Zemsta i przebaczenie. Tom VI. Dolina spokoju - Joanna Jax - ebook + audiobook

Zemsta i przebaczenie. Tom VI. Dolina spokoju ebook i audiobook

Joanna Jax

4,8

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Bohaterowie próbują odpowiedzieć sobie na pytania, co jest w życiu najważniejsze i czym dla nich jest prawdziwe szczęście. Niektórym z nich przyjdzie zapłacić za to najwyższą cenę, a tkwiące w ludzkich duszach demony kolejny raz dadzą o sobie znać. Inni po wielu życiowych dramatach odnajdą spokój i swoje miejsce na ziemi. Dla kogo los okaże się łaskawy, a kogo nie oszczędzi? Jak wiele determinacji musi mieć w sobie człowiek, by poświęcić tak wiele dla miłości? Czym jest prawdziwa przyjaźń w egoistycznym, brutalnym świecie? Co zwycięży – zemsta czy przebaczenie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 466

Rok wydania: 2018

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 14 godz. 56 min

Rok wydania: 2018

Lektor: Elżbieta Kijowska

Oceny
4,8 (143 oceny)
121
19
3
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
MPochmurka

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna seria . Nie można się oderwać
10
EwaSos63

Nie oderwiesz się od lektury

przeczytane i serdecznie polecam🙂
10
Ewita63

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka, ciekawe losy bohaterów w kraju nękanym przez oprawców niemieckich i radzieckich. Dużo faktów historycznych. Uwielbiam tę serię.
10
Mlotki

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00
jaceksalek

Nie oderwiesz się od lektury

Czegoś tu mi brakuje, tylko nie wiem czego?
00

Popularność




 

Re­dak­cja

Anna Se­we­ryn

Pro­jekt okład­ki

Anna Slotorsz

Ilu­stra­cje na okład­ce

© spline_x / shutterstock.com | Stetiukha Kristina / shutterstock.com | 3/1/0/9/1390 / szukajwarchiwach.gov.pl

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład i ła­ma­nie

Da­mian Wa­la­sek

Opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

Wydanie I w tej edycji, Siemianowice Śląskie 2025

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3C

tel. 600 472 609

of­fi­ce@vi­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

© Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2016

Tekst © Jo­an­na Ja­kub­czak

ISBN 978-83-8293-337-6

Za­cho­waj spo­kój ser­ca i bądź cier­pli­wy, a nie trać rów­no­wa­gi w cza­sie utra­pie­nia!

Syr, 2,2

Uko­cha­ne­mu Ta­cie i Sio­strom Ewie i Do­ro­cie

1. Los Angeles, 1947

Oce­an wy­da­wał z sie­bie jed­no­staj­ny, ko­ją­cy szum. Han­ka Le­win przy­mknę­ła po­wie­ki i wsłu­chi­wa­ła się w ten dźwięk, jak­by chcia­ła, by uci­szył wszyst­ko inne, co ko­ła­ta­ło jej w gło­wie. Nad­ia ba­wi­ła się na pia­sku, kil­ka me­trów da­lej, a mały Grześ bło­go spał w wóz­ku sto­ją­cym obok niej.

– Ma­mu­siu, to dla cie­bie. – Usły­sza­ła ra­do­sny głos Nad­ii.

Otwo­rzy­ła oczy i po­pa­trzy­ła na małą dłoń dziew­czyn­ki. Le­ża­ła na niej nie­wiel­ka musz­la, któ­rą jej cór­ka zna­la­zła w cza­sie za­ba­wy nad brze­giem oce­anu.

– Dzię­ku­ję – od­po­wie­dzia­ła Han­ka, uśmie­cha­jąc się czu­le, i wzię­ła do ręki mu­szel­kę, a po­tem uca­ło­wa­ła cór­kę.

Nie mia­ła po­ję­cia, co by zro­bi­ła, gdy­by nie dzie­ci. A zwłasz­cza Nad­ia, któ­ra oka­za­ła się dla niej naj­więk­szym wspar­ciem. Jak­by dziew­czyn­ka do­sko­na­le ro­zu­mia­ła, że świat Han­ki na­gle za­wa­lił się, i pró­bo­wa­ła wes­przeć swo­ją mat­kę w jego od­bu­do­wie.

Ostat­nie mie­sią­ce były dla Le­wi­nów­ny bar­dzo trud­ne, mimo że nie gło­do­wa­ła, nie mar­z­ła na kość, a jej ka­rie­ra roz­wi­ja­ła się re­we­la­cyj­nie. Na­wet fakt, że w isto­cie ame­ry­kań­ski im­pre­sa­rio oka­zał się krwio­pij­cą i dra­niem, nie zmie­nił tego, iż wciąż mo­gła o so­bie po­wie­dzieć – ko­bie­ta luk­su­so­wa. Za­pew­ne po­zo­sta­wio­ne przez Pio­tra pie­nią­dze da­wa­ły jej to po­czu­cie bar­dziej ani­że­li gaże za wy­stę­py na ame­ry­kań­skim to­ur­née, jed­nak ba­ta­lia, jaką mu­sia­ła o nie sto­czyć, spra­wi­ła, iż wciąż wy­da­wa­ło jej się, że nie za­słu­ży­ła na tę hoj­ność. Mia­ła tak­że świa­do­mość, iż wie­le jesz­cze przed nią, po­nie­waż za­rów­no Ste­fa­nia Nie­chow­ska, jak i To­masz za­pew­ne tak ła­two nie zło­żą bro­ni.

***

Nie chcia­ła wy­jeż­dżać do Ame­ry­ki, bo rana po stra­cie Pio­tra, nie tyl­ko męża, ale też je­dy­ne­go przy­ja­cie­la, ja­kie­go mia­ła w An­glii, wciąż była świe­ża. Jed­nak dla Swan­so­na taki dro­biazg jak śmierć współ­mał­żon­ka, nie sta­no­wił prze­szko­dy, aby mo­gła wy­stę­po­wać. Pu­kał tłu­stym pal­cem w ko­lej­ne punk­ty umo­wy i plu­jąc ob­fi­cie, stra­szył Han­kę kon­se­kwen­cja­mi w po­sta­ci ko­lo­sal­nych od­szko­do­wań, a po­nie­waż Le­wi­nów­na nie mia­ła po­ję­cia, w jaki spo­sób za­koń­czy się po­stę­po­wa­nie spad­ko­we, po­sta­no­wi­ła nie ry­zy­ko­wać. Poza tym te­ścio­wa zgo­to­wa­ła jej pie­kło na zie­mi i wła­ści­wie gdy we­szła na trap ele­ganc­kie­go li­niow­ca, ode­tchnę­ła z ulgą, że przez ja­kiś czas nie bę­dzie mu­sia­ła wy­słu­chi­wać wy­rzu­tów, obelg i pre­ten­sji. Nie wie­dzieć cze­mu Ste­fa­nia ob­wi­nia­ła ją o śmierć Pio­tra, cho­ciaż w cza­sie, gdy zgi­nął, jego żona wraz z dzieć­mi prze­by­wa­ła w Gu­ild­ford, w jej ele­ganc­kim domu. O tym, że Han­ką tar­ga­ją wy­rzu­ty su­mie­nia, nie mo­gła wie­dzieć, po­nie­waż nie mia­ła po­ję­cia, iż jej po­ży­cie z Pio­trem da­le­kie było od ide­ału. Jed­nak to był dra­mat Han­ki, i tyl­ko jej. Nie mo­gła so­bie da­ro­wać, że była tak mar­ną żoną i nie po­tra­fi­ła po­ko­chać męża, ale to, że zgi­nął, nie sta­no­wi­ło w naj­mniej­szym stop­niu jej winy.

Po­grzeb Pio­tra wspo­mi­na­ła z prze­ra­że­niem. Nie tyl­ko dla­te­go, że mu­sia­ła po­że­gnać ko­lej­ną w swo­im ży­ciu oso­bę, któ­ra tak wie­le dla niej po­świę­ci­ła, ale z uwa­gi na za­cho­wa­nie po­zo­sta­łych człon­ków ro­dzi­ny Nie­chow­skich. I nie tyl­ko ich. Całe to­wa­rzy­stwo trak­to­wa­ło ją i jej dzie­ci kosz­mar­nie, bo te­raz nie było już ni­ko­go, kto mógł­by im tego za­bro­nić. Nikt nie pod­trzy­my­wał zroz­pa­czo­nej wdo­wy, gdy łka­ła nad gro­bem, bli­ska omdle­nia, i je­dy­nie Hen­riet­ta Ca­ven­dish zło­ży­ła jej kon­do­len­cje, ści­ga­na nie­na­wist­nym wzro­kiem po­zo­sta­łych ża­łob­ni­ków. Nikt nie usiadł koło Han­ki w ko­ście­le pod­czas na­bo­żeń­stwa ani w ka­pli­cy, gdzie sta­ła trum­na Pio­tra. Han­ka czu­ła się jak trę­do­wa­ta i na­wet Nad­ia zda­wa­ła się skon­ster­no­wa­na fak­tem, że ani bab­cia, ani jej oj­ciec nie ura­czy­li jej cho­ciaż­by po­wi­ta­niem.

Do swo­je­go prze­past­ne­go domu, któ­ry do nie­daw­na dzie­li­ła z Pio­trem, Le­wi­nów­na tak­że do­tar­ła sama, po czym prze­ka­zu­jąc dzie­ci pod opie­kę nia­ni, uda­ła się do sy­pial­ni, by dła­wić w so­bie ból po stra­cie męża. Tak jak­by do­pie­ro w mo­men­cie, gdy go na­praw­dę za­bra­kło, do­ce­ni­ła to, co dla niej zro­bił. Bez nie­go bo­wiem na pew­no nie by­ła­by w miej­scu, w ja­kim się obec­nie znaj­do­wa­ła, i mia­ła tego peł­ną świa­do­mość. Czu­ła się roz­bi­ta i kom­plet­nie bez­rad­na. Jak wów­czas, gdy wra­ca­jąc fur­man­ką do War­sza­wy, stra­ci­ła Ire­nę „Wa­riat­kę”. I tak samo, jak wte­dy, tak i w tym cza­sie to­wa­rzy­szy­ło jej ogrom­ne po­czu­cie osa­mot­nie­nia i stra­ty.

Ko­lej­ne dni wca­le nie były lep­sze, aż w koń­cu po­ja­wił się Swan­son i nie zwa­ża­jąc na stan Le­wi­nów­ny i ża­ło­bę po mężu, na­ka­zał jej „wziąć się w garść” i za­cząć się pa­ko­wać na ame­ry­kań­ską tra­sę kon­cer­to­wą, w prze­ciw­nym ra­zie bo­wiem uczy­ni ją ban­kru­tem.

Tak, Han­ka wie­dzia­ła, że od­kąd zgi­nął Piotr, prze­sta­ła pa­no­wać nad swo­im ży­ciem. Na­wet o ma­ją­tek po mężu nie mia­ła­by siły wal­czyć, gdy­by nie ja­sne wy­tycz­ne zo­sta­wio­ne przez star­sze­go z Nie­chow­skich u no­bli­we­go no­ta­riu­sza ro­dzi­ny. Jak­by prze­czu­wał, że w ra­zie ja­kie­goś nie­szczę­ścia Han­ka pod­da się i zo­sta­wi wszyst­kie spra­wy w rę­kach te­ścio­wej, któ­ra jej nie­na­wi­dzi­ła, oraz To­ma­sza – utra­cju­sza i ego­isty. Spra­wa, jaką jej wy­to­czy­li, z góry ska­za­na była na ich po­raż­kę i Le­wi­nów­na mia­ła wra­że­nie, że za­cią­gnę­li ją do sądu je­dy­nie po to, by jesz­cze bar­dziej po­gnę­bić.

Póź­niej tak­że wszyst­ko dzia­ło się pod czy­jeś dyk­tan­do, a mia­no­wi­cie im­pre­sa­ria Swan­so­na. Mimo że był szu­braw­cem, po­mógł jej upo­rać się ze wszel­ki­mi kwe­stia­mi zwią­za­ny­mi z po­zo­sta­wie­niem domu na wie­le mie­się­cy czy for­mal­no­ścia­mi pasz­por­to­wy­mi. Nie ro­bił tego, oczy­wi­ście, z do­bro­ci ser­ca. Nie­co za­ła­ma­ła go kom­plet­na nie­udol­ność Han­ki w tej ma­te­rii i je­śli chciał, by jej tra­sa kon­cer­to­wa do­szła w koń­cu do skut­ku, po pro­stu mu­siał za­jąć się pew­ny­mi spra­wa­mi.

Kil­ka dni przed wy­jaz­dem do Ame­ry­ki Le­wi­nów­nę od­wie­dzi­ła Hen­riet­ta Ca­ven­dish. Przy­szła, by spraw­dzić stan du­cha swo­jej nie­gdy­siej­szej ry­wal­ki. Piły kawę w sa­lo­ni­ku, gdy Han­ka, nie­co onie­śmie­lo­na wi­zy­tą by­łej na­rze­czo­nej Pio­tra, nie ba­cząc na kon­we­nan­se, za­py­ta­ła w koń­cu:

– Hen­riet­to, je­stem po­ru­szo­na two­ją tro­ską i życz­li­wo­ścią, któ­rej tak bar­dzo mi ostat­nio bra­ku­je, ale dla­cze­go to ro­bisz? Ty aku­rat masz naj­mniej po­wo­dów, by mnie lu­bić czy cho­ciaż­by sza­no­wać.

– Po pro­stu Piotr ko­chał cie­bie – mruk­nę­ła i wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, ucie­ka­jąc wzro­kiem w stro­nę fo­to­gra­fii w ram­kach, sto­ją­cych na nie­wiel­kiej ko­mo­dzie.

– Ale spo­ty­ka­li­ście się, mie­li­ście pla­ny, a ja po pro­stu we­szłam mię­dzy was… – po­wie­dzia­ła ci­cho Le­wi­nów­na.

– To Ste­fa­nia Nie­chow­ska i moi ro­dzi­ce mie­li pla­ny, a my im się po pro­stu pod­da­li­śmy, uzna­jąc, że to do­bry po­mysł. Piotr uda­wał, że jest we mnie za­ko­cha­ny, a ja uda­wa­łam, iż da­rzę go rów­nie sil­nym uczu­ciem. Oszu­ki­wa­li­śmy in­nych i sie­bie sa­mych… A może są­dzi­li­śmy, że to się uda? – Hen­riet­ta mach­nę­ła ręką i do­da­ła po chwi­li, wpra­wia­jąc w osłu­pie­nie Le­wi­nów­nę: – Wła­ści­wie to mam wo­bec cie­bie ogrom­ny dług wdzięcz­no­ści, bo gdy­by nie ty, moje ży­cie mo­gło­by po­to­czyć się zu­peł­nie ina­czej.

– Ty? Wo­bec mnie? – zdu­mia­ła się Han­ka.

Hen­riet­ta spu­ści­ła gło­wę i przez dłuż­szy czas mil­cza­ła. W koń­cu od­par­ła z wes­tchnie­niem:

– Je­steś wy­klę­ta w tym śro­do­wi­sku, a ja nie­dłu­go też po­dzie­lę twój los, więc będę po­trze­bo­wa­ła sprzy­mie­rzeń­ca.

– O tak, moja dro­ga, bez wzglę­du na wszyst­ko bę­dziesz mo­gła na mnie li­czyć, o ile moja przy­jaźń bę­dzie co­kol­wiek dla cie­bie zna­czyć. Czyż­byś mia­ła za­miar po­peł­nić me­za­lians? – za­py­ta­ła Han­ka.

– Gdy­byż to tyl­ko był me­za­lians… – bąk­nę­ła i do­da­ła od­waż­nie: – Po­wiem ci, bo ko­muś po pro­stu mu­szę, a ty je­steś ar­tyst­ką, z nie­jed­ne­go pie­ca chleb ja­dłaś. Nie czu­łam po­cią­gu do Pio­tra ani nie czu­ję go do żad­ne­go męż­czy­zny. Mam przy­ja­ciół­kę, ro­dzin­ka po­win­na się ucie­szyć, bo rów­nież nosi zna­ko­mi­te na­zwi­sko, ale pro­blem w tym, że mię­dzy nami… jest coś wię­cej. Ko­cha­my się i za­pew­ne nie­dłu­go wszyst­ko się wyda, bo mamy za­miar osiąść na sta­łe w Lon­dy­nie i ra­zem za­miesz­kać. A wów­czas nikt już nie bę­dzie miał wąt­pli­wo­ści co do tego, jak się mają spra­wy. Wiem tak­że, jak to się skoń­czy. Nie mam złu­dzeń, za to prze­czu­cie, że zo­sta­nę po­trak­to­wa­na tak jak ty. Dla­te­go tu­taj je­stem. Tro­chę z tro­ski, a tro­chę z cie­ka­wo­ści, jak so­bie z tym ra­dzisz.

Han­ka Le­wi­nów­na prę­dzej spo­dzie­wa­ła się usły­szeć o ro­man­sie Hen­riet­ty z ko­niu­szym albo lo­ka­jem ani­że­li z dru­gą ko­bie­tą, dla­te­go o mały włos nie wy­la­ła kawy, sły­sząc po­dob­ne re­we­la­cje. Da­le­ka była jed­nak od po­tę­pia­nia pan­ny Ca­ven­dish, cho­ciaż nie mia­ła po­ję­cia, jak to jest czuć po­żą­da­nie do in­nej ko­bie­ty.

– Moja sy­tu­acja jest nie­co inna. To­masz jest mi wła­ści­wie obo­jęt­ny i łą­czy nas je­dy­nie cór­ka, a Ste­fa­nii nie­na­wi­dzę rów­nie moc­no, co ona mnie. Moi ro­dzi­ce daw­no nie żyją, więc tak­że nie mam dy­le­ma­tów z nimi zwią­za­nych. Tym­cza­sem two­ja ro­dzi­na jest ci bli­ska, za­pew­ne pra­gną two­je­go szczę­ścia i może być ci cięż­ko, je­śli od­su­ną się od cie­bie – za­czę­ła ostroż­nie Han­ka.

Ocza­mi wy­obraź­ni już wi­dzia­ła na­głów­ki ga­zet i skan­dal, jaki wy­buch­nie wo­kół tak zna­nej i po­wa­ża­nej ro­dzi­ny. Sio­stra Hen­riet­ty chy­ba do­sta­nie apo­plek­sji, kie­dy się o tym do­wie, a zna­jąc jej cha­rak­te­rek, za­mie­ni ży­cie młod­szej pan­ny Ca­ven­dish w pie­kło.

– Moi ro­dzi­ce… Moja sio­stra… Je­ste­śmy ro­dzi­ną tyl­ko na po­kaz. Nie będę cię za­nu­dzać, ale wca­le nie je­ste­śmy tacy świę­ci. Byle tyl­ko pew­ne grzesz­ki nie wy­szły poza ob­ręb domu, moż­na jej po­peł­niać do woli. A ja mam już dość uda­wa­nia i ukry­wa­nia się z mo­imi uczu­cia­mi i za­pew­ne za­pła­cę za to wy­so­ką cenę. Na szczę­ście mam swo­ją Be­atri­ce i wie­rzę, że ona da mi szczę­ście – po­wie­dzia­ła Hen­riet­ta.

Han­ka wca­le nie była tego taka pew­na. W tym mo­men­cie za­pew­ne pan­na Ca­ven­dish była go­to­wa po­świę­cić swo­je luk­su­so­we ży­cie dla kil­ku chwil ro­man­tycz­nych unie­sień, ale co bę­dzie póź­niej?

***

Te­raz Han­ka, sie­dząc na cie­płym pia­sku ka­li­for­nij­skie­go wy­brze­ża i wsłu­chu­jąc się w szum oce­anu, po­my­śla­ła, że to Hen­riet­ta le­piej ro­zu­mia­ła ży­cie niż ona. Han­ka mia­ła wszyst­ko, co ma­te­rial­ne, ro­bi­ła to, co ko­cha­ła i jesz­cze jej za to pła­co­no, a jed­nak ta przej­mu­ją­ca pust­ka w ser­cu spra­wia­ła, że nie czu­ła się ani odro­bi­nę szczę­śli­wa. Bra­ko­wa­ło jej w ży­ciu tego naj­waż­niej­sze­go – mi­ło­ści. Po nie­mal trzech la­tach, od­kąd ucie­kła z ogar­nię­te­go woj­ną i bie­dą kra­ju, na­gle do­tar­ło do niej, że splen­dor i bo­gac­two są je­dy­nie złu­dze­niem szczę­ścia. Żeby cho­ciaż mia­ła przy boku Ali­cję, nie czu­ła­by się tak źle, ale Han­ka oprócz dzie­ci nie mia­ła już ni­ko­go. Igor od­szedł, Piotr i Ire­na nie żyli, a Ali­cja? Kto wie, co się z nią te­raz dzia­ło.

Zna­la­zła się w pięk­nym kra­ju, gdzie woj­na nie od­ci­snę­ła swo­je­go pięt­na, wy­stę­po­wa­ła w naj­lep­szych sa­lach kon­cer­to­wych i mia­ła pie­nią­dze, a jed­nak nie dało jej to tak bar­dzo wy­cze­ki­wa­ne­go speł­nie­nia.

Otwo­rzy­ła oczy i zer­k­nę­ła na zło­ty ze­ga­rek po­ły­sku­ją­cy na prze­gu­bie jej dło­ni. Do­cho­dzi­ła czter­na­sta. Jej kon­cert w Los An­ge­les miał się od­być do­pie­ro za ty­dzień, ale nie ozna­cza­ło to wca­le bło­gie­go le­ni­stwa. Swan­son za­pla­no­wał Le­wi­nów­nie te dni bar­dzo skru­pu­lat­nie. Na­gra­nia w ra­diu, wy­wia­dy dla pra­sy, wresz­cie raut z naj­więk­szy­mi gwiaz­da­mi Hol­ly­wo­od.

Tego dnia, oko­ło sie­dem­na­stej, w jej bun­ga­lo­wie, w ho­te­lu Be­ver­ly Hills, miał zja­wić się ja­kiś bar­dzo wpły­wo­wy dzien­ni­karz, by prze­pro­wa­dzić z nią ob­szer­ny wy­wiad. Swan­son pra­gnął, by uka­zał się jesz­cze przed jej wy­stę­pem, a ona mia­ła ucho­dzić za praw­dzi­wą gwiaz­dę, god­ną miej­sca w naj­mod­niej­szym ho­te­lu w oko­li­cy. Mod­nym i bar­dzo dro­gim, co spra­wia­ło, że ho­no­ra­rium za kon­cert, któ­ry mia­ła dać w Los An­ge­les, wła­ści­wie po­krył kosz­ty jej po­by­tu w tym mie­ście. Na­ma­wia­ła Swan­so­na na coś skrom­niej­sze­go i mniej po­pu­lar­ne­go, ale ten uznał, że wy­staw­ne ży­cie to część jej ima­ge’u. „Wszyst­ko na po­kaz” – my­śla­ła nie­kie­dy zło­śli­wie Han­ka. Miesz­ka­jąc jed­nak w Wiel­kiej Bry­ta­nii, zdą­ży­ła się już do tego przy­zwy­cza­ić. Łu­dzi­ła się, że w Ame­ry­ce jest ina­czej, bar­dziej swo­bod­nie, ale my­li­ła się. Tu­taj po­zo­ry i pry­wat­ne ży­cie wiel­kich gwiazd były rów­nie waż­ne, co ta­lent i osią­gnię­cia ar­ty­stycz­ne. Na­wet wy­wiad, ja­kie­go mia­ła udzie­lić, był sta­ran­nie wy­re­ży­se­ro­wa­ny przez Swan­so­na.

Le­wi­nów­na za­wo­ła­ła Nad­ię, zwi­nę­ła koc i pcha­jąc z tru­dem wó­zek, wol­no ru­szy­ła w stro­nę wyj­ścia z pla­ży. Naj­chęt­niej zo­sta­ła­by tam do wie­czo­ra, w swo­bod­nej su­kien­ce, bez ma­ki­ja­żu i z roz­czo­chra­ny­mi wło­sa­mi, ale wie­dzia­ła, że nie może so­bie na to po­zwo­lić i w cią­gu dwóch go­dzin musi prze­isto­czyć się w oso­bę, któ­rą ni­g­dy nie była. Je­dy­nie sce­na da­wa­ła jej po­czu­cie pew­no­ści sie­bie, ale wszyst­ko, co dzia­ło się poza nią, ten cały blichtr, za któ­rym nie­gdyś tak bar­dzo tę­sk­ni­ła, był jed­nym, wiel­kim fał­szem, któ­ry cie­szył ją znacz­nie mniej, niż to so­bie wy­obra­ża­ła. Kie­dyś są­dzi­ła ina­czej, zwłasz­cza gdy bie­do­wa­ła, ale naj­wy­raź­niej mu­sia­ła zna­leźć się w tym miej­scu, by zro­zu­mieć, że tę­sk­ni­ła za czymś, co było je­dy­nie ilu­zją szczę­ścia.

2. Kołyma, 1947

– Cie­szę się, że zno­wu tu­taj je­steś. Tę­sk­ni­łem… – po­wie­dział Stie­pan Ka­ga­now­ski.

Ali­cja sie­dzia­ła na krze­śle, wciąż opa­tu­lo­na chu­s­ta­mi i w spo­nie­wie­ra­nych rę­ka­wi­cach na dło­niach. Ka­ga­now­ski cho­dził wo­kół niej ze sple­cio­ny­mi z tyłu rę­ka­mi i do­pie­ro po kil­ku mi­nu­tach zdo­był się, by wy­po­wie­dzieć owo zda­nie. Nie miał po­ję­cia, że Ali­cja w tym mo­men­cie czu­ła je­dy­nie nie­na­wiść, ale po­sta­no­wi­ła zła­mać się i przyjść do nie­go, by bła­gać o moż­li­wość zo­ba­cze­nia cór­ki.

– Nie masz po­tom­stwa, Stie­pa­nie, więc nie ro­zu­miesz, co zna­czy mi­łość do dziec­ka… – wy­ją­ka­ła.

– Za­tem po to do mnie przy­szłaś? Żeby czy­nić mi wy­rzu­ty? – wes­tchnął. – A ja… ja zo­sta­wi­łem cię na kuch­ni, nie ode­sła­łem do lasu, tyl­ko po­zwo­li­łem, że­byś mia­ła tu­taj zno­śne ży­cie i nie skoń­czy­ła jak Dum­ko­wa.

Ali­cja przy­mknę­ła po­wie­ki na samo wspo­mnie­nie tego, co wy­da­rzy­ło się na po­ran­nym ape­lu. Jed­na z więź­nia­rek po pro­stu do­sta­ła obłę­du. Ro­ze­bra­ła się do naga i za­czę­ła ta­rzać się w śnie­gu, a po­tem ucie­ka­ła z ry­kiem zra­nio­ne­go zwie­rzę­cia przed straż­ni­ka­mi, by w koń­cu paść nie­ży­wa od kuli, któ­rą ura­czył ją je­den z nich. Ta ko­bie­ta po pro­stu nie wy­trzy­ma­ła i po­stra­da­ła zmy­sły. Kto wie, może te­raz była już szczę­śli­wa?

– To wiel­ce szla­chet­ny gest, Stie­pan, dla­te­go przy­szłam do cie­bie, by po­pro­sić o coś jesz­cze…

Ali­cja sta­ra­ła się być miła i grzecz­na, cho­ciaż wszyst­ko w niej drża­ło i mia­ła ocho­tę za­bić Ka­ga­now­skie­go za to, że ode­brał jej cór­kę. Na­wet je­śli kie­ro­wa­ły nim do­bre in­ten­cje, ona nie po­tra­fi­ła i nie chcia­ła zro­zu­mieć tego, cze­go się do­pu­ścił.

– To mów­cie, mów­cie… – Głos Ka­ga­now­skie­go zro­bił się lo­do­wa­ty i przy­brał służ­bo­wy ton.

– Chcia­ła­bym zo­ba­czyć Na­ta­lię – wy­du­ka­ła Ali­cja.

Ka­ga­now­ski od­wró­cił się gwał­tow­nie.

– Jak to so­bie wy­obra­ża­cie? – nie­mal ryk­nął.

– Mo­gła­bym za­cząć pra­cę w am­bu­la­to­rium i od­wo­zić dzie­ci do sie­ro­ciń­ca, za­miast Olgi Iwa­now­ny. A wte­dy mia­ła­bym moż­li­wość, by wi­dy­wać swo­ją cór­kę – po­wie­dzia­ła har­do.

Stie­pan Ka­ga­now­ski w koń­cu prze­stał krą­żyć wo­kół krze­sła Ali­cji i usiadł za biur­kiem. Pod­pa­lił pa­pie­ro­sa, za­cią­gnął się dy­mem i po­pa­trzył na Ali­cję.

– Na­wet nie wiesz, co chcesz so­bie zro­bić – po­wie­dział ci­cho. – Od­wo­zi­my dzie­ci raz na kil­ka mie­się­cy, od­da­je­my je tam­tej­szym opie­ku­nom i sa­mo­chód wra­ca do zony. Bę­dziesz ją wi­dzia­ła za­le­d­wie przez kil­ka mi­nut… To nie­do­rzecz­ne.

– Pro­szę… – jęk­nę­ła.

– Ja też pro­si­łem! – ryk­nął po­now­nie. – Pro­si­łem, że­byś przy­szła i aby było tak jak kie­dyś. Ja! Ro­zu­miesz? Ja pro­si­łem… O kil­ka go­dzin, co mó­wię, na­wet mi­nut, ale by­łaś go­to­wa na­wet pójść do lasu i zdech­nąć z wy­cień­cze­nia, byle nie speł­nić mo­jej proś­by. Wo­la­łaś, żeby do­padł cię ja­kiś urka i zro­bił z cie­bie ko­chan­kę, niż mnie.

– Mia­łam do cie­bie żal… – Ali­cja po­now­nie sku­li­ła się w so­bie, sły­sząc krzyk Ka­ga­now­skie­go.

– I już nie masz? – za­py­tał zło­śli­wie.

– Mój żal nie ma dla mnie już żad­ne­go zna­cze­nia. Mu­szę ją zo­ba­czyć. – Za­łka­ła.

– Ale dla mnie ma – od­po­wie­dział sta­now­czo i do­dał: – Prze­my­ślę spra­wę, ale dzi­siej­szy wie­czór spę­dzisz ze mną. I na­stęp­ne też…

Po­tak­nę­ła gło­wą i prze­łknę­ła śli­nę. Nie mia­ła po­ję­cia, jak zdo­bę­dzie się na to, by oka­zy­wać czu­łość temu czło­wie­ko­wi. Nie wie­dzia­ła, w jaki spo­sób mo­gła­by przez to prze­brnąć. Je­dy­nie myśl, że być może nie­ba­wem zo­ba­czy cór­kę, do­da­wa­ła jej sił i po­zwa­la­ła po­go­dzić się z tą okrut­ną sy­tu­acją.

Ali­cja, od­kąd za­bra­no jej Na­tal­kę i od­rzu­co­no jej proś­bę o skró­ce­nie wy­ro­ku, żyła jak w kosz­ma­rze sen­nym. W do­dat­ku nie do­sta­wa­ła już pa­czek i li­stów od Ser­giu­sza. Czu­ła, jak­by zna­la­zła się kom­plet­nie sama w ja­kimś zło­wro­gim świe­cie i przy­cho­dzi­ły chwi­le, gdy my­śla­ła, że osza­le­je. Po­wstrzy­my­wa­ło ją je­dy­nie to, iż jej có­recz­ka może pew­ne­go dnia jej po­trze­bo­wać, i to po­wo­do­wa­ło, że złe my­śli od­fru­wa­ły, a ona od­da­wa­ła się in­ten­syw­nym roz­my­śla­niom, jak wy­rwać się z tego pie­kła.

Po kil­ku ty­go­dniach do­szła do smut­ne­go wnio­sku, że je­dy­nym czło­wie­kiem, któ­ry może ulżyć jej cier­pie­niom, jest znie­na­wi­dzo­ny ko­men­dant. Ko­lej­ne dni zbie­ra­ła się, by pójść do nie­go i bła­gać o po­moc. I za każ­dym ra­zem, gdy pod­cho­dzi­ła do jego po­ma­gie­ra, żeby zgło­sić chęć wi­dze­nia z Ka­ga­now­skim, nie­na­wiść do Stie­pa­na na­ka­zy­wa­ła jej od­wra­cać się na pię­cie i ucie­kać. Nie wie­dzia­ła, jak że­brać o li­tość u czło­wie­ka, któ­re­mu naj­chęt­niej wbi­ła­by nóż w tęt­ni­cę, tak jak zro­bi­ła to Swie­tła­nie. Zwy­cię­ży­ła jed­nak mi­łość do cór­ki i pew­ne­go po­ran­ka, po ape­lu, po­de­szła do za­usz­ni­ka i naj­wier­niej­sze­go słu­gi ko­men­dan­ta, by za­anon­so­wać się u naj­wyż­szej wła­dzy obo­zu. Cze­ka­ła na zgo­dę nie­mal trzy dni i wła­ści­wie już stra­ci­ła na­dzie­ję, że ze­chce z nią roz­ma­wiać, kie­dy w okien­ku do wy­da­wa­nia po­sił­ków uj­rza­ła roz­bie­ga­ne oczy po­moc­ni­ka Stie­pa­na. Z jed­nej stro­ny, ode­tchnę­ła z ulgą, sły­sząc, że ma po ko­la­cji zgło­sić się do ko­men­dan­ta, z dru­giej – mia­ła świa­do­mość, iż nie ma już od­wro­tu i bę­dzie mu­sia­ła zgo­dzić się na wszyst­ko, cze­go za­żą­da Ka­ga­now­ski.

Tak też się sta­ło. Wie­czo­rem, po spo­tka­niu, zja­wi­ła się u nie­go. Sta­nę­ła nie­pew­nie w pro­gu sa­lo­ni­ku i prze­ra­żo­na wpa­try­wa­ła się w spraw­cę swo­je­go nie­szczę­ścia. Ona, taka har­da, py­ska­ta i nie­złom­na, sta­ła po­tul­nie, cze­ka­jąc na to wszyst­ko, co wy­my­śli ko­men­dant.

Ka­ga­now­ski przy­go­to­wał się na ten wy­jąt­ko­wy wie­czór. Włą­czył gra­mo­fon, za­pa­lił noc­ną lamp­kę, a na sto­le po­sta­wił kie­lisz­ki, bu­tel­kę wód­ki i je­dze­nie, ja­kie­go nie ja­da­li więź­nio­wie. Po chwi­li pod­szedł do sza­fy i wy­cią­gnął z niej zie­lo­ną su­kien­kę z dzia­ni­ny. Po­dał Ali­cji i za­or­dy­no­wał:

– Na­grza­łem wody. Umyj się i prze­bierz.

Wzię­ła do ręki su­kien­kę i po­czu­ła pod pal­ca­mi de­li­kat­ny, mięk­ki ma­te­riał. Na­wet ta czer­wo­na su­kien­ka, w któ­rej wy­stę­po­wa­ła w obo­zo­wym te­atrzy­ku, nie była taka pięk­na i miła w do­ty­ku. Gdy­by nie pod­łość Stie­pa­na, mo­gła­by po­my­śleć, że po­dob­nie jak Mar­tin Gross, Ka­ga­now­ski za­pa­łał do niej go­rą­cym uczu­ciem, ale to, co uczy­nił z jej Na­tal­ką, wy­sy­ła­jąc ją do sie­ro­ciń­ca, roz­wie­wa­ło jej roz­wa­ża­nia. Dla niej mi­łość ozna­cza­ła zu­peł­nie coś in­ne­go. A Stie­pan chciał je­dy­nie, by była jego wła­sno­ścią i do­ga­dza­ła mu w spo­sób, w jaki ni­g­dy nie ro­bi­ła tego była żona.

Myła się po­wo­li i do­kład­nie, żeby na­cie­szyć się tą ba­nal­ną czyn­no­ścią, któ­ra w zo­nie sta­no­wi­ła luk­sus da­ro­wa­ny więź­niom raz na trzy ty­go­dnie. Na­stęp­nie wło­ży­ła su­kien­kę po­da­ro­wa­ną jej przez Stie­pa­na i po­my­śla­ła o sto­ją­cej w po­ko­ju wód­ce. Po­sta­no­wi­ła, że je­śli się zmo­rzy al­ko­ho­lem, ła­twiej jej bę­dzie prze­brnąć przez tę noc.

– Od ju­tra bę­dziesz pra­co­wa­ła w am­bu­la­to­rium. Olga Iwa­now­na i ten fryc pod­szko­lą cię tro­chę – po­wie­dział ugo­do­wo, wpa­tru­jąc się z za­chwy­tem w Ali­cję, któ­ra już w ni­czym nie przy­po­mi­na­ła oku­ta­nej w sta­re szma­ty więź­niar­ki.

– Dzię­ku­ję – wy­szep­ta­ła Ali­cja i po­pro­si­ła, by Stie­pan na­lał jej wód­ki.

Gdy to uczy­nił, wy­pi­ła ją dusz­kiem i po­pro­si­ła o na­stęp­ny kie­li­szek.

– Mu­sisz się upić, żeby pójść ze mną do łóż­ka? – za­py­tał groź­nie.

Po­krę­ci­ła prze­czą­co gło­wą i nie po­wie­dzia­ła już nic wię­cej. Jed­nak z nich dwoj­ga naj­wy­raź­niej to Ka­ga­now­ski bar­dziej po­trze­bo­wał al­ko­ho­lu niż ona, bo pił nie­mal bez prze­rwy i wkrót­ce był kom­plet­nie odu­rzo­ny.

– Po­wiedz, że mnie ko­chasz – wy­beł­ko­tał.

Uczy­ni­ła to, bo było jej już wszyst­ko jed­no. Uśmiech­nął się je­dy­nie, sły­sząc te sło­wa, a po­tem wstał z krze­sła i chwiej­nym kro­kiem pod­szedł do niej.

– Mogę za­tań­czyć z moją uro­czą żoną. – Ję­zyk mu się nie­co plą­tał.

Ali­cja wsta­ła zza sto­łu i za­czę­li wy­ko­ny­wać coś, co w żad­nym ra­zie nie było tań­cem. Ka­ga­now­ski ki­wał się bez­ład­nie, co­raz bar­dziej otu­ma­nio­ny al­ko­ho­lem, by na­stęp­nie paść na sto­ją­ce obok łóż­ko i burk­nąć, by po­zo­sta­ła z nim przez całą noc. Po­ło­ży­ła się obok nie­go i dzię­ko­wa­ła w du­chu opatrz­no­ści, że nie musi tym ra­zem ko­chać się ze Stie­pa­nem.

Mimo wy­pi­te­go al­ko­ho­lu, mięk­ko­ści łóż­ka i cie­pła, ja­kie pa­no­wa­ło w domu Ka­ga­now­skie­go, Ali­cja nie mo­gła za­snąć. Wsta­ła z łóż­ka i po­sta­no­wi­ła ro­ze­brać Stie­pa­na cho­ciaż z bu­tów i spodni. Po­my­śla­ła, że o po­ran­ku wmó­wi mu, iż prze­ży­li ra­zem upoj­ną noc. Mru­czał coś pod no­sem, gdy cią­gnę­ła go za no­gaw­ki, ale chwi­lę po­tem mla­snął je­dy­nie i Ali­cja usły­sza­ła jego gło­śne chra­pa­nie. Prze­wie­si­ła spodnie przez po­ręcz łóż­ka, gdy usły­sza­ła de­li­kat­ny brzęk wy­pa­da­ją­ce­go klu­cza. Od­na­la­zła go i już mia­ła scho­wać z po­wro­tem do kie­sze­ni spodni, gdy za­trzy­ma­ła się i za­czę­ła za­sta­na­wiać się, co ów klucz otwie­ra. Ści­snę­ła go w dło­ni i prze­szła do ga­bi­ne­tu. Nie zwa­ża­ła na­wet na to, że pod­ło­ga gło­śno skrzy­pia­ła pod jej sto­pa­mi, po­nie­waż Stie­pan spał jak za­bi­ty. Za­pa­li­ła lam­pę w biu­rze i przy­mie­rzy­ła klucz naj­pierw do szu­fla­dy biur­ka, a po­tem do so­lid­nej sza­fy. Pa­so­wał i wkrót­ce Ali­cja uj­rza­ła przed sobą nie­zli­czo­ną ilość pa­pie­ro­wych te­czek i se­gre­ga­to­rów po­usta­wia­nych w ko­lej­no­ści al­fa­be­tycz­nej. Nie mia­ła po­ję­cia, co spo­dzie­wa­ła się zna­leźć w sza­fie sto­ją­cej w ga­bi­ne­cie ko­men­dan­ta obo­zu i już mia­ła na po­wrót ją za­mknąć, ale nie­mal od­ru­cho­wo się­gnę­ła po se­gre­ga­tor z li­te­rą „R”. Za­czę­ła prze­rzu­cać wpię­te stro­ni­ce, gdy w koń­cu na­tra­fi­ła na swo­je na­zwi­sko. Nie wie­dzia­ła, co jest na­pi­sa­ne w znaj­du­ją­cych się tam do­ku­men­tach, ale roz­po­zna­ła, że po­cho­dzą one z mo­skiew­skie­go sądu. Wy­pię­ła plik pa­pie­rów, zwi­nę­ła je w ru­lon, owi­nę­ła ja­ki­miś dru­ka­mi le­żą­cy­mi na naj­wyż­szej pół­ce i po­sta­no­wi­ła, że po­ka­że je Ol­dze. Może było w nich coś, co da­ło­by jej na­dzie­ję na ko­lej­ne od­wo­ła­nie i wcze­śniej­sze wyj­ście. Za­mknę­ła po­śpiesz­nie sza­fę, do­ku­men­ty ukry­ła w kie­sze­ni swo­je­go pal­ta i wło­ży­ła klucz do spodni Ka­ga­now­skie­go. Po­tem ro­ze­bra­ła się i po­ło­ży­ła obok Stie­pa­na, któ­ry wciąż spał ka­mien­nym snem.

Obu­dził się do­pie­ro nad ra­nem i Ali­cja po­czu­ła jego dłoń błą­dzą­cą po jej cie­le. Po­my­śla­ła, że na­de­szło nie­unik­nio­ne, ale on je­dy­nie przy­tu­lił ją do sie­bie i szep­nął:

– Ko­cham cię. Zo­ba­czysz, bę­dzie­my tu­taj bar­dzo szczę­śli­wi.

3. Warszawa, 1947

Fra­nek „Dia­men­to­wa Rącz­ka” przy­glą­dał się po­dejrz­li­wie swo­je­mu kom­pa­no­wi. Sie­dzie­li w Café Fogg przy Mar­szał­kow­skiej i ra­czy­li się go­rą­cą kawą.

– Za kogo ty mnie masz, Fra­nek? – prych­nął Emil.

– Ja tam, Le­win, nic nie ga­dam, obaj mie­li­śmy tej ca­łej Bron­ki po dziur­ki w no­sie, ale że­bym miał się mo­krej ro­bo­ty imać, to niech mnie dun­der prę­dzej świ­śnie. Bron­ka mar­twa bar­dziej niż wu­jek Adolf i sama z sie­bie nie kojf­nę­ła. A mnie po mi­li­cjach cią­ga­ją i mu­szę uda­wać pła­czą­ce­go aman­ta. Więc kto ją za­ła­twił, je­śli nie ja i nie ty? – Fra­nek mó­wił ści­szo­nym gło­sem.

– A co ty się mnie py­tasz? – żach­nął się ko­lej­ny raz Le­win. – Dziw­ne in­te­re­sa ro­bi­ła, może ko­goś chcia­ła wy­ko­ło­wać i się nią za­ję­li?

– Bron­ka? Ona nie kan­to­wa­ła. Twar­da była, pa­nie, jak od­ci­ski drwa­la, ale nie ro­lo­wa­ła w in­te­re­sach… – mruk­nął Fra­nek i po­now­nie za­py­tał: – Ale pod chaj­rem ty mi ga­daj, żeś jej nie te­ges.

– Prze­stań, Fra­nek. – Emil mach­nął ręką. – Jesz­cze mi ży­cie miłe. Mam przy­tul­ne miesz­kan­ko, w koń­cu będę mógł spro­wa­dzić syna do sie­bie, po­sad­kę jak ta lala i tro­chę szma­lu z tego, co ty za­wi­niesz. Więc po co miał­bym ry­zy­ko­wać?

„Dia­men­to­wa Rącz­ka” za­my­ślił się. To, co mó­wił Le­win, brzmia­ło dość lo­gicz­nie, jed­nak śmierć Bron­ki była dla nie­go wstrzą­sem i nie mógł po­zbyć się wra­że­nia, że jego kom­pan miał z tym coś wspól­ne­go.

– Ty, Fra­nek, a może byś się do par­tii za­pi­sał? – za­gad­nął Le­win, żeby po­rzu­cić te­mat Bron­ki.

– Czyś ty się, Le­win, z głu­pim na ro­zu­my po­za­mie­niał? A na cho­le­rę mi to? – wark­nął zi­ry­to­wa­ny Fra­nek.

– Miesz­ka­nie sa­mo­dziel­ne szyb­ciej do­sta­niesz i ro­bo­tę ja­kąś aku­rat­ną, urzę­do­wą. Kart­ki na obia­dy w ko­mi­te­cie… – za­czął wy­li­czać Emil.

– Gdy­bym nie sie­dział w ta­kim ali­ganc­kim lo­ka­lu, pa­nie, to bym splu­nął. Ja tam z wła­dzą to wolę żyć na od­le­głość. A im da­lej mi od nich, tym le­piej – od­po­wie­dział sta­now­czo. – Zresz­tą two­je usto­sun­ko­wa­nie w zu­peł­no­ści mi wy­star­czy. A czy wła­dza lu­do­wa nie pa­trzy po­dej­rza­nie, żeś ty taki ga­lant?

– Do ro­bo­ty aż tak wy­szta­fi­ro­wa­ny nie łażę, co by mnie na ję­zy­ki nie wzię­li, ale umó­wi­łem się z taką jed­ną… – mruk­nął od nie­chce­nia Emil, żeby nie zdra­dzić się przed ko­le­gą, że owa ko­bie­ta nie jest dla nie­go tyl­ko zwy­kłą pod­ryw­ką.

Mag­da­le­na Wa­lew­ska, gdy po raz pierw­szy ją zo­ba­czył w swo­im miesz­ka­niu, zro­bi­ła na nim pio­ru­nu­ją­ce wręcz wra­że­nie. Nie my­ślał o żad­nych świń­stew­kach, jak to zwy­kle by­wa­ło, gdy za­wie­sił oko na ja­kiejś ele­gant­ce, ale pra­gnął, by go po­lu­bi­ła i mia­ła o nim do­bre zda­nie. Tak jak wie­le lat temu Ad­rian­na Da­le­szyń­ska. Tym­cza­sem nie miał żad­ne­go po­my­słu, jak to zro­bić. Pan­na Mag­da­le­na opie­ko­wa­ła się te­raz Szym­kiem i za­pew­ne my­śla­ła o Le­wi­nie nie­zbyt po­chleb­nie. W koń­cu za­cho­wał się jak drań, za­rów­no w sto­sun­ku do Szym­ka, jak i Ka­mi­la Gro­tow­skie­go. Na szczę­ście nie zna­ła ca­łej praw­dy i to da­wa­ło mu na­dzie­ję, że pew­ne­go dnia spoj­rzy na nie­go ła­ska­wym okiem. Ma­rze­nie, by nor­mal­na ko­bie­ta za­uro­czy­ła się nim, zna­jąc jego trud­ną prze­szłość, było nie­re­al­ne, dla­te­go wciąż mu­siał grać. Przed Szym­kiem tak­że, po­nie­waż nie mógł się po­go­dzić z fak­tem, że prze­stał być dla nie­go au­to­ry­te­tem. Nie ro­zu­miał tak­że do koń­ca roz­go­ry­cze­nia chło­pa­ka, uwa­żał bo­wiem, że nie do­pu­ścił się aż ta­kiej nie­go­dzi­wo­ści, by ten na­gle za­po­mniał o wszyst­kim, co dla nie­go zro­bił. A może Szym­ko­wi cho­dzi­ło o coś jesz­cze? Miał na­dzie­ję, że wkrót­ce się tego do­wie.

Po­że­gnał Fran­ka i ru­szył w kie­run­ku Mo­ko­to­wa, gdzie w jed­nej z oca­la­łych ka­mie­nic miesz­ka­ła pan­na Wa­lew­ska wraz ze swo­im no­wym pod­opiecz­nym. Od­wie­dzał ich od cza­su do cza­su i za każ­dym ra­zem, gdy zbli­żał się do miej­sca ich za­miesz­ka­nia, czuł w ustach su­chość, drża­ły mu nogi, a ręce sta­wa­ły się mo­kre od potu. Wy­cie­rał je przed drzwia­mi chu­s­tecz­ką, by nie od­strę­czyć pięk­nej Mag­da­le­ny śli­skim do­ty­kiem, gdy bę­dzie się z nią wi­tał. Tym ra­zem tak­że sy­tu­acja była po­dob­na i za­nim na­ci­snął dzwo­nek przy drzwiach wej­ścio­wych, wy­tarł dło­nie i wziął kil­ka głę­bo­kich od­de­chów.

Mag­da­le­na Wa­lew­ska jak zwy­kle przy­wi­ta­ła go życz­li­wym uśmie­chem i za­pro­si­ła do po­ko­ju, któ­ry zaj­mo­wa­ła wraz z Szym­kiem. Prze­gro­dzi­ła go sza­fą, by chło­pak nie czuł się skrę­po­wa­ny jej obec­no­ścią, przez co jej część po­miesz­cze­nia zmniej­szy­ła się do wręcz mi­kro­sko­pij­nych roz­mia­rów. Oprócz tap­cza­nu, na któ­rym sy­pia­ła, stał tam tak­że stół i kre­dens, któ­re to me­ble sku­tecz­nie za­gra­ca­ły po­wierzch­nię.

– Szy­mek jest na czy­nie spo­łecz­nym – po­wie­dzia­ła cie­pło Mag­da­le­na. – Je­śli jed­nak chce pan na nie­go po­cze­kać, za­pra­szam. Po­wi­nien nie­ba­wem wró­cić.

Emil, amant uwo­dzą­cy każ­dą nie­mal ko­bie­tę, za­wsze wy­szcze­ka­ny i pew­ny swo­je­go uro­ku, tym ra­zem zdo­łał je­dy­nie po­ki­wać gło­wą, po czym, mię­to­sząc w dło­ni ron­do ka­pe­lu­sza, wszedł do cia­sne­go po­miesz­cze­nia, w któ­rym re­zy­do­wa­ła Mag­da­le­na. Po­czuł ja­kiś przy­jem­ny za­pach, cho­ciaż nie były to per­fu­my, ra­czej le­d­wie uchwyt­na woń świe­żych kwia­tów. Chwi­lę po­tem spo­strzegł sto­ją­cy w wa­zo­nie bu­kie­cik kon­wa­lii. Od razu po­czuł za­zdrość, bo po­my­ślał, iż pięk­na Mag­da­le­na za­pew­ne do­sta­ła ów bu­kie­cik od ja­kie­goś wiel­bi­cie­la, może na­wet od tego sa­me­go, któ­ry nie­gdyś ob­da­ro­wy­wał kwia­ta­mi jego Ad­rian­nę.

– Za­sza­la­łam dzi­siaj i ku­pi­łam kon­wa­lie – po­wie­dzia­ła prze­pra­sza­ją­cym gło­sem pan­na Wa­lew­ska, jak­by chcia­ła uspra­wie­dli­wić swo­ją roz­rzut­ność w tak cięż­kich cza­sach, i do­da­ła: – Pój­dę do kuch­ni za­pa­rzyć her­ba­tę.

Le­win zdjął let­ni płaszcz, po­wie­sił na pro­wi­zo­rycz­nym wie­sza­ku przy­mo­co­wa­nym do sza­fy i usiadł za sto­łem. Do­tych­czas by­wał tyl­ko w czę­ści zaj­mo­wa­nej przez Szym­ka i je­dy­nie od cza­su do cza­su sły­szał od­gło­sy krzą­ta­ją­cej się za sza­fą Mag­da­le­ny. Ro­zej­rzał się do­oko­ła i uznał, że mimo cia­sno­ty wszyst­ko, na co spo­glą­dał, po­do­ba mu się. Może dla­te­go, że pięk­na pan­na Wa­lew­ska sy­pia­ła na tap­cza­nie, na któ­ry zer­kał ukrad­kiem, sie­dzia­ła przy tym sa­mym sto­le, przy któ­rym on te­raz, i do­ty­ka­ła swo­imi szczu­pły­mi dłoń­mi wszyst­kie­go, co znaj­do­wa­ło się w tym po­ko­ju.

„Czyż­bym się za­ko­chał?” – za­py­tał sie­bie w my­ślach, czu­jąc, jak bar­dzo jest bez­rad­ny wo­bec tkli­wo­ści, któ­ra go w tym mo­men­cie ogar­nia­ła.

Po kil­ku mi­nu­tach po­wró­ci­ła Mag­da­le­na, nio­sąc na drew­nia­nej tacy szklan­ki i dzba­nek pa­ru­ją­cej her­ba­ty. Po­sta­wi­ła ją na sto­le, wla­ła na­pa­ru i po­da­ła Le­wi­no­wi. Emil pa­trzył na jej sub­tel­ne ru­chy i miał ocho­tę chwy­cić ją w ra­mio­na. Wdy­chać jej za­pach, gła­skać po gład­ko upię­tych wło­sach i pa­trzyć na tę pięk­ną twarz, któ­ra wciąż ko­ja­rzy­ła mu się z wi­ze­run­ka­mi anio­łów.

– Szy­mek to bar­dzo mą­dry chło­piec. Je­śli bę­dzie się uczył, może zo­stać le­ka­rzem albo ad­wo­ka­tem – po­wie­dzia­ła Mag­da­le­na, aby po­wie­dzieć co­kol­wiek, bo nie bar­dzo wie­dzia­ła, o czym mo­gła­by roz­ma­wiać z Emi­lem Le­wi­nem.

– Tak, gdy­by nie woj­na… Ale Bóg mi świad­kiem, pan­no Mag­da­le­no, że sta­ra­łem się za­pew­nić mu wszyst­ko, co naj­lep­sze… – beł­ko­tał Le­win.

– Mó­wił mi. Że był pan dla nie­go bar­dzo ła­ska­wy. – Uśmiech­nę­ła się.

– Ale nie może mi da­ro­wać, że nie po­wie­dzia­łem mu praw­dy o Ad­rian­nie – wes­tchnął Le­win.

– Tak… Ale wie­rzę, że mu przej­dzie. W koń­cu zro­bił to pan, by go za­nad­to nie ra­nić, praw­da? Pro­szę więc mieć na­dzie­ję. Gdy bę­dzie star­szy, na pew­no zro­zu­mie, że cza­sa­mi trze­ba skła­mać, by ochro­nić bli­skie ser­cu oso­by. Do­brze nam się ra­zem miesz­ka, Szy­mek po­ma­ga mi w wie­lu spra­wach, a ja mu w na­uce, ale jest do pana bar­dzo przy­wią­za­ny i sły­szę nie­kie­dy zza sza­fy, że chli­pie w po­dusz­kę. Pew­nie ni­g­dy by się do tego nie przy­znał, więc nie py­tam, ale wiem, że to z tę­sk­no­ty za pa­nem – po­wie­dzia­ła ci­cho Mag­da­le­na.

„Boże, daw­no nikt nie mó­wił do mnie z ta­kim sza­cun­kiem” – po­my­ślał Le­win i po­słał w kie­run­ku Wa­lew­skiej wdzięcz­ny uśmiech.

– Ja tak­że za nim tę­sk­nię, ale praw­dę mó­wiąc, nie je­stem zbyt wy­kształ­co­ny i za­pew­ne nie był­bym w sta­nie prze­ka­zać mu tyle wie­dzy, ile pani – wy­du­kał.

– Cza­sa­mi wy­kształ­ce­nie nie­wie­le mówi o czło­wie­ku. Wy­ra­ża się pan bar­dzo pięk­nie, po­sia­da pan nie­na­gan­ne wręcz ma­nie­ry – od­po­wie­dzia­ła.

Emi­lo­wi ser­ce za­czę­ło wa­lić jak osza­la­łe. Tak, umiał za­cho­wy­wać się ele­ganc­ko i szar­manc­ko. Cza­sa­mi. Jed­nak miał świa­do­mość, że nie­kie­dy za­cho­wu­je się jak pro­stak. A może pły­ną­ca w nim krew Cheł­mic­kich jed­nak mia­ła zna­cze­nie i nie­kie­dy do­cho­dzi­ła do gło­su, ro­biąc z nie­go dżen­tel­me­na?

– Pan­no Mag­da­le­no…? – za­py­tał od­waż­nie Emil. – W mie­ście or­ga­ni­zo­wa­ne są po­tań­ców­ki, robi się co­raz cie­plej, nie mia­ła­by pani ocho­ty wy­brać się ze mną na jed­ną z nich?

Mag­da­le­na Wa­lew­ska za­ru­mie­ni­ła się, a po­tem po­pa­trzy­ła w okno. Le­win nie miał po­ję­cia, o czym my­śla­ła, ale jej twarz na­gle po­smut­nia­ła i był nie­mal pew­ny, że do­sta­nie ko­sza. Po chwi­li jed­nak pięk­na Mag­da­le­na zmru­ży­ła oczy, za­ci­snę­ła usta i po­wie­dzia­ła:

– Tak, pa­nie Emi­lu, chęt­nie wy­bio­rę się z pa­nem na po­tań­ców­kę…

Le­win był oszo­ło­mio­ny i szczę­śli­wy bez­gra­nicz­nie, że ktoś taki jak pan­na Wa­lew­ska ze­chciał się z nim umó­wić. Po­my­ślał, że być może los uli­to­wał się nad nim i za­miast cią­głe­go ta­pla­nia się w bru­dzie po­da­ro­wał mu moż­li­wość ob­co­wa­nia z taką do­sko­na­łą isto­tą. Po­sta­no­wił, że te­raz zro­bi wszyst­ko, by skoń­czyć z daw­nym ży­ciem i roz­po­cząć nowe. Ta­kie, dzię­ki któ­re­mu za­słu­ży na mi­łość tego ludz­kie­go anio­ła.

Tę ro­man­tycz­ną chwi­lę, na­sy­co­ną fru­wa­ją­cy­mi, nie­wi­dzial­ny­mi amo­ra­mi, prze­rwa­ło po­ja­wie­nie się Szym­ka. Wszedł do po­ko­ju, uści­snął jak zwy­kle Le­wi­na, po czym ro­ze­śmiał się.

– Pani kie­row­nicz­ka od­na­la­zła Zo­się… Jest w sie­ro­ciń­cu koło Byd­gosz­czy. Niem­cy wy­wieź­li ją po po­wsta­niu pod Szcze­cin, a po­tem ją prze­nie­sio­no. A przed­tem w szpi­ta­lu była…

– Pew­nie chciał­byś ją od­wie­dzić – stwier­dził Le­win. – Po­je­dzie­my ra­zem.

– Mogę sam je­chać, tyl­ko chciał­bym so­bie naj­pierw ja­kieś ga­lan­te ubra­nie spra­wić. – Szy­mek nie prze­sta­wał się uśmie­chać.

– No, jak chcesz, ale po­zwól, że odzie­nie to ja ci za­fun­du­ję. – Le­win pu­ścił do nie­go oko.

Szy­mek przez chwi­lę za­wa­hał się, ale po­tem po­my­ślał, że nie­po­trzeb­nie uno­si się ho­no­rem. Ubra­nie w koń­cu mógł przy­jąć, na­wet je­śli wciąż ży­wił ura­zę do pana Emi­la Le­wi­na.