Wielki Mistrz. Księga III Trylogii Czarnego Maga - Trudi Canavan - ebook
Opis

Sonea wiele nauczyła się w Gildii Magów. W ciągu ostatniego roku Regin dał jej spokój, a pozostali nowicjusze zaczęli traktować ją z niechętnym szacunkiem. Dziewczyna nie może jednak zapomnieć tego, co widziała w podziemnej komnacie Wielkiego Mistrza Akkarina, ani też ostrzeżenia, że odwieczny wróg Kyralii obserwuje czujnie Gildię.
W miarę jak Akkarin ujawnia coraz więcej swojej wiedzy, Sonea przestaje być pewna, komu ufać ani czego bać się najbardziej. Czy prawda może być aż tak przerażająca, jak przedstawia ją Wielki Mistrz? A może jest to podstęp, mający skłonić ją do uczestnictwa w jego mrocznych praktykach?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 764

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


TRUDI CANAVAN

WIELKI MISTRZ

KSIĘGA TRZECIA TRYLOGII CZARNEGO MAGA

Przełożyła Agnieszka Fulińska

Wydawnictwo Galeria Książki

Kraków 2013

Tytuł oryginału: The High Lord. The Black Magician Trilogy: Book Three

Copyright © 2003 by Trudi Canavan. All rights reserved

Copyright © for the Polish translation byAgnieszka Fulińska, 2008

Copyright © for the Polish edition byWydawnictwo Galeria książki, 2009

Autor ilustracji: Steve Stone/Artist Partners LTD.

Opracowanie graficzne okładki na podstawie oryginału: Patryk Lubas

Projekt układu typograficznego i skład: Robert Oleś / d2d.pl

Opracowanie graficzne mapek i przygotowanie do druku okładki:Elżbieta Totoń / D2d.pl

Redakcja:

Małgorzata Poździk

Korekta:

Magdalena Kędzierska / d2d.pl

Anna Woś / d2d.pl

ISBN: 978-83-62170-73-9

Wydawca:Wydawnictwo Galeria Książki

www.galeriaksiazki.pl

biuro@galeriaksiazki.pl

Książkę tę dedykuję moim przyjaciołom, Yvonne i Paulowi. Dziękuję Wam za pomoc, szczerość i cierpliwość oraz za czytanie tej opowieści w kółko i w kółko, i w kółko…

PODZIĘKOWANIA

Wiele, wiele osób zachęcało mnie i pomagało mi w pisaniu tej trylogii. Oprócz tych, którym złożyłam podziękowania przy okazji wydania Gildii Magów i Nowicjuszki, chciałabym pokłonić się jeszcze tym wszystkim, którzy wspierali mnie podczas pisania tej książki:

Korektorom, którzy dawali mi niezwykle cenne rady: Mamie i Tacie, Paulowi Marshallowi, Paulowi Ewinsowi, Jenny Powell, Sarze Creasy i Anthony’emu Mauricksowi.

Mojej agentce, Fran Bryson. Dziękuję Ci za zapewnienie mi wspaniałych warunków podczas „pisarskich wakacji”.

Lesowi Petersenowi, który cierpliwie tolerował wszystkie moje sugestie i uwagi podczas tworzenia wspaniałych projektów okładek tego cyklu. Stephanie Smith i reszcie ciężko pracującego zespołu z HarperCollins, który nadał moim opowieściom formę atrakcyjnych, dopracowanych książek. Justinowi z Slow Glass Books, Sandy z Wormhole Books i księgarzom, którzy z wielkim entuzjazmem przyjęli moją trylogię.

A także tym wszystkim, którzy napisali do mnie e-maile, chwaląc Gildię Magów i Nowicjuszkę. Świadomość, że ta historia spodobała się Wam, pomaga mi podtrzymywać ogień natchnienia.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział 1 List

W dawnej poezji kyraliańskiej księżyc określany jest mianem Oka. Kiedy Oko jest szeroko otwarte, jego czujna obecność zapobiega złu, albo też sprowadza szaleństwo na tych, którzy ośmielają się popełniać zbrodnie. Kiedy zaś jest zamknięte, tak że jego uśpioną obecność zwiastuje tylko wąski sierp, zarówno dobre, jak i mroczne czyny przechodzą niezauważone.

Cery uśmiechnął się łobuzersko, patrząc na księżyc. Jego obecna faza, wąski sierp, była szczególnie lubiana przez kochanków jako czas schadzek, Cery jednak nie przemykał wśród cieni miasta na tego rodzaju sekretne spotkanie. Jego zamiary były znacznie bardziej posępne.

Trudno mu było ocenić, czy to, co czynił, było złe czy dobre. Ludzie, na których polował, zasłużyli na swój los, ale Cery podejrzewał, że jego zlecenia mają jakiś ważniejszy cel niż tylko zmniejszenie liczby morderstw nękających miasto od kilku lat. Nie wiedział przecież wszystkiego o tych paskudnych zadaniach – tego mógł być pewny – ale i tak chyba posiadał większą wiedzę niż ktokolwiek inny w mieście. Skradając się ulicą, usiłował ocenić, ile naprawdę wie. Już od jakiegoś czasu było oczywiste, że morderstw nie popełnia jeden i ten sam człowiek, lecz mordercy pojawiają się jeden po drugim. Zauważył ponadto, że wszyscy oni należą do tej samej nacji: są Sachakanami. Co więcej, wszyscy są magami.

A z tego, co Cery wiedział, w Gildii nie było Sachakan.

Jeśli Złodzieje zdają sobie z tego wszystkiego sprawę, to doskonale kryją się ze swoją wiedzą. Cery przypomniał sobie spotkanie Złodziei, w którym brał udział przed dwoma laty. Przywódcy luźno powiązanych grup przestępczych byli wyraźnie rozbawieni, kiedy Cery zaproponował, że znajdzie i powstrzyma mordercę. Ci, którzy wypytywali złośliwie, dlaczego nie udało mu się to przez tak długi czas, uważali być może, że istniał tylko jeden zabójca, albo po prostu chcieli, żeby Cery tak myślał.

Za każdym razem, kiedy już uporał się z jednym mordercą, kolejny kontynuował ponure dzieło. Złodzieje mogli niestety pomyśleć, że Cery nie radzi sobie z zadaniem. On zaś na ich pytania odpowiadał jedynie wzruszeniem ramion w nadziei, że jego sukcesy na innych polach podziemnej działalności zrównoważą to złe wrażenie.

W ciemnym prostokącie bramy pojawiła się postać potężnego mężczyzny. Odległe światło lampy ukazało znajomą, posępną twarz. Gol skinął głową, po czym wyrównał krok z Cerym.

Kiedy dotarli do skrzyżowania pięciu ulic, skierowali się ku budynkowi w kształcie klina. Gdy tylko przekroczyli drzwi, nozdrza Cery’ego wypełniły się ciężkim zapachem potu, spylu i gotowanej strawy. Było wczesne popołudnie, więc w spylunce panował gwar. Podszedł do krzesła stojącego przy ladzie, gdzie Gol zamawiał dwa kufle napitku i talerz solonej fasoli.

Gol zjadł pół porcji, zanim się odezwał.

– Z tyłu. Ma pierścień. Co o tym powiesz, synu?

Cery i Gol udawali ojca i syna, ilekroć nie chcieli ujawniać swojej tożsamości, a ostatnio zazwyczaj tak właśnie było, kiedy tylko pojawiali się w miejscach publicznych. Cery był młodszy od Gola o zaledwie kilka lat, ale z powodu niewielkiego wzrostu i chłopięcych rysów często brano go za wyrostka. Odczekał kilka minut, po czym skierował wzrok ku zapleczu spylunki.

Mimo że sala była zatłoczona, bez trudu rozpoznał mężczyznę, którego wskazywał mu Gol. Charakterystyczna szeroka, brązowa sachakańska twarz wyróżniała się wśród bladych Kyralian, a poza tym człowiek ten bacznie obserwował zgromadzonych. Cery zerknął na dłonie mężczyzny i dostrzegł błysk czerwieni w pociemniałym srebrze pierścienia. Odwrócił wzrok.

– Co o nim sądzisz? – mruknął do niego Gol.

Cery uniósł kufel i udał, że pociąga łyk spylu.

– Za dużo zachodu jak dla nas, tato. Zostawmy go komuś innemu.

Gol burknął coś w odpowiedzi, wychylił kufel i odstawił go. Cery wyszedł za nim na zewnątrz. Kilka ulic dalej sięgnął do kieszeni płaszcza, wyciągnął trzy miedziaki i wcisnął je w wielką dłoń Gola. Potężny mężczyzna westchnął i poszedł w swoją stronę.

Cery uśmiechnął się łobuzersko, po czym nachylił się i odsunął kratę umieszczoną w pobliskim murze. Ktoś, kto nie znał Gola, mógłby odnieść wrażenie, że był zupełnie nieporuszony tą sytuacją, tak samo zresztą jak i nie wyglądał na zmartwionego żadną inną, ale Cery rozpoznawał to westchnienie. Gol bał się – i miał ku temu wszelkie powody. Każdemu w slumsach: mężczyźnie, kobiecie czy dziecku, groziło niebezpieczeństwo, dopóki ci mordercy czaili się dookoła.

Cery wsunął się w przejście i zeskoczył do znajdującego się poniżej tunelu. Trzy monety, które dał Golowi, wystarczą na opłacenie trzech uliczników mających dostarczyć wiadomość – aż trzech, by informacja się nie opóźniła ani nie zginęła. Jej odbiorcami byli rzemieślnicy, którzy z kolei mają przekazać ją dalej przez strażników miejskich, posłańca, lub nawet tresowane zwierzę. Nikt, kto zetknie się z wiadomością, nie zrozumie znaczenia przekazywanych przedmiotów lub haseł. Jedynie dla człowieka znajdującego się na końcu tego łańcucha wszystko będzie jasne.

A kiedy to nastąpi, polowanie zacznie się na nowo.

Po wyjściu z sali Sonea ruszyła powoli przez zatłoczony, gwarny korytarz Uniwersytetu. Zazwyczaj nie zwracała uwagi na zachowanie innych nowicjuszy, ale tego dnia było inaczej.

Dziś mija rok od wyzwania, pomyślała. Okrągły rok, odkąd walczyłam z Reginem na arenie, a tyle się zmieniło.

Większość nowicjuszy udawała się do sali jadalnej parami lub w nieco większych grupkach. Kilka dziewcząt zatrzymało się w drzwiach sali wykładowej, rozmawiając konspiracyjnym szeptem. Na drugim końcu korytarza pojawił się nauczyciel, który wyszedł z innego pomieszczenia, a za nim podążali dwaj nowicjusze niosący wielkie pudła.

Sonea przyglądała się twarzom tych kilku studentów, którzy zwrócili jej uwagę. Żaden z nich nie wpatrywał się w nią ani nie zadzierał nosa. Niektórzy z pierwszoroczniaków zerkali na inkal naszyty na rękaw jej szaty – symbol, który wskazywał, że jest wybraną nowicjuszką Wielkiego Mistrza – po czym szybko odwracali wzrok.

Doszła do końca korytarza i ruszyła w dół po delikatnych, wyrzeźbionych za pomocą magii schodach ­Wielkiego Holu. Jej buty lekko i dźwięcznie stukały na stopniach. Usłyszała, że do odgłosu jej kroków dołączyły inne. Spojrzała w górę i poczuła dreszcz na widok zbliżających się do niej trzech nowicjuszy.

W środku szedł Regin, a otaczali go jego najbliżsi towarzysze: Kano i Alend. Sonea ruszyła dalej, starając się zachować obojętny wyraz twarzy. Gdy tylko Regin ją dostrzegł, z jego twarzy zniknął uśmiech. Ich spojrzenia się spotkały, po czym chłopak pospieszył dalej, mijając ją.

Zerknęła za siebie i westchnęła cicho z ulgą. Wszystkie spotkania od czasu pojedynku tak właśnie wyglądały. Regin przyjął pozę łaskawego i pełnego godności przegranego, a ona nie przeszkadzała mu w tym. Owszem, przyjemnie byłoby napawać się jego porażką, ale Sonea miała pewność, że wtedy wymyśliłby jakiś niedostrzegalny dla innych i wyrafinowany sposób zemszczenia się na niej. Lepiej, żeby się wzajemnie ignorowali.

Publiczne pokonanie Regina miało jednak większe skutki niż tylko koniec dręczenia Sonei. Wyglądało na to, że udało jej się również zdobyć szacunek innych nowicjuszy, a także większości nauczycieli. Wreszcie przestała być tylko dziewczyną ze slumsów, której moc wyzwoliła się w ataku na Gildię podczas dorocznej Czystki – usuwania z miasta włóczęgów i żebraków. Sonea uśmiechnęła się żałośnie na wspomnienie tamtego dnia. To, że użyłam magii, zaskoczyło mnie w równym stopniu, jak ich.

Mało kto już pamiętał, że była „dziką”, unikającą odnalezienia przez Gildię dzięki układowi ze Złodziejami. Cóż, wtedy wydawało się to dobrym pomysłem, myślała. Byłam przekonana, że Gildia pragnie mnie zabić. Przecież oni nigdy wcześniej nie szkolili nikogo spoza Domów. Złodziejom jednak nie wyszło to na dobre. Nie zdołałam nauczyć się dostatecznej kontroli mocy, żeby być dla nich użyteczna.

Parę osób wciąż czuło do niej niechęć, ale już nie widziano w niej tylko osoby z zewnątrz, która na dodatek doprowadziła do wygnania Mistrza Ferguna. No cóż, nie trzeba było zamykać Cery’ego i grozić mu śmiercią, żeby zmusić mnie do współudziału w intrydze. Chciał przekonać Gildię, że ludziom z niższych sfer nie można ufać, a tymczasem okazało się, że niektórym magom tym bardziej.

Sonea uśmiechnęła się na myśl o nowicjuszach tłoczących się w korytarzu. Sądząc z ostrożnej ciekawości, jaką jej obecnie okazywali, domyślała się, że w tej chwili widzieli w niej głównie osobę, która bez trudu wygrała oficjalny pojedynek. Zastanawiali się zapewne, jak bardzo stanie się potężna. Podejrzewała, że nawet niektórzy nauczyciele obawiają się jej.

Kiedy zeszła na dół, skierowała się przez Hol ku bramie Uniwersytetu. Z progu spojrzała w stronę szarego piętrowego budynku na samym końcu ogrodu i poczuła, że uśmiech znika z jej twarzy.

Rok od pojedynku, ale pewne rzeczy się nie zmieniły.

Mimo że udało jej się zyskać szacunek nowicjuszy, wciąż nie miała bliskich przyjaciół. I nie chodziło nawet o to, że wszyscy się jej bali – jej albo jej opiekuna. Po pojedynku kilka osób nawet zabiegało o to, żeby przyciągnąć ją do swojego towarzystwa. Ale chociaż chętnie rozmawiała z nimi podczas lekcji albo przerwy południowej, niezmiennie odrzucała zaproszenia do wspólnego spędzania czasu po lekcjach.

Z westchnieniem ruszyła w dół schodów. Każdy, z kim by się zaprzyjaźniła, stałby się potencjalnym narzędziem, które Wielki Mistrz mógłby wykorzystać przeciwko niej. Jeśli ­Sonea kiedykolwiek będzie miała okazję ujawnić Gildii jego zbrodnie, wszyscy jej bliscy znajdą się w niebezpieczeństwie. Nie miała zamiaru zwiększać puli ofiar Akkarina.

Przypomniała sobie tamtą noc, teraz już sprzed dwóch i pół roku, kiedy to zakradła się na teren Gildii ze swoim przyjacielem Cerym. Niezależnie od przekonania, że magowie pragną ją zabić, było to warte ryzyka. Nie potrafiła przecież kontrolować swojej mocy, co czyniło ją bezużyteczną dla Złodziei, a Cery miał nadzieję, że być może nauczy się czegoś, obserwując magów z ukrycia.

Późno w nocy, jak już przyjrzała się wielu fascynującym rzeczom, podkradła się do stojącego na uboczu szarego budynku. Zajrzała przez kratkę wentylacyjną do podziemnego pomieszczenia i stała się świadkiem tego, jak odziany na czarno mag odprawia dziwaczne rytuały…

Mag wyciągnął błyszczący sztylet i spojrzał na służącego.

– Walka osłabiła mnie. Potrzebuję twojej siły.

Sługa przyklęknął na jedno kolano i podał magowi rękę, ten zaś przeciągnął po niej ostrzem sztyletu, po czym zacisnął własną dłoń na ranie…

…a ona poczuła coś dziwacznego, jakby słyszała trzepot setek owadzich skrzydeł.

Wzdrygnęła się na samo wspomnienie tamtej chwili. Wówczas nie zrozumiała nic z tego, co widziała, a później zdarzyło się tyle rzeczy, o których wolałaby zapomnieć. Jej moc stała się tak niebezpieczna, że Złodzieje wydali ją Gildii, ona zaś odkryła, że magowie nie tylko wcale nie pragną jej śmierci, ale postanowili przyjąć ją w swoje szeregi. Następnie Mistrz Fergun schwytał Cery’ego i szantażem wciągnął ją w swoje intrygi. Plany Wojownika spełzły jednak na niczym, kiedy Cery został odnaleziony w lochu pod gmachem Uniwersytetu, a Sonea zgodziła się na badanie prawdomówności, żeby Administrator Lorlen mógł przekonać się o winie Ferguna. Dopiero podczas tego badania wspomnienia o magu w czarnych szatach powróciły z całą mocą.

Lorlen rozpoznał w tej postaci swojego przyjaciela Akkarina, Wielkiego Mistrza Gildii. Rozpoznał również zakazany rytuał czarnej magii.

Sonea zaś dzięki łączności z Lorlenem zrozumiała, do czego może być zdolny czarny mag. Posługując się zakazaną dziedziną, Akkarin zdołał posiąść moc przekraczającą jego naturalne możliwości. Wielki Mistrz słynął z ogromnej potęgi, ale korzystając z czarnej magii, mógł stać się tak mocny, że nawet połączone siły całej Gildii nie byłyby w stanie mu się przeciwstawić.

Lorlen uznał wówczas, że konfrontacja nie wchodzi w grę. Zbrodnie będą musiały pozostać tajemnicą, dopóki nie znajdzie się jakiś sposób na pokonanie Akkarina. Wtajemniczono jedynie Rothena, maga, który został opiekunem Sonei, bo ucząc ją podstaw magii, na pewno i tak trafiłby na wspomnienia związane z Wielkim Mistrzem i poznał prawdę.

Poczuła ukłucie żalu na myśl o Rothenie, wyparte następnie przez bezsilny gniew. Rothen był dla niej kimś więcej niż opiekunem i nauczycielem – zastąpił jej ojca. Nie była pewna, czy zdołałaby wytrzymać dręczenie przez Regina, gdyby nie wsparcie i pomoc mentora. Pech chciał, że oboje ucierpieli z powodu złośliwych plotek, które rozpuszczał Regin, jakoby ceną, jaką płaciła Sonea za opiekę Rothena, było zaspokajanie go w łóżku.

A potem, kiedy już wydawało się, że plotki i podejrzenia ucichły, wszystko się zmieniło. Akkarin zjawił się w mieszkaniu Rothena i oznajmił obojgu, że wie o tym, iż poznali jego sekret. Czytał w myślach Lorlena i chciał teraz rozszyf­rować ich wspomnienia. Wiedząc, że Akkarin jest zbyt potężny, by mogli mu się oprzeć, nie śmieli odmówić. Pamiętała, jak chwilę później Akkarin przechadzał się po pokoju.

Oboje wydalibyście mnie, gdybyście tylko mogli – powiedział. – Zażądam opieki nad Soneą. To zapewni mi twoje milczenie. Dopóki ona pozostanie w mojej mocy, nigdy nikomu nie powiesz, że praktykuję czarną magię. – Przeniósł wzrok na Soneę: – Z kolei zdrowie Rothena będzie gwarancją twojej współpracy.

Ruszyła ścieżką wiodącą do rezydencji Wielkiego Mistrza. Ta konfrontacja odbyła się tak dawno, że Sonea miała wrażenie, że dotyczyła kogoś innego – jakby postaci z jakiejś przeczytanej książki. Od półtora roku była podopieczną Akkarina i okazało się to mniej straszne, niż się spodziewała. Nie posługiwał się nią jako źródłem dodatkowej mocy, nie usiłował nakłonić do uczestnictwa w swoich okropnych praktykach. Jeśli nie liczyć wystawnych obiadów, które spożywała w jego towarzystwie każdego pierwszego dnia tygodnia, rzadko go widywała. A kiedy już rozmawiali, to tylko o jej nauce na Uniwersytecie.

Wyjątkiem była tamta noc, pomyślała Sonea.

Zwolniła kroku na to wspomnienie. Wiele miesięcy temu, wróciwszy do domu z wykładów, usłyszała hałas i krzyki dobiegające z dołu rezydencji. Zeszła po schodach wiodących do podziemnego pomieszczenia i zobaczyła, jak Akkarin zabija człowieka, korzystając z czarnej magii. Wielki Mistrz twierdził, że mężczyzna ten był sachakańskim zabójcą, wysłanym, by go zamordować.

– Czemu go zabiłeś? – spytała. – Dlaczego nie oddałeś go w ręce Gildii?

– Ponieważ, jak zapewne się domyślasz, on i jego ludzie wiedzą o mnie rzeczy, których Gildia wiedzieć nie powinna. Zapewne zastanawiasz się, kim są ludzie, którzy pragną mojej śmierci, i jakie mają powody. Mogę ci powiedzieć tyle: Sachakanie wciąż nienawidzą Gildii, ale też boją się nas. Od czasu do czasu wysyłają takich jak ten, by mnie wypróbować.

Sonea wiedziała o sąsiadach Kyralii tyle, co przeciętny student trzeciego roku. Wszyscy musieli się uczyć o wojnie między Imperium Sachakańskim a kyraliańskimi magami. Uczono ich, że Kyralia wygrała wojnę dzięki powołaniu do życia Gildii i wymianie wiedzy magicznej. Siedem wieków później Imperium wciąż było osłabione, a większość ziem Sachaki leżała odłogiem.

Kiedy o tym myślała, nietrudno było jej uwierzyć, że Sachakanie do tej pory nienawidzą Gildii. To było też zapewne powodem, dla którego Sachaka nie przyłączyła się do Krain Sprzymierzonych. W przeciwieństwie do Kyralii, Elyne, Vinu, Lonmaru i Lanu Sachaka nie była związana umową o obowiązku kształcenia wszystkich magów w Gildii i pozostawiania ich pod jej nadzorem. W Sachace mogli zatem żyć magowie, choć wątpiła, by byli dobrze wyszkoleni.

Gdybybyli zagrożeniem, Gildia z pewnością wiedziałaby o tym. Sonea zmarszczyła brwi. Może niektórzy magowie wiedzą. Może to tajemnica znana jedynie starszyźnie i Królowi. Król nie chciałby, żeby zwykli ludzie martwili się istnieniem sachakańskich magów – chyba że Sachakanie zaczęliby naprawdę zagrażać królestwu.

Czy zabójcy stanowią dostateczne zagrożenie? Potrząsnęła głową. Zabójcy wysyłani od czasu do czasu, by zlikwidować Wielkiego Mistrza nie są niczym poważnym, zważywszy na to, jak łatwo Akkarin sobie z nimi radzi.

Zwolniła kroku. Być może Akkarinjest w stanie się im przeciwstawiać tylko dzięki temu, że wzmacnia się czarną magią? Serce skoczyło jej do gardła. To oznaczałoby, że ci zabójcy są nieprzeciętnie potężni. Akkarin napomknął, jakoby wiedzieli, że on wykorzystuje zakazane praktyki. A zatem nie atakowaliby, gdyby nie uważali, że mają szansę go pokonać. Czy to oznacza, że oni również praktykują czarną magię?

Wzdrygnęła się na samą myśl o tym. A ja mieszkam pod jednym dachem z człowiekiem, którego usiłują zabić.

Może dlatego Lorlen zwleka z pozbyciem się Akkarina? Może wie, że Wielki Mistrz ma swoje powody, by uprawiać zakazaną magię? Może wcale nie zamierza obalić Akkarina?

Nie, pomyślała. Gdyby intencje Akkarina były czyste, nie zostałabym jego zakładniczką. Gdyby mógł dowieść, że jego motywy są uczciwe, zrobiłby to, zamiast pozwalać, by nowicjuszka i dwaj magowie nieustannie zastanawiali się, jak go pokonać.

Poza tym gdyby życzył mi dobrze, nie trzymałby mnie w rezydencji, gdzie istnieje prawdopodobieństwo ataku mordercy.

Była natomiast przekonana, że Lorlen jest jej życzliwy. Gdyby miał pewność, że Akkarin ma uczciwe zamiary, z pewnością by jej o tym powiedział. Nie chciałby, aby myślała, że jej sytuacja jest gorsza niż w rzeczywistości.

Przypomniała sobie nagle pierścień na palcu Lorlena. Od ponad roku po mieście krążyły pogłoski o mordercy, który nosi srebrny pierścień z czerwonym klejnotem. Zupełnie taki, jak ten Lorlena.

To musi być zbieg okoliczności. Poznała troszkę myśli Administratora i nie potrafiła go sobie wyobrazić jako zabójcy.

Pod drzwiami rezydencji Sonea zatrzymała się i odetchnęła głęboko. A co jeśli człowiek, którego uśmiercił Akkarin, wcale nie był nasłanym zabójcą? Co jeśli był to sachakański dyplomata, który odkrył postępki Akkarina, a Wielki Mistrz zwabił go do swojego domu, by potajemnie zgładzić… po czym okazało się, że ten człowiek jest magiem?

Przestań! Dość!

Potrząsnęła głową, jakby miało to zakończyć bezowocne rozmyślania. Od miesięcy roztrząsała najróżniejsze hipotezy, wspominając w kółko wszystko, czego była świadkiem i czego się dowiedziała. Co tydzień przy obiedzie wpatrywała się w siedzącego naprzeciwko niej Akkarina i marzyła o tym, by odważyć się zapytać, dlaczego nauczył się czarnej magii, ale nie zadawała tego pytania. Nie miała pewności, że jego odpowiedź będzie prawdziwa, po co więc miała pytać?

Wyciągnęła rękę i musnęła palcami klamkę. Jak zwykle drzwi uchyliły się pod najlżejszym dotykiem. Weszła do środka.

Z jednego ze stojących w salonie foteli podniosła się wysoka, ciemna postać. Sonea poczuła znajome ukłucie strachu, ale odepchnęła od siebie lęk. Nad głową Akkarina unosiła się magiczna kula świetlna, pozostawiając jego oczy w cieniu. Kąciki ust Wielkiego Mistrza uniosły się nieznacznie, jakby coś go rozbawiło.

– Dobry wieczór, Soneo.

Ukłoniła się.

– Wielki Mistrzu.

Bladą ręką wskazał na schody. Sonea postawiła na podłodze kuferek z książkami i notatkami i ruszyła na górę. Kula świetlna Akkarina wznosiła się środkiem klatki schodowej, w miarę jak wchodził na kolejne stopnie. Na piętrze Sonea skierowała się od razu do pokoju, w którym stał wielki stół i kilka krzeseł. Smakowite zapachy wypełniały powietrze, poczuła więc, jak napływa jej ślinka do ust.

Takan, służący Akkarina, ukłonił się jej, kiedy siadała, a następnie wyszedł.

– O czym się dzisiaj uczyłaś, Soneo? – spytał Wielki Mistrz.

– O architekturze – odparła. – O metodach konstrukcyjnych.

Uniósł lekko jedną brew.

– O kształtowaniu kamienia za pomocą magii?

– Tak.

Zamyślił się. Takan wrócił do jadalni z wielką tacą w rękach i zaczął ustawiać na stole niewielkie miseczki, po czym znów się oddalił. Sonea zaczekała, aż Akkarin nałoży sobie po trochu z każdego naczynia, zanim sama zabrała się do jedzenia.

– Wydało ci się to trudne czy łatwe?

Sonea zawahała się.

– Z początku trudne, potem łatwiejsze. To jest… trochę jak uzdrawianie.

Spojrzał na nią ostro.

– To prawda. A czym się różni?

Zastanowiła się.

– Kamień nie posiada naturalnej bariery obronnej, którą ma ciało. Nie ma skóry.

– To prawda, ale przecież można wytworzyć coś w rodzaju takiej bariery, jeśli…

Urwał. Sonea podniosła oczy: Akkarin wpatrywał się w napięciu w ścianę za nią. Przeniósł wzrok na Soneę, i napięcie znikło.

– Mam dziś wieczorem spotkanie – powiedział, odsuwając swoje krzesło. – Smacznego, Soneo.

Zaskoczona, odprowadziła go wzrokiem do drzwi, zerkając na jego niedojedzone danie. Zdarzało się jej pojawiać w salonie na cotygodniowy obiad tylko po to, by zostać powitaną przez Takana dobrą wieścią, że Wielki Mistrz nie będzie obecny. Ale tylko dwa razy Akkarin wyszedł podczas posiłku. Wzruszyła ramionami i wróciła do jedzenia.

Kiedy skończyła danie główne, znów zjawił się Takan. Zebrał miseczki i talerze na tacę. Sonea przyjrzała mu się i dostrzegła zmarszczkę między jego brwiami.

Wygląda na zaniepokojonego, pomyślała.

Poczuła dreszcz przebiegający jej po kręgosłupie na wspomnienie wcześniejszych rozmyślań. Czyżby Takan obawiał się, że jakiś inny zabójca poszukujący Akkarina może dostać się do rezydencji?

Nagle zapragnęła jak najszybciej wrócić na Uniwersytet. Wstała i spojrzała na służącego.

– Nie zawracaj sobie głowy deserem, Takanie.

Na twarzy mężczyzny pojawił się cień rozczarowania. Sonea to zauważyła i nie mogła powstrzymać poczucia winy. Może i Takan jest lojalnym sługą Akkarina, ale przede wszystkim jest znakomitym kucharzem. Czyżby przygotował coś, z czego jest szczególnie dumny, i teraz martwi się, że żadne z nich tego nie zje?

– Czy to coś… co wytrzyma kilka godzin? – spytała niepewnie.

Zerknął na nią przelotnie i nie po raz pierwszy dostrzegła w jego oczach błysk bystrej inteligencji, której nie potrafił do końca ukryć pod maską obojętnej uprzejmości.

– Oczywiście, pani. Czy mam ci to przynieść do pokoju po twoim powrocie?

– Tak – skinęła głową. – Dziękuję.

Takan ukłonił się.

Sonea wyszła z jadalni i ruszyła korytarzem ku schodom. Po raz kolejny zastanowiło ją, jaka jest rola Takana w sekretnych poczynaniach Akkarina. Była świadkiem tego, jak Wielki Mistrz czerpał od służącego moc, a jednak Takan żył nadal i najwyraźniej mu to nie zaszkodziło. A tamtej nocy, kiedy zabójca wszedł do domu Akkarina, on powiedział jej, że Takan pochodzi z Sachaki. To prowadziło do następnego pytania: dlaczego jeden z Sachakan służy Wielkiemu Mistrzowi, skoro oni tak nienawidzą Gildii?

No i skąd bierze się taka rewerencja i uległość w głosie Takana, ilekroć zwraca się do Akkarina „panie”?

Lorlen dyktował właśnie zamówienie na materiały budowlane, kiedy pojawił się posłaniec. Administrator odebrał od niego kartkę papieru, przeczytał ją i skinął głową.

– Powiedz naczelnikowi stajni, żeby przygotował dla mnie powóz.

– Tak, panie. – Posłaniec skłonił się i wyszedł z pokoju.

– Kolejna wizyta u kapitana Barrana? – spytał Osen.

Lorlen uśmiechnął się ponuro do swojego asystenta.

– Obawiam się, że tak. – Spojrzał na trzymane przez Osena pióro, które zawisło nad kartą papieru, i potrząsnął głową. – Straciłem wątek – powiedział. – Skończymy jutro.

Sekretarz osuszył pióro.

– Mam nadzieję, że tym razem Barran ujął zabójcę. – Osen wraz z Lorlenem skierowali się ku wyjściu z biura. – Dobranoc, Administratorze.

– Dobranoc, Osenie.

Spoglądając za oddalającym się w stronę Domu Magów asystentem, Lorlen rozmyślał o młodym magu. Regularne wizyty Administratora w siedzibie Gwardii nie uszły uwadze Osena. Młodzieniec odznaczał się bystrością umysłu, a Lorlen nie był tak głupi, żeby szukać skomplikowanych wymówek. Czasami odpowiednio odmierzona prawda jest lepsza niż stuprocentowe kłamstwo.

Wyjaśnił zatem, że Akkarin poprosił go o nadzór nad udziałem Gildii w wysiłkach mających na celu ujęcie mordercy.

– Dlaczego ciebie? – spytał wówczas Osen.

Lorlen spodziewał się takiego pytania.

– Och, muszę przecież zająć się czymś w czasie wolnym – zażartował. – A Barran to przyjaciel i krewny. I tak od niego dowiadywałem się o tych zabójstwach, więc te nasze rozmowy nabrały tylko posmaku oficjalności. Mógłbym wysłać kogoś innego, ale nie chciałbym otrzymywać najświeższych informacji z trzeciej ręki.

– Mógłbym zapytać, czy Gildia ma jakieś szczególne powody do interesowania się tą sprawą? – drążył dalej Osen.

– Zapytać możesz – odparł Lorlen z uśmiechem – ale ja nie muszę odpowiadać. A sądzisz, że istnieją takie powody?

– Słyszałem, że ludzie w mieście powtarzają, że te zabójstwa są powiązane z magią.

– Dlatego właśnie Gildia musi okazać zainteresowanie. Ludzie powinni mieć poczucie, że nie zaniedbujemy tego problemu. Nie możemy jednak zanadto się angażować, żeby nie uznali, że pogłoska o magii jest prawdziwa.

Osen obiecał, że zachowa dla siebie wiedzę o odwiedzinach Lorlena w siedzibie Gwardii. Gdyby magowie dowiedzieli się, że Administrator śledzi poczynania kapitana Barrana, również mogliby uznać, że chodzi tu o magię.

Sam Lorlen wciąż nie był pewien, czy rzeczywiście magia jest w to zamieszana. Przed ponad rokiem zdarzył się pewien wypadek, a umierający poszkodowany twierdził, że został zaatakowany za pomocą magii. Istotnie, poparzenia ofiary wyglądały jak rezultat uderzenia ciepłem, ale Barran nie znalazł innych dowodów świadczących o tym, że morderca – lub mordercy – posługiwali się magią.

Barran zgodził się utrzymywać na razie w tajemnicy hipotezę, że morderca może być dzikim magiem. Gdyby ta wieść wydostała się na zewnątrz, wyjaśnił mu Lorlen, Król i przedstawiciele Domów spodziewaliby się obławy podobnej jak w przypadku Sonei. Gildię zaś tamto doświadczenie nauczyło, że magowie penetrujący ulice miasta skłaniają dzikich do ukrywania się.

Administrator skierował się do Holu Wejściowego i stamtąd przyglądał się, jak powóz wytacza się z powozowni i podjeżdża pod bramę Uniwersytetu. Kiedy zatrzymał się przed Lorlenem, ten wsiadł, podał woźnicy adres i zatrzasnął drzwiczki.

– Co zatem wiemy? – zapytał sam siebie.

Co kilka tygodni, a czasem miesięcy, ktoś zabijał w ten sam zrytualizowany sposób, który czasami przypominał praktyki czarnej magii. Następnie przez jakiś czas był spokój, aż kolejna seria morderstw przykuła uwagę Gwardii. One również miały charakter rytualny, ale nieco inny niż poprzednio.

Barran głowił się nad możliwymi przyczynami zmiany sposobu działania sprawcy mordów i podzielił je na dwie główne kategorie. Albo morderca działał samotnie i zmieniał zwyczaje, albo też za każdy rodzaj zabójstw ­odpowiedzialna była inna osoba. Jeden zabójca mógłby modyfikować zasady, żeby uniknąć wykrycia – lub też dlatego, że udoskonalał rytuał. Gdyby morderców było wielu, mogłoby to z kolei oznaczać, że w mieście działa jakiś gang albo praktykowany jest kult, w którym uważa się zabójstwo na przykład za element inicjacji.

Lorlen spojrzał na pierścień na swym palcu. Kilkoro świadków, którzy widzieli mordercę i przeżyli, zeznało, że dostrzegli u niego pierścień z czerwonym kamieniem. Czyżby taki jak ten? – zastanawiał się Administrator. Akkarin stworzył jego klejnot ze szkła i własnej krwi tej nocy, której odkrył, że Lorlen, Sonea i Rothen wiedzą o jego czarnych praktykach. Dzięki temu pierścieniowi mógł teraz śledzić wszystkie poczynania Lorlena i kontrolować jego rozmowy, a także porozumiewać się z nim w myślach bez obawy, że zostanie podsłuchany przez innych magów.

Ilekroć morderstwa przypominały praktyki czarnej magii, Lorlen nie mógł się pozbyć myśli, że Akkarin może być za nie odpowiedzialny. Wielki Mistrz nie nosił publicznie pierścienia, ale mógł przecież wkładać go na palec, kiedy opuszczał Gildię. Po co jednak miałby to robić? Nie śledził przecież samego siebie.

A co jeśli ten pierścień pozwala komuś innemu widzieć to, co robi morderca?

Lorlen zamyślił się. Z jakiego powodu Akkarin miałby chcieć, żeby ktoś inny śledził jego kroki? Chyba że działa na czyjeś zlecenie. To jest naprawdę przerażająca ewentualność.

Lorlen westchnął. Czasami łapał się na tym, że wolałby nigdy nie poznać prawdy. Wiedział, że jeśli Akkarin okaże się mordercą, to on, Administrator Gildii, będzie po części odpowiedzialny za śmierć jego ofiar. Powinien był dawno rozprawić się z Wielkim Mistrzem, kiedy tylko dowiedział się od Sonei, że Akkarin posługuje się czarną magią. Bał się jednak, że Gildia nie zdoła pokonać Akkarina w walce.

Administrator utrzymywał zatem zbrodnie Wielkiego Mistrza w sekrecie, przekonał również Soneę i Rothena, że to najlepsza droga. Potem jednak Akkarin odkrył ich spisek i wziął Soneę jako zakładniczkę, by zapewnić sobie milczenie Lorlena i Rothena. Teraz Administrator nie mógł wystąpić przeciwko Akkarinowi, nie ryzykując jej życia.

Gdybym jednak odkrył, że Akkarin jest mordercą, i wiedział, że Gildia zdoła go pokonać, nie wahałbym się ani przez chwilę. Ani nasza wieloletnia przyjaźń, ani troska o dobro Sonei nie zdołałaby mnie powstrzymać.

Akkarin zapewne wie o tym dzięki pierścieniowi.

Oczywiście Wielki Mistrz nie musi być mordercą. Kazał Lorlenowi zająć się sprawą zabójstw, ale to o niczym nie świadczy. Może po prostu chcieć wiedzieć, jak blisko wykrycia prawdy jest Gwardia…

Powóz zatrzymał się. Lorlen wyjrzał przez okno i zamrugał ze zdziwienia na widok posterunku Gwardii. Do tego stopnia pogrążył się w myślach, że nie zauważył, kiedy dojechał na miejsce. Gdy woźnica zeskoczył z kozła, by otworzyć drzwiczki, powóz zakołysał się lekko. Lorlen wysiadł i kilkoma krokami przemierzył chodnik dzielący go od wejścia do siedziby Gwardii. W wąskim korytarzyku czekał na niego kapitan Barran.

– Dobry wieczór, Administratorze. Dziękuję za tak szybkie przybycie.

Mimo że Barran był jeszcze młody, jego czoło pokrywały głębokie zmarszczki, które dziś wydawały się jeszcze głębsze niż zwykle.

– Dobry wieczór, kapitanie.

– Mam interesujące wieści, a poza tym chciałbym ci, Administratorze, coś pokazać. Przejdźmy do mojego gabinetu.

Lorlen udał się za młodszym mężczyzną do niewielkiego pokoju w głębi korytarza. W budynku panowała cisza, mimo że kilku gwardzistów zawsze wieczorem pełniło służbę. Barran wskazał Lorlenowi krzesło, po czym zamknął drzwi.

– Pamiętasz, jak ci mówiłem, że Złodzieje być może szukają zabójcy?

– Owszem.

Barran uśmiechnął się krzywo.

– Można powiedzieć, że mam na to dowód. Odkąd Gwardia i Złodzieje prowadzili śledztwa niezależnie od siebie, przecięcie się naszych ścieżek było nie do uniknięcia. Wygląda na to, że oni mieli tu szpiegów od wielu miesięcy.

– Szpiegów? W Gwardii?

– Tak. Nawet uczciwemu człowiekowi zdarzy się sprzedać informacje za kilka monet, zwłaszcza gdy ma on poczucie, że może to pomóc w złapaniu mordercy, a Gwardia nie czyni postępów. – Barran wzruszył ramionami. – Nie rozgryzłem jeszcze wszystkich donosicieli, ale na razie zamierzam zostawić ich na służbie.

Lorlen zaśmiał się.

– Gdybyś potrzebował doradcy w kwestii negocjacji ze Złodziejami, poradziłbym ci Mistrza Dannyla, ale niestety jest on obecnie Ambasadorem Gildii w Elyne.

Kapitan uniósł brwi.

– Takie rady mogłyby okazać się niezwykle cenne, nawet gdybym miał nigdy z nich nie skorzystać. Ja jednak nie zamierzam współpracować ze Złodziejami. Domy nigdy by się na to nie zgodziły. Natomiast umówiłem się z jednym ze szpiegów, że będzie mi przekazywał wszystko, co nie zagrozi jego pozycji. Żadna z podanych przez niego informacji nie okazała się jak na razie przydatna, ale być może w końcu któraś dokądś nas zaprowadzi. – Znowu zmarszczył czoło. – A teraz pozwól, że coś ci pokażę. Mówiłeś, że chętnie obejrzałbyś ciało następnej ofiary. Dziś wieczorem znaleźliśmy kolejnego zabitego, kazałem więc przynieść zwłoki na posterunek.

Lorlen poczuł dreszcz przebiegający mu po kręgosłupie, jakby za kołnierz jego szaty wdarł się podmuch zimnego powietrza. Barran wskazał na drzwi.

– Są w podziemiu. Czy zechcesz je teraz zobaczyć?

– Tak.

Wstał i wyszedł za gwardzistą z gabinetu. Gdy schodzili na dół i szli kolejnym korytarzem, jego towarzysz zachowywał milczenie. Powietrze było tu znacznie chłodniejsze. Zatrzymali się w końcu przed ciężkimi drewnianymi drzwiami. Barran wyciągnął klucz i otworzył je.

Korytarz wypełnił się ostrym zapachem ziół, nie do końca maskującym mniej przyjemne wonie. W pomieszczeniu znajdującym się za drzwiami było niewiele mebli. Wzdłuż surowych kamiennych ścian stały trzy proste ławy. Na jednej z nich leżało nagie ciało mężczyzny, na drugiej złożone równo ubranie.

Lorlen podszedł bliżej i przyjrzał się niechętnie ciału. Podobnie jak w wypadku poprzednich ofiar temu człowiekowi wbito w pierś sztylet, miał również płytką ranę na karku. Mimo to wyraz jego twarzy wydawał się zaskakująco spokojny.

Kiedy Barran zaczął opisywać miejsce, gdzie znaleziono ofiarę, Lorlen przypomniał sobie rozmowę, której był świadkiem podczas jednego ze zwyczajowych spotkań Gildii w sali wieczornej. Mistrz Darlen, młody Uzdrowiciel, opisywał trzem przyjaciołom przypadek, z jakim miał do czynienia.

– Był martwy, kiedy tam przybyliśmy – mówił Darlen, potrząsając głową – ale żona chciała mieć pewność, że uczyniliśmy wszystko, co tylko było można. Zbadałem go więc.

– I nic nie znalazłeś?

Darlen skrzywił się.

– W martwym ciele zawsze da się wyczuć sporo energii życiowej, chociażby tych organizmów, które uczestniczą w rozkładzie, jednak serce tego człowieka było już nieruchome, a umysł milczał. Mimo to usłyszałem tętno. Ciche i powolne, ale niewątpliwie tętno.

– Jak to możliwe? Czyżby miał dwa serca?

– Nie. – Darlen wyglądał na udręczonego. – On… on zadławił się sevli.

Dwaj pozostali Uzdrowiciele wybuchnęli natychmiast śmiechem, podczas gdy trzeci z przyjaciół Darlena, Alchemik, wpadł w zadumę.

– Co sevli robił w jego gardle? One są przecież trujące. Czy ktoś otruł tego mężczyznę?

– Nie – odpowiedział z westchnieniem Darlen. – Ich jad jest trujący, ale skóra zawiera substancję, która powoduje stan euforii i wizje. Niektórzy lubią takie efekty. Liżą więc te gady.

– Liżą gady? – Młody Alchemik spoglądał z niedowierzaniem na przyjaciela. – Co zatem zrobiłeś?

Darlen zarumienił się.

– Sevli dusił się, więc wyciągnąłem go z gardła. Żona wpadła w histerię, najwyraźniej nie miała pojęcia o zamiłowaniach męża. Nie chciała zostać w domu, bo bała się, że jest tam więcej jaszczurek i któraś wpełznie jej w nocy do gardła.

Dwaj starsi Uzdrowiciele znowu się roześmiali, a i Lorlen jakby się rozpogodził, słysząc tę opowieść. Uzdrowicielom potrzebne było poczucie humoru, aczkolwiek czasami przejawiało się ono w dziwaczny sposób. Ta rozmowa podsunęła mu jednak pewien pomysł. Martwe ciało pełne jest energii życiowej, ale ciało osoby zabitej czarną magią powinno być pozbawione wszelkiej energii. A zatem żeby stwierdzić, czy zabójca posłużył się czarną magią, wystarczy, żeby Lorlen przebadał ofiarę zmysłem uzdrowicielskim.

Kiedy Barran skończył opowiadać o miejscu zbrodni, Lorlen podszedł bliżej. Odetchnął głęboko i położył dłoń na ręce trupa, zamknął oczy i skupił się na ciele.

Zdumiał się, jak łatwo mu to przyszło, ale szybko uświadomił sobie, że naturalna bariera żywych stworzeń, która opiera się działaniom magicznym, rozpada się w chwili śmierci. Wysłał swój umysł w głąb ciała, przeszukał je i odnalazł jedynie bardzo słabe ślady życia. Proces rozkładu został zaburzony – opóźniony – ponieważ w ciele nie było nic żywego, co mogłoby go zapoczątkować.

Lorlen otworzył oczy i zabrał rękę. Wpatrywał się w płytką ranę na szyi mężczyzny z absolutną pewnością, że to ona zabiła tego człowieka. Sztylet został wbity w serce zapewne później, żeby zasugerować śledczym bardziej prawdopodobną przyczynę śmierci. Lorlen wbił wzrok w pierścień na swoim palcu.

A więc to prawda, pomyślał. Zabójca posługuje się czarną magią. Ale czy to jest ofiara Akkarina, czy też mamy w mieście dwóch czarnych magów?

Rozdział 2 Rozkazy Wielkiego Mistrza

Rothen wziął z niskiego stolika filiżankę parującego sumi i podszedł do jednego z papierowych okienników zasłaniających okna jego salonu. Odsunął go i wyjrzał do ogrodu.

Wiosna przyszła w tym roku wcześnie. Żywopłoty i drzewa usiane były drobnymi kwiatuszkami, a pełen pasji nowy ogrodnik obsadzał właśnie alejki rzędami kolorowych kwiatów. Mimo że było jeszcze bardzo wcześnie, po ogrodzie przechadzali się magowie i nowicjusze.

Rothen uniósł filiżankę do ust i wypił łyk sumi, które było orzeźwiająco gorzkawe. Wrócił myślami do poprzedniego wieczoru i skrzywił się. Raz w tygodniu jadał kolację ze swoim starszym przyjacielem Yaldinem i jego żoną Ezrille. Yaldin swego czasu przyjaźnił się z mentorem Rothena, nieżyjącym już Mistrzem Margenem, uważał więc za swój obowiązek dbać o Rothena. W związku z tym poprzedniego dnia napomniał młodszego maga, żeby przestał wreszcie zamartwiać się Soneą.

– Wiem, że wciąż ją obserwujesz – oznajmił stary mag.

Rothen wzruszył ramionami.

– Obchodzi mnie, co się z nią dzieje.

Yaldin parsknął cicho.

– Jest podopieczną Wielkiego Mistrza. Nie musisz się o nią troszczyć.

– Muszę – odparł Rothen. – Myślisz, że Wielkiego Mistrza obchodzi jej samopoczucie? Jego interesują jedynie wyniki w nauce. A w życiu chodzi o coś więcej niż tylko o magię.

Ezrille uśmiechnęła się smutno.

– Oczywiście, masz rację, ale… – Zawahała się, po czym westchnęła. – Sonea ledwie się do ciebie odzywa, odkąd Wielki Mistrz wziął ją pod opiekę. Nie uważasz, że powinna cię odwiedzić w tym czasie? Minął już ponad rok. Niezależnie od tego, ile czasu zajmuje jej nauka, powinna znaleźć czas na spotkanie z tobą.

Rothen skrzywił się – nie był w stanie powstrzymać tego odruchu. Sądząc po ich współczujących spojrzeniach, dostrzegli tę reakcję i uważali, że po prostu jest mu przykro z powodu zachowania Sonei.

– Ona na pewno ma się dobrze – powiedział łagodnie Yaldin. – A te historie z innymi nowicjuszami na szczęście dawno się skończyły. Daj temu spokój, Rothenie.

Rothen udał, że zgadza się z nim. Nie mógł wyjawić przyjaciołom prawdziwych powodów swojej troski o Soneę. Gdyby to uczynił, naraziłby nie tylko jej życie. Nie miałoby znaczenia to, że Yaldin i Ezrille zgodziliby się dochować tajemnicy ze względu na Soneę, gdyż Akkarin wyraźnie zabronił wspominać komukolwiek o tym sekrecie. Złamanie „rozkazu” mogłoby stać się dla niego wystarczającym pretekstem… do czego? Posłużenia się czarną magią, by przejąć władzę nad Gildią? Przecież jest już Wielkim Mistrzem. Czego jeszcze mógłby chcieć?

Może mieć więcej mocy? Zająć miejsce Króla? Rządzić wszystkimi Krainami Sprzymierzonymi? Móc swobodnie zwiększać swoją potęgę za pomocą czarnej magii, aż będzie potężniejszy od wszystkich magów, którzy kiedykolwiek żyli?

Gdyby jednak pożądał którejkolwiek z tych rzeczy, z pewnością sięgnąłby po nie już dawno temu. Rothen niechętnie musiał przyznać, że Akkarin nie zrobił żadnej krzywdy Sonei – w każdym razie nic, o czym on by wiedział. Widział ją w towarzystwie mentora tylko w dniu pojedynku.

Yaldin i Ezrille dali w końcu spokój temu tematowi.

– Przynajmniej przestałeś zażywać nemmin – mruknęła Ezrille, po czym spytała, co słychać u Dorriena, Rothenowego syna.

Rothen poczuł cień gniewu na wspomnienie tego słowa. Spojrzał na Tanię, swoją służącą, która ostrożnie odkurzała szmatką półki z książkami.

Wiedział, że Tania powiedziała Ezrille i Yaldinowi o nemminie jedynie z troski o jego zdrowie i że nie wyjawiłaby tego nikomu innemu, ale mimo to czuł do niej żal. Nie mógł jednak narzekać, ponieważ dziewczyna wykonywała dla niego szpiegowską robotę. Tania zaprzyjaźniła się ze służącą Sonei, Violą, i informowała go o zdrowiu i nastrojach Sonei, a także jej wizytach u rodziny w slumsach. Najwyraźniej Tania nie wspomniała im o swojej roli w tym spis­ku, uznaliby to bowiem za dodatkowy dowód jego „przejmowania się”.

Całe to „szpiegowanie” ubawiłoby Dannyla. Rothen wypił kolejny łyk sumi i zaczął się zastanawiać, co właściwie wie o poczynaniach przyjaciela w ciągu ostatniego roku. Z listów wynika, że Dannyl zaprzyjaźnił się blisko z ­Tayendem, swoim asystentem, a pogłoski o zainteresowaniach erotycznych Tayenda znikły kilka tygodni po tym, jak się pojawiły. Wszyscy wiedzieli, że Elynowie uwielbiają ­plotki, a jedynym powodem, dla którego w Gildii podejrzewano chłopaka o szczególne preferencje w wyborze ukochanych, były powtarzane szeptem informacje dotyczące Dannyla i jego młodzieńczej, rzekomej fascynacji mężczyznami. Oskarżenia te nigdy nie zostały udowodnione. A ponieważ nie pojawiły się nowe plotki o Dannylu i jego asystencie, większość magów zapomniała o nich.

Rothen bardziej martwił się o badania, które zlecił przyjacielowi. Aby dociec, skąd Wielki Mistrz zna czarną magię, Rothen postanowił przyjrzeć się bliżej dawnym podróżom w poszukiwaniu starożytnej magii, które podejmował Akkarin. Wydawało się bowiem prawdopodobne, że właśnie wtedy poznał on arkana zakazanej sztuki. A źródła, które wówczas przestudiował, mogły dostarczyć również wiedzy na temat słabych stron czarnej magii, co można by wykorzystać przeciw Wielkiemu Mistrzowi. Rothen poprosił zatem Dannyla, żeby poszperał co nieco, zbierając materiały do książki, którą rzekomo zamierzał napisać.

Niestety Dannyl nie odkrył wielu przydatnych rzeczy. Kiedy przed ponad rokiem powrócił nagle do Gildii, by zdać raport Akkarinowi, Rothen obawiał się, że zostali wykryci. Dannyl jednak zapewnił go, że powiedział Wielkiemu Mistrzowi, iż rozpoczął poszukiwania z powodu własnych zainteresowań, i ku zdumieniu Rothena Akkarin kazał mu je kontynuować. Dannyl wciąż przesyłał Rothenowi co kilka miesięcy wyniki badań, ale było ich coraz mniej. Dannyl uzewnętrznił kiedyś swoją frustrację w związku z wyczerpaniem źródeł w Elyne, niemniej pamiętając, jak skryty i tajemniczy był jego przyjaciel podczas wizyty w Gildii, Rothen nie mógł się pozbyć podejrzeń, że Dannyl chowa coś w zanadrzu. Co więcej, wspomniał przecież o jakichś tajnych ustaleniach z Wielkim Mistrzem.

Podszedł do stolika z pustą filiżanką. Dannyl jest Ambasadorem Gildii, posiada zatem wiele informacji, które nie są dostępne dla zwykłego maga. Możliwe, że owe tajemnice dotyczą po prostu jakichś spraw politycznych.

Trudno mu było jednak przestać się martwić, że Dannyl być może nieświadomie pomaga Akkarinowi w jakiejś straszliwej, złowrogiej intrydze.

Na to również nic nie mógł poradzić. Pozostawało jedynie zaufać rozsądkowi Dannyla. Jego przyjaciel nie wypełniałby ślepo rozkazów, zwłaszcza gdyby kazano mu robić coś wątpliwego lub złego.

Nieważne, że Dannyl już wiele razy gościł w Wielkiej Bibliotece, jej siedziba nie przestawała wywierać na nim kolosalnego wrażenia. Wycięte w litej skale drzwi i okna tej budowli były tak ogromne, że bez trudu potrafił sobie wyobrazić jakieś plemię gigantów kształtujących skałę na swoje potrzeby. Pomieszczenia i korytarze we wnętrzu były jednak dostosowane do potrzeb zwykłego człowieka, a zatem przynajmniej one nie były dziełem olbrzymów. Kiedy powóz zatrzymał się przed ogromną bramą, otwarły się mniejsze drzwiczki u jej podstawy i pojawił się w nich urodziwy młodzieniec.

Dannyl uśmiechnął się, czując przypływ czułości na widok swojego przyjaciela i kochanka. Ukłon Tayenda był pełen szacunku, ale towarzyszył mu znajomy szeroki uśmiech.

– Zajęło ci nieco czasu dotarcie tu, Ambasadorze – powiedział.

– Nie wiń mnie za to. Wy, Elynowie, mogliście zbudować miasto bliżej biblioteki.

– Doskonały pomysł. Podpowiem to Królowi, kiedy tylko znów pojawię się na dworze.

– Ty nigdy nie pojawiasz się na dworze.

– Prawda. – Tayend roześmiał się. – Irand chce z tobą rozmawiać.

Dannyl zatrzymał się. Czyżby bibliotekarz wiedział już o tym, co znajdowało się w liście, który właśnie dotarł do Dannyla? Może sam otrzymał podobny.

– O czym?

Tayend wzruszył ramionami.

– Chyba po prostu chce sobie pogadać.

Weszli do korytarza, po czym wspięli się po wąskich schodach do znajdującego się wyżej pomieszczenia. Okna o pięknie rzeźbionych framugach zdobiły jedną z jego ścian. Stały tam nieregularnie pogrupowane krzesła.

Na jednym ze stojących najbliżej siedział starszy mężczyzna. Kiedy zaczął się podnosić na widok maga, Dannyl machnął ręką.

– Nie rób sobie kłopotu, Irandzie – powiedział, opadając na sąsiednie krzesło. – Jak się miewasz?

Bibliotekarz wzruszył nieznacznie ramionami.

– Nieźle jak na starca. Nieźle. A ty, Ambasadorze?

– Dobrze. Nie mam w tej chwili dużo roboty w Domu Gildii. Kilka testów uzdolnień magicznych, jakieś drobne dysputy, trochę niezbyt wielkich przyjęć. Nic naprawdę pochłaniającego czas.

– A jak tam Errend?

Dannyl uśmiechnął się.

– Pierwszy Ambasador jest pogodny jak zawsze – odpowiedział. – I bardzo zadowolony, że znikam mu z oczu na całe dnie.

Irand zaśmiał się krótko.

– Tayend wspominał mi, że wasze poszukiwania prowadzą donikąd.

Dannyl westchnął i zerknął na przyjaciela.

– Moglibyśmy przeczytać wszystkie księgi znajdujące się w tej bibliotece, zakładając, że w którejś może znaleźć się coś nowego, ale potrzebowalibyśmy na to kilku żywotów i setek asystentów.

Kiedy Dannyl zaczął zgłębiać starożytną magię na prośbę Lorlena, ten temat zaintrygował go. Akkarin, jeszcze zanim został Wielkim Mistrzem przez pięć lat podróżował, by poznać dawną magię. Powrócił jednak z pustymi rękami, toteż Dannyl podejrzewał z początku, że Administrator chciał powtórzyć drogę Akkarina po to, by ofiarować przyjacielowi w prezencie informacje, które utracił.

Niemniej sześć miesięcy później, kiedy Dannyl odbył podróż do Lonmaru i Vinu, Lorlen niespodziewanie poinformował go, że nie potrzebuje już poszukiwanych informacji. W tym samym czasie niespodziewanie zainteresował się nimi Rothen. Ten dziwaczny zbieg okoliczności, jak również własna wzrastająca fascynacja tajemnicami dawnej magii zachęciły Dannyla i Tayenda do kontynuowania poszukiwań.

Akkarin w końcu dowiedział się o przedsięwzięciu Dannyla i wezwał go do złożenia raportu. Na szczęście Wielki Mistrz wyraził zadowolenie z postępów Drugiego Ambasadora, aczkolwiek rozkazał Dannylowi i Tayendowi zatrzymać w tajemnicy ich najdziwaczniejsze odkrycie: Komnatę Kary Ostatecznej, którą odnaleźli w ruinach miasta w górach Elyne. Znajdowało się tam sklepienie z naładowanych magią kamieni, które zaatakowały Dannyla, omal go nie zabijając.

Zasadę jej działania nadal okrywała tajemnica. Dannyl powrócił tam i na nowo zapieczętował wejście, po czym wziął się do poszukiwania w Wielkiej Bibliotece jakichś wzmianek o tym niezwykłym miejscu, ale niczego nie znalazł. Najwyraźniej komnata posługiwała się magią nieznaną Gildii.

– Podejrzewam, że dowiedziałbym się czegoś więcej w Sachace – dodał Dannyl – ale Wielki Mistrz zakazał mi się tam udawać.

Irand pokiwał głową.

– I bardzo mądrze zrobił. Nie wiesz, jak by cię tam przyjęli. Z całą pewnością w Sachace są magowie. Nawet gdyby okazali się mniej sprawni od ciebie czy twoich kolegów, mogliby stanowić zagrożenie dla samotnego maga Gildii. W końcu Gildia spustoszyła ogromne połacie ich ziemi, co zapewne wciąż mają jej za złe. Co zamierzasz więc teraz zrobić?

Dannyl wyciągnął z kieszeni szat złożony list i podał go bibliotekarzowi.

Irand zawahał się na widok złamanej pieczęci Wielkiego Mistrza, ale otworzył kartę i zaczął czytać.

– Co to jest? – spytał Tayend.

– Śledztwo – odparł Dannyl. – Wygląda na to, że pewni wielmoże w tym kraju chcieliby założyć własną, dziką Gildię­.

Uczony otworzył szeroko oczy ze zdziwienia, po czym przybrał zamyślony wyraz twarzy. Irand wziął głęboki oddech i spojrzał na Dannyla sponad kartki papieru.

– A zatem on wie.

Dannyl potaknął.

– Na to wygląda.

– Co wie? – spytał Tayend.

Irand podał młodzieńcowi list. Tayend odczytał go na głos.

„Od kilku lat obserwuję wysiłki niewielkiej grupy dworzan w Elyne mające na celu opanowanie magii bez pomocy i kierownictwa Gildii. Niedawno udało im się odnieść pewien sukces. Teraz, skoro jeden z nich zdołał rozwinąć moc, Gildia ma prawo i obowiązek rozprawić się z nimi. Do listu dołączam informacje o tej grupie. Twoja zażyłość z uczonym imieniem Tayend z Tremmelin może być ci przydatna, by przekonać ich, że jesteś godny zaufania”.

Tayend urwał, patrząc na Dannyla.

– Co on przez to rozumie? – zawołał.

Dannyl kiwnął głową w stronę kartki.

– Czytaj dalej.

„Niewykluczone, że buntownicy będą usiłowali wykorzystać informacje dotyczące kwestii intymnych przeciwko tobie, kiedy już ich aresztujesz. Zapewniam cię, że przekonam wszystkich, że to ja rozkazałem ci podsunąć im takie pogłoski, byś mógł zaskarbić sobie ich zaufanie”.

Tayend wpatrywał się w Dannyla.

– Mówiłeś, że oni nic o nas nie wiedzą. Skąd on wie? A może tylko słyszał plotki i uznał, że może być w nich ziarno prawdy?

– Wątpię – wtrącił Irand. – Człowiek pokroju Wielkiego Mistrza nie ryzykuje. Kto jeszcze może wiedzieć o waszej… zażyłości?

Tayend pokręcił głową.

– Nikt. Chyba że ktoś nas podsłuchał… – rozejrzał się dookoła.

– Zanim zaczniemy polowanie na szpiegów, musimy rozważyć jeszcze jedną możliwość – powiedział Dannyl, krzywiąc się i pocierając skronie. – Akkarin posiadł niezwykłe umiejętności. Każdy z nas podlega pewnym ograniczeniom, jeśli chodzi o czytanie w myślach. Nie możemy czytać myśli wbrew czyjejś woli, a żeby w ogóle to zrobić, musimy mieć z tym kimś kontakt fizyczny. Akkarin jednak kiedyś wszedł do umysłu przestępcy, by potwierdzić jego winę. Ten człowiek powinien był zablokować kontakt, a jednak Akkarin przekroczył jego bariery. Niektórzy magowie twierdzą zaś, że Akkarin potrafi czytać w myślach na odległość.

– A zatem przypuszczasz, że odczytał twoje myśli, kiedy byłeś w Kyralii?

– Być może. Albo też kiedy rozkazał mi wrócić do ­Gildii.

Irand uniósł brwi.

– Wtedy, kiedy byłeś w górach? Odczytywanie myśli na taką odległość byłoby czymś niewiarygodnym.

– Wątpię, czy dałby radę to zrobić, gdybym nie odpowiedział na jego wezwanie. Jak już nawiąże się kontakt, on może być w stanie zobaczyć więcej niż to, na co mu się pozwala. – Dannyl wskazał na list. – Czytaj dalej, Tayendzie. Został jeszcze jeden akapit.

Tayend wrócił do listu.

– „Twój asystent spotkał się wcześniej z tymi buntownikami, a zatem powinno mu się udać zorganizowanie spotkania”. Skąd on to wie?

– Miałem nadzieję, że ty mi to powiesz.

Uczony zmarszczył brwi, wpatrując się w kartkę.

– Każdy w Elyne ma jakiś sekret albo i kilka. O niektórych się napomyka, inne lepiej trzymać głęboko w ukryciu. – Spojrzał na Dannyla i Iranda. – Kilka lat temu zostałem zaproszony na tajemne przyjęcie u człowieka zwanego Royendem z Marane. Kiedy odmówiłem, zapewnił mnie, że to nie to, o czym myślę, że nie będzie żadnego folgowania uciechom ciała czy umysłu. Powiedział, że to zebranie uczonych. Zachowywał się jednak dziwacznie, co ja odebrałem jako ostrzeżenie i nie pojechałem.

– Czy cokolwiek w jego słowach mogło wskazywać na to, że oferował kształcenie magiczne? – spytał Irand.

– Nie, ale jakie inne uczone sprawy trzeba trzymać w tajemnicy? Wszyscy wiedzą, że ja kiedyś mogłem pojechać na nauki do Gildii, ale odmówiłem. A moje skłonności też są powszechnie znane. – Rzucił ukradkowe spojrzenie Dannylowi. – On wie, że miałem talent magiczny, może się więc domyślać, dlaczego nie zdecydowałem się przywdziać szaty.

Irand potaknął.

– Wielki Mistrz zapewne też jest tego świadom. A to, że buntownicy usiłują rekrutować każdego, kto odmówił wstąpienia do Gildii albo nie został do niej przyjęty, ma sens. – Urwał i spojrzał na Dannyla. – W dodatku Akkarin bez wątpienia wie też o tobie, a jednak nie usunął cię ze stanowiska ani nie ujawnił. Może jest bardziej tolerancyjny od przeciętnego Kyralianina.

Dannyl poczuł, że po plecach przebiega mu dreszcz.

– To tylko dlatego, że jestem mu potrzebny. Pozwoli, żebym zaryzykował bardzo wiele, byle tylko odnaleźć buntowników.

– Człowiek na jego stanowisku musi opanować sztukę posługiwania się tymi, którzy mu służą – oznajmił twardo Irand. – Zgodziłeś się zostać Ambasadorem Gildii, Dannylu. Twoim obowiązkiem jest zatem działać w imieniu Wielkiego Mistrza w sprawach, które należą do zadań Gildii i za które jest ona odpowiedzialna. Czasem łączy się to z podejmowaniem ryzyka. Miejmy nadzieję, że ryzykujesz wyłącznie swoją opinię, a nie życie.

Dannyl westchnął i pochylił głowę.

– Oczywiście masz rację.

Tayend zachichotał.

– Irand zawsze ma rację… chyba że chodzi o kwestie katalo… – Wyszczerzył się w szerokim uśmiechu, widząc, jak bibliotekarz rzuca mu groźne spojrzenie. – Zakładam więc, że chodzi o to, że buntownicy mogą pomyśleć, że Dannyl ma powody, by czuć niechęć do Gildii, a zatem uznają go za potencjalnego rekruta, tak?

– I nauczyciela – dodał Irand.

Dannyl przytaknął.

– Mogą też uznać, że jeśli nie chciałbym współpracować, oni będą mogli zmusić mnie do zachowania milczenia, grożąc, że ujawnią nasz związek.

– Zgadza się. Musicie jednak zaplanować to ostrożnie – ostrzegł go Irand.

Zaczęli rozważać sposoby zbliżenia się do buntowników. Nie po raz pierwszy Dannyl cieszył się z tego, że bibliotekarz mu ufa. Tayend przed kilkoma miesiącami nalegał, żeby opowiedzieli jego opiekunowi o swoim związku, zapewniając przy tym maga, że ma pełne zaufanie do Iranda. Ku zdziwieniu Dannyla stary człowiek nie był wcale zaskoczony.

O ile obaj wiedzieli, dwór w Elyne nadal uważał, że Dannyl nie ma pojęcia o zamiłowaniu Tayenda do mężczyzn, a już z pewnością go nie podziela. Rothen powiedział Dannylowi, że podobne pogłoski krążyły po Gildii, ale szybko ucichły. A mimo to Dannyl wciąż się obawiał, że prawda dotrze do Gildii, a on zostanie odwołany i wezwany do powrotu.

Dlatego właśnie rozkaz Akkarina, by wyjawić buntownikom prawdę, tak go zdumiał i rozgniewał. Utrzymywanie tajemnicy było wystarczająco trudne. Ujawnienie się rebeliantom stanowiło ryzyko, którego nie miał ochoty podejmować.

*

Było już późno, kiedy ktoś zapukał do jej drzwi. Sonea podniosła wzrok znad biurka i spojrzała ku wejściu do pokoju. Czyżby to jej służąca z wieczorną filiżanką gorącej raki? Uniosła dłoń, a po chwili zatrzymała się w pół gestu. Mistrz Yikmo, Wojownik, który przygotowywał ją do pojedynku, powtarzał zawsze, że mag powinien powstrzymywać się od wykonywania ruchów wspomagających magię, ponieważ zdradzają one zamiary. Bez ruchu zatem rozkazała drzwiom, by się otworzyły. W korytarzu ujrzała Takana.

– Pani – powiedział służący. – Wielki Mistrz żąda, byś stawiła się w bibliotece.

Nie spuszczała z niego wzroku, czując, jak krew mrozi się w jej żyłach. Czego chce od niej Akkarin o tej porze?

Takan czekał, wpatrując się w nią.

Odsunęła krzesło, wstała i podeszła do drzwi. Kiedy tylko wyszła na korytarz, służący ruszył w stronę biblioteki. Podążyła za nim i zajrzała do środka.

Z boku pomieszczenia stało wielkie biurko. Ściany zastawione były regałami. Na środku ustawiono niski stolik i dwa fotele – w jednym z nich siedział Akkarin. Kiedy się ukłoniła, wskazał jej gestem drugi fotel, na którym leżała niewielka książeczka.

– To lektura dla ciebie – powiedział. – Pomoże ci zgłębić tajniki stosowania magii w budownictwie.

Sonea weszła do środka i zbliżyła się do fotela. Książeczka była mała, oprawiona w skórę i bardzo zniszczona. Podniosła ją i otwarła. Kartki pokrywało poblakłe ręczne pismo. Przeczytała kilka pierwszych zdań i zaczerpnęła głęboko powietrza. To był dziennik Mistrza Corena, architekta, który zaprojektował większość gmachów Gildii i który odkrył, jak można magicznie kształtować kamień.

– Chyba nie muszę ci mówić, jaką wartość ma ta książka – odezwał się cicho Akkarin. – Jest rzadka, bezcenna – zniżył głos – i nie może opuścić tego pomieszczenia.

Sonea spojrzała na niego i skinęła głową. Miał poważny wyraz twarzy, a ciemne oczy przewiercały ją na wylot.

– Nie wolno ci też o niej nikomu mówić – dodał cicho. – O jej istnieniu wie zaledwie kilka osób i wolałbym, żeby tak zostało.

Cofnęła się o krok, kiedy podniósł się z fotela i ruszył w kierunku drzwi. Zauważyła, że przez cały czas Takan przyglądał się jej z niespotykaną bezpośredniością, jakby poddawał ją gruntownej ocenie. Napotkała jego wzrok. Pokiwał głową, jakby coś rozważał, po czym odwrócił się. W oddali ucichło echo kroków dwóch osób. Spojrzała na trzymaną w rękach książkę.

Usiadła, otworzyła ją i zabrała się do lektury.

„Ja Coren z Emarin, Domu Velan, postanowiłem sporządzić dziennik mojej pracy i odkryć.

Nie należę do tych, którzy piszą o sobie powodowani próżnością, zwyczajem, czy też pragnieniem, by inni dowiedzieli się o ich czynach. W mojej przeszłości nie było wielu zdarzeń, o których nie mógłbym porozmawiać z przyjaciółmi albo siostrą. Dziś jednak odkryłem potrzebę przelania moich myśli na papier. Natknąłem się na coś, co musi pozostać moją tajemnicą, a jednak równocześnie czuję potrzebę opowiedzenia o tym, aby nikt nie mógł mi zadać kłamu”.

Sonea zerknęła na górę kartki i odczytała datę. Dzięki niedawnym wykładom obliczyła, że w chwili rozpoczęcia pisania tego dziennika Mistrz Coren był młody i ­niespokojny, a poza tym miał problemy z przełożonymi, ponieważ zbyt dużo pił, nie mówiąc o tym, że projektował dziwaczne, niepraktyczne budynki.

„Kazałem dziś przynieść sobie do pokoju kufer. Otwarcie go zajęło mi nieco czasu. Z łatwością poradziłem sobie z magicznymi zamkami, ale wieko było tak zardzewiałe, że ciężko było je poruszyć. Nie chciałem ryzykować zniszczenia tego, co znajdowało się w środku, toteż postępowałem z ogromną ostrożnością. Kiedy w końcu udało mi się odsunąć pokrywę, byłem zarazem rozczarowany i zadowolony. Kufer pełen był skrzynek, a zatem pierwszy rzut oka na zawartość był satysfakcjonujący. Kiedy jednak otwierałem kolejne skrzynie, znajdowałem w środku jedynie księgi. Gdy więc otwarłem ostatnią z nich, poczułem wielkie rozczarowanie. Nie znalazłem zakopanego skarbu. Tylko księgi.

Z tego, co zauważyłem, są to wszystko jakieś zapisy. Czytałem długo w noc i wiele rzeczy mnie zdumiało. Jutro przeczytam więcej”.

Sonea uśmiechnęła się na myśl o młodym magu zamkniętym w swoim pokoju ze starymi księgami. Kolejne wpisy były chaotyczne, nierzadko pomijały kilka dni z rzędu. A potem pojawiła się krótka notatka, kilkakrotnie podkreślona.

„Wiem, co znalazłem! To brakujące zapiski!”.

Wymienił kilka tytułów ksiąg, ale Sonei nic one nie mówiły. Te brakujące tomy były „pełne zakazanej wiedzy”, toteż Coren niechętnie pisał o ich zawartości. Niemniej po kilkutygodniowej przerwie pojawił się dłuższy wpis poświęcony jakiemuś eksperymentowi, a jego zakończenie brzmiało następująco:

„W końcu udało mi się! Trwało to tak długo. Czuję zarówno triumf, jak i przerażenie, którego powinienem był doznać już wcześniej. Nie jestem pewny, dlaczego tak jest. Póki nie udawało mi się odkryć sposobu na posłużenie się tą mocą, byłem wciąż jakby nietknięty. A teraz nie będę mógł powiedzieć, że nie posłużyłem się nigdy w życiu czarną magią. Złamałem przysięgę. Nie przypuszczałem, że tak źle się będę z tym czuł”.

To go jednak nie powstrzymało. Sonea usiłowała zrozumieć, z jakiego powodu ten młody człowiek brnął w coś, co sam najwyraźniej uważał za złe. Wydawało się, że nie potrafi przestać, jakby coś ciągnęło go dalej, ku temu, do czego prowadziło jego odkrycie, nawet gdyby miało to spowodować ujawnienie jego zbrodni.

Prowadziło to jednak do czegoś jeszcze…

„Wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą, jak kocham kamień, to przepiękne ciało ziemi. Ma zmarszczki i pory niczym skóra, ma żyły. Może być twardy, miękki, kruchy lub elastyczny. Kiedy ziemia wypluwa na powierzchnię swoje stopione jądro, jest ono czerwone niczym krew.

Sądziłem, że kiedy nauczę się czarnej magii, położywszy dłonie na kamieniu, poczuję zmagazynowaną w nim niewiarygodną ilość energii życiowej, ale spotkało mnie rozczarowanie. Niczego nie czułem; niewiele ponad łagodne łaskotanie kropli wody. Chciałem być pełen życia. I wtedy to się stało. Niczym Uzdrowiciel, który pragnie przywrócić zdrowie umierającemu, zacząłem wlewać moc w kamień. Zmusiłem go do życia. Wtedy zaczęły się dziać niewiarygodne rzeczy”.

Sonea chwyciła mocno książeczkę, niezdolna oderwać wzroku od tekstu. To odkrycie uczyniło Corena sławnym i wpłynęło na kształt magicznej architektury w kolejnych stuleciach. Uważano je za najważniejsze odkrycie magiczne wielu stuleci. To, czym posłużył się architekt, nie było dosłownie czarną magią, choć do celu doprowadziła go zakazana sztuka.

Sonea zamknęła oczy i potrząsnęła głową. Mistrz Larkin, wykładowca architektury, dałby fortunę za tę książeczkę, ale gdyby poznał prawdę o swoim uwielbianym mistrzu z dawnych czasów, mogłoby to go zniszczyć. Westchnęła, spojrzała z powrotem na tekst i pogrążyła się w dalszej lekturze.

Rozdział 3 Starzy przyjaciele, nowi sprzymierzeńcy

Cery zamaszyście podpisał list, po czym przyjrzał się z zadowoleniem swojemu dziełu. Jego pismo było staranne i eleganckie, papier wysokiej jakości, a atrament czarny. Mimo pojawiających się tu i ówdzie wyrażeń gwarowych – Cery zażądał co prawda, aby Serin nauczył go pisania i czytania, ale nie by zrobił z niego kogoś, kto wyraża się jakby pochodził z Domów – i faktu, że było to pismo domagające się egzekucji człowieka, który oszukał go i uciekł na Stronę Południową, listowi nie można było nic zarzucić.

Uśmiechnął się na wspomnienie, jak prosił Farena, Złodzieja, który ukrywał Soneę przed Gildią, o „wypożyczenie” mu na jakiś czas pisarza. Sądząc po mieszaninie niechęci i wdzięczności na twarzy Farena, Cery zgadywał, że Złodziej odmówiłby, gdyby nie to, że bardzo potrzebował polepszenia swojej pozycji, co mógł uzyskać dzięki takiemu układowi.

Pozycja Farena w świecie Złodziei była chwiejna przez pierwszy rok po tym, jak wydał Soneę w ręce Gildii. Możliwości Złodzieja zależały od siatki ludzi chętnych do pracy dla niego. Niektórzy pracowali za pieniądze, ale większość wolała „pomagać” w zamian za zapowiedzi odwdzięczenia się w przyszłości, które były drugą walutą podziemia.

Faren wykorzystał wiele należnych mu przysług, kiedy ukrywał Soneę, ale to nie powinno było nijak w niego uderzyć. Ludzie wiedzieli, że wedle umowy z Soneą miał ją chronić przed Gildią w zamian za usługi magiczne – ale złamał tę umowę. Pozostali Złodzieje, zaniepokojeni ostrzeżeniami Gildii, że moc Sonei może stać się niebezpieczna, jeśli dziewczyna nie posiądzie należytej kontroli, „poprosili” go, by ją wydał. Jakkolwiek Faren nie za bardzo mógł odmówić żądaniu innych przywódców podziemia, jego słowo zostało złamane. Ludzie muszą wiedzieć, że Złodzieje kierują się jakąś uczciwością – w przeciwnym wypadku jedynie desperaci i głupcy będą z nimi robić interesy. Przed ostateczną ruiną ocalił Farena fakt, że Sonea nigdy nie posłużyła się magią w przydatny sposób, nie dotrzymując tym samym swojej części umowy.

Serin natomiast pozostawał lojalny. Podczas lekcji pisania i czytania udzielił Cery’emu nieco informacji o interesach Farena, ale nie było to nic, czego Cery sam by się nie domyślał. Chłopak uczył się szybko, jako że trochę pomagało mu to, co zapamiętał z lekcji, których skryba udzielał kiedyś Sonei.

Pokazując zaś, że on – przyjaciel Sonei – utrzymuje kontakty z Farenem – jej zdrajcą – Cery upewniał ludzi, że Złodziej jest nadal godzien zaufania.

Wyciągnął z szuflady wąską rurkę z wysuszonej trzciny, zwinął list i wsunął go do środka, po czym zatkał rurkę i zapieczętował woskiem. Następnie wziął do ręki yerim – cienkie metalowe narzędzie o zaostrzonym końcu – i wydrapał z boku trzcinowej rurki imię.

Odłożył trzcinę i obracał yerim w palcach. Nagle szybkim ruchem ręki rzucił narzędziem w przeciwległy kąt pokoju. Wbiło się ostrzem w drewno okładziny. Cery westchnął cicho z zadowolenia. Wykonał i wyważył swój yerim tak, żeby nadawał się do rzucania. Spojrzał na trzy pozostałe, leżące w szufladzie i właśnie miał wyjąć następny, kiedy rozległo się pukanie do drzwi.

Wstał i podszedł do ściany, by wyciągnąć z niej yerim, a potem powrócił do biurka.

– Wejdź! – zawołał.

Drzwi się otworzyły i w środku pojawił się Gol. Jego twarz wyrażała szacunek. Cery przyjrzał mu się uważnie. Czy w jego oczach czaił się wyraz… jakby nadziei?

– Jakaś kobieta do ciebie, Ceryni.

Uśmiechnął się, słysząc w ustach wspólnika swoje pełne imię. To musi być jakaś niezwyczajna kobieta, skoro Gol tak się zachowuje. Jaka ona jest: energiczna, piękna czy ważna?

– Jak ma na imię?

– Savara.

A zatem to nikt, o kim Cery by słyszał, chyba że podała nieprawdziwe imię. W dodatku nie było typowo kyraliańskie, brzmiało bardziej z lonmarska.

– Czym się zajmuje?

– Nie powiedziała.

A zatem może istotnie ma na imię Savara, pomyślał Cery. Jeśli skłamała w kwestii imienia, dlaczego miałaby nie powiedzieć, czym się zajmuje?

– Po co przyszła?

– Twierdzi, że może ci pomóc w rozwiązaniu pewnego problemu, ale nie powiedziała jakiego.

Cery zamyślił się. A zatem uważa, że mam problem. Interesujące.

– Niech wejdzie.