Wydawca: Wydawnictwo Galeria Książki Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2014

Gildia magów. Księga I Trylogii Czarnego Maga ebook

Trudi Canavan  

4.57894736842105 (19)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 542 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gildia magów. Księga I Trylogii Czarnego Maga - Trudi Canavan

Gildia Magów to pierwszy tom znakomitej nowej trylogii fantasy, skrzącej się od magii, akcji i przygód. Co roku magowie z Imardin gromadzą się, by oczyścić ulice z włóczęgów, uliczników i żebraków. Mistrzowie magicznych dyscyplin są przekonani, że nikt nie zdoła im się przeciwstawić, ich tarcza ochronna nie jest jednak tak nieprzenikniona jak im się wydaje. Kiedy bowiem tłum bezdomnych opuszcza miasto, młoda dziewczyna, wściekła na traktowanie jej rodziny i przyjaciół, ciska w tarczę kamieniem - wkładając w cios całą swoją złość. Ku zaskoczeniu wszystkich świadków kamień przenika przez barierę i ogłusza jednego z magów. Coś takiego jest nie do pomyślenia. Oto spełnił się najgorszy sen Gildii: w mieście przebywa nieszkolona magiczka. Trzeba ją znaleźć - i to szybko, zanim jej moc wyrwie się spod kontroli, niszcząc zarówno ją, jak i miasto.

Opinie o ebooku Gildia magów. Księga I Trylogii Czarnego Maga - Trudi Canavan

Fragment ebooka Gildia magów. Księga I Trylogii Czarnego Maga - Trudi Canavan

TRUDI CANAVAN

GILDIA MAGÓW

KSIĘGA PIERWSZA TRYLOGII CZARNEGO MAGA

Przełożyła Agnieszka Fulińska

Wydawnictwo Galeria Książki

Kraków 2013

Tytuł oryginału: The Magicians’ Guild. The Black Magician Trilogy: Book One

Copyright © 2001 by Trudi Canavan. All rights reserved

Copyright © for the Polish translation byAgnieszka Fulińska, 2007

Copyright © for the Polish edition byWydawnictwo Galeria książki, 2009

Autor ilustracji: Steve Stone/Artist Partners LTD.

Opracowanie graficzne okładki na podstawie oryginału: Patryk Lubas

Projekt układu typograficznego i skład: Robert Oleś / d2d.pl

Opracowanie graficzne mapek i przygotowanie do druku okładki:Elżbieta Totoń / D2d.pl

Redakcja i korekta:

Małgorzata Sokalska

Korekta:

Marianna Cielecka / d2d.pl

Małgorzata Pasz / d2d.pl

Małgorzata Poździk / d2d.pl

ISBN: 978-83-62170-71-5

Wydawca:wydawnictwo Galeria Książki

www.galeriaksiazki.pl

biuro@galeriaksiazki.pl

Książkę tę dedykuję mojemu ojcu, Denisowi Canavanowi.

To on rozniecił we mnie dwa płomienie: ciekawości i twórczej pasji.

PODZIĘKOWANIA

Podczas pisania tej trylogii wielu ludzi wspierało mnie słowami zachęty i konstruktywnej krytyki. Oto ci, którym należą się podziękowania:

Mama i Tato – za wiarę w to, że mogę zostać tym, kim chcę; Yvonne Hardingham – za to, że była jak starsza siostra, której nie miałam; Paul Marshall – za niewyczerpaną gotowość do czytania; Steven Pemberton – za hektolitry herbaty i kilka bardzo zabawnych sugestii; Anthony Mauriks – za rozmowy o szermierce i pokazy sztuk walki; Mike Hughes, który jak wariat upierał się, by zostać jednym z bohaterów; Julia Taylor – za jej hojność i Dirk Strasser – za zielone światło.

A także Jack Dann za utwierdzanie mnie w pisaniu, kiedy najbardziej tego potrzebowałam; Jane Williams, Victoria Hammond i zwłaszcza Gail Bell, którzy sprawili, że poczułam się jak w domu wśród głównonurtowych pisarzy w Varuna Writers’ Centre; oraz Carol Boothman – za jej mądrość.

Nie mogę również zapomnieć o podziękowaniach dla następujących osób: Ann Jeffree, Paul Potiki, Donna Johansen, Sarah Endacott, Anthony Oakman, David i Michelle LeBlanc i Les Peterson.

Ciepłe słowa powinien również przyjąć Peter Bishop i zespół z Varuny. Pomogliście mi na tyle sposobów, że nie zdołam ich wyliczyć.

Na koniec bardzo specjalne podziękowanie dla Fran Bryson, mojej agentki, której bardzo dużo zawdzięczam – za to, że utorowała drogę moim książkom, oraz dla Lindy Funnell, która powiedziała „oczywiście!”

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział 1 Czystka

Mawiają w Imardinie, że wiatr ma duszę i jęczy w ciasnych zaułkach miasta, ponieważ smuci go ich widok. W dniu Czystki wiatr przemykał ze świstem wśród masztów kołyszących się w Przystani, wpadł przez Bramę Zachodnią i zawył między domami. A następnie, jakby przeraziwszy się zamieszkujących je udręczonych dusz, przeszedł w cichy skowyt.

Tak w każdym razie odczuwała to Sonea. Kiedy uderzył w nią kolejny podmuch zimnego wichru, skuliła się i owinęła mocniej starym płaszczem. Zerknąwszy w dół, skrzywiła się na widok śniegowego błota rozpryskującego się pod jej stopami przy każdym kroku. Szmaty, którymi wypchała za duże buty, dawno zamokły, i mróz szczypał ją w palce.

Jej uwagę przyciągnęło nagłe poruszenie po prawej; ustąpiła drogi mężczyźnie o potarganych siwych włosach, który chwiejnie wytoczył się z zaułka i upadł na kolana. Sonea przystanęła i podała mu rękę, ale starzec zdawał się jej nie widzieć. Wstał i dołączył do zgarbionych postaci sunących ulicą.

Sonea westchnęła i wyjrzała spod kaptura. U wylotu zaułka kulił się gwardzista. Usta miał zaciśnięte w pogardliwy grymas, wzrokiem przebiegał od postaci do postaci. Sonea zmrużyła oczy, by mu się przyjrzeć, ale kiedy zwrócił głowę w jej stronę, szybko odwróciła wzrok.

Przeklęci gwardziści, pomyślała. Niech ich buty będą pełne jadowitych farenów. Sumienie podpowiedziało jej imiona kilku przyzwoitych strażników, ale nie miała nastroju do robienia wyjątków.

Dołączywszy do otaczających ją postaci, powlokła się wraz z nimi ulicą ku szerszej alei. Po jej obu stronach wznosiły się dwu­- i trzypiętrowe kamienice. W oknach wyższych pięter tłoczyły się twarze. W jednym z okien zamożnie ubrany mężczyzna trzymał w ramionach małego chłopca, pokazując mu tłum na dole. Twarz mężczyzny wykrzywiła się w pogardliwy grymas, a kiedy wskazał palcem w dół, chłopiec również zrobił minę, jakby skosztował czegoś paskudnego.

Sonea obrzuciła ich spojrzeniem. Nie czuliby się tak pewnie, gdybym rzuciła czymś w ich okno. Rozejrzała się wokół z niejaką nadzieją, ale jeśli nawet gdzieś w pobliżu były kamienie, to obecnie skrywała je śniegowa maź.

Nieco dalej zauważyła przed sobą dwóch gwardzistów stojących u wejścia do kolejnej uliczki. Odziani w płaszcze z wyprawianej na sztywno skóry i żelazne hełmy, sprawiali wrażenie dwa razy większych niż pilnowani przez nich żebracy. Do ich uzbrojenia należały drewniane tarcze i przypięte do pasów kebiny – żelazne pręty używane jako pałki, z tą różnicą, że tuż nad uchwytem miały jeszcze hak, służący do wyrywania napastnikom noży. Sonea spuściła wzrok, mijając tych dwóch mężczyzn.

– …odetnij im drogę, zanim dojdą do placu – mówił jeden z gwardzistów. – Jest ich może dwudziestu. Przywódca jest wysoki, ma bliznę na szyi i…

Serce Sonei zadrżało. Czy to możliwe?

Kilka kroków dalej zauważyła ukryte w niszy drzwi. Wsunąwszy się w zagłębienie, odwróciła głowę, by przyjrzeć się strażnikom, i podskoczyła na widok pary ciemnych oczu spoglądających na nią z bramy.

Była to kobieta o oczach szeroko otwartych ze zdumienia. Sonea cofnęła się o krok. Nieznajoma zrobiła to samo, po czym uśmiechnęła się, słysząc śmiech.

Zwierciadło! Sonea wyciągnęła rękę i dotknęła zawieszonego na ścianie kwadratu z wypolerowanego metalu. Na jego powierzchni wyryto jakieś słowa, ale zbyt słabo znała litery, żeby je zrozumieć.

Przyjrzała się dokładnie swojemu odbiciu. Pociągła twarz o zapadniętych policzkach. Krótkie, ciemne włosy. Nikt nigdy nie nazwał jej ładną. Gdyby chciała, mogłaby nadal uchodzić za chłopaka. Ciotka zwykła mówić, że bardziej przypomina dawno zmarłą matkę niż ojca, ale Sonea podejrzewała, że Jonna po prostu nie chce zauważać żadnego podobieństwa do szwagra, który postanowił zniknąć z ich życia.

Sonea przysunęła twarz do odbicia. Matka była piękna. Może gdybym zapuściła włosy, pomyślała, i założyła jakieś kobiece ubranie…

…daj spokój. Parsknęła pogardliwie i odwróciła się, zła, że dała się porównać takim fantazjom.

– …jakieś dwadzieścia minut temu – usłyszała w pobliżu. Zamarła, przypomniawszy sobie, dlaczego schowała się w tej niszy.

– A gdzie zastawili pułapkę?

– Nie wiem, Mol.

– Chciałbym tam być. Widziałem, co te dranie zrobiły w zeszłym roku Porlenowi. Przez kilka tygodni nie mógł się pozbyć wysypki i przez wiele dni nie widział dobrze. ­Ciekawe, czy mogę się wydostać z… Ej! Nie tędy, ­chłopcze!

Sonea zignorowała to wezwanie, wiedząc, że żołnierze nie opuszczą posterunku u wylotu zaułka, ponieważ wtedy ludzie sunący ulicą mogliby wykorzystać ich nieuwagę i rozpierzchnąć się. Ruszyła biegiem, przemykając wśród gęstniejącego tłumu. Od czasu do czasu zatrzymywała się, żeby poszukać znajomych twarzy.

Nie miała wątpliwości, o jakiej bandzie mówili strażnicy. Powtarzane w nieskończoność opowieści o wyczynach chłopaków Harrina podczas ostatniej Czystki były główną atrakcją ostatniej mroźnej zimy. Cieszyło ją, że dawni kumple są wciąż zdolni do psot, aczkolwiek zgodziła się z ciotką, że sama powinna trzymać się z dala od kłopotów. Wyglądało na to, że strażnicy zamierzają wziąć dziś odwet.

Co tylko potwierdza, że Jonna miała rację. Sonea uśmiech­nęła się ponuro. Zbiłaby mnie, gdyby wiedziała, co zamierzam teraz zrobić, ale muszę ostrzec Harrina. Raz jeszcze przebiegła wzrokiem po tłumie. Nie zamierzam wracać do bandy. Muszę tylko znaleźć czujkę – jest!

W cieniu bramy czaił się chłopak, omiatając ulicę wrogim spojrzeniem. Mimo że sprawiał wrażenie biernego, przeskakiwał wzrokiem między jednym zaułkiem a drugim. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, Sonea podniosła rękę, żeby poprawić kaptur, i wykonała gest, który większość ludzi uznałaby za nieporadny znak. Chłopak zmrużył oczy i odpowiedział ruchem ręki.

Pewna już, że to czujka, przecisnęła się przez tłum i zatrzymała kilka kroków przed bramą, udając, że tym razem poprawia rzemyki buta.

– Z kim jesteś? – spytał chłopak, nie patrząc na nią.

– Z nikim.

– Użyłaś starego znaku.

– Znikłam na jakiś czas.

Milczał przez chwilę.

– Czego chcesz?

– Podsłuchałam strażników – odpowiedziała. – Chcą kogoś dorwać.

Czujka żachnął się.

– Czemu miałbym ci wierzyć?

– Znałam Harrina – odpowiedziała, prostując się.

Chłopak rozważał przez chwilę te słowa, po czym wysunął się z niszy i chwycił ją za rękę.

– Zobaczmy więc, czy on cię pamięta.

Serce Sonei zamarło, gdy chłopak wciągnął ją w tłum. Błoto było śliskie i wiedziała, że wyląduje w nim, jeśli spróbuje zaprzeć się nogami. Zaklęła pod nosem.

– Nie musisz mnie do niego zabierać – powiedziała. – Wystarczy, że podasz mu moje imię. Będzie wiedział, że nie chcę go wrobić.

Chłopak nie słuchał. Strażnicy przyglądali im się podejrzliwie. Sonea pociągnęła rękę, ale chłopak trzymał mocno. Wciągnął ją w boczną uliczkę.

– Słuchaj – powiedziała. – Mam na imię Sonea. Harrin mnie zna. Cery też.

– W takim razie nie powinnaś mieć nic przeciwko spotkaniu z nimi – rzucił chłopak przez ramię.

Uliczka była zatłoczona, ludzie jakby się gdzieś spieszyli. Sonea chwyciła się latarni i przyciągnęła chłopaka do ­siebie.

– Nie mogę z tobą iść. Muszę się zobaczyć z ciotką. Puść mnie…

Tłum minął ich, zmierzając dalej ulicą. Sonea spojrzała w górę i jęknęła.

– Jonna mnie zabije.

W poprzek uliczki ustawili się gwardziści, trzymając wysoko tarcze. Przed nimi skakało kilkoro dzieci, wykrzykując obraźliwe i szydercze słowa. Na oczach Sonei jedno z nich rzuciło w gwardzistów jakimś małym przedmiotem. Pocisk trafił w tarczę i rozprysnął się w chmurę czerwonego pyłu. Dzieciaki wybuchnęły śmiechem, kiedy żołnierze cofnęli się o kilka kroków.

Niedaleko dzieciaków dostrzegła dwie znajome postacie. Jeden z chłopaków, podparty pod boki, był wyższy i nieco tęższy, niż zapamiętała. Przez te dwa lata Harrin wyrósł z chłopięcej sylwetki, ale sądząc po postawie, niewiele więcej się zmieniło. Zawsze był niekwestionowanym przywódcą bandy, gotowym przemówić każdemu do rozsądku za pomocą pięści.

Obok stał chłopak niemal o połowę od niego niższy. Sonea nie potrafiła powstrzymać się od uśmiechu: ten nic nie urósł od czasu, kiedy ostatni raz go widziała, i zdawała sobie sprawę z tego, jak bardzo musi go to złościć. Pomimo niskiego wzrostu, Cery zawsze miał posłuch wśród członków bandy, ponieważ jego ojciec pracował dla Złodziei.

Kiedy czujka pociągnął ją bliżej, zobaczyła, że Cery ślini palec, unosi go do góry, po czym kiwa głową. Harrin krzyknął. Dzieciaki wyciągnęły spod koszul małe pakuneczki i rzuciły nimi w gwardzistów. Wokół tarcz uniosła się chmura czerwieni, a na usta Sonei wypłynął uśmiech, gdy usłyszała przekleństwa i krzyki bólu.

W tej chwili w uliczce za plecami gwardii pojawiła się samotna postać. Sonea spojrzała w tamtym kierunku i poczuła, że serce jej zamiera.

– Mag! – krzyknęła.

Stojący obok chłopak również wstrzymał oddech na widok mężczyzny w długiej szacie.

– Eja! Mag! – krzyknął. Zarówno dzieciaki, jak i gwardziści wyprostowali się i odwrócili w kierunku nowo przybyłego.

A następnie wszyscy zachwiali się pod podmuchem gorącego wiatru. Nozdrza Sonei wypełnił nieprzyjemny zapach, a oczy zaczęły ją szczypać, kiedy czerwony pył uderzył ją w twarz. Wiatr ucichł nagle i zapanowała absolutna cisza.

Sonea mrugała, ocierając łzy i rozglądając się po ziemi w poszukiwaniu czystego śniegu, którym mogłaby przetrzeć piekące oczy. Ale wokół było tylko błoto, gładkie i niepodeptane. To nie mogło być prawdą. Kiedy wzrok się jej nieco wyostrzył, dostrzegła rozchodzące się spod stóp Maga drobne fale na śniegu.

– Uciekać! – ryknął Harrin. Dzieciaki natychmiast zerwały się spod nóg gwardzistów i przemknęły obok Sonei. Czujka krzyknął i pociągnął ją za nimi.

Zrobiło jej się słabo, kiedy na przeciwnym końcu uliczki dostrzegła kolejny szereg gwardii. A więc to jest ta pułapka! A ja dałam się w nią wciągnąć razem z nimi!

Czujka ciągnął ją za sobą, biegnąc za bandą Harrina i dzieciakami pędzącymi wprost na gwardzistów. Kiedy zbliżyli się do nich, żołnierze podnieśli tarcze w gotowości. Kilka kroków przed nimi dzieciaki skręciły w zaułek. Pędząc za nimi, Sonea dostrzegła dwóch umundurowanych mężczyzn leżących bezwładnie u wylotu zaułka.

– Kryć się! – zawołał znajomy głos.

Jakaś ręka chwyciła ją i pociągnęła w dół. Sonea skrzywiła się, uderzając kolanami w pokryty śnieżnym ­błotem bruk. Usłyszała za sobą krzyki, spojrzała w tył i zobaczyła masę ramion i tarcz wypełniającą wąskie przejście między budynkami i unoszącą się nad nimi czerwoną chmurę.

– Sonea?

Głos był znajomy i pełen zaskoczenia. Spojrzawszy w górę, uśmiechnęła się na widok przykucniętego tuż obok Cery’ego.

– Powiedziała mi, że gwardziści planują zasadzkę – powiedział czujka.

Cery potaknął.

– Wiedzieliśmy o tym. – Na jego twarzy pojawił się uśmiech, ale potem spojrzenie powędrowało znów ku żołnierzom i Cery spoważniał. – Chodźcie. Czas uciekać!

Chwycił Soneę za rękę, pomógł jej wstać i poprowadził pomiędzy chłopaków strzelających w gwardzistów. W tej samej chwili uliczkę wypełnił rozbłysk ­oślepiającej bieli.

– Co to było? – jęknęła Sonea, usiłując otrząsnąć się z powidoku.

– Mag – syknął Cery.

– Uciekać! – dobiegł z pobliża krzyk Harrina. Oślepiona, Sonea brnęła przed siebie. Ktoś z tyłu wpadł na nią i potknęła się. Cery chwycił ją, postawił z powrotem na nogi i poprowadził dalej.

Wyskoczyli z zaułka i znaleźli się z powrotem na głównej ulicy. Chłopcy zwolnili i naciągnęli kaptury, wtapiając się w tłum. Sonea zrobiła podobnie i przez chwilę szli z Cerym bez słowa. Po chwili dołączył do nich wysoki chłopak i zerknął na Soneę spod kaptura.

– Eja! Kogóż my tu mamy! – oczy Harrina omal nie wyskoczyły z orbit. – Sonea! Co ty tu porabiasz?

Uśmiechnęła się.

– Znowu daję się złapać przez twoje zabawy, Harrin.

– Podsłuchała, że gwardziści planują zasadzkę, i odszukała nas – wyjaśnił Cery.

Harrin machnął lekceważąco ręką.

– Wiedzieliśmy, że coś szykują, więc wybraliśmy miejsce z drogą ucieczki.

Przypomniawszy sobie leżących w wejściu do zaułka gwardzistów, Sonea skinęła głową.

– Powinnam była się domyślić, że wiesz.

– Gdzie bywałaś? To… już kilka lat.

– Dwa lata. Mieszkałam w Północnej Dzielnicy. Wuj Ranel znalazł nam pokój w gościńcu.

– Słyszałem, że strasznie zdzierają w tych gościńcach i wszystko kosztuje podwójnie tylko dlatego, że mieszkasz w obrębie murów miejskich.

– Owszem, ale jakoś sobie poradziliśmy.

– Co robiliście? – spytał Cery.

– Naprawialiśmy buty i ubrania.

Harrin skinął głową.

– Dlatego tak dawno cię nie widzieliśmy.

Sonea uśmiechnęła się.

Owszem, ale też dlatego, że Jonna nie chciała, żebym zadawała się z twoją bandą. Ciotka nie akceptowała Harrina i jego paczki. Bynajmniej…

– Jak dla mnie, nie brzmi to zbyt zachęcająco – mruknął Cery.

Przyglądając się mu, Sonea dostrzegła, że wprawdzie Cery nie urósł przez ostatnie kilka lat, ale jego twarz straciła chłopięce rysy. Miał na sobie nowy płaszcz z nitkami wyłażącymi w miejscach, w których został przycięty, a w jego połach zapewne kryła się kolekcja wytrychów, noży, błyskotek i słodyczy, poupychanych po kieszeniach i pod podszewką. Sonea zawsze zastanawiała się, co Cery będzie ­robił, kiedy wyrośnie z kieszon­kar­stwa i włamań.

– Ale jest bezpieczniejsze niż zadawanie się z wami – odpowiedziała.

Cery zmrużył oczy.

– Gadasz jak Jonna.

Kiedyś by ją to zabolało. Teraz uśmiechnęła się w odpowiedzi.

– Gadanina Jonny wyciągnęła nas z nędzy.

– A zatem – przerwał im Harrin – skoro masz pokój w gościńcu, co robisz tutaj?

Sonea skrzywiła się i spochmurniała.

– Król wygania ludzi z gościńców – powiedziała. – Twierdzi, że tyle osób nie powinno mieszkać w jednym budynku – że to niehigieniczne. Dziś rano przyszli strażnicy i wykopali nas stamtąd.

Harrin zmarszczył brwi i wymamrotał jakieś przekleństwo. Sonea rzuciła okiem na Cery’ego: kpiarski wyraz twarzy zniknął. Odwróciła wzrok, wdzięczna za zrozumienie, ale nie pocieszona.

Wystarczyło jedno słowo z Pałacu, aby wszystko, na co ona, ciotka i wuj zapracowali, znikło. Nie było czasu na zastanawianie się nad konsekwencjami, kiedy zbierali w pośpiechu dobytek, zanim wyrzucono ich na ulicę.

– Gdzie są Jonna i Ranel? – spytał Harrin.

– Wysłali mnie tu, żebym się rozejrzała za pokojem w naszej dawnej okolicy.

Cery spojrzał jej prosto w oczy.

– Jeśli nic nie znajdziesz, przyjdź do mnie.

Skinęła głową.

– Dzięki.

Tłum powoli wylewał się z ulicy na szeroki brukowany skwer. Był to plac Północny, gdzie raz w tygodniu odbywał się niewielki targ. Miejsce regularnych wizyt Sonei i jej ciotki – w każdym razie w przeszłości.

Na placu zgromadziło się kilkaset osób. Wielu ludzi przeszło już dalej przez Bramę Północną, ale inni czekali jeszcze, w nadziei, że spotkają bliskich, zanim pochłoną ich slumsy. Niektórzy zaś należeli do tych, którzy nie ruszą się, jeśli się ich nie popchnie.

Cery i Harrin zatrzymali się koło stojącej na środku placu sadzawki. Z wody wyrastał posąg Króla Kalpola. Dawno zmarły monarcha dobiegał czterdziestki, kiedy rozprawił się z górskimi rozbójnikami, tu jednak został przedstawiony jako młodzieniec, prawą ręką wymachujący kopią swego słynnego nabijanego klejnotami miecza, w lewej zaś dzierżący równie ozdobny puchar.

Niegdyś stał tu inny posąg, ale został zniszczony trzydzieści lat temu. Mimo że przez lata wzniesiono wiele pomników króla Terrela, wszystkie, z wyjątkiem jednego, zostały rozbite, a istniała pogłoska, że nawet ten ocalały, znajdujący się za murami Pałacu, był nadtłuczony. Pomimo wszystkich innych osiągnięć, mieszkańcy Imardinu zapamiętali Terrela przede wszystkim jako tego władcę, który zapoczątkował coroczne Czystki.

Wuj wielokrotnie opowiadał Sonei tę historię. Trzydzieści lat temu, kiedy wpływowi przedstawiciele Domów uskarżali się na brak bezpieczeństwa na ulicach, Król rozkazał gwardii wyrzucić z miasta wszystkich żebraków, bezdomnych, włóczęgów i podejrzanych o działalność przestępczą. Rozzłościło to najpotężniejszych z wyrzuconych, zebrali się więc i zaopatrzeni w broń przez zamożniejszych przemytników i złodziei, stanęli do walki. W ­obliczu walk ulicznych i zamieszek Król zwrócił się o pomoc do Gildii Magów.

Rebelianci nie mieli broni przeciw magii. Zostali schwytani i zawleczeni do slumsów. Króla tak ucieszyły uczty, wydane przez Domy dla uczczenia tej okazji, że rozkazał oczyszczać miasto z włóczęgów każdej zimy.

Kiedy stary Król zmarł pięć lat później, wielu liczyło na to, że Czystki się skończą, ale syn Terrela, król Merin, nie zerwał z tym zwyczajem. Sonea rozglądała się wokół, usiłując wyobrazić sobie zagrożenie, jakie mogliby stanowić otaczający ją słabi, schorowani ludzie. Po chwili zauważyła, że wokół Harrina gromadzą się dzieciaki, wpatrując się w przywódcę wyczekująco. Poczuła ucisk w żołądku, znak nagłego strachu.

– Muszę już iść – powiedziała.

– Nie, nie idź – zaprotestował Cery. – Dopiero co się odnaleźliśmy.

Potrząsnęła głową.

– Za długo mnie nie było. Jonna i Ranel mogą już być w slumsach.

– W takim razie już masz kłopoty – wzruszył ramionami Cery. – Ciągle boisz się bury, co?

Spojrzała na niego z naganą. Nie wzruszyło go to – tylko się uśmiechnął.

– Masz. – Wcisnął jej coś do ręki. Było to niewielkie papierowe zawiniątko.

– Tym rzucaliście w gwardzistów?

Cery potaknął.

– Mielona papea – powiedział. – Pieką od tego oczy i robi się wysypka.

– Ale nie działa na magów.

Twarz Cery’ego rozjaśnił złośliwy uśmiech.

– Jednego kiedyś dorwałem. Nie zauważył mnie.

Sonea wyciągnęła rękę, żeby zwrócić mu paczuszkę, ale Cery odsunął jej dłoń.

– To dla ciebie – powiedział. – Tu się nie przyda. Magowie zawsze wznoszą barierę.

Potrząsnęła głową.

– Dlatego rzucacie kamieniami? Po co w ogóle się ­męczyć?

– Poprawia samopoczucie. – Cery spojrzał na drogę, oczy miał zimne jak stal. – Gdybyśmy tego nie robili, to tak, jakby Czystka nas nie obchodziła. Nie mogą ot tak wyrzucać nas z miasta, nie?

Wzruszyła ramionami i spojrzała na dzieciaki przebierające nogami z niecierpliwości. Sonea zawsze uważała, że rzucanie czymkolwiek w magów jest głupotą.

– Ty i Harrin i tak rzadko pokazujecie się w mieście – zauważyła.

– Owszem, ale chcemy móc to robić, kiedy mamy ochotę – wyszczerzył się Cery. – A to jedyna okazja, żeby trochę narozrabiać bez wtrącania się Złodziei.

Sonea przewróciła oczami.

– A więc o to chodzi.

– Hej! Idziemy! – ryknął Harrin nad głowami tłumu.

Dzieciaki krzyknęły radośnie i zaczęły się rozbiegać. Cery spojrzał na Soneę z nadzieją.

– Chodź – ponaglił. – Będzie ubaw.

Potrząsnęła głową.

– Nie musisz się dołączać. Wystarczy, że popatrzysz – powiedział. – Potem pójdę z tobą i rozejrzymy się za jakimś mieszkaniem.

– Ale…

– Patrz – wyciągnął rękę i rozwiązał jej chustkę. Złożył materiał w trójkąt, zarzucił jej na głowę i zawiązał pod szyją. – Teraz wyglądasz bardziej jak dziewczyna. Nawet gdyby gwardziści chcieli nas gonić, czego nigdy nie robią, nie wezmą cię za rozrabiakę. No – pogłaskał ją po policzku – od razu wyglądasz lepiej. Chodź. Nie pozwolę ci więcej zniknąć.

Westchnęła.

– Niech będzie.

Tłum zgęstniał, więc banda musiała przeciskać się między ludźmi. Ku zaskoczeniu Sonei nikt nie złościł się na nich za rozpychanie się łokciami. Przeciwnie: mijani przez nią mężczyźni i kobiety wkładali jej do rąk kamienie i przejrzałe owoce, szepcząc przy tym słowa zachęty. Przesuwając się za Cerym między podnieconymi twarzami, poczuła dreszczyk emocji. Rozsądni ludzie, tacy jak jej wuj i ciotka, opuścili już plac Północny. Pozostali ci, którzy chcieli obejrzeć pokaz oporu – jakkolwiek byłby on bezcelowy.

Na obrzeżach tłum był rzadszy. Po jednej stronie wzrok Sonei napotkał ludzi napływających wciąż na plac z bocznej ulicy, po drugiej nad zgromadzonymi wznosiły się odległe bramy. Z przodu…

Sonea stanęła, czując, jak opuszcza ją pewność siebie. Cery brnął naprzód, ale ona cofnęła się o parę kroków i skryła się za starszą kobietą. Niecałe dwadzieścia kroków przed nimi stał szereg magów.

Wciągnęła głęboko powietrze i wypuściła je powoli. Wiedziała, że nie ruszą się z miejsca. Nie zwrócą uwagi na tłum, dopóki nie będą gotowi wypędzić ludzi z placu. Nie było czego się bać.

Przełknęła ślinę i zmusiła się do odszukania wzrokiem dzieciaków. Harrin, Cery i reszta sunęli do przodu, ­przeciskając się przez rzednący strumień spóźnialskich, ustawiających się na brzegach placu.

Sonea podniosła znów wzrok ku magom i zadrżała. Nigdy nie była tak blisko, nigdy nie miała okazji dobrze się im przyjrzeć.

Nosili rodzaj mundurów: szaty o szerokich rękawach, zebrane w pasie szeroką wstęgą. Wuj Ranel twierdził, że takie stroje były w modzie setki lat temu. Teraz jednak zwykli ludzie, którzy ubraliby się na modłę magów, popełniliby przestępstwo.

Sami mężczyźni. Ze swego miejsca potrafiła naliczyć dziewięciu; stali samotnie lub w parach, tworząc szereg, który, jak przypuszczała, miał otoczyć cały plac. Niektórzy nie mogli mieć więcej niż dwadzieścia lat, inni wyglądali bardzo staro. Jeden z tych, co stali najbliżej, jasno­włosy mężczyzna koło trzydziestki, był przystojny w bezbłędny, pedantyczny sposób. Pozostali wyglądali zaskakująco zwyczajnie.

Kątem oka dostrzegła nagłe poruszenie i odwróciła się, by zobaczyć, jak Harrin macha ręką. Ku magom poszybował kamień. Mimo że wiedziała, co nastąpi, wstrzymała oddech.

Kamień uderzył w coś twardego i niewidocznego i spadł na ziemię. Sonea wypuściła powietrze, a kolejne dzieciaki zaczęły ciskać kamienie. Kilku spośród mężczyzn w długich szatach podniosło wzrok, by przyjrzeć się pociskom odbijającym się od powietrza tuż przed nimi. Inni zaszczycili dzieciaki przelotnym spojrzeniem, po czym wrócili do przerwanych rozmów.

Wpatrywała się w miejsce, w którym zawisła magiczna bariera. Nic nie widziała. Przesunęła się bliżej, wyjęła z kieszeni jeden z kamyków, zamachnęła się i cisnęła nim z ­całej siły. Roztrzaskał się, uderzając w niewidoczną ścianę i przez chwilę w powietrzu widać było spłaszczony z jednej strony obłok pyłu.

Usłyszała za sobą stłumiony chichot i odwróciwszy się, zobaczyła uśmiechniętą do niej starszą kobietę.

– Dobry strzał – zagdakała kobieta. – Pokaż im. No ­dalej!

Sonea wsunęła dłoń do kieszeni i zacisnęła palce na nieco większym kamieniu. Podeszła jeszcze parę kroków ku magom i uśmiechnęła się. Na niektórych twarzach dostrzegała irytację. Najwyraźniej nie lubili, żeby się im przeciw­stawiać, ale coś powstrzymywało ich od konfrontacji z dzieciakami.

Spoza mgiełki pyłu dochodziły stłumione głosy. Elegancki mag podniósł wzrok, po czym zwrócił się z powrotem ku swojemu towarzyszowi, starszemu mężczyźnie o siwiejących włosach.

– Żałosne robactwo – prychnął pogardliwie. – Kiedy wreszcie się ich pozbędziemy?

Sonea poczuła ucisk w żołądku i chwyciła mocniej kamień. Podrzuciła go na dłoni, oceniając ciężar. Ciężki. Zwróciwszy się ku magom, poczuła, jak wzbiera w niej gniew na myśl, że wyrzucono ją z domu, jak łączy się on z wpojoną nienawiścią do magów, i cisnęła kamieniem w mówiącego. Śledziła pocisk wzrokiem, a kiedy zbliżył się do magicznej bariery, wyobraziła sobie, jak dobrze by było, gdyby ją pokonał i dotarł do celu.

Powietrze rozbłysło niebieskim światłem, a kamień z głuchym trzaskiem uderzył maga w skroń. Mężczyzna stał przez chwilę bez ruchu, patrząc przed siebie, po czym ugięły się pod nim kolana, a ten drugi zrobił krok do przodu, by go podtrzymać.

Sonea patrzyła z otwartymi ustami, jak starszy z magów kładzie towarzysza na ziemi. Szyderstwa dzieciaków ucichły. Milczenie ogarnęło tłum niczym fala dymu.

Następnie rozległy się krzyki, gdy dwóch następnych magów podskoczyło, by przykucnąć przy leżącym na ziemi. Kompani Harrina i wielu spośród tłumu zaczęli wiwatować. Plac ożył głosami, kiedy ludzie szeptem i krzykiem powtarzali sobie, co się właśnie stało.

Sonea spojrzała na swoje dłonie. Zadziałało. Złamałam barierę, ale to jest niemożliwe, chyba że…

Chyba że użyłam magii.

Przebiegł ją dreszcz na wspomnienie tego, jak zbierała swój gniew i nienawiść, wtłaczając je w kamień, jak podążała wzrokiem i myślą za pociskiem, jak pragnęła, by przebił się przez barierę. Poczuła jakieś drżenie, jakby coś wyrywało się w niej, by powtórzyć to wszystko.

Podniósłszy wzrok, ujrzała, że wokół leżącego na ziemi maga zgromadziło się kilku innych. Niektórzy nachylali się nad nim, ale większość odwróciła się ku zgromadzonemu na placu tłumowi i wpatrywała się weń przenikliwie. Szukają mnie, przyszło jej nagle do głowy. Jeden z nich jakby usłyszał jej myśl, zwrócił bowiem spojrzenie w jej stronę. Zamarła przerażona, ale jego wzrok tylko się po niej prześlizgnął i powędrował dalej.

Nie wiedzą, kto to zrobił. Odetchnęła z ulgą. Rozejrzała się wokół i zauważyła, że tłum stoi kilka kroków za nią. Dzieciaki wycofywały się. Ruszyła za nimi z bijącym sercem.

W tej chwili podniósł się najstarszy z magów. W przeciwieństwie do pozostałych natychmiast utkwił w niej wzrok. Wskazał na nią, a spojrzenia pozostałych podążyły za jego gestem. Kiedy unieśli ręce, poczuła paniczny strach. Obróciła się na pięcie i popędziła w stronę tłumu. Kątem oka ­widziała uciekające dzieciaki. Zakręciło jej się w głowie, kiedy kilka rozbłysków oświetliło znajdujące się przed nią twarze; krzyki rozdarły powietrze. Poczuła falę gorąca i dysząc upadła na kolana.

– STAĆ!

Nie czuła bólu. Spojrzała w dół i odetchnęła z ulgą na widok swojego ciała w jednym kawałku. Podniosła wzrok: ludzie wciąż uciekali, niepomni na dziwnie głośny rozkaz, który jeszcze odbijał się echem po placu.

Sonea poczuła smród spalenizny. Odwróciła się i dostrzegła raptem kilka kroków od niej kogoś leżącego twarzą w dół na chodniku. Mimo że płomienie pożerały łapczywie jego ubranie, człowiek ten leżał nieruchomo. Potem zobaczyła poczerniałą miazgę, która niegdyś była ręką, i zrobiło się jej niedobrze.

– NIE ROBIĆ JEJ KRZYWDY!

Podniosła się na drżące nogi i odsunęła od ciała. Wokół siebie widziała kształty uciekających dzieciaków. Z wielkim wysiłkiem zmusiła się do niezdarnego biegu.

Zrównała się z tłumem przy Bramie Północnej i wcisnęła się między ludzi. Przepychała się do przodu, odtrącając tych, którzy stanęli jej na drodze, aż znalazła się w samym środku tłumu. Kamienie wciąż obciążały jej kieszenie, więc je wyrzuciła. Coś szarpnęło ją za nogi i przewróciło na ziemię, ale podniosła się, by biec dalej.

Mocne ręce chwyciły ją od tyłu. Walczyła i usiłowała krzyczeć, ale ręce obróciły ją i ujrzała przed sobą dobrze znane niebieskie oczy Harrina.

Rozdział 2 Narada magów

Mimo że wielokrotnie przekraczał podwoje Rady Gildii od czasu, kiedy ukończył tu naukę trzydzieści lat temu, Mistrz Rothen rzadko słyszał w tym gmachu echo tak wielu ­głosów.

Obrzucił wzrokiem otaczające go morze mężczyzn i kobiet, w którym tworzyły się już kółka, odpowiadające klikom i frakcjom. Niektórzy przemieszczali się od grupki do grupki, dołączając do coraz to innych kół. Gesty rąk podkreślały wagę słów, a od czasu do czasu ponad ogólny szmer wznosił się pojedynczy okrzyk bądź protest.

Posiedzenia cechowały się zazwyczaj godnością i porządkiem, tym niemniej dopóki nie pojawił się Administrator, by ten porządek zaprowadzić, uczestnicy tłoczyli się, rozmawiając w środku sali. Podchodząc bliżej zgromadzonych, Rothen pochwycił urywki rozmów, które zdawały się dochodzić spod sufitu. Aula Gildii wzmacniała dźwięki w dziwaczny, niespodziewany sposób, zwłaszcza w przypadku podniesionych głosów.

Nie była to magiczna sztuczka, jak zazwyczaj wydawało się gościom, ale niezamierzony wynik przebudowy zwykłego pomieszczenia w wielką salę. Dawna siedziba Gildii mieściła w sobie niegdyś zarówno komnaty ­magów i ich uczniów, jak sale lekcyjne i bankietowe. Cztery stulecia później, ze względu na gwałtowny wzrost liczby członków, Gildia zbudowała kilka nowych budynków. Nie chciano jednak niszczyć historycznego gmachu, toteż wyburzono w nim ściany wewnętrzne, wstawiono krzesła i odtąd wszystkie Posiedzenia, Ceremonie Przyjęcia i Promocje, a także Przesłuchania, odbywały się właśnie tu.

Wysoka postać w fioletowej szacie opuściła zebranych i skierowała się ku Rothenowi, który uśmiechnął się na widok tego pełnego zapału młodzieńca. Dannyl niejeden raz uskarżał się, że w Gildii nie dzieje się nic szczególnie interesującego.

– Witaj, stary druhu. Jak poszło? – spytał Dannyl.

Rothen założył ręce.

– Dam ja ci „stary druhu”!

– A zatem: starcze duchem – odpowiedział beztrosko Dannyl. – Co powiedział Administrator?

– Nic. Chciał tylko, żebym opowiedział, co zaszło. Wy­gląda na to, że tylko ja ją widziałem.

– Miała szczęście – odrzekł Dannyl. – Dlaczego pozostali usiłowali ją zabić?

Rothen potrząsnął głową.

– Nie sądzę, żeby to było ich zamiarem.

Przez szum głosów przebił się dźwięk gongu, po czym spotęgowany głos Administratora Gildii wypełnił salę.

– Proszę wszystkich o zajęcie miejsc.

Rzuciwszy okiem za siebie, Rothen zauważył, że wielkie drzwi z tyłu auli zamykają się. Tłum na środku sali rzedł, w miarę jak magowie zajmowali miejsca po obu jej stronach. Dannyl skinął głową ku przodowi sali.

– Mamy dziś nietypowe towarzystwo.

Rothen spojrzał we wskazanym kierunku: starszyzna właśnie zasiadała na swoich miejscach. Dla podkreślenia ich pozycji i autorytetu w Gildii ich krzesła ustawiono na pięciu stopniach na samym przodzie sali. Ku podwyższeniom prowadziły dwa wąskie rzędy schodów. Na samym środku najwyższego stopnia stał wielki tron ozdobiony złotem i haftowanym inkalem Króla – stylizowanym ptakiem nocnym. Tron był pusty, ale w dwóch krzesłach po jego obu stronach siedzieli już magowie, których szaty przepasane były złotymi wstęgami.

– Doradcy Króla – mruknął Rothen. – Interesujące.

– Właśnie – powiedział Dannyl. – Zastanawiałem się, czy Jego Wysokość Merin uzna to Posiedzenie za dość ważne, by wziąć w nim udział.

– Najwyraźniej nie dość ważne, by przybyć osobiście.

– Oczywiście, że nie – Dannyl uśmiechnął się. – I dobrze, bo musielibyśmy się dobrze zachowywać.

Rothen wzruszył ramionami.

– Nie ma żadnej różnicy, Dannyl. Nawet gdyby nie było tu doradców, nikt z nas nie powiedziałby niczego, czego by nie powiedział w obecności Króla. Nie, oni są tu po to, żeby mieć pewność, że nie ograniczymy się do rozmów o tej dziewczynie.

Doszli do swoich krzeseł i usiedli. Dannyl rozparł się i obrzucił wzrokiem salę.

– Wszystko przez jakiegoś brudnego bachora z ulicy.

Rothen chrząknął.

– Narobiła niezłego zamieszania, nieprawdaż?

– Fergun nie przyszedł – Dannyl zmrużył oczy, przemykając wzrokiem po rzędach po drugiej stronie sali – ale jego poplecznicy stawili się w komplecie.

Mimo że Rothen nie pochwalał publicznego wyrażania niepochlebnych opinii o innych magach, jak miał to w zwyczaju jego przyjaciel, nie potrafił powstrzymać się od uśmiechu. Temperament Ferguna nie przysparzał mu popularności.

– O ile pamiętam raport Uzdrowiciela, uderzenie spowodowało spory wstrząs. Uznał za właściwe przepisanie Fergunowi środków uspokajających.

Dannyl niemal zagwizdał z radości.

– Fergun uśpiony! Będzie wściekły, kiedy dowie się, że ominęło go to Posiedzenie!

Ponownie rozległ się dźwięk gongu i szum głosów ­przycichł.

– W dodatku, jak się zapewne domyślasz, Administrator Lorlen był niezmiernie zawiedziony, że Mistrz Fergun nie będzie mógł przedstawić swojej wersji zdarzeń – dodał szeptem Rothen.

Dannyl zdusił chichot. Spoglądając ku miejscom starszyzny, Rothen zauważył, że wszyscy usiedli. Stał już tylko Administrator Lorlen z gongiem w jednej i pałeczką w drugiej ręce.

Wyraz twarzy Lorlena był niespotykanie poważny. Rothen uświadomił sobie, że jest to pierwsza tak trudna sytuacja, z którą temu magowi przyjdzie się zmierzyć, odkąd został wybrany na swoje obecne stanowisko. Lorlen pokazał już, że świetnie radzi sobie z codziennymi sprawami Gildii, ale zapewne wielu spośród magów zadawało sobie pytanie, jak stawi czoła tego rodzaju wyzwaniu.

– Zwołałem to Posiedzenie w celu omówienia wydarzeń, które dziś rano miały miejsce na placu Północnym – zaczął Lorlen. – Musimy zająć się dwiema sprawami najwyższej wagi: zabójstwem niewinnego oraz istnieniem maga ­działającego poza naszą kontrolą. Zacznijmy od pierwszej sprawy jako poważniejszej. Wzywam na świadka Mistrza Rothena.

Dannyl spojrzał na Rothena ze zdziwieniem, po czym roześmiał się.

– Hej, chyba od wieków nie stałeś na mównicy. Powodzenia.

Podnosząc się z miejsca, Rothen rzucił przyjacielowi miażdżące spojrzenie.

– Dzięki za przypomnienie. Jakoś sobie poradzę.

Wszystkie twarze zwróciły się ku niemu, kiedy przechodził przez salę ku krzesłom Starszych. Skinął głową Administratorowi, a Lorlen odpowiedział mu takim samym gestem.

– Powiedz nam, czego byłeś świadkiem, Mistrzu Rot­h­enie.

Rothen przez chwilę zastanawiał się nad doborem słów. Od przemawiającego do zgromadzenia Gildii oczekiwano zwięzłości i prostoty.

– Kiedy dziś rano przybyłem na plac Północny, Mistrz Fergun już tam był – zaczął. – Zająłem miejsce obok niego i wzmocniłem tarczę moją mocą. Młodzi włóczędzy zaczęli rzucać w nas kamieniami, ale ignorowaliśmy ich, jak jest w naszym zwyczaju. – Spojrzał ku Starszym, którzy wpatrywali się w niego z uwagą. Stłumił nerwowy dreszcz. Rzeczywiście, dawno nie przemawiał w Gildii. – Następnie kątem oka dostrzegłem błękitny rozbłysk i poczułem zakłócenie w tarczy. Zobaczyłem lecący w naszą stronę przedmiot, ale zanim zdążyłem zareagować, przedmiot ten uderzył Mistrza Ferguna w skroń, pozbawiając go przytomności. Podtrzymałem go, gdy upadał, położyłem na ziemi i upewniłem się, że nie odniósł poważnych obrażeń. Następnie, ponieważ pojawili się z pomocą inni, rozejrzałem się za tym, kto rzucił kamień. – Rothen uśmiechnął się krzywo na to wspomnienie. – Dostrzegłem, że podczas gdy większość wyrostków wyglądała na zmieszanych i zaskoczonych, jedna dziewczyna spoglądała ze zdumieniem na swoje dłonie. Straciłem ją z oczu, kiedy przybyli moi towarzysze, ale gdy okazało się, że nie potrafią zidentyfikować rzucającego, poprosili mnie o pomoc. – Potrząsnął głową. – Kiedy to zrobiłem, omyłkowo uznali, że wskazałem chłopaka stojącego tuż obok niej i… uderzyli.

Lorlen gestem nakazał mu przerwać przemowę. Spojrzał ku rzędowi krzeseł tuż poniżej, wpijając wzrok w Arcymis­trza Balkana, przełożonego wojowników.

– Mistrzu Balkanie, czego dowiedziałeś się podczas przesłuchania tych, którzy uderzyli w tego młodzieńca?

Odziany w czerwoną szatę mag wstał.

– Wszystkich dziewiętnastu magów, którzy brali w tym udział, było przekonanych, że zaatakował ich chłopak z tłumu, ponieważ uznali za nieprawdopodobne, żeby dziewczyna została wyszkolona na dzikiego maga. Wszyscy zamierzali jedynie ogłuszyć chłopaka, nie robiąc mu krzywdy. Opis uderzeń, podany przez świadków, przekonuje mnie, że tak właśnie było. Uznałem również, analizując te raporty, że część uderzeń ogłuszających połączyła się w rozproszone uderzenie ogniowe. To właśnie zabiło chłopaka.

Wspomnienie zwęglonej postaci stanęło przed oczami Rothena. Wbił wzrok w podłogę, czując mdłości. Nawet gdyby uderzenia nie połączyły się, ciało chłopaka mogło nie wytrzymać bombardowania dziewiętnastoma ogłuszającymi. Nie był w stanie otrząsnąć się z poczucia odpowiedzialności. Gdyby tylko coś zrobił, zanim oni ­zareagowali…

– Stawia nas to w kłopotliwej sytuacji – powiedział Lorlen. – Ludzie raczej nie uwierzą, gdy powiemy, że po prostu zaszło nieporozumienie. Przeprosiny tu nie wystarczą. Musimy zaproponować jakieś zadośćuczynienie. Czy wynagrodzimy rodzinę tego chłopaka?

Kilku spośród Starszych potaknęło, Rothen usłyszał również pomruk aprobaty z sali.

– Jeśli tylko uda się ich odnaleźć – zauważył jeden ze Starszych.

– Obawiam się jednak, że rekompensata nie pomoże nam w naprawieniu nadwątlonej reputacji – zmarszczył brwi Lorlen. – W jaki sposób moglibyśmy odzyskać szacunek i zaufanie ludzi?

Zrobił się szum, ponad który wybił się jeden głos:

– Rekompensata wystarczy!

– Dajcie im trochę czasu, a zapomną – dodał ktoś inny.

– Zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy.

I jakiś cichy głos po prawej stronie Rothena:

– …tylko chłopak ze slumsów. Kogo to obchodzi?

Rothen westchnął. Mimo że te słowa go nie zaskoczyły, wzbudziły w nim znany od dawna gniew. Gildia została powołana po to, żeby chronić innych – jej prawa nie czyniły różnicy między bogatymi a biednymi. Wiedział jednak o magach, którzy utrzymywali, że wszyscy mieszkańcy slumsów to złodzieje, niezasługujący na opiekę Gildii.

– Niewiele więcej możemy zrobić – mówił Mistrz Balkan. – Klasy wyższe przyjmą do wiadomości, że śmierć chłopaka była wypadkiem. Biedni jej nie zaakceptują i nie zmieni tego nic, cokolwiek byśmy zrobili lub powie­dzieli.

Administrator Lorlen spojrzał na wszystkich Starszych po kolei. Wszyscy przytaknęli.

– Niech tak będzie – powiedział. – Wrócimy do tej sprawy podczas następnego Posiedzenia, kiedy już przycichnie echo tej tragedii. – Wziął głęboki oddech, wyprostował się i omiótł salę wzrokiem. – A teraz sprawa druga: dziki mag. Czy ktokolwiek oprócz Mistrza Rothena widział tę dziewczynę albo może zaświadczyć, że rzuciła kamień?

Zapadło milczenie. Lorlen zmarszczył czoło, wyraźnie rozczarowany. W większości debat podczas Posiedzeń Gildii dominowali przełożeni dyscyplin: Arcymistrzyni Vinara, Arcymistrz Balkan i Arcymistrz Sarrin. Vinara, przełożona uzdrowicieli, była kobietą praktyczną, surową, ale i zdolną do ogromnego współczucia. Krzepki Mistrz Balkan był niezwykle spostrzegawczy i miał zwyczaj dokładnie badać każdą sprawę, przy tym nie wahał się przed podejmowaniem trudnych i niespodziewanych decyzji. Najstarszy z tej trójki, Mistrz Sarrin, bywał surowy w sądach, zawsze jednak liczył się ze zdaniem innych.

Na tych troje starszych liczył teraz Lorlen.

– Musimy rozpocząć od zbadania faktów, które są jasne i potwierdzone przez świadków. Nie ma wątpliwości, jakkolwiek nieprawdopodobne by się to wydawało, że zwykły kamień zdołał przedrzeć się przez magiczną tarczę. Mistrzu Balkanie, jak to było możliwe?

Wojownik wzruszył ramionami.

– Tarcza, której używamy do obrony przed kamieniami podczas Czystek, jest słaba: wystarcza, by powstrzymać pociski, ale nie magię. Błękitny rozbłysk, a także zakłócenia opisane przez tych, którzy podtrzymywali barierę, świadczą o tym, że posłużono się magią. Niemniej jednak magia, która ma przebić się przez tarczę, musi być odpowiednio ­ukształtowana. Sądzę, że napastnik dodał do kamienia zwykłe uderzenie.

– Po co zatem w ogóle używać kamienia? – spytała Mistrzyni Vinara. – Czemu nie uderzyć po prostu magią?

– Żeby zamaskować uderzenie? – podsunął Mistrz Sarrin. – Gdyby magowie dostrzegli zbliżający się pocisk magiczny, mogliby zdążyć wzmocnić tarczę.

– To możliwe – powiedział Balkan – ale moc uderzenia została użyta wyłącznie do przebicia się przez barierę. Gdyby napastnik miał złe zamiary, Mistrz Fergun odniósł­by znacznie dotkliwsze obrażenia niż siniak na czole.

Vinara zmarszczyła brwi.

– A zatem napastnik nie zamierzał wyrządzić wielkiej krzywdy? Po co więc atakował?

– Żeby pokazać swoją moc? Żeby rzucić nam wyzwanie? – zapytał Balkan.

Na pomarszczonej twarzy Sarrina pojawił się niechętny grymas. Rothen potrząsnął głową. Balkan najwyraźniej dostrzegł ten gest, pochylił się bowiem z uśmiechem.

– Nie zgadzasz się z tym, Mistrzu Rothenie?

– Ona niczego się nie spodziewała – odpowiedział Rothen. – Sądząc z wyrazu jej twarzy, była zaskoczona i wstrząśnięta tym, co zrobiła. Myślę, że jest nieszkolona.

– Niemożliwe. – Sarrin potrząsnął głową. – Ktoś musiał uwolnić jej moc.

– I nauczyć ją, jak się tą mocą posługiwać, miejmy nadzieję – dodała Vinara. – Jeśli nie, to mamy poważny problem zupełnie innego rodzaju.

Sala natychmiast wypełniła się szmerem głosów. Lorlen podniósł rękę i wszyscy umilkli.

– Kiedy Mistrz Rothen powiedział mi, czego był świadkiem, wezwałem do mojego pokoju Mistrza Solenda, żeby zapytać go, czy w swoich studiach nad historią Gildii ­natknął się na przypadek maga, którego zdolności ­rozwinęłyby się bez pomocy – mówił Lorlen z powagą. – Wygląda na to, że myliliśmy się, zakładając, iż moc magiczna może zostać wyzwolona wyłącznie przez innego maga.

Istnieją przekazy mówiące, że w pierwszych stuleciach istnienia Gildii przybywali tu po naukę tacy, którzy już wcześniej posługiwali się magią. Ich moce rozwijały się naturalnie, w miarę dorastania fizycznego. Ponieważ przyjmujemy nowicjuszy i poddajemy ich inicjacji w bardzo młodym wieku, nie zdarza się już naturalny rozwój. – Lorlen wskazał ręką ku krzesłom po jednej stronie sali. – Poprosiłem Mistrza Solenda, by zebrał całą wiedzę na temat tego zjawiska, i teraz wzywam go, aby przedstawił nam wszystkim swoje odkrycia.

Spośród rzędów kobiet i mężczyzn w długich szatach podniósł się starzec i zaczął schodzić po stopniach. Wszyscy czekali w milczeniu, gdy leciwy historyk niepewnym krokiem podchodził do mównicy, aby stanąć obok Rothena. Solend ukłonił się sztywno Starszym.

– Jeszcze pięćset lat temu – zaczął chrapliwym głosem – mężczyźni i kobiety pragnący nauczyć się magii prosili magów o przyjęcie ich do terminu. Byli poddawani testom i przyjmowani na naukę w zależności od swojego talentu, a także możliwości finansowych. Wielu uczniów rozpoczynało naukę w dojrzałym wieku, ponieważ aby opłacić studia, potrzebne były albo lata pracy, albo pokaźny spadek.

Zdarzało się jednak i tak, że pojawiał się młody mężczyzna lub kobieta, których moce zostały już „uwolnione”, jak wówczas mówiono. Takim ludziom, zwanym „naturalnymi talentami”, nigdy nie odmawiano szkolenia. Z dwóch powodów. Po pierwsze, ich moc była zawsze ogromna. Po drugie, trzeba było nauczyć ich kontroli. – Starzec przerwał, a gdy znów przemówił, jego głos ­podniósł się ­nieco. – Wiemy doskonale, co się dzieje, kiedy nowicjusze nie potrafią opanować swojej mocy. Jeśli ta dziewczyna jest „naturalnym talentem”, to możemy się spodziewać, że będzie potężniejsza niż nasi studenci, być może nawet potężniejsza niż przeciętny mag. Jeśli jej nie odnajdziemy i nie nauczymy kontroli, stanie się poważnym zagrożeniem dla miasta.

Na chwilę zapanowała cisza, którą wkrótce przerwał trwożny gwar.

– Oczywiście, zakładając, że jej moce rzeczywiście same się wyzwoliły – zauważył Balkan.

Starzec potaknął.

– Istnieje, rzecz jasna, możliwość, że była przez kogoś uczona.

– W takim wypadku tym bardziej musimy ją odnaleźć… ją i tych, którzy ją uczyli – rzucił ktoś z sali.

Salę wypełniły głosy, ale wzniósł się ponad nie głos Lorlena.

– Jeśli to dzika, to prawo nakazuje nam zaprowadzić ją i jej nauczycieli przed oblicze Króla. Jeśli jest naturalna, musimy nauczyć ją kontroli. W obu przypadkach przede wszystkim musimy ją znaleźć.

– Jak? – spytał ktoś.

Lorlen rozejrzał się po sali.

– Mistrzu Balkanie?

– Trzeba dokładnie przeszukać slumsy – odpowiedział Wojownik. Następnie zwrócił się ku doradcom Króla. – Będziemy potrzebowali pomocy.

Lorlen uniósł brwi, zwracając się w stronę, w którą powędrowało spojrzenie Wojownika.

– Gildia zwraca się oficjalnie o pomoc Gwardii Miejskiej.

Doradcy wymienili spojrzenia i skinęli głowami.

– Pomoc przyznana – odpowiedział jeden z nich.

– Powinniśmy zacząć jak najszybciej – oznajmił Balkan. – Najlepiej dziś wieczorem.

– Jeśli chcemy wsparcia Gwardii, zajmie to nieco czasu. Sugerowałbym jutro rano – odrzekł Lorlen.

– Co z wykładami? – spytał ktoś z sali.

Lorlen spojrzał na siedzącego obok niego maga.

– Myślę, że dodatkowy dzień indywidualnego studium nie zaszkodzi nowicjuszom.

– Jeden dzień nie zrobi wielkiej różnicy. – Jerrik, zgorzkniały rektor Uniwersytetu, wzruszył ramionami. – Ale czy uda nam się ją znaleźć w ciągu jednego dnia?

Lorlen zacisnął usta.

– Jeśli się nie uda, zbierzemy się tu jutro wieczorem, by postanowić, kto będzie brał udział w dalszych poszukiwaniach.

– Czy mogę coś zasugerować, Mistrzu Administra­torze?

Dźwięk tego głosu zaskoczył Rothena. Odwróciwszy się, zobaczył Dannyla stojącego wśród wpatrzonych w niego magów.

– Co takiego, Mistrzu Dannylu? – zwrócił się doń ­Lorlen.

– Mieszkańcy slumsów będą nam utrudniać działania, a dziewczyna będzie się przed nami ukrywać. Możemy mieć większe szanse powodzenia, jeśli wkroczymy do slumsów w przebraniu.

Lorlen zmarszczył brwi.

– Jakie przebranie masz na myśli?

Dannyl wzruszył ramionami.

– Im mniej będziemy się rzucać w oczy, tym większe szanse powodzenia. Proponuję, żeby przynajmniej część z nas ubrała się tak jak oni. Zapewne będą w stanie odróżnić nas po tym, jak mówimy, ale…

– Sprzeciw – warknął Balkan. – Jak by to wyglądało, gdyby któryś z nas przebrał się za nędzarza? Stalibyśmy się pośmiewiskiem w całych Ziemiach Sprzymierzonych.

Kilka głosów potaknęło mu gorliwie.

Lorlen skinął powoli głową.

– Zgadzam się. Jako magowie mamy prawo wejść do każdego domu w tym mieście. Nasze poszukiwania zostaną utrudnione, jeśli nie będziemy nosić szat.

– A skąd będziemy wiedzieć, kogo szukamy? – spytała Vinara.

Lorlen spojrzał na Rothena.

– Pamiętasz, jak ona wygląda?

Rothen przytaknął. Cofnął się o kilka kroków, zamknął oczy i przywołał z pamięci niską, szczupłą dziewczynę o wychudzonej, dziecinnej twarzy. Zaczerpnął mocy, otworzył oczy i nakierował wolę. Powietrze przed nim zamigotało, po czym przybrało kształt półprzezroczystej twarzy. W miarę jak pamięć maga wypełniała resztę obrazu, pojawiło się nędzne ubranie: szara chustka wokół twarzy, gruba koszula z kapturem, spodnie. Skończywszy tworzenie iluzji, Rothen spojrzał ku starszym.

– To nas zaatakowało? – mruknął Balkan. – Przecież to jeszcze dzieciak.

– Mała paczuszka z wielką niespodzianką w środku? – zadrwił Sarrin.

– A jeśli to nie ona była napastnikiem? – spytał Jerrik. – Jeśli Mistrz Rothen się pomylił?

Lorlen spojrzał na Rothena i uśmiechnął się nie­znacznie.

– Na razie musimy założyć, że się nie pomylił. Będziemy wiedzieli więcej, jeśli posłuchamy pogłosek w mieście, poza tym wśród ludzi mogą znaleźć się świadkowie. – Skinął głową w kierunku iluzji. – Wystarczy, Mistrzu Rothenie.

Rothen machnął ręką i iluzja znikła. Kiedy podniósł znów wzrok, napotkał oceniające spojrzenie Mistrza Sarrina.

– Co z nią zrobimy, jak już ją znajdziemy? – spytała ­Vinara.

– Jeśli to dzika, będziemy musieli postąpić zgodnie z prawem – odpowiedział Lorlen. – Jeśli nie, nauczymy ją, jak kontrolować jej moc.

– Oczywiście, ale chodziło mi o to, co dalej. Co z nią zrobimy?

– Myślę, że Mistrzyni Vinarze chodzi o to, czy uczynimy ją jedną z nas? – zasugerował Balkan.

Na sali natychmiast zawrzało.

– Nie! To z pewnością złodziejka!

– Zaatakowała jednego z nas! Zasłużyła na karę, a nie nagrodę!

Rothen potrząsnął głową z westchnieniem, słuchając tych protestów. Nie istniał wprawdzie przepis zabraniający sprawdzania talentów dzieci z niższych warstw, ale Gildia i tak szukała magicznych zdolności wyłącznie wśród dzieci z najważniejszych rodów.

– Od stuleci Gildia nie przyjęła nowicjusza spoza Domów – powiedział spokojnie Balkan.

– Jeśli jednak Solend się nie myli, ona może być potężną magiczką – przypomniała mu Vinara.

Rothen powstrzymał się od uśmiechu. Większość magiczek zostawała Uzdrowicielkami, a wiedział, że Mistrzyni Vinara chętnie przymknie oczy na pochodzenie dziewczyny, jeśli zdobędzie w ten sposób kolejną potężną pomocnicę.

– „Moc nic nie znaczy, jeśli mag ma przegniłe serce” – zacytował Sarrin. – To może być złodziejka, a może nawet nierządnica. Ktoś taki miałby fatalny wpływ na pozostałych nowicjuszy. Skąd wiemy, że zdoła uszanować nasze powołanie?

Vinara uniosła brwi.

– Potrafilibyście pokazać jej, do czego jest zdolna, a następnie związać jej moc i zepchnąć z powrotem w ­nędzę?

Sarrin potaknął. Vinara zwróciła się do Balkana, który wzruszył ramionami. Rothen zacisnął zęby i zmusił się do milczenia. Ze swojego wzniesienia Lorlen przyglądał się trójce magów w milczeniu, z beznamiętnym wyrazem ­twarzy.

– Powinniśmy przynajmniej dać jej szansę – powiedziała Vinara. – Jeśli okaże się, że jest zdolna podporządkować się naszym zasadom i stać się odpowiedzialną kobietą, powinniśmy dać jej szansę.

– Im bardziej rozwinie się jej moc, tym trudniej będzie ją spętać – przypomniał jej Sarrin.

– Wiem. – Vinara nachyliła się do niego. – Ale nie będzie to niemożliwe. Pomyśl, ile zyskamy, jeśli ją przyjmiemy. Odrobina hojności i litości znacznie lepiej wpłynie na nasz obraz, który tak popsuliśmy dziś rano, niż zablokowanie jej mocy i odesłanie do slumsów.

Balkan uniósł brwi.

– To prawda, a poza tym jeśli rozgłosimy, że chcemy ją przyjąć w nasze szeregi, może nam to ułatwić poszukiwania. Kiedy dowie się, że może zostać magiem – i ­uzyskać ­odpowiednią pozycję i bogactwo – sama do nas ­przyjdzie.

– A utrata tego bogactwa może stać się wystarczającym straszakiem na wypadek, gdyby zamierzała powrócić do swoich nieprzystojnych zachowań – dodał Sarrin.

Mistrzyni Vinara przytaknęła. Rozejrzała się po sali, po czym jej wzrok spoczął na Rothenie i zmrużyła oczy.

– A co ty o tym sądzisz, Mistrzu Rothenie?

Rothen skrzywił się.

– Zastanawiam się, czy po tym, co się dziś zdarzyło, ona w cokolwiek nam uwierzy.

Balkan spochmurniał.

– Hmm, wątpię. Zapewne będziemy musieli najpierw ją schwytać, a dopiero potem tłumaczyć dobre intencje.

– W takim razie nie ma sensu czekać, aż się do nas zgłosi – zawyrokował Lorlen. – Zaczniemy poszukiwania jutro rano, zgodnie z planem. – Zacisnął usta i odwrócił się ku znajdującemu się na podwyższeniu krzesłu.

Rothen uniósł wzrok. Między miejscem Administratora a królewskim tronem znajdowało się jeszcze jedno, zarezerwowane dla przywódcy Gildii, Wielkiego Mistrza Akkarina. Ubrany w czarną szatę mag nie zabierał głosu od początku Posiedzenia, ale nie było w tym nic nadzwyczajnego. Akkarin słynął z tego, że potrafił odwrócić bieg narady kilkoma spokojnymi słowami, niemniej jednak najczęściej zachowywał milczenie.

– Wielki Mistrzu, czy masz powody do przypuszczeń, że w slumsach działa dzika magiczka? – spytał Lorlen.

– Nie. W slumsach nie ma dzikich – odpowiedział Akkarin.

Rothen stał na tyle blisko, by pochwycić szybką wymianę spojrzeń między Balkanem a Vinarą. Powstrzymał się od uśmiechu. O szczególnie wyostrzonych zmysłach Wielkiego Mistrza krążyły legendy i niemal wszyscy magowie nieco się go lękali. Lorlen skinął głową i odwrócił się ponownie ku zgromadzeniu. Uderzył w gong, którego dźwięk rozszedł się po całej sali, uciszając gwar głosów.

– Decyzja co do tego, czy będziemy uczyć tę dziewczynę, zostaje odłożona do czasu, kiedy ją znajdziemy i ocenimy jej charakter. Na razie naszym zadaniem jest odnalezienie jej. Poszukiwania rozpoczną się jutro o godzinie czwartej. Ci z was, którzy uważają, że ważne powody zmuszają ich do pozostania na terenie Gildii, powinni przedłożyć stosowne oświadczenia mojemu asystentowi dziś wieczorem. Uznaję Posiedzenie za zamknięte.

Salę wypełnił szelest szat i stukot butów. Rothen odsunął się, gdy pierwszy ze starszych wstał z krzesła i ruszył ku drzwiom. Odwróciwszy się, zobaczył Dannyla pospiesznie przeciskającego się ku niemu między innymi magami.

– Słyszałeś Mistrza Kerrina? – spytał Dannyl. – Chce ukarać dziewczynę za zamach na jego ukochanego przyjaciela, Ferguna. Osobiście uważam, że mała nie mogła wybrać lepszego celu.

– Dannyl, daj spokój… – zaczął Rothen.

– … a teraz każą nam babrać się w śmieciach – rozległ się głos tuż za nimi.

– Nie wiem, co jest gorsze: że zabili tego chłopaka czy że nie trafili dziewczyny – odpowiedział mu inny.

Rothen obrócił się z oburzeniem i spostrzegł starego Alchemika, który był zbyt zajęty wpatrywaniem się w podłogę, by zwrócić na niego uwagę. Kiedy starzec odkuśtykał dalej, Rothen pokręcił głową.

– Zamierzałem właśnie palnąć ci kazanie na temat braku miłosierdzia, Dannyl, ale chyba nie ma to sensu, prawda?

– Aha – odpowiedział Dannyl, odsuwając się, by przepuścić Administratora i Wielkiego Mistrza.

– Co będzie, jeśli jej nie znajdziemy? – pytał Administrator.

Wielki Mistrz roześmiał się cicho.

– Ależ znajdziecie, w taki czy inny sposób – aczkolwiek podejrzewam, że jutro wieczorem większość będzie głosować za środkami bardziej spektakularnymi, a mniej delikatnymi.

Gdy dwóch starszych oddaliło się, Rothen pokręcił znów głową.

– Czy tylko mnie obchodzi, co stanie się z tą nieszczęsną dziewczyną?

Poczuł na ramieniu dłoń Dannyla.

– Oczywiście, że nie, ale mam nadzieję, że jemu nie zamierzasz prawić kazań, stary druhu.

Rozdział 3 Starzy druhowie

– Ona jest ogonem.

Głos był męski, młody i nieznany. Gdzie ja jestem? – pomyślała Sonea. Zaczęła od tego, że leżała na czymś miękkim. Łóżko? Nie pamiętam, żebym kładła się do łóżka…

– Nie ma mowy.

Ten głos należał do Harrina. Zrozumiała, że jej broni, po czym dotarło do niej znaczenie tego, co wcześniej powiedział nieznajomy, i poczuła spóźnioną ulgę. Ogon to w gwarze slumsów szpieg. Gdyby Harrin przyznał nieznajomemu rację, miałaby kłopoty… Ale czyim szpiegiem?

– Czym innym może być? – upierał się pierwszy z głosów. – Zna magię. Magów szkoli się latami. Co ona tu robi?

Magię? Wspomnienia napłynęły falą: plac, magowie…

– Magia czy nie magia, znam ją równie długo jak Cery’ego – odpowiedział Harrin. – Zawsze stała po właściwej stronie.

Sonea ledwie go słyszała. Widziała siebie, jak rzuca kamieniem, widziała, jak kamień przebija się przez barierę, jak uderza maga. Ja to zrobiłam, pomyślała. Ale to niemożliwe…

– Sam mówiłeś, że nie było jej przez parę lat. Kto wie, z kim się wtedy zadawała?

Przypomniała sobie, jak zaczerpnęła czegoś z głębi siebie – czegoś, czego nie powinna posiadać…

– Mieszkała ze swoją rodziną, Burril – odpowiedział Harrin. – Ja jej wierzę, Cery jej ufa – to wystarczy.

…Gildia wie, że to zrobiłam! Stary mag ją zauważył, wskazał innym. Przeszedł ją dreszcz na wspomnienie dymiącego ciała.

– Pamiętaj, że cię ostrzegałem. – Burril nie sprawiał wrażenia przekonanego, ale najwyraźniej się poddał. – Jeśli ona cię zmątwi, nie zapomnij, kto cię os…

– Chyba się obudziła – wyszeptał kolejny znajomy głos. Cery. Był gdzieś w pobliżu.

Harrin westchnął.

– Wynoś się, Burril.

Sonea usłyszała oddalające się kroki, a następnie trzaśnięcie drzwiami.

– Możesz już przestać udawać, że śpisz, Sonea – mruknął Cery.

Poczuła dotyk ręki na twarzy; otworzyła oczy. Cery pochylał się nad nią z uśmiechem.

Uniosła się na łokciach. Leżała na starym łóżku w nieznanym pokoju. Gdy opuściła nogi na podłogę, Cery przyjrzał się jej badawczo.

– Wyglądasz lepiej – powiedział.

– Czuję się dobrze – odpowiedziała. – Co się stało? – Podniosła wzrok, gdy Harrin podszedł do łóżka. – Gdzie jestem? Ile czasu minęło?

Cery roześmiał się.

– Wszystko z nią w porządku.

– Nie pamiętasz? – Harrin przykucnął, by spojrzeć jej w oczy.

Potrząsnęła głową.

– Pamiętam, że idę przez slumsy, ale… – rozłożyła bezradnie ręce. – Nie jak tu przychodzę.

– Harrin cię tu przyniósł – odezwał się żeński głos. – Mówił, że zasnęłaś, idąc.

Sonea odwróciła się i zobaczyła siedzącą na krześle za nią młodą kobietę. Jej twarz była znajoma.

– Donia?

Dziewczyna uśmiechnęła się.

– To ja. – Postukała stopą w podłogę. – Jesteś w spylunce mojego ojca. Pozwolił nam tu cię umieścić. Przespałaś całą noc.

Sonea rozejrzała się ponownie po pomieszczeniu, po czym uśmiechnęła się na wspomnienie tego, jak Harrin i jego chłopcy przekupywali Donię, żeby wykradała dla nich kubki spylu. Piwo było mocne, kręciło im się po nim w głowach.