Żertwa - Anna Sokalska - ebook

47 osób właśnie czyta

Opis

 

Kto nie pragnie, ten nie żyje! Sięgnij po drugi tom niezwykłego cyklu urban fantasy „Opowieści z Wieloświata”. Poznaj intrygę, która zachwiała równowagą uniwersum i uwolniła demony!
We Wrocławiu zaczynają dziać się rzeczy niesamowite. Gwiazdy układają się w złą wróżbę, a wkrótce mają zostać złożone kolejne ofiary – żertwy. Prokurator Dębska i komisarz Majka podejrzewają sprawstwo handlarzy organami, lecz Anastazja Omyk oskarża wyznawców słowiańskiego bożka.
Czy za zabójstwami stoją nadprzyrodzone istoty, czy członkowie przestępczej sekty umiejętnie posługujący się specyficznym szyfrem?
Równocześnie Wrocław nawiedza pragnący śmierci wąpierz, tropiący łapiducha mściwy wilkodłak oraz diabli duet Boruty i Rokity. Podobnie jak w bestsellerowej „Wiedźmie”, pierwszej powieści cyklu, postaci ze słowiańskich legend tworzą niezwykłą wizję Wieloświata. „Żertwę” i „Wiedźmę” można czytać w dowolnej kolejności. Dawne historie odżywają po wiekach w nowych kształtach, a uśpione moce wypełniają ulice współczesnej dolnośląskiej metropolii. Na Ślęży, w dawnym miejscu słowiańskiego kultu, gdzie niegdyś starły się siły niebios i piekieł, ponownie otwiera się przejście między światami.
Aby wyrwać się z niewoli lęków i obsesji, będą musieli poświęcić swoje dusze…
Kto się nie boi, ten nie zna odwagi!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 313

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2019

© Copyright by Anna Sokalska, 2019

Projekt okładki: Magdalena Wójcik

Zdjęcia na okładce: ©captblack76, ©Alina Maksimova/123rf.com

Zdjęcie Anny Sokalskiej: ©Maciej Zienkiewicz Photography

Retusz zdjęcia okładkowego: Katarzyna Stachacz

Redakcja techniczna: Kaja Mikoszewska

Redaktor inicjujący: Paweł Pokora

Redakcja: Ewa Popielarz

Korekta: Marek Kowalik

Skład: Klara Perepłyś-Pająk

Wydanie elektroniczne 2019

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2019

ISBN: 978-83-66229-26-6 (EUB), 978-83-66229-27-3 (MOBI)

Producenci wydawniczy: Marek Jannasz, Anna Laskowska

www.wydawnictwolira.pl

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Tak, powodem gniewu i oburzenia było dla Mnie to miasto od dnia, gdy je zbudowano, aż do dziś, przeto muszę je usunąć sprzed mojego oblicza, na skutek całej nieprawości Izraela i Judy, jakiej się dopuszczali, by Mnie drażnić: oni, ich królowie, dostojnicy, kapłani i prorocy, tak mieszkańcy Judy, jak mieszkańcy Jerozolimy. Obrócili się do Mnie tyłem, a nie twarzą, i mimo że ich pouczałem niestrudzenie, nie chcieli usłuchać ani przyjąć upomnienia. Umieścili swe obrzydliwe bożki w domu, nad którym wzywano mojego Imienia, by go zbezcześcić. I zbudowali wyżyny Baala w dolinie Ben-Hinnom, by ofiarować swych synów i swoje córki ku czci Molocha. Nie poleciłem im tego ani Mi na myśl nie przyszło, by można czynić coś tak odrażającego i doprowadzać Judę do grzechu.

Księga Jeremiasza 32, 31–35

ROZDZIAŁ 1
Co ma wisieć, niech upadnie

7 kwietnia 2016

Gdzie jest sznur?

– Nie wiemy.

Nieszczęsny wisielec leżał w poprzek pod rozstawioną drabiną, kilka metrów przed wejściem do archikatedry św. Jana Chrzciciela na wrocławskim Ostrowie Tumskim. Osobliwa metalowa szubienica odbijała blask upiornie podświetlających świątynię reflektorów, a jej ostry czubek, groteskowe mimesis zwieńczenia górujących w tle katedralnych wież, wskazywał oskarżycielsko na pochmurne, ciemne niebo. Było jeszcze przed świtem siódmego dnia kwietnia roku 2016 – Księżyc w nowiu przypadał w osiemnastym stopniu znaku Barana, zwiastując przemiany i nowe wyzwania, zaś położenie planety Uran, władcy Wodnika, wieszczyło nieoczekiwane, drastyczne wydarzenia. Stojący nad zmarłym prokurator Alicja Dębska i komisarz Norbert Majka, choćby rozumieli przestrogi wypisane na nieboskłonie, przyjęliby je ze wzruszeniem ramion, sądząc, że ot, czeka ich pewnie odkrycie kilku ludzkich tragedii więcej niż zazwyczaj. A jednak sprawa wisielca bez sznura przepełniła ich szczególnymi, złymi przeczuciami, których nie potrafili ubrać w słowa, lecz jakoś pierwotnie wyczuwali je pod skórą.

Prokurator Dębska była zdrowo wyglądającą kobietą w wieku około czterdziestu lat, dzielnie toczącą nierówną walkę z czasem – choć zawsze przegrywała poranne bitwy, kapitulując podczas prób dobrania stroju do społecznych wyobrażeń. W lekkim makijażu, młodzieżowych jeansach, wygodnych półbutach i białej koszuli, czasem przykrytej sportową marynarką albo długim swetrem, z włosami do ramion złapanymi w ogonek, wyglądała na znacznie młodszą, niż była, całkiem jak studentka jakiegoś sennego, pacyfistycznego kierunku. Niejeden raz wprawiała nieznajomych i różne przestępcze osobistości w zdumienie, zdradzając swój wiek lub profesję. Niezależnie jednak od zewnętrznych pozorów Dębska pozostawała kobietą silną i ambitną, choć zrównoważoną i pozbawioną pierwiastka pychy; krótko mówiąc, była obdarzona solidnym charakterem. Mimo wszelkich trudów, a może właśnie z ich powodu, lubiła swoje zajęcie – kontrolowanie i oskarżanie ludzi pochłonęło ją tak bardzo, że nie znalazła czasu na założenie rodziny. Ale tam, gdzie większość dostrzegała opustoszałe, martwe pobojowisko po porażce życia osobistego w potyczce z karierą, tam ona odnajdywała przestrzeń do złapania oddechu i nabrania dystansu. Wieczorami, odniósłszy już wszelkie zwycięstwa zawodowe, tryumfowała prywatnie – biegała maratony, grała w szachy i czytała francuską literaturę w oryginale. Poczucie, że panuje nad sytuacją, przynosiło jej satysfakcję i umacniało w wierze, że podjęła same właściwe decyzje.

Komisarz Norbert Majka był zdecydowanie mniej skomplikowany, rzekłby ktoś – być może z racji płci, a może z winy stażu życia, krótszego niż Dębskiej o blisko dekadę. Powód mogło stanowić również częste wstrzymywanie oddechu w młodości – Majka pływał nałogowo i niewiele brakło, by stał się zawodowcem. Uwielbiał nurkować, wielokrotnie bez sprzętu, do granic wytrzymałości, w miejscach jak najbardziej odludnych i niebezpiecznych – dopiero wówczas, przytłoczony masą wody, w samotności i ciszy, czuł jednoczesne podekscytowanie i spokój. Istniał w pełni tylko w chwili, gdy odczuwał wzbierający brak tlenu, a o jego duszę ścierały się adrenalina i otępienie, pragnienie życia i pokusa wiecznego odpoczynku. Musiał jednakże jeść i karmić swoich bliskich – liczne rodzeństwo i zapracowanych rodziców, a pływanie nie przynosiło mu dostatecznych ku temu zarobków. Wybrał więc rozwiązanie, które wydało mu się najprostsze, a zarazem najbardziej odpowiednie wobec jego konstrukcji psychicznej i fizycznej. Praca w policji, bo tego zajęcia się podjął, przypominała mu pływanie – znał kierunek, wiedział, co powinien robić, a środowisko, w którym się znalazł, jednocześnie stanowiło stabilną podporę i stwarzało nieustające zagrożenie; mimo kilku zachłyśnięć udało mu się utrzymać na powierzchni. A gdy tylko wyrywał się z wirów pracy, niemal instynktownie kierował się na basen. Wytrwale brnął naprzód, nieustannie sprawdzając, na ile go stać i czy to on goni metę, czy też meta ściga jego. Był spokojnym ryzykantem, cichą wodą rwącą brzegi.

Komisarz Majka przez lata pracy widział niejedno – pijanych kierowców, drobnych złodziejaszków, ludzi znęcających się nad zwierzętami, mężów bijących żony, młodych chłopaków i dziewczyny siłujących się ze społeczeństwem, alkoholików, narkomanów, hazardzistów, ekshibicjonistów, prostytutki i alfonsów, gangsterów i gangsterzyków, fałszerzy, naciągaczy, oszustów, samobójców – także tych, których ledwo udało się powstrzymać przed odebraniem sobie życia, widział dzieciaki na pogadankach w szkole, widział awanturników i ludzi zaśmiecających lasy, widział gwałcicieli, grafficiarzy, widział ojców oraz matki przejeżdżających na czerwonym świetle. Widział zło błahe, głupie, nieodpowiedzialne, bezmyślne, okrutne, bezwzględne, egoistyczne, wyrachowane i nieludzkie. Widział je i metodycznie, we własnym tempie i zakresie możliwości wyłapywał, zbierał do zarzuconej sieci i jak milczący rybak dostarczał swój połów prokurator Dębskiej, aby schwytane płotki i grube ryby mogła za każdym razem opisać, zakwalifikować, wypunktować i wycenić na miesiące, lata, kwoty lub obowiązki.

Czyniła to wprawdzie nie zawsze skutecznie, ale z niezmiennym uporem – wszak Dębska została prokuratorem nie z przypadku, lecz zgodnie z planem. Nie widziało jej się szukać klientów i zajmować sprawami, nie daj Boże, weksla albo reklamacji, o rozwodach nie wspominając – adwokatura czy radcostwo nie leżały w jej naturze. Ze swoją nieustępliwością, profesjonalnym podejściem i skrupulatnością mogłaby być skutecznym komornikiem dbającym o interesy pokrzywdzonych wierzycieli, którym należały się pożyczone i nigdy nieoddane pieniądze, ale ilość papierkowej, powtarzalnej roboty ją odstraszyła – tym bardziej krzywiła się na myśl o notariacie. Nie wyobrażała też sobie być znieruchomiałym za stosem akt sędzią w wydziale cywilnym, rodzinnym albo co gorsza rejestrowym. Krótko rzecz ujmując, musiała być prokuratorem, musiała wydawać postanowienia w sprawie, przekopywać akta, snuć wersje, jeździć na wizje – wykonywać pracę niezwykle nużącą i wymagającą, ale dającą jej satysfakcję i poczucie, że znów dowiodła swej racji, że wygrała, postąpiła słusznie i opanowała sytuację, a w walącym się świecie jedna z cegiełek wróciła na przeznaczone jej miejsce.

– A monitoring? – zapytała prokurator Dębska, zapinając wyżej zamek kurtki, zimowej jeszcze, wypełnionej kaczym puchem, z kołnierzem obszytym sztucznym futrem. Niewysoka, w butach na płaskim obcasie, stojąc obok imponującego sportową sylwetką komisarza Majki, wyglądała niemal jak dziecko.

– W pewnym momencie nagrania jest zbyt ciemno, by cokolwiek zobaczyć – Majka spokojnie i z nieprzesadną precyzją ustosunkowywał się do wszystkich, nawet najdrobniejszych jej wątpliwości; twarz miał przy tym łagodną i cierpliwą.

Wciąż przyglądali się leżącym pod drabiną zwłokom, w nadziei, iż dostrzegą istotny szczegół, który umknął im podczas pierwszych oględzin sprzed kilku chwil. Lekarz w swym mniemaniu wykluczył udział osób trzecich, ślady na szyi jednoznacznie wskazywały na samobójstwo przez powieszenie, bruzda wisielcza na przedzie gardła była gruba i silnie brunatna. Był też pewien, że zgon nastąpił mijającej nocy, zaś otwarcie zwłok w zakładzie medycyny sądowej miało jedynie doprecyzować czas śmierci. Nic nie pozwalało przypuszczać, że w martwym ciele kryły się jakiekolwiek inne wskazówki.

– Moment. Nie rozumiem – stwierdziła prokurator, nie tyle przyznając się do swojej ułomności, co zarzucając komisarzowi nieścisłość. – Ile czasu minęło od zdarzenia do przyjazdu patrolu?

– Kilka godzin – przyznał komisarz.

– Jak to? – Dębska wciąż nie pojmowała, co objawiło się na jej twarzy ostrzegawczym zmarszczeniem brwi.

– Strażnik zasnął przy monitoringu. Zdarzenie zobaczył dopiero po przebudzeniu.

Prokurator prychnęła, niezadowolona – z pewnością pomyślała, że przez taki brak sumienności dzieje się większość tragedii na świecie.

– Nadzwyczajnym zbiegiem okoliczności powiesił się akurat wtedy, kiedy strażnik zasnął – powtórzyła, nie kryjąc się ze swym niedowierzaniem. Czy może strażnik udawał, przekupiony? Ta wątpliwość od razu błysnęła w jej krytycznym umyśle. A może ktoś go uśpił? Wywabił z kryjówki, a ten wbrew zasadom wyszedł, teraz zaś to ukrywa?

– Dokładnie na to wygląda.

– Dokładnie czy na to wygląda? – Dębska lubiła chwytać ludzi za słowa. Wskazując na ich brak konsekwencji, nielogiczność i niedokładność, przejmowała kontrolę. – Ktoś to sprawdził?

– Mamy tylko oświadczenie strażnika – odparł niezrażony Majka, nie pozwalając na wytrącenie się z równowagi.

– Czyli może kłamie i wcale nie spał – drążyła uparcie prokurator.

– Bierzemy to pod uwagę.

– Tylko po co? – Dębska, wykazując rzetelność i uczciwość, sama zaatakowała wersję, którą jeszcze przed chwilą przypuszczała.

– Po co miałby nie spać? Żeby ktoś mógł spokojnie zabrać sznur – przypomniał jej komisarz. – Byłby dla sznurokrada czujką.

– Tak, tak. Ale na co komu sznur samobójcy?

– Tego nie wiem – przyznał Majka.

Zamilkli na chwilę. Leżący na bruku mężczyzna swoje szeroko otwarte oczy miał utkwione w wiszących nad nimi chmurach. Ubrany w stare, brudne ubrania, nieogolony i z zapuszczonymi włosami, wyglądał na bezdomnego, którym zapewne był – w innym razie po cóż miałby dopuszczać się tak starannej maskarady? Obok niego leżała plastikowa reklamówka, na którą czyhali już technicy kryminalistyczni. Cała ich grupa zgodnie postanowiła odczekać pół godziny, aż zrobi się wystarczająco widno – nim podłączyliby reflektory, minęłoby tyle samo czasu, a ich wysiłek stałby się zbędny. Dlatego kilkanaście osób stało bezczynnie na otoczonym biało-niebieską taśmą placu, przy policyjnych wozach, popijając kawę z termosów, jedząc kanapki i prowadząc przyciszone rozmowy.

– Mamy pewność, że powiesił się sam? – podjęła znów prokurator Dębska.

– Na nagraniu widać, jak przynosi drabinę, rozstawia ją, mocuje sznur z pętlą na najwyższym szczeblu, wspina się od wewnątrz i wiesza – zrelacjonował komisarz, starannie wymieniając każdy z etapów ostatniego przedsięwzięcia nieboszczyka.

– A jednak ktoś zabrał ten przeklęty sznur – skwitowała Dębska, zaintrygowana niezaprzeczalnym udziałem osoby trzeciej.

– Niestety.

– Trudno. Trzeba wszcząć śledztwo – zdecydowała prokurator z ciężkim westchnieniem, ale i szczególnym błyskiem w oku. – Mamy podejrzenie namowy lub pomocy przy popełnieniu samobójstwa. Zabezpieczcie ślady i zróbcie tu porządek, zanim zlecą się sępy. Ja muszę jechać do kolejnej sprawy.

Powiedziawszy to, bez pożegnania oddaliła się energicznym krokiem do swojego samochodu, zaś komisarz Majka skierował się ku czekającej grupie, aby przydzielić zadania. Gdy tylko się rozjaśniło, obfotografowano każdy przedmiot i miejsce, nie pomijając pozornie najbłahszego szczegółu, po czym jak najszybciej zabrano ciało wisielca i, ukrytego przed wścibskimi spojrzeniami, odwieziono do zakładu medycyny sądowej. Na drabinie, którą samobójca, na co wszystko wskazywało, przyniósł z niedalekiego placu budowy, zabezpieczono mnóstwo odcisków palców – rychło okazało się, że wszystkie należały do pracowników budowy, posiadających co do jednego solidne alibi, oraz do samego zmarłego. W plastikowej torbie mężczyzny nie odnaleziono nic poza stertą aluminiowych puszek wyzbieranych skrupulatnie ze śmietników i kontenerów.

Kilka godzin później komisarz Majka głowił się nad aktami, czytając dopiero co sporządzone wyniki sekcji. Jak głosił, w wyniku ucisku spowodowanego ciężarem wiszącego ciała doszło do zamknięcia tętnic szyjnych i kręgowych, co doprowadziło do omdlenia, niedokrwienia mózgu i w następstwie – śmierci mózgu oraz do ostrej niewydolności krążeniowo-oddechowej, bezpośrednio skutkującej zgonem. Biegły w toku oględzin i sekcji zwłok nie stwierdził śladów gwałtownego działania poza wyraźną bruzdą wisielczą wskazującą na użycie grubego sznura lub kabla – w szczególności brak było na ciele denata śladów i obrażeń typowych dla stoczonej przed śmiercią walki czy też prób obrony, a także zmian wskazujących na wywołanie stanu nieprzytomności w sposób inny niż opisany wyżej czy skrępowania w celu powieszenia wbrew woli denata. Było więc pewne, że wisielec powiesił się samodzielnie, niemniej komisarza nieustannie, tak jak prokurator Dębską, dręczyły wątpliwości, czy decyzję o odebraniu sobie życia podjął równie niezależnie. Co więcej, tożsamości zmarłego nie sposób było ustalić – nie miał przy sobie dokumentów, odcisków palców nie odnaleziono w policyjnej bazie danych, nie pasował też do wizerunków żadnej z osób zgłoszonych jako zaginione. Nie miał leczonych zębów ani śladów po przebytych operacjach – nieboszczyk i jego ciało milczeli jak zaklęci, nie udzielając żadnej podpowiedzi. Nawet telefon komórkowy – w zasadzie jedyny osobisty przedmiot, jaki przy nim znaleziono – był całkowicie czysty, nie miał nawet karty SIM.

– Może miał być słupem, ale się wystraszył. Zagroził policją i go uciszyli – podsunęła prokurator Dębska, gdy komisarz Majka zadzwonił opowiedzieć jej o wynikach sekcji. Było już po południu, a prokurator nadal jeździła po całej okolicy, zbierając sprawy jak śmierć swoje żniwa, jako że dzień, zgodnie z przepowiednią gwiazd, był wyjątkowo pechowy.

– Wstępne wyniki sekcji nie wykazały śladów walki – powiedział Majka. – Nie ma obrażeń na tyle świeżych i głębokich, by wskazywały, że tej nocy ktoś go powiesił, używając przemocy. A dowód osobisty mogła zabrać ta sama osoba, która wzięła sznur.

– Przejdź się jeszcze po bezdomnych – poleciła prokurator, ale zaraz dodała usprawiedliwiającym tonem, aby komisarz nie pomyślał, że wykorzystuje go i nakazuje bezsensowne czynności: – Dla pewności. Sam widziałeś, beznadziejnie to wyglądało, katedra i ten sznur. Nie mogę tego tak po prostu umorzyć.

– Oczywiście, rozumiem.

Komisarz Majka oczywiście rozumiał – musieli pozbyć się wszelkich wątpliwości, na tym wszakże polegała ich praca. Pojechał więc do Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, uzbrojony w cierpliwość i zdjęcie, ale nikt z pracowników nie rozpoznał zmarłego. Komisarz, jeszcze niezrażony, podjął próby rozmów z samymi bezdomnymi – w kilku noclegowniach, w punktach wydających posiłki i odzież, wreszcie ze spotkanymi na ulicach, przystankach, dworcach, pod wiaduktami i w opuszczonych magazynach. Przez dwa kolejne dni, wraz z kilkoma innymi funkcjonariuszami, jeździł po całym Wrocławiu, ale pytani, domyślając się z łatwością, że mają do czynienia z policją, unikali udzielania jakichkolwiek odpowiedzi. Każdy napotkany bezdomny, niezależnie od wieku, miał problemy z pamięcią, wzrokiem albo w najlepszym razie ostatni raz widział „tego człowieka” miesiące temu. Nikt nie podał nazwiska ani chociażby imienia. Komisarz, wiedząc, iż taka wiadomość prędzej zniechęca do zwierzeń, niż do nich skłania, postanowił nie zdradzać, że poszukiwany mężczyzna nie żyje – a i bez tego, skoro tylko rozeszła się plotka, że bezimienny bezdomny jest ścigany przez policję, na drugi dzień nikt nawet nie trudził się wymyślaniem wymówek. Wszyscy rozpytywani bezdomni zgodnie stwierdzali, że nic nie wiedzą, i zaciskali usta w upartym milczeniu, jakby i na nich rzucono urok.

Komisarz Majka był w ciasnej, pozbawionej perspektyw kropce, do czego wprost i bez wstydu przyznał się prokurator Dębskiej.

– ...z drugiej strony taka niechęć to nic nowego – zauważyła Dębska, gdy komisarz zakończył swoją dokładną relację.

Siedzieli u niej w gabinecie, na drugim piętrze przepastnego, neorenesansowego budynku prokuratury wzniesionego przy ulicy Podwale, którego elewacja jaśniała niczym nieskażone grzechem sumienie sprawiedliwości. W pokoju brakowało mebli – na środku jak samotna, lecz bujnie porośnięta wyspa trwało obłożone papierzyskami biurko ze starym komputerem, a akta, niegdyś ułożone przykładnie na dwóch regałach przy ścianie, uległy cudownemu rozmnożeniu i rozpełzły się po całej podłodze. W kącie blisko okna stał martwy, kiedyś wspaniały kwiat, którego zwłok nikt nie miał czasu wynieść; miał przez kolejne lata wchłaniać osiadły na nim kurz i przemienić się w karykaturę skamieliny.

Prokurator Dębska zagotowała wodę w stojącym na parapecie białym, plastikowym czajniku elektrycznym i przygotowała dwie szklanki pozbawionej smaku herbaty. Trzymali je w dłoniach, parujące, uważając, by nie rozlać zbyt wiele na świeżo wydrukowane akty oskarżenia, i wyobrażali sobie, że uwięziony w szkle płyn to coś innego niż zabarwiona uschniętymi listkami gorąca woda. To „coś” bardzo by im się teraz przydało.

– Tak, ale żeby ani jedna osoba się nie zająknęła, to dziwaczne... – stwierdził komisarz Majka, z niedowierzaniem kręcąc głową nad szklanką.

– Nikt nic nie widział, wszyscy spali, w katedrze nikogo nie było, na ulicach pusto, nagranie z kamer nieczytelne, śladów nie ma, tożsamości nie ma, rodziny nie ma, niczego nie ma – podsumowała po raz wtóry Dębska, postawiła swoją herbatę wśród lawiny papierzysk i zamieszała w niej wyjętą z szuflady biurka łyżeczką. Zrobiła to nie po to, by rozprowadzić cukier (gdyż go nie dosypała) czy wzmocnić herbatę (na to szans nie było), lecz najwyraźniej by móc obserwować wirujące, wzburzone fusy.

– Sznura też nie ma – uzupełnił komisarz niewinnie i bez ukrytych zamiarów, lecz prokurator, słysząc tę uwagę, aż jęknęła i złapała się rękoma za głowę, po czym potarła kilkukrotnie twarz dłońmi.

– Gdyby nie ten sznur – powiedziała zza palców – można by uznać, że to faktycznie było samobójstwo. Dziwaczne, ale da się wytłumaczyć choćby chorobą psychiczną. Tylko że na sznurze mogą być ślady innej osoby, która pomogła mu się powiesić. Bez tego sznura ani nie potwierdzimy, ani nie wykluczymy przestępstwa.

– Przeszukaliśmy dokładnie cały teren, nie ma po nim najmniejszego śladu – zapewnił komisarz.

– Może jednak powinniśmy pójść z tym do mediów? – Dębska zasępiła się, wsparłszy brodę na splecionych jak do modlitwy dłoniach. Kontrola nad sprawą wymykała jej się z rąk, a może od początku przeświadczenie o panowaniu nad następującymi po sobie wydarzeniami było tylko iluzją.

– Można spróbować. Pamiętasz? W sprawie zaginięcia z listopada nikt nie oskarżał służb o złe działanie, więc ta sprawa również nie powinna zaszkodzić wizerunkowi policji czy prokuratury. Najwyżej biskup będzie niezadowolony – rozważał na głos komisarz, jednocześnie wciąż wahając się zaryzykować w kwestii herbaty, aż wreszcie, wypowiedziawszy ostatnie zdanie, jakby w akcie pokuty i próbie zadośćuczynienia za przyszłą krzywdę biskupa, pociągnął zdecydowany łyk naparu, krzywiąc się przy tym gorzko.

– To już jego problem – prokurator wzruszyła z lekkością ramionami. – Nasz wizerunek też już nikogo nie obchodzi... A więc postanowione.

I choć dzień przełamał się już w wieczór, cywilizowany świat, nie zważając na dobowy cykl, z rześkością godną poranka ogłosił w sieci internetowej i telewizyjnych wydaniach programów informacyjnych, iż oto nastąpiło „morderstwo na oczach archikatedry” lub też „zbrodnia pod oknami biskupa”, a w tekstach bardziej wyważonych pojawił się „wisielec w centrum Wrocławia”. Biskup istotnie wyraził swoje niezadowolenie, i nie on jeden, było jednak zbyt późno, by opłakiwać rozlane mleko. A rozlane było wielce niefortunnie, ponieważ tłumaczenia rzecznika policji i prokuratury bladły przy blasku roztaczanym przez jaskrawe nagłówki. Sprawa powieszonego na drabinie przed katedrą bezdomnego urosła do wydarzenia tygodnia – co przy niemałej liczbie zgonów wśród bezdomnych, wprawdzie mniej spektakularnych, zakrawało na ewenement, bulwersujący bardziej świadomych czytelników i rodzący niepochlebne komentarze pod adresem szukających sensacji dziennikarzy. Samej policji szukającej pomocy także nie oszczędzono krytyki. Spośród wielu zgłoszeń – w artykułach podano specjalny numer kontaktowy na komendę, w której pracował komisarz Majka – jedno jedyne było czymś więcej niż próbą zaspokojenia ciekawości lub popisem wybujałej wyobraźni dzwoniącego.

– Mam pewne przypuszczenia, kto mógł spowodować śmierć wisielca z Ostrowa Tumskiego – oznajmił z wysokim stopniem ostrożności głos w słuchawce dyżurnego, należący niewątpliwie do kobiety, rześki, melodyjny i młodzieńczy, o nienagannej dykcji.

– Mogłaby pani dokładniej?

– Chciałabym porozmawiać osobiście z detektywem prowadzącym śledztwo – odparł rezolutnie przyjemny głos. Słysząc ciszę, świadczącą o skonfundowaniu dyżurnego, dzwoniąca dodała bystro: – Proszę powiedzieć, gdzie i kiedy mogę przyjść, mogę też podać mój numer telefonu.

– Tak, tak, oczywiście – odrzekł odrobinę zagubiony dyżurny, choć na jego usprawiedliwienie należy lojalnie odnotować, iż poza odbieraniem telefonu za telefonem, w sprawach najróżniejszych, mierzył się również z bezlikiem papierków, karteczek, formularzy, tabelek, zapisków i tym podobnych wytworów odwiecznej biurokracji. Mimo przeciwności losu i biurkowej logistyki udało mu się odszukać długopis i mniej istotny skrawek papieru, na którym odnotował numer telefonu podany przez kobietę. Prędko przekazał wiadomość komisarzowi Majce, a ten, zaintrygowany zgłoszeniem, stosunkowo późnym, a i stanowczym, nie zwlekając, oddzwonił pod uzyskany numer.

– Długo się wahałam – wyznała właścicielka głosu, gdy tylko przybywszy na komendę według wskazań komisarza Majki, odnalazła jego czujną osobę. Była łagodnej urody, choć o przenikliwym, niemal ostrym spojrzeniu; nosiła wyrazisty, staranny makijaż i krótkie, pomalowane krwistoczerwonym lakierem paznokcie. Gęste, zmierzwione włosy o drobnym skręcie, spalone na końcach słońcem lub utlenione, luźno związane, otaczały jej twarz miękką aureolą i spływały w dół pleców. Ubrana była niemal cała na czarno – w dopasowane jeansy, botki na obcasie i skórzaną kurtkę, spod której wychylały się poły czerwonej koszuli w kratę; strój podkreślał jej smukłą sylwetkę i pewność siebie, nie przekraczając, co istotne, granic dobrego smaku.

– Dobrze, że pani przyszła – pochwalił ją czym prędzej komisarz Majka, aby przypadkiem nie zmieniła zdania. Zaprowadził ją do swojego biurka, usytuowanego w lekkim oddaleniu od miejsc pracy pozostałych policjantów, ale ogarniętego równie nieposkromionym chaosem, i nawet odsunął dla niej liche krzesełko naprzeciwko siebie.

– Pani widziała zdarzenie? – rzucił obojętnie, jak gdyby od niechcenia, byle jej nie spłoszyć, jednocześnie wprowadzając do komputera hasło i przeszukując odmęty okien kolejnych wyświetlających się programów.

– Nie – odparła wprost kobieta.

– Rozumiem – stwierdził komisarz, choć nie w pełni rozumiał, bo też, skoncentrowany na obsłudze maszyny, niezbyt skupiał się na jej odpowiedziach. – Znała pani zmarłego?

– Nie – zaprzeczyła ponownie i wypuściła głośno powietrze, okazując niezadowolenie.

– Pani coś wie o sprawcy? – odgadywał mimochodem komisarz.

– Nie – jej głos zabrzmiał szorstko. – Jeśli da mi pan dojść do słowa...

– Jak się pani nazywa? – komisarz Majka wreszcie podniósł na nią wzrok. Włączył już to, co było mu potrzebne, i mógł przystąpić do właściwych czynności.

– Anastazja Omyk.

Palce komisarza Majki zatańczyły na trzeszczącej klawiaturze, gdy wpisywał dane kobiety do protokołu i wyszukiwarki Krajowego Systemu Informacji Policyjnej. Zobaczywszy wyświetlone wyniki, uniósł brwi w zdumieniu.

– Proszę o dowód osobisty – polecił tonem zdecydowanie mniej uprzejmym, a gdy Anastazja wręczyła mu posłusznie dokument tożsamości (który nosiła w portfelu schowanym w wewnętrznej kieszeni kurtki – nie miała przy sobie torebki), obejrzał go dokładnie i spisał kolejne informacje.

– Uprzedzam świadka – zwrócił się do niej bezosobowo, oddając dokument i parafrazując fragment z formularza protokołu – o odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznania, o odpowiedzialności za zawiadomienie o niepopełnionym przestępstwie lub za fałszywe oskarżenie, co świadek potwierdzi jeszcze podpisem na protokole. Świadek rozumie?

– Świadek rozumie – przyznała oschle Anastazja, niezadowolona z nagłej zmiany w zachowaniu i tonie komisarza.

– Jakie świadek ma wykształcenie?

– Wyższe, matematyczne.

Majka spojrzał na nią surowo, ale odczytując z wyrazu twarzy Anastazji, że to nie kpina, wpisał jej odpowiedź do formularza.

– Gdzie świadek pracuje?

– W kasynie. Jestem krupierką.

Komisarz uśmiechnął się pod nosem, a choć grymas ten prędko powściągnął, nie umknął on uwadze bacznie mu się przyglądającej Anastazji.

– Ma pan z tym jakiś problem? – spytała ostro.

– To ciekawe – odparł Majka nie wprost, po czym zgodnie z wypracowaną przez lata metodą przeszedł na ty, przełamując dzielącą ich barierę, próbując wywrzeć presję i wrażenie, jakby wiedział o niej wszystko. – Byłaś wielokrotnie podejrzana w różnych sprawach. O kradzieże, kradzieże z włamaniem i paserstwo – wyliczył, spoglądając ponownie na wyniki z policyjnej bazy, dla pewności, czy nie przegapił czegoś ciekawego.

– Wszystkie postępowania wobec mnie umorzono – zauważyła z nieskrywaną irytacją.

– Z braku wystarczających dowodów, tak – przyznał z ociąganiem komisarz, śledząc jej reakcję. – Ale to nie znaczy, że żadnego z tych czynów nie popełniłaś.

– Nie znaczy też, że je popełniłam.

– Co na to twój pracodawca?

– Słuchaj. – Anastazja w ślad za komisarzem całkowicie odpuściła sobie uprzejmości, nie domyślając się, że komisarz Majka z rozmysłem usiłował ją sprowokować. – Przyszłam tu pomóc, a ty mnie oskarżasz i straszysz. Nie pomyliło ci się coś?

Komisarz Majka zostawił komputer i odchyliwszy się na oparcie krzesła, zaplótł na piersi muskularne ramiona. Nie miał zamiaru protokołować ani jednego słowa.

– Po co tu przyszłaś? – zapytał krótko.

– Tak jak mówiłam, domyślam się, o co chodzi z wisielcem – powtórzyła z naciskiem Anastazja, wywołując u komisarza zaczerpnięcie powolnego, głębokiego oddechu i spojrzenie o znamionach lekceważenia.

– Słucham – zachęcił mało wiarygodnie, gdyż słuchać wyraźnie nie miał ochoty.

Anastazja zawierciła się na krześle, przygryzła wargę i całą pozostałą mową ciała wyraziła głęboki żal, że w ogóle postawiła się w opisywanej sytuacji, niemniej jednak przełknęła osobiste urazy, w imię sobie znanego wyższego dobra, decydując się na możliwie spokojne wyłożenie całej posiadanej wiedzy.

– Wisielec ma bardzo silną symbolikę – rozpoczęła. – W kartach tarota interpretuje się go jako pomost pomiędzy tym, co boskie, a tym, co ziemskie. Duchy wisielców są w wierzeniach słowiańskich bardzo potężne, a według przesądów, choć samo ciało wisielca jest pechowe, to sznur, na którym wyzionął ducha, stanowi amulet zapewniający szczęście.

– Jasne. Ktoś zabrał sobie sznur wisielca na szczęście – skonkludował nie bez ironii komisarz, w zamyśleniu drapiąc się nad czołem i potrącając odrastające loki odziedziczone po matce. Nie wiedział, czy powinien się roześmiać, czy rozzłościć, wysłuchawszy fantazji swojej rozmówczyni.

– Nie – Anastazja zgasiła go kategorycznie. – Tu chodzi o znacznie więcej. Drabina, na której został powieszony, jest symbolem pecha nie bez powodu.

– Najpierw szczęście, teraz pech. Nie pokręciłaś czegoś?

Anastazja zignorowała jego zawoalowaną próbę ciągłego drażnienia jej dumy i intelektu, po czym uparcie kontynuowała. Nie pierwszy raz mężczyzna próbował ją lekceważyć, i zapewne nie ostatni.

– Drabina tworzy trójkąt, święty obszar, którego naruszenie sprowadza nieszczęście. Znów więc pojawia się boski pierwiastek, wrota do tego, co nieziemskie. Nieprzypadkowe było też miejsce i sama data.

– Miejsce? – Komisarz Majka uniósł brwi, tym razem w szczerym zadziwieniu. – Katedra chyba nie jest najlepszym miejscem na magiczne rytuały – zauważył.

– Katedra może nie, ale to, co jest pod nią, już tak. Kilka lat temu w jej podziemiach odkryto fundamenty innej świątyni, według niektórych słowiańskiej. Zburzono ją najpewniej na początku jedenastego wieku, w czasie słowiańskich powstań przeciw chrześcijanom. Odnalezione materiały, końska czaszka i fragmenty ceramiki wskazują, że mogła być poświęcona Świętowitowi, przez część badaczy utożsamianemu z Perunem.

Anastazja opowiadała bez obłąkańczego zapału czy zabobonnego przestrachu. Przeciwnie, tonem rzeczowym i opanowanym prowadziła swój wykład w sposób najbardziej spójny, ale i najprostszy z możliwych. Można było pomyśleć, że zgłębiała nie matematykę, lecz historię kultury albo podobne studia.

– Perun ma coś wspólnego z wisielcami? – Komisarz Majka, dostrzegając racjonalność jej wywodów, dopuścił do siebie myśl, że może kryć się pośród nich jakiś wprawdzie szaleńczy, ale jednak właściwy trop.

– Nie, ale jest bóstwem związanym z niebem, a jego kapłani, żercy, odpowiadali między innymi za składanie ofiar nazywanych żertwami.

Komisarz Majka z każdym kolejnym usłyszanym słowem stawał się bledszy i bardziej poważny. Jego umysł, odrzuciwszy uparty mur uprzedzeń i niewiary w to, co nieznane, nagle zaczął dostrzegać najróżniejsze możliwe scenariusze: od obłąkańczych, poprzez fanatyczne, na wyrachowanych kalkulacjach prowokatorów kończąc.

– Mówiłaś jeszcze o dacie – przypomniał ponuro.

– Tak – przyznała Anastazja, z pewną satysfakcją odnotowując zmianę w jego nastawieniu i kolorycie twarzy. – Kwiecień jako taki, podobnie jak listopad, jest czasem, gdy otwierają się wrota do Zaświatów, a kontakt z duchami jest łatwiejszy do nawiązania. W dodatku tamtego dnia pozycja Księżyca i Urana była, krótko mówiąc, szczególna, sprzyjała drastycznym, przełomowym wydarzeniom.

– Dobrze, wystarczy, i tak nie nadążam – przyznał komisarz i pochylił się nad biurkiem, kładąc na nim wyciągnięte ręce, by przyjrzeć się wnętrzu swoich dłoni. Zadał zasadnicze, ukryte w postawionej hipotezie pytanie: – Z tego, co mówisz, jak rozumiem, wynika, że wisielec był ofiarą złożoną przez kogoś, kto uważa się za kapłana słowiańskiego bóstwa.

– Dokładnie to wynika – przyznała z nutą tryumfu Anastazja, choć dostrzegając pogłębiające się zafrasowanie komisarza, odczuła względem niego nieswoje ukłucie współczucia.

– Dobrze – zdecydował Majka, jakby w liniach rzeźbiących jego dłonie odczytał przeznaczenie, przed którym nie sposób było umknąć. – Poproszę, żebyś podyktowała mi to wszystko jeszcze raz – dodał, kapitulując poprzez powrót do grzeczniejszego języka i tonu, a Anastazja, ukontentowana tym wyegzekwowaniem pokory, a zarazem współczując mu ograniczonej wyobraźni i niewychodzącej poza pospolite ramy świadomości, powoli i dokładnie powtórzyła całą swą teorię.

Tak odmalowana wersja wydarzeń, podobnie jak komisarza Majkę, najpierw rozbawiła, potem zadziwiła, aż wreszcie zaniepokoiła prokurator Dębską – i tak samo jak jego skłoniła ją do rozważań nad dalszym postępowaniem.

– Będzie trzeba odwiedzić członków słowiańskich związków wyznaniowych – zadecydowała. – Tylko dyskretnie.

– Oczywiście – przytaknął komisarz.

– Myślisz, że to prawda?

Pytanie Dębskiej zawisło w powietrzu, gdyż każda z odpowiedzi, czy to twierdząca, czy przecząca, niosła ze sobą dziwaczność. Prokurator nie była pewna, co wolałaby wybrać – znikający bez śladu sznur czy szalonych kapłanów zapomnianego bóstwa. Majka zaś miał jeszcze jeden problem – choć prokurator zwracała się do niego zawsze swobodnie i po koleżeńsku, on, czując specyficzną rezerwę, być może wyrosłą na gruncie jego dumy, nie potrafił odpowiadać jej w ten sam sposób. Nie chciał jednak otwarcie się dystansować zbyt oficjalnym językiem, wobec czego odzywał się do niej możliwie merytorycznie i koniecznie bezosobowo. Żywił względem niej skrytą potrzebę rywalizacji i myśl o zbytnim spoufaleniu zdawała mu się równoznaczna z porażką – z pozwoleniem na zdominowanie się i protekcjonalne traktowanie.

– Dowiem się – stwierdził z opóźnieniem, po przeciągającym się milczeniu. Miał bardzo wiele myśli naraz i niełatwo było je wyłowić jedna po drugiej, ale mimo przeciwności był zdeterminowany, by rozwiązać zagadkę wisielca.

I tak, zgodnie ze swą deklaracją, przez kolejne dni, sam, bez pomocy innych funkcjonariuszy, odszukiwał i rozpytywał wyznawców zrzeszonych w słowiańskich kościołach i związkach wyznaniowych na terenie miasta i okolic. Sprawdzał ich alibi, niektórych wzywał na przesłuchania w charakterze świadków, w żadnym jednak przypadku nie udało mu się odnaleźć choćby najmniejszej poszlaki. Kolejna wersja wydarzeń chyliła się ku upadkowi. Większość osób, z którymi się zetknął, miała wiedzę mniejszą niż Anastazja Omyk, której od dnia przesłuchania więcej nie widział, bo i nie próbował się z nią skontaktować. Jednakże wyczerpawszy pomysły i śledcze metody, odszukał ponownie jej numer i nie podając powodu, oficjalnym tonem wezwał do stawiennictwa na komendzie.

– I jak, znaleźliście kogoś? – spytała, pomijając zbędne w swym mniemaniu wstępy, gdy zasiadła na tym samym co poprzednio krzesełku vis à vis komisarza. Tego dnia, a było to w chłodnym, przedostatnim tygodniu kwietnia, owinięta była długim, na wpół sportowym szarym płaszczem z grubej wełny, którego obszerny kaptur naciągnęła na głowę, nie zdejmując go nawet w pomieszczeniu; częściowo zakrywał jej twarz, jak ostatnio, tak i teraz ozdobioną dokładnym makijażem. Komisarz obserwował jej czerwone wargi, ruszające się delikatnie, gdy przeżuwała trzymaną w ustach gumę.

– Jeszcze nie – przyznał Majka. – Może masz jakieś podpowiedzi?

Anastazja pokręciła lekko głową.

– Powiedziałam ci już wszystko.

– Jesteś pewna? – naciskał.

– Jestem pewna.

– Zastanawia mnie... – komisarz zawiesił sugestywnie głos, nim dokończył zdanie – ...skąd matematyczka ma taką wiedzę?

Rytm, w jakim Anastazja żuła gumę, uległ subtelnemu zaburzeniu, a kobieta odruchowo przełknęła nadmiar śliny.

– Każdy ma jakieś hobby – odparła obojętnie.

– Owszem – przyznał jej rację. – Ja na przykład odgaduję, kiedy ludzie kłamią.

– I jak ci idzie? – Anastazja spojrzała na niego wyzywająco, strzelając spod kaptura podkreślonymi czarną kredką oczami.

– Całkiem nieźle.

– No to powinieneś wpaść do nas do kasyna.

– Wiem, że o czymś mi nie mówisz – stwierdził otwarcie, na co westchnęła ciężko, bijąc się z myślami i pogrążając w długiej ciszy. Majka dał jej czas. Wyczuł zupełnie trafnie, że próby natarczywego nalegania odniosłyby wprost odwrotny skutek.

– I tak nie uwierzysz – wymamrotała w końcu, przełamując wbrew sobie własne opory.

– Warto spróbować. Raz ci się udało.

– W słowiańskiej mitologii – rozpoczęła z ociąganiem – jest drugi bóg, antagonista Peruna. Bóstwo chtoniczne, związane ze sferą podziemi, opiekun między innymi poetów i wróżbitów.

– Pierwsze słyszę – przyznał ze spokojem i szacunkiem, który w zamyśle miał wzbudzać ufność i zachęcać do zwierzeń. – Jak się nazywa?

– Weles.

– I co z nim?

– Według wierzeń – podkreśliła kolejny raz, a mówiąc, miała wzrok wbity stanowczo w jego oczy, jakby siłowała się z nim lub szykowała przed nadchodzącym ciosem. – Niektórzy ludzie są przez niego namaszczeni, aby „widzieć więcej”. Nazywało się ich widunami, a gdy przyjęli swoje przeznaczenie, zostawali wołchwami, czyli słowiańskimi wróżbitami, szamanami. Potrafili kontaktować się z Zaświatami, przepowiadać przyszłość i uzdrawiać. Posiadali też wiedzę, którą uznawano za tajemną...

Anastazja urwała znacząco.

Komisarz Majka otworzył szerzej swoje – i tak już duże – błękitne oczy. Jego ciałem wstrząsnął zimny dreszcz, po którym uderzyła go fala gorąca wywołana wyrzutem adrenaliny i szybszym obiegiem krwi w jego żyłach. Lecz gdy tylko podejrzenie Anastazji o zbrodnię zdążyło skrystalizować się w jego świadomości, do biurka podbiegł zaaferowany policjant w mundurze, który rzucił kontrolnie okiem na zakapturzoną postać kobiety i, nie zwlekając ani chwili dłużej, zwrócił się do komisarza.

– Jest nowa sprawa, trochę makabryczna.

Komisarz Majka spojrzał na niego, po czym przeniósł wzrok na Anastazję i pierwszy raz w czasie wieloletniej służby, nie zastanawiając się ani nie wysłuchując szczegółów, kierowany samą tylko intuicją, a może i pierwotnym lękiem, postanowił równie stanowczo, co bezpodstawnie:

– Jesteś zatrzymana. – A policjantowi polecił: – Zamknij ją w areszcie, w osobnej celi, i poucz, jak należy.

Nie zwlekając, zerwał się zza biurka. Anastazja nawet nie zdążyła zaprotestować, nim wybiegł z komisariatu.

ROZDZIAŁ 2
Nocny gwizd

22 kwietnia 2016

Proszę opowiedzieć wszystko, co pani pamięta – powiedział łagodnym tonem komisarz Majka do siedzącej w pokoju przesłuchań studentki. – Spokojnie, proszę się nie denerwować, kolega wszystko zapisze, potem da pani do przeczytania, poprawimy, jeśli pojawią się błędy, i wtedy pani podpisze. Może pani odmówić odpowiedzi na pytanie, jeśli miałaby narazić panią albo bliską pani osobę na odpowiedzialność karną. Poza tym za fałszywe zeznania, za zawiadomienie o przestępstwie, którego nie popełniono, i za fałszywe oskarżenia grozi odpowiedzialność karna. Rozumie pani?

– Tak, rozumiem – odpowiedziała, pociągając nosem. Miała potargane włosy i siedziała okryta błękitnym kocem.

– To zaczynajmy – zachęcił Majka. Siedzący obok niego młody protokolant skrupulatnie zapisywał każde słowo studentki.

RSD 113/16

PROTOKÓŁ PRZYJĘCIA USTNEGO ZAWIADOMIENIA

O PRZESTĘPSTWIE I PRZESŁUCHANIA W CHARAKTERZE

ŚWIADKA OSOBY ZAWIADAMIAJĄCEJ

Wrocław, dnia 22 kwietnia 2016 r. o godz. 12.40

Osoba zawiadamiająca: Patrycja Jarzębska

Na podstawie art. 304a, 325a k.p.k.

Norbert Majka – komisarz Komendy Miejskiej Policji we Wrocławiu

z udziałem protokolanta: Jacka Szymańskiego

na podstawie art. 177 § 1 k.p.k. i art. 143 § 1 pkt 2

k.p.k. przesłuchał niżej wymienioną w charakterze świadka.

Tożsamość świadka stwierdził na podstawie dowodu

osobistego (nr i seria: ASC 102504).

Świadka uprzedzono o odpowiedzialności karnej

za składanie fałszywych zeznań (art. 233 § 1 k.k.),

o odpowiedzialności za zawiadomienie

o niepopełnionym przestępstwie lub za fałszywe

oskarżenie (art. 238 k.k., art. 234 k.k.), co świadek

potwierdza własnoręcznym podpisem (art. 190 k.p.k.):

Patrycja Jarzębska

(podpis świadka)

Świadka pouczono również o uprawnieniach

wynikających z art. 182, 183 i 185 k.p.k.

Pouczono składającą zawiadomienie

o przestępstwie o wszelkich uprawnieniach

pokrzywdzonego wynikających

z Kodeksu postępowania karnego.

Świadek podał następujące dane osobowe:

Imię i nazwisko – Patrycja Jarzębska

Imiona rodziców – Mariusz, Klaudia

Data i miejsce urodzenia – 15 czerwca 1993, Wrocław

Miejsce zamieszkania – Wrocław, ul. Sokolna 13/7

Adres dla doręczeń w kraju – jak wyżej

Zajęcie – studentka

Wykształcenie – średnie

Karalność za fałszywe zeznania – niekarana

Stosunek do stron – brak.

Uprzedzona o treści art. 183 k.p.k. i pouczona

o treści art. 185 k.p.k. oświadcza, że:

Zostałam uprzedzona o odpowiedzialności

karnej za składanie fałszywych zeznań i zeznaję, co następuje:

Zacznę może od początku. Studiuję w Akademii Wychowania Fizycznego i właśnie po jednych zajęciach znalazłam na korytarzu, w takim miejscu, gdzie zawsze leżą różne ulotki, ulotkę wycieczki. To była wycieczka dwudniowa, najpierw do Sobótki, zobaczyć zabytki, posłuchać o historii, i potem na Ślężę, pieszo, z przewodnikiem i z nocą w namiotach na górze, na polanie leśnej. Wydawało się fajnie, nie miałam żadnych podejrzeń. Przewodnik miał opowiadać o tych wszystkich słowiańskich rzeźbach, poza tym miały być jakieś atrakcje wieczorem pod namiotami, więc pomyślałam, że fajna sprawa i można spróbować.

Nie, ja nie sprawdzałam, kto dokładnie to organizuje. Był podany numer telefonu do zapisywania się, myślałam, że może jakaś mała firma albo po prostu ktoś, może student, dorabia sobie takimi wycieczkami. To była zwykła ulotka, biała, wydrukowana chyba w punkcie ksero. Pokazałam koleżance i razem się zdecydowałyśmy.

Nie, nie trzeba było płacić wcześniej, tylko zapisać się przez telefon i podać swoje dane do kontaktu. Dojazd był we własnym zakresie, jedzenie też. Miałyśmy tylko zapłacić za przewodnika i za miejsce w namiocie, bo namioty już tam były przygotowane. Wsiadłyśmy wczoraj w autobus o trzynastej i po godzinie byłyśmy na miejscu. Tam, w Sobótce, była już zebrana grupa ludzi, chyba też studentów. Kilku rozpoznałam, że są od nas z Akademii. Pewnie te ulotki były tylko u nas, ale nie wiem na pewno. Nie pytałam innych, skąd dokładnie są i jak się dowiedzieli o wycieczce. Trzymałyśmy się raczej razem z koleżanką. Spotkaliśmy się z przewodnikiem, zapłaciliśmy, no i zaczęliśmy zwiedzanie pałacu i w ogóle zabytków, w międzyczasie coś zjedliśmy, a pod wieczór poszliśmy już w kierunku Ślęży.

Tak, przewodnik był cały czas z nami. Bardzo dużo opowiadał i rozmawiał z grupą, i nigdzie nie odchodził. Cały czas przekazywał jakieś fakty albo miejscowe opowieści i nawet nie mieliśmy czasu, żeby poznać bliżej innych uczestników wyjazdu. Nie było w nim nic dziwnego czy podejrzanego, zachowywał się normalnie, miał dużą wiedzę, może był miejscowy, bo nawet na ulicy ktoś go pozdrowił. Był nawet sympatyczny. Chyba się przedstawił, ale nie pamiętam imienia. W grupie też nikt dziwnie się nie zachowywał, tak jak mówiłam, wszyscy wyglądali na studentów, tak patrząc na oko na ich wiek. Poza tym kilka osób na pewno było od nas, ale nie znam ich dobrze, tylko z widzenia. Może Marta będzie dokładniej wiedziała.