Zielone oczy - Stanisław Cat-Mackiewicz - ebook + książka

Zielone oczy ebook

Stanisław Cat-Mackiewicz

3,0

Opis

Dla Polaków wojna to coś w rodzaju pojedynku na pistolety dwóch ludzi honoru, otoczonych gromadką sekundantów w sztywnych kołnierzykach i przy udziale chirurga. Tak jak człowiek honoru nie powinien nic takiego zrobić, co by wskazywało, że boi się pojedynku, tak naród powinien ciągle demonstrować, że nie cofnie się przed wojną. Dla Anglików wojna to obrona narodowych interesów, o ile to możliwe, za pomocą przelewania cudzej krwi wystawianie na niebezpieczeństwo innych krajów. Right or wrong – my country. Dla Polaków polityka zagraniczna to scena obrotowa dla deklamacji Słowackiego i innych wieszczów. Zdarza się, że scena się obróci, reżyseria i gwiazdory wyjadą, jeśli nie na Berdyczów, to na Zaleszczyki, a dzieci, dziewczęta nieletnie z nieporównanym heroizmem pójdą w „bój bez broni”, będą rozstrzeliwane, masakrowane, mordowane. Dla Anglii pojęcie „bój bez broni” nie istnieje, a gdyby istniało, miałoby charakter niepoważny, komiczny, coś jak gdyby ktoś zapewniał, że będzie latać, choć nie ma samolotu.
Stanisław Cat-Mackiewicz

Mackiewicz porusza sugestywnością narracji, indywidualnością, odwagą. Nie mniej aktualne pozostaje przesłanie jego wywodów. Sprowadza się ono do tłumaczenia sensu uprawiania polityki, negliżowania złudzeń oraz umiejętności zachowania w niesprzyjających warunkach. Z walk, które prowadził, Mackiewicz wychodził pokiereszowany, często zawiedziony brakiem rezultatów, na jakie liczył, zawsze jednak z satysfakcją. Jej powodem była niechęć do występowania w roli pasażera własnego przeznaczenia i racja, którą miewał znacznie częściej niż jego krytycy.

prof. Rafał Habielski

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 396

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




© Copyright by Aleksandra Niemczyk and Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych UNIVERSITAS, Kraków 2012

© Copyright for Oczy tego koloru by Rafał Habielski and Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych UNIVERSITAS, Kraków

2012 ISBN 978-83-242-1881-3

Opracowano na podstawie wydania: Stanisław Mackiewicz, Zielone oczy, Instytut Wydawniczy Pax, Warszawa 1987.

W książce zachowano styl Autora, uwspółcześniając jedynie pisownię i ortografię. Przypisy i uwagi w nawiasach kwadratowych pochodzą od redakcji niniejszego wydania.

Opracowanie redakcyjne Jan Sadkiewicz

Projekt okładki i stron tytułowych Ewa Gray

Łuczywo, które gaśnie

Śnieg topniał, las był o kilkanaście kroków, słońce zachodziło na czerwono, kałuże pachniały. Była wyjątkowa cisza. Pomimo zimna poprosiłem dziewczynę o wodę; dała mi ją przez płot w naczyniu blaszanym, które u nas nazywa się „kowszyk”. Kobyła kręciła się pode mną, i woda wylewała się na siodło, moczyła szynel. Byłem wtedy wysłanym w szpicy szeregowym ułanem partyzanckiego oddziału konnego. Był rok 1919 i działo się to w lasach na wschód od Prużan. I wtedy usłyszałem po raz pierwszy w życiu gwizd kuli, potem zaraz drugi i następne. „Uciekaj” – uśmiechnąłem się do dziewczyny, ale ona stała naburmuszona i nieruchoma, wpatrzona w moje wargi; widać bała się, że jej nie oddam kowszyka…

Są w życiu wrażenia nieuchwytne, delikatne, które decydują o pociągach, przywiązaniach człowieka. Zapach lasu… Zapach spoconych włosów dziecka. Zapach dymu od pieczenia chleba, gdy się zimą wieczorem po śniegu kładzie. Ale są inne wrażenia, jeszcze delikatniejsze, subtelniejsze od zapachów. Czy zauważyliście, jak działa światło za oknami?

Gdy się wjeżdża, jeszcze po ciemku, w długą wieś białoruską i pierwsze okienka chat, za którymi pali się komin, łuczywo lub mała lampka naftowa, świecą się jak latarnie w nocy, a potem ciągle blask ich robi się mniej jaskrawy, coraz, w miarę szarzenia ranka, blednie, z początku powoli, potem prędzej i oto przejechałeś wieś; w ostatnim okienku jest już tylko płomyczek malusieńki, żegna cię czymś, co już minęło.

Litwo, Ojczyzno moja, Ty jesteś jak zdrowie...

Ale po cóż ta liryka – jest w niej coś przykrego, jak wyciąganie rąk do czegoś, czego dotknąć już nie można, jak wybałuszanie gałek ocznych w przód przez ślepca. O historii trzeba mówić pogodnie i anegdotycznie.

Im więcej będzie anegdot, tym lepiej zrozumie młodzież to, co chciałeś powiedzieć, i tym więcej ludzie starsi będą przekręcać twoje tendencje; zamiast istoty rzeczy będą czepiać się tego, co powiedziałeś drugorzędnego, personalnego i nieistotnego, ale więcej jest szans, że twoją książkę przeczytają. Książki, które się cieszą powszechnym autorytetem, na które się ludzie powszechnie powołują, równie powszechnie czytane nie są.

– Ty – powiedziała mi moja znajoma – jesteś przeciwieństwem Chaplina. On w sposób groteskowy i płaski coś przedstawia, a wrażenie z tego, co przedstawia, wynosimy tragiczne. Ty piszesz o historii Polski różne rzeczy z intencjami możliwie patetycznymi, dramatycznymi i przede wszystkim z głośno krzykliwym alarmem na ustach, a tymczasem twoja ścisłość historyczna sprawia, że to wszystko wydaje się nam płaskie – oczywiście nam, Polakom – tragicznie płaskie, ale płaskie.

A więc w dniu 30 września 1939 roku powstał nowy rząd Rzeczypospolitej Polskiej w Paryżu. W doskonale, bodaj najlepiej na świecie, redagowanym czasopiśmie „Paris Match” ukazał się nawet cały reportaż pod tytułem:Rząd w hoteliku dla studentów. Istotnie, ministrowie naszego rządu zamieszkali wtedy w hoteliku „Danube”, na ulicy Jacob, na lewym brzegu Sekwany, jeszcze nie najbardziej typowej dla studenckich legowisk części Paryża, ale już na jej granicy. Na ulicy Jacob już pachnie antykwariatami, starymi meblami i książkami, stuletnimi Francuzami i emigrantami rosyjskimi. Jesteśmy w Paryżu najautentyczniejszym w świecie, którego nie dosięgła niszczycielska ręka Napoleona III, który ze swoim Haussmannem burzył stare mury, aby wznosić nowe imponujące, wielopiętrowe domy i ogromne ulice; proste i wspaniałe, jak wielkość Rzymu w epoce cezarów. Dziś bardzo blisko ulicy Jacob mieści się główna kwatera egzystencjalistów, której wtedy, w 1939 roku, oczywiście jeszcze nie było, a na samym hoteliku „Danube”, na skromniutkiej jego ściance od ulicy spoczywa gustowna i skromna tablica, głosząca, że tu w 1939 roku, od dnia tego do dnia takiego, mieszkał generał Sikorski, „chef de l’armée et Président du Conseil des Ministres”. Ubożuchny hotelik jakby się sam dziwi, że mu się coś podobnego wydarzyło.

W reportażu w „Paris Match” był nawet sfotografowany „general en chef” w piżamie pasiastej i ze szczoteczką do zębów w ręku, widać zdążający do umywalni, której w niezbyt luksusowym numerze albo nie było, albo się zatkała. Inni ministrowie tego rządu byli sfotografowani podobnie: albo na krętych wąskich schodach, albo w jadalni zapijający się kawą i pochłaniający cudowne paryskie „brioches”. Było to wszystko napisane bardzo miło i jak najbardziej z punktu dziennikarskiego odpowiednio, aby uchwycić czytelnika paryskiego za serce i jeszcze to serce przydusić. Szkoda, że reporterzy francuscy, z pochodzenia zapewne rosyjscy biali emigranci lub czerwoni Hiszpanie, tak mało znają historię Paryża i literatury francuskiej, bo wiedzieliby wtedy, że właśnie o tym hoteliku, na ulicy Jacob, pisał Alfons Daudet w swej sławnej na cały świat powieściSapho, jak to bohater powieści po krętych, obrzydliwych, stromych jego schodach niesie na rękach swoją lafiryndę i jak pierwszy zakręt bierze z młodzieńczą radością i pełen wzrastającej lubieżności, drugi z coraz większym poczuciem ciężaru, a zakręt trzeci już z sapaniem, uciskiem płuc i świadomością, że „diabli mi to wszystko nadali”.

Nie wnosiłem na kręte schody hoteliku „Danube” ani kobiety, ani ministra polskiego, co zresztą w polityce na to samo wychodzi, ale myślałem o Alfonsie Daudecie, ile razy miałem tam audiencję u swego rządu.

Ale generał Władysław Sikorski inaczej odczuł reklamę „Paris Match”. Zawsze w czasie swoich pobytów w Paryżu mieszkał w tym biednym hoteliku i bardzo go lubił. Teraz zrozumiał, że dalsze w nim rezydowanie jest mało reprezentacyjne. Przeniósł więc swoje osobiste walizki do jakiegoś luksusowego mieszkania w okolicach Place d’Étoile, a sztab z resztą i biura swego rządu miał w zarekwirowanym w tym celu hotelu „Regina” na ulicy Rivoli, przed którym stał pomnik Joanny d’Arc. Dziewica Orleańska była zresztą odwrócona tyłem do naszego sztabu, co dało powód prof. Kotowi do opowiadania bardzo sprośnej anegdoty o tym, że blondwłosa święta Francji nie lubi patrzeć na pewne rzeczy. Profesor Kot nienawidził z całej duszy naszych oficerów, naszego wojska, naszego sztabu.

Jak do tego wszystkiego doszło? Od wspaniałości naszego zamku w Warszawie, Belwederu, wielogmachowych biur ministerialnych, od państwa, z którym liczyli się wszyscy, do hoteliku na ulicy Jacob i do „Reginy”, do której tyłem odwracała się Joanna d’Arc na swojej szkapie.

Nie może to być przedmiotem studium politycznego, boby po prostu mnie poniosło i zacząłbym wrzeszczeć, że moje artykuły w „Słowie” były prorocze i że trzeba było zupełnie inną politykę uprawiać. Ale czasami sobie myślę, dlaczego i po co Józef Piłsudski zostawił po sobie ekipę: Mościcki, Rydz, Beck. Nawet w ramach naszych ówczesnych sfer rządzących można by było dobrać ludzi z charakterem, wzmocnionych ludźmi z inteligencją. Sławek jako prezydent Rzeczypospolitej, Ignacy Matuszewski jako premier, pułkownik Morawski jako minister wojny, chociażby Szembek jako minister spraw zagranicznych.

Jak do tego jednak doszło, że w dniu 30 września 1939 roku prezydent Władysław Raczkiewicz powołał rząd generała Władysława Sikorskiego?

Odpowiedzieć na to trzeba w dwóch paragrafach: Raczkiewicz i Sikorski.

Według art. 24 konstytucji z kwietnia 1935 roku w razie wojny prezydent wyznacza swego następcę.

Jak wiadomo, niestety, nasz prezydent wrześniowy, Ignacy Mościcki, nasz rząd i – co gorsza – nasi generałowie uważali za stosowne przekroczyć granicę Rumunii. Najbardziej mi wstyd tego, że Rydz-Śmigły nie uważał za stosowne powrócić do walczącej jeszcze wtedy Warszawy. Pochodziło to z tego, że nasi generałowie, ludzie pod względem wojskowym niedouczeni, mieli ogromne ambicje polityczne i stąd myśleli, że najważniejsze dla Polski jest to, żeby oni udali się do zbawiającej nas Anglii i tam nadal politykowali.

Roger Raczyński, ówczesny nasz ambasador w Rumunii, opowiadał mi, że pojechał w dniu 20 września do internowanego w Rumunii w miejscowościBicaz Ignacego Mościckiego i tłumaczył mu, że jako internowany nie jest w stanie nic robić, jest unieruchomiony i wobec tego powinien skorzystać z art. 24 konstytucji, wyznaczyć następcę i potem na rzecz tego przez siebie wyznaczonego następcy zrezygnować. Datę aktu trzeba oczywiście przesunąć o kilka dni wstecz, aby dokument miał charakter wydanego jeszcze na terytorium polskim. Jako następcę Roger Raczyński wysunął Ignacego Paderewskiego.

Roger Raczyński był to człowiek fantastycznie wszechwiedzący. „Rogerze – zapytał go ktoś – czy twoja babka była z domu Larousse, że tak wiesz wszystko?” Jak wiadomo,Larousseto znana encyklopedia francuska. O wszechwiedzy Raczyńskiego wspomina także Stefan Kisielewski w swej powieści. Poza tą swoją wszechwiedzą Roger Raczyński był także fantastycznie inteligentny i podobno równie leniwy. Ponieważ często mnóstwo rzeczy go nudziło, wielu podwładnych sarkało na jego wielkopańskość. Niedaleko Poznania miał pałac, w którego oficynie mieściły się arcydzieła sztuki malarskiej polskiej i francuskiej. Ojciec jego, mecenas sztuki, ocalił swego czasu od zniszczenia Barbakan i Bramę Floriańską. Po prostu wykupił te klejnoty naszej architektury, a potem procesował się, broniąc ich przed zburzeniem.

Kandydatura Paderewskiego, jako człowieka znanego na Zachodzie, znanego w Ameryce, była dość inteligentna, zwłaszcza że Raczyński nie znał postępów zramolenia wielkiego pianisty. Zresztą Roger Raczyński wysuwa jeszcze kandydatury zapasowe, mianowicie kardynała Hlonda, wojewodę Raczkiewicza i byłego ministra spraw zagranicznych, Zaleskiego.

Ignacy Mościcki dał się przekonać. Niestety, nie znam innych mądrych postanowień tego naszego prezydenta, ale to postanowienie rezygnacyjne było niewątpliwie słuszne, zwłaszcza wśród okoliczności, które miały miejsce.

Ale Ignacy Mościcki nie wyznaczył Paderewskiego, tak jak sobie tego życzył Roger Raczyński. Wysłał za granicę swego szefa kancelarii, p. Stanisława Łepkowskiego, z dwoma dekretami. Jeden z tych dekretów wyznaczał istotnie jakąś osobę, drugi był podpisany in blanco, aby za zezwoleniem prezydenta, po telefonicznym porozumieniu się z nim, można było ten dekret wypełnić.

I oto w kilka dni po rozmowie z Mościckim, bo w dniu 26 września, Roger Raczyński siedzi w swej ambasadzie w Rumunii, otoczonej przez tłumy uciekinierów z Polski, niewiedzących, co z sobą zrobić, i z którymi Raczyński także nie wie, co robić. Telefon dzwoni: p. Thierry, ambasador Francji w Bukareszcie, zaprasza do siebie ambasadora zwyciężonej Polski, tłumacząc, że wobec tłumów oblegających ambasadę polską sam się do niego docisnąć nie może.

Raczyński idzie, siada przed biurkiem reprezentanta Francji, na którym leży depesza:

Rząd francuski został poinformowany przez ambasadora Rzeczypospolitej Polskiej w Paryżu, że prezydent Mościcki desygnował swego ambasadora w Rzymie jako swego następcę. Proszę spiesznie zakomunikować ustnie p. Mościckiemu, że rząd francuski, nie mając zaufania do wyznaczonej osoby, nie widzi ku żywemu swemu żalowi możliwości uznania jakiegokolwiek rządu powołanego przez generała Wieniawę.

Polskie – arcypolskie

Wieniawa – oto jest człowiek o trzech postaciach. W czasach zawziętej walki endecji z Piłsudskim Wieniawa był straszakiem; jak Polska długa i szeroka opowiadano o jego pijaństwie, o tym, jak Piłsudski go bije, i inne podobne trywialności. Taki wizerunek Wieniawy był jak najbardziej w społeczeństwie polskim rozkolportowany i rozpowszechniony.

Zupełnie inny był Wieniawa żywy. Był to człowiek należący zarówno do naszej napuszonej wojskowości, do tych, którzy ciągle o sobie mówili: „My, żołnierze”, i ciągle jak gdyby pozowali do fotografii z koniem, szablą i armatą – jak i do naszego świata literackiego. W klasie rządzących ekslegionistów reprezentował skrzydło najbardziej liberalne. Był taki jakiś film, który został zdjęty z ekranu, gdyż dopatrzono się w nim obrazy podoficerów czy nawet żon podoficerów. Tego rodzaju korporacyjne drażliwości były oczywiście śmieszne, ale zdarzały się, niestety, dość często; znam pewne miasto, w którym Rada Adwokacka protestowała przeciw jakiejś sztuce teatralnej, że obraża adwokatów; ciekawa rzecz, co miałby robić Molier, gdyby lekarze z jego czasów mieli decydujący głos w administracji publicznej. Otóż Wieniawa właśnie otaczał opieką ten film i zdjęcie go z ekranu uważano za afront mu uczyniony. Wieniawa wprowadzał do naszego życia wesołość, dowcip, liberalizm, jakąś francuskość.

Jarossy, konferansjer teatrzyku „Qui Pro Quo”, opowiadał z estrady: – Pułkownik Wieniawa wzniósł na naszym przyjęciu toast: „Wy, »Qui Pro Quo«, jesteście szwoleżerami polskiego teatru”. Myśmy odpowiedzieli: „A pan, panie pułkowniku, jest »Qui Pro Quo« armii polskiej”.

Kiedy prof. Górka zaatakował w szeregu artykułów Sienkiewicza, Wieniawa udzielił „Polsce Zbrojnej” wywiadu broniącego wielkiego pisarza. Wywiad był utrzymany w formie dysputy współpracownika tego pisma z Wieniawą, przy tym ostatnie słowa Wieniawy brzmiały: „Zresztą, ma pan nade mną tę wyższość, że pan te artykuły Górki czytał, a ja nie”.

W swoichLatach nadzieiprzytoczyłem wiersz Wieniawy, będący jednocześnie wspaniałą autocharakterystyką. Właśnie taki półlegionowy, półcygańsko-artystyczny, półtradycjonalistyczno-rzewny, półmelancholijno-sceptyczny.

Przeżyłem moją wiosnę szumnie i bogato Dla własnej przyjemności, a durniom na złość , W skwarze pocałunków ubiegło mi lato, I, szczerze powiedziawszy, mam wszystkiego dość...

Ustrojona w purpurę, bogata od złota, Nie uwiedzie mnie jesień czarem zwiędłych kras, Jak pod szminką i pudrem starsza już kokota, Na którą młodym chłopcem nabrałem się raz.

A przeto jestem gotów, kiedy chłodną nocą Zapuka do mych okien zwiędły klonu liść, Nie zapytam go o nic, dlaczego i po co, Lecz zrozumiem, że mówi: „No, czas, bracie, iść”.

Nie żałuję niczego, odejdę spokojnie, Bom z drogi mych przeznaczeń nie schodząc na cal, Żył z wojną jak z kochanką, z kochankami w wojnie, A przeto i miłości nie będzie mi żal...

Bo miłość jest jak karczma w niedostępnym borze, Do której dawno nie zachodził nikt, Gdzie wędrowiec wygodne zwykle znajdzie łoże, Ale – własny ze sobą musi przynieść wikt.

A śmierci się nie boję – bo mi śmierć niedziwna; Nie słałem na nią Bogu żadnych śmiesznych skarg, Więc kiedy z śmieszną kosą stanie przy mnie sztywna, W dwóch słowach zakończymy nasz ostatni targ.

A potem mnie wysoko złożą na lawecie, Za trumną stanie biedny sierota – mój koń, I wy mnie, szwoleżerzy, do grobu zniesiecie, A piechota w paradzie sprezentuje broń.

Ja wiem, że mi tam w niebie przecież łba nie zedrą – Trochę się na mój widok skrzywi Święty Duch – Lecz się tam za mną wstawią Olbromski i Cedro, Bom był, jak prawy ułan, lampart, ale zuch.

Może mnie wreszcie wsadzą w czyśćcu na odwachu, By aresztem o... wodzie spłacić grzechów kwit, Ale myślę, że wszystko skończy się na strachu, A stchórzyć raz – przed Bogiem – to przecie nie wstyd.

Lecz gdyby mi kazały wyroki ponure Na ziemi się meldować – by drugi raz żyć, Chciałbym starą z mundurem wdziać na siebie skórę – Po dawnemu... wojować, kochać się i pić.

W maju 1938 roku Wieniawa wyjeżdża do Rzymu w charakterze ambasadora. Było to po Anschlussie, któremu tak długo opierał się Mussolini. Jak wiadomo, po zamachu na Dollfussa Mussolini mobilizuje swoje wojska, posuwa je ku granicy – wtedy Anschluss wywołałby wojnę. Teraz, w 1938 roku, Mussolini jest przez politykę angielską świadomie i celowo wepchnięty w ramiona Hitlera. Jeszcze w lutym 1938 roku Mussolini ponownie proponuje Anglii odwrócenie aliansów, wspólny front przeciwko Anschlussowi. Anglicy znów go odpychają i oto, gdy wreszcie w marcu 1938 roku dokonany jest zabór Austrii, Mussolini już nie protestuje.

Hitler wtedy wysyła do niego swoją słynną depeszę:

„Mussolini, nigdy ci tego nie zapomnę”.

W kilka tygodni później Wieniawa żegnany jest przez warszawiaków jako ambasador wyjeżdżający do Rzymu. Wychyla się z okna wagonu i woła do Adolfa Dymszy:

– Adolfie, nigdy ci tego nie zapomnę.

Był to dowcip szarżujący na powagę dyplomatyczną.

Szanuję dowcip ponad wszystko. Od czasów greckich gubimy się w specjalnościach, zatracamy poczucie syntezy wszechrzeczy. Nie fizyka czy matematyka lub mechanika, lecz właśnie dowcip wydaje mi się dziedziną, w której najwięcej jest syntezy, spojrzenia z góry, kwintesencji tego, co się dzieje. Wierzę w ludzi dowcipnych. Toteż wierzyłem w Wieniawę jako ambasadora.

Ordynat Zamoyski za czasów swej ambasady w Paryżu rozmawiał tylko z prezydentem Rzeczypospolitej Francuskiej, z premierem, ministrem spraw zagranicznych i z Fochem. Nigdy nie poniżył się do rozmowy z jakimś wiceministrem czy dyrektorem departamentu. Polska była państwem, które musiało nadrobić sobie prestiż. Ten sposób bycia Zamoyskiego stwarzał mu duży autorytet w Paryżu. Właśnie dlatego, że nie uganiał się za nikim, że miał powodzenie u kobiet, że strzelał do celu jak artysta cyrkowy, zasłużył sobie na podziw Francuzów, którym te trzy cnoty wydawały się prawdziwie wielkopańskie.

Z góry zakładałem, że Wieniawa będzie stosował metody wręcz przeciwne, że będzie w Rzymie pospolitował się ze wszystkimi, tak jak w Warszawie ze wszystkimi przechodził na „ty”. Ale ta różnica metody o niczym nie przesądzała. Nie chodzi o chwyty w pracy dyplomatycznej, chodzi o jej rezultaty. Zamoyski dla kontaktów ze wszystkimi miał rauty w ambasadzie i podległych sobie urzędników, Wieniawa wolał własną osobą czarować Włochów.

W tym błogim mniemaniu o kwalifikacjach ambasadorskich Wieniawy, pomimo że go odwiedziłem w Rzymiejeszcze w 1939 roku, trwałem aż do chwili wydania dzienników Szembeka1, z których się dowiedziałem, że na arcysłuszną uwagę Ciana, iż Anglia jest od nas daleko, odpowiedział on błazeńsko-kabaretową ripostą: „wasz sojusznik Mandżukuo jest od was jeszcze odleglejszy”.

Niestety, zbiór raportów Wieniawy, który został wydany przez Instytut Międzynarodowy, dyskwalifikuje go całkowicie jako dyplomatę w poważnym tego słowa znaczeniu.

Zadałem sobie trud i podkreśliłem niebieskim ołówkiem to, co w tych raportach mówią rozmówcy ambasadora, a co on sam. To jest pierwszy sprawdzian roboty dyplomatycznej. Dla dyplomaty informującego swego ministra ważne powinno być oczywiście tylko to, co mówi mu rozmówca. To, co mu się odpowiada, warto jest zacytować tylko w takim wypadku, kiedy twoje słowa w czymkolwiek wiązały politykę twego kraju. Raporty Wieniawy składają się przeważnie z przytoczenia tych argumentów, które on sam wypowiadał. Gdybyż to były przynajmniej argumenty na poziomie! Ale gdzież tam, śmieszna narodowa chełpliwość i frazesy. Żadnego dostępu do rozumowania logicznego i realnego.

Nie znać w tych raportach, aby Wieniawa rozumiał, że dyplomacja, polityka zagraniczna jest jak architektura. Nie można wznosić dachu, kiedy nie ma ścian, i nie można ścian budować bez fundamentów i tak, aby się pod wiatrem zawalały. Trąby jerychońskie obaliły mury, lecz ich nie zbudowały.

W dzienniku Ciana pod datą 15 maja 1939 roku wpisana jest jego rozmowa z Wieniawą. „Powiedziałem mu – pisze Ciano – że niezależnie od tego, co się stanie, Polska zapłaci koszty konfliktu” i dalej: „(…) Żadna pomoc angielsko-francuska w pierwszej fazie wojny nie jest możliwa…”.

Te słowa nie znajdują miejsca w raporcie Wieniawy do Becka o tej rozmowie. Jego raport z 15 maja składa się ze 106 wierszy o tym, co on, Wieniawa, mówił Cianowi, i z 21 wierszy o tym, co Ciano mówił jemu, przy tym to, co było najważniejsze, w ogóle w raporcie uwzględnione nie zostało.

Okoliczności i czasy, w których piszę artykuł niniejszy, nie pozwalają mi na łatwizny szyderstwa. Ale moje polityczne uwagi i przestrogi ileż razy były lekceważone, niesłuchane z dwóch powodów: że nie byłem urzędnikiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych i że byłem tylko podporucznikiem rezerwy, a ci, od których wtedy nasze losy zależały, byli i dyplomatami, i oficerami wysokich rang. Przecież wiadome było, że wojnę z Hitlerem wygramy, bo u nas dowodzi marszałek Rydz, a tam tylko kapral Hitler.

Cóż ma do powiedzenia Wieniawa hrabiemu Cianowi w tych 106 wierszach? Że on, Wieniawa, jest żołnierzem, i wojny z Niemcami się nie boi. A Ciano był nie tylko do nas dobrze usposobiony, lecz w zachowaniu Polski widział interes polityczny Włoch. Doradza nam politykę zwlekania, jaką później wobec Niemców zastosował Stalin, który wojnę z Hitlerem wygrał.

Zresztą żołnierzem Wieniawa jest tylko o tyle, o ile ten wyraz oznacza kawalerzystę idącego z lancą do boju. Wieniawa szczerze wierzy, że damy sobie radę z potęgą niemiecką. Wojskowy z sensem w głowie nie miałby tego rodzaju złudzeń.

Ale na Wieniawie nie spoczywała całość odpowiedzialności. Prawdziwym dla mnie koszmarem jest list Becka, który znajduję w tymże zeszycie. Jakże można tak się nie orientować w rzeczywistości, będąc ministrem spraw zagranicznych! Swoją wymianę deklaracji z Anglią w marcu i kwietniu 1939 roku Beck nazywa polityką „reasekuracji”, przywołując pamięć tradycji największego taktyka dyplomatycznego XIX wieku, Ottona Bismarcka – podczas kiedy to nie była żadna reasekuracja, lecz wystawienie kraju na największe niebezpieczeństwo, naiwne nabranie się na prowokację polityki angielskiej, która w ten sposób chciała odwrócić pierwsze uderzenie Hitlera od wybrzeży angielskich, a zwrócić je na nas, zwrócić je w kierunku Rosji, wiedząc, że to pierwsze uderzenie będzie śmiercionośne. Beck pisze o możliwości objęcia stanowiska premiera w Polsce przez siebie; możliwość taka nie istniała ani przez chwilę.

SwojąHistorię dwudziestolecia2zakończyłem wyrazami: „Polska jest krajem bohaterskich dzieci”. Definicja ta miała znaczenie poniekąd podwójne. Nasze dzieci są istotnie bohaterskie, czego wielokrotnie dowiodły w nieporównanym heroizmie walk z okupantem. Ci, którzy nami rządzą, czy też raczej rządzili, bo piszę o epoce, którą znam dobrze z obserwacji osobistych, mieli znów mentalność polityczną zupełnie dziecinną.

Kiedy czytam te niemądre raporty dyplomatyczne arcysympatycznego, kulturalnego, rycerskiego Wieniawy, to mam wrażenie, jakby do odpowiedzialnej pracy dyplomatycznej zabrała się ładna mała dziewczynka lat dwunastu. Taki sam świeży i wdzięczny sentymentalizm, taki sam brak pojęcia o tym, co to jest polityka międzynarodowa.

Czy to się zmieni kiedykolwiek, czy może się zmienić? Oto jest tragiczne dla naszego narodu pytanie. Od konfederatów barskich do roku 1939, z jedną jedyną przerwą lat trzynastu, jesteśmy wciąż tacy sami.

Na zakończenie pedantyczna, nudna, nikomu niepotrzebna uwaga. W końcu omawianego zeszytu zamieszczony został dekret prezydenta Mościckiego, w którym Mościcki wyznacza swoim następcą WładysławaRaczkiewicza, stwierdzając, że dekret wyznaczający na tostanowisko generała Wieniawę traci moc obowiązującą.

Otóż instytucja „następcy prezydenta” stworzona przez Konstytucję kwietniową nie miała swej ustawy wykonawczej i stąd omawianie jej wykonywania jest utrudnione. Ale z brzmienia art. 13 Konstytucji kwietniowej należy mniemać, że prezydent nie miał prawa odwoływania raz już wyznaczonego następcy. Artykuł 13 wyraźnie przewiduje stanowiska, które prezydent obsadza z prawem odwołania, i stanowiska, które obsadza bez prawa odwołania. Następca prezydenta należy do tej drugiej kategorii. Wtedy, w 1939 roku, należało po prostu poprosić Wieniawę, aby się zrzekł następstwa prezydenta, a nie wydawać dekretu bardzo wątpliwego pod względem prawnym.

1Zob. J. Szembek,Diariusz i tekiJana Szembeka(1935–1945), t. 1–4,Londyn 1964–1972. Mackiewicz korzystał zapewne ze skróconego wydania francuskiego z 1952.

2Chodzi oHistorię Polski od 11 listopada 1918 do 17 września 1939.

Spór konstytucyjny

Władze administracyjne francuskie otoczyły drukarenkę p. Bystrzanowskiego na rue du Faubourg Poissonnière, gdzie z polecenia ambasadora Łukasiewicza drukował się „Monitora” numer pierwszy na ziemi obcej, z dekretem prezydenta Mościckiego wyznaczającym na jego następcę w myśl art. 24 konstytucji generała Wieniawę, i skonfiskowały cały nakład.

Drukarenka staruszka p. Bystrzanowskiego miała, zdaje się, tylko jeden linotyp i wszystkiego dwie izdebki. Potem drukowałem tam tygodnik „Słowo” w 1939 i 1940 roku. Zaletą jej było, że była w środku wspaniałej stolicy – Paryża, i że miała akcenty polskie. Od p. Bystrzanowskiego otrzymałem też na pamiątkę ów pierwszy, skonfiskowany numer „Monitora”.

Szef kancelarii cywilnej, p. Łepkowski, miał jednak jeszcze jeden egzemplarz wyznaczenia, podpisany in blanco. Prezydent August Zaleski opowiadał mi, że ambasador Łukasiewicz połączył się z prezydentem Mościckim telefonicznie, pytając, kogo ma tam wpisać. Mościcki powiedział, że Zaleskiego, ale Łukasiewicz odpowiedział, iż Zaleskiego nie ma, choć Zaleski był właśnie wtedy w pałacu Sagan, czyli w gmachu naszej ambasady. W rozmowie telefonicznej ustalono nazwisko Władysława Raczkiewicza, będącego wówczas za granicą w charakterze prezesa Światowego Związku Polaków.

Ale zdaje się, że prezydent Zaleski coś źle pamiętał lub być może mnie znów pamięć nie dopisała, skoro w zapisce Rogera Raczyńskiego ogłoszonej w „Kulturze” paryskiej w 1948 roku mowa jest o depeszy, którą on w Bukareszcie otrzymał 29 września rano z podpisami swego brata Edwarda Raczyńskiego, Juliusza Łukasiewicza, Wieniawy Długoszowskiego i wreszcie Stanisława Łepkowskiego. Istotna częśćtej depeszy głosiła:

„Spośród wybitnych Polaków za granicą Hlond, Raczkiewicz i August Zaleski, jak przypuszczamy, nie spotkaliby się z opozycją Francji. Anglia zajmuje w tej sprawie stanowisko neutralne. Wiek i zdrowie Paderewskiego są poważną przeszkodą dla jego kandydatury. Co do Hlonda – wszelkie dane, że mógłby nie przyjąć kandydatury. Pozwalamy więc sobie przedłożyć kandydaturę Raczkiewicza, jako byłego marszałka Senatu i prezesa Związku Polaków za granicą. Ma on największe szanse penetracji opinii polskiej. Nie uważamy za możliwe uprzedniego oficjalnego uzgadniania kandydatów z rządem francuskim i angielskim i sądzimy, że trzeba ponieść pewne ryzyko”.

Muszę przyznać, że jako Polak i dawny poseł na sejm wstydzę się tekstu tej depeszy, ale właśnie ze względu na ten wstyd nie będę bliżej jej analizował.

Dlaczego jednak wyraźnie eliminowano Zaleskiego, który oczywiście miał swoją pozycję za granicą i do roli prezydenta urzędującego nie w Polsce, lecz wśród dyplomacji obcej, oczywiście stokrotnie lepiej był przygotowany niż poczciwy Raczkiewicz? Niestety, upatruję w tym niechęć beckowców do dawnego szefa ich ministerstwa. Raczyńscy, Łukasiewicz, Wieniawa – wszystko to są dawni beckowcy.

Wskutek tej depeszy nastąpiło wyznaczenie Raczkiewicza na następcę, po uprzednim (niekonstytucyjnym moim zdaniem) odwołaniu wyznaczenia Wieniawy. Po czym prezydent prof. dr Ignacy Mościcki 30 września aktem datowanym w Bicazie zrezygnował ze swego urzędu; tegoż dnia premier Sławoj Składkowski przesłał dymisję rządu na ręce nowego prezydenta i tegoż dnia prezydent Raczkiewicz mianował nowy rząd.

Kto to był Władysław Raczkiewicz?

W końcu XIX wieku powstała w Polsce organizacja „Zet”, od wyrazu „związek”, wzorowana na organizacjach masońskich, polegająca na zwężających się w górę kołach wtajemniczonych. Terenem działalności tej organizacji była młodzież uniwersytecka, ale zbudowano także odgałęzienie dla szkół średnich, które nazywało się „Pet”, od litery „p”, czyli przyszłość. Jakkolwiek „Zet” był wzorowany na masonerii, to jednak właśnie był antymasoński, zwalczał masonerię, jak mógł, i przez długie lata był pepinierą naszej endecji. Dopiero – co zabawne – pierwszy Stroński, ukończywszy studia, nie przeszedł automatycznie z „Zetu” do Narodowej Demokracji, a przy współudziale swoich kolegów zorganizował we Lwowie samodzielną grupę polityczną. W czasie pierwszej wojny światowej „Zet” – nie tracąc organizacyjnej wspólnoty między sobą – popierał, zależnie od swego środowiska, to jedną, to drugą orientację. „Zet” w Moskwie, Kijowie, Krakowie i Lwowie był za polityką Dmowskiego, a „Zet” w Warszawie i w Petersburgu był za Piłsudskim. Otóż Raczkiewicz w czasie swych studiów uniwersyteckich był „zetowcem” najwyższego stopnia, czyli członkiem „koła braterskiego”.

Pierwszym publicznym posterunkiem Raczkiewicza było dyrektorstwo kuchni studenckiej na Zabałkańskim Prospekcie w Petersburgu.

Wymagało to wiele taktu przy wysłuchiwaniu małostkowych zażaleń i pretensji.

Po czym 14 lipca 1917 roku kapitan Raczkiewicz zostaje obrany prezesem Naczelnego Polskiego Komitetu Wojskowego, tzw. Naczpolu1, który w warunkach wynikłych z rewolucji rosyjskiej próbuje tworzyć wojsko polskie na terenie rosyjskim, wyodrębniając żołnierza polskiego z armii rosyjskiej.

Potem Raczkiewicz zostaje wojewodą nowogródzkim, mieszka w tej mieścinie, zaledwie kilkutysięcznej, przez lata. Pozyskuje sobie serca wszystkich: urzędników, ziemian, Żydów, wysłuchiwaniem ich żalów. Wszystkim stara się pomóc, jak może.

Potem jest wojewodą wileńskim. Były to czasy Sulejówka i Raczkiewicz jest raczej endekiem. W każdym razie jego organem prasowym jest endecki „Dziennik Wileński”.

Zostaje po raz pierwszy ministrem spraw wewnętrznych w gabinecie Skrzyńskiego2. Gabinet ten się wywraca, przychodzi kilkudniowy rząd Witosa, zamach majowy, Raczkiewicz mieszka w „Polonii” i patrzy przez okno, co się dzieje.

Pamiętam fasadę barokową Świętego Jana w Wilnie. Przed tą fasadą, na prześlicznym arkadowym dziedzińcu uniwersyteckim, artysta z bożej łaski Juliusz Osterwa daje cudowne przedstawienieCyda. Oglądam się za bardzo piękną panią w kołnierzu popielatym, i oto Raczkiewicz rozmawia z nami jako nowy wojewoda wileński, roześmiany, wesoły; nigdy w życiu nie widziałem go tak wesołym.

Raptem Raczkiewicz w 1930 roku zostaje marszałkiem senatu. Wcale się do tego nie pali. Wolał widok przepięknych cmentarzy i kościołów, pałaców i zaułków czarownego Wilna. Szopka warszawska, nieznająca go dobrze, zastanawiała się, dlaczego Piłsudski powołał go na tak wysokie stanowisko, i znajdowała odpowiedź:

„…bo z Wilna i przystojny”.

W czasie bałaganu, który się wytworzył po śmierci Piłsudskiego, Raczkiewicz z powrotem zostaje ministrem spraw wewnętrznych – w gabinecie Mariana Zyndrama-Kościałkowskiego. Wygłasza wtedy raptem w sejmie mowę odsądzającą endeków od czci i wiary, i od wszelkiego patriotyzmu. Była to mowa… dziwna zarówno ze względu na przeszłość mówcy, jak i ze względu na jego… przyszłość. Na emigracji nieszczęsny nasz prezydent będzie ciągle do endeków wyciągał ręce o pomoc.

Za lat ostatnich Raczkiewicz był jeszcze wojewodą pomorskim, ale teraz w dekrecie wyznaczającym go na następcę prezydenta kazał sobie wypisać: „Były wojewoda wileński”.

Kiedy Raczkiewicz umarł w 1947 roku, Michał Pawlikowski, nie ten z Medyki, znawca Słowackiego, ale Michał Pawlikowski z Mińszczyzny, znakomity myśliwy i najrasowszy z pisarzy „myśliwskich”, napisał wspomnienia o Raczkiewiczu jako o wodzireju mazura na balach w Mińsku Litewskim. Profesor Zygmunt Jundziłł oburzył się na ten felieton. Uważał, że to poniża godność szefa państwa.

A jednak takim wodzirejem mazura był Raczkiewicz wspaniałym. Jego wesołość, radość, dystynkcja – był to zresztą najlepiej ubrany pan, jakiego znałem. Tancerz mazura – cóż bardziej polskiego, któż lepiej, kulturalniej potrafi tańczyć niż Polacy.

Do mnie Raczkiewicz często mówił: „Drogi panie Stanisławie”, ale bywało, że wolał odwracać głowę na mój widok. Różnie bywało. I oto przypominam sobie, że jakpo poczciwym Raczkiewiczu objął jego stanowisko chytrypan Zaleski i wszystko się rozleciało, to jeden z ludzi, których bardzo szanuję, a który przez całe życie uważał Raczkiewicza za oportunistę, powiedział mi ni stąd, ni zowąd:

– A wie pan, Raczkiewicz nie dałby się tak wymanewrować jak Zaleski.

Jestem dziś nihilistą w stosunku do tego, w co kiedyś wierzyłem. Wierzyłem, że ustrój konstytucyjny przesądza o sile państwa. Wierzyłem, że państwo jest tym szczęśliwsze, im przez większą rządzone jest inteligencję. Wołałem o sprawdzanie ilości kalorii w mózgach ministrów spraw zagranicznych i oficerów sztabu generalnego.

Dziś niedużo z tego wszystkiego we mnie pozostało. Otóż przestudiowałem korespondencję Poniatowskiego, późniejszego króla, a w czasie pisania tej korespondencji stolnika litewskiego i posła w Petersburgu, z Brühlem.

Listy stolnika litewskiego są olśniewające inteligencją; ile w nich wiedzy, dyplomacji, historii, ekonomii politycznej, cóż za rozległe światopoglądy. Listy Brühla to przede wszystkim groch z kapustą myślowy i metodyczny, oczywista głupkowatość umysłu, jakieś drobnostki i podłostki, jakieś plotki i babskie intrygi. Dwa światy: błyskawice inteligencji i zaduch beczki ze stęchłą kapustą. I oto jestem dziś przekonany, że gdyby nie inteligentny Stanisław August, gdyby nie jego mądrzy, szlachetni i wielkiego charakteru wujowie Czartoryscy, ale opasły i durny August III i kwękający i tumanowaty Brühl rządzili nami do końca XVIII stulecia, toby… nie było rozbiorów Polski.

To, co powyżej powiedziałem, jest oczywiście paradoksem, który ciśnie się do mózgu ze względu na zniechęcenie wynikające ze stwierdzenia, jak dalece szlachetne porywy polityczne przynoszą zło i nieszczęścia… Ale wiara moja w zbawienność dobrego ustroju państwowego, w zbawienność recepty konstytucyjnej została istotnie zachwiana. Anglicy – jak to już pisałem tysiąc razy – mają dobry ustrój nie dlatego, że mają takie czy inne instytucje państwowe, lecz dlatego, że się potrafią podzielić na dwie partie.

U nas historyczna szkoła krakowska głosiła zasadę, że Polska upadła przez brak silnej władzy państwowej. Wyznawcą tej tezy, spadkobiercą krakowskich stańczyków pod tym względem, był niewątpliwie Józef Piłsudski. Wiedział on zresztą, że Polak jest wolnościowy i nieposkromiony. Sądzę, że dążył do tego, aby Polak mógł zawsze wygadać się, ile chce, w ten sposób sobie ulżyć i siebie uspokoić, natomiast aby Polską rządziła władza jedna, a nie wiec partii rozmaitych.

Istnieją trzy klasyczne wzory konstytucji: angielsko-europejski, szwajcarski i amerykański.

W Szwajcarii wybiera się władzę wykonawczą na czasokres określony.

W Ameryce nie ma podziału na głowę państwa i premiera – głowa państwa jest jednocześnie premierem – i nie ma też odpowiedzialności parlamentarnej tego prezydenta-premiera przed parlamentem. Ameryka jest klasycznym terenem silnie skonstruowanej władzy wykonawczej.

Typ angielski i wielu konstytucji europejskich, o których słusznie powiedział Esmein:

Facies non omnibus una, Nec diversa tamen, qualem decet esse sororum3,

polega na trzech rzeczach zasadniczych:

Że prezydent, względnie król jest nieodpowiedzialny parlamentarnie, lecz nie może nic zrobić bez zgody rządu, bez kontrasygnaty premiera lub ministra.

Że rząd jest odpowiedzialny przed parlamentem.

Że w ten sposób od parlamentu jest uzależniony i rząd, i naczelnik państwa – rząd bezpośrednio, bo parlament może mu zawsze odmówić zaufania; naczelnik państwa pośrednio, bo w swej działalności jest całkowicie skrępowany przez ten bezpośrednio od parlamentu zależny rząd.

Czyli że prezydenta, rząd i parlament łączą nici, którymi porusza parlament.

Co zrobiła Konstytucja kwietniowa, tak opacznie często i nieprawniczo nawet przez zawodowych konstytucjonalistów omawiana?

Konstytucja kwietniowa przecięła te nici zależności na odcinku prezydent–rząd, zwalniając szereg ważnych aktów państwowych od obowiązku kontrasygnaty.

To było wszystko i to było bardzo wiele.

Ogromną rolę w utworzeniu nowego rządu polskiego w Paryżu odegrał Stanisław Stroński. Przyjechał on do Paryża, po drodze odwiedzając Paderewskiego w Morges w Szwajcarii, którego nie widział od chwili, kiedy Paderewski sprzedał wydawaną przez siebie, ale redagowaną przez Strońskiego „Rzeczpospolitą” p. Wojciechowi Korfantemu, tak jak chan krymski sprzedał Akbaha-Ułana Janowi Kazimierzowi. W Paryżu Stroński zaraz jest osaczony przez polityków różnych stronnictw. Ci politycy nie chcą uznawać Konstytucji kwietniowej ani prezydenta wyznaczonego przez Mościckiego, chcą reprezentować Polskę sami, bez udziału sanacji.

Stroński im tłumaczy, że w takim razie będą rodzajem Komitetu Narodowego i nie będą mogli powoływać się na akty, które Rzeczpospolita zawarła z innymi państwami, a powoływanie się na które jest nam w danej chwili jak najbardziej potrzebne.

Z przeciwieństwa tych dwóch zdań powstaje kompromis. Przede wszystkim dnia 30 września powstaje rząd, w skład którego wchodzą: generał Władysław Sikorski jako premier i minister spraw wojskowych, Stanisław Stroński jako wicepremier i minister informacji i dokumentacji, czyli propagandy, August Zaleski jako minister spraw zagranicznych, Koc, były szef Ozonu4, jako minister skarbu, Jan Stańczyk jako minister pracy oraz generał Józef Haller i Aleksander Ładoś jako ministrowie bez teki.

Poza tym, podsekretarzami stanu zostali: w Ministerstwie Spraw Zagranicznych Zygmunt Graliński, w Skarbie – Alfred Falter, w Pracy – Karol Popiel.

Bliższą charakterystykę tego rządu wypowiem później, teraz zaznaczę jego kompromisowość. Sanacja otrzymała teki Skarbu, względnie Ministerstwa Spraw Zagranicznych, minister Zaleski żeglował co prawda jako bezpartyjny fachowiec, ale już Koca za bezpartyjnego fachowca uznać było nie sposób; poza tym socjaliści dostali jednego ministra: Stańczyka; ludowcy dość mało ludowych: Ładosia i Gralińskiego; endecy byli reprezentowani tylko przez swoich sympatyków, do których zresztą dawno sympatię stracili, to jest przez Strońskiego i generała Hallera. Najbliższe sercu Sikorskiego Stronnictwo Pracy otrzymało – dawno z generałem związanego – Karola Popiela.

Druga strona kompromisu polegała na tym, że w dniu 30 listopada prezydent Raczkiewicz wygłosił przez radio do kraju oświadczenie następujące:

W ramach Konstytucji kwietniowej postanowiłem te jej przepisy, które uprawniają mnie do samodzielnego działania, wykonywać jedynie w ścisłym porozumieniu z prezesem Rady Ministrów. Postanowienie to nie tylko zamierzam wykonywać osobiście, lecz tę moją wolę przekazałem również generałowi Kazimierzowi Sosnkowskiemu, wyznaczonemu przeze mnie na następcę prezydenta Rzeczypospolitej Polski w razie opróżnienia się urzędu przed zawarciem pokoju.

Cała późniejsza wewnętrzna historia emigracji kręci się dokoła interpretacji tego oświadczenia. Napisano o tym całe tony artykułów, dyskutowano kilkadziesiąt tysięcy godzin. Kauzyperdostwo okropne.

Nie może być żadnej wątpliwości, że oświadczenie Raczkiewicza było niezgodne z prawem, że zmieniało konstytucję w sposób zupełnie zasadniczy.

Uprawnień publicznych nie można sobie zawieszać. Sędzia na przykład nie może „zrzec” się uprawnienia do wydawania wyroków i oświadczyć: „Będę wydawał wyroki jedynie w porozumieniu z prokuratorem”.

Oświadczenie prezydenta Raczkiewicza nawiązywało z powrotem te nici, wiążące wolę prezydenta zgodą rządu, o których mówiłem poprzednio, przywracało jak gdyby stan prawny z czasów poprzedniej Konstytucji marcowej, która obowiązywała w Polsce przed Konstytucją kwietniową i została naruszona przez majowy zamach stanu.

Tak, ale Konstytucja marcowa znała trzy czynniki: prezydenta, rząd i parlament. Tutaj, na emigracji parlamentu nie było i oświadczenie Raczkiewicza z dnia 30 listopada otwierało drogę dyktaturze generała Sikorskiego.

1W rzeczywistości nastąpiło to miesiąc wcześniej. Naczpol powołano 14 czerwca 1917.

2Raczkiewicz był po raz pierwszy ministrem spraw wewnętrznych w 1921 w rządzie Witosa, a potem jeszcze w1925 w drugim rządzie Władysława Grabskiego.

3Pol.: Każda twarz inna, choć wszystkie podobne jak siostry (Owidiusz,Przemiany, przekł. Anna Kamieńska).

4Ozon – potoczna nazwa Obozu Zjednoczenia Narodowego, prorządowej organizacji politycznej (1937–1939), głoszącej hasła skupienia społeczeństwa wokół armii i marszałka Rydza-Śmigłego oraz realizacji zasad ustrojowych sformułowanych w Konstytucji kwietniowej.

Ministrowie i petenci

I

Konstytucja kwietniowa z 1935 roku, mająca na celu bezwzględne wzmocnienie władzy prezydenta Rzeczypospolitej, w pierwszej linii spowodowała dualizm władzy, ponieważ prezydent Mościcki podzielił ją był z Rydzem-Śmigłym. W drugiej emigracyjnej linii prezydent Raczkiewicz wyrzekł się i jej litery, i jej ducha, jak to w poprzednim artykule opowiedziałem. Jest to jeden z wielu historycznych przykładów kapitulacji ustawowego prawa przed rzeczywistością polityczną.

W ostatnich miesiącach 1939 roku po polskim Paryżu kursował trafny dowcip Strońskiego: „Co to jest emigracja? – Pierwsi trzej to ministrowie, reszta to petenci”. Tak było w istocie. Generał Sikorski chciał stworzyć rząd wielopartyjny, szerokowachlarzowy, robił ministrami członków różnych partii, oczywiście bez pełnomocnictw ze strony tych partii i bez względu na wagę gatunkową danej osobistości. Ani Ładoś w normalnych warunkach nie reprezentowałby Stronnictwa Ludowego, ani Stańczyk – PPS, ani już najmniej Stroński – Stronnictwa Narodowego, gdyż endecy oskarżali go o sympatie do tak zwanego Frontu Morges, którą to organizację podejrzewali o zależność od masonerii.

Przejdźmy jednak do pewnych szczegółów, „nie spuszczając z oka”, że współczesny czytelnik polski nie bardzo dobrze pamięta ten polski podział na stronnictwa, który wybuch wojny zastał w Polsce w 1939 roku.

„Szeroki wachlarz”, „nie spuszczając z oka”. Pracuję w języku polskim jako pisarz i kocham wyrazy, słowa polskie, jak rzeźbiarz kocha swoją glinę, plastelinę czy marmur; jak malarz kocha swój karmin, błękit, popielatość czy róż. Jak piszę jakiś wyraz, zastanawiam się zawsze nad epoką jego powstania. „Szeroki wachlarz”… zdaje mi się, że się narodził w epoce targów parlamentarnych sprzed zamachu majowego… „Nie spuszczając z oka”… O! to z wszelką pewnością frazes wyjęty z konspiracyjnych odezw i okólników T.T. Jeża-Miłkowskiego sprzed ostatnich dziesiątków lat wieku XIX.

II

Stronnictwo Narodowe w konstytucyjnej dobie rosyjskiej, przed pierwszą wojną światową, nazywało się Stronnictwem Demokratyczno-Narodowym, potem, za polskich czasów, zmieniło swą nazwę na Stronnictwo Narodowe. „…Demokracja… nie lubię tego wyrazu” – mówił wielokrotnie na Radzie Narodowej w Angers p. Tadeusz Bielecki. Później, już po drugiej wojnie światowej, właśnie Bielecki zmienił z powrotem nazwę na Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne przez naiwny oportunizm.

Stronnictwo to wywodzi się od założonej przez Zygmunta Miłkowskiego (T.T. Jeża) w roku 1887 na zamku Hilfikon w Szwajcarii organizacji pod nazwą Liga Polska, która kilka lat później nazwała się Ligą Narodową. Już pisałem o roli „Zetu”, który zerwał z Ligą Polską dopiero w 1908 roku. Za naszych przedwojennych czasów Stronnictwo Narodowe było rzeźbione rękami Romana Dmowskiego, żywione jego myślą. Było to stronnictwo przede wszystkim antysemickie. Dmowski był judocentrykiem, wszystkie zagadnienia zawsze znajdowały u niego jakiś związek z kwestią żydowską.

Dopiero w drugiej linii Dmowski był anty-Niemcem. W Stronnictwie Narodowym obowiązywał kanon pseudohistoryczny o Polsce piastowskiej, antyniemieckiej, i Polsce jagiellońskiej, antyrosyjskiej. Założenie to było od a do zet głupie i ahistoryczne; w rzeczywistości dzieje narodu polskiego badane naukowo nie dają najmniejszego powodu do tego rodzaju uproszczenia i symplifikacji, ale endecy i nieendecy w Polsce szczerze w takie głupstwa wierzyli.

W tym miejscu należy się zapytać, co to jest w ogóle stronnictwo w ustroju liberalnym. Rzecz każda dość często ma dwie nazwy lub kilka nazw, których używamy zależnie od tego, czy tę rzecz przedstawić chcemy w sposób sympatyczny czy antypatyczny. Toteż mówimy: „człowiek o ścisłym poczuciu swoich obowiązków” i „nieznośny pedant”, zależnie od tego, czy dany urzędnik nam dogodził, czy też stworzył jakieś trudności. Podobnie jest z tym, co Vilfredo Pareto nazywa elitą. Ten najwybitniejszy moim zdaniem socjolog naszych czasów pisze o „elitach” pewnych środowisk, które w imieniu tych środowisk obejmują władzę lub sięgają po władzę. Zamiast honorowego wyrazu „elita” można użyć „klika” albo „siuchta”.

Otóż stronnictwo składa się zwykle z „elity”, czyli „kliki” czy „siuchty”, i z programu. Na program łapie się wyborców jak ryby niewodem. Elita albo dąży do władzy, albo do takiego czy innego urządzenia sobie życia.

Programów swoich Stronnictwo Narodowe, względnie Narodowo-Demokratyczne, napisało moc. Zmieniały się one często zależnie od okoliczności politycznych, ale przed 1939 rokiem, to jest w epoce, która nas interesuje, programy te musiały stronnictwu zapewnić poparcie czterech sfer społecznych: duchowieństwa, średniego i małego ziemiaństwa, młodzieży uniwersyteckiej oraz klasy drobnomieszczańskiej: kupców, kupczyków i innych łyków.

Toteż program tego stronnictwa był najczęściej zastępowany hasłem antysemickim, które tu miało powodzenie zapewnione. W ogóle endecja obrała sobie rolę, która w Polsce, niestety, zawsze była wygodna: stałej, bezwzględnej opozycji. Od konfederacji barskiej, której nie lubię i nie szanuję, od kiedy bliżej ją poznałem, narodem polskim można najłatwiej rządzić, jeśli się wszystko potępia, za żadną rzeczywistość nie bierze odpowiedzialności, zawsze się apeluje do uczuć niezadowolenia, krytyki, bezwzględnego potępienia. Anglicy mają nad nami tę wielką wyższość, że pytają zawsze: pan krytykuje, a co pan zrobiłby na ich miejscu? – U nas takie pytanie nie jest konieczne. Nasze życie publiczne to ciągła premia za całkowite poczucie nieodpowiedzialności.

Endecja w całej pełni korzystała z tego poczucia bezodpowiedzialności. Przeciwstawiała się w ogóle wszystkiemu: precz z Hitlerem i Żydami. Polityka zagraniczna stronnictwa układała się według sympatycznych wierszyków:

Warszawa, Kraków, stolice Polaków, A Niemcy, jak świnie, zamknięci w Berlinie.

Każda organizacja żywotna przeżywa rozłamy. Nie brakowało ich w endecji. W roku 1934 wyłamuje się spod autorytetu Romana Dmowskiego Obóz Narodowo-Radykalny, dzielący się zresztą na dwa kierunki. Ale dla epoki emigracji wojennej ważniejszy jest podział, który nurtował wewnątrz samego Stronnictwa Narodowego, na jego kierunek konserwatywno-liberalny i autorytatywny. Na czele tego drugiego kierunku stał prezes stronnictwa, p. Tadeusz Bielecki.

Był to człowiek, który może najbardziej zaciążył na politycznych losach emigracji. Był to organizator doskonały, był tym, kogo Anglicy nazywają whipem1stronnictwa. Kiedy w 1939 roku zjawił się w Paryżu, aby zaraz zresztą zachorować poważnie od zatrucia powstałego po zjedzeniu nieświeżych ślimaków w restauracji, był to człowiek pełen taktu, skromności, umiaru i twardości charakteru. Jego pojęcia w zakresie polityki zagranicznej były bardzo niewystarczające, ograniczały się do wiadomości, że na świecie jest Paryż, Londyn i masoneria. Nosił w klapie marynarki miniaturę Szczerbca Chrobrego, odznakę Obozu Wielkiej Polski, organizacji powołanej przez Dmowskiego w 1926 roku, ale ta miniatura była tak duża, że sam Bielecki, aczkolwiek miał poważną tuszę, przypominał trochę nagrobek. Nie mówił wtedy żadnym językiem poza ojczystym, chociaż później nauczył się nieźle władać angielskim i trochę francuskim. W obcowaniu towarzyskim, prywatnym, był bardzo sympatyczny.

Bielecki zastał na stanowisku ministra Mariana Seydę, swego antagonistę wewnątrz stronnictwa. Nie próbował go przepędzić lub obalić, przeciwnie – sankcjonował go na tym stanowisku władzą prezesa stronnictwa, co oczywiście było zręcznym rozpoczęciem gry.

Tyle co do jego startu w Paryżu. Nie miał wtedy pieniędzy, którymi rozporządzał tylko Sikorski, nie miał dokoła siebie swoich zwolenników, którzy dopiero później się pojawili. Ten powściągliwy i skromny start wykazywał dużą klasę gracza politycznego. Poza tym muszę tu uczynić zastrzeżenie, że pisząc później o Bieleckim i jego stronnictwie, jestem pozbawiony wglądu w rzeczy nader dla historyka ważne: w korespondencję pomiędzy endekami krajowymi a endekami londyńskimi. Mogę tylko dokładnie powtórzyć perypetie endeków emigracyjnych.

Wreszcie jedno bardzo istotne uzupełnienie. Do jednego z haseł stale wyrzucanych na zewnątrz przez endeków należało zwalczanie masonerii. A jednak i Liga Polska, i Liga Narodowa, wreszcie „Zet” były organizacjami wielostopniowymi, tajnymi, dokładnie na przykładach masońskich wzorowanymi. Wreszcie wewnątrz Stronnictwa Narodowego była jakaś mafia tajna, którą podobno rozwiązał Dmowski w 1927 roku, co się zresztą zbiegło z podobnymi antymafijnymi zarządzeniami, których w tym czasie dokonał Piłsudski w swoim obozie. Ale Dmowski zaczął po tym rozwiązaniu grupować koło siebie mafijkę z kilku osób. O ile wiem, do tej prywatnej mafijki Dmowskiego wchodzili: tenże Bielecki i jego antagoniści, Matłachowski i Giertych, a prócz tego Jakubowski, Folkierski, Sacha. Na ile znam ten skład, to wszyscy z niego są obecni na emigracji, względnie rozstrzelani zostali przez Niemców.

Inżynier Adam Doboszyński, autor rodzaju puczu antyrządowego w Myślenicach2, konkurent Bieleckiego w wyborach na prezesa stronnictwa, zjawił się także w Paryżu. Był to człowiek mający wielki wpływ na otoczenie, z którym obcował, ale jego program polityczny znajdował się stale w stanie umysłowej fermentacji. Niestety często zauważałem, że ludzie o wyższym wykształceniu technicznym zbytnio upraszczają zjawiska społeczne. Zawsze im się zdaje, że tak jak w maszynie, dość jest nacisnąć jakiś guzik lub przesunąć dźwignię, aby uzyskać cel pożądany.

III

Ale pierwszy rząd generała Sikorskiego nie był bynajmniej endecki. Tak samo jak w ojczyźnie, na emigracji endecy się bynajmniej do rządów nie pchali. Nic nie robiąc, wszystko krytykując, daleko łatwiej jest utrzymać za sobą większość opinii.

Rząd generała Sikorskiego był to rząd Frontu Morges.

Na jesieni 1936 roku do willi Paderewskiego w Morgesprzyjechali: Wincenty Witos, były premier, szef Stronnictwa Ludowego w Polsce, który uszedł za granicę przed wyrokiem skazującym go w tak zwanym procesiebrzeskim, oraz generał Sikorski. Ułożono tam powołaniefrontu politycznego, później zwanego Frontem Morges, do którego weszło Stronnictwo Ludowe oraz Stronnictwo Pracy.

To ostatnie stronnictwo powstało z fuzji części Chrześcijańskiej Demokracji z częścią Narodowej Partii Robotniczej. Ciekawych bardziej dokładnych o tych stronnictwach szczegółów odsyłam do swejHistorii Polski. Dość, że było to stronnictwo bardzo nieliczne, choć prezesem jego był wysuwany przez endeków na kontrkandydata Piłsudskiego w wojsku generał broni Józef Haller3.

– Wszystkie stronnictwa w Paryżu posiadają swoich przedstawicieli – złośliwie wtedy mówił Bielecki – jedynie Stronnictwo Pracy zjawiło się tu in corpore.

Ale stronnictwo to miało za sobą gorące poparcie generała Sikorskiego. Stąd uznane zostało za równorzędne stronnictwo i na emigracji, i w tajnych rządach nad podziemną Polską.

Generał Józef Haller to także karta z naszej polskiej tromtadracji i brania pozorów za rzeczywistość. Generał ten miał bardzo zdolnych i poważnych braci czy kuzynów: Stanisława, byłego szefa sztabu, i Cezarego, który poległ w zaraniu niepodległości w walkach z Czechami o granice na Śląsku Cieszyńskim. Sam generał nie zrobił kariery w wojsku austriackim, bo tam bardzo nisko oceniono jego kwalifikacje wojskowe i zapowiedziano mu, że powyżej kapitana nie zaawansuje. Potem na złość Piłsudskiemu zrobiono go dowódcą tzw. Legionu Wschodniego, potem w roku 1918 firmował on przejście tego Legionu na drugą stronę4, potem Dmowski zrobił go dowódcą wojsk polskich we Francji.

W roku 1920 w Poznaniu szef polskiej orientacji proaustriackiej podczas pierwszej wojny światowej, prezes krakowskiego Naczelnego Komitetu Narodowego, prof. Władysław Leopold Jaworski, spotkał się na śniadaniu z szefem prorosyjskiej, później proententowej, orientacji podczas tej wojny, Romanem Dmowskim. Obaj ci panowie chcieli nawzajem coś zgodnego powiedzieć, ale ciągle się okazywało, że są diametralnie innego zdania w każdej kwestii, która nasuwała się w konwersacji. Dopiero przy kawie zgodzili się, że szef galicyjskiego Legionu Wschodniego i szef antyniemieckiej armii polskiej we Francji, generał Haller, jest… Nie powtórzę tu dosłownie, co słyszałem o tej rozmowie, bo może wyraz użyty źle utkwił mi w pamięci, dość, iż wiem na pewno, że w jednej jedynej sprawie, w której panowie ci byli zgodni, to w sprawie generała Hallera.

IV

Stronnictwo Ludowe posiadało oczywiście obydwa niezbędne czynniki partii, to jest klikę, przepraszam… elitę, oraz program. Stronnictwo to było beneficjentem głosowania powszechnego, ponieważ jego astatystyczny program zachwycał liczne rzesze mieszkańców Polski. Mianowicie chłopu zarówno zamożnemu, jak biednemu Stronnictwo Ludowe obiecywało przydział ziemi. Przez całe lata Stronnictwo Ludowe za to hasło otrzymywało mandaty, i to liczne mandaty.

Program ten był astatystyczny, ponieważ przedwrześniowaPolska nie posiadała tyle ziemi, aby nią obdarować wszystkie istniejące gospodarstwa rolne. Większa własność rolna liczyła oczywiście sporą ilość hektarów, ale nie tak dużo, aby nimi obdzielić wszystkich chłopów. Toteż program Stronnictwa Ludowego nie wytrzymywał krytyki gospodarczej. Nie potrzebuję dodawać, że w Polsce powrześniowej sprawa ta przedstawiała się inaczej.

Była to prawdziwa żyła złota dla politykierów, owa eksploatacja ciągu chłopa polskiego do powiększenia swej gospodarki kosztem bezpłatnego lub taniego nabycia ziemi od dziedzica. Namiętność do posiadania tej ziemi była tak silna, że przez dwadzieścia prawie lat międzywojennych można ją było politycznie eksploatować.

W Paryżu pojawił się jeden z wiceprezesów Stronnictwa Ludowego, p. Stanisław Mikołajczyk. Był to facet ponury i podejrzliwy, o małych świńskich oczkach; wyglądało, że ciągle dbał, aby ktoś mu nie ubliżył. Poza tym wyczuwało się w nim człowieka wyjątkowo ambitnego, żądnego władzy i o ileż twardszego niż nasz wódz na cywilnych i wojskowych frontach, generał Sikorski.

Ale to byłoby jeszcze nic, gdyby się nie pojawił także prof. Stanisław Kot, człowiek znienawidzony przez dwa pokolenia. Jemu właśnie, prof. Kotowi, przypisywano podczas pierwszej wojny najgorszy wpływ na generała Sikorskiego, jego oskarżano, że wydaje broszury denuncjujące przed władzami austriackimi Polaków antyaustriackich, jego oskarżano, że przez swój wpływ na pułkownika Władysława Sikorskiego wpycha go w orbitę antyniepodległościowej działalności austriackiego wywiadu. Wtedy, za czasów pierwszej wojny, prof. Kot działał w orbicie konserwatystów krakowskich i był powszechnie uważany za konserwatystę. W Polsce niepodległej wstąpił do Stronnictwa Ludowego i podczas tłumienia strajku rolnego uległ obrzydliwym represjom policyjnym.

Teraz dziwne było działanie tego człowieka. Kraj był okupowany, sprawa polska wisiała na włosku, a on się zajmował personaliami w biurach paryskiego polskiego rządu. Wypędzał jednych, wprowadzał innych; tylko to go interesowało.

Zaczęło się od zwalczania Strońskiego. Ten publicysta, wyspecjalizowany w zwalczaniu marszałka Piłsudskiego, stał się teraz obrońcą byłych sanatorów, którzy zaludniali u niego biura setkami, a co najmniej dziesiątkami. Stary Stroński odczuwał satysfakcję z liberalno-dobrodusznego stosunku do swoich przeciwników. Mówił Wiktorowi Piotrowiczowi, byłemu naczelnikowi z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych: „Kiedyś to mnie kolana się trzęsły, jak szedłem do pana, a teraz panu się łydki trzęsą, jak pan przychodzi do mnie”. Ale Kot tępił ten liberalizm i samego Strońskiego z całych swoich sił i tolerował tylko takich sanatorów, którzy zgodzili się być jego konfidentami. Pod jego wpływem zaczęto też wesołemu Strońskiemu robić różne afronty, specjalnym pismem pozbawiono go wicepremierostwa.

Wybiegając trochę w przód, opowiem tu scenę, która miała miejsce już po utworzeniu się Rady Narodowej w Angers na komisji skarbowej.

Schwarzbart, przedstawiciel Żydów w Radzie Narodowej, bardzo inteligentny człowiek i wyrobiony polityk, poruszył sprawę, że trochę niebezpiecznie jest wysyłać do kraju przeszło sto milionów złotych przez niejakiego Mikicińskiego.

– Czy to oferta konkurencyjnej firmy? – zapytał się niegrzecznie Mikołajczyk, z pewnym nawet odcieniem antysemityzmu w tym zapytaniu.

Byłem także członkiem komisji skarbowej; nazwisko Mikiciński słyszałem po raz pierwszy, więc po posiedzeniu zapytałem się ministra Kota: o co tu chodzi?

Kot wyjaśnił mi, że to doskonała okazja, bo Mikiciński, Żyd polski, dostał exequatur od władz niemieckich na konsula Chile w Warszawie, i że te pieniądze bezpiecznie przewiezie.

– Co pan opowiada! – żachnąłem się niegrzecznie. – Z jakiej racji mieliby Niemcy powiększać ilość konsulatów w Warszawie i notabene udzielać exequatur Żydowi? To wygląda niesłychanie niebezpiecznie.