Wydawca: Wydawnictwo Galeria Książki Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2014

Nowicjuszka. Księga II Trylogii Czarnego Maga ebook

Trudi Canavan  

4.62162162162162 (37)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 680 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nowicjuszka. Księga II Trylogii Czarnego Maga - Trudi Canavan

Imardin to miasto ponurych intryg i niebezpiecznej polityki, gdzie władzę sprawują ci, którzy obdarzeni są magią. W ten ustalony porządek wtargnęła bezdomna dziewczyna o niezwykłym talencie magicznym. Odkąd przygarnęła ją Gildia Magów, jej życie zmieniło się nieodwracalnie - na lepsze czy gorsze? Sonea wiedziała, że nauka w Gildii Magów nie będzie łatwa, ale nie przewidziała niechęci, jakiej dozna ze strony innych nowicjuszy. Jej szkolnymi kolegami są synowie i córki najpotężniejszych rodów w królestwie, którzy zrobią wszystko, żeby poniosła klęskę - nie licząc się z kosztami. Niemniej przyjęcie opieki Wielkiego Mistrza Gildii może dla Sonei oznaczać jeszcze marniejszy los. Albowiem Wielki Mistrz Akkarin skrywa sekret znacznie czarniejszy niż jego szaty.
Nowicjuszka to drugi tom znakomitej nowej trylogii fantasy, skrzącej się od magii, akcji i przygód, będącej dziełem jednej z najciekawszych nowych autorek fantastyki.

Opinie o ebooku Nowicjuszka. Księga II Trylogii Czarnego Maga - Trudi Canavan

Fragment ebooka Nowicjuszka. Księga II Trylogii Czarnego Maga - Trudi Canavan

TRUDI CANAVAN

NOWICJUSZKA

KSIĘGA DRUGA TRYLOGII CZARNEGO MAGA

Przełożyła Agnieszka Fulińska

Wydawnictwo Galeria Książki

Kraków 2013

Tytuł oryginału: The Novice. The Black Magician Trilogy: Book Two

Copyright © 2002 by Trudi Canavan. All rights reserved

Copyright © for the Polish translation byAgnieszka Fulińska, 2008

Copyright © for the Polish edition byWydawnictwo Galeria książki, 2009

Autor ilustracji: Steve Stone/Artist Partners LTD.

Opracowanie graficzne okładki na podstawie oryginału: Patryk Lubas

Projekt układu typograficznego i skład: Robert Oleś / d2d.pl

Opracowanie graficzne mapek i przygotowanie do druku okładki:Elżbieta Totoń / D2d.pl

Redakcja:

Małgorzata Poździk

Korekta:

Małgorzata Pasz / d2d.pl

Małgorzata Poździk / d2d.pl

ISBN: 978-83-62170-72-2

Wydawca:Wydawnictwo Galeria Książki

www.galeriaksiazki.pl

biuro@galeriaksiazki.pl

Dedykuję tę książkę mojej matce, Irene Canavan, która zawsze powtarzała mi, że ciężką pracą i determinacją mogę osiągnąć wszystko, czego tylko zapragnę.

PODZIĘKOWANIA

Oprócz tych wszystkich, którym dziękowałam w Gildii Magów, chciałabym wyrazić moją wdzięczność jeszcze kilku osobom:

Rodzinie i przyjaciołom, którzy poświęcili swój czas, by tak szybko przeczytać i poddać krytyce tę książkę – Mamie i Tacie, Yvonne Hardingham, Paulowi Marshallowi, Anthony’emu Mauriksowi, Donnie Johansen, Jenny Powell, Sarze Creasy, Paulowi Potiki.

Jackowi Dannowi, który z entuzjazmem i zapałem wydał Gildię Magów. Justinowi Ackroydowi, który udostępnił mi swą księgarnię, a także Julianowi Warnerowi i pracownikom Slow Blass Books, którzy mnie wspierali.

Fran Bryson, mojej wspaniałej agentce. Lesowi Petersenowi, autorowi kolejnej znakomitej okładki. A także zespołowi redakcyjnemu w HarperCollins, który zmienia moje opowiastki w naprawdę ciekawe książki.

Pierwszą część Nowicjuszki napisałam w ramach stypendium Eleanor Dark Foundation w Varuna Writers’ Centre. Dziękuję więc Peterowi Bishopowi i zespołowi z Varuny za trzy tygodnie inspiracji i twórczych uwag.

Przede wszystkim jednak pragnę podziękować wszystkim tym, którzy pisali do mnie e-maile z pochwałami Gildii Magów! Świadomość, że dałam wam kilka godzin wytchnienia i relaksu, sprawia mi ogromną radość.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział 1 Ceremonia Przyjęcia

Każdego roku w czasie kilku tygodni lata niebo nad Kyralią przybierało błękitną barwę, a słońce prażyło niemiłosiernie. Ulice Imardinu pokrywał kurz, maszty statków kołyszących się w Przystani wyginały się w upalnej mgiełce. Mężczyźni i kobiety kryli się w domach, wachlując się i popijając soki, lub też – w najpodlejszych częściach slumsów – wlewając w siebie galony spylu.

W Kyraliańskiej Gildii Magów te upalne dni oznaczały, że nadszedł czas wielkiej uroczystości: zaprzysiężenia letniej grupy nowicjuszy.

Sonea, krzywiąc się, poprawiała kołnierzyk sukienki. Zamierzała włożyć proste, ale doskonale uszyte ubranie, które nosiła, mieszkając w Gildii, Rothen jednak uparł się, że na Ceremonię Przyjęcia potrzebuje czegoś bardziej eleganckiego.

– Nie przejmuj się, Soneo – zaśmiał się. – Wkrótce będzie po wszystkim i będziesz musiała nosić szatę. Jestem pewien, że szybko ci się znudzi.

– Nie przejmuję się – odparowała mu z irytacją Sonea.

W oczach Rothena błysnęło rozbawienie.

– Naprawdę? Ani trochę się nie denerwujesz?

– To przecież nie zeszłoroczne Przesłuchanie. Wtedy to się strachałam.

– Strachałaś się? – Mag uniósł brwi. – Ty się denerwujesz, Soneo. Nie użyłaś podobnego słowa od tygodni.

Sonea westchnęła cicho. Od pamiętnego Przesłuchania sprzed pięciu miesięcy, kiedy to Rothen uzyskał prawo do opieki nad nią, pobierała u niego nauki konieczne do wstąpienia na Uniwersytet. Teraz potrafiła już bez niczyjej pomocy czytać większość książek z biblioteczki swego nauczyciela, a jej umiejętność pisania była – jak określił to Rothen – „znośna”. Miała jeszcze trudności z matematyką, ale zafascynowały ją lekcje historii.

Przez cały ten czas Rothen upominał ją, ilekroć użyła słowa, w którym pobrzmiewała gwara slumsów, i nieustannie kazał jej tak układać zdania, by wysławiała się jak dama z jednego z potężnych Domów Kyralii. Ostrzegał ją, że nowicjusze nie będą zbyt wyrozumiali wobec jej przeszłości i że jeszcze pogorszy swoją sytuację, jeśli każdym słowem będzie im przypominać o swym pochodzeniu. Tym samym argumentem posłużył się, by przekonać ją do włożenia sukni na Ceremonię Przyjęcia, ale choć Sonea doskonale wiedziała, że nauczyciel ma rację, nie poprawiało jej to nastroju.

Gdy doszli do bramy Uniwersytetu, jej oczom ukazał się rząd powozów. Przy każdym stali wyprostowani lokaje, odziani w barwy Domu, któremu służyli. Na widok Rothena wszyscy skłonili głowy.

Sonea wpatrywała się w powozy i czuła, jak coś ściska jej żołądek. Wcześniej widywała już podobne karety, ale nigdy w takiej liczbie. Wszystkie były z polerowanego drewna, rzeźbione i malowane w skomplikowane wzory, u każdej zaś pośrodku drzwiczek znajdował się inkal – kwadratowy znak wskazujący na przynależność do określonego Domu. Sonea rozpoznała inkale Paren, Arran, Dillan i Saril – jednych z najbardziej wpływowych w Imardinie.

Będzie pobierała nauki wraz z synami i córkami z tych Domów.

Czuła, jak na samą tę myśl serce podchodzi jej do gardła. Co oni sobie o niej pomyślą, o pierwszej od stuleci Kyraliance spoza Domów, która wkracza w ich świat? Mogą przecież być tego samego zdania co Fergun – mag, który pół roku wcześniej usiłował zapobiec jej wstąpieniu do Gildii. Uważał on, że tylko dzieci pochodzące z Domów powinny uczyć się magii. Posunął się nawet do szantażu: zamknął w lochu jej przyjaciela, Cery’ego, by wplątać ją w swe podłe plany. Uknuta przez niego intryga miała bowiem przekonać Gildię, że Kyralianie z niższych warstw pozbawieni są wszelkich zasad i pod żadnym pozorem nie można powierzyć im wiedzy magicznej.

Knowania Ferguna zostały jednak udaremnione, a on sam przebywał teraz w odległej twierdzy. Sonea nie sądziła, że jest to bardzo sroga kara za grożenie jej przyjacielowi śmiercią, wątpiła też, by mogła ona odstraszyć innych od podobnych prób.

Mimo wszystko miała nadzieję, że niektórzy nowicjusze okażą się podobni do Rothena, któremu nie przeszkadzał fakt, że kiedyś mieszkała i pracowała w slumsach. Poza tym byli jeszcze przybywający do Gildii nowicjusze z innych krain, im może łatwiej będzie zaakceptować dziewczynę z nizin społecznych. Vindoni to sympatyczny lud. Sonea słyszała też, że wśród Lanów nie ma zróżnicowania na wyższe i niższe klasy. Dzielą się oni na plemiona, a mężczyźni i kobiety zyskują status poprzez próby odwagi, sprytu i mądrości. Niestety, nie potrafiła ocenić, jakie przypadłoby jej miejsce w ich społeczności.

Podniosła wzrok na Rothena, przypominając sobie wszystko, co dla niej zrobił, i nagle zalała ją fala czułości i wdzięczności. Niegdyś na samą myśl o tym, że mogłaby być tak zależna od maga, ogarnąłby ją lęk. Dawniej nienawidziła Gildii i po raz pierwszy bezwiednie, w gniewie użyła swej mocy, ciskając kamieniem właśnie w maga. Później, kiedy magowie jej szukali, była przekonana, że chcą ją zabić, poprosiła więc o pomoc Złodziei, a ci zawsze żądają wysokiej ceny za swe usługi.

Gdy jej moc wymknęła się spod kontroli, magowie przekonali Złodziei do wydania jej w ich ręce. Rothen był tym, który ją schwytał, a następnie zaczął uczyć. Przekonał ją, że magowie – a w każdym razie większość z nich – nie są samolubnymi okrutnikami i potworami, jak uważali mieszkańcy slumsów.

Po obu stronach otwartej bramy Uniwersytetu stali dwaj strażnicy. Pojawiali się oni zwyczajowo tylko z okazji wizyty ważnych osób w Gildii. Obaj ukłonili się sztywno na widok Rothena prowadzącego Soneę w stronę Wielkiego Holu.

Sonea bywała już wcześniej w tym miejscu, ale wciąż jeszcze ją zachwycało. Z posadzki jakby wystrzelają tam tysiące niewiarygodnie cienkich kolumienek z materii podobnej do szkła, podtrzymują one schody pnące się z wdziękiem ku wyższym poziomom. Między poręczami i stopniami wiją się delikatne nitki białego marmuru przypominające gałązki pnącej winorośli. Sprawiają wrażenie tak kruchych, że trudno uwierzyć, by mogły unieść ciężar człowieka – i być może, gdyby nie wzmacniała ich magia, byłyby rzeczywiście zbyt słabe.

Minęli schody i znaleźli się w krótkim korytarzyku. Za nim ujrzeli szare ściany Rady Gildii, starego budynku, który znajdował się pośrodku wielkiego pomieszczenia znanego jako Wielki Hol. Przed wejściem do Rady Gildii stało kilka osób i na ich widok Sonei z wrażenia zaschło w ustach. Kobiety i mężczyźni odwrócili się, by powitać nadchodzących, a ich oczy rozbłysły z ciekawości, gdy ujrzeli Rothena. Magowie uprzejmie skinęli głowami. Pozostali ukłonili się.

Rothen wszedł do Holu i poprowadził Soneę ku jednej z niewielkich grupek. Dziewczyna zauważyła, że pomimo letnich upałów wszyscy z wyjątkiem magów byli bogato odziani. Kobiety miały na sobie wyszukane suknie, mężczyźni – długie płaszcze z wyszytymi na rękawach inkalami. Sonea przyjrzała się dokładniej i wstrzymała oddech. Wszystkie szwy ozdobione były połyskującymi czerwono, zielono i niebiesko kamieniami. Wielkie klejnoty osadzono również w guzikach płaszczy. Na szyjach i rękach zgromadzonych zobaczyła łańcuchy ze szlachetnych metali, na urękawiczonych dłoniach – błyszczące pierścienie.

Spojrzała na płaszcz jednego z mężczyzn, zastanawiając się, czy biegły w swej sztuce złodziej miałby kłopot z pozbawieniem go guzików. W slumsach posługiwano się w tym celu niewielkimi składanymi ostrzami. Potrzebne było tylko „przypadkowe” zderzenie, przeprosiny, szybka ucieczka. Poszkodowany aż do powrotu do domu nie zorientowałby się nawet, że został obrabowany. A bransoleta tamtej damy…

Sonea potrząsnęła głową. Jak mam się zaprzyjaźnić z tymi ludźmi, skoro jedyne, co przychodzi mi do głowy, to łatwość, z jaką daliby się okraść? Nie potrafiła jednak powstrzymać uśmiechu. Umiała opróżniać kieszenie i otwierać zamki równie dobrze jak wszyscy jej przyjaciele z dzieciństwa – może tylko Cery był zręczniejszy od niej – i jakkolwiek ciotce Jonnie udało się przekonać ją, że kradzież jest czymś złym, Sonea nigdy nie zapomniała sztuczek kieszonkowców i włamywaczy.

Skupiła uwagę i zerknęła ku młodszym nieznajomym – kilka twarzy szybko się odwróciło. Rozbawiona, zastanawiała się, kogo właściwie spodziewali się ujrzeć. Zasmarkaną żebraczkę? Zgarbioną i zniszczoną przez pracę kobiecinę? Wyfiokowaną ladacznicę?

Ponieważ żaden z kandydatów nie odpowiedział jej spojrzeniem, Sonea mogła im się przyglądać bez przeszkód. Tylko dwie rodziny miały typowo kyraliańskie czarne włosy i jasną cerę. Jedna z matek odziana była w zieloną szatę, jaką noszą Uzdrowiciele. Druga trzymała za rękę chudą dziewczynkę wpatrującą się rozmarzonymi oczami w błyszczące szkło sklepienia sali.

Trzy inne rodziny nie rozdzielały się. Niewielki wzrost i rudawe włosy wskazywały jednoznacznie na Elyńczyków. Rozmawiali z sobą cicho, czasem też z ich strony dobiegał śmiech.

Dwóch ciemnoskórych Lonmarczyków czekało w milczeniu. Ojciec miał na sobie fioletową szatę Alchemika, na której lśniły złote talizmany religii Mahga. Zarówno ojciec, jak i syn mieli gładko ogolone głowy. Jeszcze inni Lonmarczycy stali na drugim końcu sali. Syn miał nieco jaśniejszy kolor skóry, zapewne jego matka pochodziła z innej nacji. Ojciec tego chłopca również był odziany w szatę maga, ale był to czerwony strój Wojownika. Nie zdobiła go jednak żadna biżuteria ani amulety.

W pobliżu korytarza przystanęła rodzina Vindonów. Bogato ubrany ojciec rzucał na wszystkie strony ukradkowe spojrzenia, co mogło znaczyć, że czuje się nieswojo wśród zgromadzonego towarzystwa. Syn był dobrze zbudowanym młodzieńcem, jego brązowa skóra miała niezdrowy żółtawy odcień.

Matka chłopca położyła mu rękę na ramieniu, a myśli Sonei powędrowały do ciotki Jonny i wujka Ranela – jak zwykle poczuła lekkie rozczarowanie. Mimo że byli jej jedyną rodziną i wychowali ją po śmierci matki i odejściu ojca, za bardzo bali się Gildii, by ją tu odwiedzać. Kiedy poprosiła, żeby przyszli na Ceremonię Przyjęcia, odmówili, usprawiedliwiając się tym, że nie mogą zostawić swojego malutkiego synka pod opieką innych, a nie wypada przychodzić na tak ważną uroczystość z płaczącym dzieckiem.

W korytarzu rozległ się odgłos kroków; Sonea odwróciła się w tamtą stronę i dostrzegła jeszcze jedną strojną rodzinę kyraliańską dołączającą do gości. Chłopiec rozejrzał się wyniośle po zebranych. Jego oczy spoczęły na chwilę na Rothenie, a następnie przeniosły się na Soneę.

Spojrzał jej prosto w oczy, a kąciki jego ust rozszerzyły się w przyjaznym uśmiechu. Zaskoczona Sonea uśmiechnęła się w odpowiedzi, ale w tej chwili wyraz jego twarzy przemienił się w szyderczy grymas.

Mogła zareagować na to tylko wściekłym spojrzeniem. Chłopak odwrócił się z pogardą, ale nie tak szybko, by mógł jej umknąć wyraz dumnej satysfakcji na jego twarzy. Sonea zmrużyła oczy i popatrzyła, jak zwrócił się do innych przybyszów.

Wyglądało na to, że znał już wcześniej drugiego Kyraliańczyka, albowiem wymienili z sobą porozumiewawcze mrugnięcia. Dziewczęta zostały obdarzone uwodzicielskimi spojrzeniami. Chuda Kyralianka odpowiedziała mu nieskrywaną pogardą, ale zatrzymała na nim wzrok długo po tym, jak się od niej odwrócił. Pozostali zebrani zostali zaszczyceni uprzejmymi skinieniami głowy.

Gry towarzyskie zostały przerwane przez głośny i metaliczny dźwięk gongu. Głowy wszystkich zebranych zwróciły się ku Radzie Gildii. Nastąpiła długa chwila pełnej napięcia ciszy, po czym powietrze wypełniło się podnieconymi szeptami – wielkie drzwi zaczęły się otwierać. W miarę jak szpara się powiększała, z sali wydostawała się znajoma złotawa poświata. To światło dawały tysiące maleńkich magicznych kul unoszących się kilka stóp pod sklepieniem. Wchodzących powitał ciepły zapach drewna i politury.

Sonea usłyszała westchnienia – większość gości z zachwytem przyglądała się sali. Uśmiechnęła się na myśl, że inni goście, w tym wielu dorosłych, nigdy wcześniej nie widzieli Rady Gildii. Tylko magowie i ci rodzice, którzy byli już na ceremoniach swoich starszych dzieci, mieli okazję być w środku. No i ona.

Spochmurniała nieco, przypomniawszy sobie poprzednią wizytę, Wielki Mistrz przyprowadził wtedy do Rady Gildii Cery’ego, kończąc w ten sposób władzę Ferguna nad nią. Tego dnia spełniła się też część wielkiego marzenia Cery’ego, jej przyjaciel przyrzekł sobie bowiem, że odwiedzi wszystkie wielkie gmachy miasta przynajmniej raz w życiu. W jego oczach fakt, że był ulicznikiem ze slumsów, dodawał tylko uroku temu wyzwaniu.

Niemniej Cery nie był już tym żądnym przygód chłopcem, z którym włóczyła się w dzieciństwie, ani też sprytnym młodzieńcem, który tak długo pomagał jej wymykać się tropiącym ją magom. Teraz, kiedy odwiedzał ją w Gildii albo ona jego w slumsach, wydawał się starszy i mniej beztroski. Kiedy pytała, co aktualnie robi albo czy nadal pracuje dla Złodziei, uśmiechał się łobuzersko i zmieniał temat.

Sprawiał przy tym wrażenie zadowolonego. A jeśli istotnie pracował dla Złodziei, to może lepiej, żeby nie wiedziała o jego poczynaniach.

W drzwiach Rady Gildii pojawiła się tymczasem postać odziana w szatę. Sonea rozpoznała Mistrza Osena, asystenta Administratora. Mag podniósł rękę i odchrząknął.

– Gildia wita was wszystkich – powiedział. – Zaraz zacznie się Ceremonia Przyjęcia. Proszę wstępujących na Uniwersytet o ustawienie się w szeregu. Wejdziecie jako pierwsi, a rodzice wejdą za wami i zajmą miejsca na dole sali.

Kiedy inni kandydaci pospieszyli do przodu, Sonea poczuła czyjąś rękę na ramieniu. Odwróciła się i spojrzała w oczy Rothenowi.

– Nie przejmuj się. To się za chwilę skończy – zapewnił ją.

Uśmiechnęła się do niego.

– Nie przejmuję się, Rothenie.

– Ha! – Popchnął ją lekko do przodu. – A zatem idź. Nie pozwól, żeby na ciebie czekali.

Przed drzwiami zgromadził się niewielki tłum. Mistrz Osen zacisnął usta.

– Ustawcie się w rzędzie.

Kiedy kandydaci wreszcie usłuchali, Mistrz Osen zerknął ku Sonei. Przez jego twarz przemknął cień uśmiechu, a Sonea skinęła ku niemu głową. Wsunęła się do kolejki za ostatnim chłopcem. I w tej samej chwili do jej uszu dobiegł cichy syk z lewej strony.

– Przynajmniej zna swoje miejsce – mruknął jakiś głos.

Sonea przechyliła lekko głowę i zobaczyła kątem oka dwie stojące obok niej Kyralianki.

– To ta dziewczyna ze slumsów, tak?

– Tak – odpowiedziała pierwsza z kobiet. – Kazałam Binie trzymać się od niej z daleka. Nie chcę, żeby moja córeczka podłapała jakieś okropne zwyczaje… nie mówiąc już o chorobach.

Sonea musiała przejść do przodu, nie usłyszała więc odpowiedzi drugiej kobiety. Przycisnęła dłoń do piersi, stwierdzając ze zdumieniem, że serce bije jej szybko. Przyzwyczajaj się, powiedziała do siebie, tak będzie często. Z trudem powstrzymała się od spojrzenia za siebie, na Rothena, wyprostowała się i weszła za pozostałymi kandydatami do długiej nawy pośrodku sali.

Kiedy przeszli przez drzwi, znaleźli się pomiędzy wysokimi ścianami Rady Gildii. Wprawdzie miejsca po obu stronach sali nie były zajęte nawet w połowie, ale przybyli wszyscy magowie mieszkający w Gildii i w mieście. Spojrzawszy w lewo, Sonea napotkała nieprzyjazny wzrok starszawego maga. Skrzywił pomarszczoną twarz i płomiennie się w nią wpatrywał.

Sonea spuściła oczy i poczuła, że na jej policzki wypływa rumieniec. Uświadomiła sobie ze złością, że drżą jej ręce. Nie może sobie pozwolić na rozdygotanie z powodu spojrzenia jakiegoś starca! Zmusiła się zatem do przybrania zamyślonego i spokojnego wyrazu twarzy, po czym powiodła wzrokiem po pozostałych twarzach…

…i omal się nie potknęła, czując, jak traci grunt pod stopami. Miała wrażenie, że wszyscy zebrani magowie patrzą tylko na nią. Przełknęła ślinę i wlepiła wzrok w plecy idącego przed nią chłopca.

Kiedy wszyscy kandydaci znaleźli się już w sali, Osen skierował pierwszego na lewo, drugiego na prawo – i tak dalej, aż stanęli w jednym szeregu w poprzek sali. Sonei przypadło w udziale miejsce w samym środku, twarzą w twarz z Mistrzem Osenem. On zaś stał niewzruszony, przyglądając się temu, co działo się za nią. Sonea słyszała szelest szat i pobrzękiwanie biżuterii, odgadła więc, że to rodzice sadowią się na krzesłach za nimi. Kiedy w sali zapadła cisza, Osen odwrócił się i skłonił starszyźnie zajmującej piętrowe stale przed nimi.

– Przedstawiam letni nabór studentów Uniwersytetu.

– Robi się znacznie ciekawiej, kiedy jest tam ktoś, kogo się zna – oznajmił Dannyl, gdy Rothen zajął miejsce koło niego.

Rothen odwrócił się do przyjaciela.

– Przecież w zeszłym roku wśród kandydatów był twój siostrzeniec.

Dannyl wzruszył ramionami.

– Ledwie go kojarzę. Soneę znam za to całkiem nieźle.

Rothen poczuł zadowolenie i zwrócił się na powrót ku przodowi sali. Dannyl potrafił być czarujący, jeśli tylko chciał, ale nie zaprzyjaźniał się łatwo. Głównie ze względu na pewien wypadek, który zdarzył się kilka lat temu, za czasów jego nowicjatu. Oskarżony o „niewłaściwe” zainteresowanie starszym chłopakiem, Dannyl był wystawiony na kąśliwe uwagi zarówno ze strony innych studentów, jak i magów. Rothen był przekonany, że właśnie dlatego, iż wówczas wyśmiewano się z niego i wytykano go palcami, teraz niełatwo zawierał przyjaźnie.

Prawdę mówiąc, przez całe lata Rothen był jego jedynym przyjacielem. Jako nauczyciel widział w Dannylu jednego z najbardziej obiecujących studentów. Kiedy zaś dostrzegł fatalne skutki, jakie na jego postępy w nauce wywierały złośliwe plotki, postanowił wziąć chłopaka pod swoją opiekę. Nieco zachęty i ogrom cierpliwości sprawiły, że bystry umysł Dannyla przeniósł swoją uwagę z mściwych pogłosek i szykan z powrotem na magię i wiedzę.

Część magów wyrażała wówczas wątpliwości, czy uda się „wyprowadzić Dannyla na prostą”. Rothen uśmiechnął się na to wspomnienie. Nie tylko udało mu się, Dannyl został właśnie mianowany Drugim Ambasadorem Gildii w Elyne. Spoglądając teraz na Soneę, Rothen zastanawiał się, czy ona również da mu kiedyś podobny powód do dumy.

Dannyl nachylił się do niego.

– To jeszcze dzieci w porównaniu z Soneą, nieprawdaż?

Rothen spojrzał na pozostałych chłopców i dziewczęta i wzruszył ramionami.

– Nie wiem, ile dokładnie mają lat, ale średni wiek przyjmowanych kandydatów to piętnaście lat. Ona ma prawie siedemnaście. Ta różnica wieku nie powinna stwarzać problemów.

– Obawiam się, że stworzy – mruknął Dannyl. – Ale może wyniknie z tego jakaś korzyść dla niej.

Na najniższym poziomie sali Mistrz Osen przesuwał się powoli wzdłuż rzędu kandydatów, wyczytując ich imiona i tytuły zgodnie ze zwyczajami panującymi w krajach, z których pochodzili.

– Alend z rodu Genard – oznajmił Osen i przeszedł dwa kroki dalej. – Kano z rodziny Temo z Gildii Szkutników. – Kolejny krok. – Sonea – Osen urwał, po czym przeszedł dalej. Kiedy wybrzmiało następne imię, Rothen poczuł ukłucie litości. Brak tytułu czy przynależności do Domu czynił z Sonei wyrzutka i zostało to publicznie oznajmione. Nic jednak nie można było na to poradzić. – Regin z rodu Winar, Domu Paren – zakończył Osen, gdy zatrzymał się przy ostatnim z chłopców.

– To bratanek Garrela, prawda? – spytał Dannyl.

– Owszem.

– Słyszałem, że jego rodzice chcieli, żeby dołączył do zimowej klasy trzy miesiące po rozpoczęciu semestru.

– Dziwne. Dlaczego?

– Nie mam pojęcia. – Dannyl wzruszył ramionami. – Nie udało mi się tego dociec.

– Czyżbyś znowu szpiegował?

– Ja nie szpieguję, Rothenie. Tylko słucham.

Rothen pokiwał głową. Mógł powstrzymać nowicjusza Dannyla od złośliwych dowcipów, ale maga Dannyla nie zdoła zniechęcić do zbierania plotek.

– Nie wiem, jak sobie poradzę po twoim wyjeździe. Kto będzie mi donosił o wszystkich drobnych intrygach w Gildii?

– Po prostu będziesz musiał bardziej zwracać uwagę na to, co się dzieje wokół ciebie – odparował Dannyl.

– Zastanawiałem się, czy Starsi nie wysyłają cię z miasta po to właśnie, żeby ukrócić ten twój „nasłuch”.

Dannyl uśmiechnął się szeroko.

– Och, ależ najlepszym sposobem na zdobycie informacji o tym, co dzieje się w Kyralii, jest spędzenie paru dni na podsłuchiwaniu plotek w Elyne.

Odgłos kroków skupił ich uwagę z powrotem na tym, co działo się w sali. Rektor Uniwersytetu Jerrik opuścił swe miejsce wśród starszyzny i schodził właśnie po stopniach. Zatrzymał się na środku sali i przebiegł wzrokiem po kandydatach. Jego twarz wykrzywiał jak zwykle grymas lekkiego niezadowolenia.

– Dziś każdy z was czyni pierwszy krok na drodze do zostania magiem Kyraliańskiej Gildii – zaczął przemowę poważnym tonem. – Jako nowicjusze będziecie musieli przestrzegać regulaminu Uniwersytetu. Na mocy Przymierza regulamin ten jest uznawany przez wszystkich władców, a wszyscy magowie mają pilnować jego przestrzegania. Nawet jeśli nie ukończycie studiów, regulamin wciąż będzie was obowiązywał – urwał, przyglądając się uważnie kandydatom. – Aby wstąpić do Gildii, musicie złożyć przysięgę, która składa się z czterech części.

Po pierwsze, musicie przysiąc, że nie skrzywdzicie żadnego człowieka, chyba że będzie tego wymagać bezpieczeństwo Przymierza. Dotyczy to wszystkich mężczyzn i kobiet należących do każdej klasy społecznej, niezależnie od ich pozycji, statusu prawnego czy wieku. Wszelkie wendety, motywowane powodami politycznymi lub osobistymi, kończą się tu i teraz.

Po drugie, musicie przysiąc, że będziecie przestrzegać regulaminu Gildii. Jeśli go jeszcze nie znacie, waszym pierwszym zadaniem jest opanowanie jego przepisów. Niewiedza nie będzie usprawiedliwieniem.

Po trzecie, musicie przysiąc, że będziecie słuchać rozkazów każdego maga, chyba że wypełnienie polecenia wymagałoby złamania prawa. Oznacza to, że zasadę tę traktujemy z pewną dozą elastyczności. Nie jesteście zobowiązani do czynienia tego, co w waszym odczuciu byłoby niemoralne, lub też pozostawało w sprzeczności z religią czy tradycją, w której zostaliście wychowani. Nie sądźcie jednak, że do was należy decyzja o tym, co zostanie potraktowane z wyrozumiałością, a co nie. W tego rodzaju sytuacjach musicie przedstawić sprawę mnie, a ja postaram się, by została odpowiednio załatwiona.

Na koniec, musicie przysiąc, że nie posłużycie się magią bez polecenia maga. Zasada ta ma na celu wasze bezpieczeństwo. Nie wolno wam używać żadnej magii bez opieki, chyba że otrzymacie na to zgodę nauczyciela lub opiekuna.

Jerrik przerwał, a w ciszy, która teraz zapadła, nie było słychać nawet szurania nogami czy szelestu szat. Rektor uniósł krzaczaste brwi i wyprostował się.

– Jak nakazuje tradycja, każdy mag Gildii może ubiegać się o opiekę nad nowicjuszem lub nowicjuszką, aby wspomagać ich edukację na Uniwersytecie. – Jerrik zwrócił się teraz do rzędów nad sobą: – Wielki Mistrzu Akkarinie, czy żądasz opieki nad którymś z kandydatów?

– Nie – odpowiedział chłodny, głęboki głos.

Podczas gdy Rektor zadawał to pytanie kolejno wszystkim Starszym Magom, Rothen przyjrzał się odzianemu na czarno przywódcy Gildii. Podobnie jak większość Kyralian Akkarin był wysoki i szczupły, a pociągłe rysy jego twarzy dodatkowo podkreślało staroświeckie uczesanie, zgodnie z dawnym zwyczajem nosił długie włosy związane na karku.

Wyraz twarzy Akkarina był nieobecny, jak zwykle podczas tego rodzaju uroczystości. Wielki Mistrz nigdy nie okazywał zainteresowania nauczaniem lub prowadzeniem nowicjusza, a większość rodzin straciła już nadzieję, że przywódca Gildii mógłby zająć się edukacją ich syna czy córki.

Mimo że Akkarin był młody jak na Wielkiego Mistrza, jego osobowość budziła szacunek nawet wśród najbardziej konserwatywnych i wpływowych magów. Był zdolny i inteligentny, posiadał rozległą wiedzę, ale wielkie poważanie wśród innych zyskał dzięki swej potężnej mocy magicznej. Niektórzy oceniali, że jego możliwości są tak ogromne, że sam mógłby się mierzyć z całą Gildią.

Niemniej za sprawą Sonei Rothen był jednym z dwóch magów, którzy znali prawdziwe źródło niezwykłej potęgi Wielkiego Mistrza.

Zanim Złodzieje wydali ją poszukującym, pewnej nocy Sonea i jej przyjaciel-złodziejaszek, Cery, odwiedzili Gildię. Przyszli tu w nadziei, że Sonea może nauczyć się kontrolować swoją moc, podglądając magów. Przy okazji dziewczyna stała się mimowolnym świadkiem dziwnego rytuału odprawianego przez Wielkiego Mistrza. Nie zrozumiała wtedy tego, co zobaczyła, ale kiedy podczas Przesłuchania w sprawie opieki nad nią Administrator Lorlen testował prawdziwość jej zeznań, by potwierdzić występki Ferguna, ujrzał w jej myślach wspomnienie tamtej nocy i rozpoznał rytuał.

Wielki Mistrz Akkarin, przywódca Gildii, uprawiał czarną magię.

Zwykli magowie nie wiedzieli na temat ciemnych sztuk niczego poza tym, że są zakazane. Starszyzna potrafiła rozpoznać jej rytuały. Sama bowiem wiedza o tym, jak je odprawiać, była uważana za zbrodnię. Z tego, co Lorlen przekazał Sonei, Rothen dowiedział się, że czarna magia pozwala magowi zwiększyć swoją moc przez czerpanie siły innych ludzi. Kiedy ofiara została pozbawiona całej mocy, umierała.

Rothen nawet nie próbował zgadywać, jak poczuł się Administrator na wieść, że jego najbliższy przyjaciel nie tylko nauczył się czarnej magii, ale również posługiwał się nią. Musiało to być straszne przeżycie. Niemniej w tej samej chwili Lorlen uświadomił sobie, że nie może ujawnić poczynań Akkarina, nie narażając całej Gildii i miasta. Jeśli Wielki Mistrz postanowiłby walczyć, mógłby bez trudu wygrać, a każde zabójstwo czyniłoby go silniejszym. Lorlen, Sonea i Rothen byli zatem zmuszeni zachować na razie ten sekret dla siebie. Rothen zastanawiał się, jak ciężko musi być Lorlenowi udawać przyjaźń, wiedząc, do czego zdolny jest Akkarin.

Pomimo tego odkrycia Sonea zdecydowała się wstąpić do Gildii. Z początku zdumiało to Rothena, ale wkrótce zrozumiał: obawiała się, że jeśli jej moc zostanie zablokowana – prawo nakazywało uniemożliwiać posługiwanie się magią osobom, które nie zamierzały wstępować do Gildii – ona sama stanie się doskonałym źródłem mocy dla Wielkiego Mistrza. Obdarzona potężną magią, ale niezdolna do użycia jej w swojej obronie. Rothen wzdrygnął się. Jej śmierć w dziwacznych okolicznościach nie uszłaby uwagi Gildii.

Decyzja Sonei była jednak bardzo odważna, zważywszy na fakt, co kryło się w samym sercu Gildii. Rothen poczuł przypływ dumy i czułości, patrząc na nią, stojącą wśród synów i córek najbogatszych rodów Krain Sprzymierzonych. Przez ostatnie sześć miesięcy przywykł myśleć o niej bardziej jak o córce niż uczennicy.

– Czy ktokolwiek z magów żąda opieki nad którymś z kandydatów?

Rothen podskoczył. Nadszedł czas, kiedy musi wygłosić swą prośbę. Otworzył już usta, ale nie zdążył nic powiedzieć, ktoś inny wyrecytował rytualną formułę:

– Ja dokonałem wyboru, Rektorze.

Głos dobiegał z drugiej strony sali. Wszyscy kandydaci odwrócili głowy, by zobaczyć, kto się podniesie z miejsca.

– Mistrzu Yarrinie – skinął głową Jerrik. – Którego z kandydatów pragniesz wziąć pod swoją opiekę?

– Gennyla z rodu Randa, Domu Saril, Wielkiego Klanu Alaraya.

Między magami rozszedł się cichy pomruk. Rothen spojrzał przed siebie: ojciec chłopca, Mistrz Tayk, wyprostował się na krześle.

Jerrik zaczekał, aż gwar ucichnie, po czym skłonił wyczekująco głowę w kierunku Rothena.

– Czy ktoś inny spośród magów pragnie uzyskać prawo opieki nad którymś z kandydatów?

Rothen wstał.

– Ja dokonałem wyboru, Rektorze.

Sonea podniosła na niego wzrok; zaciskała mocno usta, by powstrzymać cisnący się na nie uśmiech.

– Mistrzu Rothenie – odpowiedział Jerrik. – Którego z kandydatów pragniesz wziąć pod swoją opiekę?

– Pragnę zostać mentorem Sonei.

Tym razem nie pojawił się żaden szum, a Jerrik skinął tylko głową na znak zgody. Rothen ponownie usiadł.

– Dokonało się – szepnął Dannyl. – To była twoja ostatnia szansa. Teraz już się z tego nie wyplączesz. Nie uwolnisz się od niej przez najbliższe pięć lat.

– Cicho – odburknął Rothen.

– Czy ktoś inny spośród magów pragnie uzyskać prawo opieki nad którymś z kandydatów? – powtórzył Jerrik.

– Ja dokonałem wyboru, Rektorze.

Ten głos rozległ się po lewej stronie Rothena. Towarzyszyło mu trzeszczenie krzeseł: zgromadzeni obracali się, by zobaczyć, kto wypowiedział te słowa. Sala rozbrzmiała podnieconymi szeptami, kiedy powstał Mistrz Garrel.

– Mistrzu Garrelu – tym razem w głosie Jerrika dało się usłyszeć zdziwienie. – Którego z kandydatów pragniesz wziąć pod swoją opiekę?

– Regina z rodu Winar, Domu Paren.

Szum głosów zmienił się w zbiorowe westchnienie zrozumienia. Rothen spojrzał w kierunku kandydatów i dostrzegł uśmiech na twarzy chłopca stojącego na samym końcu. Gwar rozmów i hałas przesuwanych krzeseł nie ucichł, dopóki Jerrik nie uniósł rąk, prosząc o ciszę.

– Na twoim miejscu miałbym na oku tych dwóch nowicjuszy i ich opiekunów – mruknął Dannyl. – Zazwyczaj nikt nie podejmuje się opieki nad uczniem pierwszego roku. Robią to zapewne tylko po to, żeby Sonea nie czuła się ważniejsza od swoich kolegów.

– Albo też zapoczątkowałem nową modę – roześmiał się Rothen. – Garrel mógł dostrzec potencjał w swoim bratanku. To tłumaczyłoby, dlaczego rodzice Regina chcieli, by zaczął naukę wcześniej.

– Czy ktoś jeszcze zgłasza chęć objęcia kandydata opieką? – spytał Jerrik. Kiedy nikt więcej się nie odezwał, Rektor opuścił ręce. – Proszę o wystąpienie wszystkich magów, którzy zostają mentorami.

Rothen wstał i zbliżył się do schodów, po czym zszedł na dół. Dołączył do stojących u boku Rektora Jerrika Mistrza Garrela i Mistrza Yarrina, w tym czasie młody nowicjusz, zarumieniony z ekscytacji, że przypadła mu ważna rola podczas ceremonii, wystąpił naprzód, trzymając na rękach stos brązowo-czerwonego materiału. Każdy z trzech magów wziął od niego jedno zawiniątko.

– Niech wystąpi Gennyl – rozkazał Jerrik.

Jeden z Lonmarczyków podbiegł do przodu i ukłonił się. Wpatrywał się szeroko otwartymi oczami w Mistrza Jerrika, a głos drżał mu lekko podczas powtarzania Przysięgi Nowicjuszy. Mistrz Yarrin podał chłopcu jego szatę i mentor wraz ze swym podopiecznym odsunęli się na bok. Mistrz Jerrik zwrócił się ponownie do kandydatów:

– Niech wystąpi Sonea.

Podeszła do Rektora sztywnym krokiem. Mimo że była blada, skłoniła się z wdziękiem i wypowiedziała przysięgę jasnym, niewzruszonym głosem. Rothen wyciągnął ku niej ręce, podając jej szatę.

– Niniejszym przejmuję nad tobą opiekę, Soneo. Twoje postępy w nauce będą moją troską i zadaniem, dopóki nie ukończysz Uniwersytetu.

– Będę ci posłuszna, Mistrzu Rothenie.

– Niech ta umowa będzie pożytkiem dla was obojga – zakończył Jerrik.

Po tych słowach stanęli obok Mistrza Yarrina i Gennyla, a tymczasem Jerrik wezwał wciąż uśmiechającego się młodzieńca z samego końca szeregu.

– Niech wystąpi Regin.

Chłopak zbliżył się bez wahania do Jerrika, lecz jego ukłon był pospieszny i niezbyt niski. Kiedy cała trójka wypowiadała rytualne formuły, Rothen spoglądał na stojącą u jego boku Soneę i zastanawiał się, co ona sobie teraz myśli. Właśnie została członkinią Gildii, a to nie byle co.

Spoglądała na chłopca stojącego po jej prawej stronie, więc wzrok Rothena powędrował za jej spojrzeniem. Gennyl stał wyprostowany i zaczerwieniony. Duma omal go nie rozsadzi, pomyślał Rothen. Opieka mentora, zwłaszcza tak wcześnie, była oznaką szczególnych zdolności kandydata.

Niewielu jednak zapewne tak myślało o Sonei. Rothen podejrzewał, że większość magów uznała, iż postanowił zostać jej mentorem tylko po to, żeby przypomnieć innym, jak ważną rolę odegrał w jej pochwyceniu. Nie daliby mu wiary, gdyby im opowiedział o jej mocy i talencie. Ale wkrótce sami się przekonają – ta myśl bardzo go cieszyła.

Kiedy Regin i Mistrz Garrel wypowiedzieli rytualne formuły, stanęli na lewo od Rothena. Chłopak nie spuszczał wzroku z Sonei, a w jego oczach widać było chłodną kalkulację. Ona albo tego nie zauważała, albo postanowiła nie zwracać uwagi. Przyglądała się natomiast z uwagą, jak Jerrik wywoływał kolejnych kandydatów do powtarzania słów przysięgi. Każdy otrzymywał szaty i ustawiał się w rzędzie za mentorami i ich nowicjuszami.

Kiedy dołączyli do nich ostatni kandydaci, Mistrz Jerrik zwrócił się ponownie do wszystkich nowo przyjętych:

– Zostaliście właśnie nowicjuszami w Gildii Magów – oznajmił. – Niech nadchodzące lata będą dla was pomyślne.

Nowicjusze ukłonili się. Mistrz Jerrik odpowiedział skinieniem głowy, po czym odszedł na bok.

– Pozdrawiam naszych nowych studentów i życzę im lat pełnych sukcesów. – Sonea niemal podskoczyła, gdy tuż za nią rozległ się głos Lorlena. – Ceremonię Przyjęcia uznaję niniejszym za zakończoną.

Rada Gildii znów rozbrzmiała echem głosów. Szeregi mężczyzn i kobiet zakołysały się, jakby uderzył w nie mocny wiatr. Wszyscy powstali z miejsc i schodzili na dół, wypełniając salę stukotem butów. Kiedy nowo przyjęci studenci zorientowali się, że formalności się skończyły, rozbiegli się we wszystkich kierunkach. Niektórzy podchodzili do rodziców, inni oglądali trzymane w rękach zawiniątka, lub też rozglądali się, zaskoczeni nagłym poruszeniem. Wielkie drzwi na końcu sali zaczęły się powoli otwierać.

Sonea podniosła wzrok na Rothena.

– A więc stało się. Jestem nowicjuszką.

Uśmiechnął się do niej.

– Cieszysz się, że już po wszystkim?

Wzruszyła ramionami.

– Mam wrażenie, że to dopiero początek. – Spojrzała nad jego ramionami. – A oto i twój cień.

Rothen odwrócił się. Właśnie wielkimi krokami zbliżał się ku nim Dannyl.

– Witaj w Gildii, Soneo.

– Dziękuję, Ambasadorze Dannylu – odpowiedziała, schylając głowę.

Dannyl roześmiał się.

– Jeszcze nie, Soneo. Jeszcze nie.

Rothen poczuł, że idzie ku nim ktoś jeszcze. Odwrócił się i zobaczył, że tuż obok nich zatrzymał się Rektor.

– Mistrzu Rothenie – powiedział Jerrik, uśmiechając się lekko do kłaniającej mu się Sonei.

– Tak? – powiedział Rothen.

– Czy Sonea przeprowadzi się do Domu Nowicjuszy? Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy zapytać cię o to.

Rothen pokręcił przecząco głową.

– Sonea zamieszka ze mną. W moim mieszkaniu jest dość miejsca dla niej.

Jerrik uniósł brwi.

– Rozumiem. Powiadomię Mistrza Ahrinda. Panowie wybaczą.

Rothen obserwował, jak starszy mężczyzna podchodzi do chudego maga o zapadniętych policzkach. Mistrz Ahrind zmarszczył brwi i zerknął w stronę Sonei, przez cały czas słuchając Jerrika.

– Co teraz? – odezwała się Sonea.

Rothen wskazał na trzymane przez nią zawiniątko.

– Przekonamy się, czy szaty dobrze leżą. – Zwrócił się do Dannyla: – Myślę też, że nie miałbym nic przeciwko małej uroczystości. Przyjdziesz?

Dannyl odpowiedział uśmiechem.

– Jakże mógłbym nie przyjść.

Rozdział 2 Pierwszy dzień zajęć

Podchodząc do powozu, Dannyl czuł ciepłe promienie słońca na plecach. Za pomocą odrobiny magii położył pierwszy z kufrów na dachu. Kiedy drugi posłusznie zajął miejsce obok pierwszego, Dannyl westchnął i pokręcił głową.

– Myślę, że jeszcze pożałuję tej ilości bagażu – mruknął pod nosem. – Ciągle jednak przypominają mi się rzeczy, które chciałbym zapakować.

– W Capii będziesz mógł kupić wszystko, czego będziesz potrzebował – uspokoił go Rothen. – Lorlen na pewno wyznaczył ci pokaźną dietę.

– Tak, to było przyjemne zaskoczenie – uśmiechnął się promiennie Dannyl. – Może i masz rację co do powodów odesłania mnie tak daleko.

Rothen uniósł brwi.

– On chyba wie, że abyś przestał pakować się w kłopoty, potrzeba znacznie więcej, niż tylko wysłać cię za granicę.

– Och, ale będzie mi brakowało rozwiązywania wszystkich twoich problemów, przyjacielu. – Kiedy woźnica otworzył przed nim drzwiczki powozu, Dannyl odwrócił się, by spojrzeć na starszego maga. – Odwieziesz mnie do Przystani?

Rothen zaprzeczył ruchem głowy.

– Lekcje zaczynają się za niecałą godzinę.

– Dla ciebie i dla Sonei. – Pokiwał głową Dannyl. – A zatem najwyższy czas powiedzieć do widzenia.

Przez chwilę patrzyli sobie poważnie w oczy, po czym Rothen serdecznie poklepał Dannyla po ramieniu.

– Uważaj na siebie. I nie wypadnij za burtę.

Dannyl roześmiał się i odwzajemnił uściskiem.

– Ty też się trzymaj, przyjacielu. Nie pozwól, żeby ta twoja nowicjuszka cię zamęczyła. Pojawię się za jakiś rok, by sprawdzić twoje postępy.

– Stary druhu, a niech cię! – Rothen popchnął Dannyla w kierunku powozu.

Młodszy mag wsiadł i spojrzał za siebie raz jeszcze, by zobaczyć zamyśloną twarz przyjaciela.

– Nigdy nie sądziłem, że będę cię oglądał w tak poważnej i zaszczytnej roli, Dannylu. Wydawałeś się bardzo zadowolony ze swojego życia tutaj i odkąd ukończyłeś Uniwersytet, ledwie wychylałeś nos poza bramy miasta.

Dannyl wzruszył ramionami.

– Sądzę, że czekałem na odpowiedni powód.

Rothen wydał jakiś nieokreślony pomruk.

– Łgarz. Po prostu jesteś leniwy. Mam nadzieję, że Pierwszy Ambasador wie o tym, inaczej czeka go paskudna niespodzianka.

– Wkrótce się przekona – rozradował się Dannyl.

– Zapewne. – Rothen odsunął się od powozu, uśmiechając się do przyjaciela. – Szerokiej drogi!

Dannyl skinął mu głową.

– Do zobaczenia.

Zastukał w dach powozu, a ten natychmiast ruszył, uwożąc go w dal. Dannyl przesiadł się na drugą stronę i odsunął zasłonę z okna: Rothen nadal stał w tym samym miejscu i obserwował oddalający się powóz, dopóki ten nie znikł za bramą Gildii.

Dannyl z westchnieniem rozparł się na miękkim siedzeniu. Cieszył się ze swego upragnionego wyjazdu, choć wiedział, że będzie tęsknił za przyjaciółmi i znajomymi miejscami. Rothen będzie miał towarzyszy: Soneę, a także Yaldina i Ezrille, zaprzyjaźnione starsze małżeństwo, podczas gdy on znajdzie się wśród samych nieznajomych.

Nie mógł się doczekać objęcia nowych obowiązków, ale jednocześnie nieco lękał się ogromu pracy i odpowiedzialności, z którymi miał się zmierzyć. Niemniej od czasu poszukiwań Sonei, kiedy to prowadził negocjacje ze znalezionym przez siebie Złodziejem, zaczęło mu się nudzić łatwe i w dużej mierze samotne życie naukowe w Gildii.

Nie zdawał sobie z tego sprawy, dopóki nie powiedziano mu, że rozważa się jego kandydaturę na stanowisko Drugiego Ambasadora. Kiedy więc Dannyl został wezwany do gabinetu Administratora, potrafił wyrecytować imiona i stanowiska wszystkich mężczyzn i kobiet na dworze w Elyne, a nawet znał – ku rozbawieniu Lorlena – sporo skandalizujących opowieści.

Daleko w Wewnętrznym Kręgu powóz skręcił w aleję, która obiegała mury Pałacu. Z tej perspektywy wielkie pałacowe wieże były słabo widoczne, toteż Dannyl przesiadł się na drugie siedzenie, by poprzyglądać się okazale zdobionym siedzibom bogatych i potężnych. Na jednym z rogów ulicy budowano nowy dom. Mag pamiętał starą, niszczejącą budowlę, która niegdyś stała w tym miejscu – zabytek z czasów przed wynalezieniem magicznie wspomaganej architektury. Wykorzystanie magii do wzmacniania kamienia i metalu pozwoliło wznosić niewiarygodne gmachy, które zaprzeczały dotychczasowym prawom konstrukcyjnym. Zanim powóz minął plac budowy, Dannyl zdążył dostrzec sylwetki dwóch magów stojących w pobliżu stawianej budowli; jeden z nich trzymał w rękach ogromne karty z planami.

Powóz skręcił ponownie, mijając kolejne wspaniałe domy, po czym zwolnił i przetoczył się przez Wewnętrzną Bramę do Zachodniej Dzielnicy. Strażnicy ledwie zwrócili na niego uwagę – wystarczył im znak Gildii wymalowany z boku pojazdu. Droga przez Zachodnią Dzielnicę nadal wiodła pomiędzy wielkimi i bogatymi domami, mniej jednak ozdobnymi niż w Wewnętrznym Kręgu. Większość z nich należała do kupców i rzemieślników, którzy woleli mieszkać w tej części miasta, jako że była położona najbliżej Przystani i Targu.

Kiedy minęli Bramę Zachodnią, wjechali w labirynt kramów i bud. Na ulicach tłoczyli się przedstawiciele wszelkich nacji i klas. Handlarze zachwalali towary i ceny, starając się przekrzyczeć ogólny gwar głosów ludzi i zwierząt, gwizdów i dzwonków. Mimo że droga wciąż była szeroka, powozy z trudem przeciskały się przez tłum sprzedawców i kupujących, ulicznych grajków, akrobatów i żebraków stłoczonych po jej obu stronach.

W powietrzu wisiała ciężka mieszanina zapachów. Słodkawa woń zgniecionych owoców mieszała się ze smrodem gnijących warzyw. Kiedy obok powozu przeszli dwaj mężczyźni niosący kadź z oleistym niebieskawym płynem, zapach mat z sitowia został nagle wyparty przez cierpki duszący odór czegoś obrzydliwego. W końcu do nozdrzy Dannyla dotarł słonawy powiew znad morza i lekko gryzący zapach rzecznego mułu, to nieco poprawiło mu nastrój. Powóz skręcił za róg i oczom maga ukazała się Przystań.

Rozciągał się przed nim las masztów i lin, dzieląc niebo na błękitne wstęgi. Po obu stronach drogi przelewały się istne rzeki ludzi. Potężnie zbudowani tragarze i załoganci statków dźwigali na plecach skrzynie, kosze i worki. Opodal przetaczały się wozy wszelkich rozmiarów, ciągnięte przez najrozmaitszej maści zwierzęta. Pokrzykiwanie sprzedawców zostało zastąpione przez rozbrzmiewające gromko rozkazy oraz wycie i beczenie zwierząt.

Powóz jechał dalej, wioząc Dannyla obok coraz większych statków, aż dotarli do rzędu potężnych okrętów handlowych zacumowanych przy długim nabrzeżu. Tam powóz zwolnił i zatrzymał się, kołysząc się na resorach.

Drzwiczki otwarły się i woźnica skłonił się z szacunkiem.

– Dojechaliśmy na miejsce, panie.

Dannyl przesunął się na siedzeniu i wysiadł. Parę kroków od nich stał smagły mężczyzna o białych włosach i ogorzałej twarzy i ramionach. Za nim tłoczyło się kilku potężnie zbudowanych młodzieńców.

– Jesteście, panie, Mistrzem Dannylem? – zapytał starszy mężczyzna, kłaniając się sztywno.

– Tak. A ty…?

– Zarządca nabrzeża – odpowiedział i skinął głową w kierunku powozu. – To wasze?

Dannyl odgadł, że chodzi o kufry.

– Tak.

– Zdejmiemy je.

– Nie trzeba, poradzę sobie. – Dannyl odwrócił się i skoncentrował swą wolę. Kiedy oba kufry spłynęły ku ziemi, dwóch chłopaków podskoczyło ku nim, najwyraźniej byli przyzwyczajeni do posługiwania się magią w takich przypadkach. Ruszyli nabrzeżem, a za nimi pospieszyli pozostali.

– Szósty statek, panie – powiedział zarządca nabrzeża, kiedy powóz odjechał.

Dannyl skłonił nieco głowę.

– Dziękuję – odpowiedział.

Gdy wszedł na pomost, usłyszał głuche echo swoich kroków. Spojrzał w dół i dostrzegł błyski wody w szparach między deskami. Podążał za tragarzami, omijając górę skrzyń wnoszonych właśnie na jeden ze statków, a następnie czekający załadunku na inny frachtowiec stos czegoś, co wyglądało jak starannie opakowane dywany. Wszędzie widać było marynarzy: biegali po rampach z ładunkiem na ramionach, zabawiali się na pokładach grą w kości lub włóczyli się, wydając innym rozkazy.

Spośród tej wrzawy Dannyl wyłapywał bardziej subtelne odgłosy Przystani – nieustanne trzeszczenie pokładów i lin oraz plusk wody rozpryskującej się na kadłubach i pomoście. Zaczął zauważać detale: ozdoby masztów i żagli, imiona statków wymalowane na kadłubach i kabinach, wodę wylewającą się z otworu w burcie statku. Ten ostatni szczegół zaniepokoił go. Woda przecież powinna znajdować się na zewnątrz statku, nieprawdaż?

Tragarze dotarli do szóstego okrętu i wbiegli na wąską rampę. Dannyl spojrzał w górę, dostrzegł tam przyglądających mu się z pokładu dwóch mężczyzn. Ostrożnie wkroczył na rampę, po czym ruszył nieco pewniej, stwierdziwszy, że choć deski uginają się pod jego stopami, jest bardziej stabilna, niż się wydaje. Gdy wszedł na pokład, dwaj mężczyźni powitali go ukłonem.

Byli do siebie bardzo podobni. Ich ciemna karnacja i niewielka postura były typowe dla Vindonów. Obaj mieli na sobie ubrania z grubego sukna o nieokreślonym kolorze. Jeden z nich był bardziej wyprostowany i to on się odezwał:

– Witam na Fin-da, panie. Kapitan Numo.

– Dziękuję, kapitanie. Jestem Mistrz Dannyl.

Kapitan wskazał ręką na kufry stojące kilka kroków dalej na pokładzie. Tragarze wciąż czekali tuż obok.

– Kajuta, panie, za mało miejsca na kufry. Będą na niższy pokład. Jeśli czegokolwiek potrzebuje, prosi mój brat, Jano.

Dannyl skinął głową.

– Doskonale. Wyjmę tylko jedną rzecz, zanim zaniesiecie je na dół.

Kapitan przytaknął.

– Jano pokaże kabina. Niedługo będziem odpływać.

Kiedy kapitan oddalił się, Dannyl dotknął wieka mniejszego z kufrów. Zamek otworzył się z trzaskiem. Mag wyjął skórzaną torbę z rzeczami niezbędnymi w podróży. Zamknął ponownie wieko i spojrzał na tragarzy.

– To wszystko, czego mi potrzeba… mam nadzieję.

Schylili się i zabrali kufry. Dannyl odwrócił się i spojrzał wyczekująco na Jano. Mężczyzna pokiwał głową i gestem wskazał magowi, by udał się za nim.

Minęli wąskie drzwiczki i zeszli po niewysokich schodkach do dużego pomieszczenia. Sufit był tak niski, że nawet Jano musiał się pochylać, żeby nie uderzyć weń głową. Z haków wbitych w belkowanie zwieszały się hamaki z grubego płótna. Dannyl domyślił się, że to wiszące łóżka, o których opowiadali podróżnicy.

Jano poprowadził go do wąskiego korytarzyka i po kilku krokach otworzył drzwi. Dannyl spojrzał z niechęcią na maleńki pokoik. Niskie łóżko, szerokości równej jego ramionom, zajmowało prawie całą przestrzeń. W wezgłowie wbudowano niewielką komódkę, w nogach leżały starannie złożone koce z dobrej jakości wełny reberów.

– Małe, co?

Dannyl spojrzał na Jano – niski mężczyzna szczerzył się. Mag uśmiechnął się krzywo, wiedząc, że jego niechęć nie mogła przejść niezauważona.

– Owszem – zgodził się. – Małe.

– Kajuta kapitan dwa razy tyle. My mieć duży statek, kajuty duże, tak?

Dannyl potaknął.

– Brzmi sensownie. – Położył torbę na łóżku, po czym usiadł z nogami wyciągniętymi na korytarz. – Niczego więcej nie potrzebuję.

Jano zastukał w drzwi po drugiej stronie korytarzyka.

– Moja kajuta. My towarzystwo. Ty śpiewasz?

Zanim Dannyl zdecydował, co odpowiedzieć, gdzieś w górze rozległ się dzwon. Jano uniósł wzrok.

– Mnie iść. Będziem wypływać. – Odwrócił się, po czym przystanął w pół kroku. – Ty siedzieć tutaj. Nie przeszkadzać.

I nie czekając na odpowiedź, popędził na górę.

Dannyl rozejrzał się po maleńkim pomieszczeniu, które miało być jego mieszkaniem przez najbliższe dwa tygodnie, i zachichotał. Zrozumiał wreszcie, dlaczego tak wielu magów czuło niechęć do morskich podróży.

Sonea stanęła w drzwiach sali lekcyjnej i poczuła, że serce w niej zamiera.

Wyszła wcześnie z mieszkania Rothena w nadziei, że dotrze do sali przed innymi nowicjuszami i będzie miała czas na uspokojenie nerwów, zanim się z nimi spotka. Ale część miejsc była już zajęta. Zawahała się i zobaczyła, że kilka osób odwraca się w jej stronę, i poczuła ucisk w żołądku. Szybko spojrzała ku magowi, który siedział z przodu sali.

Był młodszy, niż się spodziewała, wyglądał na trochę ponad dwadzieścia lat. Wydatny nos nadawał jego obliczu nieco pogardliwy wyraz. Kiedy się ukłoniła, podniósł oczy, na chwilę zatrzymał spojrzenie na jej twarzy, a następnie jego wzrok powędrował ku jej nowym butom, po czym znów wpatrzył się w jej twarz. Jakby zadowolony z oględzin, już na nią nie spoglądając, zaznaczył coś na leżącej przed nim zapisanej kartce.

– Usiądź, Soneo – powiedział obojętnym tonem.

W sali stało dwanaście ławek i krzeseł ustawionych w idealnych rzędach. Sześcioro nowicjuszy przycupniętych na samych brzeżkach krzeseł przyglądało jej się, gdy mierzyła salę wzrokiem.

Nie siadaj daleko od pozostałych, upomniała samą siebie. Nie chcesz, by uznali, że jesteś do nich wrogo nastawiona albo, co gorsza, przestraszona. Pośrodku sali stało kilka pustych ławek, ale Sonea nie miała również ochoty siedzieć zupełnie na widoku. Dostrzegła wolne krzesło pod ścianą; obok siedziała trójka nowicjuszy. W sam raz.

Zdawała sobie sprawę, że kiedy podchodziła do ławki, odprowadzali ją spojrzeniem. Usiadła i zmusiła się do podniesienia wzroku.

Wszyscy natychmiast znaleźli sobie jakieś zajęcia. Sonea odetchnęła z ulgą. Spodziewała się szyderstw. Ale może tylko ten chłopak, którego spotkała poprzedniego dnia – Regin – zamierza afiszować się ze swoją wrogością.

Do sali wchodzili jeden po drugim pozostali uczniowie, kłaniali się nauczycielowi i zajmowali miejsca.

Nieśmiała Kyralianka szybko usiadła na pierwszym wolnym krześle. Jakiś chłopiec omal nie zapomniał ukłonić się magowi, a potem niepewnym krokiem ruszył ku ławce naprzeciwko Sonei. Zauważył ją, dopiero gdy dotarł do krzesła – obrzucił niechętnym spojrzeniem, zawahał się przez chwilę, ale usiadł.

Ostatni pojawił się ten niesympatyczny Regin. Zmrużonymi oczami rozejrzał się po sali i z rozmysłem zajął ławkę w samym środku grupy.

W oddali rozległ się dźwięk gongu. Mag wstał ze swojego krzesła. Kilku nowicjuszy, w tym Sonea, poderwało się, widząc ten ruch. Zanim jednak nauczyciel zdążył się odezwać, w drzwiach pojawiła się znajoma twarz.

– Czy wszyscy już są, Mistrzu Elbenie?

– Tak, Rektorze – odpowiedział nauczyciel.

Rektor Uniwersytetu zatknął kciuki za brązowy pas swojej szaty i omiótł klasę wzrokiem.

– Witajcie – powiedział tonem raczej poważnym niż pełnym zachęty. – Gratuluję wam. A czynię to nie dlatego, że mieliście szczęście urodzić się z rzadkim i godnym pozazdroszczenia darem magicznym. Gratuluję wam tego, że zostaliście przyjęci w poczet studentów Uniwersytetu Gildii Magów. Niektórzy z was przybyli z dalekich stron i nie wrócą do domów przez wiele lat. Część zapewne zdecyduje się spędzić tutaj większość życia. Wszyscy natomiast będziecie związani z tym miejscem przez następne pięć lat.

W jakim celu? By zostać magami. Czymże zatem jest mag? – Uśmiechnął się ponuro. – Wiele przymiotów stanowi o byciu magiem. Niektóre z nich już są waszym udziałem, inne rozwiniecie, jeszcze inne zyskacie. Jedne są ważniejsze, inne nieco mniej – przerwał i rozejrzał się po sali. – Co jest cechą najistotniejszą?

Kątem oka Sonea dostrzegła, że kilkoro nowicjuszy prostuje się w swoich ławkach. Jerrik przeszedł obok katedry, kierując się w jej stronę. Spojrzał na chłopca siedzącego tuż przed nią.

– Vallonie?

Chłopiec zgarbił się, jakby się chciał schować pod ławką.

– T-to j-jak dobrze robi to, co robi, Mistrzu. – Słaby głosik chłopca był ledwie słyszalny. – Jak dużo ćwiczy.

– Nie. – Jerrik odwrócił się na pięcie i przeszedł na drugą stronę sali. Utkwił wzrok w jednym z chłopców, którzy rwali się do odpowiedzi. – Gennylu?

– Siła, Mistrzu – odpowiedział chłopak.

– Zdecydowanie nie! – warknął Rektor. Zrobił krok do przodu, przechodząc między rzędami nowicjuszy, i zatrzymał się przy nieśmiałej Kyraliance. – Bino?

Dziewczynka zamrugała oczami i podniosła oczy na maga. Najwyraźniej speszył ją jego świdrujący wzrok, ponieważ szybko spuściła głowę.

– To… – urwała, po czym jej twarz się nagle rozjaśniła. – Och, oczywiście, Mistrzu. Jak dobrze posługuje się magią.

– Nie – jego ton był już łagodny. – Chociaż to bardzo ważne i tego wymagamy od wszystkich naszych magów. – Jerrik ruszył dalej. Sonea śledziła go spojrzeniem, zauważyła jednak, że większość nowicjuszy patrzyła przed siebie. Poczuła się niepewnie, więc skupiła się na ścianie, tylko słuchając zbliżających się kroków maga. – Elayku?

– Talent, Mistrzu? – Lonmarczyk mówił z silnym akcentem.

– Nie.

Kroki przybliżyły się. Sonea poczuła dreszcz. Co powie, jeśli również ona zostanie zapytana? W końcu padło już tyle możliwych odpowiedzi. Wzięła głęboki oddech i powoli wypuściła powietrze z płuc. Przecież jej nie zapyta. Ona jest tylko nic nieznaczącą dziewczyną z…

– Soneo?

Poczuła skurcz w żołądku. Podniosła głowę i zobaczyła nad sobą Jerrika, którego oczy stawały się coraz chłodniejsze, w miarę jak czekał na odpowiedź.

Przecież znała odpowiedź. To proste. Oczywiście, wie o tym lepiej niż pozostali nowicjusze, ponieważ omal nie umarła, kiedy jej moc wymknęła się spod kontroli. Jerrik był tego świadom, zapewne dlatego ją zapytał.

– Kontrola, Mistrzu.

– Nie.

Mag westchnął i wrócił za katedrę. Sonea natomiast wbiła wzrok w słoje drewna swojej ławki, czując na twarzy rumieniec.

Rektor stanął za katedrą ze skrzyżowanymi rękami. Jeszcze raz rozejrzał się po sali. Studenci czekali w napięciu i zawstydzeniu.

– Najważniejszym przymiotem maga jest wiedza – Jerrik przerwał i spojrzał po kolei na wszystkich nowicjuszy, którzy zabierali głos. – Bez wiedzy siła jest bezużyteczna, ponieważ bez niej mag nie posiadłby żadnej umiejętności, choćby nie wiem jak się starał. – Przeniósł wzrok na Soneę. – A jeśli jego moc ujawni się sama z siebie, to tylko wiedza, jak ją opanować, uratuje go od śmierci.

Wszyscy studenci odetchnęli z ulgą. Kilka twarzy zwróciło się na moment ku Sonei, która nie podnosiła oczu znad ławki, zmrożona onieśmieleniem.

– Gildia jest największym i najważniejszym źródłem wiedzy na świecie – ciągnął Jerrik, a w jego głosie pobrzmiewała rosnąca duma. – Przez lata, które tu spędzicie, przekażemy wam tę wiedzę, a w każdym razie jej cząstkę. Jeśli będziecie uważni, jeśli będziecie słuchać waszych nauczycieli i korzystać z takich źródeł, jak chociażby nasza bogata biblioteka, powinno wam się udać. Niemniej – tu spochmurniał – jeśli nie będziecie pilnie się uczyć, szanować starszych i korzystać z wiedzy, którą przez stulecia zgromadzili wasi poprzednicy, tylko przyniesiecie sobie wstyd. Czekają was ciężkie lata – ostrzegł. – Musicie być chętni, pilni i zdyscyplinowani – przerwał i przebiegł wzrokiem po wpatrzonych w niego twarzach – jeśli zamierzacie osiągnąć wszystko, co możecie, jako magowie Gildii.

Atmosfera w sali zmieniła się znów ze swobodnej w pełną napięcia. Nowicjusze siedzieli tak cicho, że słychać było ich oddechy. Jerrik wyprostował się i założył ręce za plecami.

– Zdajecie sobie zapewne sprawę – kontynuował już nieco łagodniejszym tonem Rektor – z istnienia trzech poziomów kontroli, będących podstawą waszego uniwersyteckiego kształcenia. Pierwszym z nich, który osiągniecie już dzisiaj, jest odblokowanie mocy. Drugi to umiejętność sięgania do mocy, czerpania z niej i utrzymywania w ryzach. To będzie waszym celem dziś i jutro, i każdego dnia, aż nauczycie się to robić bez chwili namysłu. Trzeci poziom to zrozumienie różnych sposobów wykorzystywania mocy, tego będziecie się uczyć przez wszystkie te lata aż do opuszczenia murów uczelni. Jakąkolwiek jednak dyscyplinę wybierzecie jako swoją specjalizację po ukończeniu studiów, trzeciego poziomu nie osiągniecie nigdy. Kiedy już ukończycie studia, od was będzie zależało, w jakim stopniu powiększycie zdobytą wiedzę, ale nigdy nie zdołacie posiąść jej całej. – Rektor uśmiechnął się blado. – Gildia jest w posiadaniu wiedzy, na której przyswojenie nie wystarczy całego życia, zapewne nawet pięć żywotów to za mało. Mamy trzy główne dyscypliny: uzdrawianie, alchemię i sztukę wojenną. Wasi nauczyciele i ich poprzednicy wybrali z każdej z nich to, co jest dla was najważniejsze i najbardziej przydatne, abyście opanowali wszystkie dyscypliny dostatecznie, by stać się przydatnym i spełnionym magiem. – Uniósł nieco brodę. – Używajcie dobrze tej wiedzy, nowicjusze Kyraliańskiej Gildii Magów.

Raz jeszcze przebiegł wzrokiem po wszystkich uczniach, po czym odwrócił się i skinąwszy głową Mistrzowi Elbenowi, wyszedł z sali.

Nowicjusze siedzieli w milczeniu. Nauczyciel nie poruszył się, tylko z zadowolonym uśmiechem obserwował twarze swoich podopiecznych. Następnie wstał, wyszedł przed katedrę i zwrócił się do nich:

– Teraz zaczyna się wasza pierwsza lekcja kontroli. Każdemu z was wyznaczono na tę lekcję osobnego nauczyciela. Czekają oni w sąsiedniej sali. Wszyscy teraz wstaniecie i udacie się tam.

Zaczęło się szuranie krzeseł po podłodze, nowicjusze z zapałem wstawali ze swoich miejsc. Sonea uniosła się powoli. Nauczyciel zwrócił ku niej głowę i spojrzał chłodno.

– Poza tobą, Soneo – dodał poniewczasie. – Ty zostaniesz tutaj.

Tym razem wszyscy nowicjusze gapili się na nią. Przebiegła wzrokiem po ich twarzach, czuła się dziwacznie winna, dostrzegając rozbłyskające w ich oczach zrozumienie dla tej sytuacji.

– Idźcie – ponaglił ich nauczyciel.

Nowicjusze udali się ku drzwiom. Sonea usiadła z powrotem na krześle i odprowadziła wzrokiem wychodzących. Tylko jeden z nich odwrócił się jeszcze na progu. Jego usta wykrzywił pogardliwy grymas. Regin.

– Soneo.

Podskoczyła i spojrzała na nauczyciela, zaskoczona tym, że wciąż tam był.

– Tak, Mistrzu.

Z jego oczu znikło nieco chłodu, kiedy podszedł do jej ławki.

– Ponieważ osiągnęłaś już pierwszy i drugi poziom kontroli, przyniosłem pierwszą książkę, którą będziesz studiować. – Sonea spojrzała na niewielką, oprawną w papier książeczkę w jego ręce. – Dojdą jeszcze ćwiczenia praktyczne, ale do nich potrzebujemy całej grupy. Niemniej przyda ci się poznanie zawartych tu wiadomości.

Położył książkę na jej ławce i odwrócił się.

– Dziękuję, Mistrzu Elbenie – powiedziała do jego pleców.

Zatrzymał się i popatrzył na nią, nieco zaskoczony, po czym ruszył znów w kierunku drzwi.

Kiedy wyszedł, w pustej sali zapanowała całkowita cisza. Sonea rozejrzała się po ławkach i krzesłach.

Zerknęła na leżącą przed nią książkę: Sześć lekcji dla początkujących nowicjuszy, autorstwa Mistrza Lidena, data. Książka miała ponad sto lat. Ilu studentów trzymało w rękach te ćwiczenia? Przerzuciła kartki. Poczuła ulgę, pismo było przejrzyste i łatwe do odczytania.

„Magia jest sztuką przydatną, ale niepozbawioną ograniczeń. Naturalnym obszarem wpływów osoby magicznej jest jej własne ciało, a jego granice wyznacza skóra. Aby wykonać dotyczącą go czynność magiczną, potrzebny jest bardzo niewielki wysiłek. Na obszar ten nie może wpływać żaden inny mag, chyba że wykonuje magię uzdrawiającą, co wymaga bezpośredniego kontaktu.

Aby wpływać na to, co znajduje się poza ciałem, potrzeba więcej wysiłku. Im dalej od ciała maga znajduje się przedmiot, na który chce on wywrzeć wpływ, tym więcej siły musi w to włożyć. Te same ograniczenia dotyczą porozumiewania myślowego, aczkolwiek nie jest ono aż tak kosztowne jak inne czynności magiczne”.

Rothen już jej o tym opowiadał, ale nie przerwała lektury. Jakiś czas później, kiedy przeczytała już trzy wstępne lekcje i zabierała się do czwartej, do sali powróciło dwóch nowicjuszy. W pierwszym rozpoznała Gennyla, pół-Lonmarczyka, który podczas Ceremonii Przyjęcia również zyskał mentora. Towarzyszył mu inny wysoki Lonmarczyk. Obaj zaszczycili ją tylko pobieżnym spojrzeniem, kierując się ku miejscom w połowie sali. Sonea poczuła, że coś się zmieniło – jakby ich obecność była bardziej namacalna. Domyśliła się, że oznacza to wyzwolenie ich mocy. Wkrótce nauczą się to ukrywać, tak jak ona. Wyglądało na to, że osiągnięcie pierwszego poziomu nie było ani trudne, ani powolne. Drugi poziom, wiedziała o tym doskonale, był znacznie bardziej wymagający.

Rozpoczęli przyciszoną rozmowę w śpiewnym języku swojego kraju. Chwilę później do sali wszedł Kyraliańczyk o ciemnych cieniach pod oczami. Usiadł w milczeniu i wbił nieruchomy wzrok w ławkę.

Sonea wyczuła w tym chłopaku coś dziwnego. Niewątpliwie miał aurę magiczną, ale pulsowała ona chaotycznie, czasem ujawniając się mocniej, czasem blednąc i niemal znikając. Ponieważ nie chciała go dodatkowo peszyć, odwróciła wzrok. Dopóki nowicjusze nie osiągną drugiego poziomu kontroli, będzie się wokół nich wyczuwać różne niezwykłe elementy aury.

Zanim wróciła do lektury, na korytarzu rozległ się śmiech. Tym razem do sali weszło pięcioro nowicjuszy – brakowało jedynie Regina. Ponieważ nie było nauczyciela, który by ich pilnował, uczniowie siadali na ławkach i rozmawiali w małych grupkach. Zmysły Sonei były zewsząd atakowane przez magiczne prezencje.

Nikt do niej nie podszedł. Czuła z tego powodu jednocześnie ulgę i rozczarowanie. Pomyślała, że zapewne nie wiedzą, czego się po niej spodziewać, więc jej unikają. Musi uczynić pierwszy krok ku przyjaźni. Jeśli tego nie zrobi, będą przekonani, że nie chce mieć z nimi nic wspólnego.

W pobliżu siedziała ładna Elynka i pocierała skronie. Sonea pamiętała bóle głowy, które prześladowały Rothena po lekcjach kontroli z nią, pomyślała więc, że może dziewczynie przyda się odrobina współczucia. Wstała powoli, usiłując wyglądać na bardzo pewną siebie, i podeszła do ławki.

– Nie jest to łatwe, prawda? – zagadnęła.

Dziewczyna podniosła na nią zdumione oczy, po czym wzdrygnęła się i wbiła wzrok z powrotem w ławkę. Ponieważ nie odpowiadała, Sonea z rosnącym ściskiem żołądka zaczęła podejrzewać, że dziewczyna ją ignoruje.

– Nie znoszę jej – powiedziała nagle z mocnym elyńskim akcentem.

Sonea zamrugała ze zdziwienia.

– Kogo nie znosisz?

– Mistrzyni Kinli – odrzekła ze złością dziewczyna. Wymówiła to imię jako „Kienli”.

– To ona uczy cię kontroli? Hmm, to rzeczywiście problem.

– Nie chodzi o to, że jest zła – westchnęła dziewczyna. – Po prostu nie chcę jej w moich myślach. Ona jest… – Dziewczyna tak mocno potrząsnęła głową, że jej rude loki rozsypały się na ramiona.

Miejsce przed Elynką było puste, Sonea przysiadła tam i odwróciła się do niej.

– Nie chcesz pokazać jej pewnych rzeczy w swoim umyśle… – podpowiedziała. – Takich, które wcale nie są złe czy niewłaściwe, ale po prostu nikt nie powinien o nich wiedzieć?

– Tak, właśnie tak. – Dziewczyna podniosła przerażony wzrok na Soneę. – Ale muszę jej pozwolić je zobaczyć, prawda?

Sonea zmarszczyła brwi.

– Nie, nie musisz… nie wiem dokładnie, co chciałabyś przed nią ukryć, ale… no wiesz… takie rzeczy da się ukryć.

Dziewczyna wpatrywała się w Soneę z nadzieją.

– Jak?

– Musisz wyobrazić sobie drzwi i wepchnąć to wszystko za nie – wyjaśniła Sonea. – Mistrzyni Kinla zapewne zobaczy, co zrobiłaś, ale nie będzie próbowała się tam dostać… tak jak Rothen nie usiłował dostać się do moich myśli.

Oczy dziewczyny zrobiły się szerokie ze zdumienia.

– Mistrz Rothen uczył cię kontroli? Był w twoim umyśle? – jęknęła.

– Tak – potaknęła Sonea.

– Ale on jest mężczyzną.

– No… ale on mnie uczył. Czy dlatego ciebie uczy kobieta? Powinnaś być uczona przez kobietę?

– Ależ oczywiście. – Elynka patrzyła na nią z przerażeniem.

Sonea potrząsnęła powoli głową.

– Nie wiedziałam. Nie sądziłam, że robi jakąkolwiek różnicę, czy uczy cię kobieta, czy mężczyzna. Może… – Zmarszczyła brwi. – Może gdybym nie mogła ukryć swoich sekretnych myśli, też wolałabym, żeby uczyła mnie kobieta.

Dziewczyna odsunęła się od niej nieznacznie.

– Dziewczyna w naszym wieku nie powinna dzielić myśli z mężczyzną.

Sonea wzruszyła ramionami.

– To tylko myśli. To jak rozmowa, tyle że szybsze. Nie ma przecież nic niewłaściwego w rozmowie z mężczyzną, prawda?

– Nie…

– Po prostu nie rozmawia się o pewnych rzeczach. – Sonea mrugnęła do niej porozumiewawczo.

Na twarzy dziewczyny pojawił się niepewny uśmiech.

– Nie… poza szczególnymi okazjami, tak mi się wydaje – dodała Sonea.

– Issle.

Sonea podniosła wzrok na dźwięk tego ostrego głosu i zobaczyła stojącą w drzwiach kobietę w średnim wieku, odzianą w zielone szaty.

– Dość już odpoczywałaś. Chodź ze mną.

– Tak, Mistrzyni – odpowiedziała z westchnieniem dziewczyna.

– Powodzenia – szepnęła do niej Sonea. Nie była pewna, czy Issle dosłyszała, ponieważ znikła w drzwiach, nie oglądając się za siebie.

Sonea spojrzała na trzymaną w rękach książkę i uśmiechnęła się lekko do siebie. Zawsze to jakiś początek. Może później uda się jej znów porozmawiać z Issle.

Wróciła na swoje miejsce i zabrała się do dalszej lektury.

„Projekcja:

Poruszanie przedmiotu jest łatwiejsze i szybsze, jeśli przedmiot cały czas znajduje się w zasięgu wzroku. Przenoszenie przedmiotu znajdującego się poza zasięgiem wzroku maga jest możliwe, jeśli najpierw dokona się oglądu mentalnego, aby zlokalizować przedmiot. Wymaga to więcej wysiłku i zabiera więcej czasu, a ponadto…”.

Znudzona Sonea zajęła się obserwowaniem wchodzących i wychodzących nowicjuszy. Słuchała ich imion i usiłowała odgadnąć, jacy są. Shern, Kyraliańczyk z cieniami pod oczami, wyraźnie się skrzywił, kiedy nadszedł jego nauczyciel i wywołał go po imieniu. Spojrzał na maga przerażonymi oczami, a gdy wstawał z krzesła i podchodził do drzwi, wszystkie jego ruchy wyrażały niechęć.

Regin zaprzyjaźnił się z dwoma chłopakami o imionach Kano i Vallon. Ich rozmowom z uwagą przysłuchiwała się nieśmiała Kyralianka, a chłopak z Elyne rysował coś w oprawnej w papier książce. Kiedy Issle wróciła do sali, opadła na krzesło i skryła twarz w rękach. Sonea słyszała, jak inni nowicjusze uskarżali się na ból głowy, więc postanowiła zostawić dziewczynę w spokoju.

Gdy gong oznajmił przerwę południową, Sonea odetchnęła z ulgą. Przez cały ten czas jedynie czytała o rzeczach, które już znała, a na dodatek wychodzący i wchodzący nowicjusze tylko ją rozpraszali. Nie była to szczególnie porywająca pierwsza lekcja.

Wkroczenie Mistrza Elbena do sali sprawiło, że nowicjusze natychmiast pospieszyli ku swoim miejscom. Zaczekał, aż usiedli, po czym odchrząknął.

– Do nauki kontroli powrócicie jutro o tej samej porze – powiedział. – Na najbliższej lekcji natomiast zaczniecie zaznajamiać się z historią Gildii. Wykład odbędzie się w drugiej sali historycznej piętro wyżej. Teraz możecie się rozejść.

Wśród nowicjuszy dały się słyszeć westchnienia ulgi. Wszyscy wstawali, skłaniali się nauczycielowi i biegli ku drzwiom. Sonea ociągała się nieco, zauważyła więc, że Elyńczyk dołączył do grupki Regina. Wstała cichutko, podeszła do nauczyciela i oddała mu książkę, a następnie wydłużyła krok, żeby zrównać się z Issle.

– I jak było za drugim razem?

Dziewczyna spojrzała na Soneę i skinęła głową.

– Zrobiłam, jak radziłaś. Nie zadziałało, ale może następnym razem się uda.

– Na pewno. Z czasem wszystko idzie łatwiej.

Przez kilka kroków szły w milczeniu. Sonea zastanawiała się, co by tu powiedzieć.

– Jesteś Issle z Fonden, prawda? – Usłyszała obok siebie jakiś głos.

Issle odwróciła się i zatrzymała na widok zbliżającego się Regina i jego dwóch towarzyszy.

– Tak – odpowiedziała z ładnym uśmiechem.

– Twój ojciec jest doradcą Króla Marenda? – spytał Regin, unosząc lekko brwi.

– Owszem.

– Jestem Regin z Winar. – Ukłonił się z przesadną uprzejmością. – Z Domu Paren. Czy mogę towarzyszyć ci do sali jadalnej?

Uśmiechnęła się szeroko.

– Będę zaszczycona.

– Nie – odpowiedział jej ze słodkim uśmiechem Regin. – To ja będę zaszczycony.

Wszedł między Issle i Soneę, zmuszając tę drugą, by się cofnęła, i ujął Elynkę pod ramię. Towarzysze Regina ruszyli za nimi korytarzem. Nikt nie spojrzał na Soneę, która nagle znalazła się na samym końcu grupy. Kiedy schodzili po schodach, przystanęła i patrzyła, jak się oddalali bez choćby jednego spojrzenia za siebie.

Issle nawet jej nie podziękowała. Nie powinno mnie to dziwić, pomyślała. To bogate bachory pozbawione manier.

Nie, upomniała samą siebie. Nie sądź ich pochopnie. Gdybym to ja miała przyjąć któreś z nich do bandy Harrina, też nie mieliby łatwo. W końcu zapomną, że jestem inna. Muszę dać im nieco czasu.