Złap mnie - Lena M. Bielska, Sandra Biel - ebook
BESTSELLER

Złap mnie ebook

Lena M. Bielska, Sandra Biel

4,7

38 osób interesuje się tą książką

Opis

Hakerka, która szuka sprawiedliwości.

Podkomisarz CBŚ, który chce ją dorwać.

 

Dwudziestodwuletnia Iga Zamojska jest jak duch. Ma fałszywy dowód osobisty, a pieniądze zdobywa, wyłudzając dane przez SMS-y. W międzyczasie włamuje się również do domów zamożnych ludzi, korzystając z nieobecności właścicieli. Jednak takie życie potrafi być męczące. Iga znajduje się na granicy wytrzymałości.

 

Dziewczyna nie wie, że nie dla wszystkich ludzi stała się „niewidzialna”. Na jej tropie jest Piotr Skarżyński, trzydziestosześcioletni podkomisarz Centralnego Biura Śledczego Policji. Funkcjonariusz sądzi, że szuka mężczyzny. Nie ma pojęcia, że haker, którego usiłuje złapać, to tak naprawdę młoda kobieta.

 

Czy zabawa w kotka i myszkę skończy się dla podkomisarza sukcesem? Co się stanie, jeżeli Piotr odkryje, że działania Igi nie są podyktowane jedynie egoizmem i chciwością, ale przede wszystkim próbą wymierzenia sprawiedliwości na własną rękę?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 379

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (201 ocen)
149
40
8
3
1
Sortuj według:
MagdaTob22

Nie oderwiesz się od lektury

MEGA! COŚ CAŁKIEM NOWEGO. CZYTA SIĘ SZYBKO I PRZEJEMNIE ! CZEKAM NA WIĘCEJ!
20
wieczorkowna

Nie oderwiesz się od lektury

Jak dobrze było przeczytać tę historię jeszcze raz i przypomnieć sobie Ige i Piotra . Zdecydowanie ukłony dla dziewczyn za ten Duet i książkę która wciąga od pierwszego akapitu nie mogąc się oderwać. Polecam przeczytać i wyrobić własną opinię . Już chce kolejną część !!! Dopiero skończyłam czytać a już za Nimi tęsknię .
10
ma-za1

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacja. Czekam na kolejne części.
00
Lewarska

Nie oderwiesz się od lektury

Super polecam
00
LADA2

Nie oderwiesz się od lektury

Petarda !
00

Popularność




Copyright © 2021

Lena M. Bielska

Sandra Biel

Wydawnictwo NieZwykłe

All rights reserved

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja:

Katarzyna Moch

Korekta:

Aleksandra Szczerba

Katarzyna Olchowy

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Projekt okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

Numer ISBN: 978-83-8178-743-7

Prolog

Odszedłeś. Zostawiłeś mnie w momencie, w którym najbardziej Cię potrzebowałam. Zaufałam Ci, choć tak bardzo się tego bałam. Zaufałam i włożyłam na nos różowe okulary. Myślałam, że chciałeś tego samego, co ja. Sądziłam, że walczyliśmy o wspólną sprawę. Wierzyłam, że to nie był przypadek, że nasze drogi skrzyżowały się ze sobą. 

Zostawiłeś mnie samą. Tak wtedy myślałam. Teraz jednak wiem, że prawda jest zupełnie inna. Nigdy nie miałam zostać sama. I nigdy już nie będę. 

Nienawidzę Cię. Tak bardzo nienawidzę… 

Cienka jest linia między miłością a nienawiścią. Popchnąłeś mnie do przodu. Myślałam, że chciałeś, żebym ruszyła naprzód, ale nie. Może nie wbiłeś mi noża w plecy, ale pomogłeś swoimi czynami przekroczyć granicę. 

W dniu, w którym odszedłeś, znienawidziłam Cię tak bardzo, że… nawet brak mi słów, żeby to opisać. 

Pieprz się.

Rozdział pierwszy

@TheEvilFixer

Zrzuciłam z siebie ubrania i uśmiechnęłam się szeroko. Cieszyłam się, że dokonałam takiego wyboru. Był najlepszą z decyzji podjętych od pewnego czasu. Mimo że jeszcze chwilę temu nawet nie pomyślałabym, że dzisiejsza eskapada skończy się w ten sposób, nie potrafiłam się oprzeć; to po prostu było silniejsze ode mnie. Nachyliłam się i zanurzyłam dłoń w wodzie – idealna! 

Zakręciłam kurki i weszłam do jacuzzi. Położyłam się i jęknęłam z zadowolenia. Zmarzłam, więc teraz miałam szansę porządnie się rozgrzać. Mimo że był już maj, pogoda nie rozpieszczała. Przez ostatnie dni padał deszcz i wiał zimny, nieprzyjemny wiatr.  Dodatkowo ostatni spadek wagi spowodował, że odczuwałam chłód bardziej dotkliwie. Może nie powinnam marnować czasu i się narażać, ale… teraz nie zamierzałam o tym myśleć. 

Wcisnęłam przycisk hydromasażu i napawałam się tym cudownym uczuciem na ciele. Choć powinnam teraz obmyślać plan działania, zastanawiać się nad kolejnym krokiem, może nawet korygować i zmieniać schemat postępowania, by nie zostać złapaną, to nie potrafiłam się skupić. Musiałam dać odpocząć umysłowi. Spięte mięśnie też potrzebowały rozluźnienia, a to jacuzzi było przegenialne. 

Po jakichś trzydziestu minutach leżenia i myślenia o dupie Maryny zaczęłam przeglądać kosmetyki do kąpieli. Niezłą kolekcję miała ta babeczka – właścicielka domu. 

Zamoczyłam włosy i sięgnęłam po szampon. Mocno zaciągnęłam się przecudownym, waniliowo-truskawkowym zapachem tuż przed tym, jak wmasowałam płyn w skórę głowy. Chwilę później ponownie się zanurzyłam, by spłukać pianę. Kolejno wtarłam we włosy odżywkę, umyłam twarz żelem i nałożyłam maseczkę. Następnie wzięłam peeling – naturalny, kawowy. Aż dostałam ślinotoku przez te wszystkie smakowite zapachy. Wymasowałam ciało i zmyłam z siebie resztę kosmetyków. Ze smutkiem wyszłam z jacuzzi, wyciągnęłam korek i wyłączyłam hydromasaż. Wytarłam się ręcznikiem i nasmarowałam olejkiem. 

Czułam się genialnie. Po tym hydromasażu nawet moje piersi wyglądały na jędrne i sterczące. Lubiłam je. Najbardziej uwielbiałam w nich kolczyki w sutkach. Jako że dzięki nim były jeszcze bardziej wrażliwe, potrafiłam dojść od samych pieszczot. W sumie miałam ochotę pobawić się ze sobą albo z Michałem, ale to później – jak wrócę wieczorem do jego mieszkania. 

Schyliłam się, by wziąć z podłogi ciuchy. Zrobiłam krok, ale… poślizgnęłam się na kafelkach. Próbując uniknąć zaliczenia gleby, złapałam za kurek na wannie i… niechcący go urwałam.

Naprawdę niechcący!

– Kuźwa! Pieprzone gówno! – krzyknęłam spanikowana. 

Złapałam się za głowę. Nie miałam pojęcia, co powinnam zrobić. Nie znałam się na hydraulice! 

Byłam przerażona. W popłochu zaczęłam się ubierać. 

Noż kuźwa! Przez tryskającą pod wysokim ciśnieniem wodę znowu byłam cała mokra! Na domiar złego moja dupa nie chciała zmieścić się w dżinsy, które jakimś cudem skurczyły się o trzy rozmiary. 

Byłam bliska wybicia sobie zębów, kiedy biegłam do drzwi. Wzięłam plecak, który zostawiłam wcześniej na korytarzu, i wybiegłam z domu. Kiedy dotarłam za bramę, musiałam się zatrzymać i pochylić. Ułożyłam ręce na kolanach. Sapałam jak lokomotywa. Dodatkowo złapał mnie jeszcze kaszel. Pieprzony brak kondycji kiedyś mnie wykończy – tak samo jak fajki. 

Walę to! Od jutra rzucam palenie i zaczynam biegać. 

Dobra, mówiłam tak średnio co dwa dni od ponad trzech lat. Nienawidziłam biegać. Jeszcze w szkole na wychowaniu fizycznym jakoś sobie radziłam, choć nigdy nie byłam mistrzynią w sporcie. Teraz natomiast lepsza kondycja by mi się przydała, żebym mogła doprowadzić sprawę do końca.

Po kilku minutach wreszcie się wyprostowałam, jednak nie całkiem, bo złapała mnie kolka. No tak – jak nie urok, to sraczka. 

Szłam powoli, docierając do bardziej ruchliwych ulic Kostuchny. Choć ta dzielnica Katowic to było zadupie, przynajmniej znajdowało się tu dużo domów niesąsiadujących z innymi. Raczej nikt mnie nie widział, a nawet gdyby, to obszerna bluza z kapturem zaciągniętym na głowę uniemożliwiała rozpoznanie mnie. Ha! Byłam jak ninja! No prawie… Gdybym jeszcze miała lepszą albo w ogóle jakąkolwiek kondycję byłoby o wiele prościej.

Niedługo później stałam już kilkanaście metrów od przystanku. Wolałam nie narażać się psiarni i nie dostać mandatu. Oni tylko na to czekali, by kogoś udupić za palenie fajek. Nawet wtedy, gdy jedyną osobą na tym przystanku był sam palący. Nie byłam zresztą aż taką suką. Zawsze odsuwałam się od ludzi, gdy paliłam, bo wiedziałam, że komuś może przeszkadzać dym, ale bez sensu było, że teraz stałam jak ciul, kiedy obok znajdowała się wolna ławeczka. 

Przydeptałam peta butem, jak tylko zauważyłam nadjeżdżający autobus. Kiedy się zatrzymał, weszłam do niego i usiadłam na wolnym miejscu z tyłu. Podróż do centrum o tej porze to jak nic prawie godzina, albo i dłużej. A później jeszcze spory kawałek do Silesii City Center. Mogłam albo przesiąść się na tramwaj, albo zapieprzać piechtobusem. 

Właśnie! Muszę ogarnąć finanse. 

Wyciągnęłam z plecaka portfel i przeliczyłam gotówkę. Prychnęłam pod nosem. Trzynaście dwadzieścia ledwie wystarczy na fajki, a przecież już kończył mi się zapas Mamby. Wyciągnęłam z opakowania jedną gumę rozpuszczalną i wsadziłam ją do ust. To najlepszy wynalazek ludzkości, a jednocześnie mój najgorszy nałóg. Tak jak mi stykała1 paczka szlugów na półtora dnia, tak opakowań Mamby zjadałam około piętnastu dziennie, a w każdej było po sześć porcji. Wychodziło dziewięćdziesiąt gum na dobę. 

Kuźwa. Jestem mamboholiczką. 

Zaburczało mi w brzuchu, więc od razu wzięłam kolejną gumę i oparłam głowę o szybę. Znów zaczęło padać. Nienawidziłam takiej pogody. Kochałam słońce i upał, a nie szarówę i pizgawicę. Byłam meteopatą. W takie dni nie miałam na nic siły. 

– Bileciki do kontroli – usłyszałam znienawidzone słowa wypowiedziane przez kanara. 

Rozejrzałam się szybko i przekalkulowałam, czy miałam szansę spieprzyć na najbliższym przystanku, zanim by do mnie dotarli. Od razu jednak uświadomiłam sobie, że nie było na to ani cienia szansy.

Kuźwa.

Wygrzebałam podrobiony dowód i zacisnęłam mocno szczękę. Modliłam się w duchu, by ciul nie był spostrzegawczy, bo ten plastik to była kpina. Sprawne oko natychmiast mogło zauważyć, że coś z nim jest nie tak. 

Kiedy podszedł szczyl młodszy ode mnie, parsknęłam cicho pod nosem. KZK GOP nie miał już kogo zatrudniać, tylko dzieciaki z mlekiem pod nosem? 

Kanar nawet nie zdążył nic powiedzieć, a ja już wystawiałam w jego stronę fałszywkę. Koleś zrozumiał, że nie miałam biletu, i od razu zaczął mi wypisywać mandat. 

– Czemu bez biletu… Judyto? – zapytał, a następnie podał mi świstek i dowód. 

– Nie stać mnie – odpowiedziałam i wzruszyłam ramionami. 

– Teraz zapłacisz więcej – skwitował, ale na szczęście oddalił się w stronę następnego pasażera.

Chuja zapłacę! Judyta Nowak nie istnieje, choć zapewne gdzieś w Polsce żyje sobie taka kobieta, tylko szkoda, że pod widniejącym na plastiku adresem znajduje się Urząd Skarbowy. Pokręciłam głową i zaśmiałam się pod nosem. Otaczali mnie debile. 

Wysiadłam powoli z autobusu, gdy ten zatrzymał się na dworcu. Lewa noga lekko mi zdrętwiała. Skrzywiłam się, bo to było cholernie irytujące i boleśnie nieprzyjemne uczucie. No tak. Oprócz nałogowego palenia papierosów, pożerania Mamby w ilościach zastraszających, kochałam też kawę. Drętwienie nóg i skurcze były tego efektem.

Odetchnęłam katowickim smrodem. Stare ikarusy nadal były w użytku, a jak stanęło się przy rurze wydechowej, to spaliny mogły nawet ubrudzić ubranie. Wyglądało się wtedy jak grubiorz2 po szychcie. 

Spojrzałam na budynek dworca. Był brzydki, ale i tak nie chciałam, by się zmieniał. Mieli jednak w planach jego modernizację, rozbudowę czy tam przebudowę. Planowali wszystko zmienić. Chcieli jakąś nową galerię stworzyć. 

Westchnęłam i zaczęłam iść w stronę Stawowej. W sumie w planie miałam skoczenie do Silesii, ale mi się odechciało. McDonald’s musiał mi styknąć. 

Wiele osób nie lubiło centrum przez wieczny hałas i smog, jednak to właśnie tutaj czułam się najlepiej. Za dzieciaka mieszkałam na Bogucicach. Byłam do tych wszystkich niedogodności przyzwyczajona. 

– Cześć, Zdzisiu! – przywitałam się z moim kolegą siedzącym przy Żabce. 

– Judyta! Dawno cię nie widziałem. Zaczynałem się bać, że znów wpakowałaś się w kłopoty. – Przeszył mnie wzrokiem.

W odpowiedzi zakreśliłam palcem aureolę nad kapturem, po czym złożyłam ręce jak do modlitwy. Zdzisio parsknął śmiechem i pokręcił przy tym głową, a ja wyciągnęłam ostatnie pieniądze i mu je wręczyłam. W sumie głupio mi było dawać mu ledwo ponad dychę, bo to dzięki niemu miałam konto w banku i kartę, ale nie miałam więcej. 

– Chcesz fajki? – zapytałam i sięgnęłam do kieszeni bluzy po paczkę. 

Jak tylko ją otworzyłam, westchnęłam żałośnie. Zostały mi tylko trzy. Mimo wszystko wyciągnęłam jednego szluga i wcisnęłam Zdzisiowi opakowanie. Uśmiechnął się do mnie ciepło, gdy się z nim żegnałam. 

Odpaliłam papierosa i stanęłam przed wejściem do Maka. Paliłam spokojnie i wolno. Musiałam się nacieszyć tą fajką, bo nie wiedziałam, kiedy uda mi się zdobyć jakąś kasę. Miałam nadzieję, że łowy będą owocne, a ludzie jak zawsze naiwni. 

Wrzuciłam peta do kosza i weszłam do restauracji. Zaczęłam się rozglądać za wolnym stolikiem i krew mnie zalała. Kuźwa, jak zawsze zajebane. Co ci ludzie, pracy nie mają? Dzieciaki nie powinny przypadkiem siedzieć w domach na dupach i się uczyć? 

Chyba zbliżała mi się ciota, bo jakoś wszystko działało mi na nerwy bardziej niż zazwyczaj. 

Alleluja! Ludzie właśnie zwolnili stolik! 

Usiadłam przy nim, jak tylko odeszli, i od razu zaczęłam przeklinać i marudzić pod nosem. Pieprzeni idioci nie potrafili wziąć ze sobą tacek i ogarnąć syfu, który narobili! Ileż można tłumaczyć debilom, że tam, gdzie nikt im nie przynosi żarcia do stolika, trzeba po sobie posprzątać?! 

Na szczęście chwilę później podeszła jakaś kobieta i uprzątnęła cały ten burdel. Podziękowałam jej, uśmiechając się do niej szczerze. Następnie wyciągnęłam z plecaka laptopa i podłączyłam ładowarkę. Dobrze, że blisko mnie znajdowało się gniazdko. Połączyłam się z darmowym Wi-Fi i czekałam, aż wszystko się załaduje. 

Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej i jednocześnie pokręciłam z niedowierzaniem głową. Ludzie jednak byli totalnymi kretynami. Na piętnaście wysłanych wiadomości, że są proszeni o dosłanie pieniędzy na opłatę celną za paczkę z zagranicy, dziewięcioro się zalogowało i podało wszystkie dane do konta bankowego. 

Mnie to ułatwiało życie, bo miałam dostęp do hajsu, ale jednocześnie nie potrafiłam zrozumieć tych osób. Przecież co chwilę podawali w mediach informacje, by nie odpowiadać na tego typu maile czy wiadomości tekstowe, bo były to próby kradzieży, a ludzie i tak dalej to robili. 

Powoli wszystko przeglądałam. Logowałam się, potem sprawdzałam, ile kto miał na koncie, i na koniec przelewałam sobie nieduże kwoty – takie, by nikt z właścicieli się nie zorientował. W sumie uzbierały mi się z tego niecałe dwie stówki. Wolałam nie szaleć. Musiałam być ostrożna. Czułam w kościach, że ktoś miał mnie na celowniku, a ja nie mogłam wpaść. Nie mogłam dać się złapać. Miałam misję do wykonania, cel mojego marnego życia. Musiałam doprowadzić sprawę do końca.

Wyłączyłam komputer, gdy pieniądze były już na moim koncie – a raczej na koncie Zdzisia. Odeszła mi jednocześnie ochota na żarcie w tym miejscu, jak tylko zobaczyłam chorobliwie otyłego faceta, który obżerał się powiększonym zestawem. Aż się wzdrygnęłam, kiedy z Big Maca wyleciały na tacę składniki, a on wziął je do rąk i z powrotem wcisnął między połówki bułki. 

Spakowałam laptopa do plecaka i sięgnęłam do kieszeni spodni. 

Kuźwa! Nie! Nie! Nie!

Zaczęłam się obmacywać, a za chwilę dokładnie przeszukiwać plecak. Z przerażenia oblał mnie pot. Oddech mi przyspieszył. 

Nie! To nie może być prawda! 

Prawie się rozpłakałam. 

To jakiś koszmar! Nie mogłam go zgubić! 

– Przepraszam, dobrze się pani czuje?

Nie! Nie czuję się dobrze. Właśnie straciłam sporą część swojego życia. Kuźwa!

Rozdział drugi

podkom. Piotr Skarżyński

Puściłem drążek i sapnąłem głośno. Nie było nawet szóstej rano, więc na siłowni znajdowałem się sam – nie licząc oczywiście recepcjonistki. Wziąłem ręcznik z ławeczki i wytarłem nim kark, a następnie przewiesiłem go przez ramię i napiłem się wody prosto z butelki. Przyjemny chłód rozlał się po moim ciele. Potrzebowałem tego. Nie potrafiłem w nocy zasnąć. Czułem mrowienie na całym ciele. Instynkt podpowiadał mi, że miało się coś wydarzyć. Coś… 

Rozdzwonił się mój telefon. 

Podszedłem do okna i sięgnąłem ręką na parapet. Spojrzałem na wyświetlacz. Maciek. Serce mi przyspieszyło. Czułem adrenalinę rozpływającą się po moim ciele. 

– Haker znowu się włamał – to były jego pierwsze słowa.

– Ile razy mam ci powtarzać, że to nie jest haker, a cracker, kurwa. – Westchnąłem. Z telefonem przy uchu ruszyłem w kierunku szatni. – Co tym razem? 

– Baza danych biura podróży Flaming.

Wszedłem do szatni, po czym otworzyłem swoją szafkę. Przycisnąłem telefon ramieniem do ucha i nasypałem dwie miarki białka do shakera, a potem dolałem do niego wodę. 

– Co sprawdzał? – zapytałem i jednocześnie zakręciłem shaker. Zacząłem nim poruszać w górę i w dół, żeby wymieszać białko z wodą. 

– Jak zwykle adresy. Tym razem w Piekarach Śląskich. 

Wzniosłem oczy ku niebu i przekląłem siarczyście. Kurwa. Jakiś czas temu był Chorzów. 

O co mu, do diabła, chodzi?

– Wyślij mi…

– Masz już wszystko na skrzynce pocztowej – przerwał mi i chrząknął. – Czemu nazywasz go crackerem? Przecież jest nieszkodliwy. 

Parsknąłem śmiechem i zamknąłem z trzaskiem szafkę. 

– Maciek – westchnąłem – byłby nieszkodliwy, gdyby włamywał się tylko po to, żeby pokazać luki w zaporach. Nie robi tego. Wyciąga informacje. Chuj wie tak właściwie po co. 

– Nie rozumiem, czemu się na niego uparłeś – wymamrotał i się rozłączył. 

Nikt tego nie rozumiał. Nawet mojemu przełożonemu średnio się podobało, że oprócz zadania znalezienia dowodów na właściciela koncernu farmaceutycznego zajmowałem się jeszcze sprawą crackera. Cóż. Mój przełożony nie rozumiał, że ów cracker zostawiał po sobie ślady. Dokładnie takie same, jakie znaleźliśmy na serwerach drugiej firmy gościa, którego zamierzałem przyskrzynić.

Nie chciałem złapać crackera, żeby wsadzić go do pierdla, a po to, żeby wykorzystać jego wiedzę. Sam nie mogłem nikomu zlecić zhakowania baz danych, ale za to mogłem – gdybym tylko aresztował crackera – wykorzystać jego komputery i dyski jako dowody. Może nawet udałoby mi się go zaszantażować i ugrać z nim pomoc w zamian za puszczenie go wolno.

Wziąłem prysznic, a potem ubrałem się – standardowo – w ciemne dżinsy i czarną koszulę. Poprawiłem mankiety, w które wpiąłem spinki z moimi inicjałami, i przerzuciłem przez ramię torbę. Miałem jeszcze wilgotne włosy po kąpieli, ale na dworze było już wystarczająco ciepło, żeby szybko wyschły.

Pożegnałem się z dziewczyną z recepcji i wyszedłem na budzącą się do życia ulicę w Piekarach Śląskich. Jakaś kobieta akurat wchodziła na teren siłowni i posłała mi uśmiech, mrugając do mnie. Spojrzałem na nią obojętnie, jednocześnie wsuwając na nos okulary przeciwsłoneczne, i ruszyłem w kierunku terenówki. Wytargałem zza wycieraczki mandat za parkowanie na zakazie. Prychnąłem pod nosem, zmiąłem świstek i wrzuciłem go do pobliskiego kosza. Wysłałem wiadomość do Maćka, żeby usunął dane mojego samochodu z bazy mandatów. Chociaż tyle mogłem mieć z tego, że przyjechałem na pieprzony Śląsk w pogoni za dupkiem z La Santé i musiałem mieszkać w jakiejś starej leśniczówce w lesie. Nie mogłem nawet zabrać swojej fury. Nie dałbym rady wjechać nią do lasu po tych wertepach i dziurach. Zanim udałoby mi się przejechać pięć metrów, pewnie rozwaliłbym zawieszenie.

Kilkanaście minut później wjechałem na podwórko i wyskoczyłem z samochodu. Potknąłem się przy okazji o Kirę – siedmioletnią sukę owczarka niemieckiego, łażącą za mną krok w krok.

– Szafir! – ryknąłem, próbując jednocześnie zlokalizować, gdzie, do cholery, był mój drugi pies.

Kira należała do tych lepiej wychowanych i bardziej zapatrzonych w człowieka. Szafir… Szafir zwykle miał wszystko i wszystkich w dupie. Czasami chętny był na spędzanie czasu z człowiekiem, ale tylko wtedy, gdy mógł coś na tym zyskać. Gnojek.

Z oddali dotarł do mnie odgłos szczekania, a potem zza budynku wybiegła wielka kulka ośmioletniej sierści. Szafir dobiegł do mnie, szczeknął trzy razy głośno i – zanim zdążyłem się odezwać – usiadł przede mną i podał mi łapę. Przywitałem się z nim i poczochrałem jego sierść między uszami. Szafir był moim psem od niecałego roku. Kira zaś była ze mną już dwa lata. Oba psy były już na pieskiej emeryturze – Szafir swego czasu zajmował się szukaniem narkotyków, a Kirę szkolono do odnajdywania zwłok. Teoretycznie te dwa pchlarze mogły jeszcze pracować, ale niestety zaczęły mieć problemy ze stawami i policja chciała się ich pozbyć. Przygarnąłem je więc do siebie. Nie chciałem, żeby skończyły w schronisku.

Zagwizdałem na nie i ruszyłem w kierunku wejścia do domu. Skrzywiłem się na widok popękanej balustrady wokół tarasu. Pieprzona rudera. Oczywiście, kurwa, nie była podpięta do kanalizacji. Dobrze, że miała prąd i normalną toaletę, chociaż musiałem co jakiś czas załatwiać szambiarkę. 

– Ja pierdolę – wymamrotałem do siebie i wszedłem do budynku.

Wprowadziłem się do niego trzy miesiące wcześniej. Dokładnie wtedy, kiedy cracker zaczął się coraz bardziej panoszyć po serwerach biur podróży – najczęściej Flaminga. Nie miałem pojęcia, po cholerę potrzebował adresów ludzi, którzy wykupywali wycieczki, ale już wiedziałem, że byłem blisko znalezienia odpowiedzi na to pytanie. 

Na polanie oprócz domu stała stodoła. Całość zaś była ogrodzona betonowym płotem. Do najbliższych budynków miałem z tego miejsca dobre trzy kilometry pieszej wędrówki. Samochodem cztery – droga była bardziej zawiła niż udeptane ścieżki między drzewami. 

Mieszkanie w lesie miało jednak swoje plusy. Miałem tu ciszę i spokój. Mogłem siedzieć, myśleć i planować kolejne kroki. Nie musiałem przejmować się ewentualnymi hałasami, gdyby udało mi się złapać crackera albo gdybym chciał potrenować strzelanie do celu.

– Macie. – Postawiłem miski z żarciem na drewnianej podłodze w salonie. Wieczorem włożyłem zamrożone porcje do lodówki, więc teraz były idealne do podania.

Odkąd sam zacząłem przygotowywać psom jedzenie, ich wyniki się poprawiły. Nie wiedziałem, jaki syf żarły wcześniej, gdy były pod opieką policji, ale nie zamierzałem już nigdy więcej pozwolić, żeby jadły coś innego niż BARF3.

Zrobiłem sobie herbatę ziołową, a potem wziąłem laptopa i usiadłem na tarasie. Włączyłem komputer, zalogowałem się na skrzynkę pocztową i zacząłem przeglądać to, co przesłał mi Maciek. 

Cracker, który zostawiał po sobie podpis „TheEvilFixer”, ściągnął adresy kilku klientów biura podróży Flaming. Wszystkie z Piekar Śląskich. Większość z rejonów, gdzie domy ledwo co zaczęły się budować. Zmarszczyłem brwi i upiłem łyk herbaty, próbując rozgryźć system działania przeciwnika. Powinienem był się teraz bardziej zajmować znalezieniem dowodów na łapówkarstwo i przekręty VAT-owskie fiuta z La Santé, ale… Słuchałem intuicji, a ona podpowiadała mi, że odnalezienie crackera mogło mi bardzo pomóc. 

– Co tam, Maciek? Masz coś jeszcze? – rzuciłem do telefonu kilka godzin później, gdy znowu do mnie zadzwonił.

– Zgłoszenie z Kostuchny o włamaniu – odparł od razu.

– Czemu miałoby mnie interesować jakieś… 

– Ten sam adres wyciągnął twój haker ponad tydzień temu – przerwał mi. – Dom należy do pracownicy La Santé.

Zamarłem z dłonią na grzbiecie Kiry. To nie mógł być przypadek.

– Wyślij mi ten adres – rzuciłem do niego szybko i zerwałem się na równe nogi.

Zamknąłem dom, a potem zbiegłem po schodach i wpadłem do samochodu. Przepisałem na szybko adres podesłany przez Maćka do nawigacji i ruszyłem w kierunku wyjazdu z lasu, pozostawiając za sobą tumany kurzu. Terenówka znowu nadawała się do mycia. Kurwa. Nienawidziłem babrać się z czyszczeniem samochodu, ale jeszcze bardziej nienawidziłem jeździć upieprzonym wozem. 

Niecałą godzinę później zaparkowałem pod domem, pod którym stał policyjny radiowóz. Wyszedłem z auta i skierowałem się do budynku. Po drodze minąłem policjanta. Popatrzył na mnie ze zdziwieniem, ale nawet mnie nie zatrzymał, gdy pokazałem mu blachę4. Najwyraźniej kończyli już czynności, więc mogłem wkroczyć do akcji.

Zadzwoniłem dzwonkiem do drzwi i niecierpliwie czekałem, aż ktoś je otworzy. 

– Tak? – W progu stanęła młoda kobieta. Trzymała na rękach małego, ujadającego yorka. – Cicho, Bazyl!

– Dzień dobry – przywitałem się i wystawiłem w jej kierunku legitymację. – Podkomisarz Piotr Skarżyński, Centralne Biuro Śledcze. Możemy porozmawiać?

– Ale… – Zmarszczyła brwi. – Nie rozumiem. My tylko zgłosiliśmy włamanie. Dlaczego… 

– Możemy porozmawiać w środku? – przerwałem jej niecierpliwie.

Nie miałem najmniejszej ochoty gadać z nią na zewnątrz. Poza tym chciałem się rozejrzeć po wnętrzu. Liczyłem na znalezienie jakiejś poszlaki, którą policjanci mogli przeoczyć.

Kobieta w końcu wpuściła mnie do domu, a potem poprowadziła do salonu. Stał w nim jakiś mężczyzna – prawdopodobnie drugi właściciel domu – i policjant. 

– Dzień dobry, podkomisarz Skarżyński – przedstawiłem się i uścisnąłem dłoń najpierw obcego mężczyzny, a potem funkcjonariusza. – Możemy porozmawiać? – zapytałem tego drugiego, kiedy zobaczyłem, że na stole przed nim leży mały pendrive w foliowej torebce.

– Oczywiście – przytaknął.

Ruszyłem do wyjścia, a potem stanąłem przy schodach na zewnątrz budynku i spojrzałem na młodego policjanta.

– Prowadzę pewne dochodzenie, które doprowadziło mnie do tego domu. Zauważyłem, że znaleźliście pendrive’a zapewne nienależącego do właścicieli. Potrzebuję go.

– Przepraszam, podkomisarzu, ale nie rozumiem, po co… 

– Muszę skonfiskować dowód. Mogą na nim być ważne informacje, których potrzebujemy do doprowadzenia akcji do końca – przerwałem mu i wyciągnąłem dłoń w jego kierunku. – Proszę zadzwonić do swojego przełożonego i go o tym poinformować. Proszę to zrobić teraz. Trochę mi się spieszy.

Wlepił we mnie zaskoczone spojrzenie, ale w końcu posłusznie wybrał numer telefonu i przeprowadził rozmowę ze swoim – jak się domyślałem – szefem. Kilka minut później ruszałem już spod okradzionego domu, a na fotelu obok mnie leżał woreczek strunowy z dyskiem przenośnym w środku. Oczywiście, że udało mi się zdobyć ten dowód. W końcu moja sprawa była dużo ważniejsza niż jakieś mało znaczące włamanie do domu, w którym zostało uszkodzone tylko jacuzzi. To znaczy dla nich to włamanie było mało znaczące, ale nie dla mnie. To nie mógł być przypadek, że cracker włamał się do domu pracownika La Santé. Zastanawiałem się tylko, czy zdołał coś ukraść, czy nie. Jeśli tak i były to informacje dotyczące koncernu, to pracownica mogła specjalnie nie chcieć zgłaszać kradzieży. Hmm…

Wróciłem do leśniczówki i od razu zabrałem się za przeglądanie zawartości dysku. Zmrużyłem oczy, gdy zauważyłem, że foldery były zabezpieczone hasłem.

– Kurwa! – Zacisnąłem dłonie w pięści. 

Nie mogło być za pięknie, prawda? Mogłem się, kurwa, domyślić, że ten facet zabezpieczał się na każdy z możliwych sposobów. Wiedziałem, że nie byłem w stanie sam złamać hasła. Nie znałem się na komputerach. Musiałem więc podskoczyć do Maćka i podrzucić mu dysk, żeby to ogarnął. Nie chciało mi się jednak załatwiać tego natychmiast, bo Maciek mieszkał pod Bielskiem. Musiałbym spędzić co najmniej półtorej godziny na jeździe autem. 

Westchnąłem ciężko i zatrzasnąłem laptopa, a potem udałem się do kolejnego pomieszczenia. Zapaliłem światło, po czym wlepiłem spojrzenie w ścianę naprzeciwko wejścia.

Na środku wisiało przyklejone zdjęcie właściciela La Santé – Brunona Adamskiego. Obok niego znajdowało się kilka fotek, które przedstawiały jego wizyty u urzędników i na bankietach. Wszystko było połączone czerwonymi, żółtymi i zielonymi sznurkami. Każdy kolor miał swoje znaczenie. Zielone oznaczały moje podejrzenia co do związku między danymi osobami czy sytuacjami. Żółte zaś przedstawiały konkretne zależności, ale nie wyglądały mi na jakoś specjalnie ważne dla sprawy. Czerwone… Czerwonych było najmniej, ale to one były kluczem do rozwiązania.

To właśnie czerwonym sznurkiem połączonych było kilka najważniejszych zdjęć i kartek, ale ostatnio skupiałem się tylko na jednym świstku.

Na fiszce z napisem „TheEvilFixer”.

Rozdział trzeci

@TheEvilFixer

Od trzech dni byłam posrana z nerwów. Nie potrafiłam spać. Gdyby dysk wpadł w niepowołane ręce, marny byłby mój koniec. Ratowało mnie jedynie hasło zabezpieczające foldery, ale ono nie było nie do złamania. Nie istniały zabezpieczenia nie do przejścia. Niestety.  

Z drugiej strony, jakbym miała to olać i od początku zbierać wszystkie informacje, to cały mój plan poszedłby się jebać! To były prawie trzy lata intensywnej pracy i ryzykowania własnego życia! Musiałam zacząć działać już teraz, inaczej mogło być za późno na wszystko. 

Idiotka! Jak mogłaś go zgubić?! 

Z jękiem opadłam na oparcie. Siedziałam standardowo w Maku. Od rana mieli otwarte, i do tego podawali całkiem smaczną kawę. Korzystałam z tego – tak samo jak z ich darmowego Wi-Fi. Działałam w internecie jako TheEvilFixer tylko wtedy, gdy byłam podłączona do publicznej sieci. Nie mogłam robić tego z mieszkania Michała. Mogliby mnie wtedy dorwać już dawno temu, dodatkowo naraziłabym na niebezpieczeństwo również Michała, a to nie wchodziło w rachubę. 

Kuźwa, byłam zmęczona ukrywaniem się; udawaniem kogoś, kim nie jestem. Miałam tego dość. Chciałam się poddać. Wrócić z podkulonym ogonem i błagać brata, by pomógł mi się ogarnąć. Jednak zawsze w takich momentach przypominała mi się nasza ostatnia rozmowa przed ucieczką, podczas której mnie zwyzywał i kazał porzucić plany. Według niego nie miały żadnego sensu, a w ten sposób narażałam ich tylko na niebezpieczeństwo. Zacisnęłam mocno szczękę – tak bardzo, że aż zazgrzytałam zębami. On i Zuzka nic nie rozumieli! Jakby ich to wszystko nie dotknęło, czego tym bardziej nie potrafiłam zrozumieć… 

Dopiłam trzeci kubek kawy i ruszyłam do kasy po kolejny. Na szczęście nie było zbyt wielu ludzi, także po chwili z napojem w ręku usiadłam na poprzednim miejscu, którego nikt mi nie zajął. Wzięłam łyka i od razu syknęłam. Oparzyłam sobie język. Warknęłam na siebie i swoją głupotę, a następnie spojrzałam na ekran laptopa, przyciskając język do zębów. Czasami zapominałam, że kawa w Maku była gorąca.

Na koncie uzbierałam już ponad czterysta złotych i jak na razie nie potrzebowałam więcej. 

Wyciągnęłam telefon z kieszeni i odczytałam wiadomość od Michała. W sumie nikt inny nie miał tego numeru. To mógł być tylko on lub operator. 

Jutro robię imprezę. Wiesz, że jesteś mile widziana, więc może zrób wyjątek i tym razem zostań w mieszkaniu. :)

Pokręciłam głową i prychnęłam cicho pod nosem. 

Nie miał pojęcia, dlaczego stroniłam od ludzi, a właściwie dlaczego nie chciałam poznawać nowych. Im mniej osób znało mnie jako Judytę Nowak, tym mniejsza była szansa, że zostanę zdemaskowana. Nawet Michał nie wiedział, że tak naprawdę nazywam się Iga Zamojska.

Michała poznałam w liceum, gdy szukał kogoś, kto był w stanie wykraść pytania do sprawdzianów. Poszłam w to, bo potrzebowałam kasy. Nasz kontakt pierwotnie był tylko mailowy. Jednak od słowa do słowa doszło do tego, że spotkaliśmy się na żywo. Przez jakiś czas plułam sobie w brodę, że doszło do tego spotkania, ale dzięki temu – po ucieczce z domu brata – przygarnął mnie do siebie i nie skończyłam jako bezdomna. Dwa dni spania w parku były wystarczająco traumatycznym przeżyciem. 

Odpisałam mu, że niebawem wracam, a następnego dnia zmyję się na noc. W odpowiedzi zwrotnej zaproponował wspólne spędzenie dzisiejszego popołudnia. Uśmiechnęłam się do siebie i zaczęłam zbierać do wyjścia. Zarzuciłam plecak na ramię, chwyciłam kubek w ręce i wyszłam na ulicę, od razu kierując się na przystanek autobusowy. 

Zaczęłam biec, gdy zobaczyłam, że autobus jadący na Ligotę właśnie podjechał. W ostatniej chwili udało mi się wskoczyć do środka. O tej porze nie było tłoczno, dlatego zajęłam jedno z miejsc na tyle busa i próbowałam uspokoić przyspieszony oddech. Kiedy w końcu mi się to udało, powoli dopiłam kawę, wyglądając przez okno. Westchnęłam, zastanawiając się, czemu życie było tak bardzo chujowe, niesprawiedliwe i po prostu zjebane.

Przeklęłam pod nosem, gdy autobus, zamiast skręcić w prawo przy Siódemie5, pojechał prosto. No tak, porąbały mi się trasy. Musiałam wyskoczyć na najbliższym przystanku, a potem skierować się w stronę Medyka6. Zanim jednak dotarłam do celu, zahaczyłam o Żabkę. Musiałam kupić fajki i Mamby. Na szczęście mieli moje ukochane gumy. Bez nich nie potrafiłam normalnie funkcjonować. 

Kiedy tylko wyszłam ze sklepu, odpaliłam fajkę i ruszyłam przed siebie. Mijając cmentarz w Panewnikach, przyspieszyłam kroku. Po plecach przeszedł mi nieprzyjemny dreszcz. Nienawidziłam cmentarzy.

Nagle, widząc przed sobą sporych rozmiarów psa, podskoczyłam nerwowo w miejscu i cofnęłam się kawałek. W oczach stanęły mi łzy, a ręce natychmiast zaczęły drżeć. 

Pieprzeni ludzie nie potrafili trzymać kundli na smyczy albo w kagańcu?! Niejednokrotnie ktoś się ze mnie nabijał, że dorosła baba, a boi się psa. Kuźwa, a mało jest przypadków pogryzień? Ja nie mogłam chodzić z nożem przy dupie, ale oni z psem, który również mógł porządnie człowieka uszkodzić, to już tak?! 

– Spokojnie, nie gryzie – odezwała się babeczka i pociągnęła kundla za obrożę. 

– Ta. Już to kiedyś słyszałam – mruknęłam cicho i machinalnie złapałam się za lewe przedramię. 

Przymknęłam powieki. Nie byłam w stanie się ruszyć. Przed oczami pojawiło mi się wspomnienie sprzed czternastu lat, kiedy owczarek sąsiada z naprzeciwka mnie ugryzł, a raczej mało co nie odgryzł mi ręki. 

– Mamo! Idę na plac! – krzyknęłam tamtego feralnego dnia, wkładając buta. 

– Kiedy wrócisz? – Wychyliła się zza ściany i spojrzała na mnie. 

Wzruszyłam ramionami i uśmiechnęłam się krzywo. Zależało to od tego, jak dobrze będę się tam bawić.

– Przyjdź, zanim się ściemni. Wiesz, że nie lubię, jak wracasz po ćmoku – powiedziała spokojnie, na co przytaknęłam głową. 

Wyszłam z mieszkania i trzasnęłam drzwiami, a po chwili mocniej je docisnęłam. Głupia klamka nie zawsze chwytała i same się później otwierały. Kilka sekund później zbiegałam już po schodach. W tym samym czasie pies sąsiada wbiegał na górę. Chciałam go pogłaskać, ale gdy tylko wyciągnęłam do niego rękę, ugryzł mnie i mocno szarpnął. Zaczęłam krzyczeć, piszczeć i głośno płakać. Chciałam mu się wyrwać, ale nie potrafiłam. Zdawało mi się, że trwało to wieczność, zanim podbiegł jego właściciel. Po nim przybiegła moja mama. Byłam przerażona, spanikowana i bardzo mocno bolała mnie ręka. Szlochałam głośno – tak bardzo, że aż inni sąsiedzi powychodzili z mieszkań. 

W sumie trzy osoby musiały pomóc w odciągnięciu kundla. Nie chciał wypuścić mojej ręki z pyska. Chwilę po tym, jak jego zęby rozluźniły uścisk, zemdlałam. Obudziłam się dopiero następnego dnia. 

Musieli mnie operować. Miałam rozszarpane przedramię i popękane kości. Przez trzy lata chodziłam na rehabilitację, by powróciła mi sprawność w ręce. 

Oprócz traumy i panicznego strachu przed psami pozostały mi również blizny, których nienawidziłam, dlatego zakryłam je tatuażami. W sumie wydziarane miałam całe przedramię. Dla większości tatuaż był czymś, co mnie szpeciło, ale liście paproci zdobiące moją rękę od nadgarstka po łokieć miały dla mnie znaczenie.

Gdy się w końcu uspokoiłam, rozejrzałam się wokoło i dostrzegłam, że baba z tym swoim kundlem już sobie poszła. Odetchnęłam z ulgą. Mogłam ruszyć dalej. 

Odpaliłam kolejnego papierosa. Wciąż czułam niepokój i byłam rozdrażniona. Tamto wspomnienie było jednym z bardziej wyraźnych i żywych. Przez tyle lat nie wyblakło. Tak samo jak nie zmalał strach przed psami. W jakimś stopniu bolało mnie to podwójnie, bo przed tamtym incydentem uwielbiałam psiaki. Moim marzeniem było zostać weterynarzem. 

Westchnęłam kolejny raz, gdy dotarłam w końcu pod blok. Weszłam do klatki, a później powoli zaczęłam wspinać się po schodach na trzecie piętro. Nie skorzystałam z windy. Postanowiłam popracować nad kondycją. Musiałam mieć siłę i wydolność, by uciec, jak sprawy zaczną się komplikować. Prawdę powiedziawszy, już zaczęły… 

Kiedy tylko przekroczyłam próg mieszkania, zrzuciłam z siebie trampki i ruszyłam w stronę łazienki.

***

Jakiś czas później zalewałam kubek wrzątkiem. 

– Judyta, naprawdę? Znów kawa? Zjadłaś dziś w ogóle śniadanie? Zjadłaś cokolwiek oprócz Mamby? – zapytał Michał, stając w progu. Wlepił we mnie uważne i jednocześnie karcące spojrzenie. 

Przewróciłam oczami. Nie zjadłam jeszcze nic. Nie potrafiłam przełknąć choćby kęsa. Od czasu zgubienia pendrive’a stres zaciskał niewidzialną pięść na moim żołądku. 

– Zjadłam hamburgera w Maku – burknęłam cicho, wlepiając wzrok w blat. 

– Judyta – westchnął ciężko – martwię się o ciebie. Bardzo ostatnio schudłaś, wyglądasz jak anorektyczka.

Zazgrzytałam zębami i dolałam mleko do kubka, po czym wzięłam go do ręki i ruszyłam w stronę balkonu, nie patrząc na Michała nawet kątem oka. Wkurwił mnie niesamowicie. Od lat wiedział, że nie jesteśmy dla siebie nikim więcej jak współlokatorami ze wzajemnymi korzyściami. Nie mógł wyjść nam związek. Nie, gdy wszystko, co o mnie wiedział, było wierutnym kłamstwem. A ja nie mogłam powiedzieć mu prawdy. Po prostu nie mogłam…

Odpaliłam papierosa i oparłam łokcie na barierce. Zaciągnęłam się mocno, przymykając na moment powieki. 

– Mieszkasz ze mną cztery lata…

Westchnęłam ciężko, słysząc dochodzący zza pleców głos Michała.

– A ja wciąż nie wiem o tobie praktycznie nic. Zaufałem ci, mimo że praktycznie całymi dniami nie ma cię w domu i nie mam pojęcia, co w tym czasie robisz. Nie wiem nic o twojej rodzinie… Judyta, mogłem cię sprawdzić, mogłem jakoś to zrobić, ale obdarzyłem cię zaufaniem. Dlaczego ty nie możesz zrobić tego samego wobec mnie? 

– Nie zrozumiesz – wymamrotałam, po czym wrzuciłam niedopałek do słoika z wodą. Wyciągnęłam Mamby z kieszeni i odpakowałam jedną. Wsadziłam ją w usta, odwracając się jednocześnie w stronę Michała. Chciałam go ominąć i wejść do środka, ale uniemożliwił mi to, łapiąc mnie za ramiona i przyciskając do ściany.

– Nie rozumiem, bo nie dałaś mi szansy na zrozumienie! – warknął nieprzyjemnym tonem. – Mam tego dość! Mam dość, że czasami jedynie się pieprzymy, a ty zaraz po tym wracasz do swojego pokoju. Mam dość, że nie chcesz być ze mną i jednocześnie hamujesz mnie przed pójściem dalej! 

– Idź, kuźwa, gdziekolwiek chcesz! Przecież nic mi do tego, co robisz i z kim! – krzyknęłam. – Na samym początku zasady były jasno określone. Ja tu mieszkam w zamian za ściąganie testów – wysyczałam. 

Miałam dość jego pretensji. 

– W takim razie zmieniam naszą umowę.

Wytrzeszczyłam oczy z niedowierzania, a po chwili wyśmiałam go głośno. 

– No tak, kończysz studia i nie potrzebujesz już testów. Jesteś złamanym kutasem, co myśli tylko o sobie! 

– To ty jesteś pieprzoną egoistką! Wszystko musi być tak, jak ty tego chcesz, więc sprawa jest prosta. Albo wpuścisz mnie do swojego życia, albo możesz się spakować i wypierdalać – powiedział powoli i wyraźnie, po czym mnie puścił i cofnął się o krok. – Wybór należy do ciebie. 

To nie był wybór. To był wyrok. Nie mogłam powiedzieć mu prawdy. Po prostu nie mogłam!

Wzięłam trzy głębokie oddechy, a później sprawnie go wyminęłam i szybkim krokiem ruszyłam do sypialni. Miałam ochotę płakać, gdy wrzucałam do plecaka kilka ciuchów i parę kompletów bielizny. Resztę – niewiele tego było – spakowałam do torby podróżnej. Zastanawiałam się, gdzie ją ukryć, bo trzymanie jej przy sobie utrudniłoby moje już i tak skomplikowane życie. 

– Naprawdę? I gdzie, do cholery, pójdziesz? – zapytał Michał, stając w progu. – Judyta… 

Zerwałam się na równe nogi. Zarzuciłam plecak na ramię i chwyciłam torbę. Minęłam Michała, nawet na niego nie patrząc, i skierowałam się w stronę wyjścia. Wsunęłam na stopy trampki, po czym odłożyłam komplet kluczy wraz z komórką na komodę i z ciężkim sercem opuściłam mieszkanie. 

Nie odwróciłam się, gdy Michał mówił, żebym nie robiła niczego pochopnie. Nie zwracałam na niego uwagi, gdy wybiegł za mną z bloku i wołał, bym sobie wszystko przemyślała. To i tak nie miało najmniejszego sensu. On nie zamierzał odpuścić, a ja… musiałam dokończyć misję życia. 

Ruszyłam na przystanek, choć nie miałam zielonego pojęcia, co dalej robić. 

Rozdział czwarty

podkom. Piotr Skarżyński

Wbiłem kolejną pinezkę w mapę zawieszoną na ścianie pokoju. Kolejny adres, który cracker wyciągnął z bazy danych klientów biura podróży. Teraz skupiałem się na ostatnich kilku tygodniach. Próbowałem znaleźć schemat działania, bo jakiś na pewno miał. Był cwany i zbyt inteligentny na to, żeby działać chaotycznie. 

Musiałem go znaleźć, a potem przyszpilić i rzucić mu w twarz propozycję nie do odrzucenia. 

Maćkowi prawie pół dnia zajęło złamanie haseł na dysku, który zabrałem z Kostuchny. Miało dwadzieścia znaków – przypadkowe litery, cyfry i znaki specjalne. Gdy w końcu zacząłem przeglądać zawartość folderów, już się nie dziwiłem, czemu cracker tak bardzo chronił te informacje. 

Co prawda większości z nich nie mogłem wykorzystać do rozwiązania sprawy. Nie interesowały mnie ani badania kliniczne, ani wprowadzanie do obrotu leków o wątpliwej jakości. Nie oznaczało to jednak, że te informacje były dla mnie zbędne, bo mimo wszystko potrzebowałem ich do przekonania crackera, że wspólnie mogliśmy zdziałać więcej. 

Tak. Postanowiłem go znaleźć i zmusić do współpracy. Chciałem, żeby pomógł mi znaleźć na serwerach La Santé dokumenty, które mogły stanowić dowód w sądzie, że Adamski robił przekręty, oszukując Skarb Państwa na grube miliony. Potrzebowałem tego tylko po to, żeby sędzia wydał nakaz przeszukania firmy i dokumentacji, bo bez tego mogłem mieć i milion kartek z dowodami, a i tak nie byłbym w stanie udupić Adamskiego. 

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział piąty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział szósty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział siódmy

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział ósmy

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział dziewiąty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział dziesiąty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział jedenasty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział dwunasty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział trzynasty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział czternasty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział piętnasty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział szesnasty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział siedemnasty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział osiemnasty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział dziewiętnasty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział dwudziesty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział dwudziesty pierwszy

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział dwudziesty drugi

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział dwudziesty trzeci

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział dwudziesty czwarty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział dwudziesty piąty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział dwudziesty szósty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział dwudziesty siódmy

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział dwudziesty ósmy

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział trzydziesty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział trzydziesty pierwszy

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział trzydziesty drugi

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział trzydziesty trzeci

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział trzydziesty czwarty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział trzydziesty piąty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział trzydziesty szósty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział trzydziesty siódmy

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział trzydziesty ósmy

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Epilog

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

1 Styknąć (z gw. śląskiej) – wystarczyć (przyp. red.).

2 Grubiorz (z gw. śląskiej) – górnik (przyp. red.).

3 BARF – biologicznie odpowiednia, surowa dieta. Posiłek przygotowany z surowego mięsa i podrobów, warzyw oraz suplementów z witaminami i minerałami ma jak najlepiej imitować naturalny posiłek wilka (przyp. red.).

4 Blacha – w gwarze policyjnej: odznaka policyjna (przyp. red.).

5 Siódema – potocznie o VII Liceum Ogólnokształcącym w Katowicach (przyp. red.).

6 Medyk – potocznie o Śląskim Uniwersytecie Medycznym (przyp. red.).