Wydawca: Filia Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2018

Zbrodnia w wielkim mieście ebook

Alek Rogoziński  

4.03030303030303 (66)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 275 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zbrodnia w wielkim mieście - Alek Rogoziński

Czy kiedykolwiek miałaś ochotę zabić swojego szefa?

Sandra, szefowa pisma "Marzenia i sekrety", jest atrakcyjną singielką i fanką Tindera. Martyna, redaktorka w tej gazecie, to znudzona żona, która swojego męża widuje raz na pół roku, a i wtedy niewiele mają sobie do powiedzenia. Z kolei Iwona, graficzka, samotnie wychowuje dwójkę nastolatków z piekła rodem. Wszystkie trzy przyjaźnią się i pracują razem w niewielkim wydawnictwie prasowym.

Pewnej nocy, w czasie przymusowej, służbowej nasiadówki (i po kilku kieliszkach wina), wymyślają w żartach, jak popełnić morderstwo idealne i pozbyć się swojego szefa - seksisty, szowinisty i tyrana. Po kilku dniach ktoś realizuje ich plan. Szybko okazuje się, że osób, które miały powód, aby zabić upiornego biznesmana jest więcej: jego niewierna żona, bandyci, którym był winny spore pieniądze oraz jego kumpel, który dziedziczy po nim wszystkie interesy.

Kto z nich jest mordercą?

Opinie o ebooku Zbrodnia w wielkim mieście - Alek Rogoziński

Fragment ebooka Zbrodnia w wielkim mieście - Alek Rogoziński

Magdzie Gessler, która zawsze jest dla mnie

przykładem, jak nie dać sobie w kaszę dmuchać,

wychodzić obronną ręką z każdego bigosu

i sprawiać, żeby życie miało dobry smak.

POSTACIE

Martyna Gałązka– dziennikarka i redaktorka dwutygodnika „Marzenia i sekrety”, sfrustrowana swoim życiem erotycznym oraz faktem, że męża widuje rzadziej niż listonosza.

Sandra Jasińska – szefowa „Marzeń i sekretów”, rudowłosa piękność, ciesząca się olbrzymią popularnością na Tinderze, Instagramie i Snapchacie.

Iwona Rutkowska – graficzka w „Marzeniach i sekretach”, rozwódka, wiecznie walczącaz „pięcioma kilogramami” nadwagi, matka dwójki dzieci – na pozór grzecznej córki i syna z piekłarodem.

Alicja Stępień – starsza zaledwie o siedem lat ciotka Iwony, która chciała pomóc w ukryciu zbrodni, ale niestety nie za bardzo jej się to udało.

Agata Rutkowska – córka Iwony, pozująca na nieustraszoną luzaczkę do czasu, kiedy zobaczyła zwłoki.

Szczepan Rutkowski– syn Iwony, który nieoczekiwanie odkrył w sobie talenty przestępcze.

Waldemar Kuczyński– biznesman, szef Martyny, Sandry i Iwony, seksista, mizogin, szowinista i ogólnie niezła szuja.

Amanda Kuczyńska – żona Waldemara, była modelka, mająca po dziurki w nosie swojego męża.

Nikodem Węgłowski – lekarz opiekujący się Waldemarem, na zabój zakochany w jego żonie.

Grażyna „Tola” Szlagowska – przeurocza kobieta o nienagannych manierach, zawodowo trudniąca się wymuszaniem haraczy, włamaniami, kradzieżami i innymi nielegalnymi fuchami, niezbyt zadowolona z faktu, że Waldemar wisi jej ogromną kasę, której nie chce zwrócić na czas.

Siwy i Profesor – pomocnicy Toli, dwa „karki”o bardzo nikle pofałdowanej korze mózgowej, ale za to bicepsach godnych Pudziana, lubujący się w stylizacjach podpatrzonych u Cristiano Ronaldo.

Jerzy Zawioła – przyjaciel Waldemara, pomagający mu w realizacji tajnego planu.

Witold Gałązka– mąż Martyny, zarabiający na życie w dość niecodzienny sposób, który musiał trzymać w tajemnicy przed żoną.

Dariusz Nowak– dziennikarz, który na Tinderze zbierał materiały do artykułu, a znalazł zupełnie co innego.

Konrad Strzałkowski– informatyk, który doskonale sprawdził się jako negocjator małżeński.

Krzysztof Darski – komisarz policji, któremu przydzielono sprawę morderstwa, bez dowodów, poszlak, sprawców, a nawet – o zgrozo! – ofiary.

Piotr – przyjaciel Alicji, którego umiejętności zawodowe bardzo przydały się w walce z różnymi nieciekawymi typami.

Matylda Grotnik – starsza, nobliwa pani, sąsiadka Iwony, niemogąca pogodzić się ze zaginięciem swojego syna.

ROZDZIAŁ I

– Czasem mam ochotę go zabić!

Martyna Gałązka sięgnęła po butelkę truskawkowego wina, które kilka dni wcześniej kupiła za jakieś straszliwe pieniądze na Jarmarku Świętojańskim we Wrocławiu i które, zdaniem sprzedawczyni, powinna spożywać ostrożnie, bo „od razu idziew nogi”. Na razie Martynie oraz jej dwóm przyjaciółkom, Sandrze Jasińskiej i Iwonie Rutkowskiej, trunek nie szedł w żadną część ciała. Nawet w aparat mowy, co z reguły ma miejsce jako pierwsze po spożyciu procentowych napojów. Dziwne to było o tyle, że właśnie z wolna kończyły drugą butelkę. W zapasie miały cztery kolejne: jeszcze jedną z winem truskawkowym, dwie z jabłkowym z miętą oraz na deser potężną dwulitrową butlę gruszkowego. A do tego wszystkiego solidne postanowienie, że tego wieczoru, właściwie nocy, nie zostawią w nich ani kropelki. Choć na co dzień nie przejawiały skłonności do alkoholizmu, dzisiaj przyjaciółki postanowiły odreagować stresy, w czym, jak powszechnie wiadomo, szlachetne trunki wielce pomagają. Nieszlachetne też, ale na wszelki wypadek postanowiły zachować resztkę godności i upić się w stylu dam, a nie marginesu społecznego. Tym bardziej, że potem musiały jeszcze wrócić z pracy, w której formalnie właśnie wyrabiały nadgodziny, do swoich domów.

– I mówię wam, że nawet by mi powieka przy tym nie drgnęła – dodała mściwie Martyna, uzupełniając czerwonawym trunkiem trzy dopiero co opróżnione kieliszki. – Jest tylko jeden problem…

Jej przyjaciółki sięgnęły po kieliszki i popatrzyły na nią z ciekawością.

– Jaki? – zapytała Sandra, jednocześnie wolną ręką mieszając małe tekturowe kwadraciki.

– Nie za bardzo chciałabym spędzić resztę życia w więzieniu…

– E tam… – mruknęła lekceważąco Iwona. – Tam akurat może być całkiem wesoło. Oglądałyśmy przecież „Orange Is The New Black”!

– Obawiam się, że rzeczywistość raczej nie jest taka różowa, to znaczy pomarańczowa, jak w amerykańskim serialu – zamyśliła się Martyna. – Jestem pewna, że w naszych zakładach karnych są gorsze warunki. Przede wszystkim higieniczne. Poza tym nie lubię załatwiać swoich potrzeb przy innych osobach, a tam bym musiała. Więc u mnie zbrodnia odpada z powodów fizjologicznych. Służyć komuś za więzienną żonę też by mi się raczej nie uśmiechało.

– Zawsze byłaby to jakaś odmiana… – zauważyła Sandra, puszczając do niej oczko.

– W sumie racja – przyznała Martyna. – Na razie normalną żoną też jestem tylko na papierze…

Przyjaciółki popatrzyły na nią ze współczuciem.

– Nadal nic się nie zmieniło? – spytała Iwona.

– No przecież wiedziałybyście jako pierwsze! – Martyna spojrzała na nie z politowaniem. – Nic! Posucha. I to jaka! Pustynia Gobi. Albo nawet Sahara. Nie ma go całymi tygodniami, a jak wraca, to jest zbyt zmęczony na jakiekolwiek igraszki. A potem znowu wyjeżdża. I tak już rok pański! Ostatnio, jak był całe dwa dni w domu, to zrobiłam wszystko, żeby go jakoś podniecić. Kupiłam sobie nawet czarne koronkowe body. Ale jak w nim weszłam wieczorem do sypialni, to Witek ziewnął i zapytał, czy umarł ktoś ważny, że nawet do łóżka kładę się w żałobie.

Przez chwilę panowała cisza.

– No dobrze, nie ma co się szklić, może kiedyś mu wróci ochota… – westchnęła w końcu Martyna. – Co masz?

Sandra spojrzała na trzymany w ręku kartonik.

– Drogę – powiedziała, dostawiając go do innych kartoników, rozłożonych na dużym stole. – A właściwie to nawet fragmenty dwóch. W sumie bardzo mi to pasuje. Jak sobie to dostawię do miasta, to tu mi się prawie zamknie ta okrągła ścieżka zdrowia przy karczmie. I od razu postawię na niej małorolnego, to będzie podwójna punktacja.

– To nie jest małorolny, tylko podwładny – pouczyła ją Iwona. – Zresztą teraz nie mówi się małorolny, bo to niepoprawne politycznie, gdyż podobno brzmi lekceważąco, a praca na roli to nic łatwego. Wiem, co mówię. Pół mojej rodziny mieszka na wsi. Całe dzieciństwo wstawałam z kurami. Chwilami miałam ochotę je wszystkie udusić, z kogutem na czele, a potem zrzucić wszystko na wilka. Znaczy się, tfu, lisa. Ucieczka ze wsi to było największe marzenie mojej młodości.

– Dobra, dobra, już mi tu nie pierdolamentuj. Mogę mówić po prostu chłop – zaproponowała ugodowo Sandra. – A podwładne to jesteśmy my. I dlatego nienawidzę tego słowa od jakiegoś czasu…

Martyna i Iwona pokiwały głowami ze zrozumieniem. Wszystkie trzy pracowały od kilku lat w redakcji pisma „Marzenia i sekrety”, której siedziba znajdowała się na trzecim piętrze niedawno odnowionej kamienicy w samym centrum warszawskiego Mokotowa. Gazetę początkowo wydawała mała firma, kierowana przez uroczą, dobrotliwą i empatyczną panią Basię. Po jakimś czasie jednak szefowa zaczęła nieco podupadać na zdrowiu, co, zważywszy na fakt, że dobiegała siedemdziesiątki, nie było znowu niczym dziwnym, i wreszcie zdecydowała się skorzystać z przysługującego jej prawa do emerytury, zaś całkiem nieźle prosperujące wydawnictwo odsprzedać starającemu się je kupić już od paru lat Waldemarowi Kuczyńskiemu. Ów czterdziestoletni biznesman cieszył się zasłużoną opinią rekina finansjery, a przy okazji też playboya i lwa salonowego. Choć większość kobiet na planecie uznałaby wysokiego, muskularnego, zadbanego, nienagannie ubranego i w dodatku z twarzy wypisz-wymaluj prezentującego się jak brat-bliźniak Ryana Goslinga mężczyznę za ucieleśnienie swoich marzeń, to przynajmniej tym trzem przedstawicielkom płci pięknej w mgnieniu oka zaczął on się kojarzyć z diabłem wcielonym. Zgodnie ze stereotypowym skojarzeniem – paskudnym i odrażającym, tudzież wcale nieprzypominającym serialowego Lucyfera. Nie było w tym nic dziwnego, bo jako szef Waldemar wykazywał się całą paletą najgorszych wyobrażalnych wad. Martyna, Sandra i Iwona już dawno przestały liczyć, ile razy ich przełożony wpadał w furię, robiąc karczemne awantury o byle drobiazg, a kiedy nie znajdował nawet takiego – wymyślając jakieś idiotyczne powody do wyrażania swojego gniewu. To jednak nie było najgorsze! Dobry humor Waldemara oznaczał z kolei, że jego podwładne zostaną uraczone porcją szowinistycznych, seksistowskich dowcipów, ewentualnie propozycjami natury erotycznej, z dnia na dzień zresztą coraz mniej dwuznacznymi, za to bardziej natarczywymi. I wreszcie – co już wszystkie trzy uznawały za najbardziej okrutną z tortur, jakie przyszło im znosić – w chwilach, kiedy Waldemarowi coś się nie udawało, ponosił jakąś biznesową porażkę, tracił na giełdzie albo któraś z modelek, z którymi notorycznie zdradzał swoją żonę, odrzucała jego zaloty, ich szef zamieniał się w połączenie rozkapryszonej primadonny z rozwydrzonym bachorem. Wtedy trzeba było obchodzić się z nim jak ze zgniłym jajkiem, cierpliwie wysłuchiwać jego jęków i lamentów, zaopatrywać w chusteczki higieniczne tudzież parzyć mu earl greya z melisą. Owo ostatnie wcielenie szefa, choć teoretycznie najmniej dla nich groźne, było zdecydowanie najbardziej irytujące. Oznaczało bowiem w konsekwencji, że same muszą decydować o gazecie. Wiadomo zaś było, że kiedy już dojdzie do siebie, Waldemar urządzi im piekło za każdą złą decyzję. Czyli w sumie za wszystkie, bo na te dobre posiadał, w swoim mniemaniu, wyłączność. I nic to, że wszystkie trzy podwładne miały, w przeciwieństwie do niego, długi staż w branży wydawniczo-dziennikarskiej. Nie liczyło się, że Sandra przed „Marzeniami i sekretami” prowadziła trzy inne kobiece periodyki, Iwona skończyła ASP i tyle kursów graficznych, ile tylko mogła, wychowując jednocześnie samotnie dwoje dzieci, a Martyna redagowała nie tylko artykuły o zdrowiu, urodzie, fitnessie i celebrytach, ale też po godzinach książki i poważne opracowanianaukowe. Waldemar zawsze wiedział wszystkolepiej od nich. Po prostu alfa i omega!

– To nie jest chłop czy tam podwładny – Martyna uważnie popatrzyła na trzymanego przez Sandrę pionka – tylko opat i mogłabyś go postawić przy katedrze. Ale katedry nie masz ani jednej, tylko same karczmy. Od razu widać, że nie jesteś religijna, tylko rozpustna.

– Nawet w „Carcassonne” prawda zawsze wyjdzie na jaw – westchnęła Sandra, popijając wino. – To opata sobie na razie zostawię albo przehandluję za kupca. Słuchajcie, nie uważacie, że jak dołożymy ten dodatek z księżniczkami i smokami, to chyba już z tym zwariujemy?

Na pomysł gry w „Carcassonne” przyjaciółki wpadły dwa miesiące wcześniej, w czasie wspólnego sylwestra w górach. Miały go spędzić zupełnie inaczej, najpierw na kuligu, a potem przy ognisku, w dodatku w towarzystwie trzech przystojnych, młodych i na oko bardzo jurnych juhasów, którzy mieli im pokazać, że „skakanie przez ogień to dziecinna igraszka” i zaprezentować, co „potrafią wyczyniać ze swoimi ciupagami”. Zwłaszcza to ostatnie brzmiało nader obiecująco, ale ostatecznie żaden pokaz nie doszedł do skutku, bo Matka Natura nagle przypomniała sobie, że ma w zanadrzu takie zimowe atrakcje jak burza śnieżna oraz halny. Ostatecznie więc Martyna, Sandra i Iwona przesiedziały całą noc w pensjonacie, z żalu upijając się serwowaną im przez gaździnę zimną warzonką z dodatkiem maślanki i odkrywając uroki „Carcassonne”, którą to grę w ostatniej chwili dopakowała do walizki Iwony jej nastoletnia córka, Agata. W okolicach północy panie doszły do wniosku, że trzej górale to jakieś straszliwe ciaparajdy, skoro głupi śnieżek i lekki wiaterek zniechęcił ich do spędzenia rozrywkowego wieczoru, warzonka jest najlepszym trunkiem, jaki piły kiedykolwiek w życiu, a „Carcassonne” – najbardziej rewelacyjną planszówką wszech czasów. I choć następnego dnia obudziły się wśród porozrzucanych wszędzie tekturowych kartoników i pionków, w dodatku z megakacem, a potem jeszcze przez kilka dni odbijało im się karmelem z warzonki, to miłość do gry w budowanie miast, dróg, zamków, katedr, karczm tudzież innych przybytków pozostała w nich na dłużej. Rozbawiona Agata, która podobną fascynację przeżywała ze swoimi przyjaciółmi rok wcześniej, co jakiś czas z pobłażaniem podrzucała im kolejne dodatki do gry, wzbogacające co prawda jej fabułę, ale też i coraz bardziej ją komplikujące. Ten z księżniczkami i smokami był jej najnowszym podarunkiem. Ponieważ przyjaciółki nie do końca jeszcze pojęły zasad po wprowadzeniu poprzedniego dodatku – z Katarami i hrabią – istniała spora szansa, że przy nowym pogubią się już do reszty. Tym niemniej „Carcassonne” pozwalało im zabić czas w te wieczory, a niekiedy i noce, które musiały spędzać w redakcji przy wysyłce kolejnych numerów gazety. Za czasów Basi oczywiście nie było konieczności wyrabiania takich nadgodzin, ale Kuczyński z powodu oszczędności zwolnił chłopaka, odpowiedzialnego za produkcję pisma, a jego obowiązki powierzył Iwonie. Ponieważ druk „Marzeń i sekretów” zaczynał się wieczorem i wtedy też należało oczekiwać ewentualnych raportów o błędach w przygotowanych materiałach, oznaczało to dla niej konieczność siedzenia w redakcji dwa razy w miesiącu mniej więcej do północy. Sandra i Martyna zawsze z nią zostawały, w ramach kobiecej solidarności. Już po kilku takich wieczorach dziewczyny postanowiły zamienić ową nudną nasiadówkę w coś bardziej rozrywkowegoi… zakrapianego. Dawało to czasem dość zaskakujące efekty, jak wtedy, kiedy na pytanie zdumionego drukarza, czy oby na pewno zdjęcie na okładce powinno być czarno-białe, zaproponowały mu, że żeby kupił sobie kredki i je pokolorował. Albo gdy na wątpliwość, czy oby na pewno nie ma pomyłki w tym, że po stronie 21 jest 19, odpowiedziały, że przed naszą erą lata też szły do tyłu, zamiast do przodu, i jakoś wtedy żadna drukarnia nie miała z tym kłopotu.

– Obawiam się, że nasze zidiocenie i tak jest już nieuniknione – westchnęła Iwona – i właśnie dlatego zaprosiłam dzisiaj moją ciotkę. U niej żadne planszówki nie przejdą. Brydż i już! W dodatku na forsę, bo ciotka jest hazardzistką z krwi i kości. Dobrze, że żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, bo tak ze dwieście, trzysta lat temu, przerżnęłaby w karty cały rodzinny majątek i nie miałabym czego dziedziczyć.

– Bo teraz to faktycznie masz… – parsknęła Sandra. – Całe latyfundia!

– No wiesz, trochę tego jest – oburzyła się Iwona. – Owszem, chałupa rodziców się sypie, ale sad ciągle jest piękny, a i ziemia ma swoją wartość. Plony zeszłego lata też były całkiem niezłe…

– No, proszę… – westchnęła Martyna – Przynajmniej jedna z nas ma jakiś plan alternatywny. Już sobie ciebie wyobrażam jako Jagnę…

– Jaką znowu Jagnę? – jęknęła Iwona.

– Borynową – wyjaśniła uprzejmie Martyna. – Z „Chłopów”. Wszystko się zgadza. Blondynka, lico rumiane, piersi jak malowane…

– Sama jesteś chłop! Malowany! – Iwona pokazała jej język, po czym popiła wino i wybrała kartonik. – W ogóle nie czuć, że to ma procenty. Smakuje jak soczek. O, proszę, znowu mam katedrę. Trzecią. Wychodzi na to, że nic nie robię, tylko się modlę. Szkoda, że nie mam opata. Sandi, odstąp mi swojego!

– Nie odstępuję mężczyzn! – powiedziała stanowczo Sandra. – Mogę ich co najwyżej wymienić na innych. Ale innych też nie masz. Nawet małoro… To znaczy, tego tam, podwładnego. Jak będziesz miała jakiegoś wolnego, to ponegocjujemy. Martyna?

Gałązka posłusznie wybrała kartonik.

– Miasto – oznajmiła ponuro. – W dodatku znowu bez murów. Zwariuję z tymi miastami. Żadnego nie umiem zamknąć, tylko je buduję w nieskończoność. Mam już tu cały Stambuł? A może Rio De Janeiro? Jaka jest właściwie największa metropolia świata?

– Chyba Szanghaj albo Meksyk – powiedziała niepewnie Iwona. – Ewentualnie Delhi.

– No, to buduję Delhi… – westchnęła Iwona. – Jak mi do nadejścia ciotki nie przyjdą mury i go nie zamknę, to znowu wszystko mi się policzy pojedynczo, a nie podwójnie i przegram. Jak zawsze!

– A propos! Cały czas nie rozumiem, jakim sposobem ona jest twoją ciotką. – Sandra popatrzyła na swoją przyjaciółkę pytająco. – Widziałam was kiedyś razem, wyglądacie na rówieśniczki.

– No, dzięki wielkie! – Iwona spiorunowała ją gniewnym wzrokiem. – Co to mamy dzisiaj? Dzień dobijania mnie? Najpierw ta mi wyjeżdża z rumianym biustem…

– Licem – poprawiła Martyna.

– Licem, niech będzie – zgodziła się Iwona. – A teraz ty mówisz, że wyglądamy z Alicją na rówieśniczki. Ona w zeszłym miesiącu skończyła czterdzieści pięć lat, czyli jest ode mnie o siedem starsza! Mówiłam wam! Starsze pokolenie naszej rodziny hołdowało zasadzie, że żenić się, czy tam wychodzić za mąż, trzeba szybko, a potem jeszcze szybciej się rozmnażać i to najlepiej jak w Afryce. Im więcej dzieci, tym lepiej! Jeśli miało się tylko jedno, to ze wstydu powinno się nie wychodzić z domu, a najlepiej od razu obwiesić w stodole. Moja prababcia właściwie nic w życiu innego nie robiła, tylko rodziła dzieci. Pewnie dlatego na wszystkich zdjęciach wygląda na strasznie wkurzoną. Moją babcię urodziła, jak miała osiemnaście lat, a mamę Alicji prawie przed czterdziestką. No i ta moja gałąź rodziny kontynuuje tradycję, a ta Alicji idzie jakimś bardziej ludzkim trybem. Gdy moja mama dorobiła się już dwóch synów, to mama Alicji nie miała jeszcze nawet ukochanego, czy też, jak to się wtedy mówiło, absztyfikanta. I tak jakoś wyszło, że Alicję urodziła na siedem lat przed tym, zanim ja się pojawiłam na świecie…

– Pogubiłam się już przy prababci… – mruknęła Martyna.

– Młodo wygląda ta cała twoja ciotka – powiedziała w zamyśleniu Sandra, ale widząc oburzenie na twarzy swojej przyjaciółki, dodała szybko: – To znaczy ty oczywiście też…

– Już się lepiej nie pogrążaj – poradziła jej Iwona. – Ona jest bezdzietną singielką, więc ma czas, żeby o siebie dbać. Ja to już nawet nie pamiętam, kiedy byłam ostatnio u kosmetyczki albo w jakimś salonie piękności. Chyba w innej epoce. Wiecznie tylko praca, dom i dzieci, praca, dom i dzieci. Przekichane!

– Daj spokój, masz anioły, a nie dzieci! – pocieszyła ją Martyna.

– Czy ja wiem…? – zamyśliła się Iwona. – Owszem, Agata wyrosła na całkiem fajną dziewczynę, ale Szczepan daje czadu. Zupełnie nie wiem, jak go opanować. Nic do niego nie trafia. Ostatnio…

Podsumowanie charakteru jej młodszej pociechy przerwał dźwięk dzwonka przy windzie, anonsujący przybycie oczekiwanego gościa.

ROZDZIAŁ II

Witold Gałązka wszedł do hotelowego pokoju, po czym uważnie się po nim rozejrzał.Ponieważ ten, który z reguły zajmował, był już zajęty, dano mu inny. Na szczęście w niczym nieodbiegający od poprzedniego. Oczywiście jak zwykle trzeba będzie wprowadzić tu kilka modyfikacji, a przede wszystkim zasunąć zasłony, tak żeby nikt nie mógł zobaczyć, co dzieje sięw środku. Tym bardziej, że najbliższy budynek stał ledwie o kilkadziesiąt metrów dalej, a ostatnie, czego przez najbliższe godziny potrzebował Witold, to przypadkowa publiczność. Pomny jednej z poprzednich wpadek, zawiesił po drugiej stronie drzwi karteczkę z napisem: „Proszę nie przeszkadzać!”, po czym przeszedł do aranżowania najważniejszego miejsca tego wieczoru,czyli łóżka. Na początek pozbył się przykrywającej go kapy. Hotel niby był fajny, w środku miasta, pięciogwiazdkowy i co najważniejsze, z fantastycznym zasięgiem sieci komórkowej, ale za jego wyposażenie odpowiadał najwyraźniej ktoś, kto mentalnie tkwił jeszcze obiema nogami w PRL-u.Z jednej strony nowoczesny plazmowy telewizor, a z drugiej – kapa w polne różyczki, wyglądająca na rąbniętą z jakiegoś domu spokojnej starości. Szlafrok frotte, jednorazowe obuwiei… landszafcik z pastuszkami na ścianie. Niepojęte! Ale co tam… Najważniejsze i tak było oświetlenie. To ono zdecydowało, że Witoldwrócił do tego hotelu już któryś raz z rzędu. Sam już się gubił, który… Ósmy? Dziewiąty? Z westchnieniem otworzył dużą walizkę i zaczął z niej wyciągać rozmaite sprzęty, które kolejno rzucał na łóżko. Jeszcze tylko szybki prysznic, potem kilkanaście minut ćwiczeń i… można rozpocząć akcję.

Witold nalał sobie trochę wody mineralnej z małej butelki stojącej na półce i przez moment próbował się zrelaksować, czytając pozostawioną na stole gazetę. Zamiast jednak ukoić niepokój, który, nie wiedzieć czemu, zawsze towarzyszył mu w takich okolicznościach jak dzisiejszy wieczór, jedynie bardziej się zdenerwował.Gazeta na pierwszej stronie donosiła bowiem, że w krzakach nad Wisłą, nieopodal Konstancina, znaleziono wylinkę prawie 6-metrowego pytona i w związku z tym policja apeluje mieszkańców okolicznych terenów o ostrożność, bowłaściciel owej grasuje na wolności i może komuś zrobić krzywdę. Zwłaszcza gdy stanie się rozdrażniony i głodny. W Konstancinie mieszkała mama Witka, w dodatku tknięta jakąś maniakalną potrzebą codziennego łażenia po lasach i zbierania tam wszystkiego, co tylko się da.Jeszcze tego brakuje, żeby natknęła się na pytona. Nie dawniej jak miesiąc temu media donosiły, że podobny wąż pożarł gdzieś kobietę. W całości! Nijak nie mogąc się pozbyć widoku węża pałaszującego ze smakiem jego rodzicielkę, Witold postanowił z samego rana zadzwonić do niej z żądaniem, aby pozostała w domu do czasu, aż gad zostanie złapany. Właściwie mógłby to zrobić od razu, ale primo – jego mama z reguły już o tej porze spała, a należała do tych osób, które we śnie nie usłyszałybynawet siedmiu trąb jerychońskich, a po drugie – nieubłaganie zbliżał się czas na rozpoczęcie transmisji, a wcześniej musiał jeszcze wziąć prysznic i kilkanaście minut poćwiczyć.Szlag by to…

Witold westchnął i zaczął się rozbierać. Chwilę później, przechodząc do łazienki, spojrzał na ogromne, wiszące na ścianie lustro.

– Jesteś, stary, kompletnym frajerem – powiedział ze smutkiem do swojego odbicia.

ROZDZIAŁ III

Ciotka Iwony, Alicja Stępień, faktycznie nie wyglądała na swoje lata. Miała figurę godną modelki, modne asymetryczne uczesanie, z prawej strony krótkie, z lewej z blond grzywką, opadającą na opaloną, pozbawioną choćby jednej zmarszczki, promienną twarz. Do tego ubrana była jak nastolatka, w najmodniejsze w tym sezonie obcisłe jeansy z postrzępionymi nogawkami, zabójcze czerwone szpilki i równie obcisły, też krwisty top. Większość czterdziestolatek prezentowałaby się w nim śmiesznie, jednak Alicja wyglądała tak, że nawet uchodząca w redakcji za seksbombę Sandra poczuła na jej widok ukłucie zazdrości w sercu. Wątpliwe, żeby ona sama za dziesięć lat prezentowała się równie atrakcyjnie, zwłaszcza w świetle swojego ostatniego uzależnienia odlodów Häagen-Dazs z orzechami makadamia. Choć i ona, i Martyna miały okazję spotkać się z Alicją pierwszy raz w życiu, już po kilkunastu minutach miały wrażenie, że przyjaźnią się z nią od dzieciństwa i mogą jej spokojnie powierzyć wszystkie swoje sekrety.

– I naprawdę nie możecie się go pozbyć? – zapytała Alicja, wysłuchawszy najpierw cierpliwie narzekań na Kuczyńskiego. – W dzisiejszych czasach? W dobie akcji typu „#metoo”? To przecież powinno być dziecinnie proste!

Przyjaciółki spojrzały na siebie niepewnie. Alicja westchnęła, przetasowała karty takim ruchem, jakby od urodzenia pracowała w kasynie, ewentualnie szulerni, sięgnęła do torebki, wyjęła srebrne etui, a z niego okulary z modnymi, dużymi, zielonkawymi oprawkami. Założyła je i potoczyła badawczym wzrokiem po swoich towarzyszkach.

– Po pierwsze, musicie mnie pilnować, żebym nie zostawiła tu moich drugich oczu, bo nie jestem do nich przyzwyczajona i ostatnio wiecznie gdzieś je zawieruszam – stwierdziła, zaczynając rozdawać. – A po drugie, rozumiem, że jest coś, czego mi jeszcze nie zdradziłyście à propos waszegoszefa. No, śmiało!

Przez chwilę przy stole panowało milczenie. Alicja spokojnie skończyła rozdawanie kart.

– Dobrze, ja to powiem – stwierdziła wreszcie Sandra, sięgając po swoją kupkę. – Pieniądze. Waldemar ma nas w garści.

– Wszystkie… – dodała Martyna.

– Jakim sposobem? – zapytała Alicja, po czym patrząc w swoje karty, dodała: – Dwa bez atu.

Siedząca vis à vis niej Iwona złapała się za serce.

– Dwa bez atu?! – jęknęła. – Wykończysz mnie! I uprzedzam, że wtedy będziesz się musiała zająć moimi dziećmi. Zapisałam ci je w testamencie razem z pozłacanym zegarkiem po prababce i zabytkową harmonią po pradziadku, którą ponoć odziedziczyłam, tylko nie mam zielonego pojęcia, gdzie posiałam.

– Damy radę, spokojna głowa – pocieszyła ją Alicja. – A na harmonii mi nie zależy. O co więc chodzi z tymi pieniędzmi?

– Pas. – Sandra postanowiła najpierw wziąć udział w licytacji, a dopiero potem zacząć wyjaśniać sytuację. – Nasza poprzednia szefowa, Basia, nienawidziła kredytów. Miała kiedyś jakieś niemiłe przejścia z bankami. W czymś tam ją oszukano. Zdaje się, że długo się procesowała, tak dokładnie to nawet nie wiem, bo to było na dużo wcześniej, zanim się u niej zatrudniłam. W każdym razie zawsze nazywała banki krwiopijcami i pomstowała, gdy ktoś musiał wziąć kredyt.Oferowała wtedy bezprocentowe pożyczki. W dodatku można je było spłacać u niej, jak się chciało. No i każda z nas wzięła taką…

Alicja skierowała wzrok na Iwonę, która z wyrazem popłochu na twarzy wpatrywała się w swoje karty, wzdychając ciężko.

– Nie mogę cię zostawić z tymi dwa bez atu, prawda? – zapytała bezradnie.

– Owszem, możesz – odpowiedziała Alicja gniewnie – ale wtedy twoje dzieci trafią pod moją opiekę szybciej, niż ci się wydaje. I co z tymi pożyczkami?

– W takim razie powiem trzy karo, ale bez przekonania – oznajmiła Iwona. – Ponieważ Basia nie nalegała na szybką spłatę, to i nam się nie spieszyło. A tu nagle rach ciach, Basia się rozłożyła, sprzedała firmę i nagle okazało się, że wisimy kasę temu skurczybykowi.

– Dużą? – zaciekawiła się Alicja.

– Sporą – włączyła się do rozmowy Martyna, od paru sekund ze zdumieniem patrząca w swoje karty. – Jesteś pewna tych trzech karo? Nie pomyliły ci się kolory?!

– A to nie są te liście koniczynki? – zapytała z rozpaczą Iwona.

Martyna z rozbawieniem pokręciła przecząco głową. Alicja za to miała mord w oczach.

– Liście koniczynki to są trefle – pufnęła gniewnie. – A karo to są czerwone prostokąty, tylko odwrócone.

– A, to faktycznie mi się pomyliło – zmartwiła się Iwona. – I w ogóle to bez sensu. Kier, karo, pik, trefl! Ja się uczyłam, że są serca, dzwonki, żołędzie i wina. I teraz mi się wszystko myli!

– Wina mogę ci dolać – mruknęła Sandra, sięgając po kolejną butelkę. – To co robimy? Powtarzamy licytację?

– Nie! – powiedziała stanowczo Alicja. – Za błędy trzeba płacić. A na przyszłość możesz używać tych swoich nazw kolorów jak z bajki o Kopciuszku. Serduszka i dzwoneczki, dobre sobie! Ile w końcu wisicie dziadowi?

– Na trzy karo stanowczo powiem kontra – oznajmiła Martyna. – Każda z nas po kilkadziesiąt tysięcy złotych. Wszystko było na firmę, to znaczy, brałyśmy te pożyczki teoretycznie od wydawnictwa. Teraz on jest jego szefem, więc sama rozumiesz… Ma nas w garści.

– No i co mi zostało? Muszę teraz powiedzieć cztery trefle, prawda? – Alicja popatrzyła na siostrzenicę bazyliszkowym wzrokiem. – Zasięgałyście rady prawnika?

– Owszem – Sandra pokiwała głową. – Ale umowa jest tak skonstruowana, że w razie gdybyśmy chciały odejść, musimy je spłacić od razu w całości. A jeśli firma upadnie, to robi się jeszcze gorzej, bo wtedy nasz dług staje się prywatnym długiem jej właściciela. Z każdej strony mamy przerąbane. Pas. Iwona?

– Ja się już z niczym nie wyrywam – oświadczyła stanowczo Rutkowska. – Cztery trefle bardzo mi pasują. Tym bardziej, że nie będę musiała ich rozgrywać.

– Dzięki! Narozrabiałaś, a teraz ja będę musiała się męczyć – stwierdziła zrezygnowanym tonem Alicja. – Czyli co? Nie możecie odejść z pracy. Nie możecie na niego nigdzie donieść, żeby nie ryzykować zamknięcia firmy… Chyba faktycznie zostało wam jedynie morderstwo. Tylko co wtedy? Kto przejmuje wasze długi w sytuacji, kiedy szef kończy żywot?

– To jest w tym wszystkim najciekawsze… – powiedziała Sandra. – Jeśli firma zamknie się z powodu śmierci Kuczyńskiego, nasz dług wraca do Basi…

– Pas – oświadczyła Martyna. – Gracie cztery trefle. Powodzenia!

– No, to zacznijmy ostrożnie od pików – rozpoczynająca grę Sandra wyłożyła na stół asa w tym kolorze. – Podobno gra w piki dajewyniki!

– Ale nie w tym przypadku – ucieszyła się Iwona, wykładając swoje karty. – Nie mam nawet pół pika! Jest szansa, że Alicja mnie nie zabije…

Alicja, widząc, że jej siostrzenica ma całą „górkę” w treflach za wyjątkiem króla, którego z kolei dzierżyła w dłoni ona sama, lekko odetchnęła. W takim układzie zrobienie czterech trefli wydało jej się zadaniem banalnym. Spokojnie mogła dzielić uwagę między rozgrywanie partii i rozmowę.

– Ludzie popełniają morderstwa z o wiele bardziej błahych powodów niż wasz – zauważyła, przebijając z satysfakcją asa pik atutową dwójką. – Niektórym uchodzi to nawet na sucho. Choć w sumie zaplanować zbrodnię idealną musi być bardzo trudno. Najlepsze są chyba takie, kiedy nie ma zwłok. Bo najłatwiej wpaść, zostawiając ślady na ofierze. Czasem oglądam programy na tych kryminalnych kanałach w telewizji. Teraz można już zidentyfikować tożsamość mordercy nawet po pyłku z ubrania albo zapachu. Warto więc od razu pozbyć się truposzczaczka…

– Znałam jednego faceta, który zaginął – przypomniała sobie Iwona. – Mieszkał u nas w bloku z mamą. Miał tak jakoś pod trzydziestkę, spokojny, miły, z wyglądu nawet całkiem do rzeczy. Pewnego dnia po prostu rozpłynął się w powietrzu. Policja go szukała. Ogłoszenia wszędzie wisiały. Nawet pojawiło się zdjęcie w gazecie. I nic, jak kamień w wodę! Znacie mnie i wiecie, że lubię happy endy, więc i w tym przypadku miałam podejrzenia, że on po prostu uciekł od matki. Tym bardziej, że ona była trochę dziwna. Taka hetera, zawsze patrząca na ludzi nieżyczliwie. Po jego zniknięciu zbzikowała do reszty. Jakbyście z nią porozmawiały, miałybyście wrażenie, że nic się nie stało. Ona opowiada o nim tak, jakby po prostu wyszedł do pracy i miał zaraz wrócić. Podejrzewam, że takie wyparcie rzeczywistości i życie we własnym, iluzyjnym świecie pozwalają jej jako tako egzystować.

– Straszne – wzdrygnęła się Alicja, po czym rzucając na stół kolejną kartę, popatrzyła złośliwie na Martynę. – Nie ma lekko, skarbie, oddawaj tego waleta kier. Nie jest to żadna żyleta, kiedy w ręku masz tylko waleta! O, i pięknie! A więc… jak byście to zrobiły?

– Ale co? – zdziwiła się Martyna.

– Jak byście go ukatrupiły? – powiedziała Alicja, zagarniając kolejną lewę. – Ja stawiam na truciznę. Zwłaszcza jakąś roślinną. Albo na pigułkę gwałtu.

– Też coś! – prychnęła Sandra. – Do igraszek to on jest chętny i bez żadnej pigułki. Poza tym, co niby mamy z nim potem zrobić? Zajeździć na śmierć?!

– Ja po nim jeździć nie będę, wypukajcie to sobie z głowy! – powiedziała stanowczo Martyna. – Mam męża. Po nim też się co prawda nie da ostatnio jeździć, ale jednak przysięga małżeńska zobowiązuje.

– Mnie też z tego wykluczcie – mruknęła Iwona. – Ja mu tam obiektywnie nie odmawiam atrakcyjności, ale subiektywnie kijaszkiem bym go nawet nie tknęła. Charakter wpływa mu na fizis i dlatego kojarzy mi się z Quasimodo.

– Głupie jesteście wszystkie! – zdenerwowała się Alicja. – Pigułka gwałtu zawiera kwas gamma-hydroksymasłowy. W małej ilości powoduje utratę świadomości, ale już przy paru gramach zaczyna być śmiertelnie groźny. A najważniejsze, że po kilku godzinach, wydaje mi się, że jakoś tak po ośmiu, we krwi nie zostaje ślad po tej substancji, a po kolejnych czterech jest niewykrywalna nawet w moczu. Choć z drugiej strony nie wiem, czy gdyby ktoś ją zażył i kojfnął, to czy rozkład jest taki sam. To znaczy, czy też się jej nie da wykryć. Trzeba by to jakoś sprawdzić.

– Naprawdę będziemy planować morderstwo? – przestraszyła się nieco Iwona. – Nie przeginamy?

– Przecież nikt nie każe ci go zaraz popełniać – roześmiała się Sandra. – Ale w sumie to interesujące. Tylko trucizny moim zdaniem są do bani, bo przecież skądś je trzeba zdobyć. Wtedy od razu masz dodatkową osobę, która potem może puścić farbę albo zacząć cię szantażować. Chyba że postawisz na wilcze jagody, wtedy możesz je sama narwać. Nie wiem tylko, jak potem zmusić kogoś, żeby je zjadł. To zdaje się jest jakieś straszliwe świństwo w smaku. Może to zresztą z czymś mylę…

– Więc jakobyś go ukatrupiła? – zaciekawiła się Martyna. – Bo ja stawiam na wypadek samochodowy. Późną porą, gdzieś w odludnym miejscu. Trzask prask i po sprawie.

– Ale chyba na karoserii zostają wtedy jakieś łatwe do zidentyfikowania ślady? – zastanowiła się Alicja.

– Najpierw trzeba byłoby ukraść samochód… Potem go gdzieś zostawić…

– Skomplikowane i ryzykowne – pokręciła głową Sandra. – Wolę prostsze metody. I bardziej, powiedzmy, tradycyjne.

– Sztylet wbity w serce? – uśmiechnęła się Alicja, wykładając resztę kart i pokazując, że wszystkie pozostałe lewe w tym rozdaniu należą do niej. – Strzał z pistoletu?

– Póki trzeba mieć u nas pozwolenie na broń, pistolet jest marzeniem ściętej głowy, ale sztylet wcale nie jest takim głupim rozwiązaniem – zastanowiła się Sandra. – Choć z drugiej strony, po co tak komplikować? Ja bym go po prostu walnęła czymś cięższym po głowie. W biurze. Upozorowała ślady włamania, porozrzucała jakieś papiery, na wszelki wypadek rąbnęła coś cennego. I już. Niech szukają wiatru w polu.

– Ale jak chcesz to zrobić, żeby nie widziały cię przy tym tabuny świadków? – zaciekawiła się Iwona, czując, że mimowolnie wciąga się w akcję. – Przecież po naszej redakcji wiecznie przewalają się jakieś tryliardy ludzi. A w nocy jest ochrona!

– Wyobraźmy to sobie – Sandra dała znać Alicji, aby na razie nie tasowała kart. – Któregoś dnia Waldemar jak zwykle zaczyna te swoje końskie zaloty. Ale tym razem któraś z nas zamiast tradycyjnie spuścić go na bambus, zgadza się na schadzkę. Niech będzie nawet, że ja. Zaznaczam jednak, iż chcę utrzymać nasze spotkanie w kompletnej tajemnicy, i proszę go, aby odbyło się ono w nocy, jak najbardziej dyskretnie. Jak wiecie, ochrona siedzi od frontu budynku na dole, a tylne wejście nie ma założonego monitoringu. Ględziło się o tym jeszcze za czasów Basi, ale wiecznie trzeba było robić jakieś idiotyczne oszczędności i ostatecznie nadal zostało to w fazie planów. Waldemar przyjeżdża, spotykamy się przed tylnym wejściem. Wchodzimy, idziemy do biura. Tam daję mu po łbie, upewniam się, że nie żyje, robię bałagan, gmyram przy zamkach, żeby wyglądało, że ktoś się włamał, i czym prędzej wychodzę.

– Czym mu dajesz po łbie? – skrzywiła się Martyna. – A poza tym, jakie masz alibi? Wiadomo przecież, że policja zacznie węszyć. Wisiałyśmy nieboszczykowi kasę. Jesteśmy pierwszymi podejrzanymi!

– Wszystko jedno czym, byleby było ciężkie – powiedziała Sandra. – Może być nawet ten straszliwy wazon w krowy i dojarki, który ostatnio dostałam od Mlekopolandu jako łapówkę, żebym napisała, że te wszystkich chemikalia, które dodają do swoich jogurtów, są niezbędne dla organizmu i że jak się tego nie będzie piło, to się kopnie w kalendarz przez końcem kwartału. Ten wazon jest tak ohydny, że mogę go nawet z przyjemnością w tym zbożnym celu stłuc. Wszystkie kwiaty wyglądają w nim paskudnie, ale do walenia po łbie jest idealny. Zaś alibi dacie mi wy!

– Jakie? – zapytała Iwona.

– Zeznajecie, że przez całą noc miałyśmy babski wieczorek. – Sandra poczuła, że akcja układa jej się coraz piękniej, choć wrażenie to mogłobyć też spowodowane wypiciem sześciu kieliszków wina. – I żeby nikt nie zwąchał jakiejś zmowy i kłamstwa, prosimy Alicję, żeby się za mnie przebrała. Wystarczy, że założy rudą perukę oraz tu i ówdzie co nieco sobie wypcha. Wchodzicie do bloku Iwony, bo ona jedna mieszka w mrówkowcu, ze śmiechem i pieśnią na ustach, żeby sąsiedzi zapamiętali, że bawiły się tu trzy babki, blondynka, brunetka i ruda. A następnego dnia pojawiamy się w pracy, zdziwione i przerażone dokonaną w czasie naszej nieobecności zbrodnią. Voilà!

– Jakoś za prosto to wszystko brzmi – powiedziała Martyna z niesmakiem. – Gdyby każde morderstwo było tak banalne do popełnienia, szybko skończyłby się problem z przeludnieniem planety i więzień jednocześnie. Gdy jeżdżę czasem komunikacją miejską, mam wrażenie, że wszyscy chętnie wyrżnęliby się wzajemnie w trzy seku…

Jej wypowiedź przerwał dźwięk dobiegający z korytarza. Brzmiał tak, jakby coś toczyło się po podłodze.

– Co u licha…? – zdziwiła się Sandra.

Wstała od stołu i podeszła do drzwi, po czym wyjrzała zza nich na korytarz. Panowały tu piekielne ciemności, więc dużo nie zobaczyła. Pomacała ścianę w poszukiwaniu włącznika. Po chwili korytarz rozbłysnął światłem, co niestety nie wpłynęło na stan jej wiedzy o źródle hałasu. Podłoga, jak okiem sięgnąć, była pusta. Nieco zdziwiona Sandra przemierzyła drogę do windy, po drodze zaglądając do kolejnych redakcyjnych pomieszczeń. W żadnym jednak nie dostrzegła niczego, co dałoby się dopasować jako przyczyna usłyszanego dźwięku.

– No i proszę, teraz na dokładkę zaczęło tu jeszcze straszyć – oznajmiła, wróciwszy do swoich towarzyszek. – Tylko tego nam brakowało…

– Jesteś pewna, że nikogo tu nie było? – upewniła się Iwona –