Babka z zakalcem -  Alek Rogoziński - ebook + audiobook
BESTSELLER

Babka z zakalcem ebook i audiobook

Alek Rogoziński

3,9

290 osób interesuje się tą książką

Opis

Kolejna powieść Księcia Komedii Kryminalnej!

Luiza Mirska od wielu lat jest szefową wielkiej firmy cukierniczej i gwiazdą telewizyjnych programów kulinarnych. Czuje jednak, że przyszedł czas, aby przekazać komuś swoje imperium.

Problem w tym, że kiedy bierze pod lupę potencjalnych spadkobierców, przekonuje się, że każdy z jej bliskich ma na sumieniu jakieś przestępstwo. Gdy na rodzinnej imprezie z okazji sześćdziesiątych urodzin Luizy dochodzi do morderstwa, podejrzani stają się wszyscy. Bo też i każdy z gości miał powód i okazję, aby dodać swoje zabójcze „trzy grosze” do babeczki z lukrem…

Przewrotna komedia kryminalna, w której wszystko może się wydarzyć. I wydarzy!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 271

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 5 min

Lektor: Alek Rogoziński

Popularność




RedakcjaMałgorzata Tougri
KorektaBożena Sigismund
Projekt graficzny okładki, skład i łamanieAgnieszka Kielak
Grafika na okładce©Mstock/AdobeStock
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2020 © Copyright by Alek Rogoziński, Warszawa 2020
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66644-00-7
Wydawca Agencja Wydawniczo-Reklamowa Skarpa Warszawska Sp. z o.o. ul. Borowskiego 2 lok. 24 tel. 22 416 15 81 03-475 [email protected]warszawska.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Jeśliby karać każdego, kto ma charakterprzewrotny i zły, to kara nie ominie nikogo.

SENEKA MŁODSZY

OŚWIADCZENIE

Choć nie jestem buddystą, to jak mantrę będę zawsze powtarzał, że wszystkie postaci i wydarzenia, opisane w tej książce, powstały tylko w mojej łepetynie i nie mają żadnego odzwierciedlenia w rzeczywistości. I jeszcze jedno! Jeśli mój kryminał zachęci Was do robienia własnych wypieków, to pamiętajcie: cyjanek potasu stanowczo nie powinien być ich składnikiem. Żeby potem nie było na mnie, jeśli wyślecie kogoś do aniołków! A teraz – życzę smacznej lektury i zapraszam na spotkanie z jedyną w swoim rodzaju rodziną Mirskich.

Alek

POSTACI

Luiza Mirska – właścicielka znanej firmy cukierniczej „Raj” i gwiazda telewizyjnych programów kulinarnych, szukająca wśród swoich krewnych kogoś, kto mógłby poprowadzić założony przez nią biznes, w chwili kiedy ona, jako zamożna i wciąż atrakcyjna emerytka trwonić będzie zgromadzoną przez lata fortunę na młodych kochanków i stare wino.

Katarzyna Wrotnicka – starsza córka Luizy, pomagająca jej zarządzać firmą i, niestety, na każdym kroku udowadniająca, że nie ma głowy do biznesu. Ani do niczego innego, poza swoim mężem.

Jerzy Wrotnicki – mąż Katarzyny, lekkoduch i podrywacz, mimo piątego krzyżyka na karku przekonany, że wciąż ma osiemnaście lat, i niezauważający faktu, że jedyna pożądana rzecz, którą widzą w nim jego podrywki, to złota karta kredytowa, sprezentowana mu przez żonę.

Wiktoria Mirska – młodsza córka Luizy, gotowa bez mrugnięcia okiem zrobić każde świństwo i popełnić dowolne przestępstwo, jeśliby tylko miała na tym skorzystać jej córka.

Sandra Mirska – córka Wiktorii, rozwydrzona nastolatka, uważająca, że siedem i pół miliarda ludzi chodzi po świecie tylko po to, aby spełniać jej zachcianki.

Tomasz Mirski – brat bliźniak Wiktorii, próbujący za wszelką cenę udowodnić, że zna się na biznesie mimo faktu, że nauczyciel matematyki w liceum podsumował go kiedyś słowami: „Nawet kury u mojej mamy na wsi mają większe IQ”.

Krystyna Mirska – żona Tomasza, wiecznie cierpiąca na trudne do zdiagnozowania choroby, a poza tym nigdy niemówiąca tego, co myśli i nierobiąca tego, co mówi.

Lesław Mirski – syn Tomasza i Krystyny, czarujący i przystojny młodzieniec o nieco spaczonym charakterze, próbujący ukryć przed rodzicami kilka ważnych sekretów.

Mateusz Mirski – najmłodsze dziecko Luizy, zdaniem pozostałych członków rodziny myślący zupełnie inną częścią ciała niż głowa, co akurat wcale nie jest taką rzadką przypadłością wśród płci brzydkiej.

Urszula Kacperczak – dziewczyna, którą przypadek połączył z Mateuszem, pewna, że ich znajomość będzie krótsza niż dwudniowe małżeństwo, jakie Britney Spears zawarła w Las Vegas.

Lucyna Staniec – pomoc domowa Luizy, będąca jej prawą (a często też i lewą) ręką oraz powiernicą mniej istotnych sekretów.

Franciszka Wyłowyj – najstarsza współpracowniczka Luizy, przekonana, że prawdziwe cukiernictwo skończyło się wraz z użyciem pierwszego elektrycznego miksera i traktująca wszystkie nowe wynalazki jak prezenty od Lucyfera.

Tadeusz Wilkowski – szef firmy cateringowej, przygotowującej menu na urodziny Luizy.

Grażyna Kus – kelnerka, która fuchę na przyjęciu urodzinowym Luizy wzięła tylko dlatego, że nie widziała, w co się pakuje.

Maria Tycjan – restauratorka i dawna rywalka Luizy, obecnie zaś jej przyjaciółka, jak przynajmniej mogłoby się zdawać.

Lucjusz Marynin – przyjaciel Luizy, wypełniający powierzoną mu przez nią tajną misję.

Oraz gościnnie:

Róża Krull – gwiazda literatury kryminalnej, mająca nadzieję, że na urodzinach przyjaciółki czeka ją uczta dla podniebienia, i mocno rozczarowana faktem, że ktoś w czasie przyjęcia zakończył żywot, zanim zdążono zaserwować tort.

Krzysztof Darski – komisarz policji, mający od pewnego czasu pewność, że Róża wykończy go nerwowo, i ciszący się każdym dniem, kiedy jeszcze jej się to nie udało.

Piotr Kryński – lekarz sądowy i kumpel komisarza, uważający Różę za atrakcyjną kobietę i z tego powodu podejrzewany przez Darskiego o brak piątej, szóstej oraz pozostałych klepek.

PROLOG

Tydzień przed przyjęciem urodzinowym

W ogromnym gabinecie, znajdującym się na trzydziestym piętrze prestiżowego stołecznego biurowca, którego właściciele za wynajęcie nawet małej, ciemnej klitki w podziemiach żądali takich opłat, jakby to była sala balowa pałacu Buckingham, siedziały naprzeciw siebie dwie osoby. Jedną z nich była kobieta, którą bez trudu rozpoznałby każdy jej rodak. Od lat była bowiem gwiazdą najpopularniejszego telewizyjnego show kulinarnego, a poza tym jej twarz regularnie pojawiała się na okładkach kobiecych magazynów i książek kucharskich tudzież na szyldzie i w logo prowadzonej przez nią firmy cukierniczej.

Drugą osobą w gabinecie był szary, niczym niewyróżniający się człowieczek, sprawiający wrażenie przepraszającego za to, że żyje. Owe cechy, choć z pewnością mało kto uznałby je za zalety, znacznie ułatwiały mu wykonywanie zawodu prywatnego detektywa i wiele razy uchroniły go przez zemstą osób, które straciły przez niego pracę, znajomych albo rodzinę. Żadna z nich, choćby nie wiadomo, jaką krzywdę chciała mu wyrządzić, nijak nie mogła sobie bowiem przypomnieć, jak właściwie ów człowieczek wygląda.

– Chcesz mi powiedzieć... – siedząca za potężnym mahoniowym biurkiem Luiza Mirska patrzyła z wyraźnym zdziwieniem na trzymany w ręku plik kartek i najwyraźniej nie umiała znaleźć odpowiednich słów, aby wyrazić swoje uczucia – ...że nikt z nich... To znaczy... Naprawdę nie wiem, co mam o tym myśleć.

Patrzący na nią ze współczuciem Lucjusz Marynin pokiwał ze zrozumieniem głową.

– Mnie też trudno było w to uwierzyć – przyznał ponuro. – Dlatego zanim się spotkaliśmy, wolałem wszystko jeszcze raz zweryfikować. Nie ma tu ani jednego nawet odrobinę naciąganego faktu. Plotki i rozmaite hipotezy zostawiłem na inną okazję. Tu jest tylko to, co udało mi się sprawdzić i potwierdzić. Sama prawda.

Luiza ponownie zatopiła się w lekturze. Jej towarzysz rozejrzał się w tym czasie po pomieszczeniu. Widać było, że na jego wyposażenie nie szczędzono pieniędzy. Sama kanapa musiała być warta więcej niż jego honorarium. A to bynajmniej nie należało do małych. Szaraczek znał swoją wartość i widział, że ludzie, którzy zwracają się do niego o pomoc, też zdają sobie sprawę z tego, że nie jest tani. Za to w swoim fachu bez dwóch zdań najlepszy.

– Czy... – po kilku minutach Mirska znów skierowała wzrok w stronę swojego gościa – ...komuś z nich coś grozi?

Na twarzy mężczyzny pojawił się ironiczny uśmieszek.

– Z tego, co mi wiadomo, przynajmniej trzem z nich nie, a i czwarty też się pewnie w razie czego wyłga – odpowiedział, po czym przejechał kciukiem i palcem wskazującym po brodzie, jak zawsze kiedy wygłaszał rzeczy, których nie był do końca pewny. – Oczywiście, jedni byli bardziej ostrożni, drudzy bardziej lekkomyślni. Ale ostatecznie wszyscy spadli na cztery łapy. Widać... mają to we krwi.

Luiza rzuciła mu ostre spojrzenie.

– Co masz na myśli? – zapytała tonem świadczącym o tym, że czuje się dotknięta jego słowami.

Szaraczek wzruszył ramionami.

– Dokładnie to, co powiedziałem – rzekł obojętnie. – Nikt z nas nie jest przecież święty. Ty także...

– Nie rozumiem... – głos Mirskiej zadrżał.

Jej rozmówca przechylił się lekko ponad biurkiem i popatrzył na nią przenikliwym, świdrującym wzrokiem.

– Tak się składa, że lubię sprawdzać, kim jest mój zleceniodawca – rzekł powoli – i w tym przypadku sam byłem zaskoczony, ile dziwnych rzeczy i, nazwijmy to, zbiegów okoliczności udało mi się odkryć. Ale zapewne nie będziesz zainteresowana raportem z tej części mojej pracy, prawda?

Luiza skrzywiła się, po czym wróciła do lektury wręczonych jej wcześniej kartek.

– Tak właśnie myślałem... – mruknął Lucjusz, przyjmując ponownie wygodną pozycję w fotelu, który zapewne też musiał kosztować majątek. Przez chwilę bawił się łańcuszkiem na swojej szyi, okręcając go wokół palca, a następnie rozplątując. Czekał cierpliwie, wiedząc, że jego towarzyszka nie doszła jeszcze do najważniejszej informacji, którą dla niej przygotował. Zawsze postępował zgodnie z zasadą: „najlepsze powinno pojawić się na końcu”. Kiedy usłyszał, że jego zleceniodawczyni gwałtownie nabiera powietrza, wiedział, iż właśnie doszła do clou lektury.

– Jak to możliwe? – zapytała, nie próbując nawet ukryć szoku, w który wprawiło ją to, co właśnie przeczytała. – Jakim cudem...?

– Och, akurat na to poszło bardzo dużo pieniędzy – poinformował ją. – Na szczęście, kto raz weźmie łapówkę, ten z pewnością nie odmówi jej już nigdy. A ty dałaś mi wolną rękę w szastaniu gotówką. To wiele ułatwiło. Mam tylko wątpliwość... – Znów się uśmiechnął. – Czy na pewno chciałaś się dowiedzieć aż tyle.

W gabinecie znów zapanowała cisza.

– A tu – Lucjusz sięgnął do torby i wyjął z niej szarą teczkę – mam dla ciebie mały bonus. Jeszcze nie wiem, czy ci się to do czegoś przyda, ale uznałem, że powinnaś o tym wiedzieć. Skoro już wziąłem pod lupę twoich krewnych, to przy okazji dowiedziałem się też tego i owego o twoich znajomych. Tak przy okazji... Sama ocenisz, czy to ważne. Niekoniecznie nawet teraz.

Luiza ze zdziwieniem odebrała od niego teczkę, po czym potoczyła nieco bezradnym wzrokiem po leżących przed nią kartkach.

– Co mi radzisz? – zapytała cicho.

Lucjusz nie wydawał się być zdziwiony tym pytaniem.

– Moja mama nie unikała nigdy kar cielesnych... – rzekł ze złośliwym uśmieszkiem. – Inna sprawa, że to były czasy, kiedy nikt jeszcze nie uważał, że lekki klaps w tyłek może skrzywić komuś psychikę i spowodować, że kilkanaście lat później stanie się psychopatycznym mordercą. Mama twierdziła, że za złe uczynki powinno się ponieść karę. Im gorsze przewinienie, tym bardziej surową. I że najlepiej, jeśli wymierzy ją ktoś, kto nas kocha, bo wtedy będzie wiadomo, że ma czyste intencje.

– Sugerujesz, że powinnam... – Kobieta popatrzyła na niego badawczo.

Szaraczek pokiwał głową.

– Dokładnie! Powinnaś zachować się dokładnie tak jak ona. Sprawić im lanie! Oczywiście, tylko w przenośni, bo przecież wiem, że idziesz z duchem czasu i nie chciałabyś wrócić do średniowiecza. Choć, patrząc na to, co ci dałem, może powinnaś...

ROZDZIAŁ I

– Czy to już wszystko, proszę pani?

Zapatrzona w starannie udekorowany stół, na którym już niebawem pojawić się miały wykwintne dania, Luiza Mirska drgnęła i skierowała wzrok na stojącą obok niej kobietę. Następnie pokiwała głową.

– Tak – odpowiedziała, uśmiechając się. – Jest po prostu idealnie! W tym roku przeszłaś samą siebie!

Lucyna Staniec, która od kilku dni harowała w kuchni, jednocześnie pilnując, aby ekipa zatrudniona do sprzątania domu jej pracodawczyni, a składająca się z trzech młodych i na oko bardzo rozrywkowych Ukraińców, nie miała żadnych „nieplanowanych przestojów”, aż pokraśniała z radości. Patrząc na zadowoloną minę swojej pomocy domowej, Luiza pomyślała z rozbawieniem, że jej babka hrabina kojfnęłaby na zawał, gdyby kazano jej tytułować tym mianem zwykłą służącą. Jej samej też czasem wydawało się to dziwne. Tym bardziej że kiedy ponad czterdzieści pięć lat temu jej mama zatrudniała Lucynę do pomocy w ich rodzinnym domu, słowo to nie miało jeszcze pejoratywnego wydźwięku. Służąca była po prostu zawodem, takim jak setki innych. A teraz...! Wszystko się pozmieniało. Ileż to razy Luiza musiała się ugryźć w język, kiedy to w ostatniej chwili przypominała sobie, że karła trzeba obecnie tytułować niskorosłym, wariata nazywać odmiennie uzdolnionym, a brzydala – kosmetycznie odrębnym. Gdy nauczyła kiedyś synka znajomych wierszyka o „Murzynku Bambo”, jego rodzice zrobili potem taką aferę, jakby co najmniej kazała mu wkuć na pamięć hymn Ku-Klux-Klanu! Co to się z tym światem porobiło?!

Luiza zawsze bez problemu dostosowywała się do wszelkich nowinek. W zamierzchłych czasach PRL-u, jako pierwsza z rodziny, sprowadziła sobie z zagranicy telewizor z pilotem na baterie, który zresztą z powodu niedostępności tych ostatnich w sklepach przez jakiś czas służył jedynie za ozdobę jej salonu. Na długo przed innymi zaczęła też używać telefonu komórkowego, a potem smartfona. Szła więc z duchem czasu, a mimo to nie mogła zrozumieć całej tej „poprawności politycznej”, która zapanowała ostatnimi czasy. Co innego zresztą zdobycze technologiczne, a co innego kwestie dotyczące obyczajów, życia i ludzi. W tej dziedzinie Mirska była zdecydowaną konserwatystką. W jej własnym domu od dziesiątków lat nie zmienił się żaden rytuał. Codziennie z rana, dokładnie o ósmej trzydzieści, służąca – to znaczy, oczywiście, pomoc domowa–miała za zadanie obudzić ją, podając do łóżka przygotowane wcześniej śniadanie. Zwyczaj jedzenia w sypialni, choć niepraktyczny, został Luizie wpojony, gdy była dzieckiem. I choć czasem, zwłaszcza ostatnimi laty, powodował konieczność zmieniania pościeli, ubrudzonej jakimś upuszczonym przez nieuwagę produktem, to i tak kultywowała go bez dnia przerwy. Nawet na wakacje wybierała zawsze hotele, w których pierwszy posiłek dostarczany był do pokoju przez pokojówkę albo boya. Do zwyczaju owego musiał się też przyzwyczaić każdy z jej trzech mężów. Pierwszy – i właściwie jedyny, którego naprawdę kochała i z którym miała czwórkę dzieci – dostosował się do tego śpiewająco, bo był urodzonym hedonistą i jak większość takowych bynajmniej nie odczuwał potrzeby wstawania z łóżka skoro świt. Najczęściej udawało mu się z rozpędu przesypiać też i śniadania. Nie miał jednak o to pretensji, bo do pory lunchu wystarczała mu jedynie szklanka świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy. Luiza na początku ich znajomości próbowała mu przetłumaczyć, że raczenie się kwasem na pusty żołądek nie jest zbyt mądre, i że takim sposobem szybko dorobi się problemów gastrycznych, zgagi i innych okropieństw, ale jej tyrady na ten temat były doskonałą ilustracją przysłowia „gadał dziad do obrazu, a obraz doń ani razu”. Niestety, nie dane jej było sprawdzić, czy głoszone przez nią teorie znajdą potwierdzenie w praktyce, bowiem kilka dni po przyjściu na świat ich ostatniego potomka jej mąż zginął w wypadku samochodowym. Luiza, mając na głowie czwórkę szkrabów i rozwijającą się już wtedy prężnie firmę, nie mogła sobie pozwolić na długą żałobę. Szybko też, bo zaledwie po roku, stanęła po raz drugi na ślubnym kobiercu, nie do końca zresztą wiedząc, co nią kierowało. Owszem, schlebiało jej, że nowy partner uwielbiał ją nad życie i gotów był całować ziemię, po której stąpała, tudzież potrafił się znakomicie dogadać z jej dziećmi, sama jednak nijak nie potrafiła wykrzesać z sobie jakiegokolwiek uczucia choćby zbliżonego do miłości. Z czasem ów sympatyczny, ale przy okazji też nudny, ciapowaty i marudny mężczyzna zaczął ją mocno irytować. Kiedy zaś pewnego dnia usiłował zaprotestować przeciw jej porannemu rytuałowi, pytając, czy „to wścibskie babsko”, jak nazwał Lucynę, „musi go codziennie budzić, podtykając pod nos przypaloną jajecznicę”, usłyszał w odpowiedzi, że jego małżonka lubi zaczynać dzień śniadaniem, za to niekoniecznie w jego towarzystwie. Groźba zawarta w tym zdaniu została zresztą błyskawicznie wcielona w życie, bo już od następnej nocy buntownik musiał zadowolić się miejscem na kanapie w gościnnej sypialni, a po kolejnych kilku miesiącach zmienił, wbrew własnej woli, stan cywilny na rozwodnika.

Z trzecim mężem Luiza na wszelki wypadek nie eksperymentowała, tylko od razu zapowiedziała, że będą spali osobno. Tym bardziej że nie wyszła za niego z namiętności, bo trudno było takową poczuć do kogoś, kto wyglądał jak stary, pomarszczony kozioł, a jedynie dla interesów. Gustaw Lin, bo tak zwał się ów brzydal, był przez lata jednym z jej najgroźniejszych zawodowych rywali. Luiza wykorzystała fakt, że starszy od niej o blisko dwadzieścia lat biznesmen cierpiał na najbardziej smutną chorobę współczesnego świata, czyli samotność. Staruszek szybko uległ jej wdziękowi, nie zdając sobie nawet sprawy, że tym samym zdejmuje Luizie pętlę z szyi. Jej biznes przeżywał bowiem wówczas spore turbulencje, które mogły się zakończyć nawet plajtą. Fuzja z największym konkurentem dała firmie Luizy pozycję bez mała monopolisty na rynku cukierniczym. Kiedy zaś kilka miesięcy później biznesmen powędrował na spotkanie ze Świętym Piotrem, zostawiając swojej żonie na koncie kilka milionów w stabilnej europejskiej walucie, Mirska wiedziała, że może już przestać martwić się o przyszłość. To było dokładnie trzy i pół roku temu...

Po śmierci Gustawa Luiza doszła do wniosku, że złota zasada „do trzech razy sztuka” powinna dotyczyć także związków i postanowiła skoncentrować się już tylko na prowadzeniu biznesu. Wtedy też dotarło do niej, że ma dzieci. Wcześniej ów fakt jakoś nie zaprzątał jej głowy. Kiedy były małe, zatrudniała do nich niańki, a kiedy podrosły – guwernantki. Na studia wyprawiła je za granicę, do uczelni z internatem. W ten sposób prawie nie zauważyła, kiedy cała czwórka dorosła, i zawsze bardzo się dziwiła, słysząc, że macierzyństwo to ciężka harówka. Fakt, że jej samej pomagało przy nim kilka osób, bo nad wszystkim czuwała dodatkowo niezawodna Lucyna, cudownie umykał jej uwadze. Tak... Nawet najbardziej życzliwe Luizie osoby musiały przyznać, że była ona odrobinę oderwana od rzeczywistości. Nie przeszkadzało jej to, a wręcz pomagało w osiąganiu spektakularnych sukcesów biznesowych. Nie było dla niej rzeczy niemożliwych do zdobycia, a sformułowanie: „nie da się” brzmiało w jej uszach jak wezwanie do boju. Nic więc dziwnego, że w ciągu kilku lat stworzoną przez nią firmę cukierniczą „Raj” poznali wszyscy Polacy, a zamówienia na bajeczne torty, pyszne ciastka i fantazyjne desery składały nawet gwiazdy kina i estrady oraz partnerki kolejnych asów sportu, rekinów finansjery czy grubych ryb świata polityki. Popularność Mirskiej sięgnęła zenitu, kiedy jedna ze stacji telewizyjnych zaproponowała jej poprowadzenie show kulinarnego „To ci się upiecze!”, którego uczestnicy pod jej okiem przygotowywali na czas najbardziej fantazyjne wypieki, a potem jeździli z nimi do domów dziecka albo pensjonatów dla seniorów. Luiza, błyszcząca przed kamerą niczym diament i zbierająca hołdy za urodę, wdzięk, intelekt, refleks i poczucie humoru, błyskawicznie stała się ulubienicą widzów i mediów, w tym zaskakująco także tych internetowych, z założenia przeznaczonych dla ludzi o wiele od niej młodszych. Nie było w tym jednak nic dziwnego. Luiza nadążała za trendami i na długo przed całą konkurencją odkryła, jak doskonałym narzędziem promocyjnym jest Internet. Umiała nawet dostrzec moment w historii świata, od którego przychylność małoletniej gwiazdy Instagrama czy TikToka zaczęła znaczyć więcej od zdjęcia wszystkich Pierwszych Dam razem wziętych i to nawet gdyby te wyskakiwały z jej tortu w czerwonych sukniach z piórkiem w tylnej dolnej części i z nóżkami w górze jak do kankana. Luiza wykorzystała ową rewolucję tak zręcznie, że gros nastoletnich influencerek uważało ją za swoją idolkę i traktowało z większym nabożeństwem niż własne matki i babki. Oczywiście, żadna z nich nie byłaby specjalnie zachwycona, gdyby wiedziała, że większością z nich Mirska w głębi ducha pogardza, a co do kilku ma nawet podejrzenie, że brakuje im sporo do przeciętnego ilorazu inteligencji.

– Czy prezenty na pewno chce pani rozdawać przy stole? – Głos Lucyny ponownie wyrwał ją z zamyślenia. – Nie kłaść ich pod kominkiem, jak co roku?

Luiza, która w swoje urodziny miała zwyczaj nie tylko przyjmować, ale i dawać podarunki, popatrzyła na nią ze zdziwieniem.

– Przecież powiedziałam to wczoraj wyraźnie – rzekła, lekko się krzywiąc – i to chyba ze dwa razy. Każ je tym trzem Wasylom zostawić przy moim krześle.

Od zawsze rozmawiały w ten sam sposób. Lucyna używała formy „pani”, a Luiza zwracała się do niej per „ty”. W uszach osób postronnych brzmiało to nieco dziwacznie, ale one obie traktowały to jako rzecz naturalną. Gwoli sprawiedliwości trzeba zaznaczyć, że Luiza kilka razy proponowała swojej pomocy domowej, aby też mówiła jej po imieniu. Zawsze jednak słyszała w odpowiedzi, że „to nie wypada”.

– Tak, oczywiście. – Lucyna wyglądała na nieco zmieszaną. – Tylko... Nie wiem, czy mogę o to zapytać... Skąd taka zmiana?

Mirska znała swoją gosposię na tyle dobrze, aby wiedzieć, że nawet tak minimalna modyfikacja stałego urodzinowego harmonogramu musi mocno zakłócać jej spokój ducha. Skoro od przeszło trzydziestu lat prezenty zawsze czekały pod kominkiem i rozpakowywało się je punktualnie o dwudziestej, to dokładnie tak samo powinno się dziać aż do ostatnich urodzin w jej życiu. Ewentualnie do dnia sądu ostatecznego. Koniec kropka. „Moja poczciwa, stara Lucynka...”, pomyślała Luiza, z rozrzewnieniem patrząc na schludny, skromny strój pomocy domowej, jej siwe włosy i pooraną zmarszczkami twarz. Ileż to już razem przeszły...!

– Chcę dzisiaj ogłosić coś moim dzieciom – wytłumaczyła, patrząc z lekkim współczuciem na zafrasowane oblicze Lucyny – i przy okazji każdego z nich od razu czymś obdarować. Dlatego wolałabym mieć prezenty pod ręką.

Widziała wyraźnie, jak wyraz twarzy gosposi zmienia się z zatroskanego w spanikowany. Pomachała więc uspokajająco ręką.

– Lucyno, bez obaw – rzekła miękkim głosem. – Uwierz mi, nie dzieje się nic złego. Po prostu chcę oznajmić moim dzieciom i wnukom kilka decyzji, które dotyczą ich przyszłości. Zapewniam cię, że żadna z nich nie będzie miała wpływu na ciebie i twoją pracę.

Luiza wiedziała, że nie do końca mówi prawdę. Nie miała jednak nigdy problemu z kłamaniem, tym bardziej w chwili, kiedy miało jej to przynieść korzyść. A dzisiaj potrzebowała Lucyny i jej pedantyczności bardziej niż zazwyczaj.

– Zapewniam cię – dodała, obdarzając ją kolejnym uśmiechem – że za rok prezenty znów pojawią się na swoim miejscu.

Luizie przypomniało się szkolenie, które niedawno zorganizowała dla swojej kadry menadżerskiej. „Jeśli coś idzie niezgodnie z planem i pracownicy zaczynają się niepokoić, nakreśl im bezpieczny cel, do którego dążysz, i wskaż termin, w jakim twoim zdaniem zostanie on osiągnięty”, instruował wykładowca, nadęty bubek w niewyprasowanym garniturze, objaśniając założenia metody „foresight”. Wtedy trochę ją to rozbawiło, bo i bez wydawania dwudziestu tysięcy złotych na owo szkolenie wiedziała, że najlepiej działa na ludzi zdanie: „Jeśli teraz zaciśniecie zęby i zostaniecie po godzinach, kwartalna premia szykuje się naprawdę gigantyczna”. W przypadku jej pomocy domowej sprawa była o tyle łatwiejsza, że wystarczyło jej tylko powiedzieć: „Nic się w twoim życiu nie zmieni”. Banał.

Odprawiwszy gosposię do pakowania prezentów, Luiza wróciła do przerwanych rozmyślań. Tak... Batalia ze zmieniającym się z dnia na dzień światem, także tym wirtualnym, choć na razie toczona przez nią zwycięsko, uświadomiła jej, że powoli trzeba, jak to głosi refren piosenki, „ze sceny zejść niepokonanym”. Nie żeby Luiza wybierała się na lepszy padół, nic z tych rzeczy! Na szczęście zdrowie jej służyło i poza lekkim pogorszeniem się wzroku oraz niewielkim artretyzmem, dającym jej się we znaki w deszczowe dni, nadal miała organizm, którego mogły jej zazdrość młode kobiety. „Powinna pani co tydzień dawać na mszę w podzięce za takie geny!”, skomentowała kiedyś wyniki jej badań znajoma lekarka. Luiza wiedziała więc, że nie musi się spieszyć z podjęciem decyzji, komu przekazać władzę nad swoim imperium. Jednak rozmyślała nad tym intensywnie już od dwunastu miesięcy, czyli od momentu, w którym zdmuchnęła ze swojego tortu świeczki ułożone w liczbę pięćdziesiąt dziewięć. Kilka lat wcześniej obiecała swoim dzieciom, że w dniu sześćdziesiątych urodzin zdradzi im, komu przypadnie w udziale największa część rodzinnej fortuny, czyli jej firma, a kto będzie musiał zadowolić się mniej smacznymi kąskami tego, co przez lata udało jej się zgromadzić. Teoretycznie nie powinna przeżywać żadnego dylematu, bo przecież najstarsza córka, Katarzyna, od kilku lat pomagała jej w prowadzeniu biznesu, zarządzając kilkoma mniej ważnymi działami „Raju”. Niestety, im dłużej Luiza obserwowała jej poczynania, tym mocniej upewniała się w przekonaniu, że zostawiona samopas jej latorośl w rekordowo krótkim czasie zmuszona będzie ogłosić bankructwo i zarejestrować się w urzędzie pracy jako bezrobotna. Macierzyńska miłość nie zaślepiała Luizy na tyle, by nie zauważyła, że jej córka zbyt często wykazuje się naiwnością, a poza tym, ślepo ufa ludziom i to nawet takim, których nieczyste intencje widoczne były jak na dłoni. Zresztą, co tu deliberować – wystarczyło tylko popatrzeć na paskudne indywiduum, które wybrała sobie na życiowego partnera. Luiza nie cierpiała swojego zięcia jak mało kogo i to od pierwszej chwili, kiedy Katarzyna przyprowadziła go do rodzinnego domu na zapoznawczą kolację. Oczywiście, Jerzemu Wrotnickiemu nie sposób było odmówić znakomitej prezencji i nienagannych manier. Luiza szybko jednak dostrzegła w nim też lekkoducha i kobieciarza, a przede wszystkim pozbawionego skrupułów oportunistę i egocentryka. Przez jakiś czas usiłowała otworzyć córce oczy. Niestety, bezskutecznie. Katarzyna była zapatrzona w swojego chłopaka, potem narzeczonego, a rychło też i męża w sposób wręcz bałwochwalczy. Nie docierał do niej fakt, że od lat nie tylko łoży na jego utrzymanie i kolejne, coraz bardziej wydumane zachcianki, ale też że jest przez niego notorycznie zdradzana. Pewnego dnia Luiza zobaczyła zięcia w restauracji w towarzystwie seksownej blond lali, młodszej od niego o co najmniej jedno pokolenie. To wtedy przez znajome osoby poznała Lucjusza Marynina, cieszącego się sławą najlepszego prywatnego detektywa w kraju. Zleciła mu, aby dowiedział się, kim jest blond wydra, i ustalił, co łączy ją z Jerzym. Zbrojna w tę wiedzę postanowiła, że zmusi córkę do złożenia w sądzie pozwu rozwodowego. Kiedy jednak spróbowała dyplomatycznie zacząć rozmowę na ten temat, w mig dotarło do niej, że po pierwsze, Katarzyna doskonale zdaje sobie sprawę z niewierności męża, a po drugie, prędzej zerwie kontakty z całą rodziną niż z nim. Rozczarowana Luiza przerwała wtedy szybko ich konwersację i nigdy później już do niej nie wracała. Prześladowała ją jednak myśl, że zostawiając firmę najstarszej latorośli, ułatwi też życie temu zdradliwemu gadowi. Jaki jednak miała wybór? Młodsze o dwa lata od Katarzyny bliźnięta, Wiktoria i Tomasz, od dzieciństwa zdawały się rozgrywać między sobą zażartą walkę o to, które z nich popełni więcej życiowych idiotyzmów. W szkolnych czasach na pozycję lidera wysunął się Tomasz, któremu udało się wraz z kumplami rąbnąć z pracowni przysposobienia obronnego granat, a następnie zdetonować go na skarpie na Powiślu, i tym samym stać się bohaterem artykułu prasowego o bardzo obrazowym tytule: „Debile nad Wisłą”. Jego autor sugerował, że tam gdzie wszyscy mają mózgi, synowi słynnej bizneswoman chlupocze strumyk z wodą, i że największą przysługę młody Mirski oddałby światu, wkładając sobie ów granat w miejsce, do którego nie dociera światło, i tam go detonując. Po kilku latach Wiktoria przebiła jednak brata, wdając się w liceum w romans ze swoim nauczycielem historii. Przerażenie Luizy na wieść o tym było tym większe, że ów nadzwyczaj jurny profesor nie dość, że był od niej trzy razy starszy, to jeszcze wyglądał wypisz, wymaluj jak bezdomny. Nie mówiąc już o tym, że miał dwójkę dorosłych dzieci i żonę histeryczkę, która na wieść o jego zdradzie usiłowała popełnić samobójstwo, rzucając się z okna. Ponieważ jednak zapomniała przy tym, że od niedawna nie mieszka już w bloku na szóstym piętrze, tylko w piętrowej willi, nabiła sobie tylko kilka siniaków, które potem prezentowała wszystkim z taką dumą, jakby co najmniej były ranami wojennymi. Z kolei Wiktoria, kiedy dotarło do niej, że jej kochanek się nie rozwiedzie i nie zamieszka z nią w luksusowej mazurskiej posiadłości, którą zamierzała wycyganić od mamy w prezencie ślubnym, popadła w czarną rozpacz i oświadczyła ponuro, że „na zawsze kończy z mężczyznami” oraz „zastanowi się, czy nie wstąpić do klasztoru”. Dla potwierdzenia swoich słów zaczęła nosić kreacje nachalnie kojarzące się z habitami. Uczelnię w związku z tym też wybrała sobie zacną, mediolańską i dbającą głównie o to, aby jej absolwenci znaleźli zatrudnienie w Watykanie. Zanim jednak została prawą ręką papieża, Wiktoria podczas jednego z pobytów w kraju, zaszła w ciążę i rzuciła studia. Córeczka, której ojciec pozostał nieznany, stała się jej oczkiem w głowie. Wiktoria gotowa była spełnić każde jej życzenie, bez pardonu wykorzystując w tym celu podarowaną jej przez Luizę złotą kartę kredytową z bajecznie wysokim limitem wydatków. W ten sposób wychowała prawdziwe monstrum, terroryzujące otoczenie i przekonane, że za sam cudowny fakt istnienia należy jej się wszystko, czego dusza zapragnie. Luiza obserwowała to z pobłażliwym rozbawieniem, w duchu nazywają swoją wnuczkę „dzieckiem Rosemary”. Z dwójki wnucząt, których się na razie doczekała, zdecydowanie wolała syna Tomasza. Oczywiście, zdawała sobie sprawę, że równie urodziwy, czarujący i inteligentny, co sprytny i nieco dwulicowy Lesław jest niezgorszym ladaco i że ma na sumieniu niejeden grzeszek. Mimo to nigdy nie umiała się na niego gniewać i zawsze patrzyła przez palce na jego wybryki. Lesław zresztą w pełni odwzajemniał jej uczucia. Choć opinie reszty krewnych miał z reguły w głębokim poważaniu, to ze zdaniem babci zawsze się liczył, a w rozmowach ze znajomymi opisywał ją jako „jedyną niewalniętą” w swojej rodzinie.

W gronie osób, którym Luiza mogłaby pozostawić firmę, zostawał jeszcze jej najmłodszy syn, Mateusz. Biedaczek. Nie wiedzieć czemu zawsze, gdy o nim pomyślała, od razu przychodziło jej do głowy to określenie. Zresztą, nie tylko jej. Kiedy rozmowa z kimkolwiek z rodziny schodziła na familijnego beniaminka, wcześniej czy później pojawiało się sformułowanie: „Nasz biedny Mateuszek”. Wszyscy zawsze się nad nim litowali. Półsierotka, cudem wyrwany z rąk kostuchy po przedwczesnym przyjściu na świat, mizerny i słabowity, przez pierwsze lata życia zaliczający kolejno każdą z możliwych chorób wieku dziecięcego, nadwrażliwy i zamknięty w sobie, Mateusz Mirski wyrósł na rozpieszczonego i nieodpowiedzialnego maminsynka, którego większość facetów skwitowałaby pogardliwym określeniem „mięczak”. W przeciwieństwie jednak do mężczyzn, przedstawicielki płci pięknej gotowe były owego nieporadnego i wiecznie bujającego głową w chmurach, ale też piekielnie przystojnego Piotrusia Pana nosić na rękach. Oczywiście, każda z nich była też pewna, że usidli go na dłużej, a przy okazji wżeni się w jego rodzinny majątek. Mrzonki te rozwiewały się z reguły błyskawicznie, bo Mateusz niczym srebrny dolar z piosenki Marilyn Monroe krążył z rąk do rąk, kolejnymi opiekującymi się nim kobietami nudząc się w coraz szybszym tempie. Ponieważ jednak nigdy nie obciążał swojego sumienia wyrzutami za żadne przewinienia, wychodząc z założenia, że zawsze to on jest stroną pokrzywdzoną, zostawiał wszystkie swoje ukochane z poczuciem winy, które z reguły wywołują słowa: „Przepraszam, ale nie znalazłem przy tobie tego, czego szukam”, tudzież wspomnieniem swoich smutnych oczu godnych niesłusznie skarconego dalmatyńczyka. Zapytany, czego właściwie szuka, Mateusz z pewnością nie umiałby rzecz jasna wykombinować ani jednej rozsądnej odpowiedzi, ale akurat poruszenie tej oczywistej kwestii jakoś żadnej z jego partnerek nigdy nie wpadło do głowy. W przekonaniu, że strasznie go zwiodły, jego ukochane pielęgnowały w pamięci każdą spędzoną z nim chwilę, czując do niego niezmienny sentyment.

Luiza obserwowała tę wieloodcinkową operę mydlaną z równym zaciekawieniem, co odczuciem politowania – zarówno dla podrywek swojego syna, jak i dla niego samego. Tym bardziej że Mateusz nie zajmował się właściwie niczym innym poza prowadzeniem bujnego życia miłosnego, a już na pewno niczym, czym mógłby zyskać szacunek w jej oczach. Po powrocie z uczelni w Londynie, z której zresztą wyrzucono go ledwie po półtora roku, całe dni przesiadywał głównie przed grami komputerowymi, a wieczorami i nocami włóczył się po kasynach, szulerniach i innych podejrzanych miejscach, często w towarzystwie znajomych, których za sam wygląd należałoby odizolować od reszty społeczeństwa. Z dwojga złego lepiej już było, kiedy akurat był chwilowo zakochany, bo niezależnie od tego, jakby krótko to nie trwało, Luiza miała święty spokój i nie musiała się obawiać, że jej syn znów zostanie przyłapany przez paparazzi w tak pasjonujących okolicznościach jak zraszanie trawnika za pomocą węża, w jaki wyposażony jest od urodzenia każdy chłopiec; przegląd menu spożytego w ostatnich dniach, dokonywany na chodniku przed klubem do kubła na śmieci; czy też próba uwiedzenia, a następnie odbycia aktu miłosnego z Warszawską Syrenką. Co ciekawe, poza nielicznymi wyjątkami, większość tych wybryków nie trafiła nigdy do tabloidów, bo rozsądni fotoreporterzy doskonale wiedzieli, że sprzedanie kompromitujących zdjęć Luizie opłaci im się o wiele bardziej niż przehandlowanie ich biednej jak mysz kościelna prasie brukowej. Pod okiem kolejnych dam swego życia Mateusz zachowywał się w sposób nieco bardziej cywilizowany. Niestety, nawet w tych okresach podejmowane przez Luizę desperackie próby zainteresowania syna jakimkolwiek fachem albo namówienia go na znalezienie sobie jakiegoś hobby spełzały na niczym. Mateusz odporny był na wszelkie podstępy, a fakt, że może żyć na kredyt, spłacany przez mamę, nie dodawał mu motywacji do zmiany stylu życia. Oczywiście, były chwile, kiedy Luiza miała ochotę powiedzieć temu: „stop!”, ale za każdym razem na widok jego smutnych, zagubionych oczu, szybko ją traciła. Tak... Urok Mateusza działał na każdą kobietę, łącznie z jego matką. Nie na tyle jednak mocno, aby choć na moment na serio rozważała pomysł przekazaniu mu firmy. Tym bardziej teraz... O, właśnie... Teraz... Luiza westchnęła ciężko. Co ma zrobić dziś wieczorem? Na podjęcie decyzji zostało jej przecież ledwie kilka godzin...

W dniu swoich sześćdziesiątych urodzin właścicielka firmy „Raj” była tak niespokojna jak wcześniej tylko raz w życiu...

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki