Europa in flagranti - Stanisław Cat-Mackiewicz - ebook + książka

Europa in flagranti ebook

Stanisław Cat-Mackiewicz

5,0

Opis

"Chciałbym powiedzieć czytelnikowi, co następuje: Przyjacielu, jeśli nie lubisz innych poglądów historycznych niż te, do których się przyzwyczaiłeś, proszę Cię, nie czytaj moich książek!" - Stanisław Cat-Mackiewicz

 

"Europa in flagranti nie jest usystematyzowanym i poukładanym wykładem historycznym. Ma bardziej kształt albumu fotograficznego, w którym poszczególne zdjęcia niekoniecznie się ze sobą wiążą, a opowiadanie tego, co na zdjęciach powierzono wybitnemu erudycie." - dr Janusz Mierzwa

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 355

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




© Copyright by Aleksandra Niemczyk and Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych UNIVERSITAS, Kraków 2012

© Copyright for Piękna epoka Stanisława Cata-Mackiewicza by Janusz Mierzwa and Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych UNIVERSITAS, Kraków 2012

ISBN 978-83-242-1864-9

Opracowano na podstawie wydania: 

Stanisław Mackiewicz Cat, Europa in flagranti, Instytut Wydawniczy Pax, Warszawa 2000.

Wykorzystano karykatury z przełomu XIX i XX w. z brytyjskiego czasopisma „Punch” oraz amerykańskich „New York Herald” i „Harper’s Weekly”. W książce zachowano styl Autora, uwspółcześniając jedynie pisownię i ortografię. Wyróżnienia w tekście są oryginalne. Przypisy i uwagi w nawiasach kwadratowych pochodzą od redakcji niniejszego wydania.

Opracowanie redakcyjne Jan Sadkiewicz

Projekt okładki i stron tytułowych Ewa Gray

Boerowie

I

Kiedy się zaczyna i kiedy się kończy wiek XIX? Moim zdaniem zaczyna się w roku 1815 przez zbudowanie nowej Europy, porewolucyjnej i ponapoleońskiej, i trwa do roku 1917, do wybuchu rewolucji rosyjskiej, która zmienia oblicze świata. Ale można także uważać rok 1900 za ostatni rok wieku XIX, ponieważ wtedy skończyły się wojny kolonialne, z których Europa wychodziła zwycięsko. Rok 1900 jest zenitem potęgi europejskiego kontynentu. Odtąd Europa będzie przegrywać i ustępować. Stąd jest to jednak krawędź fascynująca.

Czy rok 1900 należy do wieku XIX czy XX? Wilhelm II, ówczesny cesarz niemiecki i król pruski, zdecydował kategorycznie i bezapelacyjnie, że do XX. Temu się jednak przeciwstawił papież Leon XIII, który w większej zgodzie z tradycją twierdził, że to jest ostatni rok wieku XIX. Współczesnych bawił ten spór między dwoma władcami. Polacy oczywiście wydrwiwali poglądy Wilhelma – należało to do patriotyzmu.

Paryż był wówczas niekwestionowaną stolicą świata. Któraż zresztą metropolia mogła się z nim równać: Londyn – miasto brzydoty, Berlin – miasto koszar i nudy, młodziutki Nowy Jork? W Paryżu nad wszystkimi aktualnościami górowała Wystawa Powszechna otwarta 14 kwietnia 1900 roku. Przesłaniała ona wszystko, nawet antysemityzm. Bo w tym roku Francja właśnie zajmowała się antysemityzmem, który później w zupełnie innych wymiarach wybuchnie zrazu w Rosji i poniekąd w Polsce, a później ubierze się w skrzydła światowego koszmaru w hitlerowskich Niemczech. We Francji 1900 roku antysemityzm jest raczej zabawny: rozruchy czy wybryki antysemickie mają śmiech w swoim repertuarze. Ale i antysemityzm, i antyklerykalizm francuski cichną w tym roku ze względu na Wystawę Powszechną, którą odwiedza tyle głów koronowanych. „Francuzi strasznie lubią monarchów” – mówi wtedy Lew Tołstoj. Toteż antysemityzm i antyklerykalizm cichną jak dzieci, które się kłócą, a którym mamusia powiada: „Dzieci, spokój, goście przyjeżdżają”.

Wreszcie chciałbym powiedzieć czytelnikowi, co następuje:

Przyjacielu, jeśli nie lubisz innych poglądów historycznych niż te, do których się przyzwyczaiłeś, proszę Cię, nie czytaj moich książek!

II

Od 11 października 1899 roku toczy się wojna Anglii z Boerami, to jest z dwiema republikami: Transwalu i Oranii. Są to państwa rolnicze. Anglicy chcą zagarnąć terytoria Boerów ze względu na bogactwa kopalniane: złoto i diamenty. Czołową osobistością rządu brytyjskiego jest Joe Chamberlain, którego programem jest angielski imperializm; głównym motorem wojny z Boerami jest Cecil Rhodes, polityk południowoafrykański. Prezydentem Transwalu jest Paweł Kruger, staruszek, urodzony w 1825 roku, który już po raz czwarty wybrany był na prezydenta. Na czele republiki Orania stoi pan Steyn.

Boerowie są pochodzenia holenderskiego i mówią dialektem holenderskim. „Rodzice moi byli chłopi i ja byłem chłopem przez całe życie” – pisze Kruger w swoich wspomnieniach, z których dowiadujemy się także, że ci rodzice chłopi mieli trzydzieści tysięcy baranów, a on sam, Kruger, polował od dzieciństwa i miał na swoim rachunku czterdzieści zabitych słoni, lwy, nosorożce i hipopotamy.

Natomiast znawcą literatury Kruger nie był. Dowiadujemy się od niego, że przez całe życie przeczytał tylko jedną książkę. To niewiele, lecz książką tą była Biblia – i Kruger, kiedy przemawiał, ciągle cytował i powtarzał różne zdania z Pisma Świętego, a więc umiał zużytkować to, co przeczytał.

Wojna Anglii z Boerami była niewątpliwie wojną kolonialną, ostatnią zaborczą i zdobywczą wyprawą angielską. Była to jednak nietypowa wojna kolonialna. Imperium Brytyjskie nie wysłało przeciwko Boerom pułków hinduskich czy sudańskich, czy Kafrów. Przeciwko białym Afrykanerom mieli walczyć tylko członkowie białej rasy. Murzyński król Lekuku zaofiarował swoje usługi i swoich wojowników. Podziękowano mu i poradzono, aby spokojnie pozostał w domu.

Boer – to brzmi sympatycznie. Wtedy cały świat kochał tych Boerów wojujących z najsilniejszym wówczas państwem świata, liczącym czterysta milionów ludności, podczas kiedy Boerów było tylko trzysta tysięcy. Potem wyraz „Boer” zamieniliśmy wyrazem „Bur”. Dziś ci dawni legendarno-bohaterscy Boerowie to właśnie rządcy Republiki Południowej Afryki, stosujący politykę rasistowską wobec Murzynów wbrew opinii całego świata, która w tej sprawie opowiedziała się za niepodległością państw murzyńskich i całkowitym równouprawnieniem rasy czarnej. Nikomu do głowy w 1900 roku przyjść nie mogło, że Boerowie staną się na świecie tak bardzo niepopularni.

Wtedy kochano Boerów i podziwiano ich nierówną i wspaniałą walkę w obronie niepodległości. Ameryka, Francja, Niemcy, Rosja – wszyscy opowiadali się za Boerami, i to zarówno partie lewicowe, jak i sfery zachowawcze. W tym ogólnym uniesieniu było coś z tych sympatii, które otaczały sprawę polską podczas naszych powstań w 1830 i 1863 roku – występowano w obronie narodu słabszego, broniącego swych praw do życia. Te ogólne sympatie zarówno do Polski w środku wieku XIX, jak do Boerów przy jego końcu pomogły zarówno nam, jak i im dokładnie tyle, ile umarłemu pomaga kadzidło.

Ale sympatie i uczucia były jak najpowszechniejsze. W czasie Wystawy Paryskiej w 1900 roku wybuchł strajk praczek. Jedna młoda praczka, mająca wobec tego dużo czasu, zwiedza wystawę i wszczyna flirt z turystą z Persji. W czasie początkowej konwersacji mówi mu: „O! Jak tylko skończymy nienawidzić Anglików, zabierzemy się do Niemców”.

Ileż rzeczywistości politycznej mieści się w uwadze tej młodej osoby. Rok 1900 to rok szczytu nienawiści Francuzów do Anglików i jednocześnie jutrzenka anglo-francuskiego sojuszu skierowanego przeciwko Niemcom.

Liczni wolontariusze wyjeżdżali do południowej Afryki, aby wziąć udział w wojnie przeciwko Anglikom. Na pierwszym miejscu należy wymienić Francuza Villeboisa-Mareuila, który poległ jako szef sztabu wojsk boerskich. Wśród tych wolontariuszy uderza ilość przedstawicieli wielkiej arystokracji rodowej z Mikołajem księciem Radziwiłłem na czele – mówiąc nawiasem: mężem tej pani, do której niegdyś należał dom przy ulicy Foksal, gdzie teraz się mieści Stowarzyszenie Dziennikarzy w Warszawie. Mnóstwo niemieckich hrabiów i baronów, mnóstwo oficerów gwardii rosyjskiej. Ten jednostronny charakter pochodzenia wolontariuszy tłumaczę sobie tym, że w tych sferach najłatwiej było o pieniądze na długą drogę do Transwalu.

Anglików podróżujących po Europie wszędzie szturchano i wygwizdywano… Wielki Lew Tołstoj, pacyfista i prorok zasady niesprzeciwiania się złu, w wywiadzie prasowym powiedział: „Szczerze mówiąc, marzę o tym, aby Anglików dobrze poturbowano w tym Transwalu”. W gazecie paryskiej „Figaro” wyczytałem nawet, że gdzieś w Niemczech tłum napadł na „dwóch bogatych Polaków”, biorąc ich za Anglików. W takim piśmie jak „Figaro”, które wówczas reprezentowało francuskich bonapartystów oraz najwyższe sfery finansjery żydowskiej, wyraz „bogatych” dodawał tym Polakom szacunku. Nasi rodacy znaleźli się w kropce. Zaczęli bronić się przed tłumem laskami i pięściami, jednocześnie wołając: „Niech żyją Boerowie, precz z Anglikami”.

Według danych ogłoszonych w kwietniu 1900 roku Anglicy zaangażowali do wojny na terytorium republik boerskich następujące siły:

– 231 607 bagnetów i szabel,

– 59 072 konie (nie licząc mułów),

– 167 dział ciężkich, szybkostrzelnych,

– 464 działa polowe.

Powtórzmy, że Boerów było trzysta tysięcy wraz z kobietami i dziećmi. A więc jeden żołnierz brytyjski wypadał prawie na jednego żywego Boera, a jeśli zastosujemy zasadę, że ludność zdolna do noszenia broni wynosi zaledwie czternaście procent ogółu, to wynikałoby, że na jednego Boera zdolnego do wojny wypadało około sześciu żołnierzy angielskich i jedno działo na osiemdziesięciu Boerów.

W rzeczywistości Boerów biło się przez cały czas wojny około 35 tysięcy żołnierzy1. Był to żołnierz specjalnego rodzaju. Ogromne poczucie solidarności, przyzwyczajenie do walk ze szczepami murzyńskimi i duże wyrobienie samorządowo-polityczne zastępowało im dyscyplinę wojskową. Broń znali tylko jedną: piechotę na koniach. Uprawiali partyzantkę: podjeżdżali blisko do oddziałów angielskich, strzelali bardzo celnie i potem się rozpraszali. Anglicy także w czasie tej wojny powiększyli ilość kawalerii na niekorzyść piechoty.

Straty angielskie duże nie były. Według danych ogłoszonych w lutym 1900 roku, a więc już po kilku miesiącach wojny i dużych bojów, wynosiły one zaledwie:

– zabitych: oficerów 161, szeregowych 1490;

– rannych: oficerów 494, szeregowych 5595;

– wziętych do niewoli: oficerów 173, szeregowych 2669;

– razem: 10 582.

Przejdźmy teraz do uwag syntetycznych.

Wielokrotnie w swej publicystyce wskazywałem, że Anglia nie prowadzi wojen inaczej niż w koalicji. Wojny z rewolucją francuską, z Napoleonem, kampania krymska, pierwsza i druga wojna światowa, a więc wszystkie wojny, w których Anglia brała udział, to wojny koalicyjne – jak się koalicja rozpada, to Anglia się wycofuje. Ulubiona jej rola to rola szefa politycznego wojennej koalicji, natomiast żołnierzy swych, krwi swej, Anglia jak najbardziej oszczędza. Politycy i generałowie angielscy nie chwalą się ilością strat, lecz wartością osiągnięć.

Według mej systematyki wojna Anglii z Boerami w ogóle nie była wojną. Była to zaledwie ekspedycja wojskowa. Wojna to dramat dwustronny, zmaganie się dwóch sił, z których każda dąży do zniszczenia sił przeciwnika i do przeniesienia działań na jego terytorium. Otóż Boerowie nie mieli żadnych nadziei na przeniesienie działań wojennych na terytorium Anglii, na zajęcie Londynu. Nie była to więc wojna.

W swoich ekspedycjach wojennych przeciwko Hindusom, Afganom czy Boerom Anglia nie montowała koalicji. Natomiast za czasów boerskich powstała koalicja uczuciowa całego świata przeciw Anglii.

Świat o tradycjach feudalno-rycerskich, jak oficerowie armii francuskiej, niemieckiej czy rosyjskiej, oburzał się na Anglię ze względu na pastwienie się nad przeciwnikiem o ileż słabszym. Grały tu pojęcia honoru wojskowego powstałe jeszcze w średniowieczu.

Świat liberalny obrażało deptanie nogami przez Anglię zawartych uprzednio z Boerami umów.

Świat socjalistyczny widział w ekspedycji po złoto i diamenty w południowej Afryce egoizm bezczelnego kapitalizmu.

Wreszcie koła kapitalistyczne także oburzały się na Anglików. Tym światem nie rządzi bowiem solidarność, lecz zmysł konkurencji.

Ale wszystkie te uczucia, jak już powiedziałem, pomogły Boerom jak umarłemu kadzidło.

W marcu 1900 roku Boerowie oświadczyli, że gotowi są poddać się, byle tylko Anglicy przyrzekli, że w przyszłości będą szanowali niepodległość ich dwóch republik. Anglia odpowiedziała, że w żadnym razie nie zgodzi się na niepodległość. Boerowie wzywali wszystkie państwa do pośrednictwa. Jakże charakterystyczną będzie mowa Delcasségo, francuskiego ministra spraw zagranicznych. W dniu 16 marca 1900 roku Delcassé oświadczył, że owszem, tego, naturalnie, Boerowie itd., ale najważniejszy jest interes Francji, który zabrania konfliktu z Anglią.

Zresztą Delcasségo rozumiemy, bo wiemy, że myślał już o sojuszu anglo-francuskim zwróconym przeciwko Niemcom.

Prezydent Kruger w dość nieprzyjemny sposób charakteryzował politykę angielską: „Kłamstwa, intrygi, oszustwa, tajne kampanie i podburzania…”.

A w czasie swej podróży po Europie Kruger takie wypowiadał obserwacje o wojnie w Afryce Południowej:

„Ta wojna zbliża nas do granic barbarzyństwa. W ciągu swego życia wiele razy wojowałem ze szczepami Kafrów prawie zupełnie dzikimi. Ci Kafrowie nie byli wcale takimi barbarzyńcami jak Anglicy, którzy palą farmy i wtrącają kobiety i dzieci w stan nędzy zupełnej, nie myśląc o tym, aby dać im nad głową dach i kawałek chleba. Wiem, że Bóg nie opuści narodu boerskiego. Jeśli Transwal i Orania stracą niepodległość, to dopiero po całkowitym wymordowaniu obydwu naszych narodów, wraz z kobietami i dziećmi”.

Kruger we wrześniu 1900 roku przyjechał do Europy. Podróż jego miała poniekąd charakter pochodu tryumfalnego. Holenderski okręt, który go wiózł, „Gelderland”, był witany salwami, syrenami i banderami przez wszystkie okręty spotykane. W Marsylii entuzjazm, tłumy ludzi, w Paryżu delirium entuzjazmu.

Ale użyłem wyrazu „poniekąd”. Bo oto Kruger z Marsylii depeszuje do prezydenta Francji. Na tę depeszę odpowiada mu z polecenia prezydenta tylko prefekt Marsylii. Kruger przekracza granicę niemiecką, aby się zobaczyć z cesarzem. Wilhelm II zawiadamia go, że wyjeżdża na polowanie, więc nie może go przyjąć. Tylko królowa Holandii, jako panująca nad narodem bratnim, przyjęła biednego starowinę.

Boerowie utracili niepodległość na lat przeszło sześćdziesiąt2.

III

W marcu 1900 roku prasa europejska doniosła ze zdziwieniem, że syn zmarłego lorda Randolpha Churchilla ogłosił w „Morning Post” korespondencję, w której wzywa do wyrozumiałości i szlachetności w stosunku do Boerów.

Ten „syn lorda Randolpha” to Winston Churchill, który wtedy miał dwadzieścia sześć lat. W czasie tej wojny był on w niewoli u Boerów, z której potrafił uciec.

Natomiast Kipling, wielki i wspaniały pisarz, poeta angielskiego imperializmu, zajmował antyboerskie stanowisko.

Przypisy

1W rzeczywistości Brytyjczycy zaangażowali prawie 500 tys. żołnierzy, Boerowie byli w stanie zmobilizować do88 tys. Republiki boerskie liczyły ok. 1,5 mln mieszkańców.

2Od 1910 Związek Południowej Afryki miał status dominium, w 1961 proklamował niepodległość.

Anatol France

I

Przeglądam gazety francuskie, rosyjskie, polskie oraz angielski „Times” z roku 1900. Najbardziej charakterystyczne wydają mi się gazety francuskie. Powiedziałbym: życie i wyżywanie się dzisiaj, bez myśli o jutrze.

Prasa francuska jest przede wszystkim zajęta Wystawą Powszechną i tym, kto na nią przyjeżdża, a zwłaszcza przyjeżdżającymi monarchami. Przyjeżdża ich dużo. Od króla Szwecji, który wtedy był jednocześnie królem Norwegii, do królów egzotycznej Kambodży; arcyksiążęta austriaccy, wielcy książęta rosyjscy (ci są najpopularniejsi), królowa Portugalii i kilkadziesiąt innych, podobnie dostojnych osób. Jednego i tego samego dnia obwieszcza się przyjazd króla Belgów Leopolda II, monarchy bułgarskiego Ferdynanda I, następcy tronu Szwecji księcia Gustawa oraz ministra spraw zagranicznych austriacko-węgierskiego – Agenora hrabiego Gołuchowskiego.

Prasa francuska zamieszcza często protokoły pojedynkowe, jednostronne odpowiedzi na nie itd. Na pierwszych stronach gazet czyta się zapowiedzi: dziś odbędzie się pojedynek pomiędzy tym a tym. Zresztą jeszcze w roku 1963 czytałem w jednej z gazet paryskich protokół jednostronny w głośnej sprawie politycznego procesu. W roku 1900 nabrał specjalnego rozgłosu pojedynek Rotszylda – przygotowania do niego ciągną się przez dwa tygodnie, w ciągu których co dzień są podawane wiadomości o tej sprawie honorowej. Pewien arystokrata francuski nawymyślał Rotszyldowi od Żydów; sekundantami Rotszylda są dwaj hrabiowie francuscy. Wśród pojedynkujących się osób nie brak oczywiście nazwisk polskich, głośny jest pojedynek hrabiego Ksawerego Orłowskiego. W ogóle kronika towarzyska co chwila wymienia nazwiska polskiej arystokracji: Mikołaj i Roman Potoccy, Radziwiłłowie, Tyszkiewiczowie.

I oto w dniu 2 lipca prasa francuska podaje pierwszą niejasną wiadomość o zamordowaniu w Pekinie ministra niemieckiego barona Klemensa von Kettelera. Morderstwo miało miejsce 18 czerwca1, wiadomość szła przez dni czternaście. Europejczycy w Chinach zaczynają być zabijani.

Te właśnie chińskie wiadomości to kłopotliwe jutro, które rozbawionemu światu europejskiemu się zapowiada.

Na razie reakcje są bardzo typowe: „Dziś mamy – pisze jedna z gazet francuskich – co jest bardzo rzadkie, wiadomości z Chin, które wywierają wrażenie wiadomości prawdziwych”.

W dniu 24 lipca ta sama gazeta pisze z prawdziwie francuską ironią o rozporządzeniu cesarza Chin: „Nie wiadomo tylko, co to za cesarz, a przecież byłoby to interesujące”.

Dnia 29 lipca zostaje zabity we Włoszech przez anarchistę Anioła (nomen niezupełnie omen) Bresciego2król Humbert I. Najgorsze jest to, że to wydarzenie wymagające kondolencji wypada w szczególnej dla Wystawy Paryskiej chwili. Oto właśnie tego dnia zjeżdża na Wystawę szach Persji Mozaffar ad-Din. Ten szach dłuższy czas przedtem odpoczywał w Contrexéville i nawet stamtąd telefonował, trzymając słuchawkę telefoniczną po raz pierwszy w życiu. Są to czasy, kiedy Paryż opowiada autentyczną anegdotę o chłopczyku, który patrząc przez okno, zawołał: „Mamusiu, mamusiu, powóz biegnie, szukając swoich koników”. Ten chłopczyk z 1900 roku po raz pierwszy zobaczył przez okno samochód.

Paryż jest zakochany w szachu. Taki jest przystojny, przystępny, hojny, wielkopański. Gazety są zalane najdrobniejszymi szczegółami jego dotyczącymi. Szach prosił, aby jego powóz nie był eskortowany. I trzebaż trafu, że kiedy wjeżdżał na Wystawę, jakieś indywiduum bez kołnierzyka wskoczyło na stopień powozu i usiłowało go zastrzelić z bębenkowego rewolweru systemu „Buldog”. Szach, który właśnie kupił sobie laskę ze szpadą w środku, zaczął koło niej majstrować, ale jeden z towarzyszących mu Persów trącił rękę zamachowca i pistolet upadł na podłogę powozu. Wezyr towarzyszący monarsze zasłaniał go swoją osobą, a tłum usiłował zlinczować sprawcę zamachu, wznosząc wiwaty na cześć szacha.

W roku 1894 zabity został Carnot, prezydent Francji, przez Caseria, anarchistę włoskiego. W roku 1898 w Genewie cesarzowa austriacka zabita została przez Lucheniego, anarchistę włoskiego, wreszcie na cztery dni przed zamachem na szacha król Humbert także został zabity przez anarchistę włoskiego. Tak jak za czasów Stanisława Augusta Włosi byli specjalistami od fabrykacji lodów i innych wyrobów cukierniczych, tak teraz wopiniiogółu byli specjalistami od zamachów terrorystycznych. Toteż od razu wszyscy byli przekonani, że zamachowiec na szacha to Włoch, zwłaszcza że mówił południowym akcentem i odmawiał ujawnienia swego nazwiska. Przemawiano do niego po włosku, ale on nie śmiał się i mówił, że nic nie rozumie.

W ciągu jednak godzin kilkunastu ustalono jego tożsamość. Był to niejaki Saison, z przekonania anarchista, karany już uprzednio za podziurawienie nożem swego przyjaciela w czasie kłótni. Co dziwniejsze, ten Saison w czasie służby wojskowej był żołnierzem wzorowym, awansowany na kaprala, i tylko był karany i upominany za zbyt surowy i brutalny stosunek do podwładnych. Obecnie miał kochankę starszą od siebie o lat kilkanaście, którą tyranizował. Zamachu na szacha dokonał wyłącznie dlatego, że instytucja monarchii budziła w nim niesmak i obrzydzenie.

Szach dopytywał się, co Saison miał przeciwko niemu. Gdy się dowiedział, że tu chodziło tylko o brak gustu do monarchów, powiedział uprzejmie: „A, to cieszę się, że to tylko fanatyk”. Po czym przedłużył swój pobyt w Paryżu o dni dwanaście. Podobało się to paryżanom. „C’est chic” – powiadali.

Dorożkarze paryscy ze względu na Wystawę tak podnieśli ceny, że cudzoziemcy zwracali się do policji o obronę przed wyzyskiem.

II

W gazetach paryskich natrafiam na artykulik zatytułowany:Quo vadis. Czytam: „Quo vadisto arcydzieło Henryka Sienkiewicza. Ale pytanie »Quo vadis?« zadaje sobie każdy na Wystawie. Oczywiście, że na pytanie »Gdzie idziesz?« najlepiej sobie dać odpowiedź, że do pawilonu takiego a takiego, gdzie najlepszą dają herbatę”.

Ogłoszenie powyższe, umieszczone w części redakcyjnej numeru, to najlepszy dowód, jaką popularnością cieszyła się wtedy powieść polskiego pisarza. Biła rekordy nakładu, pozostawiając w tyle nakłady wszystkich autorów francuskich. Budziła oczywiście zawodowe zawiści i animozje, to jest uczucia, z których Francuzi bynajmniej nie są wyłączeni.

Wykształcenie klasyczne w szkołach zbliżało czytelnika do sienkiewiczowskiego tematu. Nie było tylko w przekładzie francuskim tego, co u Sienkiewicza jest najwspanialsze, mianowicie prostoty w budowie zdania, tej cudownej polszczyzny szczepionej na łacinie, nasyconej stylistyką łacińską. Największa wielkość Sienkiewicza pozostała w kraju i nie nadawała się do sprzedania na eksport.

III

Ale najbardziej typowym dla 1900 roku pisarzem będzie nie Sienkiewicz, lecz Oskar Wilde, Kipling, Anatol France.

Ten ostatni nazywał się naprawdę Thibault i był synem antykwariusza, co widać rozbudziło w nim zamiłowanie do starych książek i do kultury. Czy dzisiejsza młodzież polska czytałaby Anatola France’a, którego tak podziwiano w 1900 roku, czy nie uważałaby go za zbyt minoderyjnego, czy jego utworów nie uznałaby za minoderię?

Pewnie, że Anatol France od dzisiejszej współczesności oddalony jest o wiele więcej niż Sienkiewicz.

Zresztą spróbujmy zacytować próbkę jego stylu.

Oto w powieściCzerwona lilia, a lilia to herb Florencji, poetka angielska, w której domyślać się można przyjaciółki Browninga Katarzyny Mansfield, pokazuje francuskiej przyjaciółce ze swego balkonu widok na Florencję i mówi:

„Kochanie, ja nie mogę mówić, ja nie potrafię mówić… Ale patrz, kochanie, patrz jeszcze… To, co widzisz, jest jedyne… Przyroda nigdzie na świecie nie jest w tym stopniu subtelna, elegancka i finezyjna. Bóg, który stworzył te pagórki florenckie, był artystą. O! był snycerzem, jubilerem, rytownikiem medali, rzeźbiarzem, pracował w brązie i był malarzem – był florentyńczykiem. On nie stworzył niczego innego prócz tego, kochanie! Wszystko inne na świecie pochodzi od ręki mniej delikatnej, wykazuje robotę mniej doskonałą. Czyż naprawdę myślisz, że twórcą tego lila wzgórza, San Miniato, o profilu tak twardym i czystym, mógł być stworzyciel góry Mont Blanc? – Nie, to niemożliwe! Przecież San Miniato jest dziełem sztuki doskonałym w swoim umiarze. A oto rzecz inna, której nie umiem wypowiedzieć, której nie umiem zrozumieć i która jest rzeczą oczywistą. W tym mieście czuję się i ty się czujesz, kochanie, wpółżywą, wpółmartwą, w stanie bardzo szlachetnym, bardzo smutnym i bardzo rozkosznym. Patrz, patrz jeszcze, a odkryjesz melancholię tych pagórków otaczających Florencję i zobaczysz smutek, który nadchodzi z ziemi umarłych”.

Ale Anatol France umiał być czasami – jak by to powiedzieć – umiał być ekspresyjnie cierpkim.

Jego sekretarz, Brousson, napisał rozkoszną książkę:Anatol France w pantoflach. France był nie tylko znawcą historii i Kościoła, zbieraczem relikwii, autoremŻycia Joanny d’Arc, dla której miał kult prawdziwy, ale był także bezbożnikiem i afiszował się tym. Huysmans, pisarz, który się odrodził w katolicyzmie, przesłał mu przez Broussona rady następujące:

„Mistrzu drogi, kiedy noc zapadnie, uciekaj od wszystkich Twoich pochlebców. Jak Twoja szanowna i dobra matka, idź do kościoła, do Świętego Seweryna na przykład. Umocz swe palce w wodzie święconej, jak to czynią służące i dzieci zamieszkałe w tym kwartale. Zapomnij o swej nędznej nieśmiertelności człowieka sławnego. Uklęknij pośrodku nawy, pod skrzyżowaniem kamiennym. I wtedy, w świetle witraży, zapytaj sam siebie, czy dlatego zostałeś odkupiony, aby wypisywać impertynencje?”

Kiedy Brousson powtórzył dokładnie France’owi słowa Huysmansa, ten pokiwał głową i odpowiedział: „Rada za radę. Powiedz mu pan, niech zaniesie swoją urynę do analizy”.

Cały rok 1900 jest w tym dwugłosie.

Opowiada Anatol France:

„Byłem całkiem młody i siedziałem we Włoskim Teatrze na placu Ventadour. Wchodzi mały człowieczek. Kurtyna już jest podniesiona, nie ma żadnegomiejsca wolnego. Podchodzi do mnie i mówi: »Młody człowieku, może mi ustąpisz swego fotela. Jestem Ingres«”.

Sienkiewicz przyrównywał Anatola France’a do Petroniusza.

Wspaniałe były jego aforyzmy:

„Szczęściem, nie jesteśmy obowiązani być podobnymi do swoich portretów”.

„Kobieta jest jak książka. Przeglądając, zawsze się na coś natrafi”.

„Najlepsze moje książki? – To właśnie te, które nie mają żadnego powodzenia:Historia współczesna,Życie Joanny d’Arc. Moje ubogie książki? – To te, którymi cały świat się zachwyca:Tais,Czerwona lilia”.

O republice we Francji nie był Anatol France zbyt dobrego zdania.

„Potępia pan nasze czasy?

Tak. Całkowicie. Rzeczpospolita to panowanie brzydoty. Szkaradne szkoły, koszary, prefektury, pomniki. W swej brzydocie Republika jest nieomylna”.

Kiedy indziej Anatol France powiada:

„Wielbię Joannę d’Arc, ale to nie ona zbawiła Francję w 1430, lecz Ludwik Święty, ten cud królewskości”.

Anatol France nie był jednak zaliczany do rojalistów, lecz wręcz przeciwnie, do bezbożników, lewicy, komunistów.

Na pytanie, dlaczego jest socjalistą, odpowiedział:

„Dlaczego idę w stronę socjalizmu? – Bo lepiej jest być porwanym przez prąd, niż odrzucanym przez prąd”.

Istotnie, nic w Anatolu Fransie nie wskazywało na to, że może on myśleć kategoriami marksizmu. I na tym też polegała większa twardość charakteru Petroniusza nad Anatolem France’em. Petroniusz nie został chrześcijaninem.

Przypisy

1Ketteler zginął 20 czerwca 1900.

2Właśc. Gaetanego Bresciego.

Bokserzy

I

W czerwcu 1900 roku wybuchło w Chinach powstanie jednego ze związków tajnych tam działających, który się nazywał: „Pięść Zgody i Sprawiedliwości”1, a którego płycizna europejskich o Chinach informacji przerobiła na „Związek Wielkiego Kułaka”, skąd powstała nazwa: „bokserzy”, po dziś dzień używana, kiedy się pisze o wydarzeniach z 1900 roku.

Można się uczyć historii z dokumentów, pamiętników i opracowań, ale można ją także widzieć oczami gazet współczesnych. Pochłonięty jestem przeglądaniem prasy europejskiej z czasów powstania bokserów i delektuję się jej głupotą. Jak rzadko spotyka się zdanie, które później się sprawdziło! Cóż za różnica – powiem to z uprawnioną dumą – z mymi tak często proroczymi artykułami z czasów międzywojennego dwudziestolecia. Prasa europejska w tym okresie nienawidzi Chińczyków i pogardza nimi, uważa ich za morderców i sadystów. Oskarża rząd chiński, że popiera bokserów, i oburza się, że sfery oficjalne chińskie temu zaprzeczają. Z jakimże patetycznym oburzeniem pisze prasa paryska o orędziu cesarzowej chińskiej, która oskarżała bokserów, oświadczając, że nie lepsi są od chińskich chrześcijan. Jakże śmiała tak napisać podła baba intrygantka! – pieni się prasa europejska.

Czasy są wówczas bardzo rycerskie, a oto w korespondencji wydrukowanej przez bardzo szanujące się pismo paryskie czytamy, że w dniu 11 lipca 1900 roku, podczas oblężenia legacji dyplomatycznych, marynarze francuscy wzięli do niewoli osiemnastu bokserów ukrytych w jednej świątyńce. Byli to żołnierze cesarscy. Wydał ich Chińczyk chrześcijanin. Jeńcy ci zostali pozabijani przez marynarzy francuskich, a ponieważ oszczędzano naboi, zakłuto ich bagnetami. Mordowanie jeńców było dla ludzi z 1900 roku chyba najohydniejszym z przestępstw, a jednak o tym mordowaniu żołnierzy chińskich pisze się z tryumfem, oburzając się na to, że jeńcy przed śmiercią dawali bałamutne informacje wojskowe.

Prasa francuska oklaskuje wypowiedź cesarza Wilhelma II, która brzmiała:

„Nie zaznam spoczynku do chwili, w której sztandary niemieckie w towarzystwie chorągwi innych narodów cywilizowanych nie zawisną nad murami Pekinu, aby podyktować pokój narodowi chińskiemu”.

Rzecz później niepojęta, prasa francuska, rozczulająca się wtedy nad losem Boerów, zachłystuje się z zachwytu nad tymi słowami niemieckiego cesarza.

„Oto jest właściwy ton i język! – woła. – My, Francuzi, niezależnie od partii, na które się dzielimy, oklaskujemy te słowa”.

Rozruchy w Pekinie rozpoczęły się w dniu 6 czerwca 1900 roku.

Nikt wówczas nie rozumie, że jest to przejaw gniewu czterystu milionów ludzi. Nikt w tej chwili nie przypomina sobie pięknych słów Alberta Sorela:

„Wielkie wydarzenia zarysowują się na morzu historii zrazu odległą i małą bruzdą, potem rosną i rosną w coraz większą falę, aż pióropuszami piany upadną na czekające na nie piaski”.

Ton pisania o tych bokserach jest taki sam, z jakim przedtem pisało się o „gangsterach” amerykańskich, „bandytach” meksykańskich lub „nihilistach” rosyjskich. Ton niezwykle płytki.

Zresztą nad całą sprawą chińską ciążą międzynarodowe niechęci europejskie. Wyprawę na Pekin wojska niemieckie i francuskie odbywają w towarzystwie wojsk angielskich, a jednak ciągle się tym Anglikom wsadza szpilki niechęci i pogardy. Oto karykatura typowa dla tych nastrojów – Anglik mówi: „Muszę teraz zwyciężać gdzie indziej”. Ten wyraz „zwyciężać” jest oczywiście bardzo złośliwy. Przypomina się w ten sposób Anglikom, że przecież dotychczas nie potrafili zwyciężyć Boerów, więc niech sobie nie przypisują kierowniczej roli w wyprawie przeciwko Chińczykom.

II

Tymczasem w Chinach wyglądało to zupełnie inaczej, niż się moim kolegom dziennikarzom z poprzedniego pokolenia wydawało.

Biali ludzie byli w Chinach bardzo brutalni, a z licznych opisów wynika, że zachowywali się w sposób gangsterski. Muszę tu zaznaczyć, że w opisie tych wydarzeń nie korzystałem ani ze źródeł chińskich, ani z późniejszych komunistycznych, prochińsko nastrojonych. Przeciwnie, opieram się wyłącznie na korespondencjach gazet europejskich.

Trudno, a raczej całkowicie niemożliwe jest dla nas zrozumieć Chiny z 1900 roku. Społeczeństwo o olbrzymiej kulturze, o filozofii bardziej inteligentnej i subtelnej niż ta nasza z XIX wieku, o wspaniałej sztuce, o manierach obcowania człowieka z człowiekiem tak wyszukanych i ceremonialnych, że w porównaniu z nimi nasze obyczaje były raczej kłótnią pijanych drabów w tramwaju. Kuchnia chińska była także niesłychanie kunsztowna, wyrafinowana i wspaniała. Medycyna chińska, a raczej terapia lecznicza, również stała wyżej od naszej.

Jednocześnie całkowita nieznajomość techniki w dziedzinietransportu, wojny, przemysłu, nieznajomość maszyn, pary, elektryczności.

Wreszcie niezrozumiały dla nas ustrój polityczny. Człowiek zdaje egzaminy i tylko te egzaminy torują mu drogę do awansu. Rzekłbyś: ustrój doskonały, ale, jak to często bywa, ta doskonałość w praktyce ma skutki katastrofalne. Pisownia oparta na tysiącach hieroglifów wytwarza całkiem specyficzny typ kultury.

A wówczas dla przeciętnego Europejczyka Chińczyk to człowiek „dziki”. Nic bardziej kretyńskiego, głupiego niż owo porównanie Chińczyków z prymitywnymi narodami kuli ziemskiej. Chińczycy to starzec wśród narodów, a nie dziecko czy niemowlę.

Narody chińskie podlegają władzy dynastii mandżurskiej, której nie lubią, i Mandżurom, których nienawidzą. Co dziwniejsza, Japończycy nie poczuwają się do żadnej wspólnoty krwi z Chińczykami, przeciwnie, to oni właśnie, Japończycy, zainaugurowali w 1894 roku politykę rozbioru Chin, tak jak przedtem i potem rozbierano Turcję, tak jak przedtem rozbierano Rzeczpospolitą…

Europejczyków oburzało naturalnie bardzo, że Chińczycy mordowali misjonarzy, którzy składali się z ludzi idei, z szerzycieli nauki miłości bliźniego. Ale to postarajmy się zrozumieć: niechęć do misjonarzy płynęła stąd, że Chińczyk chrześcijanin przestawał być Chińczykiem, że adoptowany przez białych solidaryzował się z białymi.

Podobno Chińczycy skarżyli się wówczas na nadmiar dzieci, podobno nowo narodzone dziewczynki wrzucali do studni. Misjonarze wykupywali dzieci z rąk rodziców i wychowywali na chrześcijan.

Ale korespondent gazety „Le Temps” wyjaśnia nam bliżej niektóre prawdy o braku powodzenia pracy misjonarzy w Chinach.

Powiada ona, że Chińczyków raził brak zgody pomiędzy misjonarzami. Obok misji katolickich, niewątpliwie najpoważniejszych i najbardziej ofiarnych, było mnóstwo misji protestanckich, hojnie subsydiowanych przez Amerykanów. Te ostatnie prowadziły często nietaktowną propagandę przeciwko misjonarzom katolickim. Było aż szesnaście (tak: szesnaście!) wyznań protestanckich na terenie Chin, twierdzących, że tylko ich nauka jest jedynie słuszna i prawdziwa. Nawet imię Boskie było rozmaicie przez te misje przywoływane. Jezuici, pierwsi misjonarze w Chinach, mówili o Bogu „Tien Czu”, pierwsi misjonarze amerykańscy nazywali Go „Czen Czi”, co znaczy: Duch Prawdziwy, a misjonarze angielscy: „Czang Ti”, co oznaczało: Władca Najwyższy.

Tenże pan Monnier, korespondent „Le Temps”, kreśli nam taki obrazek:

„Ze zdziwieniem patrzyłem, jak rosyjski oficer policyjny we Władywostoku przyjmował papiery od kilkunastu Rosjan przyjezdnych. Wszyscy oddawali mu swoje paszporty z należnym wobec władzy szacunkiem, a tymczasem ten oficer był Buriatem i miał wyraźnie mongolskie rysy twarzy. Mimo woli myślałem, że nic podobnego nie byłoby możliwe w Bombaju, Singapurze, Sajgonie, w Hongkongu. Tam każdy biały czuje się czymś o tyle wyższym od Azjaty, że nigdy nie będzie mu posłuszny przy żadnej okazji. Czy możecie sobie wyobrazić, aby policjant hinduski chwycił za kołnierz pijanego Anglika awanturnika? Albo żeby policjant Annamita aresztował marynarza Francuza? Cóż to byłby za skandal!”

Zauważmy sobie dobrze: słowa powyższe pisane są w roku 1900. Jakież refleksje budzą dzisiaj.

Wydarzeniem, które pośrednio spowodowało powstanie bokserów, była próba zbudowania w Chinach kolei żelaznej. Prasa europejska oburzała się: buduje się im kolej żelazną, a ci się buntują. Nie było to jednak tak proste. Oto ci, którzy kolej budowali, nie zważali na cmentarze chińskie, a dla Chińczyka ówczesnego nie było większej świętości niż miejsce spoczynku jego przodków. Wywoływało to oburzenie spontaniczne i rząd chiński oraz dynastia były bezsilne wobec tych odruchów. Więcej: musiały z nimi współczuć.

Wielki mąż stanu rosyjski Sergiusz Witte opisuje rozbój, którego w Pekinie dopuściły się wojska sojusznicze po oswobodzeniu dyplomatów. Doszczętnie zrabowany był pałac cesarski, potłuczona w nim odwieczna porcelana, dzieła sztuki o niewymiernej wartości, porozbijane szafy żelazne z dokumentami. Nawet dokument przymierza z Chinami podpisany przez Mikołaja II i cesarza Chin został wtedy skradziony.

Biała rasa niezbyt wspaniale propagowała w Chinach swoją wyższość.

III

Powstanie bokserów wybuchło 6 czerwca 1900 roku po licznych rozruchach, które wybuch tego powstania zapowiadały. Dnia 11 czerwca zabity został kanclerz poselstwa japońskiego, a 20 czerwca minister niemiecki baron von Ketteler. Potem wszystkie poselstwa musiały się zebrać w jednym budynku. Dnia 15 sierpnia wojska sojuszników wkroczyły do Pekinu i uratowały i uwolniły dyplomatów wraz z ich pięknymi, ewentualnie brzydkimi żonami i dziećmi2. Zaczęła się potworna grabież Pekinu. Wojska sojusznicze składały się z Niemców, Rosjan, Francuzów, Anglików, Amerykanów, Japończyków oraz przedstawicieli Austro-Węgier i Włochów. Rabowali wszyscy. Zdaje się, że jednak nie rabowali Japończycy.

Sytuacja rządu chińskiego była bardzo swoista i skomplikowana. Rząd ten był specjalnie czuły na rzeczy protokolarne, ceremonialne, tymczasem przez rządy państw białych był obrzucany grubiaństwami. Można się wyrazić, że Chińczycy przystępowali z kwiatami, a biali na ich oczach kwiaty te deptali.

Ostateczny układ z Chinami został zawarty przeszło po roku, bo dopiero w dniu 7 września 1901 roku.

Dynastia czuła się niepewnie na tronie chińskim, ponieważ była to dynastia obca, mandżurska. Przeżywała też kłopoty rodzinne, które ją tym bardziej osłabiały. Cesarz Kuang Si [Guangxu] był chorowity i zdaje się, że głupowaty. Od roku 1898 całą władzę zagarnęła cesarzowa-wdowa, która nie była jednak matką, lecz jakąś ciotką panującego cesarza, a nazywała się, jeśli dobrze stosujemy transkrypcję nazwisk chińskich, Tsu Hi, czy też Tsu Hsi [Cixi]. Ta cesarzowa sprzyjała bokserom. Wyobraźmy sobie Stanisława Augusta sprzyjającego konfederatom barskim. Ale ulegała dwom wpływom: z jednej stronyrealista i zwolennik pokoju Li Chun-czang [Li Hongzhang], którego tak wysoko cenił Witte, z drugiej strony książę Tuan, wyraźny ksenofob i zwolennik bokserów.

Dodajmy na tym miejscu, że „Pięść Zgody i Sprawiedliwości”, czyli bokserzy, nie była bynajmniej jedynym związkiem politycznym w Chinach, była tylko jedynym promandżurskim, jedynym, który godził się na pozostawanie dynastii mandżurskiej u władzy. Stąd cesarzowa musiała z nim sympatyzować. Ale jednocześnie wobec cudzoziemców próbowała się wyprzeć tych swoich sympatii. Podczas oblężenia legacji posyłała oblężonym melony i inne łakocie. Wszystko to było mieszaniną jakiegoś wyrafinowania z naiwnością.

Wspomnijmy o innych związkach, tak zwanych „tajnych”, choć ta tajność oznaczała tylko, że były nieuznane oficjalnie, poza tym jednak działały jak najbardziej jawnie w sensie propagandy, skrywając tylko swe sprawy organizacyjne i personalne.

Najstarszą z tych organizacji był związek „Białych Dzbanuszków”, powstały jeszcze w początkach XIX wieku i kilka razy porywający się do wypędzenia dynastii mandżurskiej. „Białe Dzbanuszki” obradowały nocą, nie uznawały Pekinu za stolicę i w każdej z chińskich prowincji miały swego rządcę, który konkurował z wicekrólem mianowanym przez cesarza. Ci rządcy nie byli obierani, ale, rzecz szczególna, wylosowywani. Cóż zrobić, taka sama dobra metoda jak każda inna.

Inną organizacją było „Towarzystwo Nieba i Ziemi”, również dążące do wypędzenia mandżurskiej dynastii. Ta organizacja za najmniejsze nieposłuszeństwo zabijała swoich członków. Uprawiała prowokację. Członkowie jej wstępowali do wojska i administracji, aby rządowi robić jak największe świństwa i utrudniać rządzenie krajem.

Wreszcie trzecia organizacja nazywała się „Chiny dla Chińczyków”. Była również wroga dynastii mandżurskiej, ale o cudzoziemcach rozpowszechniała wiadomości, że biali ludzie wciągają do swych mieszkań młodociane Chinki, aby im ucinać piersi, z których potem robią sobie lekarstwa, jak również, że polują na chłopców Chińczyków, wyłupiają im oczy i używają ich do aparatów fotograficznych.

Cesarzowa Tsu Hi nie miała więc słodkiego ani wesołego życia.

IV

Jaki był stosunek do Chin mocarstw, które w 1900 roku okupowały Pekin?

Anglicy, jak zawsze najzręczniejsi w intrygach, proponowali, aby międzynarodowy mandat na poskromienie bokserów dać Japonii. Byłoby to szczucie jednego państwa rasy żółtej na drugie.

Ale Wilhelm II ryczał, że przypomni Chinom „rżenie konia Attyli”. W swoich książkach:Muchy chodzą po mózguorazBył bal, wyjaśniam, dlaczego uważam Wilhelma II za typowo secesyjną figurę. Natomiast Bülow, kanclerz niemiecki, nie interesuje się zagadnieniem chińskim, uważa Chiny za dziesięciorzędne zagadnienie polityczne.

Austria i Włochy pojawiły się w Chinach tylko dlatego, że były członkami trójprzymierza niemiecko-austriacko-włoskiego, a Wilhelm II chciał tej sprawie nadać możliwie najszersze międzynarodowe znaczenie, słusznie uważając, że pomniejszy w ten sposób znaczenie Anglii na Dalekim Wschodzie.

Francuska polityka ówczesna nie miała tych uniwersalnych aspiracji, które miała za czasów Ludwika XIV, Napoleona I czy Napoleona III albo de Gaulle’a.

Sami Chińczycy w owych czasach, a zwłaszcza postępowi ich działacze, mają więcej zaufania do Ameryki.

Sergiusz Witte, najinteligentniejszy rosyjski mąż stanu, uważał, że Rosja nie powinna dopuszczać do rozbioru Chin. Była to polityka Panina, dygnitarza Katarzyny II, w stosunku do Rzeczypospolitej Polskiej. Uważał, że Rosja powinna być przyjacielem i protektorem Chin. Było to istotnie bardzo mądre i dalekowzroczne, ale tego nikt poza Wittem w Rosji nie rozumiał. Mikołaj II wahał się. Liczył się jeszcze wtedy ze zdaniem genialnego ministra skarbu, to jest Wittego, ale Wilhelm II gwałtownie go popychał w inną stronę. Toteż Rosja traci wtedy wielką okazję wygrania sprawy Dalekiego Wschodu we własnym interesie i podpisuje wraz z innymi państwami układ o otwartych drzwiach w Chinach, który można nazwać: rabuj, kto może.

Najwięcej dziwi mnie jednak Japonia. Oto w petersburskich „Nowoje Wriemia” z dnia 21 lipca 1900 roku czytam wywiad z sekretarzem poselstwa japońskiego w Rosji, panem Tanu. Wypowiada się on w sposób możliwie antychiński. Wykrzykuje nawet: „Wspólna polityka chińsko-japońska, ależ to jest marzenie, marzenie – marzenie nieosiągalne!”.

Przypisy

1Właśc. Pięść w Imię Sprawiedliwości i Pokoju. Rozruchy naprowincji trwały już od 1899, w czerwcu 1900 powstanie dotarło do Pekinu.

2Wojska interwentów wkroczyły do Pekinu 14 sierpnia 1900.

Wielkie zagadnienia filozofii historii

I

Odważmy się otworzyć dyskusję na tematy najbardziej zasadnicze. Czy idziemy naprzód, czy w tył? Czy świat się doskonali, czy jest coraz bardziej prostacki?

Odpowiedź na to pytanie nie jest tak łatwa, jak się zdaje.

Nie będę tu poruszał dobrobytu ludzkości. Z danych dotyczących XIX i XX wieku wynika, że dobrobyt ten powiększa się co każde dziesięciolecie. Można to uznać za regułę działającą zupełnie pewnie, przynajmniej jeśli chodzi o Europę, Amerykę i inne terytoria zamieszkane przez rasę białą. Ale ten temat, aczkolwiek niesłychanie interesujący i może najbardziej ważny, chciałbym pominąć w tym rozdziale.

Również można uznać za rzecz zupełnie pewną, że na świecie wzrasta ilość ludzi objętych jakimś wykształceniem szkolnym. Analfabetyzm ulega likwidacji, czytelnictwo się ogólnie zwiększa. Teza ta znów znajdzie poparcie statystyczne, jeśli chodzi o rasę białą i o wiek XIX i XX. Jak to było dawniej, nie wiemy.

Od dwustu lat obserwujemy niesłychany postęp techniczny. Odbywa się on olbrzymimi skokami.

Da się to najlepiej zaobserwować w dwóch dziedzinach: transportu i wojny.

W ciągu lat tysięcy jedynym transportem były konie, a ściślej mówiąc: zwierzęta pociągowe, bo prócz koni pedant tu wymieni słonie i wielbłądy, muły i osły. I oto raptem olśniewający skok w ciągu lat stu kilkudziesięciu. Dopiero w XIX wieku zaczęto jeździć kolejami – w roku 1900 pierwsze auta nie przekraczają trzydziestu kilometrów na godzinę (tak!), dziś latają odrzutowce, których szybkość liczy się w tysiącach kilometrów na godzinę. Po tysiącach lat znających tylko żagiel, wiosło i zwierzęta, w ciągu lat stu kilkudziesięciu transport mechaniczny doszedł wprost do przekreślenia znaczenia przestrzeni. Podróżujemy dziś z szybkością, na którą dawniej mogli sobie pozwolić tylko bogowie greccy, i to ci lepszej rangi.

To samo mniej więcej da się powiedzieć o sztuce wojowania, czy też wzajemnego mordowania się. Tutaj może postęp nie jest tak nagły ani tak sensacyjny, bo armaty były już w średniowieczu, a Grecy i Tatarzy używali jakichś ogni, które później się zgubiły, a jednak technika wojenna rozwijała się bardzo powoli. Broń palna dopiero w XIX wieku stała się bardziej efektywna – w roku 1914 marszałek Kitchener mówił, że są konieczne dwa karabiny maszynowe na tysiąc ludzi, czyli na batalion, ale że więcej karabinów maszynowych niż cztery na batalion byłoby szkodliwe. Tak jest! Co prawda okolicznością łagodzącą jest to, że mówił to doświadczony generał, czyli człowiek niemający pojęcia o wojnie. Niech mi czytelnik wybaczy tę butadę, ale mógłbym służyć tysiącem przykładów, że w dziedzinie techniki i zmian w prowadzeniu wojny starzy generałowie wykazują jak największy konserwatyzm.

Technika prowadzenia wojny tak się spóźniła, że jeszcze ja, czyli człowiek obecnie jeszcze żyjący, szarżowałem na nieprzyjaciela z lancą w ręku, czyli mniej więcej w ten sam sposób, w jaki się bito pod Grunwaldem. Przecież jeszcze w roku 1939 cała armia państwa polskiego oparta była na trakcji konnej.

O tych skokach technicznych w dziedzinie transportu i prowadzenia wojny, o skokach od konia do odrzutowca, od lancy do broni nuklearnej, rozpisuję się tylko dlatego, żeby zwrócić uwagę, że nie we wszystkich dziedzinach życia ludzkiego jest tak samo, że w niektórych, i to bardzo ważnych, stoimy w miejscu, co gorsza, cofamy się; nie dorównujemy w swoich obecnych wysiłkach osiągnięciom sprzed wieków.

Dotyczy to przede wszystkim filozofii. Chyba nie ma na świecie poważnego człowieka, który by twierdził, że Hegel może być stawiany na równi z Demokrytem, filozofem greckim z IV wieku przed urodzeniem Chrystusa. Demokryt był to prawdziwy mędrzec i jasnowidz, a Hegla i jego wpływ na świat myślący XIX wieku tłumaczyć i usprawiedliwiać należy ówczesnym romantyzmem. Epoka romantyzmu dała nam wspaniałą poezję z naszym Mickiewiczem na czele, lecz w filozofii wyraziła się brakiem rozsądku i racjonalnej krytyki. Dla mnie Hegel to ponury humorysta, a nie filozof.

Filozofia XIX wieku nie tylko była nieporównanie mniej inteligentna od filozofii greckiej, od czasów, w których wiedza ogólna była o ileż bardziej ograniczona, ale jeszcze miała skutki bardzo szkodliwe.

Podobnie jak filozofia, także prawo nie wykazuje wielkich postępów. Oczywiście, że prawo nowoczesne realizuje zasadę równości człowieka wobec prawa, a prawo rzymskie godziło się z pojęciem niewolnika. Ale to są zagadnienia prawa materialnego, które się zmienia zgodnie z nowymi warunkami życia społecznego, natomiast prawo formalne jest przez nas przejęte od Rzymian w całości. Takie zasady, jak „prawo nie działa wstecz” i inne podobne, są nadal podstawą myślenia prawniczego i do takich zasad od czasów rzymskich nic prawie nowego nie dodaliśmy. W każdym razie w tej dziedzinie nie ma również takiego przeskoku jak od konia do odrzutowca.

Medycyna także nie ma swej „broni nuklearnej”. Medycyna dotychczas nie wie, co to jest mózg.

Najbardziej jednak upokarzające dowody braku postępu widzimy w działalności artystycznej, estetycznej. Pomimo istnienia impresjonistów całe malarstwo XIX wieku jest w porównaniu z Giottem, Leonardem, Rembrandtem i Velázquezem rozpaczliwym, upokarzającym kiczem. Jeśli się przechodzi przez sale retrospektywnej wystawy malarskiej i po salach renesansu i baroku przejdzie do obrazów XIX wieku, to człowiek jest upokorzony tym upadkiem! A architektura? Ostatnie czasy były tak samo upadkiem architektury, która dopiero od niedawna stwarza sobie jakieś nowe i interesujące oblicze. Ale kamienica czynszowa z końca wieku XIX to przecież jakiś potwór, jakieś babsko w rodzaju pani Dulskiej w komedii Zapolskiej. Ten upadek malarstwa, rzeźby, architektury w latach, w których wznosi się postęp techniczny we wspaniałych wirażach w górę, jest zastanawiający i dotychczas nieodgadnięty. Czy dla tego, aby osiągnąć postęp w technice, należało jednocześnie zatracić smak, subtelność w odczuwaniu rzeczywistości, zatracić wrażliwość na piękno barwy, koloru, linii, kształtu?

A znowuż literatura XIX i XX wieku jest na poziomie najwyższym. Cervantes i Szekspir znajdują godnych swego poziomu kontynuatorów w Balzaku, Dickensie, Dostojewskim, Tołstoju. Skąd więc w innych dziedzinach sztuki upadek tak straszliwy?

Oto są wszystko problemy do rozstrzygnięcia. Ja je rozwiązuję na swój sposób. Chyba każdy przyzna, że zagadnienia tego rodzaju warte są zainteresowania i dyskusji.

II

Nauka bez potwierdzających jej tezy doświadczeń martwa jest. Są ludzie, którzy uważają, że można za „naukowość”, za „metody naukowe” poczytywać to, co w życiu, w rzeczywistości najwyraźniej się nie sprawdza. Bez ciągłego sprawdzania prawd naukowych przestają one być prawdami i przestają być naukowymi.

Ale nauka dochodzi pomału do swoich zdobyczy. Gdyby ktoś człowiekowi z XVIII wieku opowiadał o telefonie lub o radiu, ten by go miał za wariata.

Tymczasem w środowiskach naukowych mamy często do czynienia z czymś, co można nazwać zabobonami naukowców. Ludzie czegoś nie rozumieją, więc twierdzą, że to w rzeczywistości nie istnieje, że to głupstwo, szarlataneria, oszustwo. Tak było przez długi czas z hipnotyzmem, z telepatią. Ponieważ nauka dotychczas nie odkryła tych fluidów, które emanują z jednego człowieka i oddziaływają na innego człowieka, całą dziedzinę hipnotyzmu uważano za nienaukową szarlatanerię.

Tymczasem jakieś niezrozumiałe fluidy działają nie tylko na indywidua ludzkie, lecz na całe społeczeństwa. Źródła niezbadane zmian historycznych to właśnie niezbadaność tych fluidów. Nie jestem żadnym Einsteinem i nie potrafię swej intuicji dowodzić metodami przyrodniczymi, tylko jako historyk widzę objawy takie, jakie właśnie przed chwilą wymieniałem, na przykład wzrost wynalazczości technicznej lub upadek malarstwa, których nie potrafię sobie inaczej wytłumaczyć jak tym, że jakieś nieznane i niezbadane fale fluidów oddziaływają na mózg ludzkości w jednej epoce inaczej, a w innej inaczej.

Wojny, rewolucje, podniecenie religijne i wszystkie wielkie objawy życia narodów także moim zdaniem wypływają z oddziaływania jakichś niezbadanych fluidów. Ale przedtem, zanim zacznie się badać, co może działać na mózg ludzkości, trzeba rozwiązać zagadkę mózgu ludzkiego, czego jeszcze dotychczas nie dokonano.

Anglia, Niemcy i osoby dramatu

I

Powróćmy do słów Alberta Sorela, że wydarzenia zarysowują się na morzu historii zrazu małą bruzdą… Wojna 1914 roku, która zniszczyła starą Europę, rozpoczyna się na krawędzi wieków XIX i XX. W lutym 1901 roku przyjeżdża Edward VII do Niemiec na pogrzeb swej siostry Wiktorii, żony cesarza Fryderyka, ojca Wilhelma II1. Na dworcu witają go tłumy Niemców świstami i okrzykami na cześć Boerów. Byłby to oczywiście incydent bez większego znaczenia, gdyby nie to, że jednocześnie rozpoczynają wzrastać w całej Anglii złość, zawiść i podejrzenia w stosunku do Niemiec.