcił głową. Nie, nie ma przecież ćwiczeń, które wzmocniłyby odpowiednie mięśnie – poza samym wspinaniem się po ścianach klifów – a nie słyszałem, żeby któryś z klubów traktował to jako zajęcie rekreacyjne.

Osłona za jego plecami zadrżała pod nagłym uderzeniem. Przekazał do niej kolejną porcję magii, starając się nie wyobrażać sobie siebie rozgniecionego na ścianie klifu niczym robak. Czy Miko miał rację co do miejscowych? Czy ośmielą się go zabić? A może kapłanka po prostu liczyła na to, że Tyen jest dostatecznie dobrym magiem, by odeprzeć jej ataki?

– Prawie jesteśmy! – zawołał Miko.

Ignorując palący ból w palcach i łydkach, Tyen spojrzał w górę i dostrzegł, jak Miko znika w jaskini. Już niedaleko – powiedział sobie. Zmusił obolałe kończyny do wysiłku, prąc w górę, w kierunku dającego bezpieczeństwo cienia. Raz po raz podnosił wzrok – została już tylko odległość równa korpusowi człowieka, a więc jeśli wyciągnie rękę, dosięgnie jaskini. W skale pod dłonią wyczuł wibracje, a od pobliskiej ściany oderwały się odłamki. Znalazł miejsce, w którym zaparł stopę, odepchnął się, chwycił dłonią wystający fragment i wspiął się, czując na twarzy chłodny cień jaskini…

…a potem czyjeś ręce chwyciły go pod pachy i podciągnęły.

Miko nie przestawał ciągnąć, dopóki nogi Tyena nie znalazły się w jaskini. Była tak wąska, że ocierał się ramionami o ściany. Spojrzał w dół i zobaczył, że w grocie nie ma podłoża. Ściany z obu stron po prostu zbliżały się do siebie, tworząc szparę. Miko zapierał buty o ściany po obu stronach.

Taka „podłoga” nie była pozioma. Schodziła w dół, w miarę jak jaskinia się pogłębiała, więc głowa Tyena była niżej od jego nóg. Poczuł, że książka przesuwa się pod koszulą, i próbował ją złapać, ale na przeszkodzie stały mu ręce Mika. Książka spadła w szczelinę. Zaklął i szybko wyczarował płomień. Zatrzymała się daleko poza jego zasięgiem, nawet gdyby miał na tyle chude ramiona, żeby zmieściły się w tej rozpadlinie.

Miko puścił Tyena i ostrożnie się odwrócił, by obejrzeć jaskinię. Nie zważając na niego, Tyen podniósł się, by przykucnąć. Przesunął torbę na brzuch i otworzył ją.

– Żuczku – syknął. Maleńkie urządzenie poruszyło się, a potem pośpiesznie wyszło i wdrapało mu się na ramię. Tyen wskazał na szczelinę. – Przynieś książkę.

Skrzydła Żuczka zabrzęczały potwierdzająco, po czym insektoid z furkotem popędził po ręce Tyena ku szczelinie. Musiał szeroko rozstawić odnóża, by dostosować się do wąskiej przestrzeni, w której zatrzymała się książka. Tyen odetchnął z ulgą, gdy Żuczek maleńkimi szczypcami chwycił jej grzbiet. Kiedy do niego wrócił, Tyen chwycił go wraz z Vellą i wsunął oboje do torby.

– Szybko! Jest tu profesor!

Tyen wstał. Miko spojrzał w górę i przycisnął palec do ust. Cichy, rytmiczny dźwięk odbijał się echem od ścian.

– Jest w aerowozie? – Tyen pokręcił głową. – Miejmy nadzieję, iż wie, że kapłanka ciska w nas głazami, bo inaczej czeka nas bardzo długa droga do domu.

– Jestem pewien, że jest gotowy do walki. – Miko odwrócił się i ruszył dalej wzdłuż pęknięcia. – Myślę, że tędy możemy się wspiąć. Chodź tu i poświeć.

Tyen wstał i podszedł do niego. Szczelina za Mikiem ponownie się zwężała, ale wolną przestrzeń wypełniało rumowisko, tworzące naturalne, nierówne i strome schody. Przez szparę nad ich głowami widać było błękitne niebo. Miko zaczął się wspinać, kamienie jednak usuwały się pod jego ciężarem.

– Już blisko – powiedział, podnosząc wzrok. – Potrafiłbyś mnie unieść?

– Może… – Tyen skoncentrował się na magicznej aurze. Od dawna nikt nie korzystał z magii w tej jaskini. Moc była równomiernie rozproszona i nieruchoma niczym woda w sadzawce w bezwietrzny dzień. I było jej mnóstwo. Nie przywykł jeszcze do tego, że poza miasteczkami i miastami magia była znacznie silniejsza i bardziej dostępna. W przeciwieństwie do metropolii, gdzie napływała nieustannie w stronę najistotniejszych miejsc jej wykorzystania, tu otaczała go i otulała niczym leciutka mgiełka. Wcześniej miał do czynienia z sadzą – pozostałościami po magii, które zalegały wszędzie w miastach, tworząc niewielkie, szybko rozpraszające się plamy. – Chyba się uda – rzekł Tyen. – Gotowy?

Miko przytaknął.

Tyen wziął głęboki wdech. Zgromadził moc i użył jej, by uspokoić powietrze przed Mikiem, tworząc niewielki płaski kwadrat.

– Zrób krok naprzód – poinstruował go.

Miko usłuchał. Tyen wzmocnił pole, by wytrzymało ciężar przyjaciela, i zaczął powoli przesuwać je w górę. Miko rozłożył ręce, by utrzymać równowagę, i zaśmiał się nerwowo.

– Sprawdzę, czy nikt nie czeka tam na górze, zanim wyniesiesz mnie na zewnątrz! – zawołał do Tyena. Ostrożnie wyjrzał przez otwór i uśmiechnął się szeroko. – Droga wolna.

Gdy Miko zszedł z kwadratowego pola, usłyszeli okrzyk dobiegający od strony wejścia do jaskini. Tyen obrócił się i dostrzegł, że do środka wspina się jeden z tubylców. Zaczerpnął magii, by go wypchnąć, ale zawahał się. Upadek mógłby zabić mężczyznę. ­Tyen stworzył więc kolejną osłonę przy wejściu.

Rozejrzawszy się wokoło, wyczuł rysy w magicznej aurze w miejscach, z których pobrał moc. Zaczęły się jednak na nowo wypełniać napływającą magią. Zaczerpnął jej jeszcze trochę, by stworzyć kolejne kwadratowe pole, licząc na to, że miejscowi nie zakłócą jego skupienia, po czym wszedł na nie i skierował je ku górze.

Nigdy nie lubił unosić w ten sposób ani siebie, ani innych. Gdyby stracił koncentrację lub wyczerpała się jego moc, nie miałby czasu na odtworzenie pola. Choć możliwe było przeniesienie człowieka zamiast uspokajania powietrza pod jego stopami, brak skupienia lub przesunięcie poszczególnych części ciała z różnymi prędkościami groziły urazami, a nawet śmiercią.

Tyen dotarł do szczytu pęknięcia i wydostał się na światło słoneczne. Za krawędzią klifu unosiła się pokaźna, wypełniona gorącym powietrzem romboidalna kapsuła – aerowóz. Tyen zszedł z kwadratowego pola na ziemię i pośpiesznie dołączył do stojącego przy krawędzi Mika.

Aerowóz opadał ku dolinie, a olbrzymia kapsuła zasłaniała wiszący pod nią pokład i ludzi, którzy się na nim znajdowali. Mieszkańcy wioski zebrali się u dołu szczeliny, a niektórzy uczepili się ściany klifu. Kapłanka była już w połowie osuwającego się zbocza, teraz jednak skupiła się na aerowozie.

– Profesorze! – krzyknął, choć wiedział, że prawdopodobnie nikt go nie słyszy przez hałasujące śmigła. – Tutaj!

Aerowóz odsunął się od klifu. Kapłanka wykonała jakiś dramatyczny gest, zapewne tylko na pokaz, magia nie wymagała bowiem żadnych efektownych ruchów. Tyen wstrzymał oddech, gdy fala powietrza wystrzeliła w górę, a potem odetchnął, gdy pod aerowozem moc gwałtownie rozproszyła się z głuchym łoskotem, który odbił się echem w dolinie.

Aerowóz zaczął się unosić. Wkrótce Tyen widział już, co się dzieje pod kapsułą. Jego oczom ukazał się wąski pokład, kształtem przypominający kajak, po którego bokach rozciągały się ramiona utrzymujące śmigła, a w tyle znajdował się wachlarzowaty ster. Profesor Kilraker siedział na miejscu pilota na przodzie; jego służący Drem – mężczyzna w średnim wieku – i drugi student Neel stali, trzymając się linowych relingów i wsporników łączących pokład z kapsułą. Wszyscy trzej dostrzegliby jego i Mika, gdyby tylko obrócili się i spojrzeli w ich stronę. Tyen krzyknął i pomachał rękami, nadal jednak patrzyli w dół.

– Wyczaruj jakieś światło albo coś – rzekł Miko.

– Nie zauważą – powiedział Tyen, zaczerpnął jednak magii i stworzył nowy płomień, większy i jaśniejszy od poprzednich, w nadziei że w jaskrawym świetle słońca będzie lepiej widoczny. Ku jego zaskoczeniu profesor odwrócił się i zobaczył ich.

– Tak! Tutaj! – krzyknął Miko.

Kilraker obrócił aerowóz przodem do krawędzi klifu. Śmigła kręciły się z furkotem. Torby i pudła przytroczono po obu stronach pokładu, co świadczyło, że nie było czasu na zapakowanie bagaży do wnętrza. W końcu aerowóz przysunął się do szczytu klifu, niosąc ze sobą powiew znajomych zapachów. Tyen wciągnął woń pokrytego żywicą materiału, polerowanego drewna oraz dymu z fajki i uśmiechnął się. Miko chwycił się rozciągniętych dookoła lin relingu, zanurkował pod nimi i wszedł na pokład.

– Przykro mi, chłopcy – rzekł Kilraker. – Ekspedycja skończona. Nie ma sensu się tu kręcić, skoro miejscowi tak na nas reagują. Przygotujcie się na trochę hałasu. Unosimy się.

Gdy Tyen przerzucił torbę z powrotem na plecy, szykując się do wejścia na pokład, pomyślał o jej zawartości. Nie mógł pochwalić się żadnym skarbem, ale przynajmniej znalazł coś ciekawego. Przeszedł pod liną i usiadł na wąskim pokładzie, zwiesiwszy nogi. Miko usadowił się obok niego. Aerowóz zaczął się pośpiesznie wznosić, kierując dziób w stronę domu.

ROZDZIAŁ 2

Nie sposób było się zamartwiać, lecąc z wiejącym od rufy wiatrem w bezchmurną, piękną noc. Jasne czerwienie i oranże zachodzącego słońca przyniosły kres przekomarzaniom Mika i Neela i zapadła upragniona cisza. Stolica Leracji – Belton – będąca siedzibą Akademii, potrafiła zaskakiwać wspaniałymi zachodami słońca, zawsze jednak skażone były tam dymem i parą.

Tyen wyczuwał tworzącą się przed aerowozem falę dziobową. W przeciwieństwie do fali na wodzie fala w powietrzu tworzyła się nie przez rozsuwanie substancji, lecz przez jej usuwanie. W tym wypadku tą substancją była magia. Pozostawał po niej cień w postaci sadzy, który wlókł się za nimi jak dym. Sadzę trudno było opisać komuś, kto nie potrafił jej wyczuć. To po prostu był brak magii, który posiadał fakturę, gdy był świeży, jak gdyby po magii zostawał osad. Sadza także potrafiła się poruszać – kurczyła się, gdy magia z wolna wypełniała pustkę.

Gdy Tyen ponownie zaczerpnął magii, by napędzić śmigła i ogrzać powietrze w kapsule, z przyjemnością skorzystał z możliwości nieograniczonego korzystania z mocy. Pomyślał, że to miłe uczucie, fizycznie jednak nie było przyjemne. To bardziej jak dreszczyk, gdy wszystko, co się robi, układa się ściśle zgodnie z planem – pomyślał. Jak satysfakcja odczuwana, gdy konstruował Żuczka i inne mechaniczne drobiazgi, które potem sprzedawał, by dofinansować swoją edukację.

Choć kierowanie aerowozem nie było skomplikowane, wymagało skupienia. Tyen wiedział, że to jego magiczne zdolności zagwarantowały mu miejsce w tej ekspedycji, bo dzięki nim profesor Kilraker nie musiał sam sterować aerowozem.

– Robi się chłodno – rzucił Drem.

Służący Kilrakera już wcześniej przeszukał bagaże, uważając, by nic nie spadło z pokładu, i wydobył z nich lotnicze kurtki, kaptury, szaliki i rękawiczki. Tyen z ulgą przyjął fakt, że jego bagaż znajduje się wśród stosu innych i nie zostawiono go w pośpiechu w czasie opuszczania Mailandu.

Ktoś dotknął jego ramienia, podniósł więc wzrok i ujrzał profesora, który kiwnął do niego głową.

– Odpocznij, Tyenie. Posteruję dalej do Palgi.

Tyen przestał pobierać magię, wstał i trzymając się dla równowagi sznurowej poręczy, obszedł Kilrakera, żeby ten mógł zająć miejsce za sterem. Przystanął, zastanawiając się, czy nie spytać profesora, dlaczego pozwolił mu na wykopaliska w miejscu, które budziło sprzeciw mieszkańców Mailandu, ale nie odezwał się. Znał odpowiedź. Kilraker nie dbał o uczucia czy tradycje Mailandczyków. Akademia oczekiwała, że profesor i jego studenci przywiozą skarby, i to było dla niego ważniejsze. Pod każdym innym względem Tyen podziwiał tego człowieka i chciał być do niego podobny, ale przy okazji tej podróży dostrzegł także wady profesora. Właściwie to każdy miał wady. On sam zapewne też miał kilka. Miko zawsze mu powtarzał, że jest taki poprawny w swoim zachowaniu, że aż nudny. Ale to nie znaczyło, że jego czy Kilrakera nie dało się lubić. A przynajmniej taką miał nadzieję.

Miko i Neel usadowili się z nogami dyndającymi swobodnie poza pokładem w jego środkowym, najszerszym miejscu, Drem zaś przysiadł po przeciwnej stronie dla zachowania równowagi – był zaskakująco gibki jak na swój wiek. Tyen zajął miejsce po tej samej stronie co służący, ale w pewnej odległości od niego, po czym zdjął rękawiczki, wepchnął je do kieszeni kurtki i wyjął z torby książkę. Wciąż była ciepła. Może wcześniej tylko mu się wydawało, a teraz po prostu oddawała ciepło, które dostała od Tyena, gdy przyciskał torbę do swojego boku. W ciągu ostatnich godzin niemal przekonał samego siebie, że tylko wyobraził sobie rozmowę z książką, miał jednak nadzieję, że było inaczej.

Powinien oddać ją teraz Kilrakerowi, ale profesor był zajęty, a Tyen chciał najpierw dokładnie ustalić, co znalazł.

– Tyenie – odezwał się Neel. – Miko mówi, że znalazłeś sarkofag w tym grobowcu. Był w nim jakiś skarb?

Tyen spojrzał na książkę.

– Nie było – usłyszał swoją odpowiedź.

– Żadnej biżuterii? Żadnych błyskotek jak te, które znaleźliśmy w tamtych jaskiniach?

– Nie, nic z tych rzeczy. Nieboszczyk musiał być biednym człowiekiem. Wieko trumny nie było nawet rzeźbione.

– Nikt nie chowa biedaków w kamiennych trumnach. Widocznie ktoś się tam włamał. To musi być irytujące, zwłaszcza że straciłeś tyle czasu na ustalenie lokalizacji tego grobowca.

– W takim razie to musieli być bardzo taktowni rabusie – odparował Tyen, pozwalając, by w jego głosie zabrzmiała odrobina poirytowania. – Położyli wieko z powrotem na trumnie.

Miko roześmiał się.

– Raczej mieli poczucie humoru. Albo bali się, że trup będzie ich ścigał, jeśli tego nie zrobią.

Tyen pokręcił głową.

– Na ścianach były ciekawe rysunki. Jeśli kiedykolwiek tam wrócę…

– Nie wiem, czy ktokolwiek tam wróci w najbliższym czasie. Mailandczycy próbowali nas zabić.

Tyen potrząsnął głową.

– Akademia sobie z tym poradzi. Poza tym jeśli tylko przerysuję malowidła i niczego ze sobą nie zabiorę, to może wieśniacy nie będą się sprzeciwiali.

– Niczego nie zabierzesz? Może kiedy zostaniesz bogaty i sam będziesz opłacał swoje ekspedycje. – Sądząc po tonie Neela, przyjaciel nie spodziewał się, że Tyen kiedykolwiek będzie bogaty.

On nie ma z tym problemu. Jest głupi jak but, ale rodzinę ma tak bogatą i wpływową, że zda bez względu na to, jakie będzie miał oceny i jak będzie się starał. Mimo wszystko Neel szczerze interesował się historią i przykładał się do nauki. Uwielbiał sławnych badaczy i postanowił sobie, że porozmawia z którymś z nich, jeśli będzie miał okazję.

Tyen z westchnieniem otworzył książkę. Było już za ciemno, żeby dobrze widzieć kartki, stworzył więc maleńki płomień i zawiesił go w powietrzu nad dłońmi. Stworzenie płomienia wymagało poruszenia drobinek powietrza tak szybko, żeby się rozgrzały i zaczęły spalać. Zmniejszenie go do takich rozmiarów wymagało koncentracji, ale – podobnie jak przy powtarzaniu tanecznych kroków – kiedy już raz się udało, można było skupić się na czymś innym. Przekartkował książkę i z rozczarowaniem stwierdził, że słowa, które pojawiły się w niej wcześniej, zniknęły. Pokręcił głową i już miał ją zamknąć, gdy dostrzegł formujący się rząd liter, coraz dłuższy i zawijający się na stronie. Otworzył książkę szerzej.

Skłamałeś. Przecież znalazłeś mnie.

Zamrugał, ale słowa nie zniknęły.

Nie mieścisz się w ich kategorii „skarbów”. Ale chwileczkę… skąd wiesz? Nie otwierałem cię.

Wystarczy, że ktoś mnie dotyka. Mogę wtedy połączyć się z umysłem tej osoby.

Potrafisz czytać w moich myślach?

Tak. Inaczej skąd bym wiedziała, jak zapisywać słowa w twoim języku?

Czy potrafisz coś w tych myślach zmienić?

Nie.

Mam nadzieję, że nie kłamałaś, twierdząc, że nie potrafisz kłamać.

Nie kłamałam. Poza tym jestem wobec ciebie otwarta w takim samym stopniu, w jakim ty wobec mnie. Muszę przekazać ci każdą informację, o którą mnie poprosisz. Ale oczywiście najpierw musisz wiedzieć, że taka informacja istnieje i że jest we mnie zawarta.

Tyen zmarszczył brwi.

Czułem, że jest jakaś cena za to, że ciebie używam – jak to bywa ze wszystkimi magicznymi przedmiotami.

W ten sposób szybko zdobywam prawdziwe informacje.

W takim razie ja lepiej na tym wychodzę. Możesz posiadać znacznie szerszą wiedzę ode mnie, choć wszystko zależy od tego, jaką wiedzę mieli twoi poprzedni posiadacze. Co w takim razie możesz mi powiedzieć?

Studiujesz historię i magię. Oczywiście nie powiem ci nic na temat ostatnich sześciuset lat, bo spędziłam je w grobowcu, istniałam jednak już wiele wieków wcześniej. Byłam własnością wielkich magów, historyków, ale i filozofów, astronomów, naukowców, uzdrowicieli i strategów.

Serce przyśpieszyło Tyenowi w piersi. O ile łatwiej byłoby zdobywać wiedzę i robić wrażenie na nauczycielach, gdyby miał do dyspozycji taką książkę! Nie musiałby już przesiadywać w bibliotece i uczyć się do późna.

A przynajmniej nie tak często. Vella posiadała wiedzę sprzed przynajmniej sześciuset lat, a od tego czasu wiele się zmieniło. W rozumowaniu i nauce doszło do wielkiej rewolucji. Książka mogła być pełna błędów. Przecież zbierała wiedzę od ludzi, a ludzie – nawet sławni i błyskotliwi – popełniali błędy i udowadniano im pomyłki.

Z drugiej strony jednak gdyby członkowie Akademii mylili się w jakiejś kwestii, to nie mógłby wykorzystać książki, żeby ich przekonać. Przede wszystkim nigdy nie zaakceptują pojedynczego źródła informacji, choćby nie wiadomo jak było wybitne. Nie potraktowaliby jej jako dowód na cokolwiek, dopóki nie ustaliliby, na ile jest dokładna. A potem stwierdziliby, że można ją wykorzystać do ważniejszych celów niż zaspokojenie ciekawości studenta albo pójście na skróty w jego kształceniu.

Twoi przyjaciele i nauczyciel zachowują niektóre odkrycia dla siebie. Dlaczego ty nie miałbyś zatrzymać mnie?

Tyen spojrzał na profesora. Wysokiego i szczupłego Kilrakera z krótko przyciętymi włosami i modnie podkręconym wąsem podziwiali zarówno studenci, jak i współpracownicy. Dzięki swoim przygodom zyskał szacunek w środowisku akademickim i miał na podorędziu wiele opowieści, którymi mógł czarować i imponować. Kobiety go adorowały, a mężczyźni mu zazdrościli. Był idealną reklamą zachęcającą do studiowania w Akademii.

Tyen wiedział jednak, że Kilraker nie jest taki, jakim przedstawiały go krążące o nim legendy. Cynicznie podchodził do swojego zawodu i płynących z niego korzyści dla świata, jak gdyby stracił ciekawość i zachwyt, które pierwotnie przyciągnęły go do archeologii. Teraz przejmował się chyba tylko odnajdowaniem przedmiotów, które mógłby sprzedać lub dzięki którym mógłby zaimponować innym.

Nie chcę być taki jak on – powiedział do Velli. A gdybym cię zatrzymał, pozbawiłbym Akademię niepowtarzalnego i prawdopodobnie istotnego odkrycia.

Musisz zrobić to, co uznasz za słuszne.

Tyen odwrócił wzrok od kartek. Zrobiło się już zupełnie ciemno. Niebo było usiane gwiazdami. Z dala od blasków i smogu dużego miasta były takie błyszczące i liczne. W dole przed nimi widać było już nie niebiańskie, lecz ziemskie linie i skupiska świateł: miasteczko Palgę. Ocenił, że dotrą tam za jakąś godzinę.

Książka – Vella – nawiązała z nim kontakt w myślach już dwukrotnie. Czyżby już wszystko o nim wiedziała? Jeśli tak, to każdy, kto weźmie ją do rąk, także będzie mógł się tego dowiedzieć. Wystarczy tylko ją zapytać. Przyznała, że musi przekazać każdą informację, którą zawiera, każdemu, kto o to poprosi.

Ale co takiego miał do ukrycia? Nic na tyle ważnego, żeby musiał używać książki ostrożnie. Nic, dla czego nie byłoby warto zaryzykować, że inni dowiedzą się o jego wstydliwych sekretach i będą mu z tego powodu dokuczać. Nic, czego nie zamieniłby na wiedzę gromadzoną od wieków przez wielkich ludzi będących właścicielami książki.

Choćby przez „wielkich magów”, o których wspomniała. I przez samego Roporiena. Spojrzał z powrotem na kartkę. Minie jeszcze kilka dni, zanim dotrze do Akademii. Może wybaczą mu, jeśli przez ten czas ją zatrzyma. Kilraker może przecież nie mieć czasu, żeby dokładnie jej się przyjrzeć w podróży. Tymczasem Tyen równie dobrze może jak najwięcej się od niej dowiedzieć.

Wiesz o wszystkim, co robił Roporien?

Nie. Roporien zdawał sobie sprawę, że jeśli mam być solidnym źródłem wiedzy, muszę mieć dostęp do umysłów ludzi, którzy trzymają mnie w dłoniach, ale sam miał tajemnice, których ujawnienia nie chciał ryzykować. Dlatego nie tknął mnie po tym, jak mnie stworzył. Kazał innym zadawać mi pytania, choć nieczęsto musiał to robić.

Bo wiedział już wszystko, co można było wiedzieć?

Nie. Bo silniejszy mag może czytać w myślach słabszego, a Roporien był najpotężniejszym z magów, więc nie potrzebował mnie, by zaglądać w umysły innych. Większość z tych, od których chciał wydobyć informacje, nie próbowała mu ich odmawiać. Przekazywali je z podziwu lub ze strachu.

W głowie Tyena zawirowało, gdy pomyślał o magach, którzy potrafili zaglądać w ludzkie umysły. Musieli być naprawdę potężni.

Ale po co Roporien stworzył książkę, której nie mógł używać?

Ależ on wcale nie musiał mnie dotykać, żeby mnie używać. Każąc dotykać mnie innym, mógł ich uczyć i przekazywać wiedzę dalej.

To niezwykle szlachetne jak na człowieka pokroju Roporiena.

Robił to dla własnych korzyści. Byłam narzędziem, dzięki któremu uczył swoich wojowników sztuki wojennej, pokazywał swoim sługom, jak we wszystkim być najlepszym, i inspirował twórców i artystów, by potem korzystać z magii zrodzonej z ich dzieł.

Magii zrodzonej z ich dzieł? Chwileczkę. Mówisz, że… Chyba nie…?

Że ich kreatywność rodziła magię? Ależ tak.

Tyen wpatrywał się w kartkę z konsternacją.

To zabobony.

Wcale nie.

Zdecydowanie tak. To mit obalony przez najwybitniejsze umysły tego wieku.

Jak go obalono?

Poczuł ukłucie irytacji, gdy zdał sobie sprawę, że nie wie.

Będę musiał się dowiedzieć. Istnieją zapisy na ten temat. Ale… możliwe, że po prostu nie udowodniono, że to prawda, a nie stwierdzono, że tak nie jest.

A zatem musielibyście w to uwierzyć, gdyby ktoś to udowodnił?

Oczywiście. Ale wątpię, czy komukolwiek by się to udało. Odrzucenie prymitywnych przekonań i obaw oraz wiara wyłącznie w to, co można udowodnić, wprowadziły nas we współczesne czasy oświecenia. Gromadzenie i badanie dowodów oraz kierowanie się rozsądkiem doprowadziło do wielu wspaniałych odkryć i wynalazków, które zmieniły ludzkie losy na lepsze.

Masz na myśli na przykład ten aerowóz?

Tak! Aerowozy i aeropowozy. Szynoślizgi i parowce. Maszyny, które produkują wyroby szybciej niż kiedykolwiek – na przykład krosna, które tkają szybciej niż dwudziestu tkaczy naraz, czy maszyny, które drukują tysiące kopii książek w ciągu kilku dni.

Tyen uśmiechnął się na myśl o wszystkim, co zmieniło się na świecie od czasów, w których ostatnio „żyła”. Co by powiedziała na temat postępu ludzkości, zwłaszcza w ciągu ostatniego stulecia? Z pewnością byłaby pod wrażeniem. Przepełniło go uczucie przypominające dumę i nagle zyskał kolejny powód, by nie przekazywać jej jeszcze Kilrakerowi i Akademii.

Musi się dowiedzieć, jak zmienił się świat. Musi zaktualizować swoją wiedzę. Musi jej to przekazać, zanim ją odda. Przecież skoro wciąż wierzyła w przesądy, to Akademia może oświadczyć, że jest źródłem nie tylko niedokładnym, ale i niebezpiecznym.

Znajomy, niepokojący ucisk w żołądku uświadomił mu, że aerowóz zaczyna się zniżać, Tyen podniósł więc wzrok. Palga była już znacznie bliżej. Zamknął książkę i wsunął ją do torby, którą wciąż – od czasu ucieczki przed Mailandczykami – miał przewieszoną przez pierś, po czym pozwolił, by płomień zgasł. Kiedy jednak z wolna schodzili w kierunku małego miasteczka, myśli ­Tyena wypełniała przede wszystkim Vella.

Podejrzewam, że raczej nie będzie rzetelnym źródłem wiedzy, skoro ominęło ją ostatnich sześćset lat postępu i nie wie nic poza tym, co wiedzieli ludzie, z którymi miała kontakt. A jednak dzięki temu stanowi fascynujące narzędzie, które pozwala spojrzeć w przeszłość. W zamian za to, czego mnie nauczy, sprawiedliwie będzie przekazać jej wiedzę, do której przyjęcia została stworzona. Akademię będzie interesowało wyłącznie to, co może od niej dostać, dlatego muszę to zrobić, zanim ją oddam.

Lądowisko w Paldze – podobnie jak w większości miast – leżało na obrzeżach, na otwartej przestrzeni przy głównej drodze. Na trawie spoczywały jeszcze dwa aerowozy, których stygnące kapsuły starannie przyczepiono do pokładów. Gdy Kilraker opuszczał aerowóz na ziemię, Tyen przeszedł na przód po linę dziobową, Drem zaś zanurkował pod relingiem, gotowy do zeskoku. Neel chwycił linę rufową, a Miko został z tyłu.

– To statek Gowela, prawda? – odezwał się Miko, gdy mijali aerowozy, które wylądowały wcześniej.

– Z pewnością. – Kilraker zachichotał. – Miejmy nadzieję, że przybył niedawno, bo inaczej w Zajeździe pod Kotwicą nie będzie już porządnego mroczniaka. Gotowi?

Drem i Miko przytaknęli energicznie.

– Skaczcie! – zakomenderował profesor.

Gdy zeskoczyli na ziemię, opadający aerowóz nagle zwolnił i, przy mniejszym obciążeniu, z powrotem zaczął się unosić. Kilraker spojrzał w górę na kapsułę. Uniosły się klapy, przez które zaczęło się wydostawać gorące powietrze. Wznoszenie stało się wolniejsze, a potem aerowóz znowu powędrował w dół.

– Liny!

Tyen rzucił linę dziobową Dremowi, który złapał ją i naciągnął. Stanowili już zgrany zespół, lądowali bowiem wiele razy w czasie tej ekspedycji. Gdy pokład opadł na ziemię, Tyen zrzucił kołek z zawleczką i za pomocą magii wbił go w podłoże. Drem przeciąg­nął linę przez zawleczkę, Tyen zaś pobiegł na tył pokładu, by Miko zrobił to samo z drugą liną.

Gdy statek został zabezpieczony, Kilraker, Neel i Tyen mogli zejść na ziemię. Profesor zajął się organizacją transportu do hotelu Akademickiego, Drem zaś odwiązywał bagaże.

– To, co trzeba zamknąć na pokładzie, odłóżcie na prawo, a to, co zabieracie do hotelu, na lewo – powiedział, gdy podniósł pierwszy pakunek.

– Na lewo – rzekł Miko. A potem, gdy służący przebierał wśród bagaży, dodał jeszcze: – Pośpiesz się, Dremie. Gowela nie było przez rok. Ma co opowiadać.

– Śpieszę się, jak mogę, młody Miko – odparł Drem. – Przed nami jeszcze wiele godzin, zanim Gowel pozwoli nam pójść spać o jakiejś absurdalnie późnej porze.

– Profesor na pewno zezwoli ci położyć się do łóżka znacznie wcześniej – powiedział Tyen. – Ktoś z nas musi być na tyle przytomny, żeby poderwać to z ziemi jutro rano.

– Chyba raczej jutro po południu – mruknął Drem.

Nim uporządkowali pokład, kapsuła ostygła na tyle, by dało się przywiązać ją z boku. Podjechał do nich powóz do wynajęcia, Kilraker zaś wytargował rozsądną cenę za przejazd. Tyen pomógł Dremowi zapakować bagaże na pokład aerowozu, służący zamknął właz na klucz, a potem wszyscy chwycili swoje torby i ruszyli do powozu.

Kilraker uśmiechał się, gdy wsiadali. Nie może się doczekać wieści od swojego przyjaciela i rywala – pomyślał Tyen. Ciekawe… Może znowu powinien włożyć Vellę pod koszulę. Mogłaby dowiedzieć się czegoś z historii, które dwaj archeolodzy dzisiaj opowiedzą.

ROZDZIAŁ 3

Akademia miała hotele we wszystkich wartych odwiedzenia miastach i miasteczkach Imperium. Choć Palga była za mała, żeby nazwać ją miastem, Tyen nie dziwił się, że i tu znalazł się jeden z nich. Przychylne wiatry sprawiły, że była ulubionym miejscem postoju lotników i żeglarzy, wśród których wielu było absolwentami Akademii.

Zaskoczyły go jednak rozmiary hotelu. Wydawał się przesadnie duży, biorąc pod uwagę wielkość miasteczka, a większość mieszkańców Palgi zatrudniona była jako jego obsługa lub dostawcy. I choć wszystko było tu wzorowej jakości, Kilraker zapewniał, że to Zajazd pod Kotwicą, przybytek po drugiej stronie drogi, był miejscem, gdzie młodsi absolwenci zbierali się na „kropelkę” mroczniaka i przechwalali swoimi podróżami w odległe zakątki Imperium i poza jego granice. Poszukiwacze przygód i zaglądające tam co jakiś czas kobiety – niezwiązani z kręgami akademickimi i pochodzący z innych krajów – także chętnie dzielili się opowieściami.

Gdy Tyen podążał za Kilrakerem i pozostałymi studentami do głównej sali zajazdu, otaczały go hałas i ciepło. Jednocześnie czuł za koszulą książkę, którą ukrył pod kamizelką. Drem nalegał, by wszyscy przebrali się w ubrania, które na co dzień nosili w mieście: koszule, kamizelki, spodnie, kurtki i czapki. Nie mieli ich na sobie, od kiedy minęli Palgę w drodze do Mailandu, ubrali się bowiem wtedy w praktyczne podniszczone spodnie i koszule w brudnych kolorach, a na nie nałożyli ciepłe lotnicze kurtki, ponadto kaptury, szaliki i rękawiczki.

Gdy Kilraker wszedł do sali, zawiesił kapelusz na jednym z rzędu gwoździ wzdłuż najbliższej ściany. Studenci umieścili swoje czapki poniżej jego kapelusza i ruszyli za profesorem ku grupce czterech mężczyzn siedzących przy stole na kozłach. Jeden z mężczyzn podniósł wzrok i na widok wchodzących w jego mocno opalonej twarzy błysnęły zęby.

– Vals! – huknął. – Myślałem, że masz wrócić dopiero za tydzień czy dwa.

– Miałem – odparł profesor, obchodząc stół, by na powitanie poklepać mężczyznę po ramieniu. – Były pewne kłopoty z miejscowymi. Nic, z czym nie poradziłbym sobie sam, ale nie chciałem, żeby chłopcom stało się coś złego. – Spojrzał na Tyena, Mika i Neela. – Tyena Ironsmeltera i Neela Longa już poznałeś, ale młodego Mika Greenbara jeszcze nie. Chłopcy, to słynny poszukiwacz przygód Tangor Gowel.

– Słynny? – Gowel niedbale machnął ręką. – Tylko wśród nam podobnych, gdzie sława znaczy mniej niż przyjaźń. – Wskazał na pozostałych mężczyzn. – Kargen Watchkeep, Mins Speer i Dayn Zo, moi towarzysze podróży. Przyjaciele, to jest Vals Kilraker, profesor historii i archeologii w Akademii. A teraz siadajcie i mówcie, gdzie byliście. – Skinął na przechodzącego kelnera. – Jeszcze cztery szklanki!

– Najpierw ty powiedz, gdzie byliście – odparł Kilraker. – Słyszałem, że przekroczyłeś Niższe Góry Szerokości Geograficznej na Dalekim Południu.

Gowel uśmiechnął się od ucha do ucha, a jego wąsy rozciągnęły się.

– Dobrze słyszałeś.

– Tym małym aerowozem, obok którego przywiązaliśmy swój na lądowisku?

– W rzeczy samej.

– Czy powietrze było rzadsze, gdy przelatywaliście nad górami?

Wszyscy czterej pokiwali głowami.

– Ale znaleźliśmy coś w rodzaju przełęczy. Przejście między szczytami.

– I co jest po drugiej stronie?

Kelner przyniósł szklanki, Gowel zaś nalał hojnie wspaniałego, ciemnego mroczniaka zarówno im, jak i swoim przyjaciołom.

– Dalekie Południe jest takie, jak opisał Odkrywca Lumber – odpowiedział, podając każdemu szklankę. – Dziwne zwierzęta i jeszcze dziwniejsi ludzie. Powietrze jest silnie przepełnione magią, a to, co potrafią za jej pomocą robić… – Na to wspomnienie w jego oczach pojawił się błysk. – Widzieliśmy legendarny Tyeszal, którego nazwę Lumber przełożył jako Strzelisty Zamek. Miasto wykute w wielkiej, wysokiej jak góra skalistej iglicy. Na wiszących platformach przewozi się w górę i w dół ludzi i wszelkie produkty, a wokół latają dzieci, które przenoszą wiadomości i małe przedmioty.

Kilraker upił solidny łyk mroczniaka, nie odrywając oczu od twarzy Gowela.

– A więc nie przesadzał. – Tyen miał wrażenie, że w twarzy profesora drgnęły i napięły się mięśnie, nadając jej przelotnie zazdros­ny wyraz. – A jacy są tubylcy?

– Cywilizowani. Ich król jest przyjazny dla obcokrajowców i otwarty na handel. Ich magowie są dobrze wykształceni i mają niewielką szkołę. Choć technologicznie są za nami daleko w tyle, rozwinęli pewne metody i zastosowania magii, z którymi nigdy wcześniej się nie spotkałem. – Wzruszył ramionami. – Ale mogę się mylić. Jak wiesz, w tych kwestiach nie jestem ekspertem. Tę wyprawę odbyłem nie dla Akademii, ale dla Towarzystwa Tor i Brown, które wysłało mnie na poszukiwanie niewykorzystanych bogactw naturalnych, nowych możliwości handlowych i trasy przez góry.

Kilraker opróżnił swoją szklankę.

– I znalazłeś te bogactwa i możliwości handlowe?

Gowel przytaknął i wyjął z kieszeni kurtki dużą, oprawioną w skórę książkę. Przekartkował ją, oni zaś przelotnie dostrzegli staranne pismo i szkice. Poszukiwacz przygód zatrzymał się, żeby opisać odkryte rośliny i zwierzęta – zarówno te udomowione, jak i dzikie. Otworzył książkę na mapie, gdzie wskazał miejsca zamieszkania różnych ludów, które spotkali. Tyen zauważył linię biegnącą przez łuk gór przy górnej granicy mapy. Czy to tędy podróżowali odkrywcy?

Gdy Gowel skończył, Kilraker przeniósł wzrok z książki na przyjaciela i uśmiechnął się.

– Ale chyba nie tylko to ze sobą przywiozłeś?

– Och, zwyczajne próbki flory i fauny, minerały i wyroby włókiennicze.

– Żadnych skarbów, które mógłbyś sprzedać Akademii?

Gowel pokręcił głową.

– Nic, co obciążyłoby aerowozy.

Profesor mruknął coś, niechętnie przyjmując do wiadomości jego słowa.

– Złoto i srebro są diabelnie ciężkie.

– Wiedza ma większą wartość niż złoto i srebro – odparł Gowel. – Ostatnimi czasy więcej zarabiam na książkach i wykładach niż na skarbach, nawet jeśli Akademia nazywa mnie kłamcą. Może właśnie dzięki tej opinii. – Przeniósł wzrok z Mika na Neela, a potem na Tyena. – Nie pozwólcie, by ta szacowna instytucja ograniczała wasze horyzonty, chłopcy. Wyjdźcie na świat i sami zadecydujcie, co jest folklorem, a co prawdą.

– Wszystko pięknie, gdy ktoś jest taki bogaty jak ty, Gowel – rzekł Kilraker. – Ale większość z nas nie może sobie pozwolić na powrót z pustymi rękami. Musimy wynagrodzić Akademii finansowanie naszych ekspedycji poprzez poszerzanie wiedzy i majątku tej szacownej instytucji. Szczególnie majątku.

– A nie chcemy, żeby wyrzucono nas z Akademii tak jak pana – dodał Neel, posyłając starszemu od siebie mężczyźnie śmiałe spojrzenie, na które może się odważyć tylko człowiek o jego statusie społecznym. Kilraker zachichotał.

Gowel odpowiedział na spojrzenie chłopaka.

– Wbrew temu, co twierdzą plotkarskie gazety, nie zostałem wyrzucony. Zrezygnowałem ze stanowiska.

Neel zmarszczył brwi.

– Dlaczego miałby pan zrobić coś takiego?

Poszukiwacz przygód uśmiechnął się ponuro.

– Kiedyś znalazłem prawdziwy fenomen – przedmiot o niewielkiej wartości pieniężnej, lecz ogromnym magicznym potencjale, który mógłby przynieść korzyści tysiącom ludzi. A Akademia zamknęła go w miejscu, gdzie nikt nie może go zobaczyć ani użyć.

Tyen miał wrażenie, że jego serce na chwilę przystanęło. Czy właśnie tak postąpią z Vellą? Zamkną ją, żeby nikt nie mógł jej tknąć? Byłaby wściekła. Ale przecież gdy Akademia zda sobie sprawę z jej przydatności, ludzie będą przekazywać ją sobie i czytać nieustannie. Ludzie posiadający znacznie szerszą wiedzę niż on i mądrzejsi od niego. Jak mógł im tego odmówić, skoro po to została stworzona?

– Powinienem był zachować ten przedmiot. – Gowel nachmurzył się, Tyen zaś z zaskoczeniem dostrzegł, jak Kilraker kiwa głową. – Słyszałem od Valsa, że leży teraz nieużywany i zapomniany w skarbcu. Akademia jest chciwa i samolubna. Wiedza i cuda tego świata powinny być dostępne dla wszystkich, tak aby każdy mógł się doskonalić, jeśli tego zapragnie – mówił dalej Gowel. – Moim marzeniem jest zbudowanie wielkiej biblioteki w Belton, którą ludzie będą mogli odwiedzać za darmo, żeby uczyć się o świecie i jego cudach.

To było godne podziwu marzenie, dlatego Tyena ukłuło poczucie winy, że chciał zatrzymać Vellę dla siebie. Byłoby to samolubne. Inni także powinni z niej skorzystać. Jeśli jednak Akademia potraktuje ją tak samo jak przedmiot, który odnalazł Gowel, to czy ktokolwiek będzie miał okazję jej użyć? I choć słowa Kilrakera o odpłaceniu Akademii za ekspedycje przypomniały mu o kolejnym powodzie, dla którego powinien ją oddać, to czy takie zachowanie dla zyskania lepszych ocen nie będzie tak samo egoistyczne?

Cokolwiek zrobi, najpierw powinien uaktualnić informacje, które zawierała. I zastanowić się, czy rzeczywiście zawsze mówiła prawdę. To zwiększyłoby prawdopodobieństwo, że Akademia uzna ją za cenny przedmiot wart wykorzystania, a tego Vella by chciała, skoro została stworzona, by gromadzić wiedzę. Tyen zyskałby także czas na podjęcie decyzji.

Im dłużej zachowa książkę, tym gorsze sprawi wrażenie, gdy w końcu ją odda, musi więc pracować szybko i wykorzystywać każdą chwilę, by przekazać jej swoją wiedzę. Oczywiście samo oznajmienie jej, że myli się w jakiejś sprawie, nie wystarczy, żeby zmienić informacje, które zawierała. Opierała się, gdy próbował ją poprawiać w kwestii związku kreatywności z magią. Potrzebowała dowodów, by uznać swą pomyłkę. A do chwili gdy przekaże ją Akademii, musi być w stanie wykazać, że jej wiedzę można korygować.

Rozejrzał się, mając ochotę zacząć już teraz. Książka przyciągnęłaby przedwczesną uwagę, gdyby wyjął ją i zaczął czytać w zajeździe. Gdyby jednak wrócił do hotelu, miałby wiele godzin do powrotu pozostałych. Miko i Neel będą zdumieni, że na własne życzenie traci opowieści Gowela – nie wspominając o darmowym mroczniaku – ale to był długi, pełen wrażeń dzień, który częściowo spędził na sterowaniu aerowozem, więc uwierzą mu, gdy powie, że jest zmęczony. Opróżnił szklankę, odstawił ją i ziewnął.

– Przepraszam – rzekł – ale pójdę się położyć.

Pozostali studenci wpatrywali się w niego zaskoczeni, lecz Kilraker pokiwał głową ze współczuciem.

– To był długi dzień. Może wszyscy powinniście…

– Ja czuję się świetnie – oświadczył Neel. – W ogóle nie jestem zmęczony.

Miko wyprostował się i zgodnie pokiwał głową. Obaj spojrzeli na Tyena z ukosa.

Tyen zawahał się, jak gdyby ich drwiny prawie go przekonały, po czym pokręcił głową.

– Jutro jako pierwszy prowadzę aerowóz – odpowiedział cicho. Wstał i uprzejmie skinął głową Gowelowi i jego towarzyszom, potem Kilrakerowi, a później wziął swoją czapkę i schodami w górę wyszedł przez główne drzwi.

Wymknął się na zewnątrz i przeszedł na drugą stronę drogi. W hotelu Akademickim było spokojnie; dwóch starszych mężczyzn czytało gazety w holu, kręciło się niewielu pracowników. Tyen pośpiesznie wszedł po schodach do sali sypialnej, którą dzielił z pozostałymi studentami. Choć umeblowano ją skromniej niż apartament Kilrakera, była znacznie ładniejsza niż pokój, w którym mieszkał z Mikiem w Akademii.

Zdjął bagaże z łóżka, które zajął, gdy tu przyjechali, po czym ściągnął buty. Oparł się plecami o wezgłowie i wyłowił Vellę zza koszuli. Otworzył ją na pierwszej stronie i zaczekał na pojawienie się liter.

Witaj, Tyenie.

Mam kilka godzin, zanim wrócą pozostali. Mogę cię o coś spytać?

Oczywiście. Zostałam stworzona, by odpowiadać na pytania.

Od czego by zacząć? Mam ich tak wiele. Skąd pochodzisz? Kim byłaś, zanim stałaś się książką? Dlaczego Roporien cię wybrał? Jak cię stworzył?

Najlepiej zadawaj po jednym pytaniu. Każde kolejne unieważnia poprzednie.

Wybacz, proszę. A zatem… Skąd pochodzisz?

Urodziłam się w mieście Ambarlin w kraju Amma, w świecie Ktayl.

W świecie Ktayl? Chcesz powiedzieć, że istnieją inne światy?

Tak.

Ile ich jest?

Tego nikt nie wie. Nawet wielki Roporien nie wiedział.

Czyli wiele.

Tak.

Tyena przeszył dreszcz emocji. Na temat teorii istnienia innych światów często debatowano w Akademii. Wiele źródeł historycznych wspominało o światach innych niż ten, w którym żyli, ale nikt nie był w stanie fizycznie tego udowodnić. Niektórzy szanowani uczeni w to wierzyli. Zawiązali Stowarzyszenie Innoświatowców, grupę, z której się naśmiewano, ale nie tak otwarcie i drwiąco jak z innych równie dziwnych stowarzyszeń.

Potrafisz udowodnić, że inne światy istnieją?

Mogę cię nauczyć, jak pomiędzy nimi podróżować, jeśli masz dość sił albo – jak to nazywasz – zasięgu.

Jego serce zaczęło walić jak oszalałe. Badanie innych światów… byłby sławniejszy od Gowela.

Jak dużego zasięgu potrzebuję?

To zależy od ilości magii, jaką zawiera w sobie ten świat. Na podstawie tego, co do tej pory widziałam w twoim umyśle, wątpię, czy poradziłby sobie z tym ktokolwiek oprócz najpotężniejszych magów.

Serce zamarło Tyenowi w piersi. Wiedział, że jego zasięg jest dobry, ale z pewnością istniało wielu magów o większych zdolnościach.

Czy mogłabyś udowodnić istnienie innych światów, nawet gdyby mój zasięg nie pozwalał mi się do nich przenieść?

Biorąc pod uwagę, że nie chcesz uwierzyć w to, że kreatywność rodzi magię – wątpię.

Cicho zaśmiał się na te słowa.

Powiedz mi coś więcej o sobie. Jak spotkałaś Roporiena?

Kiedy byłam jeszcze młoda – ale już dorosła – udałam się do Uff, wielkiego miasta, do którego zjeżdżali artyści i pisarze z całego Ktayl. Zajęłam się magicznym składaniem książek, a moje towary szybko zyskały takie zainteresowanie, że stałam się sławna i zamożna.

Dzięki składaniu książek?

Tak. Moje książki były nie tylko piękne; wykorzystywałam też w nich magię w nowatorski sposób, by ukazywać, przechowywać i ukrywać ich treść. Potrafiły świecić, żeby można było czytać w ciemności. Potrafiły dzięki magii być trwalsze. Miewały magiczne zamknięcia albo stawały w płomieniach, gdy znalazły się za daleko od właściciela. Wśród moich klientów były bogate i wpływowe osoby: magowie, wzięci artyści, intelektualiści, bogacze i liczący się ludzie, a nawet członkowie rodzin królewskich. Właśnie tak dowiedział się o mnie Roporien. Zobaczył jedną z moich książek i uświadomił sobie, że posiadam wiedzę, której jemu brakuje, przyszedł więc do mnie, by poznać moje sekrety.

A ty nie chciałaś mu ich przekazać?

Ależ nie! Słyszałam o Roporienie, jak każdy, kto obracał się we wpływowych kręgach. Tylko głupiec nie spełniłby jego życzenia. Skoro i tak potrafiłby wyczytać to w moich myślach, nie było sensu próbować niczego ukrywać. Moim błędem była duma. Podszedł do mnie pewnego wieczoru, gdy siedziałam z przyjaciółmi. Wszyscy na swój sposób byli artystami. Zauważyłam, że wywołał w nich strach, ale i zrobił na nich wrażenie. Chciałam się popisać i udowodnić, że ja się nie boję, więc zaprosiłam Roporiena do domu. Przyjął zaproszenie.

Ale bałaś się? – domyślił się Tyen.

Odrobinę. Był jednak bardzo przystojny, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Później dowiedziałam się, że potrafił zmieniać wygląd i uwydatniać cechy, które podobały się w nim danej kobiecie. Mówiło się, że zawsze cenił artystów ze względu na to, co nazywasz zabobonami.

Tyen jeszcze raz przeczytał dwa ostatnie akapity.

Chcesz powiedzieć, że…?

Że został moim kochankiem? Tak.

Wpatrywał się w książkę, żeby przypomnieć sobie, że rozmawia z powiązanymi ze sobą kartkami, a nie z dorosłą kobietą z krwi i kości. Czy przez to było mu łatwiej zaakceptować to, co mu powiedziała, i nie myśleć o niej źle? Nie był pewien. Żyła w innych czasach i w innym miejscu – w całkiem innym świecie, jeśli to rzeczywiście prawda. Może w tamtym miejscu i czasie akceptowano takie zachowanie wśród szanowanych kobiet.

Nie było skandaliczne, jak oceniono by je w obecnych czasach i w tym miejscu. Ale było głupie.

Bo przez to zamienił cię w książkę?

Nie bezpośrednio. Ale niebezpiecznie jest przebywać z kimś, kto żyje od tak dawna, że życie i uczucia innych zupełnie się dla niego nie liczą.

On był… zaprosiłaś do łóżka starca?

Tak, ale nie takiego, jak ci się wydaje. Roporien miał kilkaset lat, lecz – podobnie jak wielu niestarzejących się – miał ciało mężczyzny w kwiecie wieku.

Niestarzejących się? Ale przecież zapisy historyczne wspominają o nim na przestrzeni zaledwie pięćdziesięciu lat.

To ten świat odnalazł w okresie ostatnich pięćdziesięciu lat swojego życia. Tak jak mówiłam, istnieje jeszcze wiele innych światów. Nawet człowiek tak wiekowy jak Roporien mógł odkryć kolejne.

Tyen chciał zadać więcej pytań o Roporiena, lecz zarazem nie chciał odbiegać od historii Velli.

To co takiego sprawiło, że zamienił cię w książkę?

Pokazałam mu książki, które sama zrobiłam. Był wśród nich także jeden z moich ostatnich egzemplarzy, który pozwalał na pisanie za pomocą myśli. Ale tworząc go, doznałam kolejnego olśnienia i dostrzegłam sposób na to, by takie pismo było niewidoczne dla czytelnika, dopóki ten nie zmusi go siłą woli, by się pojawiło. Był pod wrażeniem. Rankiem, gdy wstałam, uważnie przyglądał się tej książce. Uniósł mnie i położył na stole, ale za późno zdałam sobie sprawę, że nie miał zamiaru się ze mną kochać. Zaczął tworzyć własną książkę, wykorzystując moje ciało jako jedyne źródło materiałów.

Tyen zadrżał.

Zabił cię.

Nie jestem martwa.

Ale nie jesteś też istotą z krwi i kości. Chyba nie cieszysz się z tego, co ci zrobił?

Nie cieszę się, ale nie jestem też z tego powodu nieszczęśliwa.

Byłaś młoda, bogata i zapewne także piękna. A on ci to wszystko odebrał. Ja byłbym wściekły!

Czułabym się inaczej, gdybym miała całe ciało, za którego pomocą mogłabym to wyrazić. Wiem, że to, co mi zrobił, było okrutne i niesprawiedliwe. Mam świadomość, że nie posiadam ciała. To trochę tak jak osoba po amputacji odczuwa brak kończyny. Ale nie mając ciała, nie mogę wściekać się ani martwić.

Czujesz ból?

Nie. Nie czuję go od chwili rozpoczęcia transformacji.

Od chwili jej rozpoczęcia.

Czyli była raczej bezbolesna?

Tak. Łatwiej było znieść jego zabiegi, gdy zablokował ból.

Jak on… albo nie, nie chcę wiedzieć.

Chcesz, ale boisz się, że urazi mnie twoje obrzydzenie albo że wspomnienia sprawią mi ból. Nie przeszkadza mi to. Pamiętaj, że nie odczuwam emocji.

Tyen spojrzał na otwartą książkę leżącą w jego dłoniach i po raz pierwszy zauważył elegancję w charakterze pisma. Wezbrał w nim smutek. Nie prosiła, by zamieniono ją w książkę. Skoro nie czuła emocji, straciła nie tylko umiejętność odczuwania strachu czy odrazy, ale też miłości i nadziei. Może i żyła nawet tysiąc lat, ale nie jako pełnowartościowy człowiek.

Usłyszał znajomy śmiech gdzieś za drzwiami i westchnął. Zamknął książkę i wsunął ją do torby.

Lepiej, żeby Akademia dobrze cię potraktowała, Vello – pomyślał. Przeszłaś zbyt wiele, żeby zakończyć swój żywot jako nieświadomy przedmiot, z wolna niszczejący w zapomnianym kącie skarbca.

ROZDZIAŁ 4

W ciągu nocy spędzonej w Paldze bryza, która pomogła im wydostać się z Mailandu, przerodziła się we wściekły wicher. Popychał on aerowóz naprzód gwałtownymi podmuchami, z powodu których musieli chodzić po pokładzie w rozkroku i mocno się trzymać, jak na grzbiecie jakiejś nieposkromionej bestii. Lecieli najniżej, jak się dało, na wypadek gdyby trzeba było pośpiesznie lądować, ale przez to musieli uważać na przeszkody.

Przynajmniej wicher wiał w odpowiednim kierunku. Kilka razy Kilraker zastanawiał się, czy nie wylądować i nie przeczekać tej pogody, ale zaletą tak silnie wiejącego przychylnego wiatru było skrócenie czasu podróży z kilku tygodni do niespełna jednego. A te porywy mogły utrzymać się przez wiele dni.

Nie mieli jednak odwagi przy takiej pogodzie przelecieć nad Północnymi Równinami, kiedy więc dotarli do miasta Widport, leżącego na Zachodnim Kontynencie najbliżej wyspy Leracji, zaszyli się tam do czasu przybycia parowca. Gdy znaleźli się na jego pokładzie, przez trzy nieznośne dni Tyen, Miko i Neel na zmianę pełnili wartę przy pozostawionym w ładowni aerowozie, zanim dotarli na Lerację.

Stamtąd udali się szynoślizgiem niedawno wydłużoną ze wschodu na zachód linią w bardziej cywilizowany, ostatni etap podróży do domu. Choć nie okazał się tak ekscytujący jak lot, szynoślizg był najszybszym i najwygodniejszym środkiem transportu, jaki wynaleziono w ostatnim stuleciu. W dodatku także najsolidniejszym, nie powstrzymywały go bowiem sztormy, które były tak groźne dla aerowozów i parowców.

Następnego popołudnia wjechali na stację Wschód–Zachód. Gdy Kilraker nadzorował przenoszenie aerowozu za pomocą żurawia z platformy towarowej na czekający na stacji długi wóz, ­Tyen przysłuchiwał się dudnieniu deszczu o szklany dach wysoko nad głową i nie mógł się zdecydować, czy czuje ulgę, czy rozczarowanie z powodu powrotu. Tęsknił za prostymi wygodami pokoju, który zajmował w Akademii, skoro jednak już wrócił, powinien oddać Vellę.

Czy mógł odwlec tę chwilę? Od opuszczenia Palgi nie miał zbyt wielu okazji, by porozmawiać z książką, a jeszcze tyle chciał jej przekazać, zanim będzie musiał ją oddać.

O ile w ogóle ją odda.

Podskoczył, gdy ktoś klepnął go w ramię.