Kapłanka w bieli. Księga I. Era pięciorga - Trudi Canavan - ebook
Opis

Kiedy Auraya została wybrana na kapłankę, nie wierzyła, że po zaledwie dziesięciu latach stanie się jedną z Białych, najpotężniejszych sług bogów. Niestety, miała niewiele czasu, by przyzwyczaić się do niezwykłej mocy, jaką bogowie jej ofiarowali. Krainę nękają nieznani czarownicy z południa odziani w czarne szaty, a do Białych docierają pogłoski o gromadzącej się armii. Auraya i pozostali Wybrani pracują niestrudzenie, by przypieczętować przymierza i zjednoczyć pod swoim sztandarem cały północny kontynent. Czas jednak ucieka. Wojna przybywa do krain Białych i jeśli Auraya nie nauczy się wykorzystywać swoich nowych umiejętności, nawet łaska bogów może nie wystarczyć, by uratować sprzymierzone krainy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 784

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Strona tytułowa

Trudi Canavan

Kapłanka w bieli

ERA PIĘCIORGA Tom 1

Przełożył Piotr W. Cholewa

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału: Priestess of the White. Age of the Five: Book One

Copyright © 2005 by Trudi Canavan. All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by piotr w. Cholewa, 2009

Copyright © for the Polish edition by WYDAWNICTWO GALERIA KSIĄŻKI, 2009

Autor ilustracji STEVE STONE

Projekt układu typograficznego ROBERT OLEŚ / d2d.pl

Redakcja MAŁGORZATA UZAROWICZ / d2d.pl

Korekta MAGDALENA KĘDZIERSKA / d2d.pl ANNA WOŚ / d2d.pl

ISBN: 978-83-62170-75-3

Wydawca: WYDAWNICTWO GALERIA KSIĄŻKIwww.galeriaksiazki.plbiuro@galeriaksiazki.pl

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o.

Dedykacja

Mojej babci, która kocha opowiadać bajki

Mapa

PODZIĘKOWANIA

Wielkie dzięki dla:

„Dwóch Paulów” i Fran Bryson, którzy przeczytali najpierwszy z pierwszych szkiców. Także dla Jennifer Fallon, Russella Kirkpatricka, Glendy Larke, Fiony McLennan, Elli McCay i Tessy Kum za cenne uwagi. Dla wszystkich czytelników, a zwłaszcza moich przyjaciół z Voyager Online. I wreszcie dla Stephanie Smith i zespołu Voyagera.

PROLOG

Auraya przestąpiła zwalony pień, uważając, by szelest zeschłych liści albo trzask łamanej gałązki nie zdradził jej obecności. Lekki nacisk na krtań ostrzegł ją i obejrzała się – skraj taula zaczepił o korę. Uwolniła go i ostrożnie zrobiła kolejny krok.

Jej cel poruszył się i dziewczyna zamarła.

Przecież nie mógł mnie słyszeć, powiedziała sobie w myślach. Nie wydałam żadnego dźwięku.

Wstrzymała oddech, kiedy mężczyzna wstał i spojrzał w omszałe konary starego drzewa garpa. Liście rzucały plamy cienia na jego kamizelkę tkacza snów. Po chwili znowu przykucnął i wrócił do badania poszycia.

Auraya zrobiła trzy kolejne ciche kroki.

– Wcześnie dziś przychodzisz, Aurayo.

Westchnęła zniechęcona i podeszła do niego, tupiąc głośno. Pewnego dnia go zaskoczę, przysięgła sobie w duchu.

– Mama wzięła wieczorem dużą dawkę. Będzie spała do późna.

Leiard podniósł kawałek kory, potem z kieszeni kamizelki wyjął krótki nożyk, wsunął ostrze w szczelinę i przekręcił, odsłaniając wewnątrz małe czerwone ziarenka.

– Co to takiego? – spytała zaintrygowana.

Wprawdzie Leiard już od lat uczył ją wszystkiego o lesie, ale zawsze było coś nowego, co mogła poznać.

– To nasiona drzewa garpa. – Wysypał je i rozsunął na dłoni. – Przyspieszają bicie serca i zapobiegają usypianiu. Używają ich kurierzy w dalekich podróżach, żołnierze i uczeni, by odpędzić sen, a także...

Umilkł nagle, wyprostował się i popatrzył w głąb lasu. W oddali Auraya usłyszała trzask drewna. Spojrzała między drzewa. Czy to ojciec przybywał, by zabrać ją do domu? A może kapłan Avorim? Zakazał jej rozmawiać z tkaczami snów, a ona lubiła w sekrecie mu się sprzeciwiać, ale pozwolić się przyłapać w towarzystwie Leiarda to całkiem inna sprawa.

Odstąpiła o krok.

– Zostań na miejscu.

Auraya znieruchomiała, zaskoczona tonem jego głosu. Słysząc kroki, obejrzała się i zobaczyła dwóch mężczyzn. Byli krępi, ubrani w twarde skórzane kamizele. Twarze pokrywały im czarne wiry i smugi.

Dunwayczycy, odgadła.

– Nie odzywaj się – mruknął Leiard. – Ja będę rozmawiał.

Obcy zauważyli ich. Kiedy skierowali się w ich stronę, spostrzegła, że obaj trzymają nagie miecze. Leiard stał w miejscu. Dunwayczycy zatrzymali się o kilka kroków przed nim.

– Tkaczu snów – odezwał się jeden z nich. – Czy w lesie jest więcej ludzi?

– Nie wiem – odparł Leiard. – Las jest duży, a ludzie rzadko tu przychodzą.

Wojownik skinął mieczem w stronę wioski.

– Chodźcie z nami.

Leiard nie dyskutował ani nie prosił o wyjaśnienia.

– Nie zapytasz, co się dzieje? – szepnęła Auraya.

– Nie – odrzekł. – Przekonamy się już niedługo.

Oralyn była największą wioską w północno­-zachodniej Hani, ale Auraya usłyszała narzekania przybyszów, że nie jest zbyt duża. Zbudowana na szczycie wzgórza, wznosiła się nad ­okolicznymi polami i lasem. Ponad domami wyrastała kamienna świątynia, a całą wioskę otaczał stary mur. Bramę usunięto pół wieku temu, pozostawiając bezkształtne grudy rdzy w miejscach, gdzie kiedyś były zawiasy.

Dunwayscy wojownicy krążyli wzdłuż muru, a na otaczających go polach nie było robotników. Aurayę i Leiarda odprowadzono pustymi ulicami do świątyni i wpuszczono do wnętrza. Mieszkańcy wioski tłoczyli się w głównej sali. Niektórzy z młodszych mężczyzn nosili bandaże. Auraya usłyszała, że ktoś woła ją po imieniu, spostrzegła swoich rodziców i podbiegła do nich.

– Żyjesz... dzięki bogom – powiedziała matka, tuląc Aurayę do siebie.

– Co się dzieje?

Matka znowu osunęła się na podłogę.

– Ci obcy kazali nam tu przyjść – wyjaśniła. – Chociaż twój ojciec mówił im, że jestem chora.

Auraya rozwiązała sznurki taula, złożyła go i usiadła na nim.

– Wytłumaczyli dlaczego?

– Nie – odpowiedział ojciec. – Ale nie sądzę, żeby chcieli nam zrobić krzywdę. Niektórzy z naszych próbowali walczyć z wojownikami, kiedy kapłan Avorim przegrał, i żaden nie został zabity.

Aurai nie zaskoczyła porażka Avorima. Wprawdzie wszyscy kapłani byli Obdarzeni, ale nie wszyscy byli potężnymi czarownikami. Auraya podejrzewała, że niektórzy farmerzy mają większe zdolności magiczne niż Avorim.

Leiard przystanął przy jednym z rannych.

– Czy chcesz, żebym to obejrzał? – zapytał cicho.

Mężczyzna otworzył usta, by odpowiedzieć, ale zamarł, gdy obok stanęła okryta bielą postać. Popatrzył na Avorima i wolno pokręcił głową.

Leiard wyprostował się i spojrzał na kapłana. Choć Avorim nie był tak wysoki jak Leiard, jednak miał autorytet. Auraya czuła mocniejsze bicie serca, gdy obaj mierzyli się wzrokiem. Po chwili Leiard skłonił się i odszedł.

Głupcy, myślała. Mógłby przynajmniej ukoić ból... Czy to ważne, że nie czci bogów? Więcej wie o uzdrawianiu niż ktokolwiek tutaj.

Rozumiała jednak, że sytuacja nie jest taka prosta. Cyrklianie i tkacze snów zawsze się nienawidzili. Cyrklianie nienawidzili tkaczy snów, ponieważ ci nie czcili ich bogów. Tkacze snów nienawidzili bogów, gdyż ci zabili ich przywódcę, Mirara. Tak przynajmniej twierdził kapłan Avorim, choć Auraya nigdy nie słyszała, by coś takiego mówił Leiard.

Metaliczny brzęk zabrzmiał echem w całej świątyni. Wszystkie głowy odwróciły się w stronę wrót, które otworzyły się z wolna. Wkroczyli dwaj wojownicy Dunwayczyków. Jeden z nich miał linie wytatuowane w poprzek czoła, co nadawało jego twarzy wyraz wiecznego niezadowolenia.

Serce Aurai zamarło, gdy rozpoznała wzór. To ich przywódca. Leiard opisał mi kiedyś te tatuaże.

Obok szedł mężczyzna w ciemnoniebieskiej szacie, z twarzą pokrytą promieniującymi liniami.

A to ich czarownik.

Obaj rozejrzeli się po sali.

– Kto dowodzi w tej wiosce? – zapytał przywódca Dunwayczyków.

Wójt wioski, tłusty kupiec imieniem Qurin, wystąpił nerwowo naprzód.

– Ja.

– Jakie jest twoje imię i ranga?

– Qurin, wójt Oralyn.

Dunwayski przywódca zmierzył pulchnego mężczyznę wzrokiem.

– Ja jestem Bal, talm Mirrim, ka­-lem Leven­-ark.

Aurai przypomniały się nauki Leiarda. „Talm” to tytuł związany z własnością ziemską. „Ka­-lem” było wysokim stopniem wojskowym. Powinno się łączyć z nazwą któregoś z dwudziestu jeden wojowniczych klanów, ale „Leven­-ark” nic jej nie mówiło.

– To jest Sen – mówił dalej Bal, wskazując skinieniem czarownika. – Wojownik ognia Leven­-ark. Macie ze sobą kapłana. – Spojrzał na Avorima. – Podejdź tu i podaj swoje imię.

Avorim podszedł i stanął obok wójta.

– Jestem Avorim, kapłan – oznajmił, a zmarszczki na jego twarzy stężały w wyrazie pogardy. – Dlaczego napadliście na naszą wioskę? Uwolnijcie nas natychmiast!

Auraya stłumiła jęk. Nie można w taki sposób zwracać się do Dunwayczyka, a zwłaszcza Dunwayczyka, który właśnie wziął wszystkich mieszkańców wioski na zakładników.

Bal nie przejął się żądaniem kapłana.

– Chodźcie ze mną.

Odwrócił się na pięcie. Qurin zerknął żałośnie na Avorima, który położył mu dłoń na ramieniu, próbując dodać otuchy. Obaj wyszli za Balem ze świątyni.

Gdy tylko wrota się zamknęły, uwięzieni zaczęli snuć domysły. Mimo że wioska leżała niedaleko Dunwayu, niewiele wiedzieli o sąsiedniej krainie. Nie musieli. Góry dzielące oba kraje były niemal nie do przebycia, więc handel odbywał się albo drogą morską, albo przez przełęcz daleko na południu.

Myśl o tym, co Qurin i Avorim mogą jeszcze powiedzieć, żeby rozzłościć Bala, wzbudziła u Aurai dreszcz lęku. Wątpiła, by ktokolwiek w wiosce, oprócz Leiarda, dostatecznie poznał Dunwayczyków, by wynegocjować jakieś wyjście z tej sytuacji. Jednak Avorim nigdy nie pozwoli, by tkacz snów ich reprezentował.

Wróciła pamięcią do dnia, kiedy pierwszy raz spotkała Leiarda, prawie pięć lat temu. Jej rodzina przeprowadziła się na wieś w nadziei, że czyste powietrze i spokój pomogą ­chorej matce. Nie pomogły. Auraya słyszała, że tkacze snów są dobrymi uzdrowicielami, więc odszukała Leiarda i śmiało poprosiła go, by leczył jej matkę.

Od tego czasu odwiedzała go co kilka dni. Miała mnóstwo pytań na temat świata – pytań, na które nikt nie potrafił jej odpowiedzieć. Kapłan Avorim opowiadał tylko o bogach, ale był zbyt słaby, by nauczyć ją jakichś magicznych Darów. Wiedziała, że Leiard jest magicznie silny, bo nigdy nie brakło mu Darów, których ją uczył.

Chociaż nie lubiła Avorima, rozumiała jednak, że cyrkliańskich zwyczajów powinna się uczyć od cyrkliańskiego kapłana. Uwielbiała rytuały i modlitwy, historię i prawa... Uważała, że sprzyja jej szczęście, gdyż może żyć w czasach, którym bogowie zesłali pokój i dobrobyt.

Gdybym została kapłanką, byłabym o wiele lepsza od niego, myślała. Ale to się nie zdarzy. Dopóki mama choruje, będę jej potrzebna; muszę tu zostać i się o nią troszczyć.

Otworzenie wrót świątyni przerwało ten ciąg myśli. Qurin i Avorim weszli do środka, a więźniowie otoczyli ich ciasno.

– Wszystko wskazuje na to, że ci ludzie próbują powstrzymać planowane przymierze między Dunwayem i Hanią – oznajmił Qurin.

Avorim przytaknął.

– Jak wiecie, Biali od lat starali się doprowadzić do przymierza z Dunwayczykami. Teraz wreszcie odnieśli sukces, ponieważ umarł podejrzliwy stary I­-Orm, a władzę objął jego rozsądniejszy syn, I­-Portak.

– To dlaczego tu przyszli? – zapytał ktoś.

– Żeby powstrzymać zawarcie traktatu. Kazali mi nawiązać kontakt z Białymi, by mogli przekazać swoje żądania. Uczyniłem to i... i rozmawiałem z samym Juranem.

Auraya usłyszała kilka syknięć. Rzadko się zdarzało, by kapłani rozmawiali telepatycznie z jednym z Wybrańców Bogów, czworga przywódców cyrklian, znanych jako Biali. Na policzkach Avorima pojawiły się dwie plamy czerwieni.

– Co powiedział? – spytał wioskowy piekarz.

Kapłan zawahał się...

– Martwi się o nas i zrobi, co tylko możliwe.

– To znaczy co?

– Nie mówił. Pewnie najpierw porozmawia z I­-Portakiem.

Padły kolejne pytania. Avorim podniósł głos:

– Dunwayczycy nie chcą wojny z Hanią. Wyraźnie dali nam to do zrozumienia. W końcu wystąpić przeciwko Białym, to jak wystąpić przeciw bogom. Nie wiem, ile czasu tu pozostaniemy. Ale musimy być gotowi, by zaczekać jeszcze kilka dni.

Pytania wróciły do kwestii praktycznych. Auraya zauważyła, że Leiard marszczy czoło z niepokojem i obawą. Czego się boi? Czyżby nie wierzył, że Biali zdołają nas uratować?

Auraya śniła. Szła długim korytarzem o ścianach zastawionych zwojami i tabliczkami. Wyglądały na ciekawe, ale nie zwracała na nie uwagi. Wiedziała, że nie znajdzie w nich tego, co potrzebne. Coś pchało ją naprzód; w końcu weszła do niedużego, okrągłego pokoju. W środku na postumencie leżał wielki zwój. Rozwinął się i Auraya spojrzała na tekst.

Przebudziła się i usiadła wyprostowana. Serce biło jej mocno. W świątyni panowała cisza, jeśli nie liczyć zwykłych odgłosów śpiących ludzi. Rozejrzała się i zauważyła w kącie pogrążonego we śnie Leiarda.

Czy to on przesłał jej ten sen? Jeśli tak, to naruszył prawo, którego złamanie karane było śmiercią.

Ale czy to ważne, skoro i tak wszyscy mamy zginąć?

Auraya otuliła się taulem i zastanowiła nad swoim snem. Dlaczego nagle była pewna, że wioska jest skazana na zagładę?

Na zwoju znajdował się tylko jeden akapit:

„Leven­-ark” oznacza po dunwaysku „porzucającego honor”. Określa wojownika, który odrzucił wszelkie nakazy honoru i obowiązku, by być w stanie walczyć o sprawę ideologicznie lub moralnie słuszną.

Dla Aurai było niepojęte, że dunwayski wojownik decyduje się na pohańbienie swojego klanu, biorąc na zakładników nieuzbrojonych wieśniaków albo mordując bezbronnych ludzi. Teraz zrozumiała. Ci Dunwayczycy nie dbali już o honor. Nie cofną się przed niczym, nawet przed rzezią mieszkańców wsi.

Biali posiadają potężne Dary i łatwo pokonają Dunwayczyków w walce. Jednak zanim Biali ich zwyciężą, Dunwayczycy mogą pozabijać jeńców. Natomiast gdyby Biali ustąpili żądaniom Dunwayczyków, inni mogliby ich naśladować. O wiele więcej Hanijczyków czekałoby uwięzienie i groźba śmierci.

Biali nie ustąpią, pomyślała. Wybiorą raczej śmierć niektórych lub wszystkich z nas, niż ryzyko, że kolejne wioski staną się zakładnikami.

Auraya potrząsnęła głową. Dlaczego Leiard przesłał mi ten sen? Przecież nie dręczyłby mnie prawdą, gdybym nic nie mogła na nią poradzić...

Raz jeszcze pomyślała o informacji na zwoju. „Leven­-ark”. „Odrzucił wszelkie nakazy honoru”. Jak można to wyko­rzystać?

Przez resztę nocy nie udało się jej zasnąć. Zastanawiała się. Dopiero kiedy do wnętrza zaczął się sączyć blask świtu, znalazła rozwiązanie.

Po kilku dniach ludzie stali się drażliwi, a stęchłe powietrze ciężkie od niemiłych zapachów. Kiedy kapłan Avorim nie ­rozstrzygał kłótni między uwięzionymi, starał się dodawać im odwagi. Codziennie wygłaszał parę kazań. Dzisiaj opowiedział o mrocznych czasach sprzed Wojny Bogów, kiedy światem rządził chaos.

– Kapłanie... – odezwał się jakiś chłopiec, gdy opowieść dobiegła końca.

– Tak?

– Dlaczego bogowie nie zabiją Dunwayczyków?

Avorim uśmiechnął się.

– Bogowie to istoty czysto magiczne. Aby wpływać na ten świat, muszą działać za pośrednictwem ludzi. Dlatego właśnie mają Białych. Oni są rękami, oczami i głosami bogów.

– A dlaczego nie dali ci mocy, żebyś mógł zabić Dunway­czyków?

– Ponieważ istnieją lepsze niż zabijanie sposoby rozwiązywania problemów. Dunwayczycy... – Głos kapłana ucichł. Avorim wpatrzył się w jakiś odległy punkt, po czym uśmiechnął się. – Przybyła Mairae z Białych – oznajmił.

Auraya poczuła mrowienie w żołądku. Ktoś z Białych zjawił się tutaj, w Oralyn! Ale jej podniecenie zgasło, gdy otworzyły się wrota świątyni. Do środka wszedł Bal w otoczeniu kilku wojowników i jego czarownik Sen.

– Kapłanie Avorim. Qurinie. Chodźcie.

Avorim i Qurin wyszli za nim. Sen pozostał wewnątrz. Zmarszczka na czole zniekształciła linie tatuażu na jego twarzy. Wskazał na Ralama, ojca kowala.

– Ty. Chodź.

Starzec wstał i niepewnie zbliżył się do czarownika, powłócząc nogą, złamaną przed laty i krzywo zrośniętą.

Ma być ofiarą, domyśliła się Auraya. Serce biło jej szybko, kiedy ruszyła naprzód. Jej plan opierał się na tym, że niezależnie od intencji, Dunwayczycy niechętnie będą łamać swe obyczaje.

Stanęła przed Ralamem.

– Według nakazów Lore – powiedziała – żądam prawa zajęcia miejsca tego człowieka.

Czarownik zamrugał zdziwiony. Zerknął na wojowników strzegących drzwi i rzucił coś po dunwaysku, lekceważąco wskazując ją ręką.

– Wiem, że mnie zrozumiałeś – oświadczyła. Podeszła bliżej i stanęła o krok przed nim. – Tak samo jak twoi bracia wojownicy. Żądam prawa zajęcia miejsca tego człowieka.

Serce waliło jej jak młotem. Głosy przywoływały ją, mówiły, by odstąpiła. Starzec pociągnął ją za rękę.

– Daj spokój, dziewczyno. Ja pójdę.

– Nie. – Spojrzała w twarz Sena. – Weźmiecie mnie?

Czarownik zmrużył oczy.

– Czy taki jest twój wybór?

– Tak.

– Chodź ze mną.

Ktoś wykrzyczał jej imię i Auraya przygryzła wargę, kiedy rozpoznała głos matki. Opierając się chęci spojrzenia za siebie, wyszła za Dunwayczykami ze świątyni.

Na zewnątrz Aurayę zaczęła opuszczać odwaga. Zobaczyła dunwayskich wojowników stojących półkolem przy wyrwie w murze wioski. Ostrza włóczni migotały w promieniach popołudniowego słońca. Nigdzie nie było Qurina ani kapłana Avorima.

Spomiędzy wojowników wyszedł Bal. Ujrzał Aurayę, zmarszczył brwi i powiedział coś we własnej mowie.

– Zaproponowała siebie w zamian – odparł Sen po hanijsku.

– Czemu nie odmówiłeś?

– Znała słowa rytuału. Honor nakazywał...

Bal zmrużył oczy.

– Jesteśmy Leven­-ark. Odrzuciliśmy honor. Weź...

Ktoś krzyknął ostrzegawczo i wszyscy się obejrzeli. W wyrwie muru stała kapłanka.

Była piękna. Złociste włosy miała ułożone w wyszukaną fryzurę, a jej duże niebieskie oczy obserwowały ich spokojnie. Auraya zapomniała o wszystkim prócz faktu, że oto może oglądać Mairae z Białych. Po chwili Sen objął jej nadgarstek żelaznym uściskiem i pociągnął za Balem, który maszerował już w stronę nowo przybyłej.

– Zostań tam albo ona zginie – warknął przywódca Dunwayczyków.

Mairae przyjrzała mu się uważnie.

– Balu, talmie Mirrim, ka­-lemie Leven­-ark, dlaczego uwięziłeś mieszkańców Oralyn?

– Czy wasz kapłan nie wytłumaczył? Żądamy, żebyście wycofali się z przymierza z Dunwayem. Jeśli nie, zabijemy tych wieśniaków.

– I­-Portak nie sankcjonuje działań, które podjęliście.

– Nie zgadzamy się z wami oraz z I­-Portakiem.

Mairae skinęła głową.

– Dlaczego nie chcecie dopuścić do przymierza, skoro bogowie pragną, by nasze krainy były zjednoczone?

– Nie nakazali, by Dunway był rządzony przez Białych, a jedynie byśmy byli sprzymierzeńcami.

– Nie chcemy wami rządzić.

– Dlaczego zatem żądacie władzy nad naszymi wojskami?

– Nie żądamy. Wasza armia jest i zawsze pozostanie dowodzona przez I­-Portaka i jego następców.

– Armia bez wojowników ognia.

Mairae uniosła lekko brwi.

– Czyli sprzeciwiacie się raczej rozformowaniu klanu czarowników niż samemu przymierzu?

– Tak.

Zamyśliła się.

– Wierzyliśmy, że czarownicy wspierają likwidację klanu. I­-Portak dostrzegł liczne korzyści płynące z kierowania Obdarzonych Dunwayczyków do stanu kapłańskiego. Mogliby się tam nauczyć wielu rzeczy, których nie poznają w domu klanowym. Na przykład uzdrawiania.

– Nasi wojownicy ognia potrafią opatrzyć ranę – warknął Sen. Jego głos zahuczał głośno w uszach Aurai.

Mairae zwróciła się ku niemu.

– Ale nie wiedzą, jak wyleczyć chorobę dziecka, jak pomóc w trudnym porodzie albo jak poprawić wzrok starca.

– Takimi sprawami zajmują się nasi tkacze snów.

Mairae pokręciła głową.

– W Dunwayu nie może być ich wystarczająco dużo, by mogli się zająć wszystkimi takimi sprawami.

– Mamy ich więcej niż Hania – odparł sztywno Sen. – Nie próbowaliśmy ich pozabijać jak Hanijczycy.

– Sto lat temu Dunwayczykom tak samo jak Hanijczykom zależało na pozbyciu się Mirara, przywódcy tkaczy snów. Tylko nieliczni zbłąkani Hanijczycy próbowali zabijać jego zwolenników. My tego nie nakazywaliśmy. – Przerwała na chwilę. – Tkacze snów to zdolni uzdrowiciele, ale nie mogą wzywać na pomoc potęgi bogów. My możemy dać wam o wiele więcej.

– Chcecie nam zabrać tradycję, której dochowujemy od ponad tysiąca lat – odrzekł Bal.

– Czy z tego powodu postanowiłeś zostać nieprzyjacielem bogów? Z tego powodu chcesz wszcząć wojnę? Bo to właśnie się stanie, jeśli zabijecie tych wieśniaków.

– Tak – potwierdził ze znużeniem Bal. – Na to jesteśmy przygotowani. Wiemy bowiem, że to nie bogowie żądają rozwiązania klanu czarowników, ale I­-Portak i Biali.

Mairae westchnęła.

– Dlaczego nie zgłosiliście się wcześniej? Gdybyście pokojowo przekazali nam swoje uwagi, moglibyśmy zmienić warunki przymierza. Teraz jednak nie możemy wam ustąpić, bo gdyby inni zobaczyli, że się wam udało, oni także zagroziliby niewinnym, by postawić na swoim.

– A więc zostawisz tych wieśniaków ich losowi?

– Ich los spadnie na wasze sumienie.

– Doprawdy? Co ludzie pomyślą o Białych, kiedy usłyszą, że nie chcieli ratować swojego ludu?

– Lojalność naszego ludu jest silna. Masz czas do końca dnia, by stąd odejść, talmie Mirrim. Niech bogowie wskażą ci drogę.

Odwróciła się.

– Nasza sprawa jest słuszna – stwierdził cicho Bal. – Bogowie widzą, że to prawda.

Rzucił Aurai niepokojąco obojętne spojrzenie, po czym skinął na Sena. Auraya zesztywniała, czując na karku palce czarownika.

– Zaczekaj! – zawołała. – Czy mogę coś powiedzieć, zanim zginę?

Wyczuła, że Sen znieruchomiał. Mairae zatrzymała się i przez ramię spojrzała na Bala. Dunwayczyk uśmiechnął się.

– Mów – rzekł.

Auraya spoglądała to na Mairae, to na Bala; przypominała sobie słowa, które w myślach ćwiczyła od wielu dni.

– To może się rozwinąć na cztery sposoby – stwierdziła. – Po pierwsze, Dunwayczycy mogą ustąpić i pozwolić Białym robić swoje. – Zerknęła na Bala. – To mało prawdopodobne. Tak samo mało prawdopodobne, że Biali ustąpią i zaczekają, by zawrzeć przymierze w lepszym czasie, bowiem nie chcą, żeby ktokolwiek was naśladował.

Zaschło jej w ustach. Przerwała, by przełknąć ślinę.

– Wydaje się, że Biali muszą pozwolić Leven­-ark nas pozabijać. Potem albo Biali, albo I­-Portak wybiją Leven­-ark. Wszyscy zostaniemy uznani za męczenników naszej krainy lub naszej sprawy. – Znów popatrzyła na Bala. – Ale czy rzeczywiście? Jeśli zginiecie, klan czarowników i tak czeka koniec. – Spojrzała na Mairae. – Musi być jakieś inne wyjście.

Wszyscy wpatrywali się w nią. A ona po raz kolejny zwróciła się do Bala.

– Niech to wygląda, jakby Leven­-ark przegrali. Odrzuciliście honor i przybyliście tu gotowi poświęcić życie dla ratowania klanu czarowników. Czy jesteście gotowi, by zamiast tego poświęcić swoją dumę?

– Dumę? – zdziwił się Bal.

– Jeśli pozwolicie, by Biali odesłali was z Hani pod eskortą i pohańbionych... jeśli będzie się wydawało, że ponieśliście klęskę... to nie musimy się obawiać, że ktoś pójdzie w wasze ślady. – Zerknęła na Mairae. – Jeśli się zgodzi, czy zmienicie warunki traktatu?

– Żeby pozwolić klanowi trwać?

– Tak. Nawet ja, mieszkająca w maleńkiej wiosce, słyszałam o sławnym dunwayskim klanie wojowników ognia.

Mairae skinęła głową.

– Tak, jeśli ludzie w Dunwayu zechcą go zachować.

– Zmieńcie warunki paktu, ale nie tak od razu, bo inni domyślą się związku między przybyciem tu Leven­-ark i tymi zmianami. Zorganizujcie coś innego, co mogłoby je spowodować.

Bal i Mairae zamyślili się. Sen wydał jakiś cichy pomruk, po czym rzucił coś po dunwaysku. Słysząc odpowiedź Bala, zesztywniał, lecz nie mówił nic więcej.

– Czy chcesz jeszcze coś dodać, dziewczyno? – zapytał wojownik.

Auraya skłoniła głowę.

– Będę wdzięczna, jeśli nie zabijecie mojej rodziny i sąsiadów.

Bal wyglądał na trochę oszołomionego. Odwrócił się do Mairae. Auraya tłumiła narastające uczucie, że właśnie zrobiła z siebie głupca.

Musiałam spróbować, myślała. Gdybym znalazła sposób ocalenia wioski i nie spróbowała, to byłabym... byłabym martwa.

– Czy skłonni jesteście pozwolić, by świat uwierzył w waszą klęskę? – spytała Mairae.

– Tak – odparł Bal. – Ale moi ludzie także muszą się zgodzić. Jeśli to zrobią, to czy zmienicie warunki przymierza?

– Jeśli inni Biali i I­-Portak się zgodzą. Może naradzimy się ze swoimi ludźmi i spotkamy tutaj za godzinę?

Bal przytaknął.

– I do tego czasu nie skrzywdzicie nikogo z mieszkańców wioski?

– Przysięgam na Lore, że nie spotka ich żadna krzywda. Ale skąd mam mieć pewność, że zmienicie pakt, kiedy już odejdziemy?

Usta Mairae wygięły się w uśmiechu ulgi.

– Bogowie nie pozwalają nam łamać naszych obietnic.

– Musi nam to wystarczyć – stwierdził Bal. – Wróć za godzinę. Poznasz naszą decyzję.

Kiedy Mairae wkroczyła do świątyni, wszyscy zamilkli.

– Udało się znaleźć pokojowe rozwiązanie – oznajmiła. – Dunwayczycy odeszli. Możecie wracać do domów.

W świątyni zabrzmiały radosne okrzyki.

Auraya weszła do środka za Mairae, Avorimem i Qurinem.

– Ty mała wariatko! – krzyknął znajomy głos. Matka podbiegła, by ją uściskać. – Dlaczego to zrobiłaś?

– Później wytłumaczę.

Auraya rozglądała się za Leiardem, ale nigdzie go nie było. Kiedy matka ją wypuściła, nagle zdała sobie sprawę, że Mairae stoi tuż obok.

– Aurayo Dyer – rzekła Biała. – Okazałaś wielką odwagę.

Dziewczyna poczuła, że się czerwieni.

– Odwagę? Przez cały czas byłam przerażona.

– Ale nie pozwoliłaś, by strach zamknął ci usta. – Kobieta uśmiechnęła się. – Wykazałaś się rzadko spotykaną intuicją. Avorim mówił mi, że jesteś inteligentną i Obdarzoną studentką.

Auraya ze zdziwieniem spojrzała na kapłana.

– Tak mówił?

– Tak. Myślałaś, czy nie zostać kapłanką? Jesteś starsza niż typowe nowicjuszki, ale jeszcze nie za stara.

Serce Aurai zamarło.

– Bardzo bym chciała, ale moja matka... – Obejrzała się na rodziców. – Jest chora. Opiekuję się nią.

Mairae przyjrzała się matce Aurai.

– Uzdrowiciele ze Świątyni są najlepsi w całym kraju. Jeśli przyślę tu jednego z nich, pozwolisz swojej córce się do nas przyłączyć?

Oszołomiona dziewczyna patrzyła wyczekująco na rodziców, szeroko otwierających oczy ze zdziwienia.

– Nie chciałabym sprawiać takich kłopotów... – zaczęła matka.

– Uznajcie to za wymianę – zaproponowała z uśmiechem Mairae. – Początkująca kapłanka za wyszkolonego kapłana. Auraya ma zbyt wielki potencjał, by go zmarnować. Co o tym myślisz, Aurayo?

Dziewczyna otworzyła usta i wydała z siebie całkiem dziecinny pisk, który jeszcze przez lata miała wspominać z zakłopotaniem.

– To by było cudowne!

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

Wprawdzie Danjin Spear już przy kilku wcześniejszych okazjach bywał w Świątyni w Jarime, ale dzisiaj miał wrażenie, że idzie tam po raz pierwszy. W przeszłości odwiedzał Świątynię w sprawach innych ludzi albo wykonując drobne zlecenia jako tłumacz. Teraz było inaczej – teraz był tutaj, by rozpocząć to, co powinno być najbardziej prestiżową pracą w jego karierze.

Nieważne, dokąd go zaprowadzi – nawet jeśli jej nie podoła albo jeśli obowiązki okażą się nudne i nieprzyjemne, ten dzień pozostanie w jego pamięci na zawsze. Zauważył, że baczniejszą niż zwykle uwagę zwraca na otoczenie – być może, by zapamiętać wszystko i wspominać później. Może tylko dlatego że jestem taki podniecony, ta droga wydaje się trwać całą wieczność.

Wysłano po niego platten. Niewielki, dwukołowy pojazd kołysał się łagodnie w rytm kroków ciągnącego go arema. Wolno mijał inne powozy, pieszych służących, kupców, a także bogatych mężczyzn i kobiety, spacerujących po ulicach. Danjin przygryzł wargę, powstrzymując się od zwrócenia się do siedzącego na wąskim koźle człowieka, by popędził łagodne zwierzę. Wszyscy słudzy Świątyni mieli w sobie spokój i godność, które zniechęcały do wydawania im poleceń. Prawdopodobnie dlatego że swoją postawą przypominali trochę kapłanów i kapłanki, a im oczywiście nikt nie rozkazywał.

Zbliżali się już do końca długiej, szerokiej ulicy. Po obu stronach wyrastały spore, dwu i trzypiętrowe budynki, stanowiące wyraźny kontrast z mieszaniną domów, sklepów i składów, wypełniających większą część miasta. Domy przy Drodze Świątynnej były tak drogie, że tylko najzamożniejsi mogli sobie na nie pozwolić. Choć Danjin należał do jednej z najbogatszych rodzin w Jarime, nikt z jego krewnych tu nie mieszkał. Byli kupcami, a Świątynia i religia interesowały ich tak samo jak rynek albo codzienny obiad – stanowiły konieczność, nad którą nie warto się rozwodzić, chyba że da się na tym wzbogacić.

Danjin myślał inaczej, i to odkąd pamiętał. Wierzył, że wartość można mierzyć czymś innym niż tylko złotem – takimi rzeczami jak lojalność wobec słusznej sprawy, cywilizowane normy zachowania, prawo, sztuka i pogoń za wiedzą. Wszystkim tym, co – jak wierzył ojciec – można albo kupić, albo ignorować.

Platten dotarł do Białego Łuku, obejmującego wejście do Świątyni, i nad Danjinem wyrosły płaskorzeźby pięciorga bogów. Wypełnione złotem rowki całkiem udanie symbolizowały jasność, którą promieniują, kiedy przybierają widzialne postacie. Wiem, że ojciec powiedziałby: Jeśli pieniądze nie mają dla bogów znaczenia, to dlaczego Świątynia nie jest zbudowana z patyków i błota?

Platten jechał dalej, pod łukiem sklepienia, aż Świątynia pojawiła się w całej okazałości. Danjin westchnął z zachwytem. Musiał szczerze przyznać: podobało mu się, że nie jest zbudowana z patyków i błota. Po lewej stronie miał Kopułę, ogromną półkulę, w której odbywały się ceremonie. Wysokie łukowe przejścia wokół podstawy otwierały dostęp do wnętrza i wywoływały wrażenie, że Kopuła unosi się tuż nad ziemią. W środku znajdował się Ołtarz, gdzie Biali obcowali z bogami. Danjin tego nie widział, ale może jego nowa rola przyniesie taką możliwość.

Obok Kopuły wznosiła się Biała Wieża. Najwyższy budynek, jaki istniał na świecie, zdawał się sięgać aż do chmur. Nie sięgał, oczywiście. Danjin odwiedzał jego najwyższe komnaty i wiedział, że chmury pozostają o wiele wyżej. Jednakże to złudzenie musi silnie działać na przybyszów. Dostrzegał korzyści płynące ze wzbudzania zachwytu i pokory zarówno wśród ludzi z gminu, jak u obcych władców.

Po prawej stronie Wieży stało Pięć Domów – duży pięciokątny budynek, w którym mieszkali kapłani. Danjin nigdy nie był w środku i prawdopodobnie nigdy nie będzie. Chociaż szanował bogów i ich wyznawców, nie miał ochoty zostać kapłanem. W wieku pięćdziesięciu jeden lat był już za stary, by rezygnować z pewnych nałogów. No i żona nigdy by się nie zgodziła.

Chociaż z drugiej strony, może by się jej to spodobało, pomyślał z uśmiechem. Zawsze narzeka, że kiedy jestem w domu, strasznie bałaganię i komplikuję jej plany.

Budynki Świątyni otaczała rozległa połać otwartego terenu. Brukowane dróżki i zagony układały się w deseń kół w kołach. Koło było świętym symbolem Kręgu Bogów, a niektóre ze sposobów wykorzystania go w Świątyni kazały Danjinowi zastanawiać się, czy architekci i projektanci nie byli obłąkanymi fanatykami. Czy na przykład musieli kolistymi wzorami dekorować publiczne toalety?

Platten toczył się coraz bliżej Wieży i serce Danjina zaczęło bić odrobinę za szybko. Noszący białe szaty kapłani i kapłanki chodzili tu i tam; niektórzy zauważyli jego przybycie i kłaniali się uprzejmie, jak prawdopodobnie każdemu w tak bogatym stroju. Wreszcie powóz zatrzymał się obok Wieży i Danjin wysiadł. Podziękował woźnicy, który skinął tylko głową i znowu popędził arema.

Danjin odetchnął głęboko i odwrócił się w stronę wejścia, gdzie ciężkie kolumny podtrzymywały szeroki łuk. Wszedł do środka. Magiczne światła ukazywały gęsto zastawioną ­kolumnami halę, zajmującą cały dolny poziom. Tutaj odbywały się zgromadzenia i przyjmowano ważnych gości. Odkąd Biali stali się władcami Hani, a także przywódcami cyrkliańskiej religii, Wieża była w równej mierze pałacem, co ośrodkiem religijnym. Władcy innych krain, ich ambasadorowie i inne znaczące osobistości zbierali się tutaj przy ważnych okazjach albo przybywali, by omawiać kwestie polityczne. Była to wyjątkowa sytuacja – we wszystkich innych krajach kapłani ustępowali władzy świeckiej.

Halę wypełniali ludzie; rozbrzmiewał gwar głosów. Kapłani i kapłanki przechodzili pospiesznie albo mieszali się z gość­mi ubranymi w tuniki z kosztownych tkanin, błyszczącymi biżuterią i mimo upału okrytymi obfitymi taulami. Danjin spoglądał na twarze wokół siebie, czując coś zbliżonego do podziwu. Prawie każdy władca, każdy sławny, bogaty albo wpływowy mężczyzna czy kobieta z Ithanii Północnej zjawili się tu dzisiaj.

Nie wierzę, że widzę to na własne oczy.

To, co sprowadziło ich do głównej świątyni Hani, to pragnienie zobaczenia, jak bogowie wybierają piątą i ostatnią z Białych. Teraz, kiedy ceremonia już się odbyła, wszyscy chcieli poznać nową Wybraną.

Danjin z pewnym wahaniem ruszył dalej, idąc między dwoma rzędami kolumn. Rzędy takie rozbiegały się promieniście od środka sali, a teraz kierowały go coraz głębiej, aż do kolistej ściany otaczającej spiralne schody, prowadzące na najwyższy poziom. Wspinaczka na szczyt byłaby męcząca, ale budowniczowie tego miejsca wprowadzili zdumiewające rozwiązanie – ciężki łańcuch zwisał w klatce schodowej i znikał w otworze w podłodze. U stóp schodów stał kapłan. Danjin podszedł i powitał go formalnym znakiem kręgu, stykając palce wskazujące i kciuki obu dłoni.

– Danjin Spear – przedstawił się. – Przyszedłem na spotkanie z Dyarą z Białych.

Kapłan skłonił głowę.

– Witaj, Danjinie Spearze – odpowiedział głębokim ­głosem.

Danjin szukał jakiejś oznaki tego psychicznego sygnału, którym kapłan porozumiewał się z pozostałymi, ale ten nawet nie mrugnął. Łańcuch w studni schodów zaczął się przesuwać. Danjin wstrzymał oddech. Wciąż trochę się obawiał tego urządzenia w środku Białej Wieży. Kiedy spojrzał w górę, zobaczył opadający ku nim duży metalowy dysk.

Dysk był podstawą metalowej konstrukcji, szerokiej jak studnia schodów. Z oczywistych powodów wszyscy nazywali ją „klatką” – wyglądała całkiem tak, jak trzcinowe klatki, w których trzymano zwierzęta na targu, i zapewne wzbudzała u jej pasażerów podobne uczucie zagrożenia. Danjin był wdzięczny losowi, że nie jest to jego pierwsza jazda tym urządzeniem. Co prawda nie sądził, by kiedykolwiek się przyzwyczaił, ale nie był już tak przerażony jak kiedyś. Nie chciał, by strach zwiększał jeszcze bardziej zdenerwowanie przed podjęciem ważnej pracy.

Kiedy metalowa konstrukcja osiadła na dnie wieży, kapłan otworzył drzwi i zachęcił gościa do wejścia. Klatka ruszyła w górę i Danjin szybko stracił go z oczu. Zdawało się, że schody okrążają go w miarę nabierania wysokości. Przesuwali się po nich mężczyźni i kobiety ubrani w cyrkle, uniformy służby świątynnej, albo okazałe szaty ludzi bogatych i ważnych. Na niższych poziomach znajdowały się pokoje i sale spotkań dla wizytujących dygnitarzy. Jednak im wyżej wznosiła się klatka, tym mniej ludzi widział Danjin. Wreszcie dotarł do najwyższych poziomów, gdzie mieszkali Biali. Klatka zwolniła i w końcu się zatrzymała.

Danjin wyszedł na zewnątrz. O dwa stopnie wyżej, w ścianie po drugiej stronie, ujrzał drzwi. Zawahał się, nim do nich podszedł. Wprawdzie już kilka razy rozmawiał z Dyarą, drugą najpotężniejszą z Białych, ale jej obecność wciąż go trochę onieśmielała. Wytarł o szatę spocone dłonie, odetchnął głęboko i uniósł rękę, by zastukać.

Palce trafiły w pustkę, gdyż drzwi nagle się otworzyły. Wysoka kobieta w średnim wieku uśmiechnęła się do niego.

– Jak zawsze punktualnie, Danjinie Spearze. Wejdź.

– Witaj, Dyaro z Białych – odparł z szacunkiem, wykonując znak kręgu. – Jak mógłbym się spóźnić, jeśli tak łaskawie przysłałaś po mnie platten?

Uniosła brwi.

– Jeśli wysłanie plattenu to jedyne, czego trzeba, by zagwarantować punktualność, to całkiem sporo ludzi, których wzywałam w przeszłości, będzie musiało się mocno tłumaczyć. Wejdź i usiądź.

Odwróciła się i przeszła w głąb pokoju. Przy swoim wzroście, ubrana w strój cyrkliańskiej kapłanki, byłaby imponującą postacią, nawet gdyby nie należała do nieśmiertelnych Białych. Kiedy wszedł za nią, zauważył, że obecna jest jeszcze jedna kapłanka. Znowu wykonał znak kręgu.

– Witaj, Mairae z Białych.

Kobieta uśmiechnęła się, a Danjin nagle poczuł się lekko. Uroda Mairae była słynna w całej Ithanii Północnej. W pieśniach kolor jej włosów opisywano jako promienie słońca na złocie, a oczy porównywano do szafirów. Mówiono, że czar jej uśmiechu skłoniłby króla do oddania królestwa. Nie sądził, by któryś z obecnych władców dał się do tego skłonić zwykłym uśmiechem, ale filuterny błysk w jej oczach i naturalne ciepło zawsze łagodziły jego skrępowanie.

Nie była tak wysoka i nie emanowała surową pewnością siebie jak Dyara. Z pięciorga Białych, Dyara została wybrana jako druga. Stało się to siedemdziesiąt pięć lat temu, kiedy miała lat czterdzieści dwa, więc teraz dysponowała ponadstuletnią wiedzą o świecie. Mairae, wybrana w wieku dwudziestu trzech lat ćwierć wieku temu, była dwa razy mniej doświadczona.

– Nie pozwól, by król Berro zabrał ci dzisiaj cały wolny czas – poradziła Dyara.

– Znajdę mu coś do roboty – odparła Mairae. – Potrzebujesz pomocy w przygotowaniach do wieczornych obchodów?

– Jeszcze nie. Przed nami jednak cały dzień, w którym mogą się zdarzyć katastrofy. – Urwała, jakby właśnie coś przyszło jej do głowy. Zerknęła na Danjina. – Mairae, dotrzymaj towarzystwa Danjinowi Spearowi, a ja coś sprawdzę, dobrze?

– Oczywiście.

Gdy drzwi zamknęły się za Dyarą, Mairae uśmiechnęła się.

– Naszej najmłodszej rekrutce wszystko to wydaje się trochę przytłaczające – powiedziała konspiracyjnym tonem. – Pamiętam jeszcze, jak to jest. Dyara znajdowała mi tyle zajęć, że nie miałam czasu na myślenie.

Danjin poczuł ukłucie niepewności. Co zrobi, jeśli nowa Biała nie będzie w stanie podołać swoim obowiązkom?

– Nie obawiaj się, Danjinie Spearze. – Mairae znów się uśmiechnęła, a on przypomniał sobie, że wszyscy Biali potrafią czytać w myślach. – Poradzi sobie. Po prostu jest trochę oszołomiona tym, że znalazła się tam, gdzie jest.

Danjin z ulgą pokiwał głową. Zastanowił się... Może rozmowa z Mairae jest okazją, by dowiedzieć się czegoś o tej nowej Białej.

– Jaka ona jest? – zapytał.

Mairae ściągnęła wargi, rozważając odpowiedź.

– Inteligentna. Potężna. Lojalna wobec bogów. Współczująca.

– Chodziło mi o to, czym różni się od innych Białych – poprawił się.

Parsknęła śmiechem.

– Ach, Dyara nie uprzedzała, że jesteś pochlebcą. Lubię to u mężczyzn. Hm... – Zmrużyła oczy. – Próbuje zrozumieć wszystkie strony w sporze. Odruchowo dba o potrzeby i pragnienia innych. Myślę, że będzie dobrą rozjemczynią.

– Negocjatorką? Słyszałem, że miała coś wspólnego z tym incydentem z Dunwayczykami dziesięć lat temu.

– Owszem. To jej wioskę opanowali.

– Ach...

To ciekawe.

Mairae wyprostowała się nagle i spojrzała na ścianę poza nim. Nie, poprawił się w myślach, nie na ścianę. Jej uwaga była skierowana gdzie indziej. Zaczynał już rozpoznawać te odruchy, które wskazywały na myślową komunikację między Białymi.

Znów spojrzała na niego.

– Masz rację, Danjinie Spearze. Właśnie otrzymałam wiadomość, że król Berro prosi o spotkanie ze mną. Obawiam się, że muszę cię opuścić. Poradzisz sobie tutaj sam?

– Tak, oczywiście – zapewnił.

Mairae wstała.

– Jestem przekonana, że zobaczymy się jeszcze wiele razy, Danjinie Spearze. I nie wątpię, że będziesz znakomitym doradcą.

– Dzięki ci, Mairae z Białych.

Cisza, jaka zapadła po jej wyjściu, zdawała się niezwykle głęboka. To dlatego że nie dochodzą tu żadne głosy z zewnątrz, pomyślał. Spojrzał w stronę okna – było duże, okrągłe i ukazywało niebo.

Zimny dreszcz przebiegł mu po plecach.

Wstał i zmusił się, by podejść bliżej. Choć już go oglądał, widok z Białej Wieży ciągle budził lęk.

Pojawiło się morze. Jeszcze kilka kroków i mógł zobaczyć w dole miasto – zabawkowe miasteczko malutkich domków i jeszcze mniejszych ludzi. Kiedy zrobił następny krok, serce zabiło mu jak oszalałe, gdyż w polu widzenia ukazała się Kopuła – wyglądała jak ogromne jajo zakopane do połowy w ziemi.

Ziemia... Leżąca bardzo, bardzo daleko w dole.

Świat przechylił się i zawirował. Danjin cofał się, aż znowu mógł widzieć tylko morze i niebo. Zawroty głowy ustały. Jeszcze kilka głębokich oddechów, a zwolnił także puls.

Potem usłyszał otwierane drzwi i znieruchomiał. Obejrzał się i zobaczył wchodzącą Dyarę, a wraz z nią inną kapłankę. Kiedy uświadomił sobie, kto to taki, jego niepokój ustąpił miejsca zaciekawieniu.

Nowa Biała była równie wysoka jak jej towarzyszka, ale ręce miała chudsze, a rysy twarzy bardziej kanciaste, włosy zaś o odcień jaśniejsze od ciemnego brązu Dyary. Zewnętrzne kąciki oczu były odchylone lekko ku górze, co nadawało jej trochę ptasi wygląd. Te oczy spoglądały na niego z błyskiem inteligencji, a usta wykrzywił grymas rozbawienia. Zapewne obserwuje, jak się jej przygląda, i czyta każdą jego myśl.

Trudno się pozbyć starych przyzwyczajeń. Przez lata nauczył się na pierwszy rzut oka oceniać charaktery i teraz też nie mógł się powstrzymać. Kiedy szły ku niemu wraz z Dyarą, zauważył, że sposób ułożenia ramion nowej Białej zdradza jej nerwowość. Ale spokojne spojrzenie i układ ust sugerowały, że niepokój wkrótce ustąpi przed wrodzonym opanowaniem. Powiedziano mu, że ma dwadzieścia sześć lat, i wzrok to potwierdzał, ale w wyrazie twarzy dostrzegał też dojrzałość, sugerującą większą wiedzę o świecie i doświadczenie, niż miałaby przeciętna arystokratka w jej wieku.

Musiała uczyć się pilnie i szybko, by w tym wieku zostać kapłanką wysokiego szczebla, myślał. Jej Dary także muszą być silne. Jeśli jest tą, która pochodzi z wioski opanowanej wtedy przez Dunwayczyków, to daleko zaszła.

– Aurayo, oto Danjin Spear – przedstawiła go Dyara z uśmiechem. – Będzie twoim doradcą.

Danjin wykonał formalny znak kręgu. Auraya unosiła już ręce, by odpowiedzieć tym samym, jednak zrezygnowała i znów je opuściła.

– Witaj, Danjinie Spearze – powiedziała.

– Witaj, Aurayo z Białych – odparł.

Mówi pewnym tonem, uznał. Przynajmniej nie pozwala, żeby nerwowość ujawniła się w głosie. Musi tylko popracować nad postawą.

Auraya wyprostowała się i uniosła podbródek.

Tak lepiej, pomyślał. A potem zdał sobie sprawę z tego, że ona przecież czyta mu w myślach i reaguje na jego sugestie. Potrzebuję czasu, uznał, żeby się do tego przyzwyczaić.

– Widzę, że będzie się wam dobrze pracowało – stwierdziła Dyara. Wskazała im krzesła. – Danjin oddał nam w przeszłości cenne usługi. Jego ocena sytuacji w Torenie była niezwykle dogłębna i pomogła nam uzyskać przymierze z królem.

Auraya spojrzała na niego ze szczerym zaciekawieniem.

– To prawda?

Wzruszył ramionami.

– Ja tylko przekazałem to, czego się nauczyłem, kiedy mieszkałem w Torenie.

– Jest zaskakująco skromny. – Dyara parsknęła śmiechem. – Przekonasz się, że jego wiedza o innych ludziach jest równie użyteczna. Zna wszystkie języki Ithanii.

– Oprócz używanych przez ludy Siyee i Elai – zaznaczył.

– Jest dobrym sędzią charakterów. Ludziom u władzy potrafi udzielić rady w sposób dyskretny i nieobraźliwy.

Auraya przyglądała mu się, słuchając Dyary.

– To cenna umiejętność – stwierdziła.

– Będzie ci towarzyszył podczas wszystkich audiencji. Uważaj na jego myśli. Będą kierowały twoimi odpowiedziami.

Auraya skinęła głową i rzuciła Danjinowi przepraszające spojrzenie.

– Danjin doskonale zdaje sobie sprawę z faktu, że bezustanny dostęp do jego myśli należy do funkcji, którą pełni – uspokoiła ją Dyara. Uśmiechnęła się do Danjina i mówiła dalej. – Co oczywiście nie oznacza, że powinnaś lekceważyć zasady dobrego wychowania, o których ci mówiłam.

– Oczywiście.

– Teraz, kiedy mamy już za sobą prezentację, musimy zejść na niższe poziomy. Król Torenu czeka na spotkanie z tobą.

– Mam się już spotykać z królami? – zdziwiła się Auraya.

– Tak. Przybyli do Jarime, by być świadkami Wyboru. Teraz chcą poznać Wybraną. Wolałabym dać ci trochę więcej czasu, ale nie mogę.

– Nic nie szkodzi. – Dziewczyna wzruszyła ramionami. – Miałam tylko nadzieję, że zdążę zapoznać się z moim nowym doradcą, zanim zacznę zmuszać go do pracy.

– Poznacie się, pracując.

– Dobrze. – Auraya skinęła głową i uśmiechnęła się do Danjina. – Ale liczę na to, że poznamy się lepiej, kiedy tylko będzie to możliwe.

Skłonił głowę.

– I ja pragnąłbym cię poznać, Aurayo z Białych.

Kiedy obie kapłanki wstały i ruszyły do drzwi, Danjin poszedł za nimi. Zobaczył wreszcie kobietę, dla której miał pracować, i nic nie sugerowało, że praca ta będzie trudna czy nieprzyjemna. Natomiast pierwsze zadanie to całkiem inna sprawa.

Pomóc jej w rozmowie z królem Torenu, myślał, to prawdziwe wyzwanie.

Tryss zmienił lekko pozycję, zaciskając i rozluźniając palce stóp na gałęzi. Spoglądając w dół, przez liście dostrzegł kolejne poruszenie wśród leśnego poszycia. Niecierpliwił się; chciałby natychmiast pochylić się, rozłożyć skrzydła i zanurkować; opanował się jednak. Czekał bez ruchu.

Skóra go swędziała i spływał potem, od którego wilgotniały kamizelka i spodnie z trzcinowego włókna, a membrana skrzydeł mrowiła. Pasy na biodrach i szyi zdawały się ciasne i niewygodne, wiszące na brzuchu kolce za ciężkie. O wiele za ciężkie. Ściągną go na ziemię, kiedy tylko spróbuje wzlecieć.

Nie, powiedział sobie. Nie słuchaj instynktu. Uprząż nie uciska, nie obciąża. Większa groźba kryje się na czubkach tych kolców. Gdyby się skaleczył... Niezbyt wysoko oceniał swoje szanse przetrwania, jeśliby zasnął teraz, siedząc na cienkiej gałęzi, wiele ludzkich­-wzrostów nad ziemią.

Zesztywniał, gdy znowu zauważył ruch. Trzy yerny wyszły na polankę pod nim, więc wstrzymał oddech. Z góry wyglądały jak wąskie beczki okryte brązową skórą, a perspektywa zmieniała ich ostre rogi w krótkie narośle. Skubiąc trawę, szły powoli w kierunku błyszczącego w słońcu strumienia. Tryss przesunął dłonią po pasach i drewnianych dźwigniach uprzęży, sprawdzając, czy wszystko jest zamocowane jak należy, po czym kilka razy odetchnął głęboko i runął w dół.

Yerny były trawożercami. Żyły w stadach i miały wrażliwe zmysły, pozwalające im wyczuć pozycję i emocje wszystkich członków stada. Te zmysły zdolne też były do wykrywania innych zwierząt w pobliżu i tego, czy planują atak. Umiały szybko biegać. Jedynymi drapieżnikami, którym udawało się polowanie, były te wykorzystujące przewagę zaskoczenia albo mające własne potężne Dary maskowania myśli – jak przerażający leramer. Jednak nawet im udawało się schwytać tylko stare lub chore osobniki.

Spadający Tryss zobaczył, że yerny – wyczuwając bliskość umysłu planującego atak – napinają mięśnie i rozglądają się nerwowo, nie wiedząc, w którą stronę uciekać. Nie mogły zrozumieć, że drapieżnik może nadlecieć z góry. W połowie drogi do ziemi Tryss rozłożył ramiona; poczuł, jak membrany skrzydeł chwytają powietrze. Wystrzelił spomiędzy liści i zanurkował ku swej zdobyczy.

Wyczuwając go tuż przy sobie, zwierzęta wpadły w panikę. Pohukując głośno, rozbiegły się we wszystkie strony. Tryss podążył za jednym z nich, przemykającym pod gałęziami drzew. Zagonił zdobycz na otwarty teren, a kiedy uznał, że osiągnął odpowiednią pozycję, szarpnął za pasek owinięty wokół kciuka. Kolec oderwał się od pasa i poleciał w dół.

Jednocześnie yern zmienił nagle kierunek; kolec chybił i zniknął w trawie. Tryss zdusił przekleństwo, zatoczył łuk i pofrunął za zwierzęciem. Tym razem starał się nie myśleć, że jest gotów do ataku. Oczyścił umysł z wszelkich rozważań prócz tego, by lecieć równo nad yernem. Pociągnął pasek i poczuł, jak od pasa odrywa się niewielki ciężar kolca.

Pocisk trafił zwierzę tuż za kłębem, a Tryssa ogarnęło uczucie tryumfu. Yern biegł dalej, a kolec kołysał się, wbity w skórę. Tryss obserwował go niespokojnie, obawiając się, że ostrze nie zagłębiło się dostatecznie, by sok dotarł do krwi, albo że wypadnie.

Kolec jednak tkwił mocno w grzbiecie yerna. Zwierzę zwolniło bieg, zrobiło chwiejnie kilka kroków, potem zatrzymało się, a Tryss pomyślał, że krąży nad nim jak ścierwojad. Rozejrzał się po okolicy, sprawdzając, czy gdzieś nie czai się leramer albo inny wielki drapieżnik. Jeśli nie będzie ostrożny, mogą odebrać mu zdobycz.

Yern w dole zakołysał się i runął na bok. Uznawszy, że może bezpiecznie wylądować, Tryss opadł na ziemię o kilka kroków od zwierzęcia. Zanim się zbliżył, odczekał, aż oczy yerna zaszły mgłą – bestia miała ostre rogi, które łatwo mogły rozerwać skrzydła Siyee.

Z bliska wydawała się ogromna. Tryss podejrzewał, że gdyby stała, nie sięgałby jej głową do ramion. Pogładził sierść – była ciepła i pachniała ostro. Zauważył, że uśmiecha się z podniecenia.

Udało się! Sam, własnoręcznie powaliłem jedno z wielkich zwierząt z tego lasu!

Siyee nie polowali na duże zwierzęta. Byli niewielką rasą, delikatną, z nielicznymi magicznymi Darami. Mieli kruche, łatwo pękające kości. Ich nogi nie były przystosowane do ­biegania na duże odległości, a zakres ruchów ramion – ich skrzydeł – był ograniczony. Nawet gdyby potrafili wznieść włócznię czy miecz, uchwyt byłby zbyt niepewny. Palce, poza kciukiem i wskazującym, tworzyły strukturę skrzydła, więc dłonie nie nadawały się do czynności wymagających siły. Ilekroć Tryss myślał o swoim ciele, zastanawiał się, czy bogini Huan, która tyle stuleci temu stworzyła jego lud z ziemiochodzących – ludzi zamieszkujących resztę świata – zapomniała o tym, że muszą przecież jakoś się bronić i żywić.

Uznawano zgodnie, że ponieważ nie istnieje broń, której Siyee mogliby używać w locie, bogini nie chciała, by byli ludem, który poluje albo walczy. Zamiast tego muszą zbierać i uprawiać zboże, warzywa, owoce i orzechy. Muszą zastawiać pułapki i hodować małe zwierzęta, muszą mieszkać tam, gdzie żaden ziemiochodzący im nie zagrozi – w surowych, niedostępnych górach Si.

Niewiele znajdowali tu ziemi pod uprawę, a zwierzęta, którymi się żywili, coraz trudniej było chwytać. Tryss uważał, że Huan nie chciała, by jej lud głodował. Dlatego, jak podejrzewał, niektórzy otrzymali twórcze umysły.

Spojrzał na urządzenie, które do siebie zamocował. Problem polegał na tym, by skonstruować coś, co w locie nie będzie krępować ruchów, a równocześnie pozwoli łatwo uwalniać kolce.

Z czymś takim możemy polować! Możemy nawet się bronić. Niewykluczone, że uda się odebrać część ziemi, którą ukradli nam ziemiochodzący. Wiedział, że w ten sposób nie zdołają walczyć z dużymi oddziałami najeźdźców, ale z nielicznymi grupkami ziemiochodzących wyrzutków, zapuszczających się w góry Si, łatwo będzie można się rozprawić.

Jednak dwa kolce nie wystarczą, uznał. Na pewno zdołam unieść cztery, nie są przecież takie ciężkie. Ale jak je uwalniać? Mam tylko dwa kciuki...

Później poszuka rozwiązania. Patrząc na śpiącego yerna, uświadomił sobie, że ma poważny kłopot. Wziął ze sobą linę, by podciągnąć łup na gałąź, poza zasięg większości drapieżników, gdy tymczasem on sam pofrunie do domu po innych, żeby podziwiali jego sukces i pomogli oprawić zwierzę. Teraz jednak wątpił, czy starczy mu sił, by przeciągnąć cielsko do najbliższego pnia. Nie miał wyboru – musiał je zostawić w nadziei, że drapieżniki tu nie trafią. To znaczy, że musi szybko wrócić z pomocą. Szybciej poleci bez uprzęży...

Rozpiął ją, zrzucił z siebie i powiesił na najbliższym drzewie. Wyjął nóż, obciął kosmyk włosów z grzywy yerna i wcisnął do kieszeni. Sprawdził kierunek wiatru i ruszył biegiem.

Start z ziemi wymagał energii. Tryss skoczył w powietrze i zamachał skrzydłami; dyszał z wysiłku, nim wreszcie dotarł na wysokość, gdzie wiatry były silniejsze, więc mógł wznosić się i szybować. Po chwili odzyskał oddech i mocno bijąc skrzydłami, podążył za sprzyjającymi prądami powietrza.

W takich chwilach mógłby wybaczyć bogini Huan trudy i niedole, jakie spotykały jego lud. Kochał latanie. Najwyraźniej ziemiochodzący także lubili używać swych nóg. Oddawali się rozrywce zwanej „tańcem”, podczas której chodzili lub biegali w ustalony sposób, samotnie lub grupami po dwie lub więcej osób. Najbliższym odpowiednikiem tańca wśród Siyee było trei­-trei, mogące stanowić element zalotów albo sport, pozwalający sprawdzić umiejętności i zwinność.

Z zamyślenia wyrwał Tryssa widok pasa nagiej skały. Tworzyła trzy opadające coraz niżej stopnie i przypominała długą, wąską bliznę, rozcinającą porośnięte lasem zbocze. To była Przestrzeń, największa z osad Siyee. Niezliczeni Siyee startowali i lądowali każdego dnia na tej stromej powierzchni. Tryss zniżył lot, szukając znajomych twarzy. Dotarł już niemal do altany rodziców, kiedy zauważył swoich kuzynów. Bliźniacy siedzieli na ciepłych kamieniach w dole zbocza, po obu stronach jakiejś dziewczyny.

Poczuł, że coś ściska go w piersi, kiedy ją rozpoznał – drobna dziewczyna o lśniących włosach to Drilli, której rodzina ­niedawno zamieszkała w sąsiedztwie. Zatoczył krąg i zastanowił się, czy nie lecieć dalej. W przeszłości miał dobre stosunki z kuzynami – jeśli tylko gotów był znosić liczne kpiny ze swoich dziwnych zainteresowań. Ale potem do Przestrzeni przeprowadziła się rodzina Drilli i jego kuzyni walczyli, by zwrócić na siebie uwagę dziewczyny, często kosztem Tryssa. Nauczył się unikać ich towarzystwa, kiedy ona była w pobliżu.

Dawniej szanowali jego pomysłowość i nadal lubił opowiadać im o swoich sukcesach – ale nie mógł mówić o udanym polowaniu, kiedy była tutaj Drilli. Wykorzystają to jakoś, żeby z niego zadrwić. Poza tym język zawsze wiązał mu się w supeł, kiedy ją widział. Nie, lepiej poszuka kogoś innego.

I wtedy zauważył z góry, że rozcięcie jej kamizelki odsłania to fascynujące zagłębienie między piersiami, więc odruchowo zatoczył jeszcze jeden krąg. Jego cień przesunął się nad nią i podniosła głowę. Przeszył go oszałamiający dreszcz radości, kiedy się uśmiechnęła.

– Tryss! Ląduj i chodź do nas! Ziss i Trinn właśnie opowiedzieli mi strasznie śmieszny żart!

Obaj chłopcy spojrzeli w górę i skrzywili się niechętnie, najwyraźniej chcąc towarzystwa Drilli tylko dla siebie. Macie pecha, pomyślał Tryss. Właśnie powaliłem yerna. Chcę, żeby Drilli to zobaczyła.

Spłynął w dół, złożył skrzydła i opadł lekko przed nimi. Drilli uniosła brwi, a on natychmiast poczuł, że coś zaciska mu krtań tak, że chyba nie zdoła wykrztusić ani słowa. Patrzył na nią, czując, że skóra na twarzy zaczyna mrowić jak zawsze, kiedy czerwienieje.

– Gdzie byłeś? – zapytał Ziss. – Ciocia Trill cię szukała.

– Lepiej idź i sprawdź, czego chce – poradził Trinn. – Sam wiesz, jaka ona jest.

Drilli zaśmiała się.

– Nie była aż tak niespokojna. Chyba nie musisz iść do niej od razu. – Znów się uśmiechnęła. – No więc co porabiałeś cały ranek?

Tryss przełknął ślinę i nabrał tchu. Na pewno uda mu się wykrztusić jedno słowo...

– Polowałem...

– Na co polowałeś? – spytał drwiąco Ziss.

– Na yerna.

Obaj chłopcy parsknęli z niedowierzaniem i rozbawieniem. Trinn pochylił się do Drilli, jakby chciał powierzyć jej jakiś sekret, ale mówił dostatecznie głośno, by Tryss usłyszał.

– Widzisz, Tryss miewa dziwaczne pomysły. Uważa, że może łapać wielkie zwierzęta, przyczepiając do siebie kamienie tak, żeby potem je na nie zrzucać.

– Kamienie? – Zmarszczyła brwi. – Ale jak...?

– Kolce – wydusił z siebie Tryss. – Kolce z sokiem florrimu na czubku. – Poczuł, że się czerwieni, ale kiedy pomyślał o powalonym yernie, ogarnęła go duma. – I upolowałem coś! – dodał, sięgnął do kieszeni i wyjął pasmo włosów yerna.

Trójka Siyee przyjrzała się im z zaciekawieniem. Ziss spojrzał na kuzyna, mrużąc oczy.

– Żarty sobie z nas robisz – oświadczył. – Uciąłeś to jakiemuś zdechłemu.

– Nie. Jest uśpiony florrimem. Pokażę wam. – Tryss zerknął na Drilli, ze zdziwieniem i ulgą spostrzegając, że wreszcie potrafi w jej obecności używać całych zdań. – Zabierzcie noże, a wieczorem czeka nas uczta. Ale jeśli będziecie zwlekać, znajdzie go leramer i nic nie dostaniemy.

Chłopcy porozumieli się wzrokiem. Tryss odgadł, że oceniają szansę, czy próbuje ich nabrać, wobec szansy mięsa na kolację.

– No dobra. – Ziss wstał i się przeciągnął. – Zobaczmy tego yerna.

Trinn powstał także i machnął skrzydłami. Kiedy podniosła się Drilli, wyraźnie zamierzając lecieć z nimi, Tryss poczuł, że serce mu zamiera. Będzie go podziwiać, kiedy zobaczy yerna...

Uśmiechnął się, przebiegł kawałek i wzleciał w niebo.

Wskazując kierunek, z irytacją zmarszczył brwi, kiedy bliźniacy podlecieli do grupy starszych chłopców przy granicy Przestrzeni. Tryss rozpoznał Sreila, atletycznie zbudowanego syna Mówcy Sirri, przywódczyni szczepu. W gardle mu zaschło, kiedy wszyscy poszybowali ku niemu, gwiżdżąc ostro.

– Złapałeś sobie yerna, co? – zawołał Sreil, kiedy przela­tywał.

– Może – odparł Tryss.

Padły kolejne pytania, ale nie miał ochoty tłumaczyć, jak powalił zwierzę. Wcześniej trudno mu było skłonić Siyee, by obejrzeli jego uprząż. Jeśli zacznie teraz tłumaczyć, znudzą się i stracą zainteresowanie. Kiedy jednak zobaczą yerna, będą chcieli wiedzieć, jak go upolował. Wtedy dopiero pokaże im uprząż. Wtedy zaczną poważnie traktować jego pomysły.

Po kilku minutach obejrzał się i ze zdziwieniem odkrył, że lecąca za nim grupa jest dwa razy liczniejsza niż na początku. Wątpliwości zaczęły się wgryzać w dotychczasową pewność siebie, ale stłumił je. Sreil zabierze mięso do Mówcy Sirri. Przywódczyni Siyee zechce obejrzeć wynalazek Tryssa. Poprosi, żeby zbudował więcej takich i nauczył innych, jak się ich używa.

Zostanę bohaterem. Bliźniacy już nigdy nie będą się ze mnie nabijać.

Ocknął się z tych marzeń, zbliżając się do miejsca, gdzie zostawił yerna. Krążąc w górze, przeszukał okolicę, ale niczego nie znalazł. Czując na sobie spojrzenia pozostałych, opadł na ziemię i przeszedł kilka kroków. Zauważył wygniecione w trawie zagłębienie wielkości dużego zwierzęcia, jednak yerna nie było.

Patrzył rozczarowany. Poczuł ucisk w żołądku, gdy pozostali Siyee zaczęli lądować wokół niego.

– Więc gdzie ten yern? – spytał Ziss.

Tryss wzruszył ramionami.

– Zniknął. Mówiłem przecież, że jeśli za długo będziemy się zbierać, znajdzie go leramer.

– Nie ma krwi – zauważył któryś ze starszych chłopców. – Gdyby porwał go leramer, byłaby krew.

– I nie ma śladów, żeby wlókł tędy coś ciężkiego – dodał inny. – A jeśliby zaczął go pożerać na miejscu, zostałoby ścierwo.

Miał rację, zrozumiał Tryss. Więc gdzie się podział yern?

Sreil wystąpił naprzód i starannie obejrzał ślady na ziemi.

– Ale rzeczywiście niedawno leżało tu coś dużego.

– Pewnie się zdrzemnęło – stwierdził ktoś.

Kilku patrzących parsknęło śmiechem.

– Więc jak, Tryss? – spytał Ziss. – Znalazłeś śpiącego yerna i chciałeś nam wmówić, że go zabiłeś?

Tryss popatrzył na kuzyna, a potem na rozbawione twarze innych Siyee. Policzki mu płonęły.

– Nie.

– Mam ważniejsze sprawy – stwierdził ktoś.

Siyee zaczęli odlatywać; powietrze szumiało odgłosami ich skrzydeł. Tryss stał ze spuszczoną głową. Usłyszał zbliżające się kroki, poczuł klepnięcie w ramię... Zobaczył, że obok stoi Sreil, trzymając w ręku kolec, który powalił yerna.

– Niezła próba – powiedział.

Tryss skrzywił się. Wziął kolec, a potem patrzył, jak starszy chłopak nabiera rozpędu i wzbija się w powietrze.

– Użyłeś florrimu, tak?

Tryss drgnął. Nie zauważył, że Drilli ciągle tu jest.

– Tak.

Przyjrzała się kolcowi.

– Żeby uśpić zwierzę, trzeba o wiele więcej florrimu niż dla człowieka, a ten kolec nie wbił się wystarczająco głęboko. Powinieneś spróbować z czymś mocniejszym albo bardziej śmiercionośnym. Lub dopilnować, żeby yern się nie obudził, kiedy już uśnie.

Znacząco poklepała nóż w pochwie umocowanej do uda.

Ma rację, pomyślał.

Drilli uśmiechnęła się i odwróciła. Kiedy wzlatywała, Tryss spoglądał na nią z podziwem.

Czasami sam się zastanawiał, jak można być tak głupim.

2

Auraya siedziała przed lustrem z polerowanego srebra, ale nie patrzyła na swoje odbicie. Jej myśli pochłaniały całkiem świeże wspomnienia.

W pamięci wciąż miała tysiące biało ubranych mężczyzn i kobiet zebranych przed Kopułą. Nigdy wcześniej nie oglądała tylu kapłanek i kapłanów w jednym miejscu. Ze wszystkich krain Ithanii Północnej przybyli do Świątyni, aby uczestniczyć w ceremonii Wyboru. Wszyscy mieszkający w Pięciu Domach musieli dzielić pokoje z gośćmi spoza miasta i kraju.

Zauważyła ten ogromny tłum, kiedy wyszła z Wieży, by wraz z wyższymi kapłanami i kapłankami udać się do Kopuły. Poza morzem białych postaci stała jeszcze większa gromada zwykłych mężczyzn, kobiet i dzieci, którzy także chcieli widzieć to wydarzenie.

Tylko najwyżsi kapłani i kapłanki byli kandydatami na ostatnie miejsce pośród Wybrańców Bogów. Auraya należała do najmłodszych w tej grupie. Niektórzy twierdzili, że awansowała tak szybko jedynie dzięki silnym Darom. Na samo wspomnienie tych plotek czuła w żołądku ucisk gniewu.

To takie niesprawiedliwe. Wiedzą, że potrzebowałam dziesięciu lat ciężkiej pracy i poświęceń, żeby zyskać tę pozycję.

Ciekawe, co teraz myślą, kiedy zostałam jedną z Białych. Czy żałują tych osądów? Czuła jednocześnie tryumf i współczucie. Byli ofiarami własnej ambicji. Jeśli myśleli, że bogowie będą zwracać uwagę na ich kłamstwa, to byli głupcami. Prawdopodobnie udowodnili tylko, że nie są godni. Biali nie powinni rozpowszechniać kłamliwych plotek.

Raz jeszcze odtworzyła w pamięci przejście od Wieży do Kopuły. Wyżsi kapłani i kapłanki uformowali krąg wokół podwyższenia. Ołtarz, najświętsze miejsce w Świątyni, wyrastał w samym środku. Była to wielka, pięcioboczna konstrukcja, trzy razy wyższa niż człowiek; jej trójkątne ściany pochylały się do wnętrza i stykały. Przy tych okazjach, kiedy do wnętrza wchodzili Biali, ściany ołtarza rozkładano na zewnątrz, na podłogę, odsłaniając stół i pięć krzeseł. Gdy Biali chcieli konferować na osobności, ściany unosiły się i zamykały ich w pomieszczeniu, skąd nie wydostawał się żaden dźwięk.

Ołtarz rozwarł się jak kwiat, gdy czwórka Białych wspięła się po stopniach na podwyższenie i stanęła przed tłumem.

Auraya zamknęła oczy i próbowała sobie dokładnie przypomnieć słowa Jurana.

– Chaio, Huan, Lore, Yranno, Saru. Zapraszamy was, naszych boskich strażników i przewodników, byście spotkali się z nami dzisiaj, gdyż nadszedł czas, by wybrać piątego i ostatniego waszego reprezentanta. Oto stoją ci, którzy okazali się godnymi, zdolnymi i oddanymi wyznawcami: nasi najwyżsi kapłani i kapłanki. Każdy jest gotów i chętnie poświęci dla was życie.

Powietrze zamigotało przez moment. Auraya zadrżała na samo wspomnienie: pięć postaci pojawiło się na podwyższeniu, a każda była istotą światła, każda przejrzystą iluzją człowieczeństwa. Pomruk rozszedł się pośród kapłanów i kapłanek. W oddali usłyszała okrzyk: „Bogowie się zjawili!”.

I cóż stanowili za widok, pomyślała z uśmiechem.

Bogowie istnieli w magii przesycającej cały świat, w każdym kamieniu, każdej kropli wody, każdej roślinie, zwierzęciu i każdym mężczyźnie, kobiecie i dziecku, w całej materii – niewidoczni i niewyczuwalni, dopóki nie zechcieli wpłynąć na rzeczywistość. Kiedy postanawiali się ujawnić, czynili to, zmieniając magię w światło i kształtując je w subtelne i piękne ludzkie postacie.

Chaia był wysoki, ubrany jak polityk. Twarz miał szlachetną i przystojną, niczym królewska postać wykuta z gładkiego marmuru. Jego włosy poruszały się jakby muskane przyjaznym wiatrem. A oczy... Auraya westchnęła. Oczy były czyste i nieznośnie bezpośrednie, ale też w jakiś sposób ciepłe i... czułe.

On naprawdę kocha nas wszystkich!

Przeciwnie do niego, Huan wyglądała groźnie i surowo – piękna, ale gwałtowna. Z ramionami skrzyżowanymi na piersi, roztaczała aurę władzy. Przeczesywała spojrzeniem tłum, jakby szukała kogoś, kogo mogłaby ukarać.

Lore stał swobodnie, ale był potężniej zbudowany niż reszta bogów. Nosił błyszczącą zbroję. Przed Wojną Bogów czcili go żołnierze.

Yranna, jak zapamiętała Auraya, cała była w uśmiechach. Miała bardziej kobiecą i młodzieńczą urodę niż Huan. Była ulubienicą młodszych kapłanek, gdyż wciąż broniła kobiet, choć kiedy przyłączyła się do pozostałej czwórki, zrezygnowała ze swej roli bogini miłości.

Ostatnim bogiem, na którego Auraya zwróciła uwagę, był Saru, opiekun kupców. Mówiono, że był kiedyś bogiem złodziei i hazardzistów, ale Auraya nie była pewna, czy to prawda. Przybierał szczuplejszą postać, spotykaną często wśród dworzan i intelektualistów.

Po przybyciu bogów wszyscy padli na twarze – Auraya wciąż pamiętała gładkość kamieni dotykających jej czoła i dłoni. Po chwili ciszy Kopułę wypełnił cudownie melodyjny głos:

– Powstań, ludu Ithanii.

Auraya podniosła się wraz z resztą zgromadzonych. Trzęsła się z lęku i podniecenia. Nie czuła się tak oszołomiona od czasu pierwszej wizyty w Świątyni, dziesięć lat temu. To poczucie inspiracji nadal było cudowne. Po tylu latach życia tutaj niewiele potrafiło jeszcze wzbudzić tak wielką radość.

Głos przemówił znowu i zrozumiała, że należy do Chai.

– Kilka niedługich stuleci temu bogowie walczyli z bogami, a ludzie z ludźmi, i wiele niosło to zgryzoty i zniszczeń. My pięcioro byliśmy tym zasmuceni i podjęliśmy się wielkiego zadania. Postanowiliśmy stworzyć porządek z chaosu. Postanowiliśmy przynieść światu pokój i dobrobyt. Postanowiliśmy wyzwolić ludzkość z okrucieństwa, niewoli i kłamstwa. Stanęliśmy więc do wielkiej bitwy i przebudowaliśmy świat. Nie możemy jednak przebudować serc mężczyzn i kobiet. Możemy tylko doradzać i dawać wam siłę. Aby wam pomagać, wybraliśmy spośród was swoich reprezentantów. Ich obowiązkiem jest ochraniać was i być łącznikami między wami i nami, waszymi bogami. Dzisiaj wybierzemy piątego reprezentanta spośród tych, których uznaliście za najbardziej godnych przyjęcia tej odpowiedzialności. Temu, którego wybierzemy, ofiarujemy dar nieśmiertelności i wielkiej siły. Kiedy dar ten zostanie przyjęty, zakończy się kolejny etap naszego wielkiego dzieła.

Potem zamilkł. Auraya spodziewała się dłuższej przemowy. Cisza wypełniła salę tak całkowicie, że była pewna, iż każdy z obecnych tutaj wstrzymuje oddech.

Ja wstrzymywałam, przypomniała sobie.

I wreszcie nadeszła chwila, której nigdy nie zapomni.

– Ten dar ofiarujemy wysokiej kapłance Aurai z rodu Dyer – oznajmił Chaia i zwrócił się ku niej. – Podejdź tu, Aurayo z Białych.

Auraya nabrała tchu. Porwała ją fala radości. Tę radość tłumiła czysta groza – musi się zbliżyć do boga. Stała się przedmiotem uwagi i prawdopodobnie źródłem zazdrości kilku tysięcy ludzi.

Teraz tłumiła tę radość także świadomość własnej przyszłości. Od czasu, gdy została wybrana, nie miała właściwie ani chwili dla siebie. Dni wypełniały spotkania z władcami i ­innymi ważnymi ludźmi – a musiała walczyć z wieloma trudnościami, od barier językowych po unikanie składania obietnic, których inni Biali nie byli jeszcze gotowi złożyć. Zostawała sama jedynie późnym wieczorem, kiedy powinna spać. Jak dotąd, każdej nocy czuwała, próbując jakoś uporządkować wszystko, co się jej przydarzyło. Dzisiaj też krążyła po pokoju, aż w końcu usiadła przed lustrem.

To prawdziwy cud, że nie stałam się wrakiem człowieka, myślała i znowu przyjrzała się swojemu odbiciu. Nie powinnam tak dobrze wyglądać. Czy to kolejny Dar bogów?

Zerknęła na dłoń. Biały pierścień na środkowym palcu jarzył się niemal. Poprzez niego bogowie zesłali jej Dar nieśmiertelności i wzmacniali jakoś jej własne Dary. Uczynili ją jednym z najpotężniejszych czarowników na świecie.

W zamian oddała im swą wolę i swe nieskończone od teraz życie. Byli istotami magicznymi. Aby wpływać na świat rzeczywisty, musieli działać za pośrednictwem ludzi. Na ogół odbywało się to poprzez instrukcje, ale jeśli człowiek powierzał bogom swoją wolę, mogli przejąć jego ciało. To ostatnie zdarzało się rzadko, ponieważ – gdyby miało trwać zbyt długo – wpływało na umysł właściciela. Czasami zakłócało poczucie tożsamości i człowiek żył dalej, wierząc, że jest bogiem. Czasami po prostu zapominał, kim był wcześniej.

Lepiej o tym nie myśleć, uznała. Bogowie nie zniszczyliby przecież umysłu jednej z Wybranych. Chyba że chcieliby ją ukarać...

Odruchowo zerknęła na dużą skrzynię przy ścianie. Służący spełnili jej polecenie i zostawili skrzynię zamkniętą, a do tej pory nie znalazła czasu ani odwagi, by ją otworzyć. Wewnątrz znalazło się tych kilka przedmiotów, które posiadała. Nie wyobrażała sobie, by te dziwaczne, tanie błyskotki, kupione w minionych latach, mogły nie wyglądać tandetnie w surowych pokojach Białej – ale nie chciała ich wyrzucać. Przypominały jej o dawnym życiu, o ludziach, których kochała i których chciała zapamiętać: o jej rodzicach, o przyjaciółkach ze stanu kapłańskiego, o pierwszym kochanku... Jak dawno to było...

A na samym dnie skrzyni schowała coś bardziej niebezpiecznego. Tam, w ukrytej przegródce, leżało kilka listów, które powinna zniszczyć.