Zemsta i przebaczenie. Tom I. Narodziny gniewu - Joanna Jax - ebook + audiobook

Zemsta i przebaczenie. Tom I. Narodziny gniewu ebook i audiobook

Joanna Jax

4,6

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

21 osób interesuje się tą książką

Opis

Julian Chełmicki i Emil Lewin są przyrodnimi braćmi, ale oprócz wspólnego ojca dzieli ich wszystko – pozycja społeczna, stopień zamożności, wyznawane wartości. Dzień, w którym dwaj młodzi chłopcy dowiadują się o swoim istnieniu, diametralnie zmienia ich życie, kładzie się cieniem na ich losie i wpływa na przyszłe pokolenia. Bracia muszą zmierzyć się z rzeczywistością, wzajemną niechęcią i trudną historią swojego kraju. Na drodze Juliana i Emila staną także miłość i namiętność. Czy uczucie pozwoli zapomnieć o zadrze w sercu i zemście, czy wyzwoli kolejne demony? Alicja Rosińska i Hanna Lewin to przyjaciółki, które pewnego dnia opuszczają prowincję, by szukać szczęścia w metropolii i realizować swoje marzenia. Wybuch II wojny światowej niweczy ich plany i wpływa na ich postrzeganie świata oraz to, co w życiu najważniejsze. To uniwersalna opowieść o poszukiwaniu szczęścia i cenie, jaką się płaci za popełnione błędy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 456

Rok wydania: 2016

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 15 godz. 10 min

Rok wydania: 2016

Lektor: Elżbieta Kijowska

Oceny
4,6 (659 ocen)
451
153
45
7
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Lemurek23

Nie oderwiesz się od lektury

Cykl 12 tomów przepiękna powieść w tle historia miłość przyjaźń
20
EwaLindner

Dobrze spędzony czas

Książka jest przeglądem przeróżnych charakterów ludzi którzy borykają się z biedą i wojną. Przez pryzmat ich osobowości można zobaczyć jak sobie radzą w tych trudnych czasach ze zwykłym życiem miłością i niedolą jaka ich niejednokrotnie dotyka.
10
Mlotki

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00
Serhio

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacyjna historia,polecm.
00
Ewka1957

Nie oderwiesz się od lektury

Dobra
00

Popularność




 

Re­dak­cja

Anna Se­we­ryn

Pro­jekt okład­ki

Anna Slotorsz

Ilu­stra­cja na okład­ce

© Sodel Vladyslav/shutterstock.com | DmitryKomarov/shutterstock.com

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład i ła­ma­nie

Da­mian Wa­la­sek

Opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

Wydanie I w tej edycji, Siemianowice Śląskie 2025

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-100 Siemianowice Śląskie, ul. Olimpijska 12

tel. 600 472 609

of­fi­ce@vi­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

© Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2016

Tekst © Jo­an­na Ja­kub­czak

ISBN 978-83-8293-332-1

Niech prze­to ten, komu się zda­je, że stoi, ba­czy, aby nie upadł.

1 Kor 10,12

Ewie i Do­ro­cie. Uko­cha­nym Sio­strom

1. Chełmice, 1915

Męż­czy­zna z tru­dem wstał z ni­skie­go zy­del­ka, pod­pie­ra­jąc się drew­nia­ny­mi ku­la­mi. Nie był w sta­nie dłu­żej znieść dźwię­ków do­cho­dzą­cych z są­sied­niej izby. Ze zło­ścią prze­su­nął nie­do­koń­czo­ny wi­kli­no­wy kosz, zdjął z gwoź­dzia czap­kę i po­kuś­ty­kał przed cha­łu­pę. Ro­zej­rzał się do­oko­ła i gło­śno wes­tchnął. Po chwi­li prze­łknął śli­nę, nie chcąc się roz­pła­kać. Po­sta­no­wił od­pę­dzić drę­czą­ce go my­śli, omia­ta­jąc wzro­kiem zde­ze­lo­wa­ną ła­wecz­kę, kury dzio­bią­ce ziar­na z wy­dep­ta­ne­go po­dwó­rza, ku­la­we­go kun­dla przy­wią­za­ne­go do łań­cu­cha i po­lną dro­gę, wzdłuż któ­rej ro­sły po­wy­krzy­wia­ne wierz­by.

Nie­ba­wem z ochron­ki mia­ła po­wró­cić jego ślicz­na có­recz­ka, Ha­nia. Była jesz­cze mała, ale męż­czy­zna był prze­ko­na­ny, że wy­ro­śnie na tak pięk­ną ko­bie­tę, jak jej mat­ka. Przy­po­mniał so­bie mo­ment, gdy zo­ba­czył po raz pierw­szy swo­ją żonę. Anna So­ba­la była rów­nie uro­dzi­wa, co dum­na. Cho­dzi­ła wy­pro­sto­wa­na, z wy­so­ko pod­nie­sio­ną gło­wą, ni­czym szlach­cian­ka, a nie cór­ka ubo­gich chło­pów. Gru­by, ja­sny war­kocz się­gał jej nie­mal pasa, a w nie­dzie­le i świę­ta za­mie­niał się w upię­tą wy­so­ko ko­ro­nę. On też był bied­ny, ale miał mu­sku­lar­ne cia­ło, siłę tura i znie­wa­la­ją­ce sza­re oczy. Wo­dzi­ły za nim wzro­kiem wszyst­kie mło­de dziew­czy­ny ze wsi, a na­wet damy miesz­ka­ją­ce w ma­jąt­ku Cheł­mi­ce. Za­pew­ne wła­śnie to sza­lo­ne po­wo­dze­nie i wy­gląd przy­po­mi­na­ją­cy rzeź­by he­ro­sów spra­wi­ły, że Anna So­ba­la po kil­ku­na­stu roz­mo­wach i kil­ku spo­tka­niach nad rze­ką zgo­dzi­ła się na ślub.

Ich skrom­ne, ale szczę­śli­we ży­cie prze­rwał wy­buch woj­ny. Męż­czy­zna opu­ścił go­spo­dar­stwo, swo­ją pięk­ną żonę, ma­lut­ką Ha­nię i wy­ru­szył wraz z in­ny­mi mło­dy­mi chło­pa­ka­mi na front, wal­czyć w Le­gio­nach. Ta cho­ler­na woj­na, peł­na tru­pów i ludz­kiej krwi, po­zba­wi­ła go nóg. Wy­je­chał zdro­wy i sil­ny, po­wró­cił jako ka­le­ka. Nie mógł pra­co­wać w polu i nie miał po co je­chać do Ame­ry­ki, by zdo­być ma­ją­tek. Skoń­czył jak star­cy w jego wsi – wy­pla­tał ko­sze, pa­lił naj­tań­szą ma­chor­kę i pa­trzył na po­gar­dli­wą minę swo­jej wciąż pięk­nej i po­nęt­nej mał­żon­ki.

–Masz syna, Le­win. Syn to bło­go­sła­wień­stwo. – W drzwiach cha­łu­py sta­nę­ła Har­mo­nio­wa, sta­ra, oty­ła ko­bie­ta, któ­ra od czter­dzie­stu lat po­ma­ga­ła przy­cho­dzić na świat dzie­ciom z Cheł­mic.

– Tak, syn to bło­go­sła­wień­stwo – bąk­nął Igna­cy Le­win i uśmiech­nął się smut­no.

– Coś się nie cie­szysz, Le­win? Jak Han­ka się uro­dzi­ła, to trzy dni go­rzał­kę pi­łeś i śmia­łeś się tak gło­śno, że cię we dwo­rze sły­chać było – przy­po­mnia­ła po­dejrz­li­wie aku­szer­ka.

Igna­cy zmie­szał się i mach­nął od nie­chce­nia ręką.

– Wi­dzisz, Har­mo­nio­wa, ka­le­ka je­stem, pra­co­wać nie mogę, a dzie­ci wy­kar­mić trze­ba.

– Ale do tej ro­bo­ty to siły zna­la­złeś. – Za­re­cho­ta­ła, uka­zu­jąc sczer­nia­łe zęby, po czym do­da­ła: – Od­kąd Anka do dwor­ku pra­co­wać po­szła, żyje wam się le­piej niż nie­jed­ne­mu chło­pu w Cheł­mi­cach. Nie mu­sisz my­śleć o żni­wach, gra­do­bi­ciach i jak prze­zi­mo­wać.

– To chłop po­wi­nien za­ra­biać na chleb, a baba w domu sie­dzieć i dzie­ci pil­no­wać. A Han­ka musi do ochron­ki cho­dzić, jak sie­ro­ta ja­kaś. Te­raz to na­wet Anka bez ro­bo­ty zo­sta­nie, bo kto się sy­nem zaj­mie?

– Cheł­mic­ki to po­rząd­ny czło­wiek, po­mógł wam, jak na woj­nie by­łeś. Sły­sza­łam, że Anka bę­dzie mo­gła z ma­łym do dwo­ru przy­cho­dzić i pia­stun­ka się nim zaj­mie. – Har­mo­nio­wa pró­bo­wa­ła po­cie­szyć Le­wi­na.

– Tak… To po­rząd­ny czło­wiek – wes­tchnął Igna­cy.

– Idź, Le­win, zo­bacz syna. Do­rod­ny dzie­ciak – mruk­nę­ła Har­mo­nio­wa i ru­szy­ła w stro­nę drew­nia­nej furt­ki za­gro­dy Le­wi­nów.

Igna­cy za­ci­snął zęby, po­cze­kał, aż Har­mo­nio­wa od­da­li się od domu, po czym, nie oglą­da­jąc się za sie­bie, po­kuś­ty­kał w stro­nę pól żyta.

Lu­bił kie­dyś spa­ce­ro­wać po po­lach, wdy­cha­jąc za­pach sia­na, przy­glą­da­jąc się ma­kom i cha­brom, do­ty­kać peł­nych i twar­dych kło­sów wy­peł­nio­nych ziar­nem. Wsłu­chi­wał się wów­czas w cy­ka­nie świersz­czy i szcze­biot pta­ków. A gdy nad­cho­dzi­ła zima i przy­kry­wa­ła wszyst­ko bia­łą pie­rzy­ną, lu­bił pa­trzyć na oszro­nio­ne ga­łę­zie i skrzą­ce się w słoń­cu płat­ki śnie­gu.

Od­kąd stra­cił nogi, już nie cho­dził zimą na spa­ce­ry, a i la­tem była to ra­czej mę­czą­ca wę­drów­ka przy­po­mi­na­ją­ca mu o jego nie­mo­cy. Tego dnia jed­nak pra­gnął uciec jak naj­da­lej od domu i za­po­mnieć o jego ist­nie­niu. Nie chciał my­śleć o ko­lej­nym dniu na­zna­czo­nym ża­lem do świa­ta i Boga, że za­bie­ra mu po ka­wał­ku wszyst­ko, ni­czym Hio­bo­wi, a roz­da­je tyl­ko wy­brań­com, sza­sta­jąc swo­ją szczo­dro­ścią ni­czym ce­sarz ob­da­ro­wu­ją­cy klej­no­ta­mi swo­je na­łoż­ni­ce. Kie­dy za­brał mu wszyst­ko, co ma­te­rial­ne i cie­le­sne, po­sta­no­wił za­brać mu te­raz god­ność, wy­peł­nia­jąc ser­ce go­ry­czą, a gło­wę py­ta­nia­mi i wąt­pli­wo­ścia­mi. Igna­cy za­sta­na­wiał się nad sen­sem swo­je­go ist­nie­nia i szu­kał w so­bie od­wa­gi, by skoń­czyć mar­ny ży­wot na tym świe­cie.

***

– Drze gębę, jak­by ją ze skó­ry ob­dzie­ra­no. Ka­wał cho­le­ry z niej wy­ro­śnie. A dla dzie­wu­chy to nie­do­brze. Ta­kie to po­tem su­fra­żyst­ka­mi zo­sta­ją i chło­pom usłu­gi­wać nie chcą – po­wie­dzia­ła bab­ka Ali­cja, przez wszyst­kich na­zy­wa­na Alut­ką.

– My­ślał­by kto, żeś mi usłu­gi­wa­ła – mruk­nął dzia­dek Bro­nek i skub­nął wąsa. – Tyl­ko się cie­bie głu­pie żar­ty trzy­ma­ły. Śmi­chy-chi­chy, krzyż pań­ski, babo, z tobą mam.

– Bo ja taka się uro­dzi­łam. Wi­dzia­ły gały, co bra­ły. Na szczę­ście Bóg wie­dział, że kiep­ska ze mnie żona i mat­ka, to dał cier­pli­we­go chło­pa i jed­ną, spo­koj­ną cór­kę. – Alut­ka ro­ze­śmia­ła się ru­basz­nie. – Ale po­wiedz, śliw­ki pierw­sza kla­sa – do­da­ła i się­gnę­ła do mi­ski po ko­lej­ną wę­gier­kę.

– Bóg cię za zło­dziej­stwo ska­rze, a i jesz­cze mun­du­ro­wi swo­je do­ło­żą – bąk­nął.

– A nie przej­muj się, sta­ry, nikt nie po­my­śli, że to bab­ka Ro­siń­ska na sza­ber po­szła.

– Może cię kto wi­dział? – za­tro­skał się dzia­dek i mimo zde­gu­sto­wa­nia nie­cnym czy­nem mał­żon­ki się­gnął po kra­dzio­ne owo­ce.

– A gdzie tam… Wszy­scy w sy­na­go­dze sie­dzie­li. Klam­kę koł­kiem pod­par­łam, pew­nie do tej pory wyjść nie mogą. A te owo­ce aż się pro­si­ły, żeby się nimi po­czę­sto­wać.

– Mamo, ukra­dłaś ze dwa­dzie­ścia kilo, to nie po­czę­stu­nek – ode­zwa­ła się cór­ka Alut­ki, Mi­cha­li­na, jed­no­cze­śnie ko­ły­sząc trzy­ma­ne na rę­kach dziec­ko.

– A czy ja ci wy­po­mi­nam, że dziec­ko uro­dzi­łaś bez chło­pa? Nie! To od­czep się od mo­ich śli­we­czek – mruk­nę­ła Alut­ka.

– Mar­twię się, że do kozy w koń­cu pój­dziesz – jęk­nę­ła Mi­cha­li­na.

– E tam. – Bab­ka mach­nę­ła ręką i do­da­ła: – Nie wiem, czy to do­brze, że mała imię po mnie do­sta­ła. Jak bę­dzie taką wa­riat­ką jak jej bab­ka, to osi­wie­jesz przed trzy­dziest­ką.

– Od­pu­kaj w nie­ma­lo­wa­ne i spluń trzy razy przez lewe ra­mię – za­śmia­ła się Mi­cha­li­na.

– Tyl­ko jak oplu­ję ojca, to nie sar­kaj­cie zno­wu – zu­peł­nie po­waż­nie po­wie­dzia­ła Alut­ka i splu­nę­ła za sie­bie.

– Tak, dru­ga Ali­cja Ro­siń­ska na tym świe­cie to pra­wie jak ka­ta­stro­fa Ti­ta­ni­ca – do­dał Bro­ni­sław z gło­śnym wes­tchnie­niem.

Okna nie­wiel­kie­go sa­lo­nu Ro­siń­skich w jed­no­pię­tro­wej ka­mie­ni­cy wy­cho­dzi­ły na błot­ni­stą dro­gę, po któ­rej z tru­dem po­ru­sza­ły się wozy i od cza­su do cza­su ja­kaś do­roż­ka. Uli­ca pro­wa­dzi­ła na targ, gdzie w każ­dy wto­rek i pią­tek zbie­ra­li się oko­licz­ni miesz­kań­cy chcą­cy coś ku­pić albo coś sprze­dać. Było to tak­że miej­sce wy­mia­ny wszel­kich in­for­ma­cji i plo­tek na te­mat miesz­kań­ców Cheł­mic i oka­la­ją­cych mia­stecz­ko wsi. Oczy­wi­ście, naj­wię­cej emo­cji bu­dzi­ła ro­dzi­na Cheł­mic­kich, bo­ga­tych zie­mian, któ­rych przod­ko­wie za­ło­ży­li w XVI wie­ku Cheł­mi­ce. Opo­wie­ści o tym ro­dzie, ich bo­gac­twie i ży­ciu oby­cza­jo­wym były ni­czym opa­sła po­wieść w od­cin­kach, cią­gną­ca się la­ta­mi, a ko­lej­ne czę­ści moż­na było usły­szeć z ust miesz­kań­ców w każ­dy wto­rek i pią­tek. Cheł­mic­cy wal­czy­li z tym, co ja­kiś czas wy­mie­nia­jąc nie­dy­skret­ną służ­bę, ale wszyst­ko na nic. Za­wsze zna­lazł się ktoś, kto coś szep­nął, coś na­po­mknął, a inni snu­li do­my­sły, do­ra­bia­jąc do za­sły­sza­nych in­for­ma­cji in­try­gu­ją­cą hi­sto­rię.

Na tar­go­wi­sku zbie­ra­li się wszy­scy. Chło­pi, kraw­cy i pie­ka­rze, służ­ba z ma­jąt­ku, a nie­kie­dy na­wet jego wła­ści­cie­le. Sta­tus spo­łecz­ny ujaw­niał się je­dy­nie w do­ko­ny­wa­nych przez nich za­ku­pach.

Gdy mło­dzi męż­czyź­ni tra­fi­li do Le­gio­nów, plo­tek zro­bi­ło się jesz­cze wię­cej, bo ry­nek od­wie­dza­ły głów­nie ko­bie­ty, tar­ga­jąc wor­ki ziem­nia­ków, pro­wa­dząc do­rod­ne pro­sia­ki i wo­żąc drew­nia­ny­mi wóz­ka­mi kan­ki z mle­kiem. Damy naj­czę­ściej sie­dzia­ły w do­roż­kach, wy­sia­da­jąc je­dy­nie przy stra­ga­nach z rę­ko­dzie­łem, chu­s­ta­mi czy ob­ru­sa­mi. Stą­pa­ły de­li­kat­nie na pal­cach, by nie po­bru­dzić pan­to­fli i su­kien, a kon­wer­sa­cje pro­wa­dzi­ły ze swo­ich po­jaz­dów, blo­ku­jąc dro­gi i bra­my wjaz­do­we. Te go­rzej uro­dzo­ne, z bruz­da­mi na twa­rzach, w po­ce­ro­wa­nych, skrom­nych suk­niach, przy­sta­wa­ły w grup­kach i albo szep­ta­ły, albo prze­krzy­ki­wa­ły się wza­jem­nie. A gdy wy­mie­nia­ły się in­for­ma­cją o ko­lej­nym po­le­głym męż­czyź­nie z oko­li­cy, la­men­to­wa­ły, za­wo­dzi­ły i chwy­ta­ły się za owi­nię­te chust­ka­mi gło­wy.

– Daj­że mi już spo­kój – od­po­wie­dzia­ła bab­ka i klep­nę­ła po dło­ni męża. – Zo­staw śliw­ki. Prze­cież kra­dzio­ne. I zbie­raj się, bo za­raz ku­ter­no­ga przyj­dzie na przy­miar­kę. Chrzci­ny już w tę nie­dzie­lę. Szko­da mi go, pa­mię­tam, chłop był na schwał i na­wet pan­ny mia­sto­we wo­dzi­ły za nim ocza­mi.

– Nie­dłu­go i Cheł­mic­cy będą swo­je­go pier­wo­rod­ne­go chrzcić – po­wie­dzia­ła Mi­cha­li­na. – Całe ko­ro­wo­dy do­ro­żek zja­dą się do ko­ścio­ła.

– A dru­gi syn fur­man­ką przy­je­dzie. Taka to bo­ska spra­wie­dli­wość – mruk­nę­ła Alut­ka.

– Nie po­wta­rzaj plo­tek – burk­nął Bro­ni­sław. – To, że pra­co­wa­ła w ma­jąt­ku, jesz­cze nie zna­czy, że ko­cha­ni­cą Cheł­mic­kie­go była.

Alut­ka za­chi­cho­ta­ła.

– Nie od dziś wia­do­mo, że on pies na baby, a Le­wi­no­wa też świę­ta nie jest. Chłop na wo­jacz­ce, a jej brzuch urósł. Pew­nie zie­lo­nych ja­błek się ob­ja­dła i ją tak wy­dę­ło, tyl­ko skąd dzie­ciak po­tem się wziął. Niby że przed cza­sem się uro­dził i ta­kie tam baj­ki, ale Har­mo­nio­wa mó­wi­ła, że chło­pak duży.

– Nie na­sza to zgry­zo­ta – mruk­nął Bro­ni­sław i wska­zał bro­dą w kie­run­ku Mi­cha­li­ny. – Mamy swo­ją.

– Te­raz to lu­dzie mor­dy za­mkną, bo nad Le­wi­no­wym dzie­cia­kiem będą się pa­stwić. A na­szej baj­ki spraw­dzać nie będą, bo i jak nie mają. Woj­na się po­ro­bi­ła, chłop był i chło­pa nie ma.

Bro­ni­sław wstał z krze­sła, wziął z ko­mo­dy pęk klu­czy i ru­szył w stro­nę drzwi. Na par­te­rze znaj­do­wał się jego mały za­kład kra­wiec­ki, w któ­rym spę­dzał więk­szość dnia. Te­raz miał jesz­cze wnucz­kę i za­sta­na­wiał się, czy po­do­ła utrzy­ma­niu trzech ko­biet je­dy­nie z szy­cia. Cheł­mi­ce były bied­ne, a woj­na jesz­cze bar­dziej wy­dre­no­wa­ła kie­sze­nie miesz­kań­ców. Głów­nie ła­tał ubra­nia albo prze­ra­biał i tyl­ko od cza­su do cza­su tra­fiał mu się ką­sek w po­sta­ci zle­ce­nia na uszy­cie sur­du­ta czy płasz­cza.

Gdy męż­czy­zna opu­ścił miesz­ka­nie, Mi­cha­li­na usia­dła na jego miej­scu i wes­tchnę­ła.

– Moja dziew­czyn­ka jest taka ślicz­na, może wy­ro­śnie na pięk­ną pan­nę i ja­kiś ary­sto­kra­ta stra­ci dla niej gło­wę?

– Ży­cia nie znasz? Oni tra­cą gło­wy na jed­ną noc. A gdy osią­gną swój cel, wra­ca im na swo­je miej­sce. Moja dro­ga, są drzwi, któ­rych nie da się otwo­rzyć – po­wie­dzia­ła Ali­cja ze spo­ko­jem.

Nie wie­rzy­ła w szczę­śli­we za­koń­cze­nia ta­kich ba­jek, co to ko­bie­ta z ni­zin ro­bi­ła ka­rie­rę przy do­brze uro­dzo­nym mężu.Nie za­mar­twia­ła się jed­nak, jej cór­ka jesz­cze mia­ła tro­chę cza­su, żeby się roz­cza­ro­wać świa­tem i z hu­kiem po­wró­cić z ob­ło­ków na zie­mię, gdzie je­dy­nie po­go­da du­cha była za dar­mo.

***

Iza­be­la Cheł­mic­ka była drob­ną, bla­dą ko­bie­tą o wą­tłym cie­le i sile ka­nar­ka. Po­ród pier­wo­rod­ne­go nie­mal po­zba­wił ją ży­cia, a po­wrót do nor­mal­ne­go funk­cjo­no­wa­nia cią­gnął się od ty­go­dni. Ko­bie­ta nie­co prze­sa­dza­ła z re­kon­wa­le­scen­cją, trak­tu­jąc uro­dze­nie dziec­ka jako pro­ces na­da­ją­cy jej sta­tus mę­czen­ni­cy. Nie cho­dzi­ła na spa­ce­ry, nie przyj­mo­wa­ła go­ści i nie uczest­ni­czy­ła w spo­tka­niach to­wa­rzy­skich. Naj­czę­ściej sie­dzia­ła w sa­lo­ni­ku albo ogro­dzie, owi­nię­ta ple­dem, i wpa­try­wa­ła się tępo w brzo­zo­wy las, staw z ła­bę­dzia­mi czy drew­nia­ną huś­taw­kę, któ­ra de­li­kat­nie ko­ły­sa­ła się pod wpły­wem sil­niej­szych po­dmu­chów wia­tru. Sy­nem Ju­lia­nem zaj­mo­wa­ły się pia­stun­ki i mąż Iza­be­li.

An­to­ni Cheł­mic­ki zbli­żał się do wie­ku, kie­dy zo­sta­je się ra­czej dziad­kiem niż oj­cem, dla­te­go na­ro­dzi­ny syna przy­jął z nie­opi­sa­ną ra­do­ścią. Że­niąc się z dwa­dzie­ścia lat młod­szą Iza­be­lą Wo­ło­szyń­ską, miał na­dzie­ję na szyb­kie po­ja­wie­nie się po­tom­stwa, ale los oka­zał się nie­ry­chli­wy i ka­zał cze­kać An­to­nie­mu na tę chwi­lę pra­wie dwa­na­ście lat. On sam był prze­ko­na­ny, że jest męż­czy­zną zdol­nym do spło­dze­nia dzie­ci, dla­te­go nie gar­dził sto­sun­ka­mi z go­rzej uro­dzo­ny­mi pan­na­mi, któ­re peł­ni­ły w dwor­ku rolę słu­żą­cych, ku­cha­rek i ogrod­ni­czek. Nie miał za­mia­ru się zaj­mo­wać ewen­tu­al­ny­mi skut­ka­mi swo­jej chu­ci, a je­dy­nie udo­wod­nić, że jest praw­dzi­wym męż­czy­zną. Gdy więc Anna Le­win po­in­for­mo­wa­ła go, że oto zo­sta­nie oj­cem, za­pro­po­no­wał jej je­dy­nie nie­wiel­ką re­kom­pen­sa­tę fi­nan­so­wą. Być może gdy­by w po­dob­nym cza­sie nie do­wie­dział się o brze­mien­no­ści swo­jej pra­wo­wi­tej mał­żon­ki, jego re­ak­cja by­ła­by inna. Jed­nak nie­mal rów­no­cze­śnie Iza­be­la oznaj­mi­ła mu, że oto ich mo­dli­twy zo­sta­ły wy­słu­cha­ne i spo­dzie­wa się dziec­ka.

Po przyj­ściu na świat syna An­to­ni osza­lał. No­sił na rę­kach ma­łe­go Ju­lian­ka nie­mal bez prze­rwy, za­ku­pił dla nie­go zło­co­ną ko­ły­skę, a żo­nie spra­wił na­szyj­nik z pe­reł. Jego ma­rze­nie w koń­cu się speł­ni­ło.

– An­to­ni – jęk­nę­ła sła­bym gło­sem Iza­be­la – nie noś go cią­gle na rę­kach, bo w ko­ły­sce spać nie bę­dzie chciał.

– Je­stem taki szczę­śli­wy, Iza­be­lo, że naj­chęt­niej nie wy­pusz­czał­bym go z rąk! – wy­krzyk­nął.

– A ja się boję. Zno­wu ja­kaś woj­na. Wiecz­nie je­ste­śmy jak nie u sie­bie – po­wie­dzia­ła ci­cho.

– Nie in­te­re­su­je mnie po­li­ty­ka, a na wo­jacz­kę za sta­ry je­stem. Za­nim Ju­lian do­ro­śnie, woj­na na pew­no się skoń­czy i bę­dzie spo­kój. A czy tu­taj będą Pru­sy, czy ca­rat, to już wszyst­ko jed­no. By­le­by­śmy ja­koś się w tym umie­li od­na­leźć – mruk­nął An­to­ni.

– Wszy­scy mó­wią tyl­ko o woj­nie i po­li­ty­ce, a ty je­steś taki spo­koj­ny – wes­tchnę­ła.

– Bo żyję do­brze ze wszyst­ki­mi. I z Pru­sa­ka­mi, i z puł­kow­ni­kiem Łysz­ki­nem. Kto­kol­wiek na­sta­nie, mnie krzyw­dy nie da­dzą zro­bić. Byle jak naj­mniej nam roz­kra­dli, bo wszyst­ko wy­wo­żą albo nisz­czą. Cho­le­ra ja­sna, woj­ny im się za­chcia­ło, a my zno­wu bę­dzie­my chłop­cem na po­sył­ki…

– A jak cię za szpie­ga we­zmą albo za zdraj­cę? – za­tro­ska­ła się Iza­be­la.

– Daj­że spo­kój, je­dy­ne taj­ne in­for­ma­cje, ja­kie po­sia­dam, to gdzie po­siać psze­ni­cę, żeby były do­bre plo­ny, i dla­cze­go po moją go­rzał­kę i Ro­sja­nie, i Niem­cy do Ga­li­cji przy­jeż­dża­ją. – Cheł­mic­ki par­sk­nął śmie­chem.

W du­chu nie było mu do śmie­chu. Nie chciał jed­nak stra­szyć i tak prze­ra­żo­nej żony. Nie wie­dział, co bę­dzie. Trzy mo­car­stwa, któ­re po­dzie­li­ły Pol­skę, te­raz chwy­ci­ły się za łby. Pił­sud­ski utwo­rzył Le­gio­ny pod sztan­da­rem Au­stro-Wę­gier, a Dmow­ski upa­try­wał szan­sy w do­ga­da­niu się z Ro­sją. Cheł­mic­ki oba­wiał się, że jed­ni i dru­dzy będą chcie­li okpić Pol­skę, a te­raz szu­ka­li je­dy­nie sprzy­mie­rzeń­ca w wal­ce z wro­giem. Praw­dą jed­nak było, że ofi­cjal­nie Cheł­mic­ki nie an­ga­żo­wał się w żad­ne po­li­tycz­ne dys­kur­sy, a jego ma­ją­tek, znaj­du­ją­cy się na ru­bie­żach Ga­li­cji, ra­dził so­bie cał­kiem do­brze.

Cheł­mic­ki ro­bił in­te­re­sy z ro­da­ka­mi, ale też i z Niem­ca­mi, i z Ro­sja­na­mi. Otwar­ta kil­ka lat wcze­śniej go­rzel­nia mia­ła do za­pro­po­no­wa­nia nie­złe trun­ki w bar­dzo przy­stęp­nych ce­nach, któ­ry­mi za­chwy­ca­no się za­rów­no w za­bo­rze pru­skim, jak i ro­syj­skim. Przy­my­ka­no więc oko na nie do koń­ca zgod­ne z pra­wem kwe­stie cel­ne i ogra­ni­cze­nia sta­wia­ne w po­szcze­gól­nych za­bo­rach. To da­wa­ło świet­ne zy­ski Cheł­mic­kie­mu, któ­ry nie chciał ich stra­cić po­przez bra­nie udzia­łu w spi­skach, taj­nych ak­cjach sa­bo­ta­żu czy spo­rach pol­skich po­li­ty­ków. Chciał miesz­kać i pra­co­wać w wol­nym kra­ju, swo­jej oj­czyź­nie, praw­dzi­wej Pol­sce, ale uwa­żał, że waż­niej­sze są spo­kój i do­bro­byt jego ro­dzi­ny.

Cheł­mic­ki lu­bił wie­czo­ra­mi sia­dać na ta­ra­sie, po­pi­jać her­ba­tę i pa­trzyć na za­chód słoń­ca, któ­re po­wo­li cho­wa­ło się za za­gaj­ni­kiem. Nie­kie­dy nur­to­wa­ło go py­ta­nie, czy war­to wy­trze­bić mło­de brzo­zy i so­sny, aby móc dłu­żej na­pa­wać wzrok wi­do­kiem słoń­ca. Prze­waż­nie jego my­śli nie zaj­mo­wa­ły ani spra­wy znie­wo­lo­ne­go kra­ju, ani nie za­sta­na­wiał się nad sen­sem ży­cia. Jego dni wy­peł­nia­ły roz­wa­ża­nia na te­mat cen al­ko­ho­lu, no­wych in­we­sty­cji i dy­le­ma­ty zwią­za­ne z kosz­tow­nym hob­by, ja­kie miał. A były to wy­ści­go­we ko­nie, któ­re przy­no­si­ły nie­ma­łe zy­ski, a jego na­pa­wa­ły dumą i ra­do­ścią. Tak, An­to­ni chciał za­ra­biać na wszyst­kim. Na ob­ra­zach, sta­rych mo­ne­tach, zło­cie i klej­no­tach. Wciąż zli­czał swój ma­ją­tek, tra­cąc hu­mor za każ­dym ra­zem, gdy wy­my­ślo­ny przez nie­go in­te­res nie oka­zy­wał się tak in­trat­ny, jak za­pla­no­wał. Zda­rza­ło się to jed­nak rzad­ko. Miał nosa do do­brych in­we­sty­cji i cie­szył się, że nie był jed­nym z tych roz­próż­nia­czo­nych ary­sto­kra­tów, któ­rzy trwo­ni­li ma­jąt­ki, za­miast je po­więk­szać, i pła­ka­li za każ­dym ra­zem, gdy wiry hi­sto­rii i eko­no­mii po­zba­wia­ły ich ko­lej­nych are­ałów ziem­skich.

***

Cheł­mi­ce były mia­stecz­kiem ja­kich wie­le. Z oka­la­ją­cy­mi je po­la­mi i wiej­ski­mi za­gro­da­mi. Był oczy­wi­ście też dwo­rek, na­le­żą­cy do Cheł­mic­kich, o któ­rych bo­gac­twie krą­ży­ły le­gen­dy. Ży­cie kon­cen­tro­wa­ło się przy ryn­ku, a w nie­dzie­le i świę­ta w ko­ście­le albo sy­na­go­dze. Były skle­pi­ki i za­kła­dy usłu­go­we opa­no­wa­ne przez spryt­nych Ży­dów i go­rzel­nia Cheł­mic­kich, któ­ra da­wa­ła pra­cę miesz­kań­com. Nie­wiel­ka szko­ła, ochron­ka i mała lecz­ni­ca do­peł­nia­ły ma­ło­mia­stecz­ko­wy ob­ra­zek. Lu­dzie ro­dzi­li się i umie­ra­li, ko­cha­li i nie­na­wi­dzi­li, co za­wsze sta­no­wi­ło po­żyw­kę do roz­mów, plo­tek i do­my­słów. Tym fa­scy­no­wa­li się miesz­kań­cy Cheł­mic, za­mknię­ci we wła­snym krę­gu, gdzie ży­cie in­nych za­wsze zda­wa­ło się bar­dziej in­te­re­su­ją­ce niż ich wła­sne.