Zenith - Sasha Alsberg, Lindsay Cummings - ebook
Opis

#1 New York Timesa. Powieść jednej z najpopularniejszych booktuberek w USA!

 

Zacznij niepowtarzalną, kosmiczną przygodę razem z pierwszym tomem serii Androma.

 

Większość zna Andromę Racellę jako Krwawą Baronową, potężną najemniczkę, której bezlitosne rządy rozciągają się na całą Galaktykę Mirabel. Dla załogi jej szklanego statku Marauder jest po prostu Andi – ich przyjaciółką i nieustraszoną przywódczynią kosmicznych piratów. Kiedy kolejna rutynowa misja nie przebiega zgodnie z planem, cała załoga Maraudera trafia w ręce okrutnego łowcy nagród.

 

Andi, zmuszona do udziału w niebezpiecznej misji, stawia czoła mrocznemu władcy owładniętemu żądzą zemsty. Załoga Maraudera stanie przed trudnym wyborem – albo przywrócą porządek w galaktyce, albo rozpoczną wojnę. Gdy statek rusza w stronę nieznanego, pewne jest tylko to, że już nikomu nie mogą ufać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 591

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Zenith

Copyright © 2016 by Sasha Alsberg & Lindsay Cummings

All rights reserved.

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Copyright © for the Polish translation

by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Redakcja: Natalia Szczepkowska

Korekta: Anna Gidaszewska

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Elementy graficzne layoutu: © Julia Waller | Shutterstock

Projekt okładki i stron tytułowych: Magdalena Zawadzka

Zdjęcia na okładce: © Zakharchuk | Shutterstock, © Studio KIWI | Shutterstock

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66278-19-6

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca

i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo

do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

Od Sashy:

Mojemu wspaniałemu ojcu,

Peterowi Alsbergowi,

za to, że zawsze kazał mi

sięgać gwiazd.

Od Lindsay:

Mojemu ojcu, Donowi Cummingsowi,

który zaszczepił we mnie miłość

do science fiction! Za #7!

CELA NR 306

PRZESZŁOŚĆ

Bezkresna ciemność.

Otaczała go w celi numer trzysta sześć, wijąc się i wwiercając w jego kości, aż stali się jednością.

Już od dawna nie przejmował się tak każdym skrzypnięciem czy stuknięciem niosącym się po ścianach jego więzienia. Owinął sobie szczelnie ramiona złachanym kocem, jedynym towarzyszem niedoli, lecz ten nie chronił go przed zimnym pocałunkiem powietrza, które przenikało przez cienki materiał.

Jestem Valen Cortas, pomyślał, wielokrotnie obracając w głowie te słowa. Tylko to pozwalało mu trwać, tylko to przetaczało mu przez żyły gęsty syrop odwagi. Zemsta będzie słodka.

Czego by nie zrobił, czego by nie oddał, żeby zaznać choć chwili w świetle. Żeby poczuć dotyk ciepłego wiatru na skórze, by usłyszeć szelest liści drzew rosnących na jego rodzinnej planecie, Arcardiusie.

Całe życie mieszkał na Arcardiusie, a jednak w celi numer trzysta sześć wspomnienia się zacierały. Valen zawsze widział świat w tysiącu kolorów, palce go świerzbiły, by namalować każdą zmianę światła, każdy zawijas wiatru przetaczającego się przez srebrzyste ulice.

W jego oczach każdy odcień był niepowtarzalny.

A jednak… teraz tracił te kolory.

Ile by nie wytężał pamięci, nie potrafił przywołać dokładnego odcienia fioletu, który wznosił się nad górami Revina. Nie potrafił przywołać dokładnych odcieni błękitu i czerwieni księżyców mieszających się na niebie. Blasku gwiazd, które zapalały się wraz z zapadnięciem prawdziwego zmroku i niezmordowanie służyły za przewodników po niebie. Z każdą chwilą w otchłani wszystkie kolory coraz bardziej zlewały się w jednolitą czerń.

Zadrżał i naciągnął mocniej koc na wychudzone ramiona.

Ból towarzyszący wspomnieniom po rzeczach kochanych i utraconych wpił w niego swoje szpony, grożąc, że porachuje mu kości.

Gdzieś w zawilgoconym więzieniu rozbrzmiał wrzask, ostry jak brzytwa, jak czubek miecza przecinający kręgosłup Valena.

Przewrócił się na bok, przycisnął dłonie do uszu.

– Jestem Valen Cortas – wyszeptał spierzchniętymi ustami. – Zemsta będzie słodka.

Kolejny wrzask. Syk i trzask elektrycznego bata, rozbłysk niebieskiej poświaty na kratach. Valen wciągnął gwałtownie powietrze, zabolały go oczy, w głowie zapulsowało, wspomnienia się wzburzyły. Kolor. Niebieski jak morskie fale, niebieski jak bezkresne niebo. A potem… znowu ciemność, znowu cisza.

Nowi więźniowie przez pierwsze dni zawsze krzyczą, dopóki nie zedrą sobie gardeł. Wywrzaskują imiona bliskich i kurczowo trzymają się tego, kim byli.

Jednak na Lunamere ostatecznie każdy staje się tylko numerem.

Valen był w celi numer trzysta sześć. Głęboko w trzewiach inkarnacji piekła.

Zimno nie miało końca. Jedzenia wystarczało tylko na tyle, by skóra nie odpadła od kości, lecz mięśnie ulegały atrofii, a serce zwalniało. Smród ciał podnosił się jak fala, obmierzła woń już dawno wsiąkła w obsydiantowe ściany i kraty.

Te obsydiantowe ściany stanowiły jedyną ochronę Valena i innych więźniów przed otchłanią próżni i przedwczesną śmiercią. Myślał o ucieczce, jak każdy inny. Wyobrażał sobie, jak przeskakuje przez ścianę, jak nurkuje w pozbawioną powietrza pustkę.

Valen kiedyś bał się śmierci, lecz z każdym kolejnym dniem coraz bardziej jej pragnął.

Wciąż jednak, głęboko w cierpiącym duchu, wiedział, że musi przetrwać.

Musiał czekać i liczyć na to, że Gwiazdy Losu o nim nie zapomniały.

I tak oto siedział, śniąc o ciemności, kuląc się w zimnie.

Jestem Valen Cortas.

Zemsta będzie słodka.

ROZDZIAŁ 1

ANDROMA

Jej koszmary były jak plamy krwi.

Nie dało się ich pozbyć, choćby Androma Racella z całych sił próbowała zetrzeć je z powierzchni swojego umysłu. W najmroczniejsze noce trzymały się niej jak druga skóra. W koszmarach słyszała szepty zmarłych, którzy grozili jej, że zaciągną ją tam, gdzie jej miejsce – do piekła.

Jednak już dawno temu Andi uznała, że koszmary są jej karą.

W końcu to ona była Krwawą Baronową. A jeśli kosztem przetrwania jest bezsenność, zniesie wiążące się z tym zmęczenie.

Tej nocy koszmary przyszły do niej tak, jak zawsze, więc teraz Andi siedziała na mostku swojego statku, Marudera, wydrapując świeżą parę znaków na bliźniaczych mieczach.

Świetliste opaski kompresyjne na nadgarstkach, które chroniły jej skórę, oparzoną wiele lat wcześniej w wypadku, były jedynym źródłem światła w ciemnym pomieszczeniu. Wystarczyło nacisnąć przycisk, żeby je włączyć.

Pod pomalowanymi na czerwono paznokciami opuszki jej palców były białe, gdy na powierzchni jednego ostrza żłobiła cienką kreskę długości jej najmniejszego palca. Bez spirali elektryczności, miecz wyglądał jak każdy inny, a kreski miały przynosić jej szczęście jak każdemu innemu żołnierzowi. Jednak Andi dobrze wiedziała, czym tak naprawdę są – każda kreska oznaczała jedną przeciętą linię życia, jedno serce uciszone ciosem miecza.

Sto żyć miało uśmierzyć ból pierwszego. Sto kolejnych miało zepchnąć cierpienie w odległy, ciemny kąt.

Andi kątem oka zauważyła jakiś obiekt na niebie i podniosła wzrok.

Kosmiczny śmieć krążący pośród tysięcy gwiazd.

Ziewnęła. Zawsze kochała gwiazdy. Nawet jako dziecko marzyła, że zatańczy pośród nich. Teraz jednak czuła się przez nie obserwowana, jakby tylko czekały, aż poniesie porażkę. Małe szydercze wredoty. Cóż, srogo się zawiodą.

Maruder, błyszczący statek kosmiczny wykonany z rzadkiego, nieprzenikalnego szklanego varillium, znany był ze swojej diabelskiej prędkości i zwrotności. Zaś załoga, składająca się z dziewczyn pochodzących z każdego piekielnego zakątka galaktyki, była tak ostra, jak miecz Andi. Stanowiła serce statku i jednocześnie trzy powody, dla których Andi zdołała tak długo przetrwać z dala od domu.

Pięć dni temu dziewczyny podjęły się zadania wykradzenia ładunku BioNarkotyków z Solery, głównej planety układu Tavina, a następnie dostarczenia ich na stację satelitarną tuż za planetą Tenebris w sąsiednim układzie.

To nie było nietypowe zlecenie. BioNarkotyki stanowiły jedne z najczęstszych transportów, ponieważ te konkretne farmaceutyki mogły wypalić komuś mózg albo – jeśli korzystało się z nich rozsądnie – wprawić w stan błogiego zapomnienia.

Którego – pomyślała Andi, wracając do żłobienia znaków śmierci – z chęcią bym teraz doświadczyła.

Wciąż czuła na dłoniach ciepło krwi człowieka, którego zabiła na tenebryjskiej stacji. Wciąż pamiętała, jak spojrzał jej w oczy tuż przed tym, zanim przebiła go swoimi mieczami, cicho niczym szept. Biedny dureń nie powinien był próbować wyrolować Andi i jej załogi.

Kiedy jego partner zobaczył dzieło rąk Andi, szybko przekazał krevy, które miały dostać za wypełnienie zadania. Tak czy inaczej pozbawiła kogoś życia, a nigdy nie czerpała z tego przyjemności. Nawet tacy zabójcy jak ona wciąż mieli dusze, a Andi wiedziała, że każdy zasługuje na to, by być przez kogoś opłakiwanym, bez względu na swoje zbrodnie.

Andi pracowała cicho w towarzystwie odległego buczenia silników statku i sporadycznego syczenia systemu chłodzenia nad głową. Bezdźwięczność próżni była kojąca, a Andi musiała powstrzymywać się przed zaśnięciem, ponieważ tuż pod powiekami czaiły się koszmary.

Odgłosy kroków sprawiły, że Andi raz jeszcze podniosła wzrok.

Rytmiczne stukanie dochodziło z małego korytarza prowadzącego na mostek. Andi kontynuowała żłobienie, lecz zaraz spojrzała na wejście, gdzie zatrzymała się postać, opierając niebieskie, pokryte łuskami ręce na wąskich biodrach.

– Jako twoja zastępczyni – oznajmiła dziewczyna głosem gładkim jak konsystencja ostrej rigny, którą dzieliły się wcześniej – żądam, abyś wróciła do swojej kwatery i się przespała.

– Dzień dobry i tobie, Liro – powiedziała Andi i westchnęła.

Zastępczyni zdawała się zawsze wiedzieć, gdzie Andi jest i co robi. Jej bystre oczy zauważały każdy szczegół, nawet najmniejszy. Ta cecha czyniła z Liry najlepszego cholernego pilota w galaktyce Mirabel i była też powodem, dla którego udało im się z powodzeniem wykonać tyle zleceń.

To jedna z wielu osobliwych cech Liry, zaraz obok łusek pokrywających jej skórę. Gdy dziewczyna doświadczała silnych emocji, łuski zaczynały błyszczeć, produkując dość żaru, by spalić ciało jej wrogów. Z tego powodu wszystkie ubrania Liry pozbawione były rękawów. Jednak ten mechanizm wymagał ogromnych pokładów energii i czasami jego aktywacja pozbawiała Lirę przytomności.

Takie łuski chciałoby posiadać wielu mieszkańców jej rodzinnej planety, lecz mogli się nimi cieszyć tylko nieliczni. Drzewo genealogiczne rodu Liry sięgało aż do pierwszych Adhiranów, którzy skolonizowali terraformowany świat. Krótko po kolonizacji na planecie doszło do zdarzenia radiacyjnego, które wpłynęło na pierwszych osadników na wiele osobliwych sposobów. Wtedy właśnie u przodków Liry pojawiły się łuski.

Zastępczyni Andi weszła na oświetlony gwiazdami mostek i zmarszczyła pozbawione brwi czoło.

– Prędzej czy później skończy ci się miejsce na mieczach.

– Wtedy zacznę żłobić swoje znaki na tobie – oznajmiła Andi z diabelskim uśmieszkiem.

– Powinnaś znowu zacząć tańczyć. Pomoże ci to rozładować trochę tego śmiercionośnego napięcia, które w sobie kisisz.

– Nie pozwalaj sobie, Lir – ostrzegła Andi.

Lira wyszczerzyła zęby, przykładając dwa palce do prawej skroni, żeby aktywować swój osobisty kanał komunikacji.

– Wstawajcie, drogie panie. Skoro kapitan nie może spać, my też nie powinnyśmy.

Andi nie słyszała odpowiedzi, która wywołała śmiech Liry, lecz nie minęło wiele czasu, a z pokładu wyżej dało się słyszeć dwie inne pary kroków i kapitan wiedziała, że reszta załogi jest w drodze.

Pierwsza na mostek dotarła Gilly, płomiennorude warkocze podskakiwały na jej ramionach przy każdym kroku. Była drobna jak na swój wiek, nie więcej niż trzynaście lat, lecz Andi nie dawała się oszukać tym dużym, niewinnym oczom z błękitnymi tęczówkami. Gilly była krwiożerczą bestyjką, artylerzystką z niejedną ofiarą na sumieniu. Swoją robotę wykonywała z prawdziwą brawurą.

– Dlaczego psujesz mi sen?! – wykrzyczała swoim piskliwym głosem.

Za jej plecami pojawiła się wysoka, barczysta dziewczyna i weszła, schylając głowę, żeby nie uderzyć się o górny kant drzwi. Breck, główna artylerzystka Andi, przewróciła oczami i położyła ogromną dłoń na drobnym ramieniu Gilly.

– Dzieciaku, kiedy nauczysz się nie wypytywać Liry? Przecież wiesz, że nie poda ci sensownej odpowiedzi.

Andi roześmiała się, widząc groźne spojrzenie swojej zastępczyni.

– Gdybyście podniosły wzrok znad konsolety na wystarczająco długo, żeby mnie posłuchać, przekonałybyście się, w rzeczy samej, że moje odpowiedzi są bardzo sensowne. – Lira puściła oko do koleżanek, a potem usiadła na miejscu pilota, zaraz obok kapitańskiego fotela Andi.

– Adhirańczycy – mruknęła Breck pod nosem, krzyżując na piersi potężne ramiona. Licząca ponad dwa metry wysokości, z czarnymi włosami sięgającymi umięśnionych ramion, Breck była najgroźniej wyglądającą członkinią załogi. Wszystkie zakładały, że była olbrzymką z planety Nowa Veda, gdzie rodzili się najlepsi wojownicy Mirabel.

Niestety istniał jeden problem z tym założeniem.

Breck nie posiadała żadnych wspomnień ze swojej przeszłości. Nie miała zielonego pojęcia, kim była, ani nawet skąd się wzięła. Kiedy Andi zabrała ją na swój pokład, Breck właśnie uciekała przed pogonią razem z dziesięcioletnią, posiniaczoną i pobitą Gilly u boku.

Gilly, zabrana z ulicznego targu jej rodzinnej planety Umbin, próbowała uciec od pary właścicieli niewolników z Xen Ptery, kiedy znalazła ją Breck. Starsza dziewczyna uratowała młodszą od losu gorszego niż śmierć i teraz stały się dla siebie bliskie jak siostry. Dla tych dwóch nie miało już znaczenia, jakiego życia Breck nie potrafiła sobie przypomnieć albo jaką przeszłość Gilly próbowała zapomnieć. Liczyło się tylko to, że miały siebie.

Breck pociągnęła za jeden z rudych warkoczy Gilly, a potem zadarła brodę i wciągnęła nosem powietrze.

– Nie czuję zapachu śniadania. Potrzebujemy kucharza, Andi.

– I znajdziemy go sobie, gdy tylko będzie nas stać na gotującego droida – odparła Andi, kiwając sztywno głową. Dziewczyny zazwyczaj dzieliły się obowiązkami kuchennymi, jednak tylko Breck umiała znośnie gotować. – Zostało nam mniej niż trzysta krevów. Ktoś wydał za dużo na kosmetyki do włosów na TZ-5.

Policzki Breck oblały się rumieńcem, gdy dotknęła swoich nowych, karmazynowych pasemek pośród czarnych włosów.

– A skoro już mowa o krevach – odezwała się Gilly, drobniutką dłonią dotykając złotej broni o dwóch spustach u swojego pasa – kiedy ruszamy na następne zlecenie, pani kapitan?

Andi wyprostowała się, splotła palce za głową i przyjrzała się swojej załodze.

Wszystkie trzy nadawały się do swojej roboty. Były małe, lecz niepozbawione siły i lepsze, niż Andi sobie zasłużyła. Jeszcze raz zerknęła na swoje miecze, a potem włożyła je z powrotem do pochew. Gdyby tylko mogła z równą łatwością odłożyć wspomnienia.

– Słyszałam, że podobno na Vacilis szykuje się robota – rzekła w końcu.

Vacilis to pustynny świat, w którym wiatr był gorący jak oddech diabła, a powietrze dusiło smrodem siarki. Znajdował się kilka planet od skutej lodem Solery.

– Nie jestem pewna, ile dostaniemy krevów. No i z pustynnymi nomadami nie będzie łatwo.

Brecks wzruszyła potężnymi ramionami.

– Każda kasa się przyda, jeśli oznacza więcej zapasów jedzenia.

– I amunicji – dodała Gilly, mała wojowniczka, pstrykając wymownie palcami.

Andi kiwnęła głową na Lirę.

– Co myślisz?

– Zobaczymy, gdzie zaprowadzą nas gwiazdy – odparła zastępczyni.

Andi przytaknęła.

– Skontaktuję się ze swoim informatorem. Zabierz nas stąd, Liro.

– Jak sobie życzysz.

Lira wpisała koordynaty w panelu kontrolnym na holoekranie. Diagram przedstawiający galaktykę Mirabel skąpał pomieszczenie w niebieskawym świetle, wokół ich głów zaczęły krążyć gwiazdy i planety tworzące główne układy. Jasna linia prowadziła z ich aktualnego miejsca pobytu w pobliżu nienazwanego księżyca – zbyt jałowego, by rozwinęło się na nim życie – do Vacilis, niemal pół galaktyki dalej.

Lira przyjrzała się trasie, potem zminimalizowała mapę i przyszykowała statek do podróży w hiperprzestrzeni.

Andi obróciła się na swoim fotelu.

– Breck, Gilly, idźcie sprawdzić nasze bronie. Potem upewnijcie się, że Duże Bum jest w pełni naładowane. Chcę, żebyście były przygotowane na wypadek jakichś kłopotów w układzie Tavina.

– My zawsze jesteśmy przygotowane – oznajmiła Breck.

Gilly zachichotała, po czym dwie artylerzystki zasalutowały Andi i opuściły mostek. Gilly ruszyła za Breck, złoty pistolet obijał się o jej drobne biodro.

– Silniki rozgrzane – zakomunikowała Lira. – Możemy startować.

Andi osunęła się na fotelu i gdy pod jej stopami Maruder zaczął dudnić, opadło ją zmęczenie.

Rozciągała się przed nimi próżnia, a powieki Andi zaczęły opadać wbrew jej woli. Z Lirą u boku, pogrążyła się w cieple snu.

Nieustępliwy dym zbierał się w zniszczonym statku, nie pozwalając Andi zaczerpnąć powietrza. Spojrzała w bok, gdzie zakrwawiona dłoń Kalee zadrżała, a potem zwisła bezwładnie na oparciu.

– Obudź się – wychrypiała Andi. – Musisz się obudzić!

Andi obudziła się, gdy Lira potrząsnęła gwałtownie jej ramieniem. Serce waliło jej w piersi, gdy oczy powoli przyzwyczajały się do panującego na mostku półmroku. Przed nimi poświata gwiazd, na desce rozdzielczej blask holoekranu.

Była tutaj. Była bezpieczna.

A jednak coś się nie zgadzało. Lampka na holo świeciła na czerwono, nadając bezgłośny sygnał alarmowy obok markerów ukazujących nie tylko lokalizację Marudera, ale też trzech innych statków za nimi, które szybko ich doganiały. Niezbyt miły widok dla każdego kosmicznego pirata.

– Mamy kogoś na ogonie. – Lira z irytacją wykrzywiła usta. Nacisnęła niebieską opuszką palca holoekran, przełączając na obraz z tylnej kamery, by pokazać Andi zbliżające się do nich statki. – Dwa eksploratory i jeden tropiciel.

– Przeklęte gwiazdy – rzuciła Andi. – Kiedy się pojawiły?

– Kilka sekund przed tym, zanim cię obudziłam. Wytraciliśmy prędkość światła tuż za układem Tavina, zgodnie z planem, i zaraz potem włączył się alarm.

Umysł Andi wrzucił wyższy bieg, rozważając wszystkie możliwe scenariusze. Lira nigdy nikomu nie pozwala siedzieć na ogonie Marudera. Musieli dysponować technologią, o jakiej załoga Andi mogła tylko marzyć. Powtarzała sobie, że to taki sam dzień jak każdy inny, takie samo zlecenie jak każde inne, jednak nie mogła się pozbyć złowieszczego wrażenia, że tym razem będzie inaczej.

– Wiemy, kim są? Czarny rynek, Patrol Mirabel? – zapytała Andi, gapiąc się na mrugający radar, gdzie trzy diabelskie czerwone kropki stopniowo się do nich zbliżały.

Lira zmarszczyła czoło.

– Taką technologię ma chyba tylko Patrol. Nie wykrywał ich żaden radar, dopóki nie znaleźli się tuż za nami.

Andi przygryzła dolną wargę.

– Który wydział?

Dobrze wiesz który, podszeptywał jej umysł. Uciszyła ten wewnętrzny głos.

– Nie dowiemy się, dopóki nie znajdą się w krótkim zasięgu, a wtedy będzie już za późno na ucieczkę – oznajmiła Lira.

– W takim razie nie pozwól, żeby za bardzo się zbliżyli.

Patrol, te sukinsyny. Sługusy rządu, które od lat ścigały Andi, jednak nigdy wcześniej nie udało im się pojawić na radarze Marudera.

Ich ostatnie zlecenie nie powinno być na tyle poważne, by zwrócić uwagę Patrolu. To była operacja na czarnym rynku, zwyczajna kradzież i szybka ucieczka. Zgarnęły tylko kilka skrzynek farmaceutyków dla narkotykowego bosa, nic wystarczająco interesującego, żeby znaleźć się na celowniku Patrolu.

Razem z dziewczynami przyjmowały już bardziej zwracające uwagę zlecenia – na przykład kiedyś porwały kochankę bogatego Solerana i zostawiły ją na meteorze na prośbę wściekłej żony mężczyzny. Zapłaciła im za tę robotę niezłą sumkę. Dopiero wiele dni później dowiedziały się, że kobieta była nie tylko kochanką żonatego mężczyzny, ale też córką prominentnego polityka z Tenebrisu. Polityk był gotowy rozszarpać galaktykę na strzępy, żeby odnaleźć córkę. Kiedy wreszcie natrafił na jej uschnięte zwłoki na gołej skale, doszły do niego słuchy odnośnie do tego, kto ją tam umieścił.

Od tamtej pory Andi dokładniej sprawdzała potencjalne zlecenia. Jej załoga wciąż uciekała przed tamtym politykiem.

Możliwe, że wreszcie udało mu się natrafić na ich ślad. Zamknęła oczy. Na płonące czarne dziury, miała przerąbane. Statek zabuczał pod jej stopami, prawie jakby się z nią zgadzał.

– Zasłony są w tym momencie bezużyteczne – oznajmiła Lira, szykując sprzęt, wciskając guziki, wpisując kody. – Silniki są za bardzo rozgrzane, żeby skoczyć w nadprzestrzeń. Niech piekło pochłonie ich technologię.

W oddali dało się zauważyć niewyraźne kształty pogoni. Wrogie statki wciąż znajdowały się daleko, lecz z każdą chwilą dystans malał.

– Wyciągnij nas z tego, a zadbam o to, żebyś dostała urządzenia tego samego kalibru.

– I większe działa? – zapytała Lira, otwierając szeroko błękitne oczy. – Ledwo damy radę, jeśli zostaniemy zmuszeni do obrócenia się i strzelania do nich. Został nam już tylko jedno Duże Bum.

Andi pokiwała głową.

– Znacznie większe działa.

– Cóż, w takim razie… – powiedziała Lira, a jej usta wyciągnęły się w niebezpiecznym uśmiechu. – Myślę, że gwiazdy ułożą się dla nas pomyślnie, pani kapitan. Jakieś ostatnie słowa?

Dawno temu ktoś powiedział do niej to samo. Zanim uciekła z Arcardiusa, po raz ostatni widząc swą rodzimą planetę.

Przygryzła usta i wspomnienie uciekło. Mogłaby teraz rzucić tysiąc słów, lecz zamiast tego zwyczajnie zapięła pasy, odwróciła się i powiedziała:

– Leć całym sercem, Liro.

Lira pokiwała głową i chwyciła ster, spokojnie i pewnie.

– Leć całym sercem.

Na mostku dało się odczuć wibracje i zaraz statek wyrwał do przodu niczym kryształowa włócznia przeszywająca czarną otchłań.

ROZDZIAŁ 2

ANDROMA

Dobrego dnia Maruder i jego załoga mogli zgubić ogon szybciej niż lata adhirański darowak, lecz kiedy Andi zerknęła na radar, trzy małe kropki wciąż do niej mrugały.

Zdusiła w sobie jęk i nacisnęła guzik podglądu. Szyba złączyła się, kolory przeobraziły, by pokazać bezpośredni obraz z tylnej kamery.

Ścisnęło ją w żołądku.

Statki wciąż siedziały im na ogonie. Dwa czarne eksploratory, ostre i kanciaste, a między nimi ogromny tropiciel. Kosmiczny potwór, który wyrwał z pamięci Andi wspomnienie.

Sto ciężkich błyszczących butów Akademii dudniło o podłogę zupełnie nowego, najnowocześniejszego obiektu w kosmosie. Sztywny mężczyzna w mundurze koloru indygo stał przed tłumem, ogłaszając specyfikację najnowszego trakera. Andi podniosła rękę, krzywiąc się pod wpływem bólu przeszywającego jej obite w bójce żebra, ale była głodna wiedzy, już zakochana w lataniu.

– Wciąż nie widzę ich sygnatury – powiedziała Lira, przywracając Andi do rzeczywistości. Wspomnienie opadło jak mgła. – Nie wiemy, z której planety przylecieli.

Andie pochyliła się i przesunęła dwa palce po skroni, żeby połączyć się z kanałami załogi.

– Moje drogie, mamy ogon. – Przełknęła ślinę i zerknęła na Lirę, która siedziała spokojnie za sterami statku. – A dokładniej zbliżają się do nas od tyłu trzy statki. Przygotujcie swoje stanowiska i szykujcie się do natychmiastowego rozpoczęcia bitwy. Ogłaszam zaciemnienie. – Rozłączyła się i spojrzała na Lirę. – Gotowa?

Lira kiwnęła głową, a Andi wpisała kody aktywujące zewnętrzne tarcze Marudera.

Gwiazdy zamrugały na pożegnanie, gdy metalowe osłony wysunęły się z podbrzusza szklanego statku, niczym dłonie oplatające je w ciemności. Zostały tylko trzy iluminatory: jeden duży dla pilota i dwa mniejsze dla artylerzystów, na niższym pokładzie.

– Ostrzegałam cię przed ostatnim zleceniem, że nie możemy zostawiać za sobą ciał – powiedziała nagle Lira, umykając statkiem w lewo, żeby nie zderzyć się ze zbitką kosmicznych śmieci, które bez końca wędrują przez czerń. Ton Liry nie był ostry, a jednak Andi i tak poczuła bolesną prawdę jej słów.

Krew śledzi się znacznie łatwiej niż jakiekolwiek inne tropy. I być może po tylu latach Patrol wreszcie ich dogonił z winy Andi.

– Musiałam go zabić – odparła. – Prawie zastrzelił Gilly. Przecież o tym wiesz, Liro.

– Jedyne, co wiem na pewno, to że śledzące nas statki zmniejszają dystans – stwierdziła Lira, zerkając na radar.

Statki patrolowe mogły pochodzić z dowolnego miejsca w galaktyce, jednak Andi dręczyło przeczucie, że wystartowały z Arcardiusa, głównej siedziby Układów Zjednoczonych. To planeta ze szklanymi miastami i wysokimi budynkami na lewitujących fragmentach ziemi, gdzie życie podporządkowane jest wojsku, a zamordystyczną władzę dzierży jasnowłosy generał.

Dom. A przynajmniej coś, co nim było.

Po latach pracy arkardiańska flota została odbudowana po wojnie z Xen Pterą, główną planetą układu Olen.

Nowe statki były szybsze, lepiej wyposażone.

Lira wybuchła śmiechem.

– Szkoda, że przegapimy ich przyjęcie.

– Może właśnie dlatego tutaj są – powiedziała Andi. – Żeby osobiście wręczyć nam zaproszenia.

– Nie dogonią nas. – Lira ścisnęła palcami metalowy kubek przylutowany do panelu sterowania statku, ze słowami Byłam na Arcardiusie i dostałam tylko ten głupi kubek wygrawerowanymi na boku. Andi skrzywiła się, gdy Lira wyjęła ze środka księżycową prymkę i wrzuciła sobie do ust.

– To cię może zabić, wiesz – stwierdziła Andi, kiedy statek zajęczał i skoczył. Rzuciło ją na fotelu, a Lira szybko skręciła w prawo.

– Lubię flirtować ze śmiercią – oznajmiła zastępczyni ze znaczącym uśmieszkiem.

Zamilkły, a Maruder parł przed siebie. Lira prowadziła go w lewo, w prawo, w górę i w dół, a ogon śledził ich, jakby to była jakaś gra.

Jednak ta gra, w którą teraz grali, rzadko kończyła się śmiechem i zabawą. Na końcu tego pościgu czekają ich raczej ciała płonące w kosmosie, powietrze wysysane z płuc oddanych otchłani.

Andi zastukała palcami o oparcie fotela. Jej czerwone paznokcie wyglądały jak umoczone we krwi; z pewnością zgodziliby się z tym ludzie, którzy nadali Andi jej pirackie miano.

Była poirytowana, głodna i – z powodu koszmarów – osiągnęła taki poziom zmęczenia, jakiego zwyczajny człowiek by nie zniósł. Normalnie potraktowałaby to jako wyzwanie, bo, jak twierdziła Lira, Andi żyła dla ekscytacji stąpania po cienkiej linie.

Jednak gdy patrzyła, jak dłonie Liry prowadzą statek, nałożył się na nie zupełnie inny obraz.

Oczami wyobraźni widziała księżyce jej rodzinnej planety, te piękne kule czerwieni i błękitu obok Arcardiusa, z lodowymi pierścieniami otaczającymi je jak zmrożeni strażnicy. Zobaczyła swoje własne, młodsze dłonie z migoczącą sygnaturą, gdy ściskała gałkę gazu statku podróżnika. Poczuła przypływ adrenaliny w żyłach. Następnie to pamiętne zderzenie ognia i światła, skrzypienie maszynerii i przeszywający wrzask dziewczyny. I krew, strumienie krwi schnące szybko na rozgrzanym metalu…

Czyjś głos rozległ się w interkomie pilota i Andi wzdrygnęła się, wracając do rzeczywistości.

– Co się stało? – warknęła.

Obok Lira dodała mocy i Maruder zaryczał, mknąc jak strzała.

– Prują prosto na nas! – krzyknęła Breck. Andi wyobrażała sobie ją dwa pokłady niżej, leżącą płasko przed ogromnym działem. – Już prawie w zasięgu wzroku. Nie możemy ich zgubić?

– Gdybyśmy mogły, czy nie uważasz, że dawno byśmy to zrobiły? – rzuciła Andi.

– Na gwiazdy, Andi. – Głos Breck był niski i gardłowy. – Widzę już ich sygnaturę. To Patrol Arcardiański. Rozszarpią nas na kosmiczne strzępy.

Andi włączyła widok z tylnej kamery, przybliżając obraz przyśpieszających statków. Patrzyła na nią eksplodująca gwiazda Arcardiusa. Istniał tylko jeden powód, dla którego mogliby zawędrować tak daleko od swoich.

Czyli nadeszła ta chwila. Wróg, przed którym uciekała tyle lat, wreszcie ją odnalazł.

Chociaż strach mroził jej wnętrzności, Andi wyprostowała się i przygotowała do walki. Tak łatwo jej nie dostaną.

Podniosła rękę i nacisnęła swój komunikator, ignorując ostatnie słowa Breck.

– Dziewczyny, jesteście na pozycji?

– Gilly siedzi na Zwiastunie, a ja na Klęsce. Pozwolenie na atak?

Ami uśmiechnęła się mimo strachu.

– Udzielam.

Na kanale zrobiło się cicho i zostały tylko kapitan i jej pilotka, z sercami walącymi jak młoty i smugami mijanych gwiazd, które przypominały rozdarcia w tkaninie wszechświata.

I wtedy Andi to poczuła.

To szarpnięcie.

To łupnięcie.

Nóż wściekłości przeciął jej serce.

– Te sukinsyny strzeliły do mojego statku.

– Strzał testowy? – zapytała Lira, ale potem przeklęła pod nosem i nagle statek zaczął wykonywać chaotyczne manewry, żeby uniknąć kolejnych pocisków, a sensory wywrzaskiwały ostrzeżenia. – Cofam to.

Andi zacisnęła szczęki. Zbyt wiele strzałów.

– Kapitan, wróg zaostrza atak.

Tym razem głos należał do Gilly. W tle dało się słyszeć znajome „tra ta ta” działka Gilly z niższego pokładu, a zaraz potem dudniące „BUM” działka Breck, która posyłała pocisk za pociskiem w stronę zbliżających się statków.

– Nadlatują ze sterburty.

– Szybciej, Lira – rzuciła Andi.

Wywołała radar i zrobiła zbliżenie na dwie pozostałe mrugające czerwone kropki, ignorując drżenie własnych rąk. Były coraz bliżej i teraz uruchomiły się czujniki na osłonach Marudera. Czym oni napędzali te statki, do diabła?

Tra ta ta.

BUM.

Pociski leciały z przeszywającym świstem, który wstrząsał aż do kości.

Tylko to słyszała, tylko to czuła, coraz wyraźniej i wyraźniej z każdym kolejnym pociskiem, który wyrzucał Marudera z kursu. Znowu przełączyła się na obraz z tylnej kamery.

Trzy statki znajdowały się teraz bezpośrednio za nimi. Dwa lśniące czarne trójkąty z ogromnymi działami na kadłubach i jeden fioletowy, ze śladami dymu po magnetycznych pociskach Breck, ze skrzydłami jak ptak i takimi rozmiarami, że mógłby połknąć dwa statki Andi.

Tropiciel.

Jej mózg wyrzygiwał jego statystyki – został stworzony raczej z myślą o większej prędkości niż zwrotności. Spędziła długie miesiące na studiowaniu budowy tego statku w Akademii, rozpaczliwie próbując sprawdzić każdy cal tych doskonale zaprojektowanych wnętrzności. Nawet najlepsza technologia ma swoje wady i gdyby nie ścigały ich jeszcze dwa eksploratory, mieliby jakieś szanse przeciwko jednemu tropicielowi. Prawda była jednak taka, że mniejsza amunicja nie zrobiłaby żadnego wrażenia na wzmacnianych panelach osłony. A przy tej zwrotności, szanse na trafienie tej bestii Dużym Bum były piekielnie małe.

– Zestrzelcie ich! – rozkazała Andi. – Szybciej, Liro. – Zacisnęła palce na podłokietnikach, pochylając się, jakby jej ciało mogło pomóc statkowi zwiększyć prędkość.

– Staram się – odparła Lira. – Minęło kilka tygodni od ostatniego tankowania, Andi. Jeszcze trochę i zabraknie nam paliwa. Będziemy musiały ich zgubić zamiast im uciec.

– Ale bez systemu zasłon jesteśmy widoczne jak na…

Lira przerwała jej, szczerząc zęby.

– Nie miałam na myśli systemu zasłon.

Wyrównała kurs i po raz ostatni zmusiła silniki do maksymalnego wysiłku. Maszyny za nimi zostały w tyle, a ciemność wokół nich zgęstniała, jakby coś potwornego zakryło gwiazdy.

I właśnie wtedy Memory, system mapujący Marudera, uruchomiła się i rozbrzmiała chłodnym kobiecym głosem, który zazwyczaj ich prowadził, przynosząc nieco komfortu w czarnej otchłani kosmosu. Dzisiaj jednak jej słowa napełniły Andi lodowatym strachem.

Zbliżamy się do Gollanty.

– Na gwiezdny pył, Lir – powiedziała Andi, a ciemność zbliżała się teraz do nich szybciej. Przypomniała sobie ostatni raz, kiedy przelatywały przez Gollantę; tamtego dnia omal nie stały się kawałem kosmicznego śmiecia. Od tamtej pory starały się unikać tego obszaru. – Chyba żartujesz.

Lir uniosła bezwłose brwi.

– Czyżby naszej kapitan brakowało wiary?

Wybór był jeden: śmierć za kratami albo śmierć w słodkim czarnym kosmosie.

Andi wstrzymała powietrze i przeczesała palcami końcówkę fiolotowo-białego warkocza. Minęły całe miesiące odkąd dostały porządną zapłatę, a ich zapasy były na wykończeniu. Jeśli miały uciec, na chwilę sprawy muszą przybrać trochę zły obrót, żeby na koniec Maruderki mogły wyjść z tego cało.

– Nie w tej chwili – oznajmiła Andi.

– Ty to umiesz sprawić, że aż się rumienię. – Lira uśmiechnęła się szeroko, jej ostre kły zabłysły w czerwonym świetle alarmu. – Trzeba było zobaczyć poprzedni statek, który pilotowałam.

– Po prostu zrób to… zanim zmienię zdanie. – Andi zacisnęła mocniej pasy uprzęży, wyłączyła alarm zbliżeniowy i odchyliła się, podczas gdy Lira prowadziła Marudera w stronę Gollanty, pasa asteroid składającego się z tysięcy ogromnych kosmicznych skał, które tylko czekały, aż coś stanie im na drodze.

Cmentarz Galaktyki.

Miejsce, do którego statki odchodziły, żeby umrzeć.

Maruder minął asteroidę dwa razy większą od siebie, brzydactwo pełne głębokich wyrw po uderzeniach. Obok, obracając się powoli, leciał kawał spalonego i poczerniałego metalu, który wyglądał jak kadłub starego wycieczkowca.

– Lir? – zapytała Andi. – Czy to się stało z twoim poprzednim statkiem?

Lira skrzywiła się i włożyła do ust kolejną księżycową prymkę.

– Możliwe, że właśnie go minęłyśmy.

– Poprowadźcie nas, Gwiazdy Losu – pomodliła się Andi, po czym uniosła wzrok. – Memory? Poprosimy o jakiś akompaniament dla Liry, która zabiera nas w ostatnią podróż.

Chwilę później na mostku rozbrzmiała muzyka. Smyczki, klawisze i atmosfera spokoju oraz opanowania.

– Nigdy nie zrozumiem, jak możesz tego słuchać – mruknęła Lira.

Andi zamknęła oczy, gdy Lira docisnęła przepustnicę i wleciała we wzburzoną otchłań.

ROZDZIAŁ 3

KLAREN

ROK DWUNASTY

Urodziła się, by umrzeć.

W ciemności stała, z palcami przyciśniętymi do chłodnego szkła swojej wieży. Była sama, chroniona jak wszyscy Ulegli, wpatrując się na rozciągający się niżej Tunel. Widziała kłęby czerni, srebra i błękitu. Bezkresne morze oświetlone blaskiem gwiazd.

Każdego ranka przychodziła tutaj przed wschodem słońca, wyobrażając sobie, jakby to było dotknąć otchłani. Poczuć wolność tego jednego dnia, kiedy mogłaby dokonywać własnych wyborów, podążać obraną przez siebie ścieżką, krok po kroku.

Jej palce zsunęły się po szkle.

To ciało było darem. Sposobem na zmianę jej świata i wszystkich dalszych.

Stojąc tam, dziewczyna pomyślała o swoich snach. O nieznajomych twarzach, niepewnych przyszłościach, śmierci nie do uniknięcia, narodzinach przewidywanych przez nią jeszcze przed nastaniem ich czasu.

Ulegli byli wyjątkowi.

Ulegli byli kochani.

Za szybą ciemność się poruszyła. Dziewczyna wydała zduszony okrzyk i znowu przycisnęła dłonie do szkła, czekając z bijącym sercem.

Zaczęło się powoli. Najpierw błysk na dalekim widnokręgu, daleko za wijącym się Tunelem. Płomień walczący o życie. Potem wyskoczył do przodu, wypuścił na niebo żyły karmazynowego światła, rozszerzającego się w żółć, pomarańcz i róż jak ubarwione śmiechem policzki.

Dziewczyna się uśmiechnęła.

To było coś nowego, co dopiero od niedawna nauczyła się robić.

Jeśli jej sny się spełnią, pewnego dnia ten uśmiech przyniesie jej wielkie rzeczy. Chwałę. Nadzieję dla jej ludu.

Tego dnia stała i patrzyła znad Tunelu, jak wschodzi czerwone słońce.

ROZDZIAŁ 4

DEX

Wyskoczyli jak demony z piekielnej otchłani.

Ktokolwiek pilotował ten statek, fenomenalnie radził sobie z jego prowadzeniem. Krwawa Baronowa jak zawsze miała do dyspozycji najlepszych z najlepszych. Wspomnienia z ich wspólnej przeszłości próbowały przebić się na powierzchnię umysłu, ale szybko je zdusił, wiedząc, że takie myśli i uczucia tylko staną mu na drodze wielkiej zapłaty. Nie gonił jej, by pogawędzić. Miał zadanie do wykonania.

– Andromo Racello. – Dex wypróbował jej imię na języku. – Długo cię szukałem.

A dokładnie dwa miesiące. Nikomu wcześniej nie poświęcił tyle swojego czasu. Szukał jej na niezliczonych planetach i na dwa tygodnie zgubił się w mgławicy Dyllutos, zanim wreszcie natrafił na ślad krwi, który ciągnął się z jednego krańca Mirabel na drugi.

Teraz siedział na mostku arcardiańskiego tropiciela, a błyski wystrzałów oświetlały jego twarz.

A poza tym Krwawa Baronowa jak zawsze zmusza mnie do pracy z Patrolem Arkardiańskim, pomyślał Dex, gapiąc się na obraz widoczny na holo przed nim.

Urządzenie wyświetlało dokument zawierający informacje na temat kapitan Marudera, w tym zdjęcie jej twarzy. Fotografię wykonał sam Dex, kiedy prawie dogonił Andromę na TX-5 tydzień temu. Niestety zniknęła zanim zdołał jej dosięgnąć.

Stała w cieniu pałacu rozkoszy, za jej plecami w oknie tańczył cyborg. Blade niczym u upiora włosy Andromy były poprzeplatane pasmami fioletu i wystawały spod naciągniętego nisko czarnego kaptura. Ledwo dostrzegał szare oczy i gładkie metalowe płytki na jej kościach policzkowych – to była obronna modyfikacja ciała, którą wykonała wiele lat wcześniej. Za to wyraźnie widział resztę: idealnie zarysowaną sylwetkę pod błyszczącym, obcisłym strojem ze skóry, rękojeść noża wystającą z czarnych ciężkich butów. A także, oczywiście, na pelerynie z kapturem, uprząż z jej słynnymi krzyżującymi się mieczami, od których bił śmiercionośny blask.

Statek zadrżał pod wpływem kolejnego pocisku i ekran wyślizgnął się spomiędzy palców Dexa, holo zamigotało i zgasło.

– A niech to piekło pochłonie! – przeklął, kiedy podłoga zdawała się uciekać spod jego stóp, a potem statek przechylił się i Dex praktycznie zawisł na uprzęży. – Wyprostuj go! – krzyknął do pilota.

Pożyczona załoga rzuciła się do pracy, by odzyskać kontrolę nad statkiem, a Dex chwycił podłokietniki i zacisnął zęby. Mały mechaniczny droid oplótł ramionami kostkę Dexa, z piskiem próbując pozostać w jednym miejscu.

Dex warknął i zrzucił droida. Po co w ogóle być kapitanem, jeśli nie można zmusić załogi do zrobienia czegoś porządnie? Wolał nie myśleć o tropicielu, którym lecieli. Przełknął swoje obrzydzenie.

Patrz, oto jestem – zdawał się mówić statek – wielki, szarżujący i tak nierzucający się w oczy jak ślimak transportowy Xenpterran.

Nigdy nie złapią Marudera. Nie w ten sposób.

Tropiciel był szybki, ale „doświadczony pilot”, którego generał Cortas przydzielił mu do tej misji, kompletnie nie miał stylu. Statek kosmiczny powinien lecieć bez ciężaru, bez granic i wolny.

Zupełnie jak ten, który właśnie ścigają, z brzuchem wypełnionym kłamliwymi, oszukańczymi złodziejkami.

Patrzył na iluminator znajdujący się przed pierwszym i drugim pilotem, którzy pochylali się nad kokpitem, na próżno próbując znaleźć sposób na przechytrzenie ich zwierzyny.

Przechytrzenie Marudera.

Dex widział go daleko przed nimi. Każdy strzał uwidaczniał kształt statku.

Piękna lśniąca bestia wyglądała jak stworzona z gwiazd, między którymi przyszło jej latać. Śmiercionośna i smakowita, wykonana ze szklanego varillium i w kształcie grotu strzały, teraz przykryta metalowymi osłonami dla ochrony w trakcie pościgu. Ten należący do klasy aero statek był jedyny w swoim rodzaju.

Złapie tę przeklętą maszynę i wreszcie zajmie jako swoją. A kiedy Androma wpadnie w jego ręce, każe jej paść na kolana i zgodzić się na warunki jego zleceniodawcy…

– Panie kapitanie… – drżący głos przywrócił Dexa do rzeczywistości. Spojrzał na najmłodszego członka Patrolu na statku, chłopca nie starszego niż piętnaście lat, z gadzimi nozdrzami. Chłopca, który nigdy nie widział bitwy na oczy. Który nie miał krwi na poznaczonych bliznami dłoniach. Jego błyszczące żółte oczy były otwarte szeroko, gdy mówił: – Zdecydowali się na interesujący manewr.

– Jaki manewr? – Dex westchnął. – Opisz go swoimi słowami.

– Wygląda na to, że obrali kurs na pas asteroid.

– Dokładnie tak, jak ostrzegałem – rzucił Dex.

– Co mamy zrobić? – zapytał nieśmiało chłopiec, robiąc krok do tyłu, jakby przeczuwał rychły wybuch gniewu Dexa.

Statek zadudnił.

Pilot zaklął.

Dex przycisnął dłoń do nasady nosa.

– Ty – powiedział, patrząc groźnie na młokosa spomiędzy palców – wyświadczysz sobie przysługę i pójdziesz do kwater pasażerów, żebyś mógł zesrać się w gacie bez świadków. Czuję twój strach nawet stąd.

Chłopiec czmychnął, potykając się o własne stopy z błonami pławnymi.

– Reszta zaś – zagrzmiał Dex, rozpinając pasy i podnosząc się z fotela – złapie mi ten przeklęty statek!

Cały blask jego gniewu niemal przepadł w gromkim dudnieniu kolejnej eksplozji.

Tym razem wybuch był tak jasny i tak głośny, że otchłań zapłonęła. Statkiem szarpnęło i się przechylił. Mały droid przekoziołkował obok nóg Dexa.

– Dostaliśmy w silnik! – wrzasnął pilot.

Szczęśliwy traf.

Dex czuł wzrastający gniew, gdy rozpiął do końca uprząż i padł na metalowy panel. Ta praca była odpowiedzią. Była wszystkim. Mogła zniszczyć mu karierę albo wywindować go na sam szczyt.

A jeśli straci szansę teraz, gdy jego zwierzyna znajdowała się tak blisko, generał Cortas każe komuś zetrzeć go na proch, kiedy przybiją do doków w Averii – a Dex będzie do końca życia pił przez słomkę.

Starczy tego.

Dex ruszył do przodu, jego buty stukały o podłogę.

Pilot podniósł wzrok na górującego nad nim kapitana, skórzane rękawiczki skrzypiały przy każdym ruchu steru.

– Rusz się – rozkazał.

– Panie kapitanie, mam bezpośrednie rozkazy od generała Cortasa…

Dex zacisnął dłonie. Pilot zadrżał, gdy cztery karmazynowe trójkątne ostrza wyskoczyły z rękawic, tuż nad knykciami.

– Przesuń się.

Pilot zeskoczył niezdarnie z fotela.

Dex przejął stery, przy kolejnym strzale ostrza jego rękawiczek błysnęły odbitym światłem. Słyszał za plecami zamieszanie i piskliwy głos pilota, który komunikował się z generałem. Żałosny skarżypyta. Zignorował to wszystko, nacisnął guzik na ekranie i oddał się tak dobrze mu znanym ruchom.

Tutaj było jego miejsce, w fotelu pilota. Za sterami jego własnego statku.

Drugi pilot, którego skórę pokrywały fioletowe kolce, gapił się na Dexa z otwartymi ustami.

– Miałeś rację – powiedział, pokazując ogromne kły. – Kierują się na Gollantę.

Oczywiście, że miałem rację, chciał powiedzieć Dex. Androma zawsze ucieka do czasu, aż nie znajdzie sobie kryjówki.

Na podglądzie zobaczył idealny, lśniący kształt przypominającego sztylet Marudera, który leciał prosto w paszczę piekła.

– Poinformujcie flotę niedaleko Solery – oznajmił Dex, kierując tropiciela w stronę uciekającego statku. Solera była najbliżej położoną planetą, znajdującą się tuż za obrzeżami pasa asteroid. Mogliby zdążyć przejąć Marudera po drugiej stronie, jeśli wyślą swoje najszybsze statki.

– Poinformować o czym, panie kapitanie? – zapytał drugi pilot.

Dex westchnął.

– Muszą się z nami spotkać na środku pasa. Pod zasłonami. – Jeśli się mylił, cóż, i tak już był pod władzą generała. Równie dobrze może to wykorzystać. – Poinformujcie ich, że Maruder leci w ich stronę.

Dex zamknął oczy i pozwolił sobie żywić nadzieję. Potem błagał Gwiazdy Losu, by jego sklecony naprędce plan wypalił.

Androma była dobra w tym, co robiła. Jednak Dex również.

A protegowana nie może wiecznie umykać swojemu mistrzowi.

ROZDZIAŁ 5

ANDROMA

Gollanta.

Świat składający się z kosmicznych skał, które tańczyły wszędzie dokoła. Świat, w którym śmierć puka do każdego iluminatora.

Andi patrzyła na nią oczami wielkimi i błyszczącymi w półmroku przestrzeni kosmicznej. Otaczała ich ciemność, rozpraszana jedynie przez blask odległych gwiazd Taviny. A także, oczywiście, złowróżbnych świateł trzech statków, które ich ścigały.

Jeszcze pożałują, że zadarli z Krwawą Baronową. Nadszedł czas, żeby to wreszcie zakończyć.

Andi włączyła swój kom.

– Breck, Gilly.

Permanentne szkła kontaktowe w jej oku, aktywowane przez delikatne stuknięcie w skroń, pozwalało jej wywołać obraz z kamery innego członka załogi.

Zainstalowały je wiele miesięcy temu i cudowne komy od tego czasu zdążyły już wielokrotnie uratować im tyłki. Były warte kosztownej wizyty u szemranego doktorka w mieście na satelicie niedaleko Solery.

Najpierw podłączyła się do komunikatora Breck i ujrzała ekran celowania, z jaśniejącym celownikiem skupionym na skrzydle najbliższego statku. Andi zacisnęła zęby, gdy asteroida przypominająca czaszkę zbliżyła się do iluminatora Breck. Dziewczyna strzeliła i skała rozprysnęła się na kosmiczny pył.

Andi zamrugała, zrywając w ten sposób połączenie i wracając do własnego widoku na asteroidy. Obok niej siedziała Lira, łuski na jej ramionach błyszczały pod wpływem z trudem poskramianych emocji.Wciąż rozbrzmiewała muzyka, uspokajając Andi, pozwalając jej się skoncentrować.

To tylko kolejny zwykły dzień, wmawiała sobie. Tylko kolejny pościg.

– Brakuje nam paliwa i amunicji! – wrzasnęła Gilly do komunikatora.

– Strzelaj małym kalibrem i czekaj na mój rozkaz – powiedziała Andi. – Potem użyjemy Dużego Bum i skruszymy ich kości w pył.

Broń wysyłała impuls, wyłączając systemy obronne przeciwnika, a następnie posyłała w jego stronę pocisk, który był w stanie w pojedynkę zlikwidować cały statek.

Duże Bum nie byłoby w stanie uszkodzić Tropiciela, za to pozostałe jednostki będą stanowić doskonałe cele, jeśli tylko Gilly i Breck właściwie zagrają swoje karty. Na pokładzie został tylko jeden pocisk Dużego Bum, więc muszą go należycie wykorzystać.

Gilly odpowiedziała chichotem przeszywającym powietrze jak nóż.

– Gotowe.

Tyk, tyk, tyk.

BUM.

Stary kombinezon kosmiczny przeleciał obok iluminatora po prawej stronie. Andi zastanowiła się chwilę, czy trup wciąż znajdował się w środku, i zadrżała.

Śmierć była najlepszą przyjaciółką Andi, małym demonem, który szeptał jej do ucha w ciemną noc. A tutaj – na tym pustkowiu i cmentarzu, gdzie wielu stoczyło ostatni bój – śmierć wydawała się bliższa niż kiedykolwiek.

– Musimy rozdzielić eksploratory – oznajmiła Andi. Sama nigdy takiego nie pilotowała, ale widziała mnóstwo demonstracji w Akademii. Zostały zaprojektowane z myślą o zwrotności i prędkości, co oznaczało, że trochę brakowało im należytej obrony.

– Już się robi – odpowiedziała Lira.

Tropiciel gonił ich jak bestia. Mniejsze asteroidy odbijały się od jego boków, ledwo rysując wzmacniany materiał. Eksploratory leciały tuż za nim, chronione przed atakami asteroidów.

Dziewczyny musiały je oddzielić od formacji.

Przed nimi pojawił się ogromna, potężna skała, z powodzeniem największa asteroida, jaką kiedykolwiek widziały.

– Lira – odezwała się Andi i pokazała na asteroidę, a w jej głowie już formował się plan. – Poleć dokoła tego czegoś.

– Okrążanie nas zwolni. – Lira zadarła brodę, a na jej twarzy odbił się pomarańczowy blask dalekiego słońca Solery, które właśnie pojawiło się w zasięgu wzroku.

Andi zacisnęła zęby.

– Zrób to, Lira.

Lira pokiwała głową, docisnęła przepustnicę i posłała Marudera w drogę wokół ogromnej asteroidy.

Statek zakreślił wielki łuk, a tymczasem muzyka stała się głośniejsza, rozbrzmiały talerze. W tylnej kamerze dało się zobaczyć ścigające ich jednostki, błyski srebra i czerni, niczym cienie, które po prostu nie odpuszczają. Jednak gdy Maruder leciał coraz dalej i dalej wzdłuż zewnętrznej krawędzi asteroidy, Tropiciel za bardzo zwolnił i odpadł z biegu.

Teraz zostały już tylko eksploratory i Maruder, a Andi wiedziała, że z takim przeciwnikiem jej załoga i statek sobie poradzą.

– Czekaj… – szepnęła i poczuła, jak ją ściska w gardle. W tylnej kamerze widziała, jak eksploratory śledzą ich niczym pasma światła, ich działka pracowały usilnie, lecz Maruder pozostawał nieuchwytny. Jaki mieli plan? Nawet jeśli dwa eksploratory dogonią ich statek i spróbują się połączyć z Maruderem, nie będą w stanie go nigdzie przetransportować.

Jakiś błysk przemknął obok nich w niewielkiej odległości.

– Zbliżają się! – wrzasnęła Breck do komunikatora. – Gotowe na rozkaz!

Andi przygryzła język, a metaliczny posmak krwi wystarczył, żeby utrzymać strach na wodzy.

Kątem oka zobaczyła kolejny błysk, tym razem bliższy.

W uszach jej dzwoniło od sygnału systemu ostrzegania. Muzyka była zbyt głośna, jęki strun zbyt przeszywające.

– Nadlatuje pocisk! – krzyknęła Breck. – Już prawie nas mają!

– Ciągle czekamy, kapitan! – wrzasnęła Gilly.

Blisko.

Bliżej.

– Jeszcze sekunda – szepnęła Andi.

– Andi, powinnyśmy strzelać. – Niebieskie oczy Liry w ciemności wydawały się czarne.

Andi wciągnęła gwałtownie powietrze.

– Teraz – rozkazała.

Ułamek sekundy. Andi patrzyła na statki widoczne na podglądzie z tylnej kamery, pomyślała o znajdujących się na pokładzie ludziach. Wiedziała, że właśnie przeżywają swoje ostatnie chwile. Poczuła żal, to krótkie ukłucie, jakie zawsze pojawiało się tuż przed tym, zanim odebrała komuś życie.

Potem dało się słyszeć syknięcie, gdy Duże Bum Gilly zostało uwolnione z komory. Andi wiedziała, że śmiercionośna rakieta trafi w cel.

Patrzyła, jak najpierw uderza w eksploratora po lewej, a wybuch obejmuje oba statki. Sama eksplozja to prawdziwe dzieło sztuki. Dwie jednostki i jeden pocisk, kawałki metalu, fragmenty ciał i krew. Jatka zaplamiła niebo.

Maruder zastękał, gdy siła rażenia zepchnęła go z kursu, jakby umierające statki złapały go w swoje skrwawione łapska i pchnęły.

Potem zapadła dziwna, nieruchoma cisza. Nawet piosenka przestała lecieć z głośników.

– Eksploratory zostały zestrzelone – oznajmiła Breck. – Dobra robota, Gil.

Andi wypuściła wstrzymywane powietrze, przestała wpijać palce w podłokietniki. Jednak to jeszcze nie był koniec. Zerknęła na Lirę.

– Zabierz nas na środek pasa. Ku większym asteroidom.

Lira szybko załapała.

– Możemy ich tam zgubić i wylecieć bokiem, a potem ukryć się gdzieś na Solerze.

– Jak paliwo?

Lira wypluła kawałek prymki do swojego kubka.

– Kiepsko. Ale damy radę. Właśnie straciliśmy sporo ciężaru w postaci amunicji.

Andi poczuła zbliżające się zwycięstwo jak gwiazdę eksplodującą jej w piersi. Jednak uczucie triumfu słabło pod wpływem świadomości tego, co właśnie zrobiła. Ile żyć dzisiaj ukradła? Ile rodzin na Arcardiusie będzie przez najbliższe tygodnie ubierać się w żałobne szarości?

Poluźniła uprząż, pozwalając sobie na swobodniejszy oddech, i właśnie ułożyła wygodnie głowę na oparciu, kiedy Lira zaklęła.

W komie rozległy się krzyki Breck i Gilly; gdzieś na dnie czarnej duszy Andi poczuła, że coś musiała przegapić.

– Jest ich więcej – odezwała się Lira zadyszanym głosem. – Andi, oni są wszędzie. To niemożliwe. Skąd się wzięli?

Serce Andi podjechało jej aż do gardła, gdy znowu rozległy się ogłuszające syreny alarmu.

– Zawróć, Lira! Wynośmy się stąd, do cholery!

– Nie mogę! – odkrzyknęła pilotka. – Wciąż mamy za sobą tropiciela.

Wściekle wpisywała kody, jej palce fruwały po ekranie. Potem wrzasnęła, gdy holo zaiskrzyło, a panel sterowania dziwnie zasyczał. Statek zdawał się jakby głęboko, burcząco wzdychać.

A potem nastąpiła ciemność.

Jedynym źródłem światła były łuski Liry, emanujące niebiesko-fioletowym blaskiem.

Na Gwiazdy Losu.

Tylko nie to.

Uderzył w nich impuls elektromagnetyczny. Andi patrzyła, jak Lira próbuje przywrócić zasilanie za pomocą systemu rezerwowego, ale bez powodzenia.

Wszystko stało się nieruchome i ciche, jakby sam Maruder stracił życie.

– Wyłączyli nas – szepnęła Lira, rysy jej twarzy stężały. Z łusek unosił się dym, ale teraz nawet one przestały emitować światło. Jakby szok sparaliżował emocje pilotki. Głos jej się łamał, gdy próbowała przywrócić życie desce rozdzielczej, gdy próbowała zrestartować rezerwowe silniki. – Och, Andi. Wyłączyli wszystko.

Andi pokręciła głową.

– To niemożliwe. Mamy przecież tarcze, które przed tym bronią, nic nie mogło… Nikt nie wie, jak się przez nie przebić i zatrzymać ten statek! – Kapitan kazała zainstalować specjalne tarcze krótko po tym, jak przejęła Marudera. Miały powstrzymać impuls elektromagnetyczny i innego rodzaju ataki wycelowane w wewnętrzne systemy statku.

Niebieskie oczy Liry były jakby udręczone, palce zamarły na przepustnicy.

– Wiesz, kto mógł to zrobić, Andi.

Serce kapitan zmieniło się w lód.

To niemożliwe.

Przecież ten człowiek nie żyje, wyrzucony na dno jakiegoś mrocznego piekła, z którego nigdy nie powinien się wydostać.

To się nie działo. To się nie mogło dziać. Skoczyła na równe nogi, przełączając się na kanał całej załogi.

– Kapsuły ewakuacyjne. Teraz. Już.

Andi chwyciła swoje miecze, wiszące z tyłu kapitańskiego fotela, gdzie zostawiała je na czas lotu, i przypięła uprząż na plecach, zatrzaskując zamek.

Lira siedziała nieruchomo na swoim fotelu.

– Lira! Powiedziałam już!

Głos Liry okazał się równie martwy co Maruder.

– Nie możemy uciec, Andi. Wyłączenie statku oznacza wyłączenie kapsuł.

Nagle dało się słyszeć odgłosy kroków, ciężkich buciorów dudniących o metal. Breck i Gilly pojawiły się w progu.

– Co robimy? – zapytała Breck. – Pozabijają nas.

– Nie, jeśli zginą pierwsi – wysyczała Andi.

– Mogłybyśmy się ukryć – zasugerowała Breck.

– My się nie chowamy – rzuciła buńczucznie Lira.

Andi czuła się rozdarta. To była jej załoga, nawet jeśli pognębiona i poobijana; kryminalistki z różnych zakątków galaktyki, które tylko czekały, żeby je uratowała. Ale co właściwie mogła zdziałać na statku, który został wyłączony?

– Nie chcę znowu trafić w niewolę – szepnęła Gilly.

Nagle zniknęła mały krwiożerczy chochlik. W jej miejsce pojawiła się wystraszona dziewczyna. Rozpłakała się, wielkie łzy rozprysły się o metal u ich stóp. Breck padła na kolana i przyciągnęła Gilly do siebie, miażdżąc ją w ramionach.

Szeptała kojące słowa, lecz Andi ich nie słyszała. Nie słuchała.

Odwróciła się i spojrzała na widoczne na podglądzie statki. Było ich tak wiele – sądząc po sygnaturze, byli to Soleranie. A potem nagle, ze wszystkich stron rozległ się pomruk. Zdawał się wstrząsać szkieletem statku, grzechotać ścianami. Niski, ciemny dźwięk sprawił, że Lira puściła ster i podbiegła do Andi.

– Wciągają nas – szepnęła pilotka. – Jeśli masz jakiś plan, Andi, lepiej powiedz nam teraz.

Jednak nie było żadnego planu.

Po raz pierwszy odkąd zaczęła wieść życie piratki, ktoś ją pokonał.

To nie on, powtarzał wewnętrzny głos Andi. To nie może być on.

A jednak Maruder został trupem. Na mostku już robiło się zimno, a oddech Andi tworzył białe obłoczki przed jej twarzą.

Zrób coś, wrzeszczał jej głos w głowie. Wydostań nas stąd. Nie możesz zostać pojmana, Andi. Nie możesz tam wrócić.

Zalała ją fala strachu, lodowata, grożąc sparaliżowaniem jej dokładnie tak, jak sparaliżowany został statek.

Ale przecież jest Krwawą Baronową. Jest kapitan Marudera, najlepszego statku w całej Mirabel, a do tego miała załogę, która tylko czeka na jej rozkazy.

Dlatego Andi uspokoiła nerwy, zepchnęła lęk do zakamarków umysłu. Odwróciła się, wyjęła miecze z pochwy i trzymała je wzdłuż boków.

– Wstańcie – powiedziała do Breck i Gilly.

Podniosły się, Gilly otarła łzy z drobnej twarzy, a Breck cały czas ściskała ramię młodszej koleżanki.

– Broń.

Dziewczyny stanęły obok siebie, Andi z jej mieczami, Gilly ze swoim pistoletem. Breck wyjęła swój krótki czarny bicz, po którym przeskakiwały błyski. Lira stała z zaciśniętymi pięściami i mogłaby wydawać się bezbronna tym, którzy nie wiedzieli, że jej ciało potrafiło poruszać się zwinnie jak drapieżnik na polowaniu. Jej łuski błyszczały, gdy patrzyła groźnie na wejście na mostek.

Czekały, a na nogach utrzymywała ich jedynie determinacja. Pokład niżej otworzyło się główne wejście Marudera.

Andi usłyszała echo ciężkich kroków. Ktoś poruszał się wąskimi korytarzami, wchodził na schody. Wśród nich dało się słyszeć cichy męski głos wyszeptujący rozkazy.

Andi zobaczyła głowę pierwszego człowieka, gdy wyszedł za róg. Pozostali maszerowali tuż za nim, żołnierze szybko wypełnili korytarz prowadzący na mostek, a wszyscy ubrani byli w arkardiańskie uniformy z białymi odznakami o trzech trójkątach, noszonymi przez członków Patrolu Mirabel. Przy brzuchach trzymali srebrzyste karabiny, na ich twarzach malowały się pełne satysfakcji uśmiechy.

Kapitan aż za dobrze znała te karabiny i wystrzeliwane przez nie małe elektryczne kule. Jedna taka kula wystarczała, by sparaliżować ofiarę, czyniąc ją bezbronną wobec siły członków Patrolu.

– Witajcie, chłopcy – powiedziała Andi.

Bez względu na pochodzenie tych ludzi, jeśli nie ustąpią, ich odznaki splamią się krwią. Musiała wybierać między swoją załogą a swoją przeszłością. W takim wypadku – choćby jej dusza miała zostać przeklęta – zawsze wybierze swoją załogę.

– Możemy to załatwić szybko albo boleśnie – oznajmił żołnierz z przodu, głosem spokojnym i chłodnym, jakby zamierzał rozpocząć przyjemną konwersację.

– Ach – zaśmiała się Andi. – Widzisz, wtargnęliście na mój statek. Nie przyjmuję takiej potwarzy zbyt lekko.

Wtedy jej uwagę odwrócił odgłos ciężkich butów dudniących o metal. Członkowie Patrolu zrobili przejście swojemu dowódcy.

Oto człowiek, który ją pokonał.

Oto człowiek, którego będzie musiała dzisiaj zabić.

Gdy się zbliżał, Andi poczuła, jak na widok jego ciała – wysokiego, umięśnionego i doskonale przystosowanego do walki – ściska ją w piersi.

To on, powiedział piskliwy, wystraszony głos w jej głowie.

Potem, jakby potwierdzając jej podejrzenia, mężczyzna wyszedł z ciemności, niczym demon wydostający się z piekła.

Najczystszy szok wezbrał w żyłach Andi. Potem przetopił się we wściekłość.

– To ty – warknęła.

– To ja – odparł Dex, wzruszając ramionami.

– Przecież miałeś nie żyć – szepnęła. – Zostawiłam cię…

– Zostawiłaś mnie na pewną śmierć? – Dex uniósł brew.

Pamiętała każdy fragment wytatuowanej na biało konstelacji, która wiły się po jego brązowej skórze; pamiętała dotyk jego silnych rąk na swoim ciele. Ta pamięć o nim, ten ból rozbił jej serce na kawałki. Wszystko to razem przeobraziło się we wrzący gniew, gdy patrzyła na niego, żywego i wolnego na jej statku.

Miecze Andi zaskwierczały, fioletowe błyski przepełzły po ostrzach. Pozostałe Maruderki obok niej spięły się i przygotowały do walki.

– Zabiję cię – wyszeptała kapitan.

– Możesz spróbować – odparł Dex, wzruszając ramionami, a jego niegdyś urzekające oczy teraz iskrzyły się od śmiechu. – Oboje jednak wiemy, jak to się skończy.

Wrzasnęła i przypuściła atak, nie przejmując się, że drogę blokuje jej dwudziestu, a może i stu uzbrojonych arkardiańskich żołnierzy.

Zamierzała utopić Dexa Areza w jego własnej krwi.

ROZDZIAŁ 6

DEX

Nie takiego spotkania po latach oczekiwał.

Nie wyobrażał sobie wprawdzie, że Androma rzuci mu się na szyję i będą całować się z namiętnością kochanków, którzy nie widzieli się od wieków. Ich ostatnie chwile razem niekoniecznie dobrze się skończyły, cały ten moment z Andi odlatującą w przestworza, gdy on leżał zakrwawiony na księżycowym pustkowiu, nie był raczej typową sceną z romantycznej historii.

Z drugiej strony, w końcu sprzedał ją Patrolowi za jej zbrodnie, wiedząc, że zaraz po powrocie na rodzimą planetę zostanie skazana na śmierć.

Miłość jest fajna i w ogóle, ale to pieniądze stanowią prawdziwy klucz do serca Dexa.

A jednak powinien nienawidzić Andromę za to, co mu zrobiła, powinien pragnąć jej śmierci.

Lecz gdy tak spojrzał na nią, opanowaną przez wściekłość i bunt, z gładkimi metalowymi implantami na kościach policzkowych, w których odbijało się światło pełgające po ostrzach mieczy…

Na boskie gwiazdy, była wspaniała; oto stworzenie, które uwolniło swój gniew na cały świat. Warto poświęcić każdą kroplę krwi, jaka zostanie tu przelana, żeby zostać tym, który wreszcie doprowadzi ją przed oblicze generała.

Jednak gdy jej ostrza skwierczały w aż nazbyt cichym pomieszczeniu, a wokół nich spiralnie wiły się fale elektryczności, Dex zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem nie popełnił błędu. Nie widział jej od lat, lecz słyszał plotki. Wcześniej nie miał pewności, czy potrafi posługiwać się tymi mieczami z gracją i chwałą, po której zostawała krew i pocięte kości.

Ale teraz, gdy Androma wychrypiała swoje „zabiję cię”, a od jej słów Dex poczuł ukłucie żalu w sercu, już wiedział.

Przepadła dziewczyna, którą niegdyś znał, to trzęsące się stworzenie, znalezione całe poobijane na targowisku na Uulvece.

Na jej miejscu stała teraz wojowniczka, którą wyszkolił, zahartował i zmienił w coś piekielnie smakowitego.

Dex sięgnął po broń, gdy Krwawa Baronowa przypuściła atak.

Świat jakby zwolnił, lecz Andi poruszała się z prędkością światła.

Przebiła się przez pierwszą falę Patrolu, zanim ci zdążyli zamrugać, tnąc swymi mieczami, od których odpadały dymiące kończyny, a ich właściciele darli się wniebogłosy, znalazłszy się w szponach tak dobrze znanej ofiarom Krwawej Baronowej agonii.

Jej białe włosy uciekły z warkocza, zafarbowane na fioletowo pasemka tworzyły tylko rozmazaną plamę, gdy Androma skakała i wirowała. Wbijała swoje bransolety z varillium w twarze, wzbijając w powietrze rozpryski krwi, i wyprowadzała ciosy nogami, rzucając przeciwników na podłogę na podobieństwo spadających gwiazd.

Członkowie Patrolu wreszcie odzyskali zmysły i podnieśli karabiny, szykując się do strzału.

Niestety wybrali bardzo niefortunną broń. Gdy tylko wypuścili swoje pociski, dziewczyny skryły się za potężną sylwetką Breck. Kule odbiły się od jej skóry i upadły, spłaszczone, na podłogę.

Wszystko dzięki nowovedańskiej krwi, która czyniła ją kuloodporną.

– Będziecie musieli się bardziej postarać, panowie – oznajmiła Breck, opierając ręce na biodrach i chroniąc swoją załogę. – No co? Nigdy nie strzelaliście do Nowovedanki?

– Pojmać je! – krzyknął Dex. – Andromę zostawcie mnie.

Jego słowa rozbudziły gniew w sercu kapitan.

Zagroził jej załodze. Zapłaci za to życiem własnym i swoich ludzi.

– Naprzód! – zawołała Andi.

Breck ruszyła, a dziewczyny podążyły za nią. Kule w dalszym ciągu odbijały się od jej piersi, nie czyniąc żadnych szkód.

Obok ramienia Andi przemknęła duża biała kula światła. Wroga odrzuciło do tyłu, był już trupem, zanim uderzył w ościeżnicę.

– No, to się nazywa dobry strzał – pochwaliła się Gilly, chichocząc i pokazując swój pistolet o dwóch spustach. Jeden z nich zabijał, drugi rozbrajał. Zdmuchnęła dym ulatujący z lufy i uśmiechnęła się szeroko, chowając się za plecami Breck.

– Chcę, by podłoga spłynęła ich krwią! – wrzasnęła Andi do swojej załogi, przekrzykując chaos.

Przepadły jej uczucia, przepadło serce.

Maska Baronowej wsunęła się na swoje miejsce.

Maruderki atakowały bezładnie zza pleców Breck, a członkowie Patrolu padali jak muchy. Andi cięła ostrzami z wściekłością, którą zachowywała w zakamarkach umysłu właśnie na takie chwile. Lata tańca i treningów w Akademii sprawiły, że jej ciało poruszało się teraz z morderczą gracją.

Jeden z mężczyzn zamachnął się bronią na głowę Breck.

– Brać go! – zawyła Andi.

Gilly wystrzeliła w niego ze swojej broni.

Za nimi Lira zrobiła przewrót, wykręciła ciało. Poruszała się tak szybko, że widać było tylko niewyraźną plamę pokrytej łuskami skóry i czarnego kombinezonu. Jej pięści łamały szczęki, nogi miażdżyły gardła. Maruderki cały czas parły do przodu, zostawiając za sobą jęczących z bólu przeciwników, których zaraz uciszał pistolet Gilly i bicz Breck. Walka przeniosła się na korytarz.

Wciąż jednak Patrol trwał na swojej pozycji.

– Nikogo nie oszczędzać – rozkazała kapitan, przecinając nadgarstek jednego z Patrolowców. Breck złapała jego broń, zanim ta spadła na podłogę. Wystrzeliła. Srebrzysta krew trysnęła na metalową ścianę. – Ale pamiętajcie, że Dex jest mój.

Stał z tyłu, za plecami kolejnej fali walczących, gapiąc się na Andi, gdy ta wyszła zza ochronnej bariery w postaci Breck.

Jeden z Patrolowców strzelił.

Kapitan podniosła ręce. Kula wycelowana w gardło uderzyła w jej bransoletę z varillium.

– Bierzcie go – powiedziała Andi, gdy pocisk odbił się i wylądował na podłodze.

Nagle u jej boku pojawiła się Breck i z głośnym trzaskiem ukręciła mężczyźnie głowę. Prawdziwa muzyka dla uszu Andi.

Teraz między nią a jej największym wrogiem znajdowało się tylko trzech Patrolowców.

Stali gotowi do strzału, tworząc mur przed Dexem.

Wciąż widziała jego cień przy metalowej ścianie dalszej części korytarza, gdzie stał tak spokojny i wyluzowany, że Andi miała ochotę wydrapać mu oczy.

– Co jest, Dex? Nie chcesz wyjść i się ze mną pobawić? – zapytała, mrucząc groźnie.

Dex zaśmiał się pod nosem, jego mahoniowe włosy opadały na brązowe oko, gdy podszedł, by popatrzeć jej w oczy.

– Zawsze lubiłaś teatrzyk, Andromo. Moja mała zgorzkniała balerina.

– Nie jestem i nigdy nie będę twoja.

– To się jeszcze okaże.

– Tych trzech może żyć – powiedziała, pokazując na ostatnich Patrolowców. – To z tobą chcę walczyć, Dextro.

Zobaczyła, jak marszczy brwi, słysząc swoje pełne imię. Zdecydowanie nie należało do takich, które kojarzyłyby się z Tenebryjskim Strażnikiem, a już na pewno nie z najsłynniejszym łowcą nagród w Mirabel.

– Czyżbyś właśnie okazywała litość? – Dex uśmiechnął się i ruszył do tyłu, zatrzymując się przy lśniącej drabinie, która prowadziła na niższy pokład. Zacisnął palce na barierce, jego but zawisł nad dziurą w podłodze. – Nie spodziewałbym się tego po Krwawej Baronowej.

– Nie udawaj, że mnie znasz – odparowała Andi. – Chociaż faktycznie wdarli się na mój statek, a do tego najwyraźniej zamierzają w dalszym ciągu cię bronić…

Zaskwierczały miecze i Andi skoczyła do przodu, by ściąć trzy głowy za jednym zamachem, jakby nożyczkami. Trzy ciała najpierw zapadły się, a potem wylądowały u stóp kapitan. Znajomy zapach przypalonego ciała powędrował jej do nosa. A wraz z nim pojawiło się ukłucie żalu, które zakopała głęboko.

Dex zamrugał, poza tym nie reagując w żaden widoczny sposób, a w Andi od tej nonszalancji zagotowała się krew.

– Byli beznadziejni – oznajmił.

A potem ześlizgnął się z drabiny. Andi schowała jeden z mieczy i rzuciła się w pogoń, nie stawiając nawet stóp na szczeblach. Wylądowała z cichym łupnięciem, a potem odwróciła się w stronę długiego korytarza.

– Andi, Andi – powiedział Dex. – Taka przewidywalna.

Zamarła.

Twoja ucieczka dobiegła końca, syknął diabełek w jej głowie.

Przed nią stała gromada arcardiańskich strażników, z lufami pistoletów wycelowanych w jej stronę. Na samym przodzie znajdował się Dex i uśmiechał się do niej zadowolony z siebie.

Już drugi raz tego dnia wpadła w pułapkę.

Dex poklepałby się po ramieniu, gdyby nie otaczało go tylu Patrolowców.

– Jesteś gotowa rozmawiać, czy może chcesz zabić jeszcze kilku moich ludzi? – zapytał, wiedząc, że Andi nie ma innego wyboru, jak go posłuchać. Przeciwnik miał znaczącą przewagę liczebną i była bez szans, bez względu na to, jak dobrze posługiwała się mieczami. Zanim zdąży zrobić choć krok, poleci w jej stronę setka paraliżujących pocisków.

Spojrzenie, jakim go wtedy obdarzyła, każdego innego przyprawiłoby o gęsią skórkę, lecz Dex tylko patrzył prosto w jej jasnoszare oczy, nie bojąc się odpowiedzieć na wyzwanie.

Andi nie powiedziała nic. Zamiast tego schowała do pochwy drugi miecz i skrzyżowała ręce na czarnym stroju, a bijący od bransolet blask zwrócił uwagę Dexa. Sam za nie zapłacił; jego prezent wielokrotnie już uratował jej życie. Wykonane z varillium bransolety były niezniszczalne, podobnie jak miecze. Jednak nie stanowiły jedynie akcesorium. Przytrzymywały spalone ciało nadgarstków po wypadku, jakiemu uległa w przeszłości. Bezpośrednio po kraksie nie mogła udać się do lekarza, więc jej skóra pozostała trwale uszkodzona.

Bez prezentu od Dexa nie udałoby się jej odzyskać pełnej sprawności nadgarstków i przedramion – prawdopodobnie nie miałaby nawet siły, żeby podnieść miecze, które tak polubiła.

Dex czuł chorą przyjemność na myśl, że dziewczyna wciąż miała te bransolety; przypominały mu, jaką dobroć jej okazał, gdy była słaba. To była ta jego część, od której Androma nie była w stanie się uwolnić.

Dex odwrócił się do ubranego na niebiesko strażnika stojącego najbliżej niej.

– Zabierz jej broń. – Krzepki mężczyzna z rogami wyglądał, jakby wolał raczej wyskoczyć przez śluzę. – Teraz – dodał ostrzej Dex i strażnik popędził wykonać rozkaz.

Andi splunęła mu w twarz, gdy wyciągnął ostrza z pochew oraz pistolet z kabury.

– Jeszcze tego pożałujesz – oznajmiła groźnie.

Popatrzył na nią oczami w czerwono-białe paski.

– Nie byłbym tego taki pewien.

Kapitan obróciła się i spojrzała na pozostałe Maruderki, które zebrały się na szczycie drabiny.

– Jeśli się ruszą, moi ludzie zaczną strzelać – oznajmił Dex i machnął ręką, a wtedy połowa Patrolowców wycelowała broń w stronę nieruchomej załogi Andi.

Pilotka z Adhiry, olbrzymka obok niej. A także czerwonowłose dziecko, patrzące groźnie na Dexa z całym lodowatym wyrachowaniem zaprawionej w boju zabójczyni.

Nie okazałby im litości, gdyby kontynuowały walkę, i wiedział, że Andi to wyczuła. Popatrzyła jeszcze raz na swoją załogę i powiedziała:

– Poddajemy się. Róbcie, co wam każe.

– Damy sobie radę, Andi, oni wcale nie… – zaczęła Lira.

– Wystarczy, Liro – warknęła kapitan. – To już koniec.

Zdawał sobie sprawę, jak bardzo niechętnie wymawiała te słowa.

Zaklaskał.

– Ach, właśnie na taką dramę czekałem. – Zadowolony, odwrócił się do dwóch strażników z odznakami na uniformach. Aby uzyskać status oficera w Arcardii trzeba nie lada się natrudzić, a jednak ci dwaj reagowali na każde skinienie Dexa. – Oficerze Hurley, pański oddział będzie pilnował załogi. Oficerze Fraser, proszę iść za mną i rozkazać swoim ludziom pilnować kapitan Racellę.

Ruszyli długim korytarzem. Błękitne światło bransoletek Andi odbijało się od metalowych ścian. Czterech strażników otaczało Andi jak cztery boki pudełka, a dwóch pozostałych szło na początku i końcu pochodu.