Uczennica maga - Trudi Canavan - ebook
Opis

"Uczennica maga" opisuje wydarzenia rozgrywające się setki lat przed czasami "Gildii Magów". Jest to idealne wprowadzenie do świata bestsellerowej Trylogii Czarnego Maga autorstwa Trudi Canavan.
W odległej wiosce Mandryn dziewczyna imieniem Tessia pomaga swojemu ojcu w obowiązkach Uzdrowiciela - co bardzo niepokoi jej matkę, która wolałaby, żeby córka raczej poszukała męża. Chociaż Gildia Uzdrowicieli niechętnie przyjmuje w swe szeregi kobiety, Tessia marzy o pójściu w ślady ojca. Tymczasem w jej życiu następuje nieoczekiwany zwrot. Lecząc chorego przebywającego w rezydencji miejscowego maga, Mistrza Dakona, Tessia zmuszona jest odeprzeć zaloty sachakańskiego maga przebywającego tam w gościnie - i bezwiednie posługuje się magią. Teraz - jako uczennicę Mistrza Dakona - czeka ją zupełnie inna przyszłość. Mimo że nauka oznacza dyscyplinę oraz wiele godzin spędzonych nad książkami, nowe życie daje również Tessii więcej możliwości, niż oczekiwała. Otwiera się przed nią wspaniały świat, pełen pięknych ubrań i służby, a także - co cieszy ją najbardziej - częstych podróży do wielkiego miasta, Imardinu. Przyjemności i przywileje to jednak nie wszystko: Tessia odkrywa również, że z talentem magicznym łączy się odpowiedzialność. Wokół niej dojrzewają zdarzenia, mające doprowadzić do wojny między państwami i konfliktów między magami, jak również straszliwych działań magicznych, których efekty będą odczuwalne przez wiele stuleci...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 870

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Strona tytułowa

Trudi Canavan

Uczennica Maga

PREQUEL TRYLOGII CZARNEGO MAGA

Przełożyła Agnieszka

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału: The Magician’s Apprentice

Copyright © 2009 by TRUDI CANAVAN. All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by AGNIESZKA FULIŃSKA, 2009

Copyright © for the Polish edition by WYDAWNICTWO GALERIA KSIĄŻKI, 2009

Autor ilustracji: STEVE STONE / ARTIST PARTNERS LTD.

Projekt układu typograficznego i skład: ROBERT OLEŚ / d2d.pl

Opracowanie graficzne mapek i przygotowanie do druku okładki: ELŻBIETA TOTOŃ / d2d.pl

Redakcja: MAŁGORZATA POŹDZIK / d2d.pl

Korekta:

MAŁGORZATA PASZ / d2d.pl ANNA WOŚ / d2d.pl

ISBN: 978-83-62170-74-6

Wydawca: WYDAWNICTWO GALERIA KSIĄŻKIwww.galeriaksiazki.plbiuro@galeriaksiazki.pl

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o. | Legimi.com

„Trafiłem na księgę opisującą wojnę sachakańską, spisaną niedługo po tych wydarzeniach. Warto zauważyć, że Gildia przedstawiona jest tam jako nieprzyjaciel – a jej portret jest wysoce nieprzychylny!”

List Mistrza Dannyla do Administratora Lorlena

„Dzieje magii są opowieścią o przypadkowych odkryciach i celowym ukrywaniu wiedzy. Nie da się napisać rzetelnej historii magii, nie zeskrobując warstwy kurzu, pod którą przez wiele lat ukrywano niewygodne fakty. Dwie dekady temu Gildią wstrząsnęło odkrycie, że to, co określaliśmy mianem »czarnej magii«, dawniej było nazywane »wyższą magią« i praktykowane przez wszystkich, którym przysługiwał tytuł maga. Równie zaskakujące było uświadomienie sobie, jak wiele elementów naszej historii zostało zmienione w zapisach kronikarskich lub zapomniane. Odkryto jeszcze dziwniejsze rzeczy. Na przykład w opowieściach o wojnie sachakańskiej nie ma wzmianki o zniszczeniu Imardinu, co jest jednym z fundamentów nauczanej przez nas historii. Wielką tajemnicą jest historia Pustkowia w Sachace. Tamtejsi mieszkańcy winią za jego powstanie Gildię. Jednak dotąd nie znaleziono żadnych zapisów dotyczących tego, co się wówczas stało”.

Wyjątek ze wstępu do Wielkiej historii magii Mistrza Dannyla

Mapa Sachaki

Mapa Kyralii

Historię piszą zwycięzcy

WINSTON CHURCHILL

CZĘŚĆ I

ROZDZIAŁ 1

Tessia zdawała sobie sprawę, że nie istnieje bezbolesny sposób przeprowadzenia amputacji. Nie, jeśli miało się to zrobić dobrze. Przy porządnej amputacji potrzebny jest płat skóry do pokrycia kikuta – a to wymaga czasu.

Kiedy jej ojciec zaczął wprawnymi ruchami rozcinać skórę na palcu chłopca, obserwowała twarze ludzi zgromadzonych w izbie. Ojciec chłopaka stał wyprostowany, z założonymi rękami. Nie potrafił ukryć niepokoju, trudno jednak było powiedzieć, czy wynikał on ze współczucia dla syna, czy też z niepewności, czy bez tej pary rąk uda się na czas zakończyć zbiory. Zapewne z jednego i drugiego po trochu.

Matka trzymała syna mocno za drugą rękę, patrząc mu cały czas prosto w oczy. Twarz chłopca była zaczerwieniona, pojawiły się też na niej kropelki potu. Miał zaciśniętą szczękę i pomimo zakazów ojca przyglądał się z uwagą zabiegowi. Jak dotąd zdołał wytrzymać bez ruchu; nie cofał zranionej ręki, nie kręcił się. Nie wydawał też żadnych dźwięków. Jego samokontrola robiła na Tessii wrażenie, zwłaszcza że był bardzo młody. O chłopach mówiono, że to twardzi ludzie, ale jej dotychczasowe doświadczenie nieszczególnie potwierdzało tę opinię. Zastanawiała się, czy chłopak będzie się trzymał tak dzielnie do końca. Ostatecznie najgorsze wciąż było przed nim.

Zmarszczki na twarzy ojca Tessii rysowały wyraz głębokiego skupienia. Ostrożnie zdjął skórę z palca chłopca i ściągnął ją poza staw. Spojrzał na Tessię, a ona natychmiast wyciągnęła z płomienia mały ostry nożyk do przecinania ścięgien i podała go ojcu, odbierając jednocześnie ostrze numer pięć, które następnie dokładnie umyła i położyła na palniku, by się wypaliło do czysta.

Kiedy podniosła wzrok, chłopiec miał napiętą, zmarszczoną twarz. Ojciec Tessii właśnie zaczął przecinać staw. Zerknęła na ojca chłopaka – jego oblicze teraz poszarzało. Matka była biała jak płótno.

– Lepiej tam nie patrzeć – poradziła jej szeptem Tessia.

Kobieta szybkim ruchem odwróciła głowę.

Ostrze uderzyło w tacę chirurgiczną z brzękiem znamionującym nieodwracalność. Odebrała od ojca nożyk i podała mu zakrzywioną igłę, na którą już wcześniej nawlekła cienką nić zrobioną z jelita. Gdy igła bez trudu przeszła przez skórę chłopca, Tessia poczuła lekki przypływ dumy – to ona tak dobrze ją przygotowała na tę operację, a nić była najcieńsza, jaką kiedykolwiek udało jej się wykonać.

Spojrzała na odcięty palec, który leżał na brzegu tacy. Jeden jego koniec stanowiła poczerniała, sącząca się miazga, ale od strony cięcia ciało wyglądało uspokajająco zdrowo. Kilka dni wcześniej palec został paskudnie zgnieciony w wypadku podczas żniw, ale podobnie jak większość mieszkańców wiosek i rolników, wśród których pracował jej ojciec, ani chłopiec, ani jego rodzice nie udali się po pomoc, dopóki w ranie nie rozwinęła się gangrena. Żeby ktoś zgodził się na odjęcie kawałka swojego ciała, trzeba było czasu i nieznośnego bólu.

Takie zakażenie mogło zatruć krew, wywołać gorączkę, a nawet doprowadzić do śmierci. To, że maleńka rana może spowodować zgon, zawsze wprawiało Tessię w zdumienie. A także w przerażenie. Widziała ludzi doprowadzonych do szaleństwa – nawet samookaleczających się – z powodu zwykłej próchnicy zęba; widziała silne kobiety, które wykrwawiały się podczas porodu; zdrowe dzieci, które przestawały oddychać bez widocznego powodu, i gorączki, które rozprzestrzeniały się po całych wsiach, zabijając kilka osób, gdy tymczasem inni, co najwyżej czuli się odrobinę gorzej.

Miała szesnaście lat i pomagając ojcu, widziała więcej ran, chorób i śmierci niż większość kobiet przez całe życie. Widziała jednak również ludzi uleczonych z choroby, ulgę niesioną tym, którzy cierpieli na chroniczne niedomagania, uratowane życia. Znała wszystkich mężczyzn, kobiety i dzieci w wiosce i całym majątku, a także tych z dalsza. Znała się na sprawach, w które tylko niewielu miało wgląd. W przeciwieństwie do większości miejscowych umiała czytać i pisać, no i myśleć, i...

Ojciec spojrzał na nią, podał jej igłę, po czym odciął końcówkę nici. Porządnie wykonane szwy przytrzymywały teraz płat skóry wokół kikuta. Tessia znała procedurę, wyciągnęła więc ze swojej torby opatrunki i bandaże i podała je ojcu.

– Proszę to wziąć – ojciec Tessii zwrócił się do matki chłopaka.

Kobieta puściła rękę swojego syna i biernie przyglądała się, jak ojciec Tessii kładzie na jej dłoni bandaż, a na nim opatrunek. Następnie ułożył dłoń chłopca na jej dłoni tak, by kikut kciuka znalazł się w samym środku opatrunku, a potem chwycił za opaskę tamującą krew, która obejmowała ramię chłopca.

– Kiedy to poluzuję, krew w ręce zacznie płynąć normalnie – powiedział do matki. – Palec będzie krwawić. Trzeba owinąć go opatrunkiem i trzymać mocno, dopóki krew nie znajdzie innej drogi.

Kobieta zagryzła wargę i potaknęła. Kiedy ojciec Tessii poluzował opaskę, ręka chłopca zaczęła powoli odzyskiwać zdrowy różowy kolor. Wokół szwów zebrała się krew, więc matka szybko zacisnęła dłoń na kikucie. Chłopak skrzywił się. Kobieta zaś pogładziła go z czułością po głowie.

Tessia powstrzymała uśmiech. Ojciec nauczył ją, że należy pozwalać bliskim chorego uczestniczyć w procesie uzdrawiania, choćby w najmniejszy nawet sposób. Dawało im to poczucie kontroli i czyniło mniej podejrzliwymi albo niechętnymi wobec metod, którymi się posługiwał.

Po chwili ojciec Tessii sprawdził kikut, mocno owinął go bandażem, dając przy tym rodzicom chłopca instrukcje, jak zmieniać opatrunek i jak utrzymywać ranę w czystości, gdy ich syn wróci do pracy (wiedział, że nie ma sensu przekonywać ich, by chłopak został w domu), kiedy będzie można zdjąć bandaż i na jakie oznaki ewentualnego zakażenia powinni zwrócić uwagę.

Gdy wymieniał wszystkie lekarstwa i opatrunki, które będą im potrzebne, Tessia wyjmowała je z torby i układała w najczystszym miejscu stołu, jakie zdołała wypatrzyć. Odcięty palec zawinęła w szmatkę i odłożyła na bok. Pacjenci i ich rodziny zazwyczaj chcieli mieć możliwość spalenia lub pogrzebania takich szczątków, być może w obawie przed tym, co mogłoby się z nimi stać, gdyby sami się ich nie pozbyli. Niewątpliwie do wielu z nich od czasu do czasu docierały niepokojące, a zarazem komiczne opowieści o kyraliańskich uzdrowicielach, którzy w sekrecie przeprowadzają doświadczenia na amputowanych kończynach, wykorzystując kości do przygotowywania straszliwych wywarów, albo też w jakiś sposób je ożywiając.

Umyła i wypaliła igłę nad ogniem, po czym schowała wszystkie narzędzia do torby. Tacą chirurgiczną będzie musiała zająć się później, w domu. Zgasiła ogień na palniku i czekała, aż rodzina zacznie składać podziękowania.

To też należało do świetnie znanego jej już schematu. Ojciec nienawidził chwili, kiedy pacjenci zaczynali wyrażać swoją wdzięczność. Czuł się zakłopotany. Poza wszystkim nie świadczył swoich usług całkiem za darmo. Mistrz Dakon zapewniał jemu i jego rodzinie dach nad głową oraz zapłatę za to, że troszczył się o ludzi w jego włościach.

Ojciec wiedział jednak, że przyjmowanie z pokorą i cierpliwością podziękowań wyrabia mu wśród ludzi dobrą opinię. Nigdy natomiast nie brał podarunków. Wszyscy mieszkający na ziemiach należących do Dakona płacili swojemu panu dziesięcinę, a zatem pośrednio opłacali jego usługi.

Do niej należało wyczekiwanie na odpowiedni moment, by przerwać ten potok podziękowań i przypomnieć ojcu, że jeszcze czeka ich praca. Wtedy rodzina przeprasza, jej ojciec również, a następnie są odprowadzani do drzwi.

Ale kiedy zbliżyła się ta chwila, na zewnątrz rozległ się tętent kopyt. Wszyscy zamilkli, nasłuchując. Koń zatrzymał się i obecnych w izbie dobiegł odgłos kroków, a zaraz potem walenie do drzwi.

– Veran Uzdrowiciel? Czy jest tam Uzdrowiciel Veran?

Chłop i ojciec Tessii jednocześnie ruszyli ku drzwiom, ale jej ojciec zatrzymał się w pół kroku, pozwalając gospodarzowi otworzyć drzwi. W progu stał dobrze ubrany mężczyzna w średnim wieku. Na jego czole perliły się kropelki potu. Tessia rozpoznała Kerona, majordomusa Mistrza Dakona.

– Owszem, jest – odpowiedział gospodarz.

Keron zerknął w głąb ciemnej chaty chłopa.

– Jesteś potrzebny w rezydencji, Uzdrowicielu Veranie. Jak najszybciej.

Ojciec Tessii zmarszczył brwi, po czym skinął na córkę. Dziewczyna chwyciła torbę oraz palnik i wybiegła za nim na światło dzienne. Jeden ze starszych synów chłopa czekał z koniem i bryczką, których Mistrz Dakon użyczał im, kiedy odwiedzali pacjentów poza wioską. Szybko wstał i zdjął z szyi starej klaczy worek z owsem. Veran skłonił głowę w geście podziękowania, wziął z rąk córki torbę i położył ją z tyłu bryczki.

Gdy siadali na koźle, Keron wskoczył na swego wierzchowca i pomknął galopem w kierunku wsi. Ojciec ujął wodze i pogonił klacz, ona zaś potrząsnęła łbem, ale ruszyła przed siebie.

Tessia spojrzała na ojca.

– Myślisz, że...? – Urwała, zdając sobie sprawę z bezsensowności tego pytania.

Myślisz, że to ma coś wspólnego z Sachakaninem? – Chciała zapytać, ale po co w ogóle miałaby zawracać mu głowę. Dowiedzą się, kiedy dotrą na miejsce.

Trudno było nie wyobrażać sobie najgorszego. Ludzie w wiosce nie przestawali szeptać o obcym magu przebywającym w domu Mistrza Dakona, odkąd się tu pojawił, a ich strach i lęki po prostu nie mogły się nie udzielić. Mistrz Dakon wprawdzie również był magiem, ale magiem znajomym – szanowanym i kyraliańskim. Jeśli budził lęk, to tylko z powodu swej mocy i władzy, jaką sprawował nad losem poddanych mu ludzi; ale nie należał do panów, którzy nadużywają swej władzy. Natomiast sachakańscy magowie zaledwie niecałe sto lat wcześniej panowali nad zniewoloną Kyralią i wedle wszelkich przekazów lubili przy każdej sposobności przypominać ludziom, jak rzeczy się miały, zanim Kyralia uzyskała niezależność.

Myśl jak uzdrowiciel, powiedziała do siebie, kiedy bryczka podskakiwała na nierównej drodze. Rozważ wszystko, co wiesz. Ufaj rozumowi, a nie emocjom.

Ani Sachakanin, ani Mistrz Dakon nie mogli zachorować. Obaj są magami, są więc odporni na większość chorób, z wyjątkiem kilku najrzadszych. Nie są odporni na zarazy, ale rzadko na nie zapadają. Mistrz Dakon wezwałby jej ojca, zanim jeszcze choroba zdążyłaby się porządnie rozwinąć, aczkolwiek możliwe, że Sachakanin nie wspomniałby słowem o tym, że się źle czuje, nie chcąc, by go leczył kyraliański uzdrowiciel.

Wiedziała, że magom zdarza się umierać od odniesionych ran. Mistrz Dakon może być ranny. To nasunęło jej jeszcze bardziej przerażającą możliwość. Co jeśli Mistrz Dakon pobił się z Sachakaninem? Gdyby tak było, to rezydencja – a zapewne i cała wioska – byłyby teraz tylko dymiącą ruiną, pomyślała, jeśli to, co opowiadają o walkach magów, jest prawdą. Zjeżdżaliwłaśnie ze wzgórza, na którym znajdowała się zagroda, i przed ich oczami roztoczył się widok na wioskę i domy rozłożone na tym brzegu rzeki po obu stronach drogi. Panował tu spokój dokładnie taki, jak kiedy wyjeżdżali.

Może pacjent – albo pacjenci – do których się spieszyli, to któreś ze sług w domu maga. Oprócz Kerona w rezydencji było jeszcze sześć osób służby domowej i stajennej. Wraz z ojcem wielokrotnie zajmowała się nimi w chorobie. Również chłopi spoza wioski przybywali niekiedy do rezydencji, jeśli byli chorzy lub ranni, aczkolwiek woleli wtedy udawać się bezpośrednio do jej ojca.

Kto jeszcze tam jest? Och, oczywiście. Jayan, uczeń Mistrza Dakona, przypomniała sobie. Ale o ile wiem, on ma takie same zabezpieczenia przed chorobami jak mag władający wyższą magią. Może to on wdał się w bójkę z Sachakaninem. Dla obcego Jayan byłby trochę jak niewolnik, a...

– Tessio.

Spojrzała na ojca wyczekująco. Czyżby on podejrzewał, kto może potrzebować ich pomocy?

– Tessio... Twoja matka chce, byś przestała mi pomagać.

Nadzieja zmieniła się w rozpacz.

– Wiem. – Skrzywiła się. – Chce, żebym znalazła porządnego męża i zaczęła rodzić dzieci.

Nie uśmiechnął się w odpowiedzi, jak dawniej, kiedy poruszali ten temat.

– Czy to takie złe? Tessio, nie możesz zostać uzdrowicielką.

Słysząc poważny ton, spojrzała na niego ze zdumieniem i rozczarowaniem. O ile jej matka wielokrotnie wyrażała takie zdanie, ojciec nigdy dotąd się z nią nie zgadzał. Poczuła, że coś w niej zamiera, coś ściska jej żołądek, jakaś lodowata ręka chwyta ją za serce. Co oczywiście z punktu widzenia jej wiedzy uzdrowicielskiej nie miało żadnego sensu i nie mogło być prawdą.

– Ludzie w wiosce cię nie zaakceptują – ciągnął ojciec.

– Nie możesz tego wiedzieć – zaoponowała. – Dopóki nie spróbuję i nie poniosę klęski, nie możesz być pewien. Z jakiego powodu mieliby mi nie ufać?

– Z żadnego konkretnego. Nawet cię lubią, ale uwierzyć w to, że kobieta może leczyć, będzie im równie trudno, jak w to, że reber rozwinie skrzydła i poleci. Uważają, że kobiety nie potrafią myśleć rozsądnie.

– Ale przecież akuszerki... Im ufają. Jaka jest różnica między przyjmowaniem porodu a leczeniem?

– Taka, że... To, co robią akuszerki, jest bardzo specjalne i ograniczone. Uzdrowiciel posiada wiedzę i doświadczenie, których nigdy nie zdobędzie żadna akuszerka. Większość z nich nie umie nawet czytać.

– A mimo to wieśniacy im ufają. Czasem nawet bardziej niż tobie.

– Bo poród to sprawa kobieca – odparł z krzywym uśmiechem. – A uzdrawianie nie.

Tessia nie znajdowała słów. Wzbierały w niej złość i rozpacz, ale wiedziała, że wybuch gniewu nic tu nie pomoże. Musi być przekonująca, jednak jej ojciec nie jest zwykłym wieśniakiem, którego łatwo przekabacić. Jest chyba najmądrzejszym człowiekiem w wiosce.

Kiedy bryczka wtoczyła się na główną drogę, Tessia zaklęła pod nosem. Nie zdawała sobie sprawy, że ojciec zgodził się ze zdaniem jej matki. Muszę sprawić, żeby zaczął myśleć inaczej, ale muszę to zrobić ostrożnie, uświadomiła sobie. On nie lubi sprzeciwiać się mamie. Postaram się zatem osłabić jej przekonanie, no i zmniejszyć wątpliwości ojca co do mojej dalszej nauki. Musi rozważyć wszystkie argumenty za i przeciw pracy uzdrowicielki i wymyślić, jak obrócić je na swoją korzyść. W tym celu powinna poznać wszystkie szczegóły planu rodziców.

– Co zrobisz, kiedy przestanę ci towarzyszyć w wizytach? – Spytała.

– Wezmę do pomocy chłopaka z wioski – odpowiedział.

– Którego?

– Zapewne najmłodszego od Młynarza. To bystry dzieciak.

A zatem już to przemyślał. Poczuła ukłucie żalu.

Doskonale utrzymana główna droga była mniej wyboista niż dróżka wiodąca do zagrody, toteż ojciec ściągnął wodze i popędził klacz. Kołysanie bryczki przeszkadzało Tessii w myśleniu. Widziała twarze pojawiające się w oknach, gdy wjechali do wioski. Nieliczni ludzie, którzy szli drogą, zatrzymywali się, żeby z uśmiechem skinąć głową jej ojcu.

Kiedy pociągnął za lejce, by wstrzymać nieco klacz, musiała się chwycić poręczy; podjechali już pod boczną bramę rezydencji. W przyćmionym świetle Tessia widziała stajennych, którzy właśnie wyszli im naprzeciw, żeby przejąć lejce, gdy tylko bryczka stanie. Ojciec zszedł z kozła. Keron zbliżył się do niego i odebrał torbę. Tessia zeskoczyła na ziemię i pobiegła za nimi do domu.

Minęła kuchnię, spiżarnię, łaźnię i inne pomieszczenia gospodarcze mieszczące się wzdłuż korytarza, którym szli. Gdy zaczęli się wspinać na wyższe piętro, odgłos ich szybkich kroków niósł się echem w ciasnej klatce schodowej. Pokonała jeszcze kilka zakrętów i znalazła się w części budynku, w której nigdy dotąd nie była. Elegancko ozdobione ściany i piękne meble podpowiadały, że to pokoje mieszkalne, ale nie były to te same pomieszczenia, które widziała przed paroma laty, kiedy wezwano ojca, żeby zajął się dość zwyczajną młodą kobietą cierpiącą na omdlenia. Było tu kilka sypialni i salon, dlatego domyśliła się, że to pokoje gościnne. Poczuła więc zaskoczenie, kiedy Keron otwarł jedne z drzwi i wprowadził ich do niewielkiego pokoju, gdzie znajdowało się tylko proste łóżko i wąski stół. Pomieszczenie nie miało okien, przez które mogłoby wpadać światło, toteż na stole stała niewielka lampka. Było tu ubogo i niezbyt czysto. Tessia spojrzała na łóżko i natychmiast przestała myśleć o wyglądzie pokoju.

Na łóżku leżał mężczyzna o twarzy tak posiniaczonej i nabrzmiałej, że jedno oko wyglądało jak nabiegła krwią, opuchnięta szparka. Białko drugiego oka było pociemniałe. Tessia podejrzewała, że w lepszym świetle okazałoby się czerwone. Wargi układały się krzywo, zapewne z powodu złamanej szczęki. Twarz miał szeroką i o dziwacznym kształcie, co jednak mogło stanowić efekt odniesionych obrażeń.

Mężczyzna przyciskał prawą rękę do piersi i uwadze Tessii nie uszło, że jest ona wykrzywiona w nienaturalny sposób. Jego tors też był siny. Człowiek ten miał na sobie jedynie krótkie, potargane spodnie, niezbyt porządnie pocerowane w wielu miejscach. Był smagły i szczupły. Nogi miał bose i brudne od kurzu. Jedna kostka brzydko nabrzmiała, łydka drugiej nogi wyglądała na nieco wykrzywioną, jakby kiedyś nie zrosła się dobrze po złamaniu.

W pokoju panowała cisza, jeśli nie liczyć szybkiego, wysilonego oddechu leżącego na łóżku mężczyzny. Tessia rozpoznała ten dźwięk i serce w niej zamarło. Ojciec leczył kiedyś człowieka z połamanymi żebrami, które poprzebijały płuca. Tamten mężczyzna umarł.

Ojciec nie poruszył się, odkąd weszli do pokoju. Stał nieruchomo, pochylony lekko, wpatrując się w pobitą, połamaną postać na łóżku.

– Ojcze – odezwała się nieśmiało Tessia.

Niemalże podskoczył, wyprostował się i odwrócił ku niej. Kiedy ich oczy się spotkały, poczuła zrozumienie przebiegające między nimi. Zorientowała się, że nieznacznie kręci głową, i zauważyła, że ojciec robi to samo. Uśmiechnęła się blado. Przecież w takich momentach, kiedy nie potrzebowali słów, żeby się wzajemnie zrozumieć, musiał widzieć, że jej przeznaczeniem jest pójść w jego ślady.

Ojciec zmarszczył brwi i spuścił wzrok, po czym odwrócił się w stronę łóżka. Tessia poczuła nagły bolesny zawód. Powinien był się uśmiechnąć, skinąć głową, dać jej jakiś znak, który zapewniłby ją, że będą nadal razem pracować.

Muszę odzyskać jego zaufanie, pomyślała. Odebrała od Kerona torbę ojca, położyła ją na wąskim stoliku i otworzyła. Wyciągnęła palnik, zapaliła i ustawiła płomień. Na zewnątrz pokoju rozległy się kroki.

– Potrzebujemy więcej światła – mruknął ojciec Tessii.

Pokój wypełnił się nagle oślepiającym białym światłem. Tessia uchyliła się, kiedy nad jej głową przemknęła kula blasku. Wpatrzyła się w nią i natychmiast tego pożałowała. Światło było zbyt jasne. Kiedy odwróciła oczy, widziała tylko ciemny krąg.

– Czy to wystarczy? – Rozległ się głos z dziwacznym akcentem.

– Dziękuję, panie – usłyszała pełną szacunku odpowiedź ojca.

Panie? – Tessia poczuła, że skręca ją w brzuchu. Jej ojciec mógłby się zwrócić w ten sposób tylko do jednej osoby przebywającej obecnie w rezydencji. Wraz z tą świadomością poczuła, że wzbiera w niej bunt. Nie okażę strachu przed tym Sachakaninem, postanowiła. Aczkolwiek obawiam się, że nie mam wielkich szans zadrżeć na czyjś widok, skoro chwilowo niewiele widzę. Potarła oczy. Ciemny krąg zbladł nieco, wzrok jej wracał. Zerknęła w stronę drzwi i dostrzegła w nich dwie postacie.

– Jak oceniasz jego szanse, Uzdrowicielu Veranie? – Spytał nieco lepiej znany głos.

Ojciec zawahał się, zanim udzielił odpowiedzi.

– Marnie, mój panie – przyznał. – Ma przebite płuca. Takie obrażenia są zazwyczaj śmiertelne.

– Zrób co w twojej mocy – rozkazał Mistrz Dakon.

Tessia widziała teraz twarze obu magów. Mistrz Dakon miał ponurą minę, jego towarzysz uśmiechał się. Odzyskała już wzrok na tyle, że rozpoznawała szerokie rysy Sachakanina, bogato zdobioną kurtkę i spodnie, które miał na sobie, a także wysadzany klejnotami sztylet w pochwie zawieszonej u pasa – broń, którą Sachakanie nosili, by podkreślać fakt, że są magami. Mistrz Dakon powiedział coś cicho i obaj mężczyźni wyszli. Tessia usłyszała cichnące kroki gdzieś dalej w korytarzu.

Światło nagle zgasło, pogrążając pokój w całkowitej ciemności. Tessia dosłyszała, że ojciec przeklina pod nosem. Chwilę później znowu zrobiło się jasno, aczkolwiek już nie tak oślepiająco. Tessia podniosła oczy i zobaczyła wchodzącego do pokoju Kerona z dwiema dużymi lampami.

– Och, dziękuję – powiedział ojciec Tessii. – Ustaw je tutaj i tam.

– Czy potrzebujesz czegoś jeszcze? – Spytał służący. – Wody? Płótna?

– W tej chwili potrzebuję przede wszystkim informacji. Jak to się stało?

– Nie jestem pewny... Nie widziałem.

– A czy ktokolwiek widział? Łatwo nie zauważyć pojedynczego obrażenia, kiedy jest ich tak wiele. Opis, gdzie został uderzony...

– Nikt nie widział – odparł szybko Keron. – Nikt oprócz Mistrza Dakona, tego niewolnika i jego mistrza.

Niewolnik? Tessia przyjrzała się rannemu mężczyźnie. Oczywiście. Ciemna skóra i szerokie rysy są typowo sachakańskie. Nagle zainteresowanie sachakańskiego maga nabrało sensu.

Jej ojciec westchnął.

– W takim razie przynieś mi wody, a ja spiszę to, co powinieneś zabrać od mojej żony.

Majordomus wybiegł pospiesznie. Ojciec spojrzał na Tessię chmurnie.

– To będzie dla nas obojga długa noc. – Uśmiechnął się blado. – W takich chwilach zastanawiam się, czy naprawdę nie kusi cię wizja przyszłości, jaką rysuje twoja matka.

– Właśnie w takich momentach ona nawet nie przychodzi mi do głowy – odparła dziewczyna. Po czym dodała cicho: – Może tym razem nam się uda.

Ojciec otwarł szeroko oczy i wyprostował nieco ramiona.

– Bierzmy się do pracy.

ROZDZIAŁ 2

Odgrywanie roli gospodarza wobec sachakańskiego maga nigdy nie było łatwe, a rzadko bywało przyjemne. Służącym Mistrza Dakona spośród wszystkich wymagań najwięcej problemów sprawiało żywienie gościa. Jeśli Ashaki Takado dostał danie, które rozpoznał jako serwowane już wcześniej, odmawiał jedzenia, nawet gdy mu smakowało. Większość potraw przypadła mu jednak do gustu, apetyt natomiast miał ogromny, w związku z czym na każdy posiłek trzeba było przygotowywać dużo więcej dań niż to normalnie konieczne do wykarmienia dwójki ludzi.

Nagrodą za znoszenie humorów gościa była żywność zostająca po jego posiłkach, którą następnie rozdzielano wśród domowników. Jeśli Takado zostanie jeszcze przez kilka tygodni, nie zdziwię się, jak moi służący zaokrąglą się nieco, myślał Dakon. A mimo to jestem przekonany, że woleliby, żeby Sachakanin się wyniósł. Ja zresztą też, dodał nadal w myślach, przyglądając się, jak jego gość odchyla się na krześle, klepie po potężnym brzuchu i beka. Najlepiej, żeby udał się do swojej ojczyzny, dokąd, jak sądzę, się wybiera, w końcu objechał już większość Kyralii, a moja rezydencja jest najbliżej przełęczy.

– Doskonały posiłek – oznajmił Takado. – Czy dobrze mi się wydaje, że w ostatnim daniu było nieco dzwonkowca?

Dakon potaknął.

– Zaletą mieszkania w pobliżu granicy jest to, że niekiedy zaglądają tu sachakańscy kupcy.

– Dziwi mnie to. Mandryn nie jest po drodze do Imardinu.

– Nie, ale zdarza się, że wiosenne powodzie uniemożliwiają poruszanie się główną drogą, a najlepszy objazd wiedzie właśnie tędy. – Wytarł usta w serwetkę. – Przejdziemy do salonu?

Takado skinął głową, a Dakon usłyszał ciche westchnienie ulgi Cannii, która pełniła dziś dyżur w jadalni. Przynajmniej służący będą już mieć dziś spokój, pomyślał Dakon, podnosząc się z krzesła. Moje trudy nie zakończą się, dopóki on nie położy się spać.

Takado wstał i odsunął się od stołu. Przewyższał Dakona o głowę, a szerokie barki i okrągła twarz sprawiały, że robił wrażenie jeszcze większego. Jego ogłada była tylko powierzchowna, krył się pod nią typowy Sachakanin – wielki i mocny. Dakon zdawał sobie sprawę, że stojąc obok Takady, musi wydawać się niewielki i żałosny. I blady. Mimo że skóra Sachakan nie była tak ciemna jak Lonmarczyków z północy, miała ona ten zdrowy brązowawy odcień, który Kyralianki od stuleci starały się osiągnąć za pomocą kosmetyków.

I nadal o nim marzyły, jakkolwiek nienawidziły Sachakan i lękały się ich. Dakon poprowadził gościa przez korytarz. Powinny być dumne ze swojej cery, ale trudno pozbyć się kształtowanego przez stulecia przekonania, że bladość jest dowodem naszej słabości i nieokrzesania. Weszli do salonu, gdzie Takado natychmiast opadł na fotel, który zawłaszczył na samym początku swego pobytu w rezydencji. Pomieszczenie oświetlały dwie lampy. Dakon mógłby tu co prawda bez trudu przywołać magiczne światło, wolał jednak ciepłą poświatę lamp. Przypominała mu dom rodzinny i matkę, która nie miała zdolności magicznych i wolała, żeby robić wszystko „po staroświecku”. To ona urządziła ten pokój. Kiedy kolejny sachakański gość tak bardzo zachwycił się biblioteką, że zażądał, by ojciec Dakona podarował mu kilka cennych ksiąg, matka uznała, że takich gości należy podejmować w pokoju wypełnionym pozornie bezcennymi skarbami – w rzeczywistości zaś kopiami, fałszerstwami i niedrogimi błyskotkami.

Takado wyciągnął nogi i przyglądał się, jak Dakon nalewa wina z dzbana, który postawił tu służący.

– Jak sądzisz, Mistrzu Dakonie, czy twój uzdrowiciel zdoła uratować mojego niewolnika?

Głos Sachakanina nie zdradzał troski. Dakon nie spodziewał się po nim niepokoju o los niewolnika – interesował się nim tak, jak każdym swoim przedmiotem, który się zepsuł i wymaga naprawy.

– Uzdrowiciel Veran zrobi wszystko, co w jego mocy.

– A jeśli mu się nie uda, to jak zamierzasz go ukarać?

Dakon podał Takadzie kielich.

– Nie zamierzam.

Sachakanin uniósł brwi ze zdziwieniem.

– Skąd w takim razie wiesz, że zrobi wszystko, co w jego mocy?

– Ponieważ mu ufam. To honorowy człowiek.

– Jest Kyralianinem. Mój niewolnik przedstawia dla mnie wartość, a ja jestem Sachakaninem. Skąd mam wiedzieć, że nie przyspieszy śmierci tego człowieka, żeby mi zaszkodzić?

Dakon usiadł i upił łyk wina. Nie był to dobry rocznik. Klimat w jego włościach nie służył uprawie winorośli. Ale za to trunek był mocny i powinien przyspieszyć udanie się Sachakanina na spoczynek. Dakon wątpił natomiast, czy zdoła rozwiązać jego język. Nie udało mu się to również poprzedniego wieczora.

– Ponieważ to honorowy człowiek – powtórzył.

Sachakanin parsknął.

– Honor! U sługi? Na twoim miejscu wziąłbym sobie jego córkę. Nawet niebrzydka jak na Kyraliankę. Podpatrzyła nieco uzdrowicielskich sztuczek, więc na dodatek nadałaby się na niewolnicę.

Dakon uśmiechnął się.

– Zapewne zauważyłeś, podróżując po Kyralii, że prawo zakazuje tutaj niewolnictwa.

Takado zmarszczył nos.

– Och, nie sposób nie zauważyć. To, jak fatalną macie tutaj służbę, nie może ujść niczyjej uwadze. Ponurzy. Głupi. Niezdarni. Nie zawsze tak było, wiesz? Niewolnictwo kiedyś u was kwitło i uważaliście je za naturalne. Mogłoby tak być znowu. Moglibyście odzyskać dobrobyt, którym cieszyli się wasi przodkowie. – Wypił wino kilkoma szybkimi haustami i westchnął z zadowoleniem.

– Odkąd znieśliśmy niewolnictwo, cieszymy się większym dostatkiem niż kiedykolwiek – odpowiedział gościowi Dakon i wstał, żeby napełnić kielich Sachakanina oraz dolać sobie nieco trunku. – Utrzymywanie niewolników nie jest opłacalne. Jeśli traktujesz ich źle, umierają, zanim się do czegokolwiek przydadzą, albo buntują się i uciekają. Jeśli zaś traktujesz ich dobrze, to ich utrzymanie i pilnowanie kosztuje tyle samo, co utrzymanie wolnych sług, brakuje im za to motywacji do porządnej pracy.

– Najlepszą motywacją jest strach przed karą śmierci.

– Ranny albo martwy niewolnik nikomu się nie przyda. Nie rozumiem, w jaki sposób pobicie niewolnika na śmierć za to, że nadepnął ci na palec, miałoby sprawić, że w przyszłości będzie ostrożniejszy. Jego śmierć nie będzie nawet przykładem dla innych, ponieważ nie ma tu żadnych niewolników, którzy mogliby wyciągnąć z tego jakąś naukę.

Takado zamieszał wino w swoim kielichu. Miał nieodgadniony wyraz twarzy.

– Być może nieco się zagalopowałem. Problem w tym, że podróżowałem z nim przez tyle miesięcy, że całkowicie znudziłem się jego towarzystwem. Ty też miałbyś dość, gdyby podczas objazdu całego kraju towarzyszył ci tylko jeden sługa. Jestem pewny, że ten wasz król, który wymyślił to prawo, chciał po prostu ukarać Sachakan.

– Zadowoleni słudzy są lepszymi towarzyszami podróży – odparł Dakon. – Rozmowy z moimi ludźmi i ich towarzystwo nie sprawiają mi problemów, a oni nie mają nic przeciwko temu, żeby dla mnie pracować i rozmawiać ze mną. Gdyby mnie nie lubili, nie informowaliby mnie o trudnościach pojawiających się w całym majątku, nie radziliby, jak zwiększyć zbiory.

– Gdyby moi niewolnicy nie informowali mnie o kłopotach w majątku albo nie osiągali doskonałych zbiorów, pozabijałbym ich.

– I zmarnował na zawsze ich umiejętności. Moi ludzie żyją dłużej, mogą rozwinąć swe zdolności. Są z tego dumni, będą się więc starali wymyślić jakieś ulepszenia czy udogodnienia, jak ten uzdrowiciel, który zajmuje się twoim niewolnikiem.

– Ale już nie jego córka – wtrącił Takado. – Jej zdolności zmarnują się, prawda? Jest kobietą, a w Kyralii kobiety nie mogą być uzdrowicielkami. W Sachace jej talent nie zostałby zaprzepaszczony. – Nachylił się ku Dakonowi. – Jeśli mi ją sprzedasz, obiecuję ci, że będzie używać swojego daru. Podejrzewam, że nie miałaby nic przeciwko temu. – Pociągnął łyk wina, spoglądając na Dakona sponad brzegu kielicha.

Jak na chciwego okrutnika o nadmiernej władzy i niedostatecznej samokontroli Takado bywa niepokojąco spostrzegawczy, zauważył Dakon.

– Nawet gdyby nie zabraniało tego prawo, a ona wyraziła zgodę, nie wydaje mi się, żeby interesowały cię jej umiejętności uzdrowicielskie.

Takado zaśmiał się i rozparł wygodnie w fotelu.

– Znów mnie przejrzałeś, Mistrzu Dakonie. Podejrzewam, że ty nie skosztowałeś tego owocu... A może jednak?

– Oczywiście, że nie. Jestem od niej dwa razy starszy.

– Co jedynie czyni ją jeszcze bardziej apetyczną.

Dakon wiedział doskonale, że Takado go podpuszcza.

– I sprawia, że taki romans zrobiłby ze mnie głupka.

– Nie jest żadnym wstydem oddawać się rozrywkom, szukając jednocześnie odpowiedniej żony – oznajmił Takado. – Dziwi mnie, że jeszcze jej nie znalazłeś... żony, ma się rozumieć. Podejrzewam jednak, że w majątku Aylen nie ma ani jednej kobiety godnej twojej pozycji. Powinieneś częściej odwiedzać Imardin. Wygląda na to, że wszystko, w czym warto uczestniczyć, dzieje się właśnie tam.

– Dawno mnie tam już nie było – przyznał Dakon, sącząc powoli wino. – Podobało ci się w Imardinie?

Takado wzruszył ramionami.

– Nie jestem pewny, czy „podobało się” to odpowiednie określenie. Miasto jest tak barbarzyńskie, jak sądziłem.

– Skoro nie spodziewałeś się, że ci się spodoba, to po co tam jechałeś?

Oczy Sachakanina rozbłysły. Takado uniósł pusty kielich.

– Chciałem zaspokoić ciekawość.

Dakon wstał, żeby napełnić naczynie. Za każdym razem, kiedy rozmowa schodziła na przyczyny objazdu Kyralii, który właśnie odbywał Takado, Sachakanin zaczynał dawać wymijające odpowiedzi albo zmieniał temat. Niepokoiło to niektórych znajomych Dakona, zwłaszcza tych, których dobiegły pogłoski, jakoby w stolicy Sachaki, Arvice, odbyło się spotkanie części młodych magów, na którym rozważano możliwość podjęcia próby odzyskania dawnych sachakańskich kolonii. Zaniepokojony tymi wieściami król Kyralii wysłał potajemnie instrukcje do wszystkich właścicieli ziemskich, nakazując wybadanie Takady co do powodów jego wizyty.

– I udało ci się zaspokoić ciekawość? – Spytał Dakon, wracając na miejsce.

– Chętnie zobaczyłbym więcej, ale bez niewolnika...? Nie.

– Być może twój niewolnik przeżyje.

– Jakkolwiek służy mi twoja gościnność, nie zamierzam zostawać tu po to tylko, żeby się przekonać, czy niewolnik, którym się znudziłem, wyzdrowieje. A poza tym chyba już dostatecznie nadszarpnąłem twoje zapasy. – Pociągnął kolejny łyk. – Nie, jeśli on przeżyje, możesz go zachować. Zapewne będzie bezużytecznym kaleką.

Dakon zamrugał ze zdumienia.

– A zatem jeśli przeżyje, a ja pozwolę mu tu pozostać, darujesz mu wolność?

– Ależ oczywiście. – Takado machnął lekceważąco ręką. – Nie możesz przecież z mojego powodu łamać obowiązującego u was prawa.

– Dziękuję za wyrozumiałość. Dokąd zatem teraz się udasz? Do domu?

Sachakanin potaknął i uśmiechnął się szeroko.

– Nie mogę przecież pozwolić, żeby moi niewolnicy zapomnieli, kto tam rządzi, nieprawdaż?

– Powiadają, że rozłąka wzmacnia uczucia.

Takado roześmiał się.

– Dziwne macie powiedzenia w tej Kyralii. Na przykład „sen to najtańsze lekarstwo”. – Wstał, a kiedy Dakon podniósł się również, podał mu pusty kielich. – Nie wypiłeś swojego – zauważył.

– Jak zapewne doskonale wiesz, drobna budowa ciała sprawia, że człowiek szybko się upija. – Dakon odstawił na tacę w połowie pełny kielich. – A skoro w moim domu przebywa ranny, czuję się w obowiązku zachowywać trzeźwość umysłu. Nawet jeśli tym rannym jest tylko nędzny sachakański niewolnik.

Na twarzy Takady malowało się coś pomiędzy obojętnością a rozbawieniem.

– Doprawdy dziwni z was ludzie. – Odwrócił się. – Nie musisz mnie odprowadzać do sypialni. Trafię sam. – Zachwiał się lekko. – W każdym razie tak mi się wydaje. Dobranoc, Mistrzu Dakonie, jak mawiacie wy, dziwaczni Kyralianie.

– Dobranoc, Ashaki Takado – odpowiedział Dakon.

Patrzył, jak Sachakanin oddala się korytarzem, i nasłuchiwał jego cichnących kroków. Następnie podążył za nim najciszej, jak potrafił. Nie dlatego, że chciał sprawdzić, czy gość udał się tam, gdzie zamierzał, ale po to, żeby zajrzeć do Verana. Pokój niewolnika znajdował się oczywiście niedaleko komnaty pana, a Dakon wolał, by Takado nie wiedział, dokąd zmierza, mógłby bowiem zechcieć mu towarzyszyć.

Przez kilka korytarzy i jedną klatkę schodową Dakon odprowadzał wzrokiem Sachakanina. Takado minął drzwi pokoju swojego niewolnika, nie zaszczycając ich choćby przelotnym spojrzeniem, i wszedł do swojej sypialni. Z pokoju niewolnika dochodziły niewyraźne odgłosy rozmowy. Przez szpary w drzwiach widać było migoczące światło. Dakon zatrzymał się, niepewny, czy może przeszkadzać uzdrowicielowi.

Niewolnik albo przeżyje, albo nie, pomyślał. A moja wizyta nic tu nie zmieni. Nie potrafił jednak odnaleźć w sobie tego chłodnego pragmatyzmu, z jakim Takado traktował wszystkich ludzi z wyjątkiem tych najpotężniejszych. Dakon wzdrygnął się na wspomnienie niewolnika przyciśniętego do ściany, zwijającego się pod gradem niewidzialnych ciosów wymierzanych przez sachakańskiego maga. Wciąż jeszcze słyszał trzask łamanych kości i głuchy odgłos uderzeń w bezbronne ciało.

Odwrócił się i skierował ku własnym komnatom, starając się odgonić od siebie nadzieję, że Veranowi się nie powiedzie.

Co bowiem, na wyższą magię, miałby zrobić z wyzwolonym sachakańskim niewolnikiem?

Kiedy Tessia i jej ojciec opuścili wreszcie dom Mistrza Dakona, światło poranka rozjaśniało wioskę. Była to na razie słaba, chłodna poświata, ale gdy Tessia odwróciła się, żeby spojrzeć na ojca, wiedziała, że szarość na jego twarzy jest nie tylko efektem światła. Veran był wyczerpany. Ich dom znajdował się jakieś sto kroków dalej po drugiej stronie drogi, ale ta odległość wydawała się teraz ogromna. Nie było sensu prosić któregoś ze stajennych, żeby zaprzęgali konia, by pokonać taki kawałek, Tessia jednak była tak zmęczona, że żałowała, iż tego nie uczynili. Ojciec potknął się o kamień, wyciągnęła więc ramię, żeby go podtrzymać, a drugą ręką chwyciła torbę. Wydawała się cięższa niż kiedykolwiek, mimo że większość bandaży, jak również spora ilość lekarstw, które zazwyczaj się w niej mieściły, znajdowały się teraz na różnych częściach ciała sachakańskiego niewolnika.

Co za nieszczęśnik. Jej ojciec rozciął mu klatkę piersiową, żeby wydobyć złamany kawałek żebra z płuc, i zaszył dziurę. Taka operacja powinna była zabić tego biedaka, ale on jakimś cudem nadal żył i oddychał. Ojciec powiedział, że mieli szczęście, iż nie przecięli żadnej ważnej żyły.

Zrobił najmniejsze nacięcie, jakie tylko było możliwe, i pracował głównie na wyczucie, głęboko wsuwając palce w ciało mężczyzny. To był niewiarygodny widok.

Podeszli do domu i Tessia przyspieszyła nieco, żeby otworzyć drzwi. Ledwie jednak wyciągnęła rękę do klamki, uchyliły się do środka. Na progu stanęła matka z zatroskaną miną.

– Cannia doniosła mi, że opatrywaliście Sachakanina. Z początku myślałam, że mówi o tamtym. Zastanawiałam się więc, jak mag mógł się tak paskudnie poharatać? Ale ona powiedziała, że chodzi o niewolnika. Żyje?

– Tak – odpowiedział ojciec Tessii.

– Wyjdzie z tego?

– Mało prawdopodobne. Ale to twarda sztuka.

– Prawie nie krzyknął – potwierdziła Tessia. – Aczkolwiek podejrzewam, że to z obawy przed zwróceniem na siebie uwagi swojego pana.

Matka spojrzała na nią. Otwarła usta na chwilę, a potem potrząsnęła głową.

– Dali wam jeść? – Spytała.

Ojciec zamyślił się.

– Keron przyniósł nam jedzenie – odpowiedziała za niego Tessia – ale nie mieliśmy na to czasu.

– Podgrzeję trochę zupy. – Kobieta wprowadziła ich do kuchni. Tessia i ojciec opadli na stojące przy kuchennym stole krzesła. Matka pogrzebała w palenisku i udało jej się rozpalić ogień, nad którym zawiesiła niewielki kociołek.

– Będziemy go musieli regularnie odwiedzać – mruknął ojciec Tessii, bardziej do siebie niż do którejś z kobiet. – Zmieniać mu bandaże. Obserwować, czy nie rozwija się gorączka.

– Cannia powiedziała ci, jak doszło do jego pobicia? – Spytała matkę Tessia, ale kobieta pokręciła przecząco głową.

– A czy ci Sachakanie potrzebują powodów? Zapewne zrobił to dla rozrywki, ale włożył w to nieco więcej siły, niż zamierzał.

– Mistrz Yerven zawsze mawiał, że nie wszyscy Sachakanie są okrutnikami – wtrącił się ojciec.

– Ale większość jest – dokończyła Tessia z uśmiechem. Ojciec Mistrza Dakona zmarł, kiedy była dzieckiem. Pamiętała go jako miłego, nieco roztrzepanego staruszka, który zawsze miał przy sobie słodycze i częstował nimi dzieci w wiosce.

– No cóż, ten niewątpliwie zalicza się do okrutników. – Matka Tessii spojrzała na męża i zachmurzyła się ponownie. – Wolałabym, żebyś nie musiał już tam chodzić.

Odpowiedział ponurym uśmiechem.

– Mistrz Dakon nie pozwoli, żeby cokolwiek nam się stało.

Matka zerkała to na niego, to na Tessię. Troska malująca się na jej twarzy przerodziła się w zagniewanie, pogłębiając zmarszczkę na czole. Odwróciła się do ognia, skosztowała zupy i pokiwała głową. Zdjęła kociołek z paleniska i przelała jego zawartość do dwóch kubków. Tessia wzięła je od niej i jeden podała ojcu. Zupa była gorąca i bardzo smaczna, a pijąc, Tessia czuła, jak ogarnia ją coraz większa senność. Powieki ojca opadały.

– A teraz oboje marsz do łóżek – oznajmiła matka, gdy skończyli jeść.

Żadne z nich nie spierało się, kiedy wygoniła ich na górę do sypialni. Przebierając się w koszulę nocną, Tessia czuła ogromne zmęczenie. Weszła pod kołdrę i westchnęła z zadowoleniem.

Kiedy tylko zaczęła zapadać w sen, obudziły ją głosy.

Dochodziły z przeciwnej strony korytarza. Z sypialni rodziców. Poczuła lekkie ukłucie niepokoju na wspomnienie wczorajszej rozmowy z ojcem. Zmusiła się, żeby usiąść, a następnie opuściła nogi na podłogę. Kiedy otwierała drzwi sypialni, jedynie cicho skrzypnęły. Od wielu lat nie podsłuchiwała nocnych rozmów rodziców, ostatni raz zdarzyło się to, kiedy była jeszcze dzieckiem. Podkradła się cicho do ich drzwi i przycisnęła ucho do drewna.

– Ty też tego chcesz – mówiła matka.

– Oczywiście. Ale nie będę oczekiwał, że Tessia zrobi coś, na co nie ma ochoty – odrzekł ojciec.

– Czułbyś jednak zawód.

– Owszem, ale i ulgę. To zawsze jest ryzyko. Widziałem, jak wiele zdrowych kobiet umierało.

– To ryzyko, które wszystkie podejmujemy. Rezygnowanie z dzieci z powodu strachu nie ma sensu. Owszem, to ryzyko, ale pomyśl o korzyściach. Ona odmawia sobie wielkiej radości. No i kto się nią zajmie na starość?

Zapadło milczenie.

– Gdyby miała syna, mógłbyś go uczyć – dodała matka.

– Za późno na to. Będę już za stary, żeby pracować, kiedy chłopak będzie ciągle za młody i zbyt niedoświadczony, żeby przejąć odpowiedzialność.

– I dlatego uczysz Tessię? Ona nie może cię zastąpić. Wiesz o tym doskonale.

– Mogłaby, gdyby dzieliła obowiązki z innym uzdrowicielem. Mogłaby zostać... Nie wiem, jak to nazwać... Czymś pośrednim między uzdrowicielem a akuszerką. Może... „pielęgniarką”. A przynajmniej pomocnicą.

Tessia miała ochotę przerwać im, powiedzieć, że może być czymś więcej niż niby-uzdrowicielką, ale zachowała milczenie i nie ruszała się. Gdyby wpadła teraz do ich pokoju, wydałoby się, że podsłuchiwała, co nie pomogłoby w przekonaniu matki do zmiany zdania.

– Musisz przyjąć chłopaka ze wsi – oznajmiła zdecydowanie matka. – I musisz przestać ją uczyć. Napełniłeś jej głowę dziwacznymi pomysłami. Dopóki będzie usiłowała zostać uzdrowicielką, nawet nie pomyśli o małżeństwie i założeniu rodziny.

– Jeśli mam przyjąć nowego ucznia, to jego kształcenie zajmie sporo czasu. Na razie Tessia musi mi pomagać. Wioska się rozrasta i będzie się rozrastać dalej. Zanim wychowam tego chłopaka, możemy tu potrzebować dwóch uzdrowicieli. Tessia mogłaby dalej pracować... I może również wyjść za mąż.

– Jej mąż na to nie pozwoli.

– Może pozwoli, jeśli znajdziemy właściwego mężczyznę. Mądrego mężczyznę...

– Tolerancyjnego mężczyznę. Człowieka, któremu nie przeszkadzają plotki i łamanie tradycji. Gdzie zamierzasz takiego szukać?

Ojciec Tessii milczał przez chwilę.

– Jestem zmęczony. Muszę odpocząć – powiedział w końcu.

– Oboje musimy. Ja też nie spałam przez większość nocy, zamartwiając się o was. Zwłaszcza o Tessię – przebywała pod jednym dachem z tą sachakańską bestią.

– Nie groziło nam żadne niebezpieczeństwo. Mistrz Dakon to dobry człowiek.

Pozostałych słów nie dało się zrozumieć. Tessia poczekała przez chwilę, czy rodzice nie zaczną znów rozmawiać, po czym cichutko wróciła do łóżka.

Tej nocy udowodniłam mu, że mnie potrzebuje, pomyślała z dumą. Nie może teraz żądać, żebym przestała mu pomagać. Wie, że żaden głupi wiejski chłopak nie dałby sobie rady, nie wytrzymałby, nie wiedziałby, co robić z ranami tego niewolnika. A ja wiedziałam, wytrzymałam i poradziłam sobie.

ROZDZIAŁ 3

Uczeń Jayan uśmiechnął się na dźwięk cichego pukania do drzwi. Odwrócił się i posłał w stronę klamki niewielką falę magii. Drzwi uchyliły się z lekkim trzaskiem. Na progu stała młoda kobieta, która ukłoniła się najładniej, jak potrafiła, trzymając w rękach wielką tacę.

– Witaj, Uczniu Jayanie – zaświergotała, wchodząc do pokoju. Podeszła do niego, oparła tacę na swym obfitym biodrze i zaczęła stawiać na stole miseczki, talerze i filiżanki.

– Witaj, Malio – odpowiedział. – Wyglądasz na bardzo radosną.

– Bo jestem – odparła. – Gość naszego pana wyjeżdża dzisiaj.

Jayan wyprostował się.

– Naprawdę? Jesteś tego pewna?

– Całkowicie. Myślę, że on nie może przeżyć bez nadskakującego mu niewolnika. – Posłała Jayanowi zamyślone spojrzenie z ukosa. – Zastanawiam się, czy ty poradziłbyś sobie beze mnie.

Jayan zlekceważył to pytanie, które najwyraźniej miało na celu wyciągnięcie od niego komplementu.

– A dlaczego on nie ma niewolnika? Co się stało z tym, który z nim przyjechał?

Malia otwarła szeroko oczy.

– Och, oczywiście. Nie słyszałeś o tym. No bo jak masz o czymkolwiek usłyszeć, skoro przez cały czas ukrywasz się tutaj, na tyłach rezydencji? Wczoraj po południu Takado stłukł swojego niewolnika prawie na śmierć. Uzdrowiciel Veran pracował nad nim całą noc. – Mówiła obojętnym tonem, ale jej ruchy zdradzały podenerwowanie. Jayan podejrzewał, że wszystkich służących niepokoi zachowanie Sachakanina. Wiedzieli, że on ledwie dostrzega różnicę między nimi a niewolnikami.

Na twarz Malii szybko jednak powrócił uśmiech, i to szelmowski. Wiedziała, co dla Jayana oznacza wyjazd Sachakanina. Spojrzał na nią wyczekująco.

– I?

Uśmiechnęła się jeszcze promienniej.

– I co?

– Przeżył czy umarł?

– Och. – Zmarszczyła brwi, po czym wzruszyła ramionami. – Myślę, że jeszcze żyje, gdyby umarł, usłyszelibyśmy o tym.

Jayan wstał i podszedł do okna. Chciał poszukać Dakona i dowiedzieć się czegoś więcej, ale mistrz kazał mu pozostawać w pokoju, dopóki Sachakanin nie opuści rezydencji. Spojrzał przez okno na zamkniętą bramę stajni i pusty dziedziniec i zagryzł wargę.

Skoro ja nie mogę się sam dowiedzieć, Malia na pewno z chęcią zdobędzie dla mnie te informacje.

Problem w tym, że ona zawsze w zamian za przysługi oczekiwała czegoś więcej niż tylko podziękowania. Była nawet ładna, ale Dakon dawno już ostrzegł go, że młode służące mają zwyczaj uwodzić adeptów magii ze względu na ich pozycję i majątek, nie należy więc tego wykorzystywać, a tym bardziej dać się wykorzystać. Jayan wprawdzie wiedział, że jego nauczyciel wybacza przypadkowe błędy i potknięcia, przez ostatnie cztery lata przekonał się jednak, że mag za nieodpowiednie zachowanie karze w sposób wyrafinowany i mało przyjemny. Nie podejrzewał, żeby Dakon za tak drobny występek wymierzył mu karę najcięższą – odesłanie do rodziny, bez zakończenia edukacji i przekazania mu tajników wyższej magii, która uczyniłaby z niego niezależnego maga – ale też Malia nie podobała mu się aż tak bardzo, żeby miał wystawiać swoje podejrzenia na próbę. Jak zresztą żadna inna dziewczyna z Mandryn.

Jedynym sposobem na Malię było nie prosić jej o nic konkretnego. Wyrazić tylko ogólne życzenie posiadania jakiejś wiedzy. Jeśli ona dostarczyłaby mu informacji, o które by ją prosił, uznałaby, że coś jej się za to należy.

– Ciekawe, kiedy ten Sachakanin odjedzie? – Mruknął pod nosem.

– Och, zapewne nie przed zmrokiem – odparła beztrosko Malia.

– Przed zmrokiem? Czemu miałby podróżować nocą?

Uśmiechnęła się i wsunęła pustą tacę pod ramię.

– Nie wiem, ale całkiem podoba mi się myśl, że będziesz tu siedział zamknięty, samiutki przez następny dzień. Nie chcesz chyba wpaść mu w oko, bo jeszcze by cię ze sobą zabrał jako niewolnika, prawda? Miłego dnia.

Wyszła z pokoju, chichocząc, i zamknęła za sobą drzwi. Jayan wpatrywał się w nie, niepewny, czy dziewczyna przejrzała jego grę, czy też po prostu skorzystała z okazji, żeby się z nim podroczyć.

Westchnął, wrócił do biurka i zabrał się do śniadania.

Z początku nie miał nic przeciwko temu, że Dakon kazał mu pozostawać w pokoju przez całą wizytę Sachakanina. Miał mnóstwo książek do przeczytania, masę nauki, a poza tym nie przeszkadzała mu samotność. Nie bał się, że Takado może spróbować go porwać, jak sugerowała Malia, ponieważ Sachakanie nie czynili niewolnikami nikogo, kto mógłby skorzystać z ich magicznych umiejętności. Woleli niewolników z dużym, ale uśpionym talentem, nieumiejących posługiwać się magią, za to dostarczających swemu panu znacznej mocy magicznej.

Jeżeli jednak między Takadą a Dakonem pojawiłyby się jakieś niesnaski, to Sachakanin zapewne spróbowałby zabić Jayana. Do obowiązków ucznia, jak do powinności niewolnika, należało dostarczanie nauczycielowi dodatkowej mocy, tyle że uczniowie w zamian byli kształceni. No i wolni.

Konflikt między Takadą a Dakonem nie był zresztą szczególnie prawdopodobny. Spowodowałby takie dyplomatyczne reperkusje zarówno w Sachace, jak i w Kyralii, jakich żaden mag nie chciałby oglądać. Niewykluczone natomiast, że Takado mógłby chcieć wywołać jakieś drobne nieporozumienia, wiedząc, że znajduje się w odległości zaledwie odrobinę ponad jednego dnia jazdy od swojego kraju; mógłby po prostu chcieć pokazać, że Sachaka ma nad Kyralią przewagę.

Katując własnego niewolnika niemal na śmierć?

On chyba już coś nam udowodnił. Pokazał, że wciąż ma władzę nad życiem innych ludzi. Na dodatek zrobił to, nie łamiąc żadnych obowiązujących w Kyralii praw.

Ta myśl w dziwaczny sposób pocieszyła Jayana. Sachakanin zademonstrował im to, co chciał, i teraz wyjedzie – już się zbiera do wyjazdu – wkrótce więc Jayan będzie znów bezpieczny. Będzie mógł wyjść z tego pokoju. A nawet z rezydencji, gdyby przyszła mu na to ochota. Życie wróci do normalnego rytmu.

Jayanowi poprawił się nastrój. Nigdy nie przypuszczał, że może znudzić się własnym towarzystwem albo czytaniem. Wyglądało jednak na to, że zaczyna tęsknić za światłem słonecznym i świeżym powietrzem. Właściwie zaczął przed kilkoma dniami i nie mógł już znaleźć sobie miejsca. Czytając książki, nie da się nauczyć wielu umiejętności magicznych. Żeby je zdobyć, potrzeba ćwiczeń. A od jego ostatniej lekcji z Mistrzem Dakonem minęły całe tygodnie. Każdy kolejny dzień wizyty Sachakanina oznaczał dalszą zwłokę. A każda odłożona na później lekcja oddala dzień, kiedy Mistrz Dakon nauczy Jayana wyższej magii, a on zostanie samodzielnym magiem.

Wtedy Jayan będzie się cieszył władzą i szacunkiem należnym mu jako magowi i zacznie gromadzić własny majątek. Podobnie jak jego starszy brat, Mistrz Velan, będzie miał tytuł, aczkolwiek „mag” nigdy nie dorówna w hierarchii „mistrzowi”. Nic nie budzi w Kyralii większego szacunku niż posiadłość, nawet jeśli jest to tylko wielki dom w mieście.

Posiadanie majątku liczy się zaś jeszcze bardziej niż dom, co stanowi pewnego rodzaju ironię, zważywszy że magowie mieszkający na wsi uważani są za staroświeckich i zacofanych. Jeśli Jayanowi uda się zachować dobre stosunki z nauczycielem, a Dakon nie ożeni się i nie spłodzi dziedzica, istnieje szansa, że mistrz wyznaczy go na swego następcę. Zdarzało się przecież, że magowie wyróżniali w ten sposób byłych uczniów.

Ale nie tylko pragnienie zajęcia lepszego od brata miejsca na drabinie społecznej sprawiało, że Jayanowi bardzo podobała się taka perspektywa. Sama myśl, że pewnego dnia powróci do Mandryn, była niezwykle kusząca. Jayan odkrył, że podoba mu się spokojne życie z dala od miejskich gierek towarzyskich, które niegdyś sprawiały mu przyjemność, no i z dala od wpływów ojca i brata.

Tylko że Dakon nie jest jeszcze za stary, żeby się ożenić i mieć dzieci, pomyślał. Jego ojciec późno zdecydował się na jedno i drugie. Poza tym nawet jeśli Dakon nie będzie miał dziedzica, to raczej pożyje jeszcze dość długo, będę więc miał sporo czasu, żeby najpierw pozwiedzać świat. A im szybciej nauczę się wszystkiego, co jest mi potrzebne, bym został prawdziwym magiem, tym szybciej będę mógł wyruszyć w podróż.

Światło prześwitujące przez okienniki w sypialni Tessii było dziwne. Chwilę później przypomniała sobie pracowitą ostatnią noc oraz to, że ona i rodzice poszli spać nad ranem. To dlatego ze światłem było coś nie tak. Dochodziło już południe.

Przez chwilę leżała spokojnie w nadziei, że uda jej się znowu zasnąć, ale na próżno. Przespała zaledwie kilka godzin i wciąż czuła wielkie zmęczenie, jednak nie mogła już zasnąć. Żołądek domagał się jedzenia. Może to głód nie pozwalał jej zapaść w sen. Wstała z łóżka i uczesała włosy. Wyszła cicho z sypialni i zauważyła, że drzwi pokoju rodziców są jeszcze zamknięte. Dobiegało zza nich ciche chrapanie.

Zeszła na parter i skierowała się do kuchni. Palenisko wystygło, rozpalony o świcie ogień wypalił się. Tessia sięgnęła po owoc pachi leżący w misce na stole i zauważyła stojącą na podłodze torbę ojca.

Niewolnik, przypomniała sobie. Ojciec powiedział, że pierwszy dzień po operacji będzie najważniejszy. Trzeba zmienić opatrunki. Oczyścić rany. No i lekarstwa uśmierzające ból zapewne przestają już działać.

Zerknęła w górę, w kierunku sypialni rodziców, zastanawiając się, czy powinna obudzić ojca. Jeszcze nie, uznała. W jego wieku potrzebuje więcej snu niż ja.

Czekała zatem. Zastanawiała się, czy nie ugotować czegoś do jedzenia, ale wątpiła, żeby bez obudzenia rodziców udało jej się cokolwiek przygotować. Zajęła się więc przeglądaniem zawartości torby ojca. Weszła do gabinetu i uzupełniła zapas lekarstw, nici i opatrunków. Następnie ostrożnie oczyściła i naostrzyła wszystkie narzędzia, a światło słoneczne przesuwało się powoli przez pokój.

Zajęło jej to kilka godzin. Kiedy już nie mogła znaleźć sobie nic do roboty, postawiła torbę ojca przy drzwiach wejściowych i wróciła do kuchni. Następnie wspięła się na schody i wsłuchała w odgłosy chrapania, rozmyślając.

Trzeba go jak najszybciej zbadać, pomyślała. Powinnam więc zbudzić ojca... Ale w ten sposób zbudzę też matkę. Mogłabym też pójść tam sama.

Ta ostatnia myśl napełniła ją podnieceniem. Gdyby samodzielnie opatrzyła niewolnika – gdyby służący w domu Mistrza Dakona pozwolili jej na to – może zdołałaby przekonać ludzi w wiosce, że można zaufać jej wiedzy uzdrowicielskiej? Może zrozumieliby, że kiedy nadejdzie stosowny czas, ona będzie mogła zastąpić ojca?

Wycofała się na dół i podeszła do drzwi. Kiedy jednak spojrzała na torbę ojca, opadły ją wątpliwości.

Ojciec może się rozgniewać. Uczynienie czegoś, czego mi nie polecono, nie jest jednak aż tak dużym przewinieniem jak złamanie zakazu. A poza tym wykonam tylko rutynowe czynności, niezbędne po operacji. Uśmiechnęła się do siebie. A jeśli uda mi się przekonać kogoś ze służących z rezydencji, żeby ze mną został, pokażę, że troska matki o moje bezpieczeństwo nie jest mi obojętna.

Chwyciła torbę za ucho, podniosła ją, cicho uchyliła drzwi wejściowe i wymknęła się na zewnątrz.

W okolicy kręciło się kilka osób. Dwaj synowie piekarza wygrzewali się w popołudniowym słońcu oparci o ścianę domu. Skinęli jej głowami, a ona uśmiechnęła się w odpowiedzi. Ciekawe, czy znajdują się na matczynej liście potencjalnych kandydatów na mojego męża? - Zastanawiała się. Żaden z nich jej się nie podobał. Teraz byli nawet uprzejmi, ale nie potrafiła zapomnieć, jak okropnie zachowywali się jako chłopcy, przezywali ją i ciągnęli za włosy.

Główną drogą powoli szła wdowa po poprzednim kowalu, opierając się na dwóch laskach. Odkąd Tessia sięgała pamięcią, ta kobieta każdego słonecznego dnia przemierzała wioskę z jednego końca na drugi i z powrotem. Kiedy Tessia była dzieckiem, a wdowa mniej zgrzybiała, dołączały do tej wędrówki inne stare kobiety z wioski, żeby poplotkować. Teraz te kobiety twierdziły, że są za stare, żeby wychodzić: bały się potknięcia o kamień albo potrącenia przez wioskowe dzieciaki.

Odgłos krzyków i śmiechu skierował uwagę Tessii na rzekę, gdzie niewielkie postacie tłoczyły się wokół płytkiego zakola, w którym ona również bawiła się w dzieciństwie. W tej samej chwili usłyszała swoje imię, odwróciła się i zobaczyła, że chłop z okolicy, który właśnie tędy przechodził, kiwa do niej głową.

Nadszedł od strony domu Mistrza Dakona, odległego teraz o zaledwie kilka kroków. Tessia weszła na ścieżkę prowadzącą ku bocznym drzwiom, przez które wchodziła wczoraj z ojcem, i zapukała.

Drzwi otworzyła Cannia. Kobieta uśmiechnęła się do Tessii, zerkając przy tym na ścieżkę.

– Ojciec jeszcze odpoczywa – wyjaśniła Tessia. – Mam sprawdzić, jak się miewa niewolnik, i przekazać mu wiadomości.

Cannia kiwnęła głową, prowadząc Tessię do środka.

– Zaniosłam mu dziś rano nieco zupy. Usiłowałam go nakarmić, bo on nie jest w stanie jeść samodzielnie. Ale przełknął tylko kilka łyżek.

– A zatem jest przytomny.

– Jak najbardziej, choć mam wrażenie, że wolałby, żeby było inaczej.

– Czy ktoś mógłby mi towarzyszyć, jak będę go opatrywać? Ty albo ktokolwiek inny.

– Oczywiście. – Cannia zapaliła lampę i podała ją Tessii. – Idź do niego, a ja przyślę kogoś do pomocy.

Tessia poczuła lekki dreszcz, kiedy wspinała się po schodach do pokoju niewolnika. Nie mogła przestać się zastanawiać, gdzie może się w tej chwili podziewać Sachakanin, ale miała nadzieję, że się na niego nie natknie. Gdy dotarła na miejsce i nie zastała tam nikogo oprócz swojego pacjenta, odetchnęła z ulgą.

Mężczyzna wpatrywał się w nią szeroko otwartymi oczami. Nie potrafiła ocenić, czy to ze strachu, czy z zaskoczenia. Nagle uświadomiła sobie, że nikt nie powiedział jej, jak ten człowiek ma na imię.

– Witaj ponownie – odezwała się. – Mam ci zmienić opatrunki i sprawdzić, jak goją się twoje rany.

Nie odpowiedział, ale nie spuścił z niej wzroku. Cóż, nie bardzo mogła spodziewać się po nim rozmowy, zważywszy, że miał złamaną i unieruchomioną bandażem szczękę. Mogła tylko prowadzić swój monolog.

– Musisz strasznie cierpieć – ciągnęła. – Mogę dać ci lekarstwo, które nieco złagodzi ból. Chcesz?

Mężczyzna zamrugał oczami i skinął potakująco głową.

Tessia uśmiechnęła się, sięgnęła do ojcowskiej torby i wyjęła z niej syrop, który ojciec zawsze podawał dzieciom. Niewolnik będzie miał kłopoty z przełykaniem, a po proszku rozpuszczonym w wodzie pozostanie mu zapewne w ustach gorzki smak. Syrop też trzeba będzie rozcieńczyć i podawać mu przez rurkę. Mężczyzna zesztywniał lekko, czując smak lekarstwa w ustach, ale przełknął. Nie rozluźnił się jednak, a kiedy spojrzał ponad ramię Tessii, jego oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej.

Wygląda na przerażonego, pomyślała.

Lekki powiew powietrza uświadomił jej, że drzwi są otwarte.

Wyciągnęła rurkę i zrobiła krok do tyłu, żeby sprawdzić, kogo to Cannia przysłała jej do pomocy. Mężczyzna, którego wzrok napotkała, był wysoki, potężny i egzotycznie ubrany.

Serce w niej zamarło.

– Widzę, że wróciłaś, żeby sprawdzić, jak miewa się Hanara – odezwał się Sachakanin z uśmiechem, w którym nie było ani cienia autentycznej wdzięczności. – Jak miło z twojej strony. Czy on przeżyje?

Wzięła głęboki oddech i zmusiła się do wydobycia z siebie głosu.

– Nie wiem... Panie.

– Nie przejmę się, jeśli nie – powiedział jej uspokajająco.

Nie potrafiła w żaden sposób odpowiedzieć na te słowa, więc milczała. Gdzie ten służący, którego miała przysłać Cannia? – Myślała gorączkowo. I gdzie jest Mistrz Dakon? Chyba nie pozwała Sachakaninowi włóczyć się samotnie po domu...

– Sądzę, że jest dobrym pacjentem do eksperymentowania – ciągnął Sachakanin, patrząc na niewolnika. – Może nauczysz się czegoś nowego.

Niewolnik unikał wzroku swego pana. Sachakanin znowu przeniósł spojrzenie na Tessię.

– Baw się dobrze.

Wycofał się z pokoju i zamknął za sobą drzwi. Tessia westchnęła z ulgą i usłyszała drugie westchnienie. Spojrzała na niewolnika, uśmiechając się krzywo.

– Twój pan ma dziwaczne poczucie humoru – mruknęła i wróciła do zmieniania opatrunków.

Niewolnik nie wydawał żadnych dźwięków, tylko czasem wciągał z sykiem powietrze, kiedy odrywała bandaż, który przywarł do gojącego się ciała. Jego rany wyglądały zaskakująco dobrze: prawie nie były opuchnięte i zaczerwienione, nie ropiały. Oczyściła wszystkie odpowiednim płynem i założyła nowy opatrunek.

Kiedy wreszcie skończyła, spotkanie z Sachakaninem odpłynęło między niezbyt przyjemne wspomnienia. Spakowała torbę ojca i podniosła ją z ziemi. Zatrzymała się na moment w drzwiach i skinęła niewolnikowi głową.

– Odpoczywaj, Hanaro.

Skóra wokół jego oczu zmarszczyła się nieco: było to najbliższe uśmiechu, na co było go stać. Zadowolona z wykonanej pracy Tessia wyszła z pokoju i ruszyła korytarzem ku schodom dla służby, zastanawiając się, czy rodzice już się obudzili.

Zza jednych z drzwi dobiegł ją głos, który sprawił, że nogi się pod nią ugięły.

– Skończyłaś już, Tessio?

Sachakanin. Zatrzymała się i natychmiast samą siebie za to przeklęła. Gdyby nie przystanęła, mogłaby udawać, że go nie słyszała, ale teraz nie może go zignorować, nie zachowując się przy tym nieuprzejmie. Nabrała powietrza głęboko w płuca, cofnęła się o dwa kroki i zajrzała do pokoju. Był to jakby salon, z wygodnymi fotelami i niewielkimi stoliczkami, na których można było postawić kieliszek lub położyć książkę. Sachakanin siedział w wielkim drewnianym fotelu.

– Owszem, panie – odparła.

– Zbliż się.

Wypowiedział te słowa cicho, ale tonem nieznoszącym sprzeciwu. Z bijącym mocno sercem Tessia podeszła do drzwi. Sachakanin uśmiechnął się i machnął ręką.

– Mam na myśli tutaj – powiedział.

Weszła do środka, zatrzymała się kilka kroków od niego i starała się przybrać najobojętniejszą minę, na jaką tylko było ją stać.

Za nią zatrzasnęły się drzwi. Zadrżała i poczuła, że serce skacze jej do gardła. Po czym zaklęła w duchu, wiedząc, że ten strach musiał się odmalować się na jej twarzy. Miejmy nadzieję, że on wziął to za zaskoczenie, pomyślała. Uzmysłowiła sobie, że oddycha za szybko, starała się więc uspokoić nieco oddech.

Sachakanin podniósł się z fotela i podszedł do niej, ani na chwilę nie spuszczając z niej wzroku. Ktoś kiedyś mówił jej, że spojrzeć Sachakaninowi prosto w oczy, to jak pokazać mu, że uważa się siebie za równego mu. A jeśli nie jest się potężnym magiem, Sachakanin może postanowić przekonać śmiałka, że nie ma on racji. Spuściła wzrok.

– Chciałbym porozmawiać z tobą o pewnej prywatnej sprawie – odezwał się cicho Sachakanin.

Potaknęła.

– Chodzi o twojego niewolnika. On...

– Nie. O coś innego. Obserwowałem cię. Wykazujesz cechy niespotykane zazwyczaj u Kyralian. I zorientowałem się, że nikt cię tu nie docenia. Zgadza się? Mógłbym to zmienić.

Podszedł nieco bliżej. Za blisko. Cofnęła się o krok.

W co on gra? – Myślała. Czy wydaje mu się, że jest tak potężny, że mógłby zmienić obyczaje w Kyralii? A może myśli, że ja nabiorę się na coś takiego, jak propozycja lepszego życia w Sachace?

– Jeśli nie zdołam przekonać ludzi tutaj, że mogę być uzdrowicielką, wątpię, żeby udało mi się to tam, gdzie nikt mnie nie zna – odparła.

Zamilkł na chwilę, po czym zaśmiał się.

– Och, zdolności uzdrowicielskie to tylko jeden z twoich atutów. Reszta zupełnie się marnuje. Spójrzmy...

Znów nieco się przybliżył, wyciągnął rękę i dotknął jej policzka. Tessia uchyliła się.

– ...Takie drobne rysy. Gładkie włosy i blada skóra. Kiedy tu przyjechałem, uważałem, że Kyralianki są brzydkie, ale co jakiś czas pojawiała się taka, która sprawiała, że zmieniłem zdanie. Ty też taka jesteś. Wasi głupi mężczyźni... – Jego głos cichł coraz bardziej i nabierał pasji, a Tessia cofała się przed dłońmi wyciągniętymi ku jej włosom, obejmującymi ją w talii.

– Przestań! – Zawołała, upuszczając torbę i odpychając go.

Zawahał się i spochmurniał.

– Nikt nie chce tego, co ty masz, dziewczyno. A zatem nikt się nie przejmie, jeśli ja to sobie wezmę.

Coś zaczęło ją ściskać ze wszystkich stron. Rozejrzała się, ale nie dostrzegała żadnych oznak napierającej na nią siły. Nacisk na plecy popchnął ją do przodu. Oparła się o Sachakanina, który wybuchnął śmiechem.

– Mistrz Dakon – wyszeptała Tessia. – On ci nie pozwoli...

– Jego tu nie ma. A poza tym, co zrobi, kiedy się dowie? Ukarze mnie? Będę do tego czasu w połowie drogi do domu. A komu jeszcze zechcesz cokolwiek powiedzieć?

Kiedy dobierał się do przodu jej tuniki, usiłowała poruszyć ramionami, ale jakaś niewidzialna siła trzymała ją w miejscu. Nie była w stanie zrobić kroku. Nie mogła w ogóle się poruszyć. Nawet głową. A kiedy otwarła usta, żeby krzyknąć, owinęło ją coś niewidzialnego, zmuszając do zamknięcia ust. Nad sobą widziała wyszczerzoną szyderczo twarz Sachakanina. Poczuła dreszcz. Krew uderzała dziewczynie do głowy, czuła się tak, jakby miała za chwilę wybuchnąć.

Czy on jest w mojej głowie? Zamknęła oczy, skupiła się na tym uczuciu i usiłowała odepchnąć je od siebie.

Wynocha wynocha wynocha wynocha!

Siła, która ją przytrzymywała w miejscu, ustąpiła nagle i Tessia zachwiała się. Jednocześnie poczuła się tak, jakby coś z niej odpływało. Jasnemu, bardzo jasnemu światłu pod powiekami towarzyszył odgłos jakby gromu.

Dziewczyna zorientowała się, że uderza plecami o podłogę. Zabolało. Otwarła szeroko oczy. Udało jej się podnieść do pozycji siedzącej i zamarła na widok tego, co ujrzała. W jednym z kątów pokoju piętrzyły się potrzaskane meble. Ściany popękały. Otaczały ją czarne plamy, w powietrzu czuła piekący smród dymu.

W korytarzu rozległy się szybkie kroki. Sachakanin podniósł się spomiędzy resztek mebli. Spojrzał na nią z niechęcią, po czym popatrzył po sobie. Jego ubranie było w równym stopniu nadpalone jak ściany, szwy i guziki całkiem poczerniały. Gdy przetarcie ich dłonią nie pomogło, na jego twarzy pojawił się grymas złości.

Drzwi do pokoju otwarły się. Tessia podskoczyła na widok wchodzącego do pomieszczenia Mistrza Dakona. Zatrzymał się, spojrzał na nią i na Sachakanina, po czym ogarnął wzrokiem zniszczenia.

– Co tu się stało? – Zapytał zdecydowanym tonem.

Sachakanin nie odpowiedział. Uśmiechnął się, przekroczył połamane krzesło i wyszedł z pokoju.

Mistrz Dakon zwrócił się do Tessii. Jego wzrok przesunął się z jej twarzy na jej pierś. Spuściła oczy i przekonała się, że guziki jej sukienki są rozpięte aż do pasa, ukazując halkę. Usiadła szybko i odwróciła się, żeby nie widział, jak je zapina z powrotem.

– Co się stało? – Powtórzył pytanie, ale tym razem jego głos brzmiał znacznie łagodniej.

Tessia wzięła głęboki oddech, ale słowa nie chciały wyjść z jej ust. Twój gość usiłował mnie zmusić... Powiedziała do niego w myślach. I przekonała się, że Sachakanin miał rację. Nie chciała, żeby ktokolwiek się o tym dowiedział. Zwłaszcza gdyby oznaczało to, że matka może coś usłyszeć. Ojciec zawsze powtarzał, że w niewielkiej społeczności nie istnieje coś takiego jak tajemnica.

Poza tym nic się nie stało. No, nic z tego, na co Sachakanin najwyraźniej miał ochotę, pomyślała. Wstała i rozejrzała się po spalonych ścianach. Nie mam pojęcia, dlaczego on to zrobił.

Odwróciła się z powrotem do Dakona, ale nie patrzyła mu prosto w oczy.

– Byłam... Byłam nieuprzejma. On chyba poczuł się urażony. Przepraszam... Za ten bałagan, Mistrzu Dakonie.

Podniosła torbę ojca i odwróciła się do wyjścia, ale zatrzymała się na moment.

– Niewolnik ma się lepiej.

Dakon patrzył za nią, kiedy mijała go, wychodząc na korytarz, ale nie powiedział ani słowa. Tessia zaś nie odważyła się podnieść ku niemu oczu w obawie, że ich wzrok mógłby się spotkać, czuła jednak, że w jego spojrzeniu było coś dziwacznego. Pospiesznie skierowała się ku schodom dla służby i zbiegła na dół. Cannia stała w drzwiach kuchni. Powiedziała coś do wychodzącej Tessii, ale ona nie dosłyszała, a nie miała ochoty się zatrzymywać.

Było późne popołudnie, blask słońca oślepiał. Nagle Tessię ogarnęło jedynie niewypowiedziane zmęczenie. Pospieszyła ku domowi, przystanęła na moment, żeby zebrać odwagę i otwarła drzwi.

Rodzice byli w kuchni. Spojrzeli na nią, gdy pojawiła się na progu. Matka zmarszczyła brwi, a ojciec wyraźnie stłumił uśmiech, kiedy postawiła u jego stóp torbę.

– Niewolnik ma się lepiej. Idę się zdrzemnąć – oznajmiła i zanim zdążyli cokolwiek odpowiedzieć, wyszła z kuchni i wspięła się na schody. Nikt za nią nie poszedł. Słyszała w kuchni przyciszone głosy, ale nie zatrzymała się, żeby podsłuchać. Weszła do pokoju, rzuciła się na łóżko i ku swojemu zdumieniu rozpłakała się.

Co się dzieje? Nie będę chyba płakać jak dziecko? Odwróciła się na plecy, wzięła głęboki oddech i usiłowała powstrzymać łzy. Nic się nie stało.